- Opowiadanie: Morteisen - Homo? viator

Homo? viator

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Homo? viator

Artemis podniosła głowę z mchu służącego jej za poduszkę. Przez chwilę lustrowała otoczenie w poszukiwaniu czegokolwiek podejrzanego. Wysokie trawy, stanowiące główną część roślinności w tej części równin, kołysały się lekko na wietrze, kryjąc czarodziejkę przed blaskiem poranka. Polne ptaki śpiewały ile sił w płucach, śpiesząc się przed nadejściem południowego żaru. Panował spokój.

Uciekinierka starła z szaty ochronne runy, rozpraszając zaklęcia chroniące ją podczas snu. Odkąd opuściła Tor'Heir nie znalazła żadnego miejsca, w którym mogłaby bezpiecznie odnowić rezerwy magii –  czarodzieje z Miasta skutecznie kierowali tam jej każdą ilość. To utwierdzało dominację metropolii nad prawie całym materialnym wymiarem świata. Teoretycznie ułatwiało też szukanie jakichkolwiek magów-renegatów – ich własny potencjał wyróżniał się dostrzegalnie wśród tej magicznej pustyni. Mimo to pościg wciąż nie odnalazł Artemis, a ona miała swoje podejrzenia, dlaczego.

 

Nasyciwszy się niezdrowo tłustym i przypalonym zającem zażyła kąpieli w meandrze pobliskiej rzeki. Była ciekawa, jak zareagowałby na nią jakiś przypadkowy wędrowiec – kobiety na wsi rzadko wygładzały swą urodę czarami. Potem położyła się na jednym z pobliskich głazów, czekając, aż żar bijący z nieba ją wysuszy.

Wtem wyczuła w pobliżu obecność czegoś żywego, ale bezdusznego. Serce natychmiast podeszło jej do gardła – to, co się zbliżało mogło być zarówno większym zwierzęciem, jak i osnutym iluzjami magiem. Delikatnie wniknęła do umysłu owej nieznanej istoty. Znalazła obrazy wypatroszonej zdobyczy i pejzaże z dalekich wędrówek. W dłoni przyjemnie ciążył łuk. Przybysz, najwyraźniej myśliwy, ostrożnie podkradał się do czarodziejki. Stanąwszy w odległości pozwalającej rozróżnić poszczególne kształty zamarł oszołomiony. Artemis wybuchła śmiechem, widząc jego myśli. Zeskoczyła za głaz i pospiesznie się ubrała . Gdy łowca ostrożnie tam zajrzał właśnie wkładała drugiego buta.

– Czym zasłużyłam na wizytę? – zapytała, uśmiechając się.

– Jest pani… nimfą? – wydusił z siebie na oko trzydziestoletni mężczyzna. Mówił dziwnym, lekko ochrypłym głosem.

– Nie. A macie tu jakieś? – Wstawszy, oparła się o kamień.

– Nigdym żadnej nie widział. Ale chłopy czasym przy piwie o jakiejś opowiedzą. Podobno one…

– Nie, nie jestem nimfą. – Przerwała mu, widząc, w którą stronę zmierza jego tok rozumowania. – Jestem czarodziejką.

Myśliwy przez dwie sekundy tępo patrzył przed siebie.

– Ja, ja pójdę już – wybąkał niepewnie, oddalając się tyłem. – Idziesz pani do nas do wsi?

Pomyślała, że to dobry pomysł. Jeśli w najbliższym czasie nie znajdzie żadnego źródła magii, będzie musiała polegać na konwencjonalnych sposobach radzenia sobie z trudami podróży i w związku z tym kupić jakiś prowiant, czy ekwipunek.

– Idę. Może znasz tam drogę?

– Ano znam. – Łowca natychmiast poczuł się pewniej. Nabrał więcej powietrza w płuca, wskazując dłonią na ledwo widoczne pasma dymu, ciągnące się w oddali nad trawami. – Pani pójdzie za mną, to w górze rzeki, za gaikiem jest…

 

Myśliwy postawił Artemis na brzegu strumienia. Mimo, że kobieta sama dałaby radę przejść po kamieniach suchą stopą, bardzo nalegał, aby jej pomóc. Sioło otaczał ziemny wał zwieńczony ostrokołem. Niepilnowana drewniana brama stała otwarta. Nad wodą pasło się stado brodzących w błocie krów. Typowy krajobraz zacofanej wsi.

Naprzeciw przybyłym, utykając lekko, wyszła jakaś starsza kobieta.

– Grzesiek, leć wody nagotuj – zwróciła się do łowcy. Ten natychmiast ruszył do wioski, oglądając się co kilkanaście kroków za siebie.

– Witam w Grabach, wielmożna czarodziejko. – Starowinka pochyliła głowę. Na jej pomarszczonej szyi błysnął srebrny naszyjnik.

– Witam. Skąd pani wiedziała, że przyjechałam? – zapytała Artemis, mrużąc podejrzliwie oczy. Umysł staruszki coś chroniło, uniemożliwiając zdobycie odpowiedzi w bardziej bezpośredni sposób. Nie będąc pewną, z kim ma do czynienia, uciekinierka postanowiła traktować swą rozmówczynię z większym szacunkiem, niż należny zwykłym chłopom.

– Mam dar – odparła enigmatycznie babcia. Bezdusznym rzeczywiście zdarzało się mieć pomniejsze zdolności magiczne. Zresztą, nawet gdyby kłamała, nie wyglądała na potencjalne zagrożenie dla absolwentki Akademii. – Za czym pani tutaj przybyła?

– Chciałabym kupić trochę zapasów na drogę, może jeszcze gruby płaszcz i ciepły śpiwór. – Na dowód swoich słów Artemis wyjęła zamszowy mieszek, pękaty od monet.

– Za darmo pani oddamy, cokolwiek zechce. – Kobieta wyprostowała się, nie zatrzymując nawet chwilowo spojrzenia na mieszku. W jej zielonych oczach widać było nadzieję. – Antek, mój wnuk, chory. Ledwo dycha. Jakby pani go, wie pani, ozdrowiła…

Czarodziejka miała jeszcze trochę mocy. Jeśli ów Antek był już na skraju śmierci, to w najgorszym wypadku musiałaby zużyć połowę swoich zapasów. W zamian za prowiant i jakieś ubrania – wydało jej się to opłacalne.

– Prowadź – poleciła, skinąwszy głową.

Dzieci, bawiące się w obejściach, podziwiały przybyłą z otwartymi ustami. Żony, widząc żywe zainteresowanie swoich mężów niespodziewanym gościem, wciągały ich siłą do chat. Tu i ówdzie jakaś dziewczyna spojrzała na nią z zazdrością, kiedy Artemis z gracją wymijała nieczystości. Jakiś staruszek, zapatrzywszy się, zawadził stopą o próg, po czym runął jak długi.

Staruszka mieszkała z synem i wnukiem w małej, jednoizbowej chacie tuż pod wałem. Kiedy weszły do środka przez niskie drzwi w nozdrza uderzył je zapach ziół. Pod ścianą leżał na sienniku, pod kocem, ciemnooki, najwyżej dziesięcioletni chłopiec. Nieprzytomnym wzrokiem omiatał powałę, czoło znaczyła mu ledwo widoczna rosa potu. Przy palenisku krzątał się znajomy myśliwy. W kącie stał mały stolik, a na nim gliniany moździerz, powyżej wisiały pęczki suszonych roślin.

Czarodziejka podeszła do chorego. Jego myśli krążyły ociężale pod czaszką, zatopione po równo we wspomnieniach i wytworach wyobraźni.

– Co mu jest? – zapytała, nie odwracając się do obserwujących ją kmieci. Przy wejściu do izby, a także przy oknach zebrał się tłumek gapiów.

– Gorączki dostał. A nie kaszle, czyli nie suchotnik. Potrzeba ci, pani, jakiśik ziół, czy czego? – Gospodyni wyglądała na przejętą.

– Poradzę sobie bez nich.

Artemis przykucnęła nad chłopcem. Dotknęła chłodną dłonią jego rozpalonego czoła. Zadrżał. Nie miała zielonego pojęcia, jaka choroba go dotknęła, zaczęła więc szeptać jeden z ogólnych czarów uzdrawiających. Zsunęła koc z piersi dziecka. Kreśliła na niej dłonią, recytując szeptem wyuczoną inkantację,  niewidoczne znaki. Moc płynęła leniwie, wypełniając rozkazy czarodziejki. Wieśniacy wpatrywali się w ową mistyczną scenę niczym zaklęci. Z ciała chorego dochodziły przerażające dźwięki, przypominające chlupotanie. Przez skórę sączył się żółtawy, gęsty płyn. Nareszcie zapadła cisza, a czarodziejka wstała. Chłopiec już spał.

– Będzie dochodził do siebie około tygodnia. Nie wolno mu nawet podnosić głowy, żeby szwy się nie rozeszły – oznajmiła.

– Jakie szwy? Przecież nic'eś pani nie szyła – zdziwił się Grzesiek. Był wyraźnie bledszy, niż wcześniej.

– Takie magiczne. Nie widać ich, bo są w środku.

Chłop pokiwał głową z uznaniem. Widzowie udali się do swoich zajęć, choć męska ich część czyniła to z lekkim rozczarowaniem. Pożądanie przegrało ze strachem przed potęgą, którą władał jego obiekt.

– Może pani do rana zostanie – zaproponowała staruszka. – I sobie oddychnie, bo to męczy pewnie taka magia, a jak małemu coś by się dziać miało, to by pani na miejscu od razu była.

Uciekinierka nie wyczuwała żadnego zagrożenia. Okolica była wyjątkowo spokojna, nie licząc huczącej mentalnie żyły energii, przechodzącej kilometr dalej. Myśli miejscowych też nie unosiły się nad przyziemne sprawy. Propozycja spania w ciepłym, wygodnym miejscu, po noclegach wśród wilgotnych traw, wydawała się nad wyraz kusząca.

– Do jutra mogę zostać. Ale wczesnym rankiem będę musiała ruszać dalej.

– Pani się nie boi, Grzesiek panią zbudzi, jak na Zaśpiew będzie szedł. – Staruszka ugniatała w moździerzu jakieś suszone zioła i rozdzielała je do czterech topornie wystruganych misek.

– Zaśpiew?

– A, to taki zwyczaj tu mamy, że jak żniwa idą, to wcześnij chłopy śpiewają w kręgu na szczęście. Kie pani chce, to pani sobie może pójść zobaczyć, całe czasy tam ktoś wyśpiewuje.

W pobliżu jest krąg. Raczej nie zbudowali go miejscowi, więc pewnie stamtąd idzie ta żyła. Może jest jakaś nieszczelność i uda się zaczerpnąć trochę mocy, uznała Artemis.

Woda zdążyła się zagotować. Syn gospodyni zalał nią cztery miski z pokruszonymi liśćmi. Samemu ostrożnie popijając z jednej podał inną czarodziejce. Podsunął jej też zydel do siedzenia, omiótłszy go nieco z paprochów. Staruszka w tym czasie odlała część wrzątku do małego cebrzyka, po czym zaczęła wycierać lepkie od potu i ropy ciało Antka.

Godzinę później Artemis szła w stronę gaiku, w którym miały odbywać się śpiewy. W chacie matki Grześka leżał już spakowany prowiant oraz kilka cieplejszych ubrań. To wszystko wcisnęła do przerobionego na plecak worka. Śpiwora nie udało jej się niestety dostać. Zamiast tego zużyła jeszcze trochę energii, lecząc, w zamian za dobre słowo, dwie krowy ze wzdęciami. Jeden z chłopów poprosił ją o wskrzeszenie jego żony, matki trojga dzieci zmarłej kilka lat wcześniej. Czarodziejka okłamała go, że nie potrafi.

Wiatr hulał po pastwiskach, rozwiewając jej niegdyś jasną szatę. Po niebie goniły się wzajemnie trzy słońca. Artemis nie przyzwyczaiła się dotąd całkowicie do dwuwymiarowego świata równin, pozbawionego lewitujących wież, czy wiozących pasażerów sedaritów, pędzących zawiłymi torami. Powietrze nie niosło metalicznej woni wyładowań, ani zgrzytu narzędzi uwieszonego gdzieś wysoko na szklanej ścianie golema. W polach pracowali zwykli ludzie, kształtujący świat siłą własnych mięśni, nie widzący potrzeby wplatania zaklęć w każdą chwilę życia. O istnieniu gdzieś tam daleko zupełnie odmiennej rzeczywistości przypominała jedynie pulsująca coraz bliżej żyła mocy, tłocząca ową "krew świata" jako daninę dla wiecznie nienasyconego Miasta.

Mimo tego procederu okolica nie wyglądała na wyniszczoną. Niski poziom magii czynił wszystko bardziej naturalnym. Tutaj drzwi domów nie miały w zwyczaju rozpoznawać właścicieli, a rozmawianie z trzymanym w dłoni kryształem mogłoby być poczytane jako przejaw problemów psychicznych.

"Idealne miejsce na odpoczynek", pomyślała Artemis. "Ale życie tutaj szybko by znużyło."

 

Czarodziejka przystanęła na chwilę obok gaju. Ze środka dobiegał ją cichy śpiew. Wsłuchała się weń, bezskutecznie próbując rozróżnić słowa.

Ruszyła więc między krzewy ledwo widoczną ścieżką. Chwilę później ujrzała zarośnięty drzewami krąg omszałych kamieni. Runy na nich wyryte, niezmordowanie od mileniów tłoczyły moc z warstwy submaterialnej do rzeczywistości. Wtedy zaklęcia splecione przez magów Metropolii kierowały ją dalej.

Konstrukcja w gaju była zauważalnie starsza, niż owe czary.

W środku kręgu, spowity niewidzialnym dla zwykłych ludzi wirem, stał mężczyzna w średnim wieku, wypowiadający nieswoim głosem słowa śpiewnej inkantacji. Energia ignorowała je jednak, głucha na wezwania bezdusznego.

Artemis stanęła jak wryta. Język magii nie był powszechnie nauczany nawet w Tor'Heir, a co dopiero w jakiejś zacofanej dziurze. Sposób, w jaki śpiewak wypowiadał zdania, sugerował, że istotnie nie ma pojęcia o ich znaczeniu.

– Wiesz, co ty śpiewasz? – prawie krzyknęła wciąż zaskoczona czarodziejka.

Mężczyzna nie zareagował. Postanowiła więc sama dać odpowiedź:

– To fragment formuły czaru, który spętał rozlewającą się niegdyś spośród tych kamieni moc. Ten gaj, pola, rzeka, wszystko wyglądało z pewnością przedtem zupełnie inaczej. – Mówiąc to, zatęskniła mimowolnie za tymi czasami, chociaż jeszcze jej wtedy nie było. Kojarzyły się z niezależnością, znaną magom głównie z baśni. – Ale te więzy nie niszczeją wraz z czasem. Niektóre rzeczy już po prostu nie wrócą – powiedziała bardziej sama do siebie, niż do śpiewaka.

Mężczyzna, przegrawszy z własną ciekawością, zerknął na Artemis. Język na kilka sekund uwiązł mu w gardle, aczkolwiek zmuszony tytanicznym wysiłkiem woli podjął na nowo przerwaną czynność. Spojrzenie chłopa powędrowało ku najwyższym gałęziom pobliskich drzew.

"Któryś z nich musiał wtedy mieć słuch absolutny i świetną pamięć. Podsłuchał maga wypowiadającego w kręgu tajemnicze frazy, nauczył ich kilku chętnych znajomych. Potem przychodzili tutaj, naiwnie myśląc, że same słowa wystarczą. Jak dzieci.", dumała czarodziejka, uśmiechając się do wytężającego gardło kontynuatora prawdopodobnie bardzo starych zwyczajów.

Artemis zamknęła oczy, badając tło magiczne. Więzy pętające moc kamieni zrobiono po mistrzowsku, nawet odrobina energii nie wydostawała się na wolność. Bardziej interesujące okazały się pomniejsze czary, zawieszone w pobliżu. Jeden z nich przesyłał właśnie wzdłuż żyły informacje o obecności czarodziejki.

Ta, skarciwszy się w myślach za nieostrożność, do wioski wróciła biegiem, chcąc jak najszybciej oddalić się od zdradzieckiego kręgu. Uparcie odsuwała od siebie widmo konsekwencji, chcąc uniknąć wpadnięcia w panikę.

 

Kiedy wbiegła do chaty myśliwego, brała ją już zadyszka. Nie była przyzwyczajona do wysiłku – zazwyczaj wspierała się w takich sytuacjach czarami. Teraz wolała nie nadwątlać dodatkowo swoich zapasów mocy.

Gospodyni wyglądała za okno, siedząc na zydlu. Promienie chylącego się ku horyzontowi jednego ze słońc wydobywały z cienia liczne zmarszczki szpecące jej twarz. Artemis przyglądała się temu widokowi, uspokajając oddech.

– Co się podziało, że pani tak leciała? Gonił kto panią?– zapytała starowinka, uśmiechając się blado. Wyglądała na zmęczoną.

– Nie, po prostu się przestraszyłam. Ten krąg…

– W tym gaju to dziwne rzeczy czasym są, nie ma co – skwitowała odpowiedź babcia.

– Jak w każdym miejscu z dużą koncentracją magii – skomentowała czarodziejka, sprawdzając zapięcia swojego nowego plecaka.

Staruszka pokiwała z szacunkiem głową. Jej twarz wyrażała całkowite niezrozumienie.

Artemis podniosła plecak, ale zaraz go odłożyła. Ucieczka nie miała sensu. To, czy będzie dwadzieścia kilometrów dalej, gdy Tor’Heir uruchomi czary lokalizacyjne, nie miało żadnego znaczenia. Była w identycznej sytuacji, jak przez ostatnie dni – ścigana przez jedną potęgę, a chroniona przez inną. Właściwie nie uczestniczyła w tych zmaganiach, grała tylko rolę trofeum dla zwycięzcy. Uznała więc, że skoro i tak nie ma wpływu na swój los, to może chociaż nieco wypocząć przed dalszą wędrówką.

 

 

***

 

Był środek nocy, kiedy nagle czarodziejka się obudziła. Wszyscy inni spali, oddychając spokojnie. Irracjonalny niepokój nie pozwalał jej na powrót oddać się sennym marzeniom. Wstała z siennika i syknęła, wbiwszy sobie w bosą stopę drzazgę leżącą na klepisku. Wyjęła ostrożnie drewienko. Dziwnie się czuła, raniąc się w tak przyziemny sposób. Niegdyś przed ranką ochroniłaby ją magia, lecz po opuszczeniu Miasta nie mogła już sobie pozwolić na taką rozrzutność. Jeszcze nie zdążyła się do tego przyzwyczaić.

Względną ciszę panującą w wiosce przerwał wiatr. Powoli narastający, głuchy szum obudził Grześka.

– Coś się stało? – Półprzytomnym wzrokiem spojrzał na czarodziejkę.

– Zanosi się na wichurę.

Myśliwy wstał, ziewając.

– Somsiadom powiem, żeby obejścia dobrze pozamykali.

Artemis wyjrzała za okno, odprowadzając go wzrokiem. Kłębiące się obłoki odsłaniały stopniowo barwne kropki gwiazd, przez co cały świat skąpany był w coraz jaśniejszym półmroku. Szept wiatru zyskiwał na sile.

Mogła już rozróżnić pojedyncze wyrazy. Poczuła zimno rozchodzące się po całym ciele. Dopadli ją. Fizyczne schwytanie to tylko kwestia czasu.

Na świat opadał całun gaszący przejawy magii. Leżący pod ścianą Antek zaczynał się krztusić. Czarodziejka chwyciła swój plecak i wybiegła z chaty w kierunku wioskowej bramy. Zza węgła wyszedł znienacka Grzesiek. Odbiwszy się od niego Artemis upadła zaskoczona. Jej magiczne zmysły popadały w otępienie.

– Dlaczego pani ucieka? – Zdziwiony zrobił krok w tył.

– Ten wicher… Ja się boję… – odrzekła, otrzepując szatę z błota, kiedy już stała.

– Mama pani ziółka da na sen. Jutro pani jechać musi, sił trzeba nabrać – zaproponował z uśmiechem, prowadząc ją z powrotem ku chacie. W drugiej ręce niósł jej bagaż.

Bezosobowy, śpiewający wiatrem głos kontynuował pieśń, choć niewtajemniczone ucho nie odróżniłoby słów od szumu powietrza. Kilkoro ludzi wyszło przed chaty, nie wiedząc, co ich zaciekawiło i rozglądali się nieporadnie.

Czarodziejka, opanowawszy oszołomienie, wyrwała mężczyźnie plecak. Truchtem ruszyła do bramy.

Z chaty myśliwego dobiegł ich pełny cierpienia, chrapliwy krzyk Antka. Myśliwy pobiegł tam natychmiast.

Wiejskie wrota były otwarte, więc Artemis wypadła ze wsi na drogę, nie zwalniając kroku. Miała nadzieję, że zdoła uciec wystarczająco daleko, nim antymagia przestanie działać. Z osady wypadło kilku chłopów, uzbrojonych w to, co mieli akurat pod ręką – widły i cepy. Jeden ściskał w dłoni krótki łuk oraz kilka strzał. Cięciwę zakładał w biegu. Wieśniacy wrzeszczeli przejęci:

– Zabiła go!

– Wiedźma!

Czarodziejka wyrzuciła plecak w trawy, nabierając prędkości. Miała dotąd cichą nadzieję, że kmiecie nie odważą się jej zaatakować. Na szczęście strach dodawał skrzydeł. Koło ucha syknęła jej strzała. Jakiś kmieć cisnął widłami, ale nawet nimi nie dorzucił. Czarodziejka, zbiegłszy z traktu, przesadziła potok, raniąc stopę o ukryty wśród traw kamień. Adrenalina stłumiła całkowicie ból. Głowę uciekinierki opuściły wszelkie myśli. Był tylko bieg, szaleńcza gonitwa o życie. Uciekinierka wiedziała, że jeśli chce przetrwać, musi szybko znaleźć jakąś kryjówkę. Na nieszczęście nawet trawy w tej okolicy nie byłyby w stanie jej skryć przed wzrokiem pogoni. Prawie celna strzała niezauważenie rozcięła rękaw czarodziejki. Jasne włosy lśniły w blasku gwiazd, wskazując ścigającym ofiarę. Kolejny strumień, płytki wąwóz, a za nim spłaszczony pagórek. Stanowczy protest nieprzyzwyczajonych do wysiłku płuc. Artemis zmniejszyła tempo, próbując opanować zadyszkę. Wtedy któryś pocisk sięgnął jej pleców. Upadła, lotki na ponad siedemdziesięciocentymetrowym drzewcu drgały na wietrze, kiedy leżała, oszołomiona bólem..

Chłopi zaraz ją dopadli. Pośród razów i wyzwisk, spętali powrozem. Ktoś uderzył ją w potylicę, gasząc świadomość.

Kiedy oblana zimną wodą odzyskała zmysły, najpierw zauważyła, że nie ma już strzały w plecach, aczkolwiek nie miało to już wielkiego znaczenia – przywiązali ją nagą do drewnianego pala, a pod stopami ułożyli stos słomy i drewna. Intensywny zapach smoły zdominował nocne powietrze. Wokół, w kręgu, stali chyba wszyscy mieszkańcy wioski. Naprzeciwko matka Grześka na rękach trzymała zalanego krwią Antka. Chłopiec martwym wzrokiem wpatrywał się w rozgwieżdżone niebo. Zaklęty wiatr rozwiewał mu poklejone w strąki włosy. Kilku mężczyzn trzymało zapalone pochodnie.

– Zabiłaś go, wiedźmo! – rzuciła oskarżenie była gospodyni Artemis. Jej medalion wydawał się przygaszony. – Podłóżcie ogień, niech sczeźnie, nim wrócą ji siły.

Rzekłszy to obeszła dookoła stos, rzucając nań gałązki jałowca. Potem splunęła czarodziejce pod nogi.

Na stojące kilka kilometrów na południe wzgórze wjechał samotny jeździec. Przez moment bezczynnie obserwował sytuację, a potem znów skrył się za horyzontem.

Ogień szybko zajął cały stos. Czarodziejka, otępiała od smrodliwego dymu, rzucała bezsilne klątwy na swoich oprawców. Instynktownie próbowała odsunąć się od parzących płomieni, lecz więzy utrzymywały ją w miejscu. Wzywała pomocy, lecz nikt nie zareagował – chociaż większość mężczyzn przypatrujących się scenie kręciła się niespokojnie.

Magia nadal nie działała.

Wypełniony cierpieniem umysł popadał w obłęd. Udręczona dusza chciała się wyrwać, pozostawić materialną skorupę na żer płomieniom. Niezłomna wola, trenowana przez lata, utrzymywała ją w miejscu. Nie istniało nic więcej, prócz piekła i pragnienia zemsty, najstraszliwszej, jaką tylko potrafi wykreować spaczona męką wyobraźnia.

Wieśniacy cierpliwie doczekali, aż stos zapadnie się do dołu kloacznego. Z oczywistych powodów zebrali się po zawietrznej. Obserwowali scenę w milczeniu.

Gdy nic więcej się nie działo, a płomienie już dawno ucichły, jęli pojedynczo wracać do domów.

Wiatr zamilkł. Trzymająca na swoich rękach Antka staruszka powiedziała:

– Wracajcie do chałup. Chłopaka pochowamy jutro.

Rzekłszy to, skierowała kroki w stronę wioski. Na miejscu został tylko Grzesiek. Wpatrywał się tępo w resztki stosu zanurzone w syczących nieczystościach.

Z dołu zaczęła się gramolić upiorna postać. Zeschłe, poszarpane płaty ciała przykrywały osmalone kości. Łysą czaszkę znaczyło promieniste pęknięcie.

Wieśniaka sparaliżował strach.

– Podobam ci się? – zapytała Artemis, poruszając się w przerażającej karykaturze uwodzicielstwa.

– T-tak, pani. – Nie mógł opanować drżenia.

Odpowiedział mu śmiech szaleńca.

– Zabawimy się? – zaproponowała czarodziejka. Jej ofiara skinęła głową, nie potrafiąc wydusić z siebie słowa.

– Zaczniemy może od tego… – powiedział szkielet, kładąc Grześkowi kościste palce na przedramionach. Skóra sczerwieniała od temperatury, pokrywając się bąblami.

Myśliwy uniósł poparzone ręce wbrew swojej woli. Próbował je powstrzymać, nie wiedząc, co się z nim dzieje. Spracowane dłonie sięgnęły ku szczęce i potylicy, mocno je ściskając, a następnie nieskończenie powoli pociągnęły, obracając głowę. Puste oczodoły śledziły jego oczy, nim nie zniknęły z ich pola widzenia.

Krzyk, nim umilkł, był jak balsam dla umęczonego ducha Artemis. Ze wsi wychynęło kilka osób, zwabionych hałasem. Przywitała ich, podrzucając jedną ręką głowę podaną jej przez leżące u stóp zwłoki. Nie miała wiele mocy, ale uznała, że ta odrobina wystarczy na odrobinę zabawy. Ruszyła w stronę swoich przyszłych ofiar. Nie spieszyła się.

Wieśniacy zamarli, spętani nagle wyolbrzymionym poczuciem winy.

Naprzeciw zmorze wybiegła babcia Antka, wymachująca przed sobą zerwanym z szyi srebrnym medalionem.

– Zgiń, przepadnij! – krzyczała.

Czarodziejka wyrwała jej go z ręki. Metal wygiął się w osmalonych paliczkach, tylko po to, by spłynąć na ziemię w dużych, gorących kroplach. Jedna upadła na stopę staruszki. Ta cofnęła się, krzyknąwszy krótko. Kmiecie milczeli wobec takiej demonstracji mocy.

– To dopiero przedsmak – zapowiedziała Artemis.

Nie kłamała. Przyglądający się jej chłopi upadli sparaliżowani. Jednym słowem napełniła ich umysły czystym cierpieniem, a następnie weszła do wioski zostawiając je na pastwę powolnej śmierci.

Mijając ułożone na ławce tuż za palisadą zwłoki chłopca, którego śmierci poniekąd była winna, poczuła jeszcze większy gniew. Ten, kto zaśpiewał ów wiatr, zapłaci za to.

Wkrótce wioska pełna była poskręcanych i jęczących ciał. Ktoś rzucił się do studni. Jakiś młodzieniec próbował bezskutecznie zadźgać się nożem. Chaty ogarniał pożar – ciało czarodziejki, spacerującej spokojnie wśród nich, zapalało drewno samym dotknięciem. Ludzie spoglądali na płomienie z nadzieją, rzucali się w nie, chcąc położyć kres cierpieniu. Zwierzęta w zagrodach szalały, lecz szybko ucichły. Dla nich mściwy upiór zachował odrobinę litości, szybko kończąc ich żywoty. Na bezchmurnym niebie wykwitła krwawa łuna. Zaraz dołączył do niej pomarańcz wschodu pierwszego słońca. Wraz z nocą gasły jakiekolwiek przejawy życia w wiosce. Kiedy świetlista tarcza wyjrzała ostrożnie zza horyzontu już całkiem ich nie było. Tylko płomienie kontynuowały swoje zadanie, trawiąc dobytek pokoleń.

Artemis wyszła spomiędzy ogarniętego pożogą piekła. Na jej dotyk falujące delikatnie pod blaskiem jutrzenki trawy stanęły w ogniu. Zniszczenie, jakiego dokonywała, przynosiło jej mściwą satysfakcję. Chcąc zaczerpnąć mocy udała się do kręgu. Bijąca z niego ,uwolniona w nocy, energia rozlewała się bezładnie po polach. Wygłodzona nieumarła wchłaniała ją łapczywie. Upiorzyca dotknęła rosnącej na krawędzi gaju brzozy, rozkazując jej zapłonąć. Drzewo zignorowało polecenie. Z mieszanką zdziwienia i niepokoju w sercu czarodziejka zagłębiła się w zagajniku. W kręgu, oparty o świecący runami menhir siedział jeden ze śpiewaków. Z zamkniętymi oczami wsłuchiwał się w trzaskającą pieśń płonących nieopodal traw.

– Kim jesteś? – zapytała czarodziejka.

Mężczyzna otworzył pozbawione białek, idealnie czarne oczy. Gdy przemówił, jego głos brzmiał kakofonicznym chórem:

– My się już znamy.

– To, to wszystko twoja wina! – wrzasnęła Artemis. – Chroniłeś mnie cały czas, żeby teraz pozwolić…

– Tak. – Skóra zsiniała mu nieco, kiedy to mówił. – Nim porozmawiamy, powinnaś nieco się uspokoić.

– Nie mam zamiaru… – zaczęła nieumarła. Nie skończyła, gdyż coś sparaliżowało jej umysł.

– Czyli jednak nie porozmawiamy… – westchnął lekko zawiedzionym głosem demon, a następnie zabrał się do roboty.

 

***

 

Unosiła się zanurzona w ogromnej, pulsującej rzece światła. Wszechobecne wiry i wartki nurt udaremniały próby skupienia myśli na czymkolwiek. Moc przepływała przez duszę czarodziejki, obmywając dokładnie każdy fragment. To pozwalało oszołomionemu umysłowi stopniowo się aklimatyzować. Wciąż oplatały go złożone wzory demonicznej magii, ślady niedawnej operacji na psychice. Od nich właśnie pobiegła iskra, która, powielając się na każdym rozgałęzieniu, rozbudzała gąszcz niewyobrażalnie złożonych zaklęć, tworzących jestestwo, do świadomości. Wreszcie Artemis ocknęła się. Wydarzenia minionej nocy wyglądały z nowej perspektywy na odległe. Czarodziejka czuła się definitywnie bardziej "ludzka", niż podczas owego krótkotrwałego szaleństwa.

Mimo to nie czuła żadnej wdzięczności do bytu, który zwrócił jej ów skrawek człowieczeństwa, jaki posiadała jeszcze wczoraj.

Morze energii odcięło ją od postrzegania materialnego świata. Mogła jedynie wnioskować o jego konstrukcji z ruchów fal eteru i oględnej analizy zaklęć sferycznych – osobliwie skomplikowanych czarów tworzących rzeczywistość – ale przy mocy, jaką dysponowała, niewiele niewidzialnych dlań szczegółów okolicznego krajobrazu miało jakiekolwiek znaczenie.

Ktoś był w pobliżu. Samotny, ale wystarczająco ostrożny, by osłonić swój umysł barierami, co sugerowało przebyte szkolenie magiczne. Szedł w stronę źródła panoszącej się wszędzie energii. Czasem przystawał, jakby czegoś szukając.

– Stój! – rozkazała Artemis. Zaklęcie oplotło intruza, próbując go unieruchomić. Ten rozproszył je z wysiłkiem. I tak się zatrzymał, ale dobrowolnie.

– Poznajesz mnie? – zapytał telepatycznie.

– Nie – odparła szczerze czarodziejka. Przygotowywała właśnie w myślach kolejny czar.

– Zestroiłaś się z kręgiem. Oślepił cię. Jestem Derek, twój kolega z Wydziału. – Na poparcie swoich słów wysłał jej wspomnienie, jak razem siedzieli na moście w opuszczonym Starym Mieście.

– Byłeś ciężko ranny. Jakim cudem tak szybko cię wyleczyli? – Zawiesiła na chwilę rzucane zaklęcie.

– Dali mi priorytet, żebym mógł wyruszyć od razu. Długo cię szukałem, Artemis. Miałem sprowadzić cię z powrotem na przesłuchanie. Ale dziś rano zmienili rozkazy. – Uśmiechnął się przyjaźnie.

– Czego teraz ode mnie chcecie?

– Wystarczy, że wrócisz. Zeskanują cię, nic nie poczujesz. Potem będziesz mogła żyć jak dawniej.

– Po tym, co ci wieśniacy i demon mi zrobili, mam tak po prostu sobie spokojnie pracować przy Geasie?! – odpowiedziała z niedowierzaniem.

– Kowale dusz potrafią zaradzić takim wspomnieniom.

W Tor'Heir operowano nie tylko ciała.

– Powiedz mi, co tchnęło w was tą nagłą wyrozumiałość?

– Może nie być innej okazji. Odkąd wyruszyłaś na równiny twój… towarzysz cię chronił. Aż do dzisiaj. Nie wiem, ile mamy czasu, nim znów sobie o tobie przypomni, więc zalecałbym pewien pośpiech. – W jego myślach dało się wyczuć napięcie, kiedy to "mówił".

Czarodziejka zamyśliła się. Demon, którego wpuściła do świata przez swoją nieodpowiedzialną drzemkę, pomógł jej uciec sprawiedliwości. On też najpewniej uniemożliwił magom Tor'Heir złapanie uciekinierki poza Miastem.

Z drugiej strony wywołał poprzedniej nocy magiczny wicher, mający makabryczne następstwa. Nie miała pojęcia, dlaczego to zrobił. Pod jego wpływem czuła się jak zabawka. Kiedy tylko przestanie być dlań interesująca, pewnie zostawi ją na pastwę losu. O ile już tego nie zrobił.

– Dereku, zaczekaj chwilę – poprosiła.

Siłą woli wyparła z umysłu nadmiar mocy. Śmiertelnie zmysły wróciły do działania. Leżała na wygniecionej, pokrytej rosą trawie. Krąg skryty był przed słońcami przez tańczące leniwie na wietrze korony drzew. Przyroda łapczywie wchłaniała energię pulsującą spomiędzy pradawnych kamieni. Artemis wstała, otrzepując odruchowo szatę. Tkanina nie nosiła żadnych śladów ognia, wyglądała, jakby świeżo wyszła spod igły, choć była nieco pomięta. Czarodziejka wzięła głęboki oddech. Płuca też zdawały się działać bez zarzutu. Obejrzała swoje dłonie, białe i zadbane, niczym za minionych spokojnych czasów. Dotknęła gładkiej twarzy.

Chwilę temu oferta Dereka wydawała jej się kusząca. Teraz wątpliwości znów zaczęły narastać. Rzuciła kilka zaklęć ochronnych, na wypadek, gdyby zrezygnowała z jego propozycji, a on postanowił sięgnąć po ostateczne środki perswazji.

– Podejdź bliżej! – krzyknęła do chowającego się za wiekowym dębem maga. Ten zbliżył się i zatrzymał kilka kroków przed kręgiem.

To nie był Derek z Wydziału Kontroli Geasu, jakiego pamiętała Artemis. Zmienił się nie do poznania. Luźną, roboczą szatę, zastąpił ciężką, wzmocnioną nitkami błękitnawego metalu. U pasa miał długi miecz, osłonięty pięknie rzeźbioną pochwą, oraz ciemnoszarą maskę bez żadnych otworów. Zamiast lekkich butów z materiału wdział ciężkie jeździeckie kozaki. Dłonie chroniła mu para pokrytych niebieskimi runami rękawic.

– Na kogo się tak uzbroiłeś? – zapytała go czarodziejka, już nie telepatycznie.

– Senat chciał zwiększyć moje szanse przeżycia, jeśli do szłoby do ewentualnej walki. Chcesz więc wrócić ze mną do Miasta, czy nie?

Propozycja powrotu do Tor'Heir za ułaskawieniem widocznie nie zakładała możliwości odmowy.

– Powiedz mi, Dereku. Czy gnicie na stołku to naprawdę coś, na co zasłużyłam sześcioma wiekami studiów?

– Myślę, że niedługo zostałabyś awansowana. – Uwadze czarodziejki nie uszło, że rozgrzewał palce.

– I mogłabym pilnować kilkunastu ludzi gnijących na stołkach?

Ze zgrozą uświadomiła sobie, co mówi. Budziło się w niej pragnienie nieznanego. Dotąd tułała się z przymusu, nie myśląc nawet, że mogłoby jej się to podobać. Życie poza społeczeństwem stawiało nowe wyzwania, wymagało prawdziwego wysiłku. W zamian dawało swobodę magii, obcą rzeszom służących Senatowi. Pokazywało, jak potężni naprawdę są magowie. Jak potężna jest Artemis.

– I? – pospieszał ją Derek.

– Nie wiem. – odpowiedziała szczerze, siadając pod menhirem i opierając oń plecy. – Naprawdę nie wiem.

– Wolisz być zabawką, zależną całkowicie od nieprzewidywalnych kaprysów właściciela? – Mag starał się przemówić jej do rozsądku. – Kiedy mieszkałaś w Mieście wyglądałaś na relatywnie zadowoloną z życia. To demon zaszczepił w tobie te wątpliwości.

– Możliwe. Ale to bez znaczenia, kowale też grzebaliby mi w myślach.

– Bez tego dawno byś oszalała. Życie maga trwa zbyt długo, by sam poradził sobie ze sobą.

– Ach, dawać sobie prać mózg co kilka lat. Żeby być "relatywnie zadowolonym". Kuszące. – Kpiący ton Artemis obudził w Dereku niepokój, że czarodziejka naprawdę może odmówić powrotu.

Wtedy będzie musiał ją do tego zmusić. Rozkazy były co do tego jednoznaczne.

– Ze względu na naszą starą znajomość, wróć. Wielu magów już próbowało odejść, jak skończyli, zapewne wiesz.

Szybko. Magowie-renegaci stanowili zbyt wielkie zagrożenie dla stabilności Tor'Heir.

– Nikt im nie pomagał.

– Jaką masz gwarancję, że tobie ktoś pomoże? Że nie zostaniesz z tym błędem sama, uciekając do końca życia. Co raczej nie trwałoby długo.

Czarodziejka milczała, wpatrując się we własne buty. W głowie miała mętlik. Sięgnęła myślą ku spalonej wiosce. Dookoła pogorzeliska kręciło się kilku gapiów, bardziej odważni szabrownicy rozgrzebywali kijami żar, szukając czegokolwiek wartościowego. Artemis wyczuwała ich myśli – wypełniało je głównie zaciekawienie, połączone z dużą dozą strachu oraz odrobiną chciwości. Bali się zbliżać do leżących w nienaturalnych pozach ciał pomordowanych, jakby mogli w jakiś nieznany sposób podzielić ich los.

Graby zasługują na godniejszy pochówek, zdecydowała. Wstała, nabierając mocy z kręgu. Derek cofnął się ostrożnie, obserwując każdy ruch mas energii.

– Co robisz? – zapytał.

– Nie bój się. To nie na ciebie.

Chwilę walczył z myślami, czy nie zaatakować od razu, na wypadek, gdyby kłamała. Postanowił zaczekać, zawiesiwszy kilka zaklęć. Powietrze wokół niego lekko zamigotało.

Ziemia wokół wsi zatrzęsła się, reagując na zwiewne znaki, tkane przez smukłe palce czarodziejki. Gapie i złodzieje wpadli w panikę. Popychając się, roztrącając łokciami, uciekali jak najdalej od tajemniczego zjawiska. Zostało tylko dwóch, może trzech najodważniejszych, nożami zdrapujących zestalone częściowo złoto z wypalonej ziemi klepiska. Wstrząsy ucichły prawie, przechodząc w ledwo widoczne drgania. Nagle wieś zapadła się pod ziemię, a darń wraz ze skalnym gruzem, uniesione z obrzeży sioła, zasypały ją. Huk zagłuszył okrzyki przerażenia, a gdy chmura pyłu się rozwiała, na jej miejscu widać było spory kopiec, otoczony głębokim rowem. Artemis uwolniła nadmiar mocy. Była pod wrażeniem własnych możliwości. Bezduszni budowaliby taki pomnik tygodniami. Magia pozwalała skrócić proces do minuty.

– Dalej twierdzisz, że powinniśmy udawać niemagicznych, chodzić jak oni do pracy, tłumaczyć im, że wcale nie są od nas gorsi? – Mówiąc to, wpatrywała się myślami w swoje dzieło. – Po co?

– Żeby nie trzeba było sypać im, a potem nam, takich kurhanów. Pospiesz się z tym myśleniem, naprawdę nie mamy czasu.

Niezdecydowanie zawitało na powrót w umyśle czarodziejki. Westchnęła, siadając ciężko pod menhirem. Musiała je przerwać, dalsze zastanawianie się nie wyglądało na sensowne.

Sięgając do zamszowego mieszka ucieszyła się, że i on wrócił na miejsce. Wyjęła z niego okrągłą monetę. Podrzuciła ją wysoko w górę.

– Jak godło to idę z tobą – stwierdziła obojętnie.

– Artemis, właśnie zabiłaś troje ludzi – powiedział Derek, cofając się.

Czarodziejka uśmiechnęła się smutno.

– Widzisz, po człowieku byś się tego nie spodziewał – podsumowała, ignorując spadający w trawę pieniądz.

Koniec

Komentarze

Hmm, akcja się rozwija, ale Artemis nadal zachowuje się jak idiotka. Uruchomiła jakiś magiczny alarm, ale spokojnie idzie spać… I teraz piszesz, że studiowała przez sześć tysięcy lat. Czy mi się tylko wydaje, czy w poprzednim odcinku nauka trwała raptem kilkaset lat?

Aha, w tytule ten pytajnik ma być w środku?

Babska logika rządzi!

Dodałem krótki akapit o motywacji bohaterki do tego działania. Lata studiów rzeczywiście mi się pomyliły. Co do pytajnika – jest gdzie być ma.

Dziękuję za wskazanie błędów

Kiedyś się nauczę...

“trawy, stanowiące główną część roślinności w tej części równin“

 

“starła z szaty ochronne runy, rozpraszając zaklęcia chroniące ją“

 

“Artemis wybuchła śmiechem“ – wybuchnęła. “Wybuchła” to forma stosowana do przedmiotów nieożywionych (np. bomb).

 

“Zeskoczyła za głaz i pospiesznie się ubrała .“ – zbędna spacja

 

“Może znasz tam drogę?“ – Czy bohaterka właśnie poważnie spytała wieśniaka, czy zna drogę do swojej własnej wsi…?

 

“po czym zaczęła wycierać lepkie od potu i ropy ciało Antka.“ – skąd ropa, jeśli ponoć tylko gorączkował, a nie miał żadnej rany, obrzęków itp.?…

 

“Powietrze nie niosło metalicznej woni wyładowań, ani zgrzytu narzędzi uwieszonego gdzieś wysoko na szklanej ścianie golema.“ – zbędny przecinek. Przecinki stosujemy w konstrukcji ani to, ani to, ale jak jest jedno “ani” w zdaniu, zasady są inne.

 

“Głowę uciekinierki opuściły wszelkie myśli. Był tylko bieg, szaleńcza gonitwa o życie. Uciekinierka wiedziała…”

 

Moment, dostała strzałę w plecy i… i co? Nie odniosła żadnych obrażeń z tym związanych? Płuca całe?

 

“Wieśniacy cierpliwie doczekali, aż stos zapadnie się do dołu kloacznego.“ – Wcześniej nie było ani słowa o tym, żeby stos był urządzony w miejscu wygódki. W ogóle dziwny to zwyczaj raczej, po co marnować raz wykopany dół? I to na dodatek dół kloaczny w znacznym oddaleniu od wioski? Wszyscy pędzili na siku poza palisadę, również nocą, czy jak?

 

Generalnie rzecz biorąc – opis spalenia nieprzekonujący. W żaden sposób nie czuć przerażenia i bólu palonej.

 

A jeśli staruszka miała siłę przez cały spektakl trzymać na rękach ciało dziesięcioletniego chłopca to przyznam, że ja, będąc staruszką, też bym chciała mieć taką krzepę. Ba, chciałabym taką mieć choćby teraz!

 

“Bijąca z niego ,uwolniona w nocy, energia rozlewała się bezładnie po polach.“ – raz, że przecinek powinien być po “niego”, a nie przed “uwolniona”. Dwa, że w tekście nie ma ani słowa wyjaśnienia dlaczego moc z kręgu nagle została uwolniona. To zadziwiająco życzeniowy, zgrzytający i niewiarygodny zbieg okoliczności, że moc sobie hula po polach teraz, kiedy akurat bohaterka potrzebuje jej najbardziej…

 

“energię pulsującą spomiędzy pradawnych kamieni“ – nie można “pulsować spomiędzy”. Można pomiędzy. Spomiędzy można wypływać, dobywać się itp.

 

“jeśli do szłoby do ewentualnej walki.“ – doszłoby łącznie

 

“– Nie wiem. – odpowiedziała szczerze“ – zbędna kropka

 

“Dookoła pogorzeliska kręciło się kilku gapiów, bardziej odważni szabrownicy rozgrzebywali kijami żar, szukając czegokolwiek wartościowego.“ – Wcześniej z opisów wywnioskowałam, że to była odległa wioska na zadupiu, skąd tam “gapie”? Spodziewałabym się, że może wyślą kogoś z sąsiedniej osady na rekonesans, ale żeby aż kilka osób przybyło na miejsce aż tak szybko po zdarzeniu? Gap zresztą to raczej ktoś, kto bezmyślnie się przygląda, jak coś się dzieje. W tej wiosce już się nie dzieje ;)

 

“Powietrze wokół niego lekko zamigotało.

Ziemia wokół wsi zatrzęsła się“

 

“z wypalonej ziemi klepiska. Wstrząsy ucichły prawie, przechodząc w ledwo widoczne drgania. Nagle wieś zapadła się pod ziemię

 

Nie czytałam wcześniejszych przygód Artemis (a co za tym idzie – nie wiem, o co chodzi z demonem), jestem jednak umiarkowanie zainteresowana. Zgadzam się z Finklą, że bohaterka zachowuje się miejscami dość bezsensownie, mimo wszystko, ale cóż, w końcu jest kobietą ;p A tak na serio, to całość jest opisana w miarę nieźle, zarys świata, który tu poznałam, wydaje się ciekawy, a że w jednym opowiadaniu niszczymy całą wioskę znaczy, że pewnie będzie się działo.

 

Tylko, jeśli to nie samodzielne opowiadanie, a kontynuacja, to czy nie powinno być raczej oznaczone jako fragment? Rozdział II?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nie znam poprzedniej części, ale uznałam, że skoro to nie fragment, to mogę przeczytać mimo to.  Po przeczytaniu sądzę, że powinnam jednak wiedzieć dlaczego i przed kim bohaterka ucieka. Pomimo braku tej wiedzy czytało mi się całkiem nieźle, ale nie powiem, żeby jakoś szczególnie mnie wessało. Podobnie jak Finkla miałam nieco wątpliwości odnośnie rozsądku bohaterki ;)

Najbardziej podobała mi się końcówka – tutaj rzeczywiście odczułam jakieś napięcie i konflikt, który bardziej byłam w stanie zrozumieć. 

@joseheim – dziękuję za obszerny komentarz i wskazanie błędów. Z większością Twoich spostrzeżeń się zgadzam, z kilkoma wyjątkami:

– owa ropa pojawiła się podczas rzucania zaklęcia (”gęsty, żółtawy płyn”)

– co do rany w plecach, uznałem, że nie jest zbyt poważna, dlatego nie opisałem  jej dalszych konsekwencji. Szok (w sensie reakcji stresowej) mogą zaś wywołać nawet całkiem niegroźne zranienia.

– moc kręgu związana była przez zaklęcia. W nocy wiał wiatr rozpraszający czary.

– co do szybkiego przybycia “gapiów”, nie wiem, skąd wysnułaś wniosek, że minęło niewiele czasu

 

@Finkla @Werwena

Pewna nielogiczność działań bohaterki jest zamierzona (choć najwyraźniej słabo umotywowana w tekście)

Kiedyś się nauczę...

Dla mnie to bardziej wygląda na ostrą głupotę niż nielogiczność. Ale ja wyjątkowo nie znoszę głupich bohaterów i mogę być przewrażliwiona.

Babska logika rządzi!

Zamieszczanie kolejnej części opowieści po prawie półrocznej przerwie, nie jest dobrym pomysłem. Na ponowne przeczytanie Intruzji, niestety, nie mam czasu, więc Homo? Viator jest dla mnie tylko opowieścią o czarodziejce, która znalazła się w opałach, ale z nich wyszła i jej historia pewnie potoczy się dalej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka