- Opowiadanie: MrBrightside - Doktor Harvey

Doktor Harvey

Oto efekt mojego niedawnego romansu z horrorem. Tekst zawiera sporo medycznego żargonu, ale mam nadzieję, że wszystko będzie zrozumiałe nawet dla laika. Miłej lektury, pozdrawiam!

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Doktor Harvey

Cholerna winda. Wlokła się dzisiaj jak nigdy.

Całe szczęście, to tylko trzy piętra. Blade, żółte światełko sączące się z sufitu usypiało mnie wespół z jednostajnym dźwiękiem mechanizmu opuszczającego windę w posiadłości. Patrzyłem na powyginane z fantazją stalowe pręty, stanowiące ściany klatki, którą zjeżdżałem i w ogóle nie uśmiechało mi się zjawiać na dole. Pracowałem w London Bridge Hospital i właśnie skończyłem nockę. Spojrzałem na nadgarstek z zegarkiem, któremu brakowało tarczy, dzięki czemu widać było mechanizmy napędzające wskazówki. Dochodziła ósma.

To nie moja wina, że przez ostatnie kilkanaście dni Londyn nawiedziła prawdziwa plaga udarów mózgu. Niezależnie od płci, klasy, zawodu, wieku, choć z tendencją do ludzi starszych, oddziały neurologiczne zalała fala pacjentów i nie inaczej było w naszym szpitalu. Zupełnie jakby zarażali się tymi udarami od siebie. A może się faktycznie zarażali? Cóż, do moich obowiązków nie należało dociekanie, czy Wielka Brytania padła ofiarą jakiejś wyszukanej broni biologicznej. Ja miałem tylko zapewnić pacjentom opiekę i leczenie przez noc. O siódmej mój dyżur powinien się skończyć. Ale przez tych cholernych udarowców odprawa przeciągnęła się i skończyło się jak zwykle opóźnieniem.

Jeszcze jedno piętro.

Ojciec będzie niezadowolony. Będzie mnie zbywać milczeniem lub lakonicznymi odzywkami. Poświęcał się swojej pracy bezgranicznie, traktując ją niemal jak misję. Mnie natomiast jego działania przypominały coraz bardziej konwulsyjne miotanie się szaleńca, aniżeli rozważne działania szanowanego doktora. Wychodziłem do pracy nie po to, żeby się utrzymać, bo słynna lekarska rodzina Harveyów miała pieniędzy aż nadto, lecz po to, by zachować własną higienę umysłową. Ojciec przestał widzieć granice. Moim zdaniem się staczał. Ale za nic miał moje zdanie – dlaczego więc miałbym wściekać się i irytować jego nieraz irracjonalnymi i brawurowymi decyzjami?

Bo to jednak mój ojciec, do cholery…

Winda wreszcie dotarła do celu, a ja w pośpiechu odsunąłem wewnętrzną kratę, a potem i zewnętrzną. W biegu zdjąłem płaszcz i szybkim krokiem przebyłem krótki korytarz. Ciotka LeeAnn Harvey, niegdyś potentatka branży transportowej, leżała nieprzytomna na drogim, specjalistycznym łóżku. Zdążyła się dorobić niemałej fortuny na handlu z Chińczykami i Rosjanami, co wyjaśniało posiadanie prywatnej kliniki w podziemiach własnej posiadłości. Cóż jej jednak było z tego bogactwa, skoro z każdym dniem coraz bardziej przypominała roślinę? Zaczęło się od łagodnego otępienia. Później doszły drżenia mięśni przechodzące w niedowłady. Aż w końcu wpadła w śpiączkę. Gustownie zdobiony złotymi elementami respirator co chwila syczał, pomagając ciotce oddychać. Zauważyłem, że na jej górnej wardze znów pojawił się strupek. 

Wnętrze pokoju urządzono klasycznie, wykorzystując stonowane brązy. Najjaśniejszy punkt stanowiło łóżko ciotki stojące po lewej stronie pomieszczenia, oświetlone lampą zwisającą z sufitu i jakby zamknięte w kloszu ze światła. Po prawej ustawiono prostopadle do ściany trzy regały zasłane dokumentacją medyczną. Ponadto przy ścianach w kilku miejscach paliły się słabe światełka, ogólnie więc było dość ciemno.

Zauważyłem Celię jak pakowała próbki krwi do pudełka transportowego, celem dostarczenia ich do laboratorium. Celia Thompson była emerytowaną pielęgniarką, która zgodziła się zajmować ciotką LeeAnn. Niemalże nie wychodziła z posiadłości, dlatego płaciliśmy jej niemało. Niemniej, jakkolwiek wysoka kwota by to nie była, Celia użyła jej, by w pewien sposób wycenić swoje życie i nam je sprzedać. Emerytka, bezdzietna wdowa potrzebowała na gwałt pieniędzy? Czy może przychodziła do biednej LeeAnn z dobroci serca, z jakichś empatycznych, niezrozumiałych do końca dla mnie pobudek? Nigdy mnie to w sumie nie interesowało.

– Wyszedł już? – zatrzymałem się przy Celii i spytałem lekko zasapany.

Spojrzała na mnie ciepłymi, choć zmęczonymi oczami. Chyba ją zaskoczyłem, gdyż nie usłyszała jak wszedłem.

– Nie. Doktor Harvey jest jeszcze w dyżurce i zleca dawkowanie nowych leków na dzisiaj.

Cholera. Jednak postawił na swoim. Szansa, że kolejny lek załatwi ciotce wątrobę lub nerki, była bardzo duża. Westchnąłem.

– Kolejny?… No nic. Może uda mi się jeszcze przemówić mu do rozsądku. Dziękuję, Celio.

– Williamie – zatrzymała mnie. Pomimo lekkiego roztargnienia spowodowanego kolejną kontrowersyjną decyzją ojca, spojrzałem na nią wyczekująco. – Są wyniki EEG, które doktor Harvey zlecił w nocy. Masz ochotę spojrzeć, zanim z nim porozmawiasz?

Dzieliliśmy z ojcem jedno nazwisko. To powodowało pewien dyskomfort u Celii. Dla niej doktorem Harveyem był i zawsze będzie mój ojciec. Do mnie z kolei próbowała się zwracać w różnych kombinacjach, jak chociażby „doktorze Williamie”, lecz uznałem te tworzone przez nią językowe potworki za szalenie pokraczne. Zaproponowałem, by Celia mówiła do mnie po imieniu. Zgodziła się i zaoferowała to samo.

– Za moment, Celio. Nie mogę pozwolić, by znów mi uciekł.

Odpowiedziała jedynie wyrozumiałym skinieniem głowy, na co zareagowałem krótkim, wymuszonym uśmiechem. Nim jednak odszedłem, dodałem jeszcze:

– Wystraszyłaś mnie. Już myślałem, że pod łóżkiem znowu pojawiła się ciecz.

– Nie zauważyłam jej od czasu incydentu z grypą.

Ciecz była bezbarwna i bezwonna. Smaku żadne z nas nie zdecydowało się sprawdzać organoleptycznie. Posłałem próbki do analizy, a wynik okazał się być co najmniej dziwny. Mieliśmy bowiem do czynienia z wodą destylowaną, zanieczyszczoną prawidłową, ludzką florą bakteryjną skóry. Cóż więc, z ciotki wyciekała zwykła woda? Pomyślałem, że może cewnik jest nieszczelny, poleciłem Celii go wymienić, a mając na uwadze możliwość wystąpienia błędu laboratoryjnego, kazałem zbadać kolejną próbkę. Nawet najbardziej rozcieńczonego moczu nie sposób pomylić z wodą destylowaną. Ojcu nawet nie wspominałem o owym zjawisku – jeszcze uparcie uczepiłby się tej cieczy i zarządziłby jakieś transplantacje nerek lub inne szalone cuda.

Udałem się do dyżurki. W środku paliła się tylko jedna lampka – na biurku. Ojciec nie siedział, lecz stał nad papierami, co jakiś czas przewalając kolejne strony i studiując zawarte na nich dane. Już widziałem, że jest podekscytowany. Nie zareagował, gdy pojawiłem się w progu. Stał do mnie bokiem, a przodem do szyby z widokiem na pokój, w którym leżała ciotka. Pochłonięty pracą mógł mnie nie zauważyć, dlatego po chwili zapukałem w otwarte drzwi. To już musiał usłyszeć, choć nadal nie zareagował w żaden sposób. Po prostu ostentacyjnie mnie ignorował.

– Celia powiedziała, że zamierzasz włączyć kolejny lek.

Ronald Harvey był niegdyś szanowanym doktorem neurologii z licznymi publikacjami na koncie. Do czasu aż matka zmarła na raka trzustki. Guz pojawił się nagle, znikąd i szybko zabrał mamę z tego świata. Nikt się tego nie spodziewał, a miało to miejsce osiemnaście lat temu. Wkrótce potem ciotka LeeAnn zaobserwowała u siebie pierwsze objawy. Ojciec postawił sobie za punkt honoru, aby ją uratować. Nie chciał dać się ponownie zaskoczyć, ani po raz kolejny godzić z odejściem ważnej dla siebie osoby. Stratę żony mógł, choć z trudem, jakoś przeboleć. Stratę żony i siostry natomiast – w żadnym wypadku.

Jednostka chorobowa, jaką zdiagnozowano u ciotki LeeAnn nosiła nazwę podostrego stwardniającego zapalenia mózgu. Było to najgorsze z powikłań zakażenia wirusem odry. Zarówno ojciec, jak i ciotka zarazili się nim we wczesnym dzieciństwie, jeszcze zanim ich zaszczepiono. I chociaż objawy ciotki pasowały do stwardniającego zapalenia mózgu, to zdarzały się okresy, w których obraz EEG, badania obrazującego aktywność fal mózgowych, nie zgadzał się ze schematem występującym w zdiagnozowanym schorzeniu. Bowiem ciotka LeeAnn była także nosicielką wirusa opryszczki. Okresy, w których dostawała gorączki, a zdarzały się one ze zmienną częstotliwością, mogły sugerować początki opryszczkowego zapalenia mózgu. Ciotce, czasem także służbowo, zdarzało się przebywać w lesie i nieraz ugryzł ją kleszcz. Nie można było zatem, zdaniem ojca, wykluczyć też kleszczowego zapalenia mózgu. Wreszcie uwagę zwracały również choroby autoimmunologiczne jak stwardnienie rozsiane, czy stwardnienie zanikowe boczne, w których to organizm ciotki sam atakowałby własną tkankę nerwową, wywołując objawy schorzenia. Ojciec cierpiał na chorobę Crohna, autoimmunologiczną chorobę przewodu pokarmowego, więc tendencja rodzinna w przypadku ciotki była obecna.

A zatem, pomimo postawionego rozpoznania, ojciec nie pogodził się z faktami. Być może ciotka miała pecha i rozwinęła dwie z tych chorób? A może nawet i więcej? Ojciec nie dawał za wygraną, testując coraz to nowsze i coraz to bardziej szalone terapie, lecząc ciotkę LeeAnn praktycznie na wszystko.

– Co to za leki, tato? – zapytałem raz jeszcze, powoli tracąc cierpliwość. – Chyba nie wprowadziłeś tej niedorzecznej terapii opartej na amfetaminie, którą tak się zachwycałeś przedwczoraj? Mieliśmy to jeszcze omówić. Nadal uważam, że…

Ronald Harvey wygrzebał spomiędzy papierów zdjęcia z tomografii komputerowej, a potem zapalił ekran na ścianie i przyłożył je tam, aby coś obejrzeć. Mimowolnie zerknąłem i zobaczyłem, że ogląda wyniki badania głowy. Ojciec nadal się nie odzywał. A ja dałem się sprowokować.

– Posłuchaj. Jeżeli znowu masz pretensje o London Bridge, to musisz wiedzieć, że miałem dziś ciężką noc. Było mnóstwo nagłych przyjęć na oddział i żeby chociaż pobieżnie na odprawie opisać nowych pacjentów, musiałem poświęcić więcej czasu niż zwykle…

– Nie tłumacz się – przemówił w końcu. Tym swoim spokojnym, zbywającym tonem. – Nie ty jeden miałeś ciężką noc.

– Nie mogę rzucić wszystkiego i lecieć tutaj punkt siódma, z zegarkiem w ręku. Zdrowie i życie tych ludzi zależało ode mnie!

– Nie wycieraj sobie ust frazesami, synu. – Wreszcie się odwrócił i na mnie spojrzał. W tym zmęczonym, niewyspanym obliczu zobaczyłem odrazę. Co go obrzydziło? Czyny własnego syna, który próbował rzetelnie wykonywać swoją pracę? Czy może sam syn? Ojciec jednak błyskawicznie zmienił temat. – I tak, włączyłem terapię amfetaminą. Wczoraj, gdy zajmowałeś się zdrowiem i życiem obcych ludzi. Dziś mam już pierwsze wyniki. Są obiecujące.

Mówił o EEG, którego zapis chciała pokazać mi Celia. Plułem sobie w brodę, że nie przystanąłem wtedy chwilę dłużej, by chociaż rzucić okiem na wynik. Wybiło mi to część argumentów z ręki. Ale ojciec na pewno zrobił kopię.

Ronald Harvey zajął się zdejmowaniem zdjęć z lampy i pakowaniem ich do jednej z wielu teczek. Stojąc odwrócony do mnie plecami, mówił:

– Wszystko leży na stole. Z pewnością nie miałeś okazji zapoznać się z wynikami, bo miałeś ciężką noc w szpitalu, ale jak już mówiłem… nie ty jeden. Idę teraz na górę przejrzeć bazy danych. Muszę znaleźć zamiennik dla amfetaminy, który zadziała selektywnie i zniweluje skutki uboczne… Jeśli LeeAnn nadal będzie tak pozytywnie reagować na terapię, to kto wie, może za jakiś czas odzyska świadomość? Obejmij w tym czasie dyżur. Wiem, to tylko twoja własna rodzina walczy tutaj o życie… Ale wierzę, że dasz radę przez parę godzin nie myśleć o tłumie anonimowych pacjentów ze szpitala i skupić się na tym, co ważne.

Szybko rzuciłem okiem na wydruk, o którym mówił ojciec. Pobudzenie mózgu świadczyło jedynie o tym, że neurony ciotki nadal żyły i reagowały, zgodnie z fizjologią, większą aktywnością wywołaną zwiększeniem stężenia noradrenaliny i innych neuroprzekaźników w synapsach. Pobudzenie utrzymywało się od czasu podania pierwszej dawki, co ojciec błędnie zinterpretował jako wyraz aktywności świadomości ciotki. Zupełnie zapomniał, że u osoby, która nigdy wcześniej nie zażywała amfetaminy, takie pobudzenie mogło utrzymywać się nawet kilka tygodni. Ojciec dobierał i interpretował fakty tak, żeby pasowały do jego teorii. To był zły znak. Chwycił pod pachę teczkę z papierami i minął mnie, oglądającego wydruki. Zawołałem za nim, zaskoczony:

– To badanie niczego nie dowodzi! Zafundowałeś ciotce chwilę narkotycznego haju i co z tego? Nie odwrócisz uszkodzeń mózgu w taki sposób!

Ojciec stanowczo pokręcił głową.

– Nonsens – rzekł. – Musimy poczekać i zobaczyć, jak ciało LeeAnn zareaguje na terapię. Jestem dobrej myśli. Jeśli rokowania nadal będą się poprawiać, to krok w dobrym kierunku.

– Och, przestań! Gdy ostatnio usłyszałem od ciebie taki tekst, wymyśliłeś celowaną terapię genową najbardziej zjadliwą odmianą grypy. O mało wtedy nie zabiłeś ciotki!

Pomysł nie był głupi. Takie rzeczy się robiło. Wykorzystując zdolność wirusa do selektywnego zakażania komórek, wprowadzało się do niego wersję genu, która miała zastąpić inną, wadliwą w komórce docelowej. W ten sposób podejmowano próby leczenia mukowiscydozy, czy dystrofii mięśniowej. Tam uszkodzone były geny ludzkie. Ojciec z kolei próbował pójść o krok dalej i zaatakować geny wirusowe, które niszczyły mózg ciotki. To się nie miało prawa udać bez długofalowych badań klinicznych, na które ciotka LeeAnn zwyczajnie nie miała czasu.

– LeeAnn zareagowała na inhibitory neuraminidazy i zwalczyła grypę, więc ta sprawa jest już zamknięta – odpowiedział mi spokojnie ojciec. – Poza tym, sprawdziłem tamte wirusy na sobie. Nie zaobserwowałem poważniejszych działań niepożądanych.

Nie wierzyłem w to, co usłyszałem.

– Tato, pół życia spędziłeś przeprowadzając badania kliniczne i naprawdę muszę ci przypominać, że jednoosobowa próba niczego nie dowodzi?!

Ojciec westchnął, trzymając już rękę na klamce i uchylając drzwi do dyżurki. Przez chwilę chyba się wahał, czy kontynuować tę dyskusję, czy może wyjść, zostawiając mnie i moje wątpliwości samym sobie.

– Czego ty oczekujesz, Williamie? Że usiądę i będę patrzeć końca?

Spuścił z tonu. Może to była okazja, by porozmawiać spokojnie, bez emocji, ale przede wszystkim – rozsądnie?

– Chciałbym, żebyś zastanowił się parę razy przed wprowadzaniem nowych leków, tato. Żeby wrócił ten fachowiec, którym zachwycała się Europa. Dawny Ronald Harvey nie dopuściłby do eksperymentowania na pacjencie.

– Dawny Ronald Harvey nie był w stanie uratować własnej żony, a twojej matki. Nie powtórzę starych błędów. Nie powtórzę!

– Medycynę oparto na faktach, tato, żeby działać zgodnie z aktualną wiedzą. Żeby nie próbować niedorzecznych kombinacji leków na ślepo, ze szkodą dla pacjenta. Zrobiliśmy wszystko, co się dało, aby ją ratować, ale ona nadal gaśnie w oczach. Może trzeba powoli godzić się z tym, że jej się nie da pomóc…

– Ty obłudny gnoju! – wybuchnął ojciec, niemal ze łzami w oczach. – Gdyby tam leżała twoja matka, też byś tak spokojnie mówił o dawaniu sobie spokoju? Jak widać, nie zrobiliśmy wszystkiego! Jeśli amfetamina nie pomoże, znajdę inny lek, który da LeeAnn nadzieję! A potem kolejny! A jeśli skończą mi się pomysły, to nawet pójdę do jebanego kościoła się pomodlić! Wtedy będę mógł powiedzieć, że zrobiłem wszystko!

Zatkał mnie jego ton, jego furia. Nie byłem w stanie wykrztusić żadnego słowa. Ojciec natomiast kontynuował:

– Każdy problem da się rozwiązać. Każda choroba ma swoją przyczynę. Jeśli się ją usunie i odwróci zmiany, które zaszły, pacjent będzie zdrowy. I ja znajdę tę przyczynę, jakakolwiek by ona nie była. A potem lek, który zwróci mi LeeAnn. Bo rodziny się nie porzuca w potrzebie. Nie tak cię wychowałem, synu.

Uznał rozmowę za zakończoną. Wypadł z dyżurki i trzasnął za sobą drzwiami. Mijając Bogu ducha winną Celię, niemalże wyszarpnął jej z rąk spakowane próbki. Zniknął w korytarzu prowadzącym do windy. Nie miałem siły, by iść za nim i kontynuować tę dyskusję. Może jeśli ojcu nie pozostało nic innego, prócz wiary, to nie powinienem mu jej odbierać?

Usiadłem przy biurku. Jeszcze raz, tym razem na spokojnie, spojrzałem na zapis EEG, na który zwrócił uwagę ojciec. Spomiędzy chaotycznych wyładowań, będących konsekwencją podania amfetaminy, przedzierały się rytmiczne grupy fal o wysokiej amplitudzie. A zatem, mimo iż Ronald Harvey usilnie starał się zamaskować dowody i doszukiwać nieistniejącej poprawy, jego siostra nadal umierała na stwardniające zapalenie mózgu. I być może na coś jeszcze.

 

 

 

– Williamie? – Celia stała w uchylonych drzwiach.

Zasnąłem, nawet nie wiedziałem kiedy. Minęły minuty? Godziny? Spojrzałem szybko za szybę, lecz ojciec nadal nie wrócił. Mimo całego mojego zmęczenia pracą w nocy i sytuacją z ciotką, spytałem Celię, o co chodzi.

Przeszliśmy do sali z łóżkiem.

– Znowu kapie. Zobacz.

Z pozoru ciotka wyglądała normalnie jak na swój stan. Dopiero, gdy pochyliłem się, by zajrzeć pod łóżko, zobaczyłem niewielką kałużę po jego prawej stronie, która, zdaniem Celii, powiększała się na przestrzeni czasu.

– Cewnik jest szczelny? – upewniłem się, z góry znając odpowiedź. Worek na mocz wisiał po lewej stronie łóżka i był zapełniony do połowy.

– Oczywiście, sprawdziłam dwa razy! – Celię ewidentnie zaniepokoiła cała sytuacja.

– Rozmawiałaś o tym z ojcem?

– Nie. Mówiłeś, Williamie, że to nic ważnego.

– Bo to prawda. Nie widzę potrzeby, aby go tym niepokoić. Niemniej najmę hydraulika, żeby sprawdził instalację w posiadłości, a zwłaszcza w piwnicach.

– To ciekawe, że rura zawsze przecieka pod łóżkiem panny Harvey, prawda?

Celia wyraźnie odetchnęła. A odetchnęła, bo uwierzyła. Dla mnie, niestety, to życzeniowe wytłumaczenie było zbyt naiwne. Od dawna podejrzewałem, że ojciec mógł testować za moimi plecami różne leki i terapie, o których nigdy mi nie mówił. A co, jeśli przestawał panować nad działaniami ubocznymi? Kto wie, czym faszerował ciotkę, gdy wychodziłem do pracy w London Bridge…

A może zaczynałem popadać w paranoję, jak i on? Stan ciotki utrzymywał się na stabilnym poziomie. Skoro się więc nie pogarszał, nie mogłem opierać swoich podejrzeń jedynie na wycieku dziwnego płynu, nie wiadomo skąd. Ale jeśli pomimo usilnych starań także się nie polepszał, czyż nie nasuwało to wniosku, że może czas najwyższy dać sobie spokój?

– Pannie Harvey znowu wyszło zimno – zauważyła Celia, mówiąc o strupku na wardze ciotki.

– Trzeba będzie podać acyklowir – odparłem automatycznie, przeglądając wyniki pomiarów ciśnień z ostatnich dni.

Dopiero po chwili zauważyłem jak nieroztropne zdanie palnąłem w pośpiechu. Wprawiłem Celię w konsternację, przez co mi nie odpowiedziała. Otóż odkąd ostatnim razem włączaliśmy do terapii acyklowir, zestaw leków, które przyjmowała ciotka, zmienił się. Należało sprawdzić, jaka dawka będzie bezpieczna i czy w ogóle akurat tę substancję należy zastosować, by uniknąć interakcji z innymi lekami.

– Przepraszam – uśmiechnąłem się krótko. – Niestety nie jestem medyczną alfą i omegą, jak mój ojciec, dlatego będę musiał sprawdzić w jakiejś mądrej książce, co możemy podać. Ciotka gorączkowała w ostatnim czasie?

– Nie przekraczała trzydzieści sześć i osiem.

– W takim razie nie ma pośpiechu.

Udałem się w kierunku windy.

– Spokojnie, Williamie – rzuciła za mną Celia. Obejrzałem się za siebie zaskoczony. – Doktor Harvey na pewno docenia twoje zaangażowanie. Tylko bardzo się stara i… Cóż, chyba nie umie tego zbyt dobrze okazać.

Złote usta Celii Thompson wyrzuciły z siebie piękne eufemizmy. Przynajmniej wiedziałem, że całkiem szczerze próbowała mnie pocieszyć.

Na piętrze mieszkalnym posiadłości jak zwykle było pusto. Nikt nie miał czasu tutaj mieszkać, odkąd całe życie przeniosło się do kliniki w piwnicach. Słońce już niemal zaszło, więc musiałem zapalić światło. W przestronnym pokoju, w którym na środku stał stary, drewniany stół z kompletem sześciu krzeseł, znajdował się też regał zapełniony medyczną literaturą. Odnalazłem na nim podręczną internistyczną biblię i sprawdziłem interakcje acyklowiru. Autorzy nie widzieli przeciwwskazań, abym go podał.

Na lewo od regału znajdowało się przejście bez drzwi, prowadzące do korytarza i dalej do kuchni i pomieszczeń gospodarczych. Ja do pokoju wszedłem od drugiej strony, idąc prosto od windy. Zapalone światło zwabiło gosposię – tęgą Walijkę w kuchennym fartuchu.

– Pani Duncan, pani jeszcze tutaj? – spytałem, biorąc książkę pod pachę.

– Za moment wychodzę, doktorze Harvey. Nie spodziewałam się, że ktoś tutaj będzie. To głupie, ale pomyślałam, że może to włamywacz…

Przyjrzałem jej się dokładnie.

– Gdybym był oprychem, a pani przyszłaby tu z gołymi rękami, jak teraz, chyba miałaby pani problem.

Pani Duncan zmieszała się.

– Trzeba było zabrać chociaż nóż.

– Złego diabli nie biorą, spokojnie – roześmiała się gosposia. – Doktorze Harvey, podać panu obiad, nim wyjdę? Pański tata nie dał się namówić, ale może chociaż pan spróbuje?

Nie byłem przekonany. Zauważyła to.

– Oj, bo sobie pomyślę, że państwu nie smakuje moja kuchnia! Poza tym trzeba jeść, żeby mieć siłę tak myśleć cały czas! Nad tymi lekami, nad tym wszystkim.

– Dobrze, już dobrze – skapitulowałem. – Proszę nałożyć. Za chwilę zjem, gdy wrócę. Muszę jeszcze zlecić jeden lek.

Jadąc w windzie pomyślałem, jak bardzo niezdrowe życie prowadzę. Należało czasem, chociaż na chwilę, oderwać się od sprawy ciotki. Posiadałem co prawda etat w szpitalu, ale cóż to za odskocznia – od medycyny do medycyny. Ojciec z kolei nie miał nawet tego, co wyniszczało go powoli, lecz konsekwentnie. Należało coś z tym zrobić.

Winda dojechała na odpowiedni poziom i wyszedłem do korytarza, oznajmiając, że już wróciłem. W piwnicy jednak przywitała mnie cisza.

Nigdzie nie było Celii. Nie weszła do dyżurki, bo by mi odpowiedziała, a i widziałbym jej sylwetkę przez szybę. Na tym poziomie posiadłości jednak nigdy nie zapadała kompletna cisza, gdyż respirator nieustannie syczał, by oddychać za ciotkę. Spojrzałem na jej łóżko i ku mojemu zdumieniu, ciotka leżała schlapana wodą… lub jakąś podobną do niej cieczą, a w okolicy piersi i twarzy – także krwią.

Aż wypuściłem książkę z ręki. Zrobiło mi się zimno. Co tu się, do cholery, stało?! Nacisnąłem przycisk alarmowy przy biurku, na wypadek gdyby doszło do włamania, aby ochrona wiedziała, że coś jest nie tak. A potem dopadłem do łóżka, na którym zastałem ciotkę przykrytą zmierzwioną i schlapaną białą pościelą.

Przeklinałem w duchu półmrok, jaki urządziła tu właścicielka, gdy była jeszcze świadoma. Zacząłem się rozglądać za przełącznikami, które rozpaliłyby dawno nieużywane halogeny zamontowane na suficie.

I wtedy to zobaczyłem. Przy łóżku, po jego drugiej stronie, leżało ciało Celii z odgryzionym policzkiem, oderwaną żuchwą, pozbawione ręki. Zwłoki spoczywały w olbrzymiej kałuży krwi, która pod łóżkiem rozrzedzała się, łącząc się ze skapującą cieczą. Odwróciłem wzrok. Przysłoniłem usta przedramieniem, gdyż poczułem mdłości. Tak się złożyło, że spojrzałem wówczas na zakrwawione oblicze ciotki LeeAnn. Widok, jaki ujrzałem, zmroził mnie do cna.

Twarz ciotki pozostawała nieruchoma. Taka, jaką zapamiętałem ją przez lata. Jej nieskalany żadną emocją wyraz niknął z każdą chwilą, gdy tylko dostrzegłem, że LeeAnn Harvey uchyliła powieki i patrzyła na mnie. Zauważyłem jak oddycha. Sama. Płytko i szybko. Bez pomocy respiratora! Jego pozłacana rura wisiała obok bezwładnie.

– Ciociu?… – spytałem niepewnie. Jej przebudzenie uznałbym w normalnych warunkach za cud, lecz aktualnie, gdy obok leżały zmasakrowane zwłoki Celii, nie byłem w stanie wykrztusić ani słowa więcej. Zmrożony trwałem przy łóżku. Nie potrafiłem drgnąć nawet wtedy, gdy twarz LeeAnn zaczęła powoli spływać na bok, zasłaniając skórnymi fałdami dopiero co otwarte oczy.

I wtedy coś mocno chwyciło moją rękę, którą trzymałem przy łokciu ciotki. Instynktownie wrzasnąłem. Szybko spojrzałem w dół i ku mojemu przerażeniu zauważyłem, że to ciało ciotki próbowało mnie pochłonąć! W niczym nie przypominające ludzkiej skóry – zimne, mokre i oślizgłe, niczym bezkształtna masa wciągało moją kończynę. Jego dotyk wywoływał na skórze przykrą sensację. Czułem, jakbym płonął. Jakbym się roztapiał pod jej naporem.

Próbowałem wyszarpnąć rękę raz, drugi i trzeci, ale bezskutecznie. Masa systematycznie pochłaniała mnie i sięgała już do łokcia. Szybko się rozejrzałem. Przy łóżku zawsze leżał zestaw skalpeli na wypadek, gdyby ciotka nie mogła oddychać i wymagała szybkiej tracheotomii. Złapałem jedno z ostrzy i ciąłem na ślepo ramię monstrum. Ciotka zawyła przerażająco i przeciągle. Żaden człowiek nie był w stanie wydawać z siebie takich dźwięków.

Jej skóra okazała się być cienka jak pergamin. Łatwo dawała się przeciąć. Brakowało krwi, mięśni, tłuszczu. Z rany tryskała najpierw podobna do wody ciecz, a później wypływała biaława breja.

Pocięta ciotka stała się niespokojna. Ale nie wykonywała typowych dla ludzi ruchów. Bardziej bulgotała. Coś kotłowało się pod jej cienką skórą, rozjuszone moimi działaniami.

Z uszkodzonego ramienia udało mi się wyrwać, choć z niemałym trudem. Od razu cofnąłem się o dwa kroki. Ciotka zdawała się krztusić. Z miejsca, gdzie niegdyś znajdowały się usta, wyciekała biała substancja, podbarwiona krwią. Skóra zeszła już z twarzy na tyle, że widziałem jej lewe oko. Wciąż na mnie patrzyła. Cóż to było za spojrzenie? Pragnęła pomocy? Czy może chciała, bym skończył tak jak Celia?

Rzuciłem się do ucieczki. Gdy wbiegłem do korytarza kończącego się windą, usłyszałem huk. Odwróciłem się, by ocenić zagrożenie. Ciotka spadła, a może raczej spłynęła z łóżka na ziemię i zawodząc pełzła w moją stronę. Z każdą chwilą coraz mniej przypominała człowieka, zmieniając się w bezkształtną masę. Odwróciłem wzrok.

Wzywanie windy nie miało sensu. Alarm ją zablokował. Nawet się nie zatrzymywałem, tylko rzuciłem się w kierunku drzwi na schody. Wybiegłem na klatkę, zatrzasnąłem za sobą wrota do piekła i zamiast uciekać byle wyżej, postanowiłem pod wpływem impulsu zablokować drzwi własnym ciałem. Stwór wył wewnątrz żałośnie i upiornie zarazem. Krew zabuzowała mi pod czaszką, lecz znalazłem pod palcami klucz w zamku, więc szybko go przekręciłem. Wycie nie ustawało. Nie chcąc go słyszeć, zasłoniłem uszy dłońmi.

Następnie, niczym maratończyk po dotarciu na metę, osunąłem się na poręcz przy schodach. Lecz nie miałem śmiałości odpoczywać tuż przy drzwiach, przez które lada moment mogło przedostać się monstrum. Nadludzkim wysiłkiem wspiąłem się na półpiętro i dopiero tam usiadłem. Mając widok na drzwi do piwnicy, mogłem ocenić swój stan. Zmysły mnie nie myliły, moje przedramię faktycznie zostało poparzone. Sączyła się z niego surowica.

Usłyszałem szczęknięcie zamka, na szczęście gdzieś u góry, lecz mimo to, wzdrygnąłem się. Ktoś szybko zbiegał po schodach. Spodziewałem się, kto to może być.

Ronald Harvey zatrzymał się, widząc mnie siedzącego na półpiętrze, lecz nie odezwał się słowem, tylko zbiegł niżej, ku drzwiom, które kilka chwil temu z tak wielkim trudem zatrzasnąłem.

– Ten alarm… – wydyszał. – Co tam się wydarzyło?

Zwlekałem z odpowiedzią. Całkowicie rozważnie. Obserwowałem go. Był pobudzony, wręcz rozentuzjazmowany. Patrzył na mnie tym swoim wzrokiem domagającym się odpowiedzi. Gdybym zaczekał jeszcze chwilę, z pewnością popędziłby mnie w charakterystyczny dla siebie sposób.

– Co podawałeś ciotce bez mojej wiedzy?

Zaskoczyło go, że wiem. Nie okazał tego jakoś spektakularnie. Po prostu zawahał się z odpowiedzią. Tyle mi wystarczyło, by mieć pewność.

– Podziałało? LeeAnn odzyskała świadomość?

Milczałem. Przeszło mi przez myśl, że pobudzenie wywołane amfetaminą zadziałało jedynie jak wyciągnięcie zawleczki. Stworzona przez ojca mieszanka buzowała w żyłach ciotki od dawna i tylko czekała, by eksplodować.

– A mówże wreszcie!

– Stworzyłeś potwora, tato! – wybuchnąłem. – To, co pełza po piwnicy, w niczym nie przypomina ciotki LeeAnn! Nie przypomina nawet człowieka! Coś ty jej podał?

Ojciec uśmiechnął się. Szeroko. Wręcz cicho zachichotał i mierzwiąc palcami włosy, złapał się za głowę. Oparł się o ścianę, obok drzwi, patrząc w przestrzeń, analizując fakty i wciąż się szczerząc.

– To obrzydliwe, tato… Jak mogłeś spać w nocy ze świadomością do czego mogłeś doprowadzić?!

– Mylisz się, synu. To piękno natury w najczystszej postaci. Nie ma w tym odrazy. Nasza ukochana LeeAnn w końcu zaczęła rozkwitać!

– Jesteś szalony… Zamiast dać siostrze odejść z godnością, zamieniłeś ją w bezmyślnego, bezkształtnego potwora!

– To tymczasowe. – Machnął ręką. – Mózg LeeAnn umarł lata temu, toczony wirusami. Więc skoro nie dało się go naprawić, należało stworzyć nowy! Tak jak poczwarka rozpuszcza wszystkie swoje organy i tworzy je na nowo, nim stanie się imago. Wystarczyło wprowadzić geny motyla do każdej jednej komórki jej ciała.

Monstrum zawyło donośnie zza drzwi, aż ojciec oparł się o nie czołem i dłońmi, mówiąc w ekstazie:

– Och, LeeAnn… W końcu mi się udało! Rozwiązanie przez lata było tak blisko! Na wyciągnięcie ręki!

Wtedy dotarło do mnie, ile dla niego znaczyłem. Liczyła się tylko jego ukochana siostra. Nie widział oprócz niej świata.

– Zobacz! Zobacz, co TO mi zrobiło!

Wystawiłem oparzoną rękę, aby zobaczył. Liczyłem, że poczuje swąd roztopionej skóry, która piekła i bolała niemiłosiernie. Jego reakcja skołowała mnie do reszty.

– Och, przestań się mazać! – zirytował się. – Nie widzisz, jak spektakularny sukces ma tutaj miejsce?!

– To monstrum jest agresywne i niebezpieczne…

– To twoja rodzina, do cholery! Nie tak cię…

– A ja? Też jestem twoją rodziną!

– Ciebie mam na co dzień… A LeeAnn jest wreszcie świadoma i porusza się samodzielnie. A że jej forma jest niecodzienna? To się naprawi… Wszystko się naprostuje… Pierwszy krok był najważniejszy, teraz… Teraz już będzie łatwiej!

Wstałem. Nie mogłem dłużej słuchać tych bredni fanatyka. Rozżalony poszedłem na górę. Ojciec bardzo chciał zobaczyć efekt swojego eksperymentu, ale podniecenie nie pozwalało mu nacisnąć na klamkę od razu. Tak jakby rozważał różne warianty rozmowy, którą już za chwilę miał odbyć ze swoją długo nieobecną siostrą.

Dotarłem do pokoju z literaturą medyczną, w którym spotkałem panią Duncan. Na stole stał talerz z wołowiną i kieliszek czerwonego wina. Zwaliłem się ciężko na krzesło. Nie byłem w stanie niczego przełknąć, więc sięgnąłem tylko po trunek. W pokoju panował półmrok. Do wnętrza sączyło się jedynie blade światło z ulicy za oknami, a także z korytarza obok regału. Najwyraźniej pani Duncan, gdy wychodziła, zapomniała za sobą zgasić.

Skosztowałem wina. Wyobraziłem sobie, jak ojciec uchyla drzwi. Jak chciwie zagląda do środka. Widziałem to, jakbym tam był.

Pewnie myślisz sobie, co ze mnie za syn? Posłał ojca na spotkanie z bestią. Ale ja naprawdę starałem się i próbowałem. Wiesz, że nie kłamię. Ronald Harvey musi zobaczyć, co stworzył. Dopóki tego nie zrobi, pozostanie zaślepionym maniakiem. Pozostanie problemem. A problemy należy rozwiązywać. Tego nauczył mnie ojciec w moim lekarskim fachu.

Koniec

Komentarze

i nie raz ugryzł ją kleszcz. – nieraz 

O – krop – ne, ale dobre. W paru miejscach pewnie bym się mogła przyczepić do konstrukcji zdań, ale oddałam się obrzydliwej lekturze, ale satysfakcjonującej. 

I bardzo dobrze wpisałeś się w temat konkursu.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ach! Tyle sprawdzania, a i tak wkradł się babol! Dzięki za poświęcony czas i cieszę się, że się podobało!

Fajne :)

Dzięki, Anet, że też zajrzałaś. :)

No, nieźle! Całkiem udany medyczny horror. Czytało się świetnie i nic nie zapowiadało, że… Ale nie uprzedzajmy faktów.

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą równie zajmujące. :-)

 

Mi na­to­miast jego dzia­ła­nia przy­po­mi­na­ły… – Mnie na­to­miast jego dzia­ła­nia przy­po­mi­na­ły

 

Spoj­rza­ła na mnie swymi cie­pły­mi, choć zmę­czo­ny­mi ocza­mi. – Zbędny zaimek. Czy mogła spojrzeć cudzymi oczami?

 

Sto­jąc od­wró­co­nym do mnie ple­ca­mi, mówił… – Sto­jąc od­wró­co­ny do mnie ple­ca­mi, mówił

 

zo­sta­wia­jąc mnie i moje wąt­pli­wo­ści sa­mych sobie. – …zo­sta­wia­jąc mnie i moje wąt­pli­wo­ści sa­mym sobie.

 

ze­staw leków, jakie przyj­mo­wa­ła ciot­ka, zmie­nił się. – …ze­staw leków, które przyj­mo­wa­ła ciot­ka, zmie­nił się.

 

Słoń­ce już nie­mal za­szło, więc mu­sia­łem za­świe­cić świa­tło. – Nie brzmi to najlepiej.

Może: Słoń­ce już nie­mal za­szło, więc mu­sia­łem zapalić/ włączyć świa­tło.

 

znaj­do­wał się też regał za­sła­ny me­dycz­ną li­te­ra­tu­rą. – Jakoś nie umiem sobie wyobrazić by książki mogły zasłać regał.

Może: …znaj­do­wał się też regał wypełniony/ zapełniony me­dycz­ną li­te­ra­tu­rą.

 

Dok­to­rze Ha­rvey, na­ło­żyć panu obiad, nim wyjdę? – Wolałabym: Dok­to­rze Ha­rvey, podać panu obiad, nim wyjdę?

 

Wy­star­czy­ło wpro­wa­dzić geny mo­ty­la do każ­dej jed­nej ko­mór­ki jej ciała.Wy­star­czy­ło wpro­wa­dzić geny mo­ty­la do każ­dej ko­mór­ki jej ciała.

 

Tak jakby roz­wa­żał różne wa­rian­ty roz­mo­wy, jaką już za chwi­lę miał…– Tak jakby roz­wa­żał różne wa­rian­ty roz­mo­wy, którą już za chwi­lę miał

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Aj, jeszcze więcej baboli! Dziękuję, Regulatorko, za te wskazania, poprawki naniesione. Miło mi, że się podobało!

Dodam jeszcze, że trochę martwiłem się, że wprowadzenie żargonu medycznego i objaśnień do niego wywoła dłużyzny i spadki tempa akcji, ale jak widzę, póki co to aż tak nie przeszkadza. :)

Pomysł ciekawy, ale główna akcja sprowadza się do krótkiego ataku i ucieczki za drzwi. Brak mocnego zakończenia. Tak naprawdę to, co można nazwać horrorem, trwa chwilę. Jako miłośnik horroru chciałbym natomiast bać się jak najdłużej.

Za to duża część opowiadania jest popisem medycznej erudycji, który przeciętnego czytelnika może zniechęcić do lektury. Tak mogłaby wyglądać “Mgła” Kinga, gdyby pisał ją synoptyk :-)

Gdybyś odwrócił proporcje, byłoby bardzo dobrze.

Plus za pomysł, niezły warsztat i spełnienie wymogów konkursu.

 

Oj, czyli jednak ciut przesadziłem z wprowadzeniem. Ale chyba po prostu lubię sobie stworzyć konkretny świat, nim zacznę rzucać mięchem. Dzięki, że poświęciłeś czas, Trico.

MrBri­ght­si­de, żargon zupełnie mi nie przeszkadzał. Jest w pełni uzasadniony. Byłabym zdziwiona gdyby lekarze omawiający stan pacjentki, nie posługiwali się określeniami medycznymi Poza tym część terminów nie powinna być obca nawet laikom, a o te bardziej specjalistyczne, niech się martwią zawodowcy, lepiej obeznani z tematem. Ja przyjęłam opowiadanie z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Bardzo się cieszę, że uwagi okazały się przydatne. :-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytane. :-)

Babska logika rządzi!

Bardzo wciągająca opowieść. Przeczytałam z przyjemnością i narastającym niepokojem. Jaki żargon lekarski? Zauważyłam tylko nazwy kilku chorób i terapii – choć być może wraz z upływającymi latami słownictwo medyczne staje się coraz bardziej znajome ;)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Leki, rozpoznania ciotki, badania – jest tego trochę. Cieszę się, że się podobało, fleurdelacour. :)

Dziękuję też wszystkim, którzy kliknęli bibliotekę!

przeczytawszy :)

Tylko nie "Tęcza"!

Dobre, dobre – trzyma w napięciu, no i przyznam szczerze, że mnie zaskoczyło. Terminy medyczne dodawały smaczku.

F.S

Niezłe. Plus za dreszczyk w pewnym momencie historyjki i za dobry warsztat – czytało się. Dla mnie  jednak zabrakło co nieco, ale pisać o tym nie będę, bo to widzimisię, a ponadto tekst konkursowy. Ogólnie całkiem fajne opowiadanie.

Tensza, FoloinStephanus, Blackburn – dzięki, że wpadliście. ;) W sumie, to jestem ciekaw, czego Ci zabrakło, Blackburnie. Jeśli nie chcesz zdradzać publicznie, to może w pw?

Mr, okej, wieczorem napiszę.

Przeczytałam.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Podoba mi się historia do momentu dialogu syna z ojcem. Rozwiązanie zagadki, jak dla mnie, jest zbyt pospieszne, za łatwe, nie daje satysfakcji. Przez to, nadal moim zdaniem, finalna kulminacja rodzinnego konfliktu wybrzmiewa słabo.

Sam pomysł i wykonanie mi się :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki za odwiedziny i komentarz, PsychoFish! Zbyt pospieszne rozwiązanie zagadki? Na pewno masz trochę racji, na pewno można by to napisać lepiej, ale stało się. Postaram się następnym razem dostarczyć więcej satysfakcji, jeśli się oczywiście skusisz. :)

Pozdrawiam!

Zbyt pospieszne – bo protagonista, ledwo nabrał podejrzeń, już za chwilę potwierdza je w nadzwyczaj szczerej rozmowie z ojcem. Ot, żadnego rozwiązywania zagadki, fałszywych tropów, migania się sprawcy, sru, łopatą po oczach. Napięcie w tym miejscu, moim zdaniem, siada.

 

Podoba mi się za to, jak konsekwentnie zbudowałeś postaci i ich konflikt. Thumbs up, nawet, jeżeli jest on nieco przerysowany, to wydaje mi się wiarygodny.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Spoiler alert!

Ja w moim pokręconym umyśle obstawiałam, że Celia będzie potworem. Może dlatego, że pewien symbiot, o którym sobie kiedyś pisałam tak miał na imię. Podobało mi się jak opisywałeś otoczenie, krótko a obrazowo.

Zgrzytnęło mi tylko, że “wyciekającą ciecz” potraktowano tak niefrasobliwie. Takie to trochę nieprofesjonalne ze strony lejarza :P.

Ogólnie: świetne. Wciągnęło.

Cieszę się, Riboq, że się podobało! ;) Ciecz potraktowano niefrasobliwie? Czy ja wiem? Zbadano ją dwukrotnie i otrzymano ten sam wynik, cóż więcej można by było zrobić?

A otoczenia nie wyobrażam sobie opisywać inaczej – nienawidzę tego robić. ;)Pozdrawiam!

Zgrzytnęło mi tylko, że “wyciekającą ciecz” potraktowano tak niefrasobliwie. Takie to trochę nieprofesjonalne ze strony lejarza :P.

Przypuszczam, że lejarz, ze swej strony, profesjonalnie sprawę olał.

Przepraszam, ale NMSP ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dobrze mi się to czytało. Ostry Dyżur i Dr. House wysiadają ;)

 

Relacja wymagającego ojca z synem, który próbuje spełnić jego oczekiwania i przestrzegać narzuconego kodeksu życia, ma w sobie coś przeraźliwie rzeczywistego.

Pomysł na historię rzekłbym dość klasyczny, niczym scenariusz horroru z lat 80'tych. Ale wykonanie moim zdaniem super. Żargon medyczny nie zniechęcał, u mnie wywołał raczej odwrotny skutek – uwiarygodnił istnienie "The Blob'a" ;)

Ależ tu się dzisiaj ruch zrobił! :D Miło mi, Nimrodzie, że dobrze się czytało. Przyznam się w sekrecie, że oryginalnie monstrum miało być bardziej żwawe, szybkie i agresywne, ale moje bety zasugerowały, aby napisać je w sposób, jaki tu mamy. I chyba wyszło to tekstowi na lepsze. No, w każdym razie ja jestem zadowolony.

Pozdrawiam! ;)

Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania, bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każda uwaga niewłaściwie stosowana zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu.

 

O siódmej mój dyżur powinien się skończyć. Ale przez tych cholernych udarowców odprawa przeciągnęła się i skończyło się jak zwykle opóźnieniem.

Siękoza.

 

Zaczęło się od łagodnego otępienia. Później pojawiły się drżenia mięśni przechodzące w niedowłady

Siękoza.

 

oświetlone lampą zwisającą z sufitu i jakby zamknięte w kloszu ze światła. Ponadto przy ścianach w kilku miejscach paliły się słabe światełka, ogólnie więc było dość ciemno. Po prawej ustawiono prostopadle do ściany trzy regały zasłane dokumentacją medyczną

 

Emerytka, bezdzietna wdowa potrzebowała na gwałt pieniędzy? Czy może przychodziła do biednej LeeAnn z dobroci serca, z jakichś empatycznych, niezrozumiałych do końca dla mnie pobudek? Nigdy mnie to w sumie nie interesowało.

To dlaczego teraz zastanawia się nad tym?

 

Dzieliliśmy z ojcem jedno nazwisko

Czy jeden z nich ma dwa nazwiska?

 

Udałem się do dyżurki. W środku paliła się tylko jedna lampka

Siękoza.

 

Nie chciał dać się ponownie zaskoczyć, ani po raz kolejny godzić się z odejściem ważnej dla siebie osoby

Siękoza.

 

[Pom]imo całego mojego zmęczenia pracą w nocy i sytuacją z ciotką, spytałem Celię[,] o co chodzi.

 

Mózg LeeAnn umarł lata temu, toczony wirusami. Więc skoro nie dało się go naprawić, należało stworzyć nowy

On to mówi w przenośni? Bo mówienie w przenośni nie pasuje mi do tego bohatera, a przecież mózg wykazywał aktywność.

 

Rozżalony poszedłem na górę. Ojciec bardzo chciał zobaczyć efekt swojego eksperymentu, ale podniecenie nie pozwalało mu nacisnąć na klamkę od razu. Tak jakby rozważał różne warianty rozmowy, którą już za chwilę miał odbyć ze swoją długo nieobecną siostrą

Nie rozumiem bohatera, bo przecież dopiero zdołał odgrodzić się od tego monstrum, a teraz zostawia ojca, który pewne zaraz otworzy drzwi. I nawet nie chodzi o ojca (bo rozumiem, że problemy należy rozwiązywać), ale nie boi się, że to coś się wydostanie i go znowu zaatakuje?

Nie rozumiem też, w jakim sensie podniecenie nie pozwalało nacisnąć na klamkę.

 

 

Podobał mi się styl, zwłaszcza opisy – plastyczne i dobrze działające na wyobraźnię, a jednocześnie nie za długie.

Uważam, że wszystko co medyczne zostało bardzo dobrze i klarownie wyjaśnione. Duży plus za kwerendę.

 

Bohaterowie ok., ale szczególnie moją uwagę zwrócił ojciec, bo to opowiadanie pokazuje, że mimo iż był szanowanym lekarzem, który opierał swoją praktykę o EBM, to jednak był też po prostu zwykłym człowiekiem. Człowiekiem, który w akcie desperacji łapie się już wszystkiego.

Zgrzytnęła mi logika głównego bohatera – po tym wszystkim poszedł na obiad?

 

Na minus zaliczę, że początek tak wolno się rozkręcał. Dużo było ekspozycji i w ogóle wprowadzenia do historii, a niewiele wydarzeń, a przez to te fragmenty trochę się dłużyły.

 

Jest trochę siękozy, zaznaczyłem tylko kilka przykładów.

 

Ogólne wrażenia bardzo pozytywne; z tym że ja nie zaliczyłbym tego jako horror.

 

 

Pozdrawiam!

 

B.A.

 

 

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

Dzięki, B.A., za wizytę! Siękoza to kolejne słowo, które tu poznaję i które wywołuje mój uśmiech. ;) Przyznaję bez bicia, że bywa ona problemem w moich tekstach, ale pracuję nad tym. A dlaczego bohater zachował się w końcówce tak, a nie inaczej? Myślę, że po prostu odpuścił i miał dość. Z pewnością pomogło mu w tym rozgoryczenie, jakie wyniósł z ostatniej rozmowy. W końcu zło dobrem poczynione – ale czemu by odnosić ten temat tylko do jednej postaci? ;) Chociaż to tylko moja interpretacja.

Pozdrawiam!

Nie ma za co :)

Mnie to zachowanie w ogóle do bohatera nie pasowało, ale później przyjąłem, że może jest tak oszołomiony, że już mu wszystko obojętne.

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

Plusy:

 

Spodobało mi się: „Ojciec dobierał i interpretował fakty tak, żeby pasowały do jego teorii.”

 

Styl – dobrze się to czyta, wciąga.

 

Pomysł – zaciekawia.

 

„Jeśli amfetamina nie pomoże, znajdę inny lek, który da LeeAnn nadzieję! A potem kolejny! A jeśli skończą mi się pomysły, to nawet pójdę do jebanego kościoła się pomodlić! Wtedy będę mógł powiedzieć, że zrobiłem wszystko!” – Zabawne i mocne.

 

„Poza tym trzeba jeść, żeby mieć siłę tak myśleć cały czas!” – Racja.

 

Ojciec-fanatyk – wiarygodny.

 

Minusy:

 

„Winda wreszcie dotarła do celu, a ja w pośpiechu odsunąłem wewnętrzną kratę, a potem także i zewnętrzną. W biegu zdjąłem płaszcz, szybkim krokiem przebyłem krótki korytarz i dotarłem do celu.” – Winda dotarła do celu i on dotarł do celu, zmieniłabym te jego dotarcie do celu na jakieś inne słowa. Można wywalić „także i”.

 

„Po prawej ustawiono prostopadle do ściany trzy regały zasłane dokumentacją medyczną.” – „ ustawiono prostopadle do ściany” zbędne. Aż trzy regały? I ta dokumentacja dotyczyła tylko jego ciotki? Jeśli tak, to sporo tego.

 

„Szansa, że kolejny lek załatwi ciotce wątrobę lub nerki była bardzo duża.” – Po „nerki” przecinek. Lek załatwi ciotce wątrobę lub nerki?

 

„– Kolejny?… (…)” – Po pytajniku nie mogą być kropki, co najwyżej przed znakiem zapytania.

 

„To już musiał usłyszeć, choć nadal nie zareagował w żaden sposób. Po prostu ostentacyjnie mnie ignorował.” – Po „nie zareagował” zbędne słowa.

 

„Guz pojawił się nagle, znikąd i szybko zabrał mamę z tego świata. Nikt się tego nie spodziewał, a miało to miejsce osiemnaście lat temu.” – „Nikt się tego nie spodziewał, a” niepotrzebne słowa.

 

„Zauważyłem jak oddycha. Sama. Płytko i szybko, ale bez pomocy respiratora!” – A może: Zauważyłem jak oddycha. Płytko i szybko. Bez pomocy respiratora!

 

„Wystawiłem oparzoną rękę, aby zobaczył. Liczyłem, że poczuje swąd roztopionej skóry, która piekła i bolała niemiłosiernie. Jego reakcja skołowała mnie do reszty.

– Och, przestań się mazać! – zirytował się. – Nie widzisz, jak spektakularny sukces ma tutaj miejsce?!

– To monstrum jest agresywne i niebezpieczne…” – „Jego reakcja skołowała mnie do reszty.” brzmi jak spoiler.

 

Szkoda, że napięcia jest tak mało, bo ten tekst to: długi spokojny początek, trochę akcji i trochę spokojnego zakończenia. 

Dziękuję, Barbaro, za odwiedziny i komentarz. Udowadniasz, że tekst może się co najwyżej zbliżyć do doskonałości pod względem technicznym – poprawki naniosę. Czy można tu było zaimplementować więcej napięcia? Z pewnością tak. Jednak niekoniecznie chciałem to robić, chcąc poświęcić więcej miejsca kreacji sytuacji i konfliktu bohaterów. Nie ukrywam też, że rzadko piszę horrory i ten tekst to takie przetarcie szlaków. ;)

Pozdrawiam!

Przyjemność po mojej stronie. :)

 

Bo jak pojawia się napięcie, to wszystko za szybko się dzieje i jest koniec.

Warunki konkursowe spełnione – piękny przykład, jak można, pragnąc dobra, stworzyć coś okropnego.

Czytałam z zainteresowaniem, podobały mi się postacie dwóch lekarzy. Każda inna, ale obie wiarygodne.

Pomysł wykorzystania owadów do… eee metamorfozy niezmiernie oryginalny. Gdybym miała się czegoś czepiać, to braku wyjaśnienia tej wody pod łóżkiem. W świecie insektów tak bywa?

Bohater nie jest w stanie niczego przełknąć, ale jakoś z winem sobie radzi. Pewnie wstrzykuje. ;-)

Doceniam również walor edukacyjny tekstu.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za komentarz, Finklo! Płyn został wyjaśniony mimochodem – gdy William naciął ciało ciotki, aby się uwolnić, przezroczysta ciecz trysnęła, a potem wypłynęła biała breja. Ta ciecz to nic istotnego dla fabuły, ot dekoracja.

Wiadomo już, kiedy można się spodziewać wyników konkursu? ;)

Pozdrawiam!

No, ale po co ciotce ten płyn i breja?

Napisaliśmy, że w ciągu miesiąca. Teraz Uczestnicy mogą tylko grzecznie czekać, nawet marudzić nie wypada. ;-)

Babska logika rządzi!

Czekam zatem grzecznie. :)

 

Płyn i breja to element przemiany, jaką doktor zafundował siostrze. Cytując wikipedię:

 

Po tych przygotowaniach zaczyna się okres całkowitej przemiany. W tym czasie wewnętrzne narządy larwalne ulegają całkowitemu rozpuszczeniu (histolizie) i fagocytozie. Jedynie naczynie grzbietowe (serce) oraz układ nerwowy i gruczoły wydzielania wewnętrznego podlegają przebudowie stopniowej. Mają one kluczowe znaczenie dla przemiany – proces przejścia do poczwarki i postaci dorosłej jest sterowany neurohormonalnie.

Gdybyś znalazła poczwarkę i ją przecięła (do czego oczywiście nie zachęcam), z wnętrza wylałaby się jednolita breja i nic poza tym.

A, widzisz… Takiego wytłumaczenia mi zabrakło. Ale z kokonu przecież nic nie wycieka? Czy ciotka, po utracie płynów, nie będzie wybrakowana? ;-) Ale może kroplówka uzupełnia, co trzeba.

Babska logika rządzi!

Jestem rozdarty. Z jednej strony bardzo dobrze, powolnie, ale rzeczowo rozwijający się dialog ojca  z synem, w dodatku w świetnie dobranym, nieco flegmatycznym tempie… a z drugiej strony ta ciotka-galareta. Ta druga część popsuła mi sporo zabawy. Niestety, galareta mnie zawiodła. Liczyłem raczej na to, że to będzie taki tekst w starym, brytyjskim stylu, trochę jak Agata Christie – bardziej zawiły, psychologiczny, z większą ilością zwrotów akcji. A tymczasem w połowie opowiadania… no mam po prostu wrażenie, że zacząłeś pisać dobre opowiadanie, a potem z pośpiechu dałeś ten galaretowaty motyw.

Poza tym przychylam się do opinii nt wody (ni w ząb mi nie pasuje do tego wszystkiego… a tak liczyłem na zaskoczenie), czy też nt zachowania się Williama po zatrzaśnięciu drzwi przed ciotką – ot tak zaczął pić wino, pozwolił tacie wejść… no nie przemawia to do mnie, bardzo mi się gryzło z postacią wrażliwego doktora, którą zbudowałeś na początku.

Pierwsza połowa obiecująca, ale druga… no w każdym razie nie dla mnie.

Witaj, Gostomyśle! Dzięki za odwiedziny i komentarz. Nie wiem, co ci odpowiedzieć. ;) Niektórzy czytelnicy kupili ten tekst w całości takim, jaki jest. Inni narzekali na rozwlekły początek i niewiele horroru w horrorze. Wszystko to widać po komentarzach wyżej. I chyba po prostu nie jestem w stanie wstrzelić się w gusta każdego.

Przyznam szczerze, że było odwrotnie, niż przewidziałeś – motyw ciotki-monstrum był wyjściowy wraz ze sceną końcowej rozmowy ojca z synem i do tego dobudowałem resztę historii. Może to był błąd, nie wiem. Ale jestem zadowolony z efektu. Niemniej cieszę się, że chociaż część opowiadania przypadła Ci do gustu. ;)

A Agaty Christie nigdy nie czytałem, więc wszelkie nawiązania są zupełnie przypadkowe. :p

Pozdrawiam!

Agatki nie czytałeś? Toż to klasyka! Nie znam innego pisarza, który tak zgrabnie podrzuca czytelnikowi wszystkie informacje, które dostaje detektyw. A i tak trudno zgadnąć, kto zabił. :-)

Babska logika rządzi!

Wiem, wiem, shame on me. Od paru lat się zbieram, by coś od niej przeczytać, ale nie lubię kryminałów. :C W ramach podpatrywania warsztatu dorwałem niedawno “Pachnidło” oraz “Drogę” McCarthy’ego. Nic nie szkodzi, żeby Agatka była następna. ;)

chyba po prostu nie jestem w stanie wstrzelić się w gusta każdego.

Nikt nie jest w stanie tego zrobić smiley. Tym się nie przejmuj. Obserwuj komentarza, zbieraj je sobie w grupy, zobaczysz potem ilu czytelników narzekało na to, a ilu na tamto i to będzie dla Ciebie wskazówka. Oczywiście nie kieruj się we wszystkim “głosem ludu” – czytelnik chyba częściej oczekuje od autora, żeby to on go poprowadził w nieznane, ale ciekawe zakamarki. 

Budujesz bardzo ładnie dialogi, podobało mi się. Natomiast opis akcji, zwłaszcza szybkiej akcji, wymaga moim skromnym zdaniem innych środków wyrazu niż te, które użyłeś. Jeszcze ważniejsze, aby rzeczy wynikały z siebie na wzajem. Jak coś jest mało istotne dla dalszej akcji – to lepiej to pominąć, albo nie koncentrować się na tym. (piję do wody pod łóżkiemwink, choć nie tylko).

Gdy jeździłem w długie trasy, to słuchałem opowiadań Agaty w formie słuchowisk. Magiczne opowiadania. Rownież polecam.

Hmmm, czytanie/ słuchanie “Morderstwa w Orient Expressie” podczas podróży pociągiem to ostra jazda. ;-)

Babska logika rządzi!

Woda nie jest nieistotnym detalem – wskazuje, że z ciotką dzieje się coś niewyjaśnionego, a konkretnie kokon, który zafundował jej doktor tata jest nieszczelny i nie wszystko idzie po jego myśli. Ale to nie jest absolutnie żaden kluczowy element tej historii. Cóż, może faktycznie nieco niezgrabnie to wplotłem.

Gostomyśle – mógłbyś rozwinąć, co było nie tak ze środkami wyrazu użytymi w szybkiej akcji oraz co oprócz wody, według ciebie, powinienem pominąć? To interesujące.

A skoro tak chwalicie panią Christie, to obiecuję po nią sięgnąć niezwłocznie! ;)

Całkiem niezłe, choć nieco przegadane. Opowiadanie ma rozbudowany początek, a kończy się jednak trochę nijak. Akcja urywa się w momencie, kiedy zaczyna się robić ciekawie, choć przyznam, że opis konfrontacji mi się podobał.

 

Trochę jednak mi zabrakło napięcia. Niech by ta ciotka znikła, niech by bohater nie wiedział, gdzie się czai, szukał jej po mieście, albo chociaż po tej piwnicy. A tak, mamy dużo zbędnych elementów (co do fabuły mają udarowcy? Czy te wszystkie medyczne opisy są potrzebne? To bardziej wygląda na popisywanie się wiedzą, niż pisanie horroru), a brakuje takich, które by zaciekawiały, wciągały no i straszyły. Na plus jest pomysł na potwora, oryginalny (choć ja nie czytuję opowieści o potworach, więc się nie znam) i rzeczywiście dopracowany. 

 

Językowo też do dopracowania, ale nie zacinałam się przy czytaniu, więc źle nie jest. 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Gostomyśle – mógłbyś rozwinąć, co było nie tak ze środkami wyrazu użytymi w szybkiej akcji oraz co oprócz wody, według ciebie, powinienem pominąć? To interesujące.

Nie chciałbym w takiej kwestii mówić za wiele, bo każdy autor ma swój styl, ale na koniec i tak ocenia to czytelnik. Człowiek. A ludzie nie są stuprocentowo racjonalni.

Absolutnie nie zgadzam się z tym, co głoszą niektórzy komentatorzy różnych opowiadań na tym forum, że ten czy tamten bohater zachował się niewłaściwie, albo głupio, bo przecież “oczywiste jest, że powinien zrobić coś, co powinien”… To moim zdaniem absurdalne stwierdzenie. Człowiek zachowuje się racjonalnie tylko wtedy, kiedy sytuacja mu na to pozwala, kiedy ma do czynienia z dobrze sobie znanymi sprawami nie obarczonymi pierwiastkiem emocjonalnym. Czyli nie tak znowu często, bo życie jest pełne niespodzianek (spotykam piękną kobietę w windzie / wyskoczył na mnie duży pies itd.), albo też sytuacji z dużym ładunkiem emocjonalnym (stoję jak co dzień w korku i się wkurzam /  widzę znowu uśmiech swojego dziecka i się rozanielam i pozwalam mu na słodycze, choć nie powinien itd). Ludzie w swoim życiu mają bardzo wiele okazji do tego, aby zachować się nieracjonalnie, gdyż są istotami pełnymi różnych, często sprzecznych ze sobą popędów i emocji.

Zabrakło mi tych emocji w Twoim opowiadaniu w jego drugiej połowie. Miałem wrażenie, że cały czas panował chłodny, poukładany, wiktoriański racjonalizm, tak jak w pierwszej części. I gdybyś poszedł w kierunku powolnego, intelektualnego rozwiązywania zagadki, to by pewnie ten styl mi się podobał aż do końca (tak jak u wspomnianej Agaty). Ale zdecydowałeś się na dość raptowne przyspieszenie akcji, na rozwiązanie sprawy poprzez odkrycie kart i stworzenie sytuacji zagrożenia głównego bohatera. W dodatku narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, co czytelnikowi daje wrażenie (a autorowi możliwość) zetknięcia się z żywym, a więc przeżywającym człowiekiem (a nie z anonimowym narratorem).  Zauważ, że nawet w potocznym powiedzeniu “być człowiekiem” oznacza: mieć swoje emocje, słabości, niekiedy wewnętrzne sprzeczności.

A tymczasem w drugiej części (powiedzmy tak od momentu znalezienia martwej pielęgniarki) ddania są nadal tak ładnie, tak poprawnie poukładane i tak celnie opisujące kolejne zdarzenia. A przypominam – narracja jest w pierwszej osobie.  Gdzie są jej emocje???

Mniej więcej w tym momencie przestało być to dla mnie jakoś wciągające i przekonujące. Skoro już chciałeś na koniec zrobić wielkie Bum! to może trzeba było pozwolić bohaterowi na te właśnie emocje? No ja wiem, coś tam napisałeś o przerażeniu itd, ale to nadal w tonie poukładanej narracji. Nie bardzo wyobrażam sobie wrażliwego człowieka (w końcu przejmował się swoimi pacjentami, więc rodzi się takie domniemanie w czytelniku), który nawet rok po wydarzeniu przy kominku opowiada o strasznych przeżyciach w ten sposób.  Gdybym go wtedy słuchał to bym podejrzewał, że  zmyśla, bo jest za spokojny.

A zatem, przejdźmy do konkretów.

Zdania tak jak mówiłem – zbyt precyzyjne, spokojne, poukładane (w tej drugiej części). Spodziewałbym się raczej, że zdania będą od tego miejsca krótsze, bardziej urywane – zwłaszcza, że jeśli uciekał w panice, to wiele rzeczy nie mógł dostrzec, wiele rzeczy mogło mu się wydawać. Nie tylko brak emocjonalnego sposobu opowiedzenia tej części historii, ale też zagrożenie wydało mi się niezbyt duże – no jak szybko mogła sunąć po podłodze rozlewająca się ciotka? Chyba nieprędko.

Pozwól, że bez budowania zdań odrobinę przerobię akcję od momentu ucieczki bohatera.

1/ On ma dwie, młode nogi – ona ledwie pełza (bo nic nie wiadomo z tekstu, aby była szybka). Jest element obrzydliwy, ale tracisz strach czytelnika, czy doktorowi się uda – A niech się doktor wyłoży na tej podłodze! Jak? Z powodu tej wody (wodę warto by w tekście wyjaśnić… np. że młody doktor zaczął coś podejrzewać, czytać notatki ojca…) – wtedy masz uzasadnione, po co w ogóle ta woda pojawiła się w tekście, do czego miała służyć w sensie narracyjnym. 

2/ Doktor wiedział od razu, że winda nie zadziała przy alarmie, więc pobiegł schodami… no jak tu poczuć emocje, skoro bohater wszystko wie. I co z tego, że wie? Człowiek w emocjach kieruje się prostymi impulsami i czasami zapomina najprostsze rzeczy. A niech szarpie się z windą, niech w duchu przeklina, co się dzieje, szybciej, na litość boską… itd. Dajesz przez to jednocześnie kolejną szansę ciotce na zbliżenie się do doktora i możesz dać kolejne uzasadnienie wody – bo skoro doktor stoi przodem do windy, a tyłem do ciotki, to najpierw może dostrzec wodę pod swoimi butami – skąd ta woda? co się dzieje?… urywane myśli rozgorączkowanej osoby – odwraca się i już wie skąd, bo ciocia jest tuż tuż. Wtedy może sobie przypomnieć o tym, że winda nie działa podczas alarmu… choć to akurat moim zdaniem niepotrzebne – to co napisałęś wcześniej o powolnej windzie wystarczyłoby teraz przypomnieć.

3/ biegnie po schodach – jest czas na pokazanie jakiejś walki samego ze sobą – czy na pewno uciekać? może wrócić i zabić to? ale to przecież ciocia… a on jest lekarzem, więc może wziąć się w garść i spróbować jej jakoś pomóc? itp. Ciąg dalszy budowania zachowań emocjonalnych u bohatera, co zazwyczaj przenosi się na czytelnika.

4/ zamyka za sobą drzwi, jest na razie bezpieczny – ale po co tracić rozpędzone emocje? Niech wrzeszczy, wzywa pomocy, albo niech obarcza się winą, za podanie lekarstwa bez konsultacji z ojcem (co ja zrobiłem? co ja zrobiłem?) – zanim nie dojdzie do siebie

5/ Pojawia się ojciec i wraca rozmowa w stylu flegmatycznej epoki wiktoriańskiej… no może czuć trochę emocje, ale akcja zwalnia – traci tempo. A przecież miało być BUM. Może powinni się przepychać – ojciec chce wejść, ale syn go nie wpuszcza? Może powinni sobie wchodzić w słowo?

6/ motyw z tym, że młody doktor siada i pije wino, kiedy jego ojciec idzie do siostry-monstrum gryzł mi się najbardziej. Rozwiązanie zagadki dałeś już nieco wcześniej… no emocje oklapły tu zupełnie. Pomyślałem sobie nawet: czemu nie wykorzystujesz tych wszystkich rekwizytów, które sam wprowadziłeś na scenę? Masz np. tą wolno jadącą windę… po co było opisywać, że ona jest wolna? Po co pisać o czymś, co jest dla opowieści nieistotne? Nie lepiej było to wykorzystać? np. ojciec nie przybiegł do drzwi, ale to właśnie on ściągał windę do góry, a potem jechał wolno w dół i to jest wyjasnienie, dlaczego bohater nie mógł się tej windy doczekać. Kiedy młody jest już niby bezpieczy za drzwiami i woła ojca – słyszy jego krzyk, ale z dołu. Zmusza go to do powrotu – widzi ojca umierającego, a gdzie jest ciotka? w tym momencie przyopomina sobie, że wracając zostawił drzwi otwarte… ale czy to możliwe, że ona w takim stanie…

KONIEC (bez dopowiedzenia)

To oczywiście taki szablon, na szybko, ale próbuję pokazać dwie rzeczy: nie wykorzystałeś  własnych rekwizytów na własnej scenie oraz nie dałeś czytelnikowi zastrzyku adrenaliny poprzez rosnące tempo, emocje, kłębiące się wątpliwości i sprzeczności bohatera (narracja była przecież w pierwszej osobie), Zabrakło wg mnie szybkich zwrotów akcji oraz bardziej emocjonalnego słownictwa (O Boże! To nie mogła być prawda! Czy to był jakiś koszmar? Do tej pory mnie mdli. Prędzej! No prędzej głupia windo! Miałem krew na spodniach… czyja to? To chyba z tego upadku. Na litość boską, niech to się skończy!) – itd.

 

Ale to tylko moje odczucie. Ty jesteś autorem i ty decydujesz co Ci pasuje.

O kurczę, Gostomyśle, to chyba najdłuższa opinia, jaką dostałem na temat swojego tekstu. ;) Nie zamierzam jakoś specjalnie bronić tego opowiadania, bo ma swoje wady, w wielu aspektach masz rację i tych emocji pod koniec mogło nieco zabraknąć. Niemniej uważam, że gdybym użył wszystkich lub większości tych środków, o których wspomniałeś, postać Williama wyszłaby na impulsywnego histeryka, a to z pewnością nie byłby efekt, który chciałem osiągnąć. Powiedzmy, że zostawienie mu odrobiny chłodnej logiki nawet w tak ekstremalnej sytuacji było zamierzone. Co oczywiście nie sprawia, że nie zmieniłbym paru kwestii w tej historii, lecz czas na poprawki już minął, więc trudno. :)

 

Mirabell, dzięki za komentarz. Rozumiem, że żargon mógł przytłoczyć, wspominałem o tym w przedmowie. Myślę jednak, że to jest chyba kwestia gustu. Zarówno wśród moich bet, jak i w komentarzach tutaj przeważają opinie, że terminologia dodaje smaczku historii, więc cieszę się, że są osoby, którym to się spodobało. Czy to popis wiedzy? Być może, ale znam się na medycynie, więc wykorzystuję ją w swoich tekstach. Gdybym się znał na astrofizyce, pisałbym hard sf… Ale się nie znam. ;)

Co do napięcia – pisałem już o tym powyżej. Wiele rzeczy w tym opowiadaniu dałoby się zrobić lepiej, ale nie płaczmy nad rozlanym mlekiem. Doświadczenie tu zdobyte zamierzam wykorzystać w kolejnych tekstach!

Pozdrawiam ;)

Niemniej uważam, że gdybym użył wszystkich lub większości tych środków, o których wspomniałeś, postać Williama wyszłaby na impulsywnego histeryka, a to z pewnością nie byłby efekt, który chciałem osiągnąć

Wszystko zależy od skali, którą użyjesz. Poza tym nie ma w tym nic histerycznego, że ludzie odczuwają uczucia, takie jak strach… nooo… może z wyjątkiem Rambo :)

Twój tekst, Twoja koncepcja, Twoje postacie – ja tylko odpowiedziałem na Twoją prośbę. 

Zarówno dobry, jak i wpasowujący się w założenia konkursowe pomysł. Motyw z cieknącą wodą zdecydowanie zaciekawia. Z kolei językowo mogłoby być sporo lepiej – przede wszystkim płynniej. Za dużo napchałeś „gdyż, bowiem, jednak” etc… Niektóre zdania wychodziły przez to sztuczne, dialogi tak samo. Widziałam też parę powtórzeń i pomniejszych błędów. Finał mógłby też mocniejszy – szczególnie po intrygującym wstępie ;) Niezły tekst z aspiracjami na wyśmienity.

Tylko nie "Tęcza"!

Dzięki za komentarz, Tenszo. :) Finał mógłby być mocniejszy, to prawda, ale nie chciałem, żeby taki był. To była świadoma decyzja i rozumiem, że nie wszystkim mogło to przypaść do gustu. A jeśli chodzi o gdyż, bowiem, jednak – cóż, chyba sam się wkopałem, wybierając tematykę tekstu. Chciałem, aby opowiadanie było przystępne także dla laika, a to wiązało się z koniecznością wyjaśniania niektórych kwestii – czy to poprzez narratora, czy to w samych dialogach. Obiecuję lepiej szukać złotego środka w kolejnych tekstach. Pozdrawiam!

Gratuluję miejsca na pudle. :-)

W mojej klasyfikacji to był najwyżej oceniony tekst. Kupiłeś mnie walorami edukacyjnymi. Postacie lekarzy zarysowane z widocznym znawstwem tematu.

Babska logika rządzi!

Dziękuję, Finklo! Powieje banałem, no ale, kurczę, taka prawda – bardzo mi miło. :) Walory edukacyjne wyszły w sumie przypadkiem, bo zależało mi, żeby tekst był przystępny w odbiorze nawet dla laika, a to wymagało upychania wyjaśnień tu i ówdzie. Wywołało to pojawienie się paru zarzutów o przegadanie i łopatologizmy, ale trudno. Medycyna jest taka ciekawa, a skoro się na niej trochę znam, to dzielę się tym.

Pozdrawiam!

Im dalej w tekst, tym lepiej – czyli po prostu stopniowo wciągnęło. Na początku czuję się trochę jak bohater. Cholerne wprowadzenie. Rozwodzisz się nad rzeczami, które chyba można by wspomnieć w paru słowach. Poza tym jak dla mnie sporo medycznego infodumpu, który chwilami nic nie wnosi – np. wątek z opryszczką i acyklowirem (dlaczego o interakcjach sprawdza w internie, a nie w czymś farmakologicznym?). Z drugiej strony ciekawym motywem są nakładające się na siebie choroby, a terapia genowa przy użyciu wektorów powraca przy rozwiązaniu całej zagadki. 

Niezła relacja ojciec-syn. Wydaje się uzasadniać umiejscowienie akcji w Wielkiej Brytanii. 

Warsztat do dopracowania – rzuciły mi się w oczy komentarze Tenszy (to o bowiem, gdyż itd.) i Psycho (o budowaniu napięcia), mogę się pod nimi podpisać. 

Cała akcja z potworem mi się spodobała, dała poczuć namiastkę horroru. Zakończenie też na plus. 

Ogólnie zadowalająca lektura. Gratki za to trzecie miejsce w konkursie :)

Dzięki za wizytę, fun. Biorę zarzuty na klatę, nad warsztatem ciągle pracuję. Niemniej Doktor jest bodajże trzecim opowiadaniem w całej mojej krótkiej karierze, które pisałem na poważnie i które udało mi się skończyć, więc tym bardziej pękam z dumy, że zdołał zająć jakiekolwiek miejsce w konkursie. :D

 

Podobało mi się.

Nowa Fantastyka