- Opowiadanie: Gava1n - Ala

Ala

W rzeczywistości, w której bogowie żyją pośród nas, gdzie urban może przenieść się na wieś, spotykają się siły starsze od europejskich narodów. Odwieczne zmagania zyskują nowy wymiar dzięki współczesnym granicom i ludzkiej chciwości. W cieniu bieszczadzkich lasów i gór rozgrywa się potyczka o życie ludzkie i boskie.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Ala

Stare góry zaczęły witać wiosnę. Niewielkie plamy śniegu zdobiły brunatno-zielony krajobraz, a Połonina Caryńska, zwana również Berehowską, kąpała się w mglistym chłodzie poranka.

Mężczyzna, wyglądający na rówieśnika bieszczadzkich szczytów, Wojciech Lewczuk, szedł szlakiem wiodącym wzdłuż grani, ścieżką wydeptaną przez tysiące wędrowców. Odziany był wygodnie i zgodnie z nowoczesnymi trendami miłośników gór: w ciemno-błękitny strój trekkingowy. Jego ubranie kontrastowało z szarym plecakiem, długą, białą brodą i niesfornymi, równie białymi, włosami wystającymi spod wełnianej, czerwonej czapki. Starzec przystanął na chwilę, by zaczerpnąć powietrza w pełnym kontemplacji uniesieniu. Oddychał głęboko, opierając się na drewnianym kosturze, z którym rzadko się rozstawał. Ta medytacja wywołała na jego twarzy grymas bólu. Coś było nie tak, Wojciech czuł zmianę w aurze gór, a lekki wschodni wiatr zaczął opowiadać mu o…

– Dzień dobry, Gandalfie! – Radosny, męski głos wybił Lewczuka z transu.

– Dzień dobry, Tomku – starzec odpowiedział równie ciepło, rozpoznając swojego rozmówcę.

– Dzisiaj widzę u ciebie nutę Steve'a Zissou a może samego Jacque'a Cousteau? Nieźle! Wiesz może jaka będzie pogoda?

Tomasz Bednarski był studentem fizyki, który w każdej wolnej chwili dorabiał jako przewodnik górski po Bieszczadach Zachodnich. Jego ścieżki często krzyżowały się z tymi Wojciecha. Mężczyźni ostatecznie zaprzyjaźnili się ze sobą pomimo dzielącej ich różnicy wieku. Młodszy szybko nauczył się wierzyć przewidywaniom starszego i ochrzcił go mianem tolkienowskiego czarnoksiężnika.

– Mgła szybko zniknie, by ustąpić miejsce słońcu. Ciepłe dni, które właśnie do nas zawitały, dosyć szybko pozbędą się większości śniegu.

– Świetna wiadomość! Jak się dzisiaj czujesz? Gdzie cię droga niesie?

– Dobrze i jeszcze nie wiem. Dziękuję, że pytasz. A ty, chłopcze? Jak studia?

– Teraz to już niewiele zajęć i głównie praca na potrzeby magisterki, więc chyba nieźle.

– Cieszę się. To pewnie znaczy, że będę cię tu widywał znacznie częściej, prawda?

– Taa, pewnie!

Wojciech lubił tego chłopaka, który przypominał mu jego samego sprzed wieków.

– A jak się ma Magda?

– Planuję się jej oświadczyć, oczywiście tutaj. – Twarz Tomka rozpogodziła się jeszcze bardziej, kiedy to powiedział. – Chcę to zrobić za dwa miesiące. Będziesz w okolicy?

– Zrobię co w mojej mocy.

– Super! Część czasu chcę mieć tylko i wyłącznie dla naszej dwójki, jeśli wiesz co mam na myśli…

– Może i jestem stary, ale pamięć mam dobrą.

– …jednak chciałbym też zrobić małą imprezę z wielkim ogniskiem i muzyką moich znajomych – Tomek kontynuował niezrażony wtrąceniem rozbawionego Wojciecha. – Jeszcze nie znam wszystkich detali, jednak już teraz wiem, że bylibyśmy zaszczyceni, gdybyś się wtedy pojawił, nawet bez fajerwerków.

– To ja jestem zaszczycony, że o mnie pomyślałeś.

– Nawet gdybyś nas wtedy nie uratował to chciałbym, żebyś przyszedł.

– Dobra, dobra, mój chłopcze. – Mówiąc to, Wojciech położył dłoń na ramieniu swojego rozmówcy, od którego był wyższy prawie o głowę.

– Kiedy tylko wszystko zaplanuję to zostawię ci list i zaproszenie, tam gdzie zawsze.

– Umowa stoi.

– No to komu w drogę temu trampki. Z Bogiem, Gandalfie, zdrowia!

– Niech wiatr niesie cię po właściwych drogach.

Wojciech, wsparty na swoim kosturze, patrzył za odchodzącym Tomkiem aż do momentu, gdy ten zniknął mu z oczu w resztkach mgły, po czym spojrzał w niebo i gwizdnął dźwięcznie. W odpowiedzi, gdzieś z przestworzy, dobiegł krzyk orła. Kilka chwil później wielki ptak bezszelestnie przysiadł na pokrzywionych konarach, którymi zakończona była laga starego wędrowca.

– Witaj – głos Lewczuka był pełen szacunku.

Stworzenie odpowiedziało mu rozłożeniem skrzydeł.

– Widziałeś coś? Wieści wschodniego wiatru zostały przerwane.

Orzeł przekrzywił głowę i kłapnął dziobem.

– Rozumiem. Pewnie niedługo dowiemy się więcej.

Wojciech nie wiedział, jak blisko jest prawdy. Bowiem nie minęła nawet minuta, gdy nagle zerwał się wiatr, który na dobre rozgonił opary poranka i przyniósł ze sobą echo odległego krzyku, cień wołania o pomoc.

Orzeł zerwał się do lotu. Wojciech bez chwili zawahania rzucił się do biegu w dół zbocza. Poruszał się z nadludzką szybkością i zwinnością. Kierował się w stronę podpowiadaną przez żywioły, pewny swego i zdeterminowany, by zdążyć przed najgorszym. Nie bacząc na przeszkody wbiegł w las. Jego stopy bezbłędnie odnajdywały bezpieczne ścieżki między drzewami.

Krzyk ponownie rozdarł powietrze. Był coraz bliżej. Dało się rozpoznać, że głos należy do kobiety.

Wojciech przyspieszył kroku.

Poszycie lasu było upstrzone plamami śniegu i wilgotnymi resztkami poprzedniego sezonu. Pod stopami biegnącego lód i gałęzie pękały unisono. Starzec nie zważał na czyniony przez siebie hałas, zależało mu bowiem na szybkości. Wiedział, że dzieje się coś, co zakłóca równowagę świata. Czuł to z jasnością podobną do tej, dzięki której rozmawia z siedmioma wiatrami o zmianach pogody.

Po kilku minutach szaleńczego biegu przez las dotarł na dno kotliny wciśniętej gdzieś, między okoliczne góry. Zatrzymał się na skraju niewielkiej przecinki stworzonej przez przewrócone drzewa. Widok, który tam zastał sparaliżował go na ułamek sekundy.

Tam, na pniu jednego z powalonych drzew, niczym na upiornym ołtarzu natury, leżało zakrwawione ciało, rozszarpywane przez mroczną postać o wielkiej, wypełnionej kłami paszczy zamiast zwykłego oblicza, nad nią jarzyły się dwa małe ślepie. Truchło było ledwo rozpoznawalne, ale Wojciech wiedział, że było to zaledwie dziecko, świeża zdobycz upiora. Kolejny krzyk zwrócił uwagę starca na jak najbardziej żywą dziewczynę, szarpiącą się pod naciskiem długiego ramienia i szponów potwora u jego stóp – kolejna ofiara, czekająca na swoją kolej.

Wojciech wiedział, że nic nie zrobi istocie z mroku, którą zwali Ala. Jedynie szpony orła lub smoka mogły ją skrzywdzić. Dlatego też znów ruszył do biegu, gwiżdżąc przy tym przeciągle. Wpadł na zaskoczonego potwora, a impet uderzenia odrzucił plugawe stworzenie na kilka metrów.

Ala szybko stanęła na pajęcze nogi i zawyła przeciągle, jakby wyzywając swojego przeciwnika. Starzec stał jednak w pozycji obronnej między upiorem a jej zdobyczą, nie myśląc o ataku. Cień ruszył przed siebie, pewny swej mocy, a kiedy zamachnął się by wymierzyć szponami cios, który każdego śmiertelnika rozerwałby na strzępy, inny cień runął nań z powietrza.

Orzeł, stary znajomy Wojciecha, wydłubał prawe oko Ala w szaleńczej próbie pokonania znacznie większej istoty.

Potwór zawył przeciągle, odepchnął szlachetne ptaszysko i rzucił się do ucieczki. Wojciech postanowił zostać i pomóc dziewczynie, ta przysiadła pod konarem skulona w szoku i rozpaczy. Jej bezgłose łkanie rozdzierało serce.

Młoda kobieta trzymała i głaskała machinalnie, zwisającą bezwładnie i zakrwawioną, drobną dłoń dziecka. Dziewczyna nie mogła mieć więcej niż szesnaście lat, zapewne nieznacznie więcej od tej pozbawionej życia. Bladą twarz miała poważną, jakby przeżyła znacznie więcej niż dziecko w jej wieku powinno.

Wojciech delikatnie podniósł ją na nogi i przemówił do niej spokojnym głosem:

– Wiem, że to trudne, ale już ci nic nie grozi. Jesteś bezpieczna.

Dziewczyna w odpowiedzi tempo spojrzała mu w oczy po czym zgięła się w pół i, trzymając się jego ramienia dla utrzymania równowagi, zwymiotowała żółcią.

– Musimy stąd odejść, rozumiesz?

Ya ne zalishu jiji tut – wymamrotała po ukraińsku. Nie zostawię jej tutaj.

– Jej już tu nie ma, ale ty jesteś.

Dziewczyna zaczęła bić w pierś starca, jej drobne pięści nie robiły mu krzywdy, a on sam nie miał zamiaru jej powstrzymywać.

– Dlaczego mnie uratowałeś?! Kto cię o to prosił?! Ja nie chcę, ja nie…

Gdzieś w oddali, ale nie tak daleko jakby życzył sobie tego Wojciech, krzyknęło upiorne monstrum.

– Wiem, że to boli, życie boli, ale nie mamy teraz na to czasu – powiedział, po czym bezceremonialnie chwycił dziewczynę i przerzucił ją sobie przez ramię, podobnie jak zrobiłby to z workiem ziemniaków.

Chwilę później brnęli przez las, szybki krok starca nie znał zawahania ani zmęczenia. Jednak mimo jego sprawności i tak minęła ponad godzina zanim wyszli z gęstwiny i dotarli do niewielkiej wsi przycupniętej między wzniesieniami. Trudnym jest pięć domów, z czego dwa opuszczone, nazwać wsią, jednak miała nawet własną nazwę – Jawornik.

Wojciech wniósł dziewczyną do jednego z domostw. Była to niewielka, zaledwie dwuizbowa konstrukcja, której wnętrze tonęło w pachnącym ziołami półmroku.

– Mokosz, jesteś tu? – zawołał starzec, opierając swój kostur przy drzwiach wejściowych.

– Tak, tak. Już idę, cóż żeś mi tym razem przyprowadził, co? – odpowiedział kobiecy głos, dobiegający z drugiego pomieszczenia.

Kobieta, która dołączyła do Wojciecha i dziewczyny była zgarbioną, małą staruszką, ale i ona poruszała się z niezwykłą werwą. Była ubrana na cebulę, w wiele warstw znoszonych ubrań, na których wierzchu był świecący nowością różowy fartuch. Jej spódnice szurały o podłogę przy każdym ruchu i zadziwiającym było, że nie potyka się o ich rąbki.

– Niebiosa! Szybko, połóż ją na posłaniu pod oknem! – zawołała Mokosz, gdy tylko zauważyła, że nowy gość wciąż spoczywa na ramieniu mężczyzny. – Do cna zwariowałeś? Kto to?

Wojciech położył dziewczynę na wskazanym, jednoosobowym łóżku, po czym wzruszył ramionami i powiedział: – Zaatakowała ją Ala, jej córka nie przeżyła.

– To nie była moja córka – nieśmiało odezwała się dziewczyna. Mokosz przyglądała się jej z bliska, mlaskając w zadumie co kilka chwil i szturchając to tu, to tam. – Nawet nie znałam jej zbyt dobrze. Przepraszam, co pani robi?

Staruszka zignorowała pytanie i kontynuowała bliskie oględziny gościa dopóki jej zawodowa ciekawość szeptunki nie została usatysfakcjonowana, a następnie odeszła od posłania i zaczęła przeglądać zasuszone pęki ziół, które wydawały się wypełniać całe pomieszczenie.

– Napal w piecu, tępy wojaku i wstaw wodę. To dziecko jest w szoku.

Starszy mężczyzna wykonał polecenie bez słowa skargi i obudził do życia żeliwny piec, typu koza, stojący w centralnym punkcie całego domostwa, a pod ścianą izby, w której się znajdowali.

– Niesamowite, dlaczego was rozumiem? Przecież słyszę, że nie mówicie ani po ukraińsku ani po polsku.

– To magia pogranicza, dziecko – powiedziała Mokosz, wrzucając garść suszonych roślin do garnka z wodą. – Rosyjski, ukraiński, polski, słowacki, nawet węgierski… to nie ma tu znaczenia. Jedna sabaka. Teraz wytłumacz nam co się stało. Ale zacznij od tego jak masz na imię.

– Żenia. Znaczy Jewgienia.

– Miło cię poznać, ja jestem Mokosz, a ten tam to Wojciech Lewczuk. No więc powiedz mi proszę co się stało.

– Trzy może cztery dni temu wzięli nas dwie z sierocińca. Próbowali nas przewieźć, przemycić przez granicę, mnie i tą małą, Katyę. Uciekłyśmy w las, ale tam dopadło nas to, to, to coś. – Głos jej się załamał na wciąż bardzo żywe wspomnienie.

– No już, już dobrze, Ala cię tu nie dopadnie. Mokosz zaraz da ci herbaty – powiedziała staruszka, siadając na skraju posłania, po czym sięgnęła za pazuchę fartucha i wyciągnęła stamtąd małe zawiniątko. – Teraz zjedz sobie trochę tej czekolady, zanim zrobię coś porządnego do jedzenia.

Żenia dopadła podanej tabliczki, wyraźnie wygłodniała.

– Kto was odebrał z sierocińca? – zapytał Wojciech, który zdążył rozebrać plecak i rozpiąć kurtkę, widać było, że czuł się w tym miejscu jak w domu.

– Ty lepiej pilnuj ziół – żachnęła się staruszka zanim Żenia zdążyła odpowiedzieć. – Kto was odebrał z sierocińca, dziecko?

– Jakichś dwóch mężczyzn. Eleganccy, mieli dokumenty z ministerstwa – mówiła między kolejnymi kostkami czekolady. – Powiedzieli, że przenoszą nas do nowego domu. Jechaliśmy prawie cały dzień, my dwie podniecone perspektywą zmiany, bo przecież nic nie mogło być gorszego od miejsca gdzie żyłyśmy, prawda? Wieczorem zatrzymaliśmy się w szczerym polu. Tam oddali nas innej dwójce, tamci wyglądali na gangsterów. Katya zaczęła płakać, próbowałam ją pocieszyć, grozili nam bronią. W nocy zasnęłyśmy na tylnym siedzeniu, a kiedy się obudziłyśmy to samochód stał zaparkowany na poboczu, gdzieś w lesie. Mężczyźni stali na zewnątrz, kłócili się głośno, klapa silnika była otworzona, może coś się zepsuło? Z Katyą nie myślałyśmy długo i rzuciłyśmy się do biegu. Nie wiem jak długo uciekałyśmy. Znalazłyśmy kryjówkę, w której nie znalazł nas żaden z mężczyzn, ale za to dopadł nas ten, ten stwór… – głos znowu jej się załamał i zaczęła łkać.

– Gdzie ta herbata wojaku?!

– Już nalewam, też chcesz?

– Nie wymądrzaj się młodzieńcze, podaj kubek i idź po mojego wnuka.

Wojciech i tym razem usłuchał Mokosz bez słowa sprzeciwu, podał napar Żeni a następnie wyszedł na zewnątrz.

– Pij dziecko, tylko ostrożnie, nie poparz się.

– Kim jesteście?

– Ja jestem szeptunką a Wojtek, no cóż, Wojtek opiekuje się okolicą.

– Więc ty jesteś wiedźmą a on leśniczym? A może pracuje dla Straży Granicznej?

Staruszka uśmiechnęła się tajemniczo i chwilę zajęło jej znalezienie właściwej odpowiedzi:

– Patrzcie ją, jaka cwana. Wiedźmy zajmują się mrokiem, romansują z diabłem, mnie tam takie romanse nigdy nie interesowały. Zawsze pociągała mnie biała magia, ale że, dla niewprawnego oka, łatwo o pomyłkę to wybaczę ci to porównanie. Wojtek, natomiast, nigdy tak do końca nie wiedział, która strona bardziej go pociąga, przez co jest z niego trochę nietypowy rodzaj strażnika.

– Widziałam jak rzucił się na tego potwora, to było niesamowite.

– Ten potwór, o którym mówisz to Ala. Jest ich wiele, ale rzadko pokazują się tak daleko na północy, a jeszcze rzadziej wychodzą na światło dzienna, ta jest wyjątkowo bezczelna.

– No tak, ale pan Wojciech wyglądał jakby już kiedyś walczył z czymś takim i to jaki jest szybki, jak to jest możliwe?

– Tak, taaak, to nie pierwsza Ala, z którą się mierzy ani nie najsilniejszy z wrogów. Bo widzisz, dziecko, młody Lewczuk…

– …młody Lewczuk będzie teraz zajęty – Wojciech wszedł jej w słowo, wchodząc bezszelestnie do izby, a za nim, już bardziej hałaśliwie, wkroczył do środka młody mężczyzna z wielkim psem u swego boku. – I ty również, Mokosz, wiatry niosą wieści o gościach, którzy raczej nie mają ochoty na herbatę. Dokończycie tę pogawędkę później.

Ogar podszedł do posłania i obwąchał Żenię. Dziewczyna siedziała niewzruszona pomimo tego, że czarne psisko było potężne i wyglądało na skrzyżowanie doga z mastifem, a może z mustangiem?, Żenia nie była pewna.

– Nie musisz się go obawiać – głos nowoprzybyłego był dźwięczny i melodyjny, nie tak niski jak Wojciecha, jednak zdecydowanie mniej szorstki i pasował idealnie do przystojnych rysów gładko-ogolonej twarzy. – Sema chyba cię lubi, w przeciwnym razie już miałabyś przegryzioną tchawicę.

– Jarek! – Mokosz i Wojciech krzyknęli wspólnie.

– Piesek wabi się Sema? – Żenia wydawała się niczym nie przejmować i podrapała ogara za uchem. – Ślicznie!

– Mokosz, chyba twoje ziółka już działają. Cześć, mam na imię Jarek, ale możesz mi mówić Dżej-Dżej, wiesz: J.J. z angielskiego, w każdym razie ty musisz być Żenia. Miło mi cię poznać.

Dżej-Dżej – w głosie Lewczuka dało się usłyszeć niecierpliwą i lekko kpiącą nutę, – zabierze cię w bezpieczne miejsce, dobrze Żeniu?

– Dobrze, czy Sema pójdzie z nami?

– Tak, weźcie go ze sobą, gryzie mocniej niż Jarek. Dżej-Dżej, wiesz co robić, prawda?

Młodszy z mężczyzn zasalutował starszemu.

– Tak jest, kapitanie.

– Mam iść z małą? – zapytała Mokosz.

– Wolałbym żebyś została tutaj, może przydać mi się wsparcie medyczne, Ala nie zmierza tu sama.

– O, to coś nowego – powiedział Jarek, który właśnie pomagał Żeni wstać z posłania.

– Dasz sobie radę? – Mokosz brzmiała na zmartwioną.

– Pewnie – odpowiedział młodszy z mężczyzn.

– Nie martw się, dobra matko – odrzekł Wojciech. – Teraz chciałbym byś przygotowała dla mnie jedną ze swoich…

Jarek z Żenią nie usłyszeli reszty zdania, kiedy już znaleźli się na zewnątrz i za zamkniętymi drzwiami.

– Jarek?

– Tak?

– Gdzie idziemy?

– Widzisz tamten dom? – Wskazał budynek na południowym skraju Jawornika, posesja była gęsto zarośnięta krzewami i otoczona niewysokim murkiem. Wyglądała całkiem dziko, jednak zielone gonty dachu były nowe tak samo jak i kremowy tynk na ścianach. – Mi casa es su casa.

– Nawet to zrozumiałam! O co chodzi z tą magią?

– Jaką magią, mała?

– Mokosz wspomniała coś o magii pogranicza.

– Dobra, stara Mokosz. To trochę bardziej skomplikowane.

– No dobrze, to powiedz mi coś innego.

– Co cię interesuje, mała?

– Mokosz to szeptunka. Pan Wojciech – strażnik leśny. Ty?

Jarek zaśmiał się serdecznie, wyraźnie rozbawiony, zanim odpowiedział:

– Ja jestem artystą, albo nie, wiesz co? Powiem ci prawdę.

– Jaką prawdę? Dlaczego się śmiejesz?

W trakcie rozmowy doszli do domu Jarka, który otworzył drzwi i zapraszającym gestem wskazywał Żeni, że ta ma wejść pierwsza, Sema był jednak szybszy.

– Kundlu! Liczyłem na twoje dobre wychowanie, przecież to panie mają pierwszeństwo.

Pies szczeknął w odpowiedzi.

– No dobra – powiedziała rozbawiona dziewczyna. – Co to za prawda?

– Jesteśmy bogami.

– Co?

– W każdym razie bogami nas nazywano. – Weszli do środka. – Proszę rozbierz buty i rozgość się.

Wnętrze domu miało taki sam rozkład pomieszczeń jak u Mokosz, jednak gust Jarka był zdecydowanie nowocześniejszy. Wszystko było wyremontowane i mogło uchodzić za mieszkanie kogoś wychowanego w mieście, ściany pomalowano na ciepły, brzoskwiniowy kolor. Zamiast pęków ziół, wszędzie porozwieszane były instrumenty muzyczne i maski z całego świata. Zamiast żeliwnego pieca centralne miejsce zajmowało przestronne biurko, zapełnione trzema monitorami, klawiaturą, myszą i stertą różnej maści papierów.

– Bogowie?

– Tak, bogowie. Głucha jesteś, mała? Jak Mokosz mogła to przeoczyć? Wszyscy żyjemy. Ja, Wojtek, to znaczy Stribog, Mokosz, która, tak na marginesie, wcale nie jest moją babką i cała reszta, choć niekoniecznie na tym zadupiu.

– Nie rozumiem. Jaka cała reszta? Stribog?

– To całkiem proste. Naturalność i ponadnaturalność, czy też rzeczywistość i folklor są pojęciami relatywistycznymi. To co widzisz dookoła siebie nie jest jednolitą tkaniną, składa się z setek warstw. Ludzki umysł, by zachować zdrową równowagę postrzegania otoczenia ma setki blokad poznawczych. Tacy jak my wykorzystują to, by móc żyć, a nasze życie jest niezbędne dla zachowania kruchej równowagi między warstwami. Wiele z nich ukrywa bowiem rzeczy takie, jak Ala, ale i znacznie gorsze. Część z nas, dawno, dawno temu nazywana była bogami.

– Ty też?

– Ja też, a co?

– Ile ty masz lat? Nie wyglądasz na wiele starszego ode mnie!

– Jestem znacznie starszy niż najstarsze drzewa w okolicy.

Żenia zmrużyła oczy w niedowierzaniu.

– Stribog?

– To jest oryginalne imię Wojciecha.

– Kim on jest?

Jarek usiadł przy swoim biurku, na czarnym ergonomicznym fotelu i zaczął się na nim kręcić.

– Stribog? Mój Stryjek? Wojciech Lewczuk…

Żenia znalazła sobie miejsce na sofie, stojącej pod oknem. Kiedy Sema ułożył się przy jej stopach, zaczęła głaskać go po głowie.

– Tak, Stribog.

– Widzisz, mała, Stribog jest władcą siedmiu wiatrów i potężnym wojownikiem.

– Pewnie bym ci nie uwierzyła, ale widziałam jak zaatakował tego potwora w lesie i to jaki jest szybki.

– No tak, łatwo dać się zwieźć pozorom. On i Mokosz wśród swoich mocy mają i tę, umożliwiającą dowolną zmianę wyglądu, oczywiście z pewnymi limitami.

– Dlaczego więc udają staruszków?

– Udają starzenie się, a to różnica.

– Jak to?

– Nieśmiertelność w czasach współczesnych może być problematyczna.

Jarek pewnie mówiłby dalej, jednak z głośników komputera dobiegł alarm.

– Co to? – zapytała Żenia.

– Mamy gości. Zamontowałem czujniki i kamery wokół Jawornika, zaraz zobaczymy. Kogo my tu mamy? Cholera.

Żenia wstała ze swojego miejsca i razem z Jarkiem przyglądała się scenie powielonej przez wiele kamer.

Do wioski, jedyną drogą, zbliżała wojskowa ciężarówka.

– Możemy chyba śmiało założyć, że to zapowiedziani goście.

Kamery dały im możliwość zajrzenia do środka kabiny pojazdu. Obok kierowcy, który mógłby być twarzą promującą ukraińską mafię, bardzo groźną i zdenerwowaną twarzą zdradzającą tatarskich przodków, siedziała odziana w czerń kobieta o nieokreślonym wieku. Jej piękną twarz szpecił zastygły na niej wyraz wściekłości, świeża szrama i opaska zasłaniająca prawe oko.

– Jak myślisz kto to?

– Sądząc po jej oszpeconej buźce, burzowej postawie i opisowi waszego wcześniejszego starcia z Alą… Myślę, że to sama potworzyca w ludzkiej postaci.

– To ona może się zmieniać?

– A jakże. Najciemniej zawsze pod latarnią i najwyraźniej znalazła w tych mrokach jakąś bandę podejrzanych typków.

– To pewnie ci sami, co…

Żenia nie dokończyła zdania, jej głos zniknął pochłonięty przez zaskoczenie i strach. Ryk budzącego się nagle tornada mógłby obudzić umarłych. Żywioł urósł na drodze ciężarówki i poderwał ją w powietrze z łatwością dziecka, bawiącego się nową zabawką.

– Nie bój się, mała, to Stribog i jego system ochrony przed nieproszonymi wizytami.

Jak na komendę, Wojciech wyszedł z domu Mokosz z pustymi rękoma i spokojnym krokiem ruszył w kierunku trąby powietrznej. Wtedy też, z wciąż wirującego pojazdu, wyskoczyła kobieta. Jeszcze w powietrzu zamieniła się w cień i w tej właśnie postaci spłynęła na ziemię. W mgnieniu oka zmaterializowały się jej szpony i rzuciła się na Striboga.

Potwór wraz ze starym bogiem zamknęli się w wietrznym tańcu; pazury kontra utkany z powietrza miecz, który zmaterializował się w rękach Wojciecha. Każde przeszywające cień cięcie nie zostawiało za sobą najmniejszych śladów.

Tornado zniknęło. Ciężarówka w nagłej ciszy spadła na ziemię. Z pozbawionej plandeki przyczepy wypełzło kilku najsilniejszych zbirów, którzy nie stracili przytomności w powietrznej wirówce. Podeszła do nich Mokosz.

– Co ona tam robi?! – Jarek zachowywał się tak, jakby miał zamiar przejść przez ekran komputera i stanąć obok staruszki. Ta rzuciła w mężczyzn niewielkim dzbankiem. Naczynie rozbiło się, uwalniając błękitną mgłę. Opary miały swoje życie i strugami objęły wymiotujących i kasłających mężczyzn, a ci w jej objęciach błyskawicznie zasypiali.

Wtem Ala odskoczyła od Wojciecha i rzuciła się na staruszkę. Ta zaczęła zasłaniać się swoimi zaklęciami, była jednak zbyt wolna, mgła i światło nie przybierały właściwych form rozpraszane przez cień. Potwór powalił ją na ziemię.

Stribog był ułamek sekundy wolniejszy od tych wydarzeń; odrzucił Alę swoim impetem, kiedy Mokosz leżała już nieprzytomna i krwawiła z szarpanej rany na brzuchu.

– Nie! – krzyknęła Żenia w stronę monitora, po czym skierowała swoją złość na Jarka. – Dlaczego nic nie robisz?!

Sema zaczął wyć.

– Siedź cicho kundlu, to nie jest jeszcze czas dla ciebie! A ty, mała, musisz zrozumieć, że nie jestem wojownikiem. – Oczy Jarka biegały gorączkowo od ekranu do ekranu, kontynuował jakby do samego siebie. – Co mogłem to już zrobiłem, gdzie jesteś kiedy cię potrzebujemy?

– To jest tylko potwór, a wy, co? Jesteście bogami! Dlaczego to się dzieje?

– Ala możesz zostać zraniona tylko przez dwie istoty: orły i smoki. Sema jest smokiem, ale to broń ostateczna.

– Co?!

– Nie każ mi się powtarzać, później ci wytłumaczę. O, przynajmniej ty! Patrz! – Pokazał palcem na niewielki punkcik, który zaczął spadać z nieba w kierunku Ali, trwającej w uścisku pazurów, miecza i żywiołów.

Orzeł krzyknął w trakcie nurkowania, a jego zawołanie zostało usłyszane przez Wojciecha. Bóg wiatrów oderwał się płynnie od potwora i zrobił tym samym miejsce dla swojego skrzydlatego sprzymierzeńca i jego szponów. Te nie dosięgły celu.

Wystrzał z karabinu rozerwał powietrze, a kula bezbłędnie dosięgnęła ptaka. Orzeł padł martwy w chmurze krwi i piór.

Wojciech w błyskawicznej reakcji rzucił widmowym, wietrznym ostrzem w stronę strzelającego – kierowcy ciężarówki. Dekapitacja była tak szybka, że nie zmazała tryumfalnego uśmiechu z ust mężczyzny.

Ala wróciła do ofensywy ze zdwojoną furią.

– Kurwa… – Jarek był wyraźnie przestraszony.

– Twój komentarz nie jest zbyt pocieszający. Co teraz?

– Gdzie jesteś, do cholery?!

– Kto?

– Chloe. Czyżby to ty?

Od zachodu zbliżały się chmury układające się w pojedynczy, burzowy ślad kondensacyjny za niewidocznym jeszcze obiektem. Obiektem, który zaczął zstępować, kierując się z potworną szybkością w stronę walczących.

– A to co?! – Żenia wyraźnie spodziewała się najgorszego.

– Zbawienie! Ta panna ma miecz ze smoczej kości.

Obiekt, który wylądował między Mokosz a kotłowaniną z cienia i wiatru rzeczywiście był kobietą. Do tego młodą i bardzo atrakcyjną. Jej krótko przystrzyżone, kasztanowe włosy znakomicie podkreślały kształt twarzy, a duże błękitne oczy wyrażały raczej ekscytację aniżeli strach czy gniew. Była ubrana w dżinsy, buty trekkingowe i flanelową koszulę, której rękawy zaczęła szybko podwijać, gdy tylko znalazła równowagę na ziemi.

– Nie widzę żadnego miecza! – krzyknęła Żenia.

– Ja też nie. Chloe, co do…

Sema zaczął warczeć.

Prawa ręka Chloe była pokryta tatuażami, a między wzorami znajdował się uśpiony, chiński smok. Przeciągnęła po nim palcami i obraz ożył. Stwór przez kilka chwil wił się wokół uniesionej ręki, przeciskał się tam między gałęziami, kwiatami i wytatuowanymi słowami, by ostatecznie wydostać się na wolność i swym wężowym kształtem przerosnąć Chloe a i kilku rosłych mężczyzn.

Ala spróbowała rzucić się do ucieczki, kiedy tylko dostrzegła smoka. Wojciech spowolnił ją ścianą wiatru i ta zdobyta chwila wystarczyła, by stwór z Dalekiego Wschodu dopadł europejskiego demona.

Wśród lamentów Ali i pomrukiwań smoka obserwowanych przez Striboga, pozostającego w pełnej gotowości, Chloe uklęknęła przy Mokosz, przeszukała ją i wysypała na jej ranę proszek znaleziony wśród fałdów sukni staruszki.

Sema nie wytrzymał i, ujadając, rzucił się do biegu, a drzwi domu Jarka nie stanowiły dla niego żadnej przeszkody. Pies ruszył z pianą na pysku i mordem w oczach w stronę chińskiego smoka.

Chloe usłyszała ujadanie i odpowiedziała na nie melodyjnym gwizdem. Wężowa istota wróciła na swoje miejsce wśród tatuaży, a nadbiegły Sema mógł tylko warczeć i wąchać rękę. Ugryźć nie mógł, ale był wyraźnie skonfundowany i zdenerwowany obecnością dalekowschodniego krewniaka, drżał na całym potężnym cielsku.

Jarek i Żenia dobiegli do pobojowiska w momencie, gdy Wojciech klękał przy Mokosz u boku ich zbawicielki.

Chloe objęła psa za szyję i cmoknęła go w głowę, mówiąc – No już, głuptasie, spokój, to tylko ja, a z moim kolegą na pewno się zaprzyjaźnisz.

– Ale masz timing! – krzyknął Jarek.

– To było niesamowite. – Żenia rzuciła się na Chloe, by ją przytulić.

– Dzięki. Kim jesteś?

– To Żenia – odpowiedział Stribog. – To ją upatrzyła sobie Ala.

– Hmm… – Chloe odsunęła od siebie dziewczynę na długość ramion. – Śliczna buźka, też bym, cię zjadła.

Strach zagościł na twarzy młodej Ukrainki. Jarek zaśmiał się w głos.

– Chloe! – Wojciech jak zwykle pilnował powagi sytuacji.

– Żartowałam tylko! Chodź tutaj – powiedziała władczyni chińskiego smoka i na powrót przyciągnęła do siebie dziewczynę.

Wtedy Jarek zaczął śpiewać, a w rytm jego pieśni rany Mokosz zaczęły się goić, każda nuta niosła również ciepło i komfort, który szybko odnajdywał drogę do serc.

 

Tam, gdzie pola złociste,

Gubią swe znaki ojczyste;

Tam, gdzie ta pieśń sokoła,

Którą słyszysz dookoła,

Staje się wilka wyciem.

 

Właśnie tam nas usłyszysz.

Nas, bogów zapomnianych.

 

Gdy już nas znajdziesz, miły,

Gdzie wrony gniazda uwiły.

Gdy już nas zobaczysz, drogi,

Gdzie zew natury jest srogi,

A mgła świata nakryciem.

 

Właśnie tam nas usłyszysz.

Nas, bogów zapomnianych.

 

– Dziękuję, Jarku – powiedział Stribog.

– To było piękne! – krzyknęła Żenia. – Wszyscy jesteście niesamowici, mogę tu zostać?

Chloe uśmiechnęła się i dotknęła ramienia muzyka w geście pełnym uczucia.

– Co się stało z twoim mieczem? – zapytał ją Jarek.

– Przegrałam go w zakładzie, ale Feng, to ten smok, jest chyba lepszy, co?

– Jarek zabierz Mokosz i dziewczyny – głos Wojciecha nie znał sprzeciwu. – Idźcie do zielarki. Ja pozbędę się ciężarówki i tych facetów.

– Hej, zaczekaj! – Chloe podniosła się wraz ze Stribogiem i stanęła tuż przed nim, twarzą sięgając mu klatki piersiowej musiała wysoko zadzierać głowę, by spojrzeć mu w oczy. – Najpierw się ze mną przywitasz, tak jak należy. – Przyciągnęła go do siebie i pocałowała. Wojak nie protestował, a wydawało się, że i sam za tym tęsknił. – Co z tą facjatą? Wolę cię w młodszej wersji.

– Ja też – odpowiedział Wojciech i na ich oczach zaczął zmieniać się jego wygląd, odmłodniał o około 40 lat, blond włosy dodały mu dodatkowego uroku.

– Od razu lepiej.

– Dobrze cię widzieć.

– Ciebie również, Chloe.

Żenia szeptem zapytała Jarka prosto w jego ucho: – Oni są razem?

Muzykalny bóg odpowiedział konspiracyjnym szeptem: – Wytłumaczę ci później, cierpliwości, a dowiesz się wszystkiego.

 

– Koniec -

Koniec

Komentarze

Mocno kojarzyło się z “Amerykańskimi bogami”. Tylko w Twojej wersji bogowie zachowują się trochę jak mafiozi – naparzanki, popisówki. Nie przekonali mnie. Uważam, że stare byty powinny być mądrzejsze. :-) No i bez skrępowania opowiadają i pokazują wszystko przypadkowej śmiertelniczce.

Niekiedy interpunkcja Ci się psuje. Dlaczego nie odmieniasz słowa “Mokosz”?

nad nią jarzyły się dwa małe ślepie

Literówka.

Była ubrana na cebulę, w wiele warstw znoszonych ubrań, na których wierzchu był świecący nowością różowy fartuch. Jej spódnice szurały o podłogę przy każdym ruchu i zadziwiającym było, że nie potyka się o ich rąbki.

Powtórzenie.

Proszę rozbierz buty i rozgość się.

To buty były w coś ubrane? Ubrań się nie ubiera ani nie rozbiera.

odmłodniał o około 40 lat,

W beletrystyce liczby raczej piszemy słownie.

Babska logika rządzi!

Przykro mi to pisać, ale opowiadanie okazało się dla mnie dość ciężkostrawne. Mogę przyjąć do wiadomości wierzenia i legendy krążące w różnych regionach, ale umieszczeni w Bieszczadach osobliwi bogowie, posługujący się magią i mieczami, mający na usługach dalekowschodniego smoka, są dla mnie absolutnie niewiarygodni. W Bieszczadach mogłabym zaakceptować wilkołaka, ale nie smoki!

Zupełnie nie kupuję Żeni. Nie uwierzę, że dziewczyna, na oczach której coś pożarło jej koleżankę, po niedługim czasie zachowuje się, jakby nic się nie stało, zajada czekoladę i z ciekawością poznaje otoczenie.

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia. Wiele usterek wypisałam, ale w tekście pewnie sporo ich jeszcze zostało. Mam na myśli przede wszystkim powtórzenia, miejscami nadmiar zaimków, nie zawsze poprawnie i czytelnie konstruowane zdania oraz interpunkcję potraktowaną po macoszemu. Nie wszystkie dialogi są zapisane poprawnie. Pewnie przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą bardziej satysfakcjonujące. :-)

 

ciem­no-błę­kit­ny strój trek­kin­go­wy. – …ciem­nobłę­kit­ny strój trek­kin­go­wy.

 

Od­dy­chał głę­bo­ko, opie­ra­jąc się na drew­nia­nym ko­stu­rze, z któ­rym rzad­ko się roz­sta­wał. – Czy bywają kostury inne, nie drewniane?

 

Cie­płe dni, które wła­śnie do nas za­wi­ta­ły, dosyć szyb­ko po­zbę­dą się więk­szo­ści śnie­gu. – To nie dni były zaśnieżone, więc to nie one będą pozbywać się śniegu.

Proponuję: Cie­płe dni, które wła­śnie nastały, sprawią, że śnieg dosyć szyb­ko ustąpi.

 

Gdzie cię droga nie­sie? – Raczej: Dokąd cię droga nie­sie?

 

Część czasu chcę mieć tylko i wy­łącz­nie dla na­szej dwój­ki… – Raczej: Część czasu chcę mieć tylko i wy­łącz­nie dla nas dwojga

 

Kilka chwil póź­niej wiel­ki ptak bez­sze­lest­nie przy­siadł na po­krzy­wio­nych ko­na­rach, któ­ry­mi za­koń­czo­na była laga sta­re­go wę­drow­ca. – Czy to na pewno były konary?

 

Po­szy­cie lasu było upstrzo­ne pla­ma­mi śnie­gu i wil­got­ny­mi reszt­ka­mi po­przed­nie­go se­zo­nu. – Co to są resztki poprzedniego sezonu?

 

nad nią ja­rzy­ły się dwa małe śle­pie. – …nad nią ja­rzy­ły się dwa małe śle­pia.

 

Tru­chło było ledwo roz­po­zna­wal­ne, ale Woj­ciech wie­dział, że było to za­le­d­wie dziec­ko… – Powtórzenie.

 

Ko­lej­ny krzyk zwró­cił uwagę star­ca na jak naj­bar­dziej żywą dziew­czy­nę, szar­pią­cą się pod na­ci­skiem dłu­gie­go ra­mie­nia i szpo­nów po­two­ra u jego stóp – ko­lej­na ofia­ra, cze­ka­ją­ca na swoją kolej. – Zbyt wiele kolei znalazło się w tym zdaniu.

 

Dziew­czy­na w od­po­wie­dzi tempo spoj­rza­ła mu w oczy… – Dziew­czy­na, w od­po­wie­dzi, tępo spoj­rza­ła mu w oczy

Sprawdź znaczenie słów tępotempo.

 

trzy­ma­jąc się jego ra­mie­nia dla utrzy­ma­nia rów­no­wa­gi… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Trud­nym jest pięć domów, z czego dwa opusz­czo­ne, na­zwać wsią… – Trud­no jest pięć domów, z czego dwa opusz­czo­ne, na­zwać wsią

 

prze­my­cić przez gra­ni­cę, mnie i  małą, Katyę. – …prze­my­cić przez gra­ni­cę, mnie i  małą, Katyę.

Dlaczego Katya, a nie Katia?

 

po czym się­gnę­ła za pa­zu­chę far­tu­cha… – Nie wydaje mi się, by fartuch mógł mieć pazuchę.

 

Teraz zjedz sobie tro­chę tej cze­ko­la­dy, zanim zro­bię coś po­rząd­ne­go do je­dze­nia. – Nie brzmi to najlepiej.

 

Żenia do­pa­dła po­da­nej ta­blicz­ki… – Skoro tabliczka została podana, to nie wydaje mi się, by dziewczyna ją dopadła, ale mogła ją wziąć/ chwycić.

 

za­py­tał Woj­ciech, który zdą­żył ro­ze­brać ple­cak… – Czy plecak był w coś ubrany?

Pewnie miało być: …za­py­tał Woj­ciech, który zdą­żył zdjąć ple­cak

 

Zna­la­zły­śmy kry­jów­kę, w któ­rej nie zna­lazł nas żaden z męż­czyzn… – Powtórzenie.

 

Woj­ciech i tym razem usłu­chał Mo­kosz bez słowa sprze­ci­wu… – Woj­ciech i tym razem usłu­chał Mo­koszy bez słowa sprze­ci­wu

Błąd nieodmieniania tego imienia występuje w opowiadaniu wielokrotnie.

 

jesz­cze rza­dziej wy­cho­dzą na świa­tło dzien­na… – Literówka.

 

a może z mu­stan­giem?, Żenia nie była pewna. – Po pytajniku nie stawia się przecinka.

 

pa­so­wał ide­al­nie do przy­stoj­nych rysów gład­ko-ogo­lo­nej twa­rzy. – Rysy mogą sprawić, że twarz będzie przystojna, ale rysy nigdy przystojne nie będą.

Proponuję: …pa­so­wał ide­al­nie do przy­stoj­nej, gład­ko ogo­lo­nej twa­rzy.

 

Mo­kosz i Woj­ciech krzyk­nę­li wspól­nie. – Raczej: Mo­kosz i Woj­ciech krzyk­nę­li jednocześnie.

 

po­dra­pa­ła ogara za uchem. – Nie znam się zbytnio na psach i ich rasach, ale wcześniej pisałeś, że Sema to potężne psisko, wyglądające na skrzyżowanie doga z mastifem. Czy o takim psie można powiedzieć ogar?

 

nie­cier­pli­wą i lekko kpią­cą nutę, – za­bie­rze cię w bez­piecz­ne miej­sce… – Przed półpauzą nie stawia się przecinka.

 

– Dasz sobie radę? – Mo­kosz brzmia­ła na zmar­twio­ną. –To nie Mokosz brzmiała, a już na pewno nie można brzmieć na zmartwioną. Brzmieć mógł jej głos.

Proponuję: – Dasz sobie radę? – W głosie Mokoszy brzmiała troska.

 

Gdzie idzie­my? – Raczej: Dokąd idzie­my?

 

jed­nak zie­lo­ne gonty dachu były nowe… – Czy gonty mogły kryć inną część domu, nie dach?

 

Pro­szę roz­bierz buty i roz­gość się. – W co były ubrane buty, że trzeba je było rozebrać???

Tak jak nie można ubrać odzieży i butów, tak nie można ich rozebrać. Buty można zdjąć, zzuć, ściągnąć, zsunąć, wyjąć z nich nogi, ale nigdy, przenigdy, nie można rozebrać butów!!!

Za rozbieranie butów grozi surowa kara – trzy godziny klęczenia na grochu, twarzą do ściany, z rękami w górze! ;)

 

– Stri­bog? Mój Stry­jek? Woj­ciech Lew­czuk… – Dlaczego stryjek jest napisany wielką literą?

 

Za­mon­to­wa­łem czuj­ni­ki i ka­me­ry wokół Ja­wor­ni­ka, zaraz zo­ba­czy­my. Kogo my tu mamy? – Raczej: Za­mon­to­wa­łem czuj­ni­ki i ka­me­ry wokół Ja­wor­ni­ka, zaraz zo­ba­czy­my, kogo my tu mamy.

 

przy­glą­da­ła się sce­nie po­wie­lo­nej przez wiele kamer. – Powtórzenie.

 

sie­dzia­ła odzia­na w czerń ko­bie­ta o nie­okre­ślo­nym wieku. – Raczej: …sie­dzia­ła odzia­na w czerń ko­bie­ta w nie­okre­ślo­nym wieku.

 

Jej pięk­ną twarz szpe­cił za­sty­gły na niej wyraz wście­kło­ści… – Wystarczy: Jej pięk­ną twarz szpe­cił za­sty­gły wyraz wście­kło­ści

 

– Są­dząc po jej oszpe­co­nej buźce, bu­rzo­wej po­sta­wie i opi­so­wi wa­sze­go wcze­śniej­sze­go star­cia z Alą… – …po­sta­wie i opi­sie wa­sze­go wcze­śniej­sze­go star­cia z Alą

 

Żenia nie do­koń­czy­ła zda­nia, jej głos znik­nął po­chło­nię­ty przez za­sko­cze­nie i strach. – Czy głos może zniknąć? Wydaje mi się, że zniknąć może coś, co wcześniej było widoczne.

 

Ryk bu­dzą­ce­go się nagle tor­na­da mógł­by obu­dzić umar­łych. – Powtórzenie.

 

W mgnie­niu oka zma­te­ria­li­zo­wa­ły się jej szpo­ny i rzu­ci­ła się na Stri­bo­ga. Po­twór wraz ze sta­rym bo­giem za­mknę­li się w wietrz­nym tańcu; pa­zu­ry kon­tra utka­ny z po­wie­trza miecz, który zma­te­ria­li­zo­wał się w rę­kach Woj­cie­cha. – Powtórzenie.

 

Z po­zba­wio­nej plan­de­ki przy­cze­py wy­peł­zło kilku naj­sil­niej­szych zbi­rów… – Chyba: Z po­zba­wio­nej plan­de­ki naczepy wy­peł­zło kilku naj­sil­niej­szych zbi­rów

 

– Ala mo­żesz zo­stać zra­nio­na tylko przez dwie isto­ty… – Literówka.

 

– Nie każ mi się po­wta­rzać, póź­niej ci wy­tłu­ma­czę.– Nie każ mi po­wta­rzać, póź­niej ci wy­tłu­ma­czę.

 

w kie­run­ku Ali, trwa­ją­cej w uści­sku pa­zu­rów, mie­cza i ży­wio­łów. – Jak można trwać w uścisku miecza?

 

Orzeł krzyk­nął w trak­cie nur­ko­wa­nia… – Orzeł krzyk­nął w trak­cie pikowania… Lub: Orzeł krzyk­nął, pikując

 

do­tknę­ła ra­mie­nia mu­zy­ka w ge­ście peł­nym uczu­cia. – Raczej: …do­tknę­ła ra­mie­nia mu­zy­ka gestem peł­nym uczu­cia.

 

– Jarek za­bierz Mo­kosz i dziew­czy­ny – głos Woj­cie­cha nie znał sprze­ci­wu. – Raczej: …głos Woj­cie­cha nie dopuszczał sprze­ci­wu.

 

sta­nę­ła tuż przed nim, twa­rzą się­ga­jąc mu klat­ki pier­sio­wej mu­sia­ła wy­so­ko za­dzie­rać głowę, by spoj­rzeć mu w oczy. – Raczej: …mu­sia­ła mocno za­dzie­rać głowę…

Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

od­młod­niał o około 40 lat… – …od­młod­niał o około czterdzieści lat

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W Bieszczadach żyją sobie starożytni bogowie, cała zaś akcja opowiadania służy jedynie jako pretekst do zrobienia wykładu (prawie jak w “Tomkach” Szklarskiego), że oni sobie tam żyją.

Nowa Fantastyka