- Opowiadanie: Krzysztof_Adamski - Wybraniec kości

Wybraniec kości

Raz kozie śmierć...

Zachęcony pozytywnym przyjęciem Donnerwetter, z drżącym sercem przedstawiam kontynuację przygód krasnoludzkich wojaków, poznanych na jego pokładzie. Ciąg dalszy zdecydowanie nastąpi.

PS, niestety, znowu wyszła mi minipowieść, za co bardzo przepraszam ;-)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Wybraniec kości

W ciągu roku dni, kiedy nad bagnami nie padało, lub też padało zaledwie przelotnie, były rzadkością. Rdzenni mieszkańcy tych okolic zdążyli już dawno przywyknąć do wszędobylskiej wilgoci, zarówno lejącej się z permanentnie zachmurzonego nieba, jak i tej pod nogami, a nieraz wręcz sięgającej pasa. Natomiast przyjezdni rzadko wytrzymywali te warunki dłużej niż kilka tygodni. Nie było tutaj na szczęście wiele do roboty, więc kto mógł, omijał pas przygranicznych moczarów szerokim łukiem. Byli jednak i tacy, którym luksus wyboru nie był dany.

Skulony pod przeciwdeszczową pałatką wartownik obrzucił tęsknym spojrzeniem obozowisko, znajdujące się trzysta metrów za nim, na względnie suchym kawałku terenu. Podczas, gdy jego towarzysze kryli się w namiotach, on musiał ślęczeć na kępie wysokiej, bagiennej trawy, z każdą godziną uciążliwego przydziału coraz bardziej nasiąkając wodą. Bliski już kres służby oznaczał dla niego możliwość wysuszenia przemoczonej odzieży i krótką drzemkę przy opalanej torfem kozie, będącej podstawowym wyposażeniem każdego z namiotów. Choć były to niestety zdecydowanie skromne warunki, dla przemoczonego do suchej nitki jegra aktualnie stanowiły szczyt marzeń. Niestety, jak na złość, jego zmiennik wciąż nie nadchodził. Zniecierpliwiony i znużony, spojrzał w stronę zgniłozielonego bagna, którego to zaszczyt strzeżenia przypadł mu w udziale.

Niestrudzenie siąpiąca mżawka zawisła nad moczarami gęstą mgłą, ograniczając widoczność do zaledwie kilkudziesięciu metrów. Dalej, tam gdzie krasnoludzkie oczy już nie sięgały, rozciągały się wiecznie zasnute mlecznym oparem tereny dzikich. Co jakiś czas uszu wartownika dobiegał ryk jakiegoś miejscowego zwierzęcia, dźwięk mlaszczących w wodzie kroków, a nawet dudniących w oddali bębnów.

Żołnierz nerwowo poruszył się na miejscu, mierząc z karabinu przed siebie. Miał niezachwianą pewność, że gdzieś, z drugiej strony, każdy jego ruch śledzą czyjeś oczy – czujne i znacznie lepiej przeszywające mgłę niż jego. Za sprawą najwyraźniej nadwyrężonej przydługą służbą wyobraźni niemal widział już, jak tubylec wyciąga strzałę z kołczanu, jak zwilża językiem jej wykonane z wronich piór lotki. Jak uśmiecha się lubieżnie, przyciągając cięciwę do twarzy…

Serce krasnoluda waliło jak młotem, jednak niezależnie jak usilnie wpatrywał się we mgłę, nigdzie nie dostrzegł nawet śladu zagrożenia. Być może właśnie dlatego nie zwrócił uwagi na chlupot błota, dobiegający zza jego pleców.

– Hej, Franz!

Niespodziewany okrzyk sprawił, że oparty na spuście karabinu palec drgnął minimalnie. Huk wystrzału poniósł się po okolicy, podrywając z wody dzikie ptactwo i z miejsca uciszając wszystko, co żyło w promieniu kilkuset metrów. W obozie za plecami wartownika zabrzmiał alarmujący śpiew gwizdków sygnałowych, chwilę później zawtórowało im zawodzenie syreny.

– Oszaleliście, żołnierzu! – Wartownik poderwał się na nogi, odruchowo wskazując swój karabin.

– Przepraszam, ja… Myślałem, że widzę… Przepraszam! – Przez pochmurne oblicze stojącego przed nim podoficera przemknął niekontrolowany skurcz.

– Dobrze, że nikogo nie zabiłeś, idioto! Schwartz, biegnij do obozu i powiedz im, że tutaj wszystko w porządku. Pospiesz się, bo zaraz nakryją nas ogniem! – Starszy chorąży zwrócił się do stojącego za nim żołnierza, którego obecność szeregowy Franz Wassermann zarejestrował dopiero teraz.

Drugi z jegrów pognał w stronę obozu tak szybko, jak tylko pozwalało mu na to zasysające stopy bagnisko. Tymczasem, poważny podoficer wyrwał broń z dłoni wciąż kurczowo ściskającego ją podwładnego i przyjrzał się jej krytycznie.

– Przeklęta wilgoć, szeregowy, włazi w broń i w głowy, niszczy sprzęt i nerwy… I jedno i drugie należy odpowiednio konserwować, masz! – Żołnierz wyciągnął przed siebie ręce, licząc, że chorąży odda mu karabin, jednak ten, w pierwszej kolejności wcisnął w nie manierkę. – Najpierw zakonserwuj siebie, a potem bierz się za karabin! W stanie, w jakim się znajduje, to cud, że w ogóle zdołałeś wystrzelić!

Polecenia nie trzeba było dwa razy powtarzać. Widząc, że od strony poderwanego na nogi obozu ponownie zbliża się jego zmiennik, szeregowiec ochoczo przyssał się do szyjki manierki. Gdy po kilku łykach zamierzał przerwać picie, podoficer zniecierpliwionym gestem nakazał mu kontynuować. Osuszywszy tym sposobem całe naczynie, od razu poczuł się lepiej.

– Dobrze, a teraz bierzcie ten złom i idźcie spać. Jutro sprawdzę, w jakim jest stanie i lepiej dla was, żebym był zadowolony!

– Tak jest! – Żołnierz zasalutował, wymienił manierkę na karabin i, skinąwszy głową mającemu zmienić go na posterunku szeregowemu, nieco chwiejnie potruchtał w stronę obozowiska.

– A wy co, Schwartz, też planujecie jakieś niespodzianki?

– Nie, panie starszy chorąży, w żadnym wypadku! – Jegr wyprężył się na baczność, swoją postawą wyraźnie rozbawiając stojącego przed nim podoficera.

– Jasne. Pamiętajcie, Schwartz, tutaj nie ma żartów, jeżeli poczujesz, że ci odbija, daj znać. Nie potrzeba nam więcej trupów! Nie po tym, co te bydlaki zrobiły naszym chłopcom w obozie Opal.

– Myśli pan, że mogą chcieć teraz nas… – Żołnierz umilkł, nie będąc w stanie na głos opisać okrutnego losu, jaki spotkał jego towarzyszy z posterunku oddalonego zaledwie o kilka kilometrów od obozu, w którym on sam miał przyjemność stacjonować.

– Myślę, że mogą spróbować! – Starszy chorąży Doenitz zgrzytnął zębami i, zasalutowawszy żołnierzowi, odmaszerował w kierunku stanowisk pozostałych wartowników.

Szeregowy został sam na swoim posterunku. Kolejne sześć godzin spędzić miał na próbach przeniknięcia wzrokiem mgły i zapanowania nad nerwami. Wciąż żywe wspomnienie kolegów z obozu Opal – porozrywanych na strzępy, obdartych ze skóry lub ponawlekanych na pale, zdecydowanie nie zamierzały mu tego zadania ułatwić.

 

*

 

Skryty pod bezpiecznym woalem mgły, przysłuchujący się toczonej kilkadziesiąt metrów dalej rozmowie, potężny ork ostrożnie zluzował cięciwę łuku i schował czarnopiórą strzałę do leżącego obok kołczanu. Następnie zrobił to samo z trzema kolejnymi, wbitymi w pobliską kępę bagiennej roślinności. Wykonane z bawolego rogu łuczysko przewiesił przez ramię i bezszelestnie, brnąc po kolana w wodzie wycofał się w głąb trzęsawiska.

Bosy, ubrany w zwierzęce skóry tubylec znał bagno jak własną kieszeń – tam, gdzie bezlitośnie pochłonęłoby ono każdego intruza, jego stopy odnajdywały bezpieczne przejście. Ork bezbłędnie omijał zdradliwe głębiny, miejsca gdzie na nieostrożnego wędrowca czatowały miejscowe drapieżniki. Co jakiś czas zatrzymywał się i, nasłuchując, rozglądał dookoła. Akurat on we mgle czuł się bezpiecznie, w najmniejszym stopniu nie utrudniała mu ona orientacji ani nie ograniczała zmysłów. Wręcz przeciwnie, w tym środowisku, wyostrzone przez lata ciężkiego życia, działały one znacznie lepiej niż gdziekolwiek indziej. Jednak nawet on czasami nie miał szans na samodzielne pokonanie niektórych odcinków bagna. W takich miejsca, ork i jego bracia musieli liczyć na pomoc innych mieszkańców tych terenów.

Olbrzymi bawół pasł się dokładnie w tym miejscu, w którym pozostawił go zielonoskóry zwiadowca. Pojawienie się swojego pana, zwierzę skwitowało skłonieniem masywnego łba o rozłożystych rogach. Jego potulne zachowanie było jednak zwodnicze – zaatakowany, lub rozdrażniony, bawół potrafił być śmiertelnie niebezpiecznym przeciwnikiem. Kogoś, kto uznałby, że pozostawione samopas zwierzę stanowi łatwy łup, czekało zdecydowanie nieprzyjemne rozczarowanie.

Ork jednak nie miał powodów do obaw przed gniewem bawołu. Wychowany przez niego od cielaka, wierzchowiec znał go i ufał mu bezgranicznie. Dlatego też, pogładzony wpierw po wilgotnych nozdrzach, pozwolił mu dosiąść swojego masywnego grzbietu. Siedząc już w wykonanym z wikliny i skóry siodle, ork ujął wodze, uwiązane do kółka wpiętego w nozdrza bawołu. Wystarczył zalewie delikatny ruch łydki jeźdźca, by jego wierzchowiec ruszył swoje potężne cielsko.

Zwierzę doskonale znało drogę do domu i, zrozumiawszy, że to właśnie w jego stronę kieruje je jeździec, dalej podążało już samodzielnie. Brodząc, płynąc, a czasami wręcz krocząc po grząskim dnie, zanurzony wraz z głową pod wodą, bawół niestrudzenie niósł orka przez zasnute mgłą bagna. Nie musząc zbytnio przejmować się wyborem odpowiedniej drogi, zielonoskóry jeździec mógł wykorzystać dany mu tym sposobem czas na poukładanie w głowie zbieranych przez ostatnie kilka dni informacji.

Nawet, gdyby nie zrozumiał niczego z toczonej przez krasnoludzkich żołnierzy rozmowy, doskonale wyczuł strach, jaki wisiał nad ich obozem. Z jednej strony go cieszył go, z drugiej nieco zastanawiał. Owszem, po tym, co najeźdźcy zrobili jego pobratymcom oraz sposobie, w jaki następnie on i jego bracia pomścili tę zbrodnię, zrozumiałe było, że się boją. Ork nie mógł jednak zrozumieć, dlaczego ktoś, kto najpierw bezlitośnie pacyfikuje kilka bezbronnych wiosek, może potem trząść się ze strachu przed krwawą zemstą jego ludu. Zdążył na tyle już poznać krasnoludy, by wiedzieć, że zwykle nie brakowało im ani odwagi, ani honoru, potrzebnych, by stawić czoła konsekwencjom własnych wyborów. Poza tym, owszem, pomiędzy rdzennymi mieszkańcami bagien, a intruzami, zdarzały się konflikty, ale nigdy nie przybrały one tak makabrycznych rozmiarów. Krasnoludy zwykły siedzieć cicho w swoich posterunkach, nieraz handlując z tubylcami, a nawet kilkukrotnie dzieląc się z nimi swoimi zapasami, pomagając im przetrwać wyjątkowo srogie zimy. Mimo, iż jego współplemieńcom nie bardzo odpowiadała ich obecność, przez te wszystkie lata zdążyli się już do niej przyzwyczaić

Aż do czasu, gdy odkryto pierwszą zmasakrowaną osadę, a zaraz po niej kolejne. Ślady ciężkich buciorów i broni palnej nie pozostawiały żadnych wątpliwości, kto stał za tą zbrodnią.

Początkowo, zielonoskórzy zażądali wyjaśnień i wydania sprawców, ale krasnoludy stanowczo sprzeciwiły się zarówno ich oskarżeniom, jak i prośbom o wymierzenie sprawiedliwości. Nie trzeba było długo czekać, by któryś z bardziej krewkich wodzów postanowił wziąć ją w swoje ręce. Zniszczenie jednego z krasnoludzkich posterunków przyniosło jedynie ich jeszcze krwawszą zemstę. Spychane w głąb bagna orki coraz częściej mówiły o wojnie.

Torgan nie mógł tego zrozumieć. On, wódz plemienia Czarnego Pióra, wybrał się na tę ryzykowną wyprawę po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że dalszy rozlew krwi jest konieczny. Chociaż wierzył w siłę swojego ludu, nie miał wątpliwości, że technika najeźdźców nie da mu większych szans na przetrwanie ewentualnego konfliktu. To właśnie dlatego, jego przodkowie pozwolili krasnoludom osiedlić się na tych terenach. Od tamtych czasów nic się nie zmieniło. W przeciwieństwie do swoich zaślepionych żądzą zemsty braci, on wiedział, jak to wszystko się dla nich skończy. Mógł mieć tylko nadzieję, że uda mu się przekonać przywódców pozostałych plemion do nie wkraczania na wojenną ścieżkę. Znając ich, czekało go wyjątkowo trudne zadanie.

Kopyta bawołu wreszcie natrafiły na twardsze podłoże. Wielkie zwierzę mozolnie wspięło się na wyższy brzeg trzęsawiska, po raz setny wynosząc swojego jeźdźca z jego zdradzieckich odmętów. Woda i resztki bagiennej roślinności spłynęły kaskadą z jego lśniącego czernią cielska.

Teraz droga do domu była już łatwa – wiodła wąską, trawiastą groblą wprost do wioski Torgana, od której strony dobiegało coraz głośniejsze dudnienie bębnów.

 

*

 

– Co to za awantury, Doenitz? Mam nadzieję, że nikomu nie stała się niepotrzebna krzywda? – Kapitan von Steinberg wyglądał niewiele lepiej od reszty załogi obozu Feuerstein oraz pozostałych posterunków granicznych. Wszędobylska wilgoć zmieniła długie włosy i brodę krasnoluda w kłąb mokrego filcu. Podobnie jak większości jego podkomendnych, coraz dotkliwiej dawały mu się we znaki grzybica permanentnie mokrych stóp oraz boleśnie wykręcający kości reumatyzm. Z tego właśnie powodu, nikt nie kwapił się do służby na bagnie – nikt, poza nieszczęśnikami wcielonymi do karnej kompanii, której to właśnie przypadł wątpliwy zaszczyt strzeżenia bagiennej granicy imperium krasnoludów.

– Chłopcy mają już dość. – Starszy chorąży Doenitz stanął obok parującego pośrodku namiotu piecyka i wylał wodę ze zdjętych z dłoni rękawic. – Wszystkim odbija od tego czekania. Już chyba sam wolałbym, żeby zielonoskórzy przyszli tu i zrobili z nami porządek. Jak radio?

– Nic tylko szumy i trzaski, zum Teufel

– Przeklęta mgła… Czyli kwestię ewentualnych posiłków mamy wyjaśnioną. Raczej nie ma sensu wysyłać kolejnych ludzi do pozostałych baz.

– Szczególnie, że nie wiemy, czy w ogóle ktoś w nich jeszcze żyje. Jedyna nadzieja w poprawie pogody, może wtedy uda nam się wywołać kogoś z naszych. Zapalicie, chorąży?

– Chętnie, kapitanie. – Podoficer wyciągnął dłoń po podany mu mieszek z tytoniem, który, w przeciwieństwie do jego prywatnego zapasu, z racji najmniejszej ekspozycji na wilgoć, wciąż nadawał się do palenia.

– Macie do mnie żal, Doenitz? – zapytał kapitan, obserwując jak chorąży pieczołowicie nabija swoją fajkę. – O to wszystko?

– O to, że pleśniejemy tu za życia i prawdopodobnie, w najbliższej, przyszłości zeżrą nas bagienne orki? – Dowódca cierpliwie skinął głową. – O to, że zamiast chwały i bogactwa, spotkały nas bezpodstawne oskarżenia i niezasłużona kara? Czy ja mam żal…?

– Dokładnie o to pytam, chorąży…

– Owszem, mam, ale nie do pana, kapitanie. – Podoficer bez pytania usiadł na rozkładanym stołku i z ulgą zdjął ciężki, mocno zabudowany hełm. Spod niego, na wszystkie stron prysnęła woda, która jakimś sposobem zdołała wcisnąć się nawet pod grubą warstwę litej, magicznie wzmocnionej stali. – Prawdę mówiąc, nawet nie wiem, do kogo właściwie powinien mieć pretensje za swój nędzny los. Wie pan, ja wcale się nie dziwię, że zwierzchnicy, a już na pewno sponsorzy tamtej przeklętej wyprawy, nam nie uwierzyli. Ja, gdybym nie był tam osobiście, również nie kupiłbym tej całej historii. Czuję rozżalenie, ale jednocześnie mam pełną świadomość tego, że gdyby nie niepokoje w kraju orków, prawdopodobnie skończylibyśmy znacznie gorzej. Na zmuszenie nas do wyjawienia prawdy są przecież o wiele gorsze sposoby, niż kompania karna…

– Wiecie dobrze, chorąży, że zsyłanie nas wszystkich tutaj i to jeszcze do tego samego posterunku, nie może być przypadkiem. Nasi przełożeni liczą na to, że tutejsze warunki szybko skłonią nas do zmiany stanowiska w sprawie utraconego złota. Jestem pewien, że wśród naszych żołnierzy jest kilku agentów wywiadu, wyłapujących każdą, choćby najmniejszą wzmiankę na ten temat. Sprawdzają nas i cała nadzieja w tym, że kiedyś w końcu uwierzą w przedstawianą przez nas wersję wydarzeń. – Dowódca podkręcił wąsa i pyknął z własnej fajki. – To taka gra na przetrzymanie i, dla własnego dobra, to my musimy ją wygrać.

– O ile, oczywiście, zielonoskórzy nam na to pozwolą.

– Oczywiście… – Von Steinberg pokiwał głową, wypuszczając z ust strużkę błękitnawego dymu. Następie podszedł do leżącej na stole słuchawki, której kabel niknął pod ścianą namiotu. W przeciwieństwie do stojącego w kącie radia, na którym złożywszy głowę w najlepsze drzemał jego operator, a które, przy obecnych warunkach pogodowych, było niemal kompletnie bezużyteczne, telefon, łączący dowódcę z zawisłym wysoko nad obozem balonem obserwacyjnym, działał bez zarzutu. – Fuchs, widać coś w tej cholernej zupie mlecznej?

– Nic, panie kapitanie. – odparł obserwator po drugiej stronie kabla. – Patrząc na barometr, istnieje szansa na przejaśnienia w przeciągu najbliższych kilku godzin, może wtedy widoczność się poprawi.

– O ile nie będzie już po nas… – Chorąży chciał jeszcze coś dodać, ale zamilkł pod gromiącym spojrzeniem dowódcy.

– Dobrze, szeregowy, meldujcie o wszystkim, nawet gdyby wydawało się wam, że to tylko przywidzenia, zrozumiano?

– Tak jest, kapitanie!

Von Steinberg odrzucił słuchawkę na zawalony mapami stół. Na jednej z nich, zaznaczono bazę Feuerstein oraz cztery sąsiadujące z nią krasnoludzkie posterunki – Opal, Achat, Haspis i Chalzedon. Pierwsza z nich została skreślona czerwonym krzyżykiem, obok pozostałych widniały znaki zapytania w tym samym alarmującym kolorze. Z żadną z nich od tygodnia nie było kontaktu. Nie wrócili również wysłani w ich stronę zwiadowcy. Dowódca postukał główką fajki w miejsce, gdzie zaznaczono posterunek najbliższy bazie Feuerstein.

– Chalzedon… – Kapitan zmarszczył czoło, patrząc głęboko w oczy podoficera.

– Ja pójdę – na niezadane pytanie odparł chorąży. – Ma pan rację, szkoda naszych chłopców, a ja chyba już wolę zginąć robiąc coś sensownego, niż tu czekać i gnić.

– Jesteś pewien, Wernerze? – To, że dowódca zwrócił się do podwładnego po imieniu, oznaczać musiało, że decyzja ta bardzo mu ciążyła. – Musimy spróbować, ale…

– Dajcie spokój, kapitanie… Nie będziemy chyba rozczulać się jak stare baby, prawda? Pójdę, zobaczę co tam słychać i miejmy nadzieję, że wrócę, zanim to po stokroć przeklęte bagno was tu pochłonie. Z gorszych tarapatów wychodziło się cało! Pamiętam, raz w Ostwaldzie wpadliśmy w elfią zasadzkę…

Kolejne kilka kwadransów upłynęło chorążemu na wspomnieniach dawnych wojennych przygód, jakby podświadomie starał się oddalić w czasie to, co nieuniknione. W końcu, pokrzepiony kilkoma kieliszkami schnappsa i mocnym uściskiem dłoni dowódcy, opuścił jego namiot i skierował się w stronę beczkowatego baraku kwatermistrza. Godzinę później wyszedł z niego obładowany zapasami, amunicją i wszelkim sprzętem, który mógłby okazać się mu przydatny w trakcie dwudniowej drogi do uparcie milczącego obozu Chalzedon.

 

*

 

Z racji ciągłego braku suchego drewna, bagienne orki nauczyły się pozyskiwać i wykorzystywać powszechny w okolicy ich siedlisk torf. Suszony w dużych glinianych piecach, stanowił on podstawowy opał w ich licznie rozsianych po bagnie wioskach. Właśnie w tej chwili, Torgan patrzył na niemal dorównujący mu wzrostem stos torfu, pod którym dwa gobliny pieczołowicie rozniecały ogień.

Dookoła mającego wkrótce zapłonąć ogniska, coraz liczniej zbierali się zielonoskórzy. Wodzowie okolicznych osad przybyli wezwani nieustającym od kilku dni biciem w bębny. Jedni przywędrowali na grzbietach bawołów, tak jak Torgan, inni na lekkich skórzanych łódkach, a jeszcze inni na piechotę. Duża część z nich, co ork zauważył z pewnym niepokojem, miała twarze wymalowane czerwoną gliną. Przywdzianie tradycyjnych wojennych barw ich plemion, musiało oznaczać, że podjęli już decyzję. Gromadzili się oni szczególnie wokół jednego z wodzów – potężnego wojownika, u którego stóp, rozglądając się bacznie dookoła, leżała bagienna pantera.

– Witaj, Masgudzie. – Torgan skłonił się lekko, okazując niezbędny szacunek powszechnie poważanemu wodzowi z południa bagien.

– Torganie, wiedzę, że nie podjąłeś jeszcze właściwej decyzji? – odparł Masgud, w drapieżnym uśmiechu obnażając przerośnięte kły. Jeden z nich był ułamany i Torgan doskonale wiedział, kto i dlaczego winien był tego stanu rzeczy. – Zawsze miałeś z tym problem…

– Czekam na wyrok kości. Dopiero wtedy zdecyduję.

Torgan, jak przystało na wodza, był potężnie zbudowanym orkiem, jednak Masgud znacznie przewyższał go rozmiarami. Z drugiej strony, sława Torgana, jako wojownika niewiele ustępowała jego rozmówcy. Niektórzy wodzowie, którzy aktualnie, jakby za jego przykładem również nienoszący barw wojennych, często twierdzili, że to mniejszy z orków jest naturalnym przywódcą plemion z bagien. Tak naprawdę, mająca się wkrótce odbyć w tym miejscu narada, miała być właśnie konfrontacją tych dwóch, reprezentowanych przez obu wodzów stronnictw.

Ponieważ po przeciwległej stronie coraz jaśniej płonącego ogniska zgromadziło się znacznie więcej orków, niż po jego, Torgan liczył na pomyślny wyrok rzuconych tej nocy kości. To one miały zadecydować, czy plemiona bagien zjednoczą się pod jednym wodzem i ruszą na wojnę z najeźdźcą.

Dominująca nad moczarami szarość szybko ustąpiła mrokowi, oznajmiając nadejście nocy i rozpoczęcie narady jednocześnie. Stos torfu płonął już wysoko, obficie zadymiając zasnute nocnymi chmurami niebo. Dookoła niego zgromadziło się ponad trzydziestu orków – wodzów, z których każdy stał na czele przynajmniej kilku wiosek. Chociaż większość z nich przybyła na czele kilkuosobowych pocztów, nikt poza nimi nie mógł zbliżyć się do stosu na mniej niż dwadzieścia kroków. Nieważne, czy byłby to wojownik, kobieta, dziecko czy też któryś z wszędobylskich goblinów, za zakłócanie narady czekała go szybka śmierć. Dlatego też, na jej miejsce tradycyjnie wybrano niski, porośnięty bagienną roślinnością pagórek – na tyle suchy, by móc na nim obradować względnie wygodnie i nie przyciągając uwagi osób trzecich. Torgan, prawdopodobnie, jako jeden z nielicznych wodzów, wiedział, że wybór tej lokalizacji dyktowany był jeszcze jedną przesłanką – pod stopami zebranych orków, w dawnych czasach grzebano wielkich wodzów ich ludu. To właśnie ich zmurszałe kości, rzucone tej nocy przez szamana Mukhalego, objawić miały przyszłość bagiennych plemion.

Najwyższy szaman Mukhali przybył na miejsce jako ostatni. Szedł wąską ścieżką, oświetlając sobie drogę bladym lśnieniem wieńczącego kostur kryształu. Porzuciwszy niegdyś wojenne rzemiosło na rzecz ścieżki mądrości, jak na tak wiekowego orka zdołał zachować prostą sylwetkę i całkiem imponującą muskulaturę. Podobnie jak jego zebrani na pagórku bracia, ubrany był wyłącznie w krótkie skórzane bryczesy i pas, ukośnie przecinający szeroką pierś. W przeciwieństwie do swoich pobratymców, którzy długie, nigdy nieścinane włosy upinali w przetykane piórami i kolcami jeżozwierzy kuce, wymyślne koki lub grube warkocze, jego czaszka była całkowicie łysa. Zdobiły ją za to finezyjne, niebieskie malunki – również jednoznacznie wskazujące, że ork ten kroczy drogą wiodącą pomiędzy życiem, a śmiercią.

Gdy w końcu Mukhali wspiął się na pagórek, umilkły wszelkie toczące się na nim dotychczas dyskusje. Powszechny szacunek, jakim cieszył się on wśród swoich rodaków, był najlepszym sposobem na rozproszenie napięcia, z każdą chwilą gęstniejącego pomiędzy zgromadzonymi po obu stronach stosu obozami. Wszyscy wiedzieli, że to właśnie Mukhali ukrócił wieloletnie waśnie i wojny plemienne, ukazując bagiennym orkom, że w obliczu przybycia na ich tereny krasnoludów, tylko jedność może zagwarantować przetrwanie ich rasy.

Czekając aż szaman zabierze głos, Torgan był niezmiernie ciekaw, jakie stanowisko zajmie on w sprawie ostatnich wydarzeń. Wiedział, że Mukhali był zdecydowanym przeciwnikiem radykalnych rozwiązań, jednak ostateczna decyzja należała zawsze do kości.

– Pozdrawiam was, moi bracia. – Szaman stanął tuż przy ognisku, jakby w ogóle nie czuł bijącego od niego żaru. – W tę ciemną noc, zebraliśmy się tutaj, by zadecydować o sprawach kluczowych dla nas, naszych kobiet, dzieci i wnucząt! Bagno jest niespokojne, ktoś naruszył z takim trudem zbudowany przez nas na nim pokój, niszcząc jego kruchą równowagę. Sami wiecie, bracia, co się wydarzyło, jeżeli któryś z was chce zabrać głos, niech zrobi to teraz, zanim przemówią kości.

– O czym tu w ogóle mówić, mądry Mukhali?! – Zgodnie z przewidywaniami Torgana, pierwszy ciszę przerwał Masgud. Wielki ork wystąpił o krok naprzód, wodząc dookoła spojrzeniem chytrze zmrużonych oczu. – Karły zniszczyły nasze wioski, zabiły kobiety, dzieci i starców! Nie mszcząc się tak długo, aż sami nie wskażą winnych, okażemy naszą słabość i utwierdzimy w poczuciu bezkarności! – Wszystkie zebrane dookoła ognia orki, nawet te, które stały po stronie Torgana, pokiwały ze zrozumieniem głowami. – Ta noc woła krwi i to my będziemy ją przelewać!

– Czy domyślasz się, wielki Masgudzie, dlaczego karły postanowiły właśnie w taki sposób zniszczyć pokój pomiędzy naszymi rasami? – Torgan jako jedyny odważył się wejść w słowo tryumfalnie toczącemu dookoła wzrokiem wodzowi.

– Liczą się skutki, a nie motywacje, mój przyjacielu. Kto inny, jak nie ty powinien akurat świetnie to rozumieć? – Widać było, że Masgud doskonale przygotował się do dyskusji ze swoim oponentem. W pełni kontrolował mimikę i gesty, doskonale odgrywając przypadłą mu tej nocy rolę. – Skutki! Trupy naszych braci, zabitych przez karły ich śmierdzącą bronią! Widziałeś ciała tych, których położyli nasi wojownicy, dobrze wiesz skąd przyszli… Dlaczego więc wciąż wątpisz w słuszność zemsty?

– Wątpię jedynie, czy jesteśmy w stanie odnaleźć winowajców. Widziałem ich dwie noce temu, czułem ich strach i niepewność. Nie wyglądali na morderców, bardziej na ofiary… Wiesz może, dlaczego?

– Wiem, Torganie! Słusznie drżą o swoje marne życia, zaznawszy już naszej zemsty! Tak, bracia, ja nie zamierzałem czekać, aż przyjdą po mnie w nocy, by zarżnąć mnie jak wieprza! Pokazaliśmy im, co znaczy gniew mojego plemienia i wierzę, że lekcję tę popamiętają na długo!

– Więc to ty zniszczyłeś ich kolejny obóz, chociaż Mukhali kategorycznie nakazał nam poprzestać tylko na jednym…

– Jesteś głupcem, Masgudzie! – dyskusję przerwał ostry głos Mukhalego. Szaman wycelował swój kostur w twarz większego z orków, gniewnie marszcząc brwi. – Nie miałeś prawa samodzielnie decydować o losach nas wszystkich! Naraziłeś plemiona bagien na zemstę silniejszych od nas przeciwników!

– Nie są silniejsi, umierali żałośnie skamląc o litość! Tak nie robią mężczyźni, nawet nasze rodzące kobiety zachowują więcej godności! Przed kimś takim mamy giąć karki?!

– Kwestią załamanego przez ciebie prawa zajmiemy się później, teraz są ważniejsze sprawy. – Chociaż widać było, że wiadomość o haniebnym czynie Masguda wstrząsnęła Mukhalim, szaman szybko odzyskał swój legendarny już spokój. – Być może, nasze tradycje powinny zostać złamane, byśmy mogli przetrwać we własnym domu. Ja również, tej wyjątkowej nocy, muszę prosić was bracia, o zgodę na sprzeniewierzenie się jednej z nich…

– Skoro uważasz, że to konieczne, Mukhali… – odparł Masgud, najwyraźniej upatrując w tym szansę na umniejszenie własnej winy. Jego słowom zawtórował pomruk aprobaty ze strony pozostałych wodzów, niezamierzających przecież kwestionować mądrości starego szamana.

– Dziękuję. – Szaman odwrócił się w stronę prowadzącej do pagórka ścieżki i kilkukrotnie zatoczył trzymanym nad głową kosturem. Wieńczący go kryształ rozjarzył się znacznie intensywniejszym blaskiem. Snop bijącego z niego światła przeszył mrok i mgłę, oświetlając drogę postaci, kroczącej drogą, którą dopiero co przybył Mukhali.

Widząc przed sobą obcego, kilku wodzów odruchowo sięgnęło do pasów, w poszukiwani pozostawionego u stóp pagórka oręża.

– Bracia, to nie będzie potrzebne. Nasze święte prawa mówią, że miejsca narady nie może zbrukać obecność kogoś, niebędącego wodzem lub szamanem, zapewniam was jednak, że zmierzająca tu właśnie osoba w pełni dorównuje wam statusem i odwagą.

– To obcy… – mruknął Masgud, wysuwając do przodu swoją szeroką szczękę. – Dlaczego mielibyśmy go słuchać?

– A czyż nasi przodkowie, gdy tutaj przybyli, również nie byli obcymi? Proszę was tylko, żebyście wysłuchali tego, co nasz gość ma do powiedzenia, tak byście mogli podjąć decyzję całkowicie świadomie i bez emocji. Tylko wtedy kości zdołają wskazać nam właściwą drogę!

– Jeżeli spróbuje jakichś sztuczek, osobiście wyrwę mu serce… – burknął pod nosem Masgud, na tyle jednak głośno, by usłyszeli go wszyscy, nie wyłączając intruza, stojącego już przy podnóżu kurhanu. Torgan nic nie odpowiedział, tylko uważnie przyglądał się nieznajomemu.

– Mam nadzieję, że to nie będzie konieczne. – szaman odwrócił się od zgromadzenia wodzów i zapraszającym gestem skinął na przybysza – Podjedź, Ajinaju, moi bracia pragną wysłuchać twojej historii.

To, co częściowo widoczne już było we wskazującym drogę przez bagno świetle laski Mukhalego, w pełni objawiło się, gdy nieznajomy osiągnął szczyt pagórka i stanął w blasku ogniska. Ponad wszelką wątpliwość, Ajinai był orkiem, jednak równie oczywistym było, że nie pochodził z tych stron.

W przeciwieństwie do swoich kuzynów, których skóra miała odcień brudnozielonej bagiennej wody, jego była znacznie jaśniejsza i, już na pierwszy rzut oka, cieńsza. Ubrany był na modłę zachodnią, w sposób nieco przypominający podróżne stroje ras spoza bagien. Solidne buty i skórzane bryczesy na pewno nie były wytworem miejscowego rękodzieła, podobnie jak długi płaszcz z kapturem i nabijana metalowymi płytkami kamizelka. Jego czaszka była całkowicie łysa, podobnie jak stojącego obok Mukhalego, jednak, w przeciwieństwie do mistycznych ornamentów szamana, zdobiła ją pokaźna kolekcja blizn. Kolejnym szczegółem, łączącym go z miejscowymi kuzynami było zamiłowanie do kolczyków – tam jednak, gdzie, z racji na brak dostępu do odpowiednich materiałów, zadowalać musieli się oni ozdobami z kości i rogu, on najwyraźniej mógł pozwolić sobie na znacznie więcej. Uszy i nozdrza obcego przekłute były całą gamą metalowych kółek i różnej wielkości ćwieków.

Oczywiście, ork nazwany Ajinajem nie miał broni, natomiast po jego sylwetce, sprężystych ruchach i czujnym spojrzeniu, od razu można było rozpoznać wojownika. Prawdopodobnie właśnie, zwieszone na temblaku lewe ramię przybysza i jego w kilku miejscach poplamiona krwią odzież, były pamiątką po jakiejś niedawnej potyczce.

Ajinai cierpliwie zniósł taksujące spojrzenia zebranych przy ognisku wodzów, najwyraźniej pouczony zawczasu przez Mukhalego, by niepotrzebnie ich nie drażnić. Nie odzywał się, czekając, aż zrobi to ktoś z miejscowych – według wszelkiej logiki, przywódca zgromadzenia. Nikogo oczywiście nie zdziwiło, że rolę tę postanowił wziąć na swoje potężne barki właśnie Masgud. Zamiast zaszczycić przybysza swoim słowami, zwrócił się do szamana:

– Mądry Mukhali, niech nasz gość przemówi. – W odpowiedzi, szaman skinął głową nieznajomemu.

– Bracia z wielkich bagien, jestem Ajinai z plemienia Wilka, wybrany przez innych synów stepu, by z wami rozmawiać. By was ostrzec!

– Ostrzec? – pogardliwie parsknął Masgud. – Czyżbyś zapomniał, że to wojna podzieliła nasze ludy? Że to ona zepchnęła moich przodków w to miejsce?! Przed czym i dlaczego niby miałby nas ostrzegać potomek zdrajców?!

– To dawne dzieje, bracie…

– Nie jestem twoim bratem, Ajinaju z plemienia Wilka! Nigdy nim nie będę! – Przed dalszą eskalacją gniewu, wielkiego orka powstrzymali wyłącznie jego dwaj rodacy – Mukhali, posyłając mu ostrzegawcze spojrzenie i Torgan, który niespodziewanie postanowił włączyć się w rozmowę:

– Wybacz, Ajinaju, być może ta historia dla was mało znaczy, ale nam, orkom z bagien, każdy dzień o niej przypomina. Pielęgnujemy pamięć przodków, by nigdy już nie powtórzyć ich błędów.

– A kto ciebie prosił o głos?! – Masgud nadął się jeszcze bardziej i wyglądał, jakby lada chwila miał eksplodować.

– Ma takie samo prawo, jak ty, Masgudzie – spokojnym tonem odparł Mukhali. – I jeżeli nie chcesz, bym cię go pozbawił, zadbasz o to, by nasze spotkanie przebiegło bez niepotrzebnych awantur. Ostrzegam cię po raz ostatni. – W przeciwieństwie do przywołanego do porządku wodza, by zyskać posłuch, szaman nie musiał wcale podnosić głosu. Paradoksalnie, im ciszej mówił, tym jego słowa odnosiły lepszy efekt.

– Mów – warknął w końcu Masgud, tym razem złym spojrzeniem mierząc Torgana.

– Żyliśmy w pokoju, służąc naszemu panu Sarreghusowi, wielkiemu smokowi rządzącemu stepem. Było tak aż do dnia, gdy przybył karły…

– To prawie tak, jak u nas – sapnął nieco już spokojniej Masgud.

– Nie do końca… – bardziej dla zasady zaprzeczył Torgan.

– Zamilknijcie obaj. – Przez kryształ wieńczący kostur Mukhalego przemknęła ostrzegawcza błyskawica.

– Zniszczyły nasze domy, zabiły tysiące moich braci i samego Sareghusa. Po nich przybyli następni! Próbujemy z nimi walczyć, ale ich broń jest zbyt potężna…

– A my zbyt nieliczni i rozproszeni, by móc wam w jakikolwiek sposób pomóc, Ajinaju – zadziwiająco konstruktywnie odparł Masgud. – Nawet, gdybyśmy zapomnieli o naszej wspólnej przeszłości.

– Wiem, dlatego powiedziałem, że chcę was ostrzec. Karły są zbyt chciwe, by pozwolić nam żyć wokół ich bezcennej góry. Wybiją nas do nogi – dla nich, ork z stepu, czy z bagien to jedno i to samo. Wasz mądry szaman – tu Ajinai skłonił się z szacunkiem Mukhalemu – wytłumaczył mi, ile kosztowało was zjednoczenie się. Teraz ja, w imieniu mojego ludu, pokornie proszę was o wybaczenie i szansę na naprawienie naszej wspólnej, smutnej historii. Wiedzcie, że jeżeli karły zapragną was zniszczyć lub wygnać z waszego domu, bracia ze stepów przyjmą braci z bagien z otwartymi ramionami. Razem mamy szansę pokazać tym śmierdzącym tchórzom, że z orkami należy się liczyć. Proszę tylko o to, byście pamiętali o naszej propozycji. To wszystko.

Reakcje ze strony przysłuchujących się temu orków były różne. Niektórzy wodzowie szeptali między sobą, inni w milczeniu wpatrywali się w ogień, a jeszcze inni, tacy jak Torgan i Masgud, mierzyli się wzajemnie ciężkimi spojrzeniami. Mukhali, który musiał przecież doskonale znać historię Ajinaja patrzył na obu wodzów, wiedząc, że to właśnie od ich decyzji zależeć może los jego ludu.

– Dziękujemy, Ajinaju. – szaman uniesieniem dłoni uciszył podnoszące się wokół ogniska głosy i zwrócił do przybysza ze stepu. – Weźmiemy pod rozwagę twoje słowa, a teraz pozwól, że resztę omówimy już sami.

– Oczywiście, mądry Mukhali. Dziękuję. – Ajinai ukłonił się przed wszystkimi zgromadzonymi i bez zbędnych pożegnań, zszedł z pagórka. Dopóki światło, wskazujące mu drogę przez bagno ostatecznie nie zgasło, żaden z odprowadzających go wzrokiem orków nie odezwał się choćby słowem.

– Mukhali… – ciszę przerwał głos Torgana. – Nie mamy szans walczyć. Nawet, jeżeli wygnalibyśmy karły z bagien, wrócą, a wtedy nie będą już chciały z nami rozmawiać.

– Bzdura, Torganie, negocjuje się z silnymi, słabych rozdeptuje na miazgę! Pokażmy im, że nie mogą bezkarnie na nas szczać! Chyba nie chcesz uciekać i tułać się po stepie, licząc na ochłapy naszych – tu wielki ork splunął z odrazą w ogień – braci?

– Oczywiście, że nie. Nie wiem tylko, czy walka jest najlepszym wyjściem. Wojnę drogo przypłacimy, możemy się już z niej nie podnieść. Uważam, że, zanim sięgniemy po broń, powinniśmy spróbować porozmawiać z karłami.

– Torganie, gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że tchórzysz… – Jawnie zakpił większy z orków, splatając ręce na swojej potężnej piersi.

– Jeżeli wątpisz w moją odwagę, mogę ci ją udowodnić choćby tu i teraz! – Torgan hardo zadarł wzrok, wbijając go w wykrzywioną szyderczym uśmiechem twarz Masguda. – Dawno nie słyszałem, jak skamlesz o litość! – Powietrze pomiędzy dwoma orkowymi przywódcami niemal wyczuwalnie zgęstniało. Pozostali wodzowie przezornie odstąpili o krok do tyłu, jakby chcąc zrobić miejsce mającym rzucić się sobie do gardeł oponentom.

– Dość, głupcy! – Mukhali wszedł pomiędzy obu orków, z dziecinną łatwością odpychając ich od siebie. – Przynosicie wstyd temu zgromadzeniu! Czyżbyście sami uwierzyli, że rzeczywiście jesteśmy prymitywnymi dzikusami, za jakich wszyscy nas uważają? – Oczy starego szamana zapłonęły groźnym blaskiem. W powietrzu rozniósł się zapach palonych włosów, wyraźna oznaka gromadzącej się w ciele Mukhalego mocy. – Przemówią kości, a wy, my wszyscy zastosujemy się do ich wskazówek, zrozumiano?

– Wybacz, mądry Mukhali… – Torgan pierwszy skłonił głowę i wycofał się pomiędzy swoich braci.

– Niech tak będzie. – Znacznie mniej pokornie chwilę później poddał się Masgud.

Mukhali spojrzał po twarzach pozostałych orków, również na nich wyczytując pełną aprobatę dla swoich słów.

Wreszcie zapanowała absolutna cisza, którą jedynie sporadycznie zakłócał trzask wciąż płonącego wysoko ognia. W takich warunkach szaman mógł wreszcie zabrać się za najważniejszą część swojego zadania. Końcem kostura wyrysował na ziemi przy ognisku okrąg, a następnie z rozmachem wbił go w sam jego środek. Potem, mrucząc pod nosem jakąś starą pieśń, sięgnął po przywiązany do pasa mieszek. Chociaż żaden ze zgromadzonych dookoła orków nie rozumiał nic z przeprowadzanego właśnie rytuału, wszystkie wstrzymały oddech w oczekiwaniu na jego wynik.

Stary szaman uniósł nad głowę garść drobnych, zaczerpniętych z mieszka kości i, śpiewając coraz głośniej, zaczął obchodzić wytyczony przy ognisku okrąg. Domknąwszy trzeciego okrążenia, cisnął kości na ziemię. Spróchniałe szczątki prysnęły na wszystkie strony – część z nich pochłonęły buzujące tuż obok płomienie, inne wypadły poza krąg. Kilka pozostało w jego wnętrzu, układając się w zrozumiały wyłącznie dla szamana wzór. Mukhali przykucnął nad nimi i, wciąż mrucząc pod nosem, zaczął w nich przebierać.

Wynik wróżby nie mógł być pomyślny, gdyż z każdym uderzeniem serca, oblicze szamana coraz bardziej pochmurniało. Gdy wreszcie wstał, z dużym trudem i wspierając się na wciąż tkwiącym w ziemi kosturze, wyglądał jakby postarzał się o kilkanaście lat. Od razu spojrzał prosto w oczy Masguda, czyniąc mu tym wyraźną przyjemność.

– Wojna – szepnął, ledwo otwierając spierzchnięte usta. – Wielu z nas spłonie w jej ogniu, ale reszta – Mukhali wskazał wzrokiem te z kości, które wypadły poza krąg, a następnie ponownie utkwił spojrzenie w Masgudzie. – Reszta ocaleje. Silny i mądry przywódca pomoże nam uniknąć zagłady i wskaże nową drogę.

– Dziękuję, o mądry Mukhali. – Wielki ork skłonił się nisko. – Zrobię, co tylko będzie konieczne.

– Oczywiście, że zrobisz, bracie. – Szaman położył dłoń na szerokim barku orka i uśmiechnął się łagodnie. – Tylko podążając za Torganem, nasz lud ma szansę przetrwać. Cieszę się, że to rozumiesz…

Masgud nie był mistrzem samokontroli, ale jakimś cudem zdołał opanować wzburzenie, jakie w jego sercu musiały wywołać słowa szamana. Chociaż w pierwszym odruchu poderwał głowę, natychmiast schylił ją ponownie.

Mukhali nie zdobyłby tak wysokiej pozycji, gdyby nie potrafił manipulować swoimi braćmi. Sprzeciwiając się jego woli na oczach pozostałych wodzów, potężny ork wyłącznie by sobie zaszkodził. Wiedział, że jeżeli zależało mu na zachowaniu wysokiej pozycji, i tak mocno już zachwianej jego samowolnymi działaniami, musiał przestrzegać obyczajów oraz stosować się do słów przyglądającego mu się uważnie mędrca.

– Będzie jak każesz, Mukhali. – Gdy wielki ork podniósł wzrok, napotkał spojrzenie Torgana. Od razu widać było, że wyrok kości zaskoczył również i jego. – Nie zawiedź nas, bracie.

– Nie zawiodę, przysięgam. – Widok Masguda, gnącego kark przed kimś innym, niż przed Mukhalim, wyraźnie ucieszył starego szamana oraz pozostałych wodzów, którzy przyjęli ten gest pełnymi aprobaty pomrukami.

Zjednoczone pod nowym wodzem, plemiona bagien miały raz jeszcze wkroczyć na ścieżkę wojny. Chociaż Torgan niewątpliwie doceniał to wyróżnienie, coś w oczach Mukhalego mówiło mu, że czekająca go droga nie będzie łatwa.

 

*

 

Chcąc skorzystać z luksusu, jakim na bagnie był każdy, nawet najmniejszy skrawek suchego lądu, chorąży Doenitz wdrapał się na oślizgły pień zwalonego drzewa i usiadł na nim, zwisając nogami dobre pół metra nad powierzchnią mętnej, niemrawo bulgoczącej wody. Pierwszym co zrobił, było zdjęcie butów i zwrócenie wolności kilku znacznych rozmiarów pijawkom, które zdążyły już uszczknąć całkiem sporo jego bezcennej krasnoludzkiej krwi. Następnie, w nieustannie krwawiące ranki wtarł maść, sprowadzoną na specjalne zamówienie kapitana von Steinberga.

Gdy kwestię obuwia i oślizgłych pasażerów na gapę miał już załatwioną, podoficer sięgnął do przypiętej do pasa manierki. Kilka pociągniętych z niej łyków sprawiło, że w jego otępiałej od mgły, zmęczenia i czarnych myśli głowie od razu pojaśniało. Do pełni szczęścia brakowało chorążemu już tylko fajki, ale wiedząc, że w tych warunkach, orki mogą wyczuć tytoniowy dym z odległości kilku kilometrów, szybko przegonił natrętne myśli o paleniu. By sobie w tym pomóc, sięgnął po kompas. Sprytne urządzenie, zamiast tradycyjnie wskazywać północ, służyło do lokalizowania ciężkich, specjalnie wykonanych bloków metalu, co kilka kilometrów pozatapianych na bagnie. Wyznaczały one bezpieczną trasę pomiędzy poszczególnymi obozami, pozwalając podróżnym nawigować w warunkach niemal zerowej widoczności. Podążając w prostej linii pomiędzy wytyczonymi w ten sposób punktami, wędrowiec miał gwarancję, że nie zgubi się we mgle. Zwykle metoda ta działała, ale w chwili obecnej, chorąży nie mógł powstrzymać podejrzeń, że zielonoskórzy w końcu zdołali jakimś sposobem odnaleźć któryś z bloków i przetransportować go w inne miejsce. To tłumaczyłoby zaginięcie wysłanych tą drogą zwiadowców oraz to, że chociaż już dawno powinien był dotrzeć do celu, baza Chalzedon uparcie odmawiała wyłonienia się z mgły. Oczywiście, istniała całkiem realna szansa, że błąkający się w niej krasnolud po prostu stracił rachubę i od upragnionego kresu wędrówki wciąż dzielił go jeszcze jeden punkt nawigacyjny.

Dokładnie w chwili, gdy Werner właśnie zamierzał ruszyć w dalszą drogę, dając sobie szansę na zweryfikowanie obliczeń, bądź też ostatecznie zabłądzenie, usłyszał charakterystyczny dźwięk, wydawany przez człapiące w błocie stopy.

Chorąży ostrożnie ześlizgnął się z pnia i zastygł w oczekiwaniu na rozwój wypadków. Kroki zbliżały się z naprzeciwka, od strony trzęsawiska, przez które na pewno nie biegł żaden z wytyczonych przez krasnoludy szlaków. Jedna albo dwie osoby, z pewnością orki, wydawały się zmierzać dokładnie w tę samą stronę co on. Po kilku minutach oczekiwania, kroki wreszcie ucichły w oddali. Przyczajony w ukryciu krasnolud kilkukrotnie upewnił się, że rzeczywiście kierunek wskazany przez kompas jest zbieżny z tym, w jakim jego zdaniem oddalili się tubylcy. Powoli obszedł pień i ponownie stanął na grząskiej ścieżce, którą przyszedł. Igła w kompasie zawirowała, a następnie wyprężyła się, ustawiając w linii pomiędzy dwoma magnetycznymi bojami.

Krasnolud niechętnie schował kompas i sięgnął po przewieszony przez plecy karabin. Z gotową do strzału bronią w rękach, ruszył w kierunku, w którym spodziewał się odnaleźć obóz Chalzedon, lub chociaż chętnych do udzielenia mu kilku odpowiedzi zielonoskórych.

 

*

 

Torgan opuścił miejsce narady jako ostatni. Podczas, gdy pozostali wodzowie już dawno udali się do swoich wiosek, by gromadzić wojowników i zapasy, on spędził następny poranek odbierając nauki i wskazówki od Mukhalego.

Podobnie jak w przypadku każdego namaszczonego przez kości wodza, stary ork, musiał przekazać mu część swojej mądrość i mocy. Oczywiście, dopóki Torgan nie zdecydował się na ostatecznie porzucenie ścieżki wojownika, najgłębsze tajemnice sztuki szamańskiej pozostawały poza jego zasięgiem. Co jednak nie oznaczało, że Mukhali nie miał go czego nauczyć. Wódz słuchał słów szamana uważnie, wiedząc, że zawarta w nich mądrość może uratować życia tych, za których odpowiedzialność właśnie złożono w jego ręce.

Gdy Mukhali skończył, wręczył młodszemu orkowi rytualną włócznię, wykonaną z jednego, wyplutego przez bagno kawałka kości jakiegoś potwora – naznaczoną mocą szamana broń, będącą jednocześnie oznaką przywództwa nad zjednoczonymi na czas wojny plemionami. Tak wyposażony, odprowadzany cichą pieśnią kołyszącego się na szczycie kurhanu szamana, Torgan ruszył w stronę domu, by tam rozpocząć własne przygotowania.

W przeciwieństwie do innych orkowych wodzów, którzy zawsze wędrowali po bagnie w większych grupach, Torgan wolał podróżować samotnie. Uważał, że tylko wtedy, gdy w pobliżu nie ma nikogo, jego zmysły wyostrzają się wystarczająco, by w porę ostrzec go przed niebezpieczeństwem. Takim, jak na przykład, przyczajony w błocie wąż albo wymieszana z mgłą chmura trującego gazu. A i to były jedynie najbardziej oczywiste zagrożenia, jakie czekały na nierozważnego wędrowca. W okolicznych głębiach spoczywały niezliczone szczątki orków i bawołów, które zapomniały, że w miejscu tym nie ma czegoś takiego, jak nadmiar ostrożności.

Być może to właśnie dzięki wzmagającej czujność samotności, Torgan zdołał usłyszeć za sobą jakiś niepokojący dźwięk. To, co bez wątpienia utonęłoby w odgłosach wydawanych przez podążających obok towarzyszy, było wystarczająco jasnym sygnałem o zbliżającym się zagrożeniu. Nie zwolnił, nie zaczął się rozglądać, nawet nie popędził swojego wierzchowca – jechał dalej, jak gdyby nigdy nic. Chociaż tego, że był śledzony nie można było uznać za dobrą wiadomość, nie zamierzał przedwcześnie zdradzać się ze swoim odkryciem. Dopiero, gdy idący miarowym tempem bawół mijał pochylone drzewo, desperacko wczepione korzeniami w grząski grunt, ostrożnie, tak by nie zmylić kroku zwierzęcia, ork ześlizgnął się z jego grzbietu. Lekko klepnięty w zad wierzchowiec doskonale zrozumiał polecenie swojego pana i z tą samą prędkością kontynuował marsz.

Torgan rozpłaszczył się na ziemi tuż za pniem drzewa, którego rachityczny pień być może nie stanowił idealnej dla niego zasłony, ale pozawalał nieco rozmyć we mgle kształty przyczajonego za nim orka. Ponieważ strzelanie w tej pozycji z łuku nie było możliwe, sięgnął po krótki nóż do rzucania, których kilka miał przypasanych do każdego z ud.

Zastygł w niemal absolutnym bezruchu. Oddychał płytko, nie mrugał oczyma, nawet jego serce zwolniło bieg, uderzając zaledwie kilka razy na minutę. Cały czas nasłuchiwał, teraz już całkiem wyraźnie rozpoznając odgłos ostrożnie stawianych w bagnisku kroków. Ten, kto za nim podążał nie mógł być przypadkowym wędrowcem – skradał się i robił to z dużą wprawą. Takie zachowanie na bagnie nie mogło oznaczać niczego dobrego. Tutaj, ktokolwiek zakradał się do ciebie, miał zamiar cię zabić, pożreć lub okraść, a czasem zrobić wszystkie te trzy rzeczy na raz. Poza karłami, które z jakiegoś powodu postanowiły zerwać długoletnie porozumienia z jego ludem, świeżo mianowanemu wodzowi przychodziła do głowy tylko jedna osoba, mogąca aż tak źle mu życzyć.

Gdy w końcu we mgle zamajaczyła sylwetka podążającego tropem bawołu intruza, Torgan lekko się skrzywił. Przeciwnik był uzbrojony i czujny, co oznaczało, że w każdej chwili, pomiędzy poskręcanymi korzeniami drzewa może wypatrzeć przyczajonego zielonoskórego. Nie zamierzając dać mu do tego okazji, ork wychylił się lekko ze swojej kryjówki i cisnął nożem.

 

*

 

Chorąży Doenitz nie wiedział dokładnie, co kazało mu nagle paść twarzą w błoto. Nie miał zresztą zamiaru specjalnie się nad tym głowić, grunt, że przeznaczony mu pocisk chybił i plasnął w bagno kilka metrów za nim. Ruch we mgle gdzieś z przodu, ujawnił za to położenie przeciwnika. Werner wymierzył karabin w jego stronę i bez wahania pociągnął za spust. Chociaż miał niemal pewność, że trafił, wystrzelił jeszcze dwukrotnie.

 

*

 

Niebezpiecznie bliski huk wystrzału, po którym chwilę później nastąpiły kolejne dwa, zaskoczył Torgana, właśnie wyskakującego ze swojej kryjówki i sięgającego po przewieszony przez plecy łuk. Krótki moment jego nieuwagi wykorzystał przeciwnik, którego liczył ranić nożem. Coś huknęło we mgle, tym razem dokładnie na wprost orka. Na jego szczęście, przeznaczona mu chmura śrutu przeszła kilka kroków od niego, powalając drzewo, za którym ukrywał się jeszcze przed chwilą. Cięciwa łuku jęknęła trzykrotnie. Pierwsza czarnopióra strzała przeszyła mgłę w miejscu, w którym orkowi ponownie wydawało się, że dostrzegł ruch, druga z głuchym trzaskiem trafiła w coś, co poruszyło się, najwyraźniej wypłoszone pierwszym pociskiem. Mając już pewność, że zlokalizował napastnika, Torgan ostatnią strzałę posłał w to samo miejsce. Tym razem, wrzask ranionego wroga nie pozostawał już najmniejszych wątpliwości, co do jego trafienia. Wszystko to trwało zaledwie kilka uderzeń ponownie przyspieszającego serca orka.

Pędząc w stronę powalonego przeciwnika, Torgan gwizdnął przez zęby. Gdzieś za jego plecami, oddalający się niespiesznie bawół zawrócił w miejscu i ociężałym kłusem zaczął biec w kierunku swojego jeźdźca. Chociaż ork nie chciał, by jakakolwiek krzywda spotkała jego ulubionego wierzchowca, musiał w jakiś sposób odwrócić uwagę drugiego z wciąż ukrywających się w pobliżu napastników. Pędzący przez bagno, rozwścieczony bawół był najlepszym na to sposobem.

Po chwili biegu, kilka kroków przed Torganem ukazało się leżące twarzą w bagiennym błocie ciało. Z pleców zabitego sterczały dwie strzały, które musiały ugodzić go w chwili, gdy ten właśnie zrywał się do ucieczki. Torgan zatrzymał się, a następnie, bacznie rozglądając się dookoła, ostrożnie podszedł bliżej.

Początkowo wziął martwego orka za któregoś ze swoich braci. Jednak, gdy przyjrzał się mu uważniej, szybko zrozumiał swoją pomyłkę. To nie mógł być zabójca, nasłany przez Masguda, by zlikwidować rywala, który śmiał pozbawić go tak upragnionego zaszczytu. Ubranie, jaśniejszy odcień skóry oraz leżąca obok strzelba zdradzały przybysza spoza bagien. Podobieństwo do Ajinaja nie mogło być przypadkowe. Gdy ork odwiesił na plecy łuk i właśnie, z nożem w ręku, zamierzał uklęknąć przy zabitym, usłyszał dźwięk chlapiących w błocie kroków.

– Stój! – gdzieś z mgły przed nim dobiegł głośny okrzyk. – Jeden ruch, a rozwalę ci ten zielony czerep, tak jak zrobiłem to twojemu koledze!

Torgan dobrze już widział sylwetkę kroczącego w jego stronę karła i, chociaż doskonale zdawał sobie sprawę, że we mgle, jego oczy radzą sobie znacznie lepiej, nie zamierzał go niepotrzebnie prowokować. Zbyt dobrze mu znajomy kształt wymierzonego w jego stronę karabinu, nakazywał dalece posuniętą ostrożność.

– Nie strzelaj. – Ork uniósł obie dłonie, jednak odwrócił je tak, by przeciwnik nie dostrzegł noża do rzucania, ukrytego w jednej z nich. – A ten tutaj nie jest moim przyjacielem.

– Jasne… – Krasnolud urwał w pół słowa i poruszył się nerwowo, jakby dopiero teraz jego uszu dobiegł hałas, robiony przez pędzącego przez bagno bawoła. – Ostrzegałem, żebyś nie próbował żądnych sztuczek!

Chwila zawahania przeciwnika wystarczyła, by Torgan cisnął skrytym w dłoni nożem. Raniony w nieosłonięte pancerzem przedramię, krasnolud wypuścił broń, a ułamek sekund później sam runął na ziemię, powalony przez znacznie większego od niego orka. Ostrze drugiego noża Torgana wkrótce znalazło lukę w zbroi przeciwnika – wpełzło w wąską szczelinę między wysokim kołnierzem pancernej kamizelki, a hełmem, i lekko nacięło skórę skrytej pod nim szyi.

Jednak chorąży Doenitz bywał już w swoim życiu w znacznie gorszych sytuacjach, dlatego ani na chwilę nie stracił zimnej krwi. Podczas gdy przygniatający go ork próbował dostać się pod jego pancerz, on spokojnie wyciągnął z kabury rewolwer i wymownie dźgnął jego lufą brzuch przeciwnika. Zadziałało jak najlepsze zaklęcie – nacisk ostrza orka momentalnie zelżał, w ostatniej chwili powstrzymując krasnoluda przed pociągnięciem za spust.

– Mówiłem przecież, że masz się nie ruszać, prawda? – wycedził podoficer, wpatrując się w zieloną twarz, zawisłą zaledwie o kilka centymetrów nad jego własną. – Złaź ze mnie, troglodyto!

Torgan musiał skapitulować. Widział, że gdyby przeciął tętnicę przeciwnika, ten przed śmiercią z wykrwawienia miałby wystarczająco dużo czasu, by kilkukrotnie wystrzelić. Niestety, konstrukcja krasnoludzkiego pancerza skutecznie uniemożliwiła mu dostanie się do karku osłoniętego nim żołnierza i zadania mu znacznie szybszej i pewniejszej śmierci. Ork ostrożnie cofnął dłoń z nożem, po czym powoli wstał na nogi.

– To nie jest mój brat… – powtórzył, jakby słowa te miały jakiekolwiek znaczenie dla trzymającego go na muszce krasnoluda.

– No, mój na pewno nie! – Chorąży Doenitz wstał szybko, zerkając na stojącego nieopodal bawołu, który zatrzymał się, widząc lekkie uniesienie dłoni swojego jeźdźca. – Ciekawe jednak, że akurat przypadkiem obaj postanowiliście się na mnie tutaj zasadzić.

– W takim razie, dlaczego go zabiłem?

– Zabiłeś? Ty?! – Krasnolud wyraźnie się zawahał. Dotychczas przekonany, że to któraś z jego kul zdołała dosięgnąć przeciwnika, dopiero teraz dostrzegł sterczące z jego pleców strzały. – Trafiłem go przynajmniej raz!

Wyjaśnienie tej prozaicznej kwestii, okazało się najlepszym powodem do przełamania impasu. Chorąży Doenitz opuścił broń i, nieustannie podejrzliwie popatrując w stronę orka, podszedł do leżącego kilka kroków dalej ciała. Następnie przykucnął przy nim i odwrócił je na plecy.

Karabinowa kula weszła poniżej obojczyka i utkwiła gdzieś wewnątrz dość paskudnej rany. Znając żywotność orków, postrzał nie mógł być śmiertelny, ale jak widać, wystarczył, by wypłoszyć rannego z bezpiecznej kryjówki w kępie wysokiej bagiennej trawy.

– Oberwał ode mnie, a ty naszpikowałeś go, gdy próbował uciekać… – Krasnolud dopiero teraz zauważył leżącą obok zabitego strzelbę. Niewątpliwie wykonana w rusznikarni jego rasy, broń ta nie powinna znajdować się w posiadaniu orka.

Krasnoludy prawie nikomu nie sprzedawały swojej broni, a już w szczególności zielonoskórym, których, zwyczajnie nie byłoby na nią stać. Chorążemu przychodził do głowy tylko jeden sposób, w jaki martwy ork mógł ją zdobyć. To ponownie obudziło jego chwilowo uśpioną czujność. Krzywiąc się, przy poruszaniu ranną, na szczęście słabo krwawiącą ręką, zwrócił się do swojego jeńca:

– Skąd to macie? – Rewolwer wycelował prosto pomiędzy oczy orka, który słysząc to pytanie rozłożył bezradnie ręce. – Zrabowaliście z naszej bazy, po tym, jak wyrżnęliście ją w pień!

– Mówiłem już, że go nie znam! On nie jest stąd, musiał przybyć spoza bagien, ze stepu! – Torgan nie bał się śmierci, ale coraz bardziej zaczynały irytować go oskarżenia karła.

– Ze stepu?! – parsknął rozbawiony krasnolud. – A może jeszcze z Ostwaldu?

– A po co miałbym kłamać? – zapytał ork całkowicie spokojnym głosem, lekko obnażając kły. – Zabiłem go, nie zabiłem ciebie, choć mógłbym to z łatwością zrobić! – Ruchem głowy wskazał bawoła, który przypatrywał się tej rozmowie z odległości kilku metrów. Dopadnięcie krasnoluda i rozniesienie go na rogach po całej okolicy powinno mu zająć nie więcej niż kilka uderzeń serca. – A może powinienem, po tym, co zrobiliście moim braciom!

– My?! – wrzasnął chorąży, mimo swojego narastającego wzburzenie, nerwowo zerkając w stronę groźnie wyglądającego zwierzęcia.

– Wy! – warknął ork, spuszczając ręce tak, by móc jak najszybciej sięgnąć po kolejny nóż.

– Nie! Zabiję, zabiję jak psa! – Cierpliwość podoficera wyczerpywała się szybciej, niż zawartość butelki schnappsa w krasnoludzkich koszarach. Na pustyni…

– Strzelaj, głupcze! Co to dla was, bydlaki! Jeden dzikus w tę czy w tamtą nie zrobi wam różnicy!

– Strzelę, przysięgam!

– Przecież mówię ci, żebyś strzelał! Chyba, że odwagi starczyło ci tylko do zabijania kobiet i dzieci!

Werner Doenitz nie był porywczym krasnoludem, ale organicznie nie znosił zarzucania mu tchórzostwa. Słysząc ostatnie słowa orka, zmarszczył gniewnie brwi i pociągnął za spust. Jednak zamiast huku wystrzału, z wnętrza przesiąkniętej bagienną wodą broni dobiegł wyłącznie żałosny, suchy trzask. Kolejne próby skończyły się w ten sam sposób. Chorąży z rozpaczą spojrzał w stronę swojego karabinu, leżącego w błocie dokładanie w połowie drogi między nim, a orkiem.

– Mógłbym cię zabić, zanim zrobiłbyś choćby jeden krok, ale, w przeciwieństwie do ciebie, nie zrobię tego.

– Dlaczego!? – zapytał zdumiony tą postawą krasnolud. Dopiero teraz uderzyła go myśl, że stojący przed nim ork mówi i zachowuje się w sposób odmienny, niż jakikolwiek spotkany przez niego dotychczas zielonoskóry. W gruncie rzeczy, w podobnej sytuacji, każdy inny ork, zamiast z nim rozmawiać, już dawno spróbowałby go zabić. – Dlaczego…? – powtórzył, opuszczając rewolwer i wyrzucając naboje z bębenka prosto w błoto.

– Ponieważ od jakiegoś czasu ktoś zabija moich pobratymców i niszczy wioski, a ja chcę wiedzieć, kto i w jakim celu. Wszyscy poza mną wierzą, że to wy, ale widok tego tutaj każe mi sądzić, że tak nie jest.

– Do kroćset! Orki zniszczyły jedną z naszych baz, od kilku dni nie mamy kontaktu z pozostałymi! Ja miałem sprawdzić, co się z nimi stało! Ale zapewniam cię, że, jak dotąd, żaden krasnolud nie otrzymał rozkazu pacyfikacji którejkolwiek z waszych osad!

– Właśnie o tym mówię! Ktoś próbuje napuścić nas na siebie! I wszystko wskazuje na to, że coś z tym wspólnego mają moi kuzyni z bezkresnych stepów.

– I ja mam ci niby zaufać? – Ponownie przypomniała o sobie wrodzona nieufność starszego chorążego.

– Jesteś mi winien dwa żywoty – mój i swój. Pomyśl o tym, zanim podejmiesz jakąkolwiek decyzję, karle. – Śmiertelnie dotąd poważny ork po raz pierwszy pozwolił sobie na uśmiech. – A poza tym, o ile się nie mylę, w trakcie naszego spotkania, już dawno zdążyłeś zgubić drogę. Sam nie zdołasz trafić ani do swojego domu, ani do waszego obozu, będącego zaledwie o kilka kroków stąd. Sam będziesz błąkał się po bagnie, aż cię ono pochłonie. Ale nie ze mną…

– Baza Chalzedon, wiesz gdzie ona jest?

– Oczywiście. – Torgan podszedł do bawołu i uspokajająco pogładził jego wilgotne nozdrza. – Idziesz?

 

*

 

Szli w milczeniu, nie dłużej niż dwadzieścia minut. W przeciwieństwie do krasnoluda, który, straciwszy punkt odniesienia, polegając wyłącznie na kompasie, mógłby rzeczywiście przypadkiem wrócić do bazy Feuerstein, ork wydawał się doskonale orientować w terenie.

Niestety, widok pierwszych z rozmieszczonych wokół bazy posterunków jedynie potwierdził ponure przypuszczenia chorążego Doenitza. Nie tylko były one opuszczone i nosiły liczne ślady walki, ale ktoś również zadał sobie trud przyozdobienia ich krwią i fragmentami okaleczonych ciał ich załóg. Choć Werner widział już coś podobnego w bazie Opal, widok ten ponownie zmroził krew w jego żyłach. Idący przed nim ork również musiał być pod wrażeniem bestialstwa, jakiego dopuszczono się na żołnierzach miejscowego garnizonu. Gdy w pewnym momencie ukradkiem zerknął na krasnoluda, temu wydało się, że na jego twarzy przerażenie miesza się z wściekłością.

Dalej było tylko gorzej. W jednym miejscu natrafili na stos nagich i brutalnie okaleczonych ciał krasnoludzkich żołnierzy – każdy z nich miał wydłubane oczy i wyprute jelita, które splatały się u stóp stosu w bury, cuchnący i, za sprawą owadów i buszujących w nim padlinożerców, wciąż jakby wijący się kłąb. Błoto pod stopami miało czerwonawy odcień.

Cała infrastruktura bazy została albo zrabowana, albo zniszczona. Namioty, baraki, stanowiska broni ciężkiej i artylerii, najwyraźniej zbyt kłopotliwe, by je stąd wynieść, zatopiono w bagnie – sterczące spod mętniej wody lufy dział, aluminiowe szkielety namiotów oraz łachy unoszącego się na niej brezentowego płótna znaczyły miejsca ich spoczynku.

Oczywiście, w normalnych warunkach, chorąży Doenitz nie mógłby w pełni cieszyć oczu tym upiornym pejzażem, który przed jego wzrokiem miłosiernie zasłoniłaby mgła. Sytuacja jednak nie należała do normalnych, a to za sprawą jego zielonoskórego przewodnika, który ponownie udowodnił, że nie jest przeciętnym przedstawicielem swojej rasy. Mgła wydawała się przed nim ustępować, a konkretnie, przed grotem kościanej włóczni, która dotychczas zawinięta w skóry i przypięta do grzbietu bawołu, teraz spoczywała w dłoniach orka. Tam gdzie ją skierował, zasnuwający okolicę mleczny woal rozwiewał się, ukazując kolejne ponure świadectwa mającej tu miejsce masakry oraz żerujące na nich zwierzęta.

– Nie moi bracia to zrobili, uwierz mi, karle – przemówił Torgan, gdy przechodzili obok wysokiej anteny radiostacji, na której powieszono za nogi kilku oskalpowanych oficerów. Kadrę dowódczą bazy Chalcedon najwyraźniej pozostawiono w tym stanie żywą, by mogła wykrwawić się, obserwując z góry jak najeźdźcy pastwią się nad ich żołnierzami.

– Skąd ta pewność? – zgrzytnął zębami Werner. – Zaręczysz za swoich rodaków? – Ruchem głowy wskazał leżące nieopodal ciało, ponad wszelką wątpliwość należące do orka z plemienia Torgana.

– Nie, ale widzę to, czego ty nie potrafisz dostrzec. – Zielonskóry uciekł wzrokiem w bok, przypominając sobie o haniebnym czynie, do którego podczas narady przyznał się Masgud. – Żaden z twoich braci nie zginął zastrzelony z łuku, lub zabity w walce wręcz…

– Nie, a ci tutaj? – Krasnolud wskazał kilka spuchniętych, unoszących się na wodzie ciał, z których pleców sterczały drzewce czarnopiórych strzał – identyczne z tymi,  które wystawały z kołczanu jego przewodnika.

– Te rany zadano już po śmierci. Oni zostali zabici z broni takiej jak wasza. Widzisz? – Ork zeskoczył z grzbietu bawołu i, przyklęknąwszy nad rozczłonkowanym korpusem jakiegoś jegra, odgonił muchy znad ciągnącej się przez jego pierś rany. Następnie, ostrzem jednego noża rozchylił jej krawędzie, by, ku odrazie i narastającemu wzburzeniu swojego towarzysza, zacząć drugim grzebać w jej wnętrzu. Gdy krasnolud właśnie zamierzał zaprotestować przeciwko dalszemu profanowaniu zwłok, Torgan uniósł się z kolan, podsuwając mu pod nos mały, zakrwawiony kawałek metalu.

– Kula – z wyraźnym uznaniem wymruczał chorąży, bezbłędnie rozpoznając kształt zdeformowanego pocisku. – Starszego, dawno wycofanego z użytku typu i nie naszej produkcji, ale kula… Niech mnie…

– I nigdzie nie ma śladów choćby jednego bawołu. To nie my. My zrobilibyśmy to inaczej i nie zostawilibyśmy tyle płótna. – Ork wskazał grotem włóczni miejsce, w którym po bagnie dryfowało impregnowane porycie któregoś z namiotów. – Dla nas jest ono cenniejsze, niż wasza broń i amunicja. A ciała naszych, wyglądają, jakby były starsze od pozostałych…

– Chyba masz rację… – Werner rozejrzał się dookoła, teraz już samodzielnie dostrzegając drobne detale, które tylko potwierdzały słowa orka.

– Zabici w naszych osadach nosili wyraźne ślady po waszej broni. Pewnie gdybyśmy przyjrzeli im się dokładniej, znaleźlibyśmy również ciała kilku karłów, zabitych w taki sam sposób. – Torgan wskazał trzymaną w dwóch palcach kulę.

– Nigdy nie zostawilibyśmy naszych zabitych! – zaprotestował chorąży. – Komu mogłoby zależeć na nasłaniu nas na siebie? Elfom? Po co ta cała maskarada?

– Obawiam się, karle, że wiem. – Ork spuścił wzrok, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Oni najpierw zaatakowali waszą bazę, zdobyli broń, a następnie zaczęli niszczyć nasze osady, pozostawiając ślady, wskazujące na was. A gdy my zbyt długo wstrzymywaliśmy się z zemstą, przyszli do nas, ostrzegając przed wami.

– Elfy?! – krzyknął wzburzony krasnolud, płosząc stadko pasących się w pobliżu wron.

– Nie, moi kuzyni ze stepów, mówiłem ci już przecież. Jestem głupcem! – Torgan niespodziewanie zerwał się na nogi, spoglądając na wschód. Dopiero teraz przypomniał sobie porozumiewawcze spojrzenie, jakie Masgud posłał Ajinajowi, a które on sam wziął za niemą groźbę pod adresem intruza. A potem nieoczekiwaną uległość jego konkurenta i obietnicę podporządkowania się wyrokowi kości.

– Ten tam, za nami, próbował mnie zabić bym nie dotarł na czas…

– Na czas gdzie? – ostrożnie zapytał krasnolud, chociaż miał dziwne przeczucie, że odpowiedź mu się nie spodoba.

– Czas! – Ork uniósł wysoko drzewce włóczni i z całej siły wbił je w rozmokłe podłoże. W jednej sekundzie, mgła nad jego głową rozwiała się, ukazując fragment powoli ciemniejącego nieba. – Już zmierzcha, mamy czas do nocy, wtedy…

– Wtedy co, do jasnej cholery, dżumy, malarii i innych po stokroć przeklętych zaraz!

– O zmroku, zaczniemy wojnę…

– Niech to piekło pochłonie, dzikusie! – Tym razem to krasnolud zerwał się na nogi i zaczął miotać na wszystkie strony. – Muszę ostrzec kapitana! Wiem!

Ciężki plecak krasnoluda wylądował na ziemi. Przyglądający się temu z zaciekawieniem ork ujrzał, jak żołnierz ostrożnie odczepia od niego niewielką wiklinową klateczkę, z której wnętrza dobiegło zaniepokojone gruchanie. Niecałą minutę później, chorąży przyczepił mały, pokryty drobnym pismem zwitek do nogi wyciągniętego z niej ptaka.

– Leć, maleńki. – Werner podrzucił lekko gołębia, który natychmiast zerwał się do lotu.

– To może powstrzyma twoich braci, ale nie moich… – Ork odprowadził znikającego we mgle posłańca wzrokiem, po czym spojrzał na swojego towarzysza.

– A co zdoła? – zapytał krasnolud, w wyobraźni widząc już mającą się wkrótce wydarzyć masakrę.

– Ja – szepnął ork, wymownie potrząsając swoją włócznią.

 

*

 

W swoim długim życiu, kapitan von Steinberg zbyt często wąchał proch strzelniczy, by nie wyczuć, że coś wisi w powietrzu. Chociaż starał się nie dać ponieść paranoi – zjawisku bardzo powszechnemu w bagiennych garnizonach krasnoludów – postawił w stan gotowości całą załogę bazy Feuerstein. Po pierwszej dobie w pogotowiu, jego żołnierzom również zaczął udzielać się nastrój dowódcy. Mało kto potrafił zmusić się do choćby kilkunastominutowej drzemki, pomijając już pełnowartościowy sen. Dowódca wiedział, że, w razie kłopotów, ten stan rzeczy może zebrać fatalne żniwo, jednak w żaden sposób nie potrafił zmusić swoich podkomendnych do niezbędnego odpoczynku. Nie pomogło nawet zwiększenie przydziałowej racji schnappsa dla schodzących z posterunku żołnierzy. Obłęd…

Nie mogąc liczyć na pomoc niezawodnego chorążego Doenitza, którego szczęśliwego powrotu należało spodziewać się najwcześniej pod koniec następnego dnia, kapitan musiał radzić sobie przy pomocy pozostałych podoficerów. Chociaż niewątpliwie byli oni zawodowcami, świadomość, że wśród nich może znajdować się agent wywiadu wojskowego, znacznie osłabiała zaufanie, jakim powinien darzyć ich dowódca.

W chwilach takich jak ta, Katzel von Steinberg zaczynał naprawdę doceniać zalety swojego podwładnego i, co tu kryć, przyjaciela. Poza umiejętnością niemal czytania w myślach wieloletniego przełożonego, chorąży Doenitz miał rzadki talent do wychodzenia cało z każdej opresji, niezależnie jak byłaby ona beznadziejna. W stwierdzeniu tym nie było zresztą ani grama przesady – chociaż sam zainteresowany uparcie zaprzeczał tej opinii, był urodzonym szczęściarzem, a jego dar w niewytłumaczalny sposób zwykł udzielać się towarzyszom broni. To właśnie dlatego, podjęcie decyzji o wysłaniu go do bazy Chalcedon było takie trudne. Z jednej strony, jeżeli komukolwiek miało się to udać, tym kimś był właśnie Werner Doenitz, z drugiej, jego nieobecność w bazie, nie dość, że zmniejszała szanse na przetrwanie jej załogi, to jeszcze znacznie obniżała morale żołnierzy, przeświadczonych o niemal mistycznych zdolnościach podoficera. A to z kolei bardzo nie podobało się kapitanowi, który zaczynał zauważać, że zamiast garnizonem zdeterminowanych zawodowców, powoli zaczyna dowodzić bandą roztrzęsionych i zabobonnych bab. W takich warunkach, utrzymanie dyscypliny i morale pochłaniało większą część uwagi dowódcy, spychając na dalszy plan inne istotne kwestie, związane z przygotowaniami na ewentualny atak zielonoskórych.

– Co jest, chłopcy, jakieś oznaki działalności naszych bagiennych przyjaciół? – Kapitan wskoczył do wydłubanego w grząskiej ziemi, specjalnie pogłębionego okopu, którego ściany przed osuwaniem się chroniła warstwą wiklinowych gałęzi. Siedzący w nim żołnierze poderwali się na nogi, salutując sprężyście. Pierwszym z „chłopców” był zwalisty ogr Saxx, również weteran i towarzysz broni z feralnej wyprawy po skarb Sareghusa. Olbrzym wypełniał swoim cielskiem niemal cały okop, pozostawiając przybyłemu właśnie dowódcy oraz towarzyszącemu mu jegrowi zaledwie symboliczną przestrzeń. Ten ostatni jakoś nie wydawał się tym specjalnie przejmować, a kapitan von Steinberg doskonale wiedział dlaczego.

Skazany za gwałty i morderstwo, dwukrotnie degradowany ze stopnia kaprala, szeregowy Erich Schumacher uniknął stryczka jedynie dzięki znajomościom swojego ojca, potentata w branży obuwniczej, opatrznościowo zaopatrującego w buty całą krasnoludzką armię. Wpływów szanownego rodzica wystarczyło akurat na tyle, by po raz wtóry wyciągnąć syna z tarapatów, ale już nie by uchronić go przed kompanią karną. Niski, nawet jak na krasnoluda, o otyłej twarzy permanentnie wykrzywionej szyderczym uśmiechem, a za sprawą matczynej nadopiekuńczości krnąbrny, złośliwy i arogancki, mógł liczyć wyłącznie na akceptację żołnierzy o nieco ograniczonych zdolnościach umysłowych, takich jak towarzysząca mu w okopie chodząca góra mięsa.

Według wszelkich standardów, Schumacher był skończoną kanalią i żaden szanujący się oficer nie chciałby mieć go pod dowodzeniem. Jedynym co mógł zrobić, by poprawić reputację swojej rodziny, było litościwe zaginięcie gdzieś na bagnie. Patrząc na szeregowego, który salutując ledwo zaszczycił go przelotnym spojrzeniem, kapitan von Steinberg był niemal pewien, że na to właśnie liczył jego ojciec.

– Spokój, kapitanie – nosowym basem odparł Saxx, nie przestając mierzyć z bezodrzutowego działka w stronę otaczającej bazę falującej ściany mgły.

– Mylisz się, Saxx, oni tam są i dla każdego z nas mają po strzale. Dla ciebie może nawet trzy, wielkoludzie – odparł drugi z jegrów, wciąż nie poświęcając większej uwagi dowódcy. – Podobno ich strzały potrafią prześlizgnąć się przez nawet najlepsze zaklęcie ochronne… – Szeregowy wymownie zerknął na wiszący na jego piersi ryngraf i, splunąwszy na dłoń, przetarł jego powierzchnię rękawicą. – Wkrótce dowiemy się, czy to prawda.

– Milczeć, Schumacher! Zum Teufel, jeżeli tak wam na tym zależy, możecie natychmiast udać się na zwiad w stronę którejś z naszych baz! Po drodze na pewno znajdzie się okazja, by zaspokoić waszą ciekawość! – Swoją ostrą reakcją, dowódca zasłużył sobie jedynie na szyderczy uśmiech kłopotliwego podwładnego.

– A co, wciąż żadnych wieści od naszego kochanego Wernerka? – Jawnie zakpił żołnierz, wystawiając cierpliwość kapitana na kolejną ciężką próbę. Saxx wydawał się zupełnie nie zwracać uwagi na toczącą się obok wymianę słów, ze zmarszczonym czołem wpatrując się w mgłę.

– Kapitanie… – mruknął na tyle głośno, by powstrzymać dowódcę przed kolejną reprymendą. – Ruch…

Chociaż drugi z jegrów zaledwie przed sekundą uparcie starał się wszystkim udowodnić, że na niczym mu nie zależy, natychmiast rzucił się do ściany okopu i wskoczył na usypane w tym miejscu podwyższenie. Podczas gdy on już przeczesywał mgłę wzrokiem przylepionych do celownika karabinu oczu, dowódca wspiął się na drabinkę, która była jedynym sposobem na opuszczenie okopu, pogłębionego specjalnie na użytek ogra.

– Tam! – Oszczędnym ruchem głowy wskazał Saxx.

– Ja nic nie widzę, głąbie – w odpowiedzi warknął Schumacher.

– Zamknijcie się wreszcie, szeregowy, bo własnoręcznie was ukatrupię! – Z braku lepszych środków perswazji, zdesperowany dowódca rąbnął w hełm podwładnego rękojeścią trzymanego w dłoni rewolweru.

– Coś, jakby widzę… – Schumacher oblizał usta, zmrużył oczy i delikatnie oparł palec na spuście.

– Ptak! – Po pełnej napięcia chwili, z mgły rzeczywiście wyleciało szary gołąb. Jednak, podczas gdy ogr wyraźnie się rozluźnił i opuścił broń, jego kompan z okopu nie zamierzał tak szybko zakończyć zabawy. Gdyby nie powstrzymała go stalowy uścisk dłoni dowódcy, prawdopodobnie zastrzeliłby nieszczęsne zwierzę.

– Ani mi się ważcie, Schumacher! – Kapitan nie zamierzał wnikać, czy szeregowy był gotów zabić skrzydlatego posłańca z czystej złośliwości, czy też równej jakości głupoty. Miał już serdecznie dość jego towarzystwa, a pojawienie się gołębia było doskonałym pretekstem, by je opuścić, zanim zrobi coś, czego mógłby później żałować. – Ani mi się ważcie… – powtórzył, wyskakując z okopu i biegnąc w stronę namiotu dowodzenia, przy którym zainstalowano również gołębniki.

Dyżurujący przy nich krasnolud ledwo zdążył odpiąć z nogi ptaka bibułkę z wiadomością, gdy objawił się przed nim dowódca.

– Dawajcie to, Minge! – Kapitan niemal wyrwał karteczkę z rąk żołnierza i w ciągu kilku sekund zapoznał się z jej lakoniczną treścią. – Zum Teufel! Ogłosić alarm!

Monotonną ciszę wczesnego wieczoru w jednej chwili zmącił ryk syren oraz śpiew gwizdków sygnałowych.

 

*

 

Mukhali stał na szczycie kurhanu i po, raz kolejny tego dnia, rzucił kości. Nigdy dotąd nie wróżył w samotności, ale tym razem, ich przepowiednia była tak niejasna, że musiał spróbować bez obecności swoich wciąż być może targanych wątpliwościami braci. Jednak niezależnie od tego, ile razy powtarzał wróżbę, za każdym razem kości przodków układały się w ten sam enigmatyczny wzór. Mimo iż nauce ich czytania poświęcił większą część swojego życia, Mukhali tym razem kompletnie nie potrafił zrozumieć, co próbują mu one powiedzieć. Być może, rzeczywiście był już za stary i powinien rozważyć przekazanie swojej roli komuś o znacznie mniej przyćmionych wiekiem zmysłach. Komuś takiemu, jak Torgan, o ile oczywiście ten wróci cało z wojny i zdecyduje się na zawsze porzucić drogę wojownika…

Szaman mimowolnie rzucił kośćmi, które jednak tym razem, zamiast odpowiedzieć na pytania związane z przyszłością plemion bagien, postanowiły wypowiedzieć się na temat dopiero co wskazanego przez nie wodza. Ponownie, wróżba nie miała sensu, a wręcz sama sobie przeczyła.

Nie – odpowiedziały święte szczątki dawnych wodzów – Torgan nie przeżyje tej nocy. Tak, zostanie szamanem. Nie, nigdy nie porzuci drogi wojownika.

Stary ork, ganiąc się w duchu za brak skupienia i zbaczanie myślami z ważniejszych tematów, zebrał kości z ziemi i ostatecznie schował je do skórzanego mieszka. Schodząc z kurhanu, miał nadzieję, że seria niejasnych wróżb nie była oznaką ostatecznej utraty przez niego szamańskich zdolności. Był tak zamyślony, że nie dostrzegł sylwetki orka przyczajonego w kępie wysokiej trawy, kilkadziesiąt kroków od niego.

 

*

 

– Wciąż ani śladu Torgana i jego wojowników? – Na grzbiecie potężnego bawołu, uzbrojony i umalowany na wojnę, Masgud prezentował się jak prawdziwy wódz bagiennych plemion. To właśnie prezencją i reputacją nieustraszonego wojownika zawsze nadrabiał braki w zdolnościach przywódczych i, co tu ukrywać, inteligencji. Jak widać, nie wystarczyła ona jednak, by zaskarbić mu przychylność kości przodków, które, na najwyższego przywódcę naznaczyły tchórza i słabeusza Torgana.

– Nie, Masgudzie. – Jednooki Yesun skłonił się lekko, najwyraźniej podczas nieoczekiwanej nieobecności wybrańca kości, uznając pozycję jego największego konkurenta. – Możemy wysłać zwiadowców w stronę jego ziem…

– To nie będzie konieczne, Yesunie. Jeżeli Torgan tak lekceważy wyroki naszych przodków, szczerzę wątpię, by w istocie był on nam dzisiaj potrzebny. Nie będziemy na niego czekać, prawda bracia? – Pytanie, zaadresowane do pozostałych wodzów, którzy, w przeciwieństwie do Torgana, przybyli w wyznaczone miejsce o czasie, spotkało się z ich niemą aprobatą. Nikt nie odważył się sprzeciwić woli Masguda, tym bardziej, że, w istocie, tak poważne spóźnienie najwyższego wodza znacznie obniżało jego notowania wśród współplemieńców.

– Poprowadzisz nas na wojnę, Masgudzie? – Yesun, najstarszy z zebranych dookoła wodzów, odważył się zadać dręczące jego braci pytanie.

– Nie, Yesunie, poprowadzę was po zwycięstwo! – sapnął w odpowiedzi Masgud, unosząc nad głowę długi tasak o rękojeści oplecionej skórą węża. – Szykujcie się, bracia, ruszamy na mój sygnał!

 

*

 

Gdy nagle we mgle zagrzmiał basowy ryk rogu, odpowiedział mu nie chóralny śpiew gwizdków sygnałowych i syren, tylko pełnokrwista artyleryjska kanonada. Bateria dział i moździerzy bazy Feuerstein, w ciągu niecałej minuty nakryła ogniem całą okolicę.

Eksplozje ciężkich pocisków wzbijały w powietrze słupy bagiennej wody i błota, przy okazji, na krótką chwilę rozwiewając mgłę wokół krasnoludzkiego posterunku. Wkrótce, strzelającym na ślepo kanonierom ukazał się skryty dotąd przed ich wzrokiem wróg.

Zielonoskórzy nadciągali od północy, przez głębie, ciągnące się kilometrami z tej strony bazy Feuerstein. Wielu z nich płynęło w dłubankach i wiklinowych, przypominających kosze łódkach. Inni, i tych było zdecydowanie najwięcej, sunęli ściśnięci we dwóch wielkich grupach na czymś, co przyglądający się temu przez lornetkę kapitan von Steinberg początkowo wziął za olbrzymie, zaskakująco szybko poruszające się tratwy. Swoją pomyłkę zrozumiał chwilę później, jeszcze zanim artylerzyści zdążyli wziąć na cel właściwego wroga.

Pierwsza z domniemanych tratw niespodziewanie uniosła się na kilka metrów do góry, ukazując pokryte błotem i skorupami ślimaków cielsko olbrzymiego żółwia. Jadący na jego grzbiecie orkowie zaczęły natychmiast zeskakiwać do bagna, by, ryzykując zmiażdżenie cielskiem stwora, skryć się pod jego karapaksem. Większość z nich zdążyła zrobić to jeszcze zanim na skorupy wielkich gadów spadł grad artyleryjskich pocisków. Te wkrótce okazały się zaskakująco odporne na ostrzał, czyniąc zatrzymanie brnących przez coraz płytsze bagno żółwi najbardziej priorytetowym celem krasnoludzkiej artylerii.

– Sierżancie Spiegel! – kapitan von Steinberg zwrócił się do stojącego za jego plecami i oczekującego na dalsze rozkazy podoficera. – Dużo ich! Tym sposobem raczej nie damy im wszystkim rady. Zum Teufel

– Ładunki są gotowe, możemy wysadzać, kiedy pan rozkaże, kapitanie!

– Dobrze, Spiegel, poczekajmy więc, aż podejdą bliżej, skurczybyki.

– Tak jest, kapitanie!

Podoficer odmaszerował, pozostawiając dowódcę samego, pośrodku grzmiącego artylerią i grzechoczącego karabinami maszynowymi obozu. Kapitan jeszcze raz wyciągnął z kieszeni wiadomość, otrzymaną od chorążego Doenitza, i pokręcił smutno głową. Chociaż podoficer prosił go o możliwie bezkrwawe zażegnanie konfliktu, nie miał ani środków, ani możliwości wyboru odpowiedniej do tego celu metody.

Zielonoskórzy, zamiast uciec spod nawałnicy artyleryjskiego ognia, wciąż wytrwale parli naprzód. Byli już i tak znacznie bliżej, niż von Steinberg kiedykolwiek chciałby ich dopuścić, pomijając już jakiekolwiek próby negocjacji. Jakby na potwierdzenie ponurych myśli dowódcy, powietrze niedaleko jego stanowiska przeszyła pierwsza strzała, wystrzelona przez jakiegoś orka, który ośmielił się na ułamek sekundy wyskoczyć spod pancernego cielska żółwia.

Dowódca niechętnie sięgnął po słuchawkę telefonu i przyłożył ją do ucha.

– Tu dowódca, wszystkie sekcje ognia. Strzelać bez rozkazu…

 

*

 

Saxx wpadł w szał. Ogr walił ze swojego działa raz za razem, rechocząc głośno i kompletnie ignorując kilkanaście sterczących z jego pancerza strzał. Zdążył już zatopić kilka mniejszych tratw i łódek, które jakimś cudem przetrwały na rozchwianej powierzchni bagna, i teraz wziął na cel orki, coraz śmielej wypuszczające się poza osłonę z żółwiowej skorupy.

Przykucnięty obok na dnie okopu, szeregowy Schumacher doskonale widział krew, sączącą się w miejscach, gdzie orkowe strzały musiały przebić zbroję Saxxa. On sam nie zamierzał jednak niepotrzebnie wystawiać się na strzał. Wystarczyło mu, że jego obłąkany towarzysz broni chwilowo ściągał na siebie uwagę każdego zielonoskórego w zasięgu wzroku. Odwagi wystarczyło szeregowemu jedynie na ostrożne wychylenie głowy ponad okop, nie tyle, by ocenić sytuację na polu bitwy, co bardziej szanse na ucieczkę.

Ku swojej niewysłowionej uldze, to, co ujrzał, rokowało mu całkiem optymistyczną przyszłość. Najbliższy żółw, ten, który właśnie zmierzał wprost w stronę jego stanowiska, niespodziewanie zachwiał się pod naporem ognia, a następnie upadł na przednie kolana. Kryjące się dotąd pod jego spękanym karapaksem orki, próbowały uciekać, jednak te, którym udało się uniknąć zgniecenia żywcem, lub utopienia, natychmiast dopadł ogień artylerii i broni maszynowej. Konający w męczarniach żółw próbował się podnieść, ale jedynie pogorszył tym sytuację zielonoskórych, którzy wciąż jeszcze pod nim żyli. Jego agonię łaskawie skrócił wreszcie przeciwpancerny pocisk, wystrzelony przez jakiegoś wprawnego kanoniera.

Sytuacja z drugim gadem wyglądała być może nie tak dobrze, ale nadal optymistycznie. Żółw zdołał zbliżyć się na tyle, by skryte pod nim orki mogły już całkiem skutecznie kąsać obrońców ze swoich łuków. Nie wiedzieli oni jednak o tym, że krasnoludy przygotowały na ich przybycie jeszcze kilka niespodzianek, ukrytych na dnie bagna wokół bazy. Bardzo wybuchowych niespodzianek, które powinny eksplodować w przeciągu najbliższej minuty…

Gdy uniósł karabin do strzału, Schumacher kątem oka dostrzegł ruch na wprost swojej pozycji. Coś stuknęło o dno okopu, tuż obok jego stóp, jednak żołnierz nie poświęcił przedmiotowi specjalnej uwagi, zbyt skupiony na wypatrywaniu tego, kto go rzucił. Na jego szczęście, Saxx wykazał się znacznie większą czujnością. Ogr wypadł z okopu jak oparzony, po drodze porywając za sobą szeregowego. W ułamku sekundy w jego masywne plecy wbiło się kilka nowych czarnopiórych strzał.

– Co ty robisz, matole?! – wrzasnął wleczony w głąb bazy krasnolud. – Zostaw mnie, durniu! Zaraz rozstrzelają nas za dezercję. Puszczaj… – Ociężały mózg szeregowego Schumachera dopiero teraz zdołały przetworzyć to, co chwilę wcześniej zarejestrowały jego równie sprawne zmysły. Zrozumiał, czym był przedmiot, który upadł na dno jego okopu i dlaczego wywołał on taką reakcję ze strony nieustraszonego ogra. – Jak oni..? – wysapał, gdy padli twarzami w błoto, kilkanaście metrów od swoich opuszczonych pozycji.

– Gobliny. – zaskakująco rzeczowo odparł Saxx, wskazując głową pobliski brzeg bagna.

Jedna z rosnących w tym miejscu trzcin drgnęła, a następnie uniosła do góry. Za nią, z przybrzeżnego błota, ostrożnie zerkając dookoła, wynurzył się drobny tubylec. Goblin wypluł z ust koniec rośliny i wziął zamach, by cisnąć przed siebie wleczonym w prawej ręce przedmiotem. Dokładnie takim samym, jaki przed chwilą wylądował w okopie szeregowego Schumachera.

– Niedoczekanie twoje, pokrako! – Jegr wystrzelił natychmiast, z sadystyczną satysfakcją celując w brzuch zielonoskórego. Trafiony padł na twarz, obiema rękoma chwytając się za przestrzelony żołądek. Nie zdążył rzucić ładunkiem, który nigdy nie powinien był opuścić dna bagna. – Psiakrew, cholera, oni zaraz je zdetonują! – Schumacher spojrzał w stronę olbrzymiego żółwia, tylko po to, by stwierdzić, że jest on już zaledwie kilkadziesiąt metrów od brzegu.

Saxx uratował życie swojemu antypatycznemu towarzyszowi broni drugi raz tego dnia. Ogr mocnym szarpnięciem cisnął go w głąb pobliskiego okopu i nakrył swoim ciałem dokładnie w chwili, gdy, gdzieś w głębi bazy Feuerstein, sierżant Spiegel nacisnął spust detonatora.

Kilkanaście eksplozji zlało się w jedną. Ładunki, które miały za zadanie ostatecznie położyć kres natarciu orków, wybuchały zupełnie gdzie indziej, niż życzyliby sobie tego krasnoludzcy obrońcy bazy. Fakt, kilka musiało umknąć uwadze goblińskich „saperów” i te eksplodowały pod mętną powierzchnią bagiennej wody, jednak większość z nich rozerwała się pomiędzy okopami pierwszej linii umocnień, zabijając ich nieprzygotowane na taki rozwój sytuacji załogi oraz zmiatając rozpięte wokół brzegu zwoje drutu kolczastego.

Szeregowi Saxx i Schumacher mogli mówić o szczęściu. Padający do okopu ogr nie zauważył już drugiego z goblinów, który wynurzył się z bagna zaledwie kilka metrów za ich plecami. Zielonoskóry oczywiści zginął chwilę później, rozerwany na strzępy unoszonym właśnie nad głowę ładunkiem. Gdyby jednak dana mu była choćby sekunda życia więcej, odpalana radiowo mina z pewnością znalazłby się dokładanie wewnątrz okopu, w którym skryli się obaj jegrzy.

Gdy ogłuszony Saxx w końcu odważył się wychylić głowę ponad krawędź transzei i rozejrzeć, jego oczom ukazał się bardzo niepokojący widok. Zewnętrzny, najbliższy brzegu pierścień umocnień praktycznie przestał istnieć. Z obsadzających go jeszcze przed sekundą załóg, poza nim i Schumacherem nie przeżył prawie nikt. Co gorsza, ocalały żółw zdążył już dotrzeć na tyle blisko bazy, by skryci pod jego cielskiem zielonoskórzy mogli w miarę bezpiecznie wyroić się w kierunku opustoszałych krasnoludzkich fortyfikacji.

Grubo ponad setka orków pędziła przed siebie, ujadając dziko. Tam, gdzie napotkali jakiekolwiek zarzewie oporu, zasypywali je deszczem czarnopiórej śmierci, gasząc w ułamku sekundy. Jednak to nie oni zaniepokoili Saxxa najbardziej. Ogr doskonale wiedział, że w samym sercu bazy, znajduje się drugi łańcuch umocnień, znacznie solidniejszy i gęściej obsadzony, niż ten, przez który właśnie przelali się zielonoskórzy. Jego obawy wzbudził widok ponownie kotłującej się wody, nieco na wschód od jego aktualnej pozycji. Dokładnie z przeciwnej strony niż główne uderzenie orków, tam, gdzie nieustanny ostrzał artyleryjski nie rozwiał mglistego całunu i dopiero co eksplodowały wygrzebane z dna bagna ładunki, coś właśnie poruszało się pod jego powierzchnią.

– Ale mi w uszach dzwoni… – Schumacher wygramolił się z okopu i spojrzał w tę samą stronę, w którą ze zmarszczonym czołem uparcie wpatrywał się ogr. – Niedobrze… Bardzo niedobrze, Saxx, chyba musimy uciekać. Saxx! – Widząc kompletny brak reakcji ze strony towarzysza, szeregowy pokręcił tylko głową i puścił się biegiem dnem transzei w kierunku, w którym liczył napotkać główne siły garnizonu.

Saxx rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu swojego ukochanego działka, jednak nie dostrzegł go nigdzie w pobliżu. Czując, że szybko kończy mu się czasu, w jedną dłoń chwycił porzucony na dnie okopu ciężki karabin maszynowy, a w drugą zasobnik z taśmą amunicyjną. Ponownie spojrzał w kierunku bagna, tylko po to, by zobaczyć jak spod wody wynurza się masywny łeb o rozłożystych rogach.

Za majestatyczną głową bawołu podążyła reszta jego cielska, wraz z jadącym na jego plecach orkiem. W trakcie, gdy ociekający wodą wierzchowiec pokonywał stromiznę brzegu bazy, jego jeździec odsunął od twarzy zwierzęcy, lekko już oklapły pęcherz, który musiał służyć mu do oddychania w trakcie przeprawy pod powierzchnią bagna. Spojrzenia orka i ogra na moment się skrzyżowały. Widząc wymierzoną w jego stronę lufę karabinu, zielonoskóry wzniósł nad głowę nabijaną kamieniami pałkę i głośno ryknął.

Saxx pociągnął za spust, krótką serią zmieniając orka i jego wierzchowca w kupkę zmielonego mięsa. Potem nie przestał już strzelać nawet na sekundę, aż do wyczerpania amunicji.

 

*

 

Bawół pędził przez bagno i mgłę, które, ku zdumieniu podskakującego na jego grzbiecie krasnoluda, wydawały się wręcz rozstępować przed wzniesioną nad głową zwierzęcia włócznią.

Na bardziej wnikliwe obserwacje, czy też wyciąganie cennych wniosków, starszy chorąży Doenitz nie miał zwyczajnie czasu – aktualnie lwią część jego uwagi pochłaniały próby utrzymania się na śliskim od wody cielsku wierzchowca. W przeciwieństwie do jadącego przed nim w wiklinowym siodle orka, nadprogramowy pasażer musiał zadowolić się skórzanym, opinającym brzuch zwierzęcia pasem, w który kurczowo wczepił się obiema dłońmi, oraz podłożoną pod uda derką. Podróż tym sposobem była o tyle niewygodnym, co bezsprzecznie najszybszym sposobem powrotu do bazy Feuerstein, od której strony woda niosła już doskonale słyszalne odgłosy toczonej w niej bitwy.

Doświadczony żołnierz bez trudu rozróżniał poszczególne akordy dudniącej po bagnie kanonady – grzmiącą artylerię, której ogień stopniowo zaczynał przycichać, ustępując miejsca coraz zajadlejszemu grzechotowi broni maszynowej oraz eksplozjom ręcznych granatów. W głowie łowiącego te dźwięki podoficera, momentalnie ułożył się obraz prawdopodobnej sytuacji w bazie. Zielonoskórzy musieli już dotrzeć na tyle blisko , by znaleźć się poniżej minimalnego zasięgu, na jakim skuteczny ostrzał mogła prowadzić artyleria, jednocześnie wpadając wprost pod ogień dobrze umocnionych stanowisk jegrów. Gdyby jakimś cudem atakującym udało się sforsować oba pierścienie fortyfikacji, wewnątrz bazy czekał na nich jeszcze Walross – ciężki wóz bojowy desantu, który, choć chwilowo unieruchomiony z powodu awarii silnika i ciągłego braku części zamiennych, musiał stanowić nie lada wyzwanie dla z pewnością mocno już wykrwawionych walką najeźdźców.

Dysponując tą wiedzą, chorąży Doenitz był niemal pewien, że natarcie zielonoskórych wkrótce się załamie. Niemal, gdyż nieustannie żarząca się w jego sercu iskra pesymizmu, sprawiała, że co jakiś czas zaczynał powątpiewać w pomyślny dla krasnoludów przebieg walk. Wtedy zwykle z ponurych rozmyślań wyrywał go grzbiet bawołu, niespodziewanie uciekający spod jego obolałych pośladków.

Musieli być już naprawdę blisko – smród prochu i trotylu nieprzyjemnie drażnił nozdrza, a z kakofonii toczonej we mgle bitwy, dało się wyłowić okrzyki walczących i jęki rannych. Pędzący w prostej linii bawół, w ciągu kilku godzin pokonał odległość dwóch dni marszu błądzącego na piechotę we mgle krasnoluda.

Wkrótce, oczom wytrzęsionego galopadą chorążego oraz jego nieoczekiwanego sojusznika, ukazały się bardziej namacalne ślady bitwy pomiędzy ich pobratymcami. W rozstępującej się przed nimi mgle, ujrzeli zdruzgotane zwłoki olbrzymiego bagiennego żółwia, wokół którego, na powierzchni wody dryfowały liczne ciała zielonoskórych oraz szczątki ich łodzi. Pewny siebie uśmiech, na jaki pozwolił sobie krasnoludzki podoficer, widząc potwierdzenie swoich przypuszczeń, zrzedł, na widok opuszczonych i kompletnie zrujnowanych zewnętrznych umocnień bazy. Dokładnie w tym samym momencie jego uszu dobiegł charakterystyczny, miarowy stukot zdwojonego działka, będącego głównym uzbrojeniem Walrossa.

– Tam! – Doenitz zaryzykował puszczenie jedną ręką pasa i, poklepawszy jadącego przed nim orka po barku, wskazał w stronę centrum bazy Feuerstein. – Musimy się pospieszyć!

W odpowiedzi, Torgan jedynie lekko pociągnął za wodze i szturchnął wierzchowca łydkami. Wyraźnie już zmęczony, bawół skręcił ociężale i, prując wodę swoją szeroką piersią, popędził we wskazanym przez krasnoluda kierunku.

 

*

 

Oparty plecami o pancerną burtę amfibii, kapitan von Steinberg przeładował karabin i rozejrzał się dookoła. Przeklęta mgła wydawała się być w zmowie z ukrytymi w niej zielonoskórymi, gdyż szczelnie wypełniała sobą każdy metr, z którego wypierali oni dzielnych obrońców bazy Feuerstein. Krasnoludzki posterunek w ciągu kilkunastu minut skurczył się do tej małej wyspy oporu, wokół której we mgle wciąż majaczyły sylwetki orkowej jazdy.

Najeźdźcy musieli już doskonale wiedzieć, że wygrali. Tych kilku ocalałych z rzezi krasnoludów nie mogło bronić się w nieskończoność. Jednak, najwyraźniej po części z respektu przed działkiem Walrossa, a po części, ciesząc się z beznadziejnego położenia przeciwnika, zielonoskórzy postanowili wstrzymać się z zadaniem ostatecznego ciosu i jeszcze trochę go podręczyć. Ujadający we mgle jeźdźcy krążyli dookoła ocalałych, co jakiś czas posyłając w ich stronę kilka czarnopiórych pocisków. Strzelali celnie, ale nie żeby zabić – wśród trzynastu wciąż trzymających się na nogach żołnierzy kapitana von Steinberga nie było ani jednego, który nie zostałby w ten sposób raniony. Wytrzymałe pancerze jegrów były już tak naszpikowane orkowymi strzałami, że żołnierze musieli je co chwila łamać, by móc normalnie się poruszać. Wokół ostatniego bastionu krasnoludów grasował również jakiś wielki drapieżnik, który co jakiś czas dopadał i zagryzał któregoś z bardziej rannych obrońców, by zniknąć we mgle zanim ktokolwiek zdążył zareagować.

Oczywiście, krasnoludy nie pozostawały dłużne swoim prześladowcom. Wokół ich umocnionych pozycji piętrzył się całkiem spory wał orkowych i bawolich trupów – pamiątka po pierwszym spotkaniu kawalerii zielonoskórych z Walrossem, który jeszcze wtedy dysponował pełnym zapasem amunicji i nie musiał specjalnie się z nią liczyć. Ta krwawa lekcja również przyczyniła się do zmiany taktyki orków, których początkowa przewaga liczebna znacznie stopniała w przeciągu zaledwie kilkudziesięciu sekund.

– Jak stoicie z amunicją? – Dowódca poklepał pancerz amfibii, nie spuszczając z oka jakiegoś majaczącego we mgle kształtu.

– Bardzo oszczędzając, na pół godziny, kapitanie! – z wnętrza pojazdu dobiegł głos strzelca wielkokalibrowego karabinu maszynowego. Jakby na potwierdzenie tych słów, niska wieża amfibii obróciła się o kilka stopni, po czym osadzone w niej dwulufowe działko posłało we mgłę krótką serię, urwaną nagłym zgrzytem jakiegoś mechanizmu.

– Coś się zacięło, kapitanie! – Właz na szczycie wierzy otworzył się, ukazując brodatą głowę drugiego strzelca.

– Schowajcie się, Krauze, zanim… – Dowódca nie zdążył dokończyć. Dwie strzały równocześnie odbiły się od hełmu żołnierza, ale trzecia, jakimś sposobem zdołała wślizgnąć się pomiędzy jego krawędź, a twarz strzelca. Szczęście w nieszczęściu szeregowego Krauze polegało na tym, że jedynie drasnęła ona jego policzek, nie wyrządzając mu większej krzywdy. Z drugiej strony, sterczące z głowy bambusowe drzewce uniemożliwiły mu szybki powrót do bezpiecznego wnętrza pojazdu. – Na dół! – wrzasnął kapitan, wiedząc jak pechowy żołnierz wciąż szamocze się we włazie. Niestety, wśród kolejnych kilku wystrzelonych z mgły pocisków, znalazł się taki, który zdołał ostatecznie unieruchomić kanoniera. Żołnierz zawył, po czym bezwładnie zawisł z wieży, ze strzałą sterczącą z ust. – Zum Teufel!

– Atakują! – wrzasnął któryś z ocalałych jegrów.

– Oszczędzać amunicję! – krzyk dowódcy utonął w urywanej palbie karabinów piechoty i WKM-u Walrossa. Nawet sam kapitan wystrzelił dwukrotnie w stronę niepokojącego go od jakiegoś czasu cienia. Ten w istocie okazał się być przeciwnikiem, a nie wyłącznie wytworem otumanionej przez mgłę wyobraźni – zwinnie uskoczył w bok, po czym, w kilku susach wypadł zza mlecznej zasłony i zatopił kły w gardle tego samego żołnierza, który dopiero co podniósł alarm. Bagienna pantera okazała się tak zwinna i szybka, że nie tylko uniknęła ognia strzelającego do niej kapitana, ale również zdołała zniknąć we mgle, zanim ściągnęła na siebie uwagę reszty jego podkomendnych. – Kryć się!

Nauczony złym doświadczeniem, von Steinberg wiedział już, czego należy się teraz spodziewać. Chwilę później, ledwo jego żołnierze zdążyli paść na dno stanowiącego ich jedyną osłonę okopu, z mgły ponownie posypał się deszcz strzał. Sądząc po ich ilości, atakujących musiało przetrwać niewielu, najwyżej trzy tuziny. Nie zmieniało to jednak faktu, że wciąż było ich znacznie więcej od krasnoludów, a przy trudnej do oszacowania skuteczności ich ognia, należało założyć, że przewaga ta z każdą minutą rośnie.

– Gdzie się podziewa ten cholerny Werner! – wymruczał pod nosem kapitan, patrząc jak kolejny z jego żołnierzy pada martwy wśród sterty zaścielających okop łusek. Teraz mógł mieć jedynie nadzieję, że drugi ze strzelców Walrossa zdoła odblokować jego działko i wznowić ogień, zanim zielonoskórzy zorientują się, że siejąca śmierć broń chwilowo jest niesprawna. Właśnie zamierzał uświadomić skalę zagrożenia ukrytemu wewnątrz amfibii żołnierzowi, gdy głośny plusk bawolich kopyt zmusił go do ponownego przykucnięcia za jednym z rozstawionych wokół pojazdu betonowych bloków.

– Przeklęta mgła, przeklęte bagno, po stokroć przeklęte dzikusy… – klął pod nosem, pospiesznie przeładowując karabin. – Jeżeli myślicie, że tanio sprzedamy nasze skóry, czeka was bolesne rozczarowanie! – Kapitan wychylił się zza zasłony i wymierzył w stronę, z której dobiegał dźwięk kopyt. Stało się to, co w końcu musiało. Orki znudziły się zabawą w kotka i myszkę, atakowały.

Zum Teufel… – wycedził próbując przeniknąć wzrokiem mgłę. – Niech szlag trafi tę cholerną, zawszoną mgłę!

Życzenie kapitana spełniło się niemal dokładnie w chwili, gdy wypowiedział je na głos. Mleczny opar, otaczający ostatni bastion krasnoludów i tak skutecznie utrudniający im celne strzelanie, rozproszył się w ułamku sekundy. Oczom dowódcy i jego podkomendnych natychmiast ukazali się ukryci dotąd we mgle przeciwnicy.

Podkradających się orków było z pół setki i, sądząc po wyrazie ich twarzy, byli równie zaskoczeni niespodziewanym zjawiskiem, co ich przeciwnicy. Zanim krasnoludy zdążyły otworzyć ogień, uwagę ich dowódcy przykuł jeden samotny jeździec, galopujący właśnie w stronę reszty swoich współplemieńców. Ork krzyczał coś głośno, wymachując przy tym trzymaną w dłoni włócznią.

– Nie strzelać! – krzyknął von Steinberg, zanim któryś z jego żołnierzy zapoczątkował lawinę ognia. Chociaż rozkaz ten pozbawiał krasnoludy ich kurczącej się szybko przewagi, kapitan miał ku temu ważny powód. Za plecami pędzącego im na spotkanie orka dostrzegł znajomą sylwetkę skulonego na bawolim grzbiecie krasnoluda. Chorąży Doenitz najwyraźniej miał się nie najgorzej – żył, a na potwierdzenie tego stanu rzeczy, głośno wrzeszczał.

Orki musiały pierwsze zrozumieć, co się właściwie dzieje. Większość z nich zdjęła strzały z cięciw i niepewnie odwróciła się w stronę ich nowoprzybyłego rodaka. Ten po chwili wpadł między swoich współplemieńców i, zeskoczywszy zwinnie z wierzchowca, zaczął coś głośno mówić. W jego opowieści istotną rolę odegrać musiał krasnoludzki pasażer, którego co chwilę wskazywał grotem swojej kościanej włóczni. Sam chorąży, otoczony przez popatrujących na niego nieufnie zielonoskórych, odszukał wzrokiem dowódcę i pospiesznie pokiwał w jego stronę głową. Nie zdołał jednak uczynić choćby kroku w kierunku pozycji towarzyszy broni, gdyż momentalnie osadziły go w miejscu silne ręce stojącego obok i wciąż tłumaczącego coś orka.

– Schwartzkopf, odblokowaliście już działko? – szepnął przez ramię von Steinberg.

– Już prawie skończyłem, kapitanie. Pół minuty…

– Dobrze, na mój sygnał otworzysz ogień do orków najbliżej nas. Reszta, bierzecie na cel tych wokół chorążego Doenitza, zrozumiano? – dowódcy opowiedział szmer kilku głosów. Dopiero teraz zdał on sobie sprawę z tego, że poza otoczonym przez wrogów chorążym, pod jego dowodzeniem pozostało zaledwie pięciu żołnierzy. – Czekajcie na rozkaz…

Nagle, wśród względnie spokojnych dotąd orków, wybuchło poruszenie. Przybyły niedawno wojownik wykrzykiwał coś w stronę swojego współplemieńca – olbrzymiego orka, do którego nóg nieustannie łasiła się bagienna pantera.

 

*

 

– Zdradziłeś nas, Masgudzie! Tak bardzo chciałeś być wodzem, że postanowiłeś zapłacić za to krwią naszych braci!? – Torgan rozejrzał się dookoła, wskazując włócznią leżące dookoła trupy zielonoskórych.

– Niczego nie rozumiesz, bracie. – odparł spokojnie Masgud, gładząc dłonią łeb drapieżnego kota. – Idą nowe czasy! Krew starych obyczajów użyźni glebę, na której wzrośnie lepsze jutro! Ci, którzy myślą, że przetrwamy kurczowo uczepiwszy się naszych tradycji, zginą.

– Szaman powiedział…

– Słowa tego starego głupca nie mają już najmniejszego znaczenia! Nie ma dla niego miejsca w przyszłości naszego ludu. Silnego i zjednoczonego z braćmi ze stepów!

– Zapomniałeś lekcji Mukhalego? Smutnej historii naszej rasy? – Torgan rozejrzał się dookoła, na kilku zielonych twarzach dostrzegając akceptację dla swoich słów.

– Mukhali sam jest już historią! – Masgud sięgnął po swój tasak i wyszczerzył się w paskudnym uśmiechu. – A ty, jeżeli nie chcesz do niego dołączyć, pomożesz mi zgnieść te nędzne robaki. Zaczynając od twojego cuchnącego cebulą przyjaciela tutaj…

Chorąży Doenitz nie mógł powiedzieć, że nie był przygotowany na taki rozwój wydarzeń. W bębenku rewolweru miał sześć kul – akurat po jednej dla kilku najbliższych orków i jedną na zapas. Potrzebował zaledwie chwili nieuwagi dyskutujących zawzięcie orków, by niepostrzeżenie sięgnąć po broń i wymierzyć ją w łeb najbliższego z nich.

– Tej nocy nie zginie już żaden karzeł. – Niespodziewanie, pomiędzy gotowego do strzału krasnoluda, a wielkiego orka wysunął się inny zielonoskóry. Żylasty i nieco przygarbiony wiekiem, ork ten zasłonił chorążego wykonaną z żółwiowej skorupy tarczą, w ostrzegawczym geście unosząc trzymaną w drugiej dłoni maczugę. – Ani ork! Źle postąpiłeś, Masgudzie.

– I ty, Yesunie? – Masgud spojrzał na twarz obu rozmówców, a następnie uważnie przyjrzał się poważnym obliczom swoich pozostałych rodaków. To co z nich wyczytał musiało mu się nie spodobać. – Jesteście głupcami!

– Być może tak, ale nie mordercami, bracie. – Torgan uniósł włócznię nad głowę i energicznie nią potrząsnął. Grzechot przywieszonych na jej drzewcu ozdób z piór i kości poniósł się po bagnie.

– Wy… – Masgud spojrzał na rytualny oręż, po czym, niespodziewanie upadł na kolana. – Wybacz, bracie… Wybaczcie mi wszyscy, chyba zbłądziłem we mgle. – Nic nie rozumiejący z tej sceny, chorąży Doenitz mógłby przysiąc, że w oczach wielkiego orka zalśniły łzy.

– Najważniejsze, Masgudzie, że potrafiłeś ponownie odnaleźć właściwą drogę. – Torgan uśmiechnął się i podszedł do klęczącego orka z wyciągniętą pojednawczo dłonią.

– O tak, teraz już nigdy z niej nie zboczę…

To, co wydarzyło się następnie, nastąpiło tak szybko, że żaden z żołnierzy kapitana von Steinberga nie zdążył nawet nacisnąć spustu. Pokornie klęczący przed swoimi braćmi wojownik niespodziewanie wystrzelił do przodu, jedną dłonią chwytając drzewce trzymanej przez jego współplemieńca włóczni, jednocześnie zamachując się groźnie wyglądającym tasakiem. Równocześnie, przyczajona obok niego bagienna pantera, jednym susem dopadła orka nazwanego Yesunem i zatopiła kły w jego szyi. W ułamku sekundy, Torgan stanął przed dylematem, czy spróbować wyrwać włócznię z dłoni rywala i dać się mu rozpłatać, czy też puścić ją i uskoczyć spoza zasięgu jego broni. Od tej trudnej decyzji wybawiła go osoba, po której najmniej się tego spodziewał.

Huk rewolwerowego wystrzału przetoczył się po bagnie niczym grom. Wielki ork padł w błoto z przestrzeloną czaszką. Chwilę po nim skonała naszpikowana strzałami pantera, której przedtem udało się jeszcze śmiertelnie ranić innego zielonoskórego.

– Połowa długu spłacona, orku. – Chorąży Doenitz wymierzył broń pomiędzy oczy Torgana i ostrożnie wysunął się z pierścienia otaczających go wojowników. Żaden z nich nie próbował go powstrzymać. – Może zdołam teraz przekonać mojego dowódcę, że to wszystko było tylko głupim nieporozumieniem. Co ty na to?

– Zgadzam się, karle, dziękuję. – Ork skłonił lekko głowę, a za jego przykładem podążyli pozostali tubylcy.

– Bardzo to wzruszające, ale nie sądzę, by miało to większy sens. – Niespodziewanie, ze mgły wyłonił się kolejny zielonoskóry. Werner od razu rozpoznał w nim stepowego orka. Zbudowany znacznie drobniej od swoich bagiennych kuzynów i niemal o głowę niższy od każdego z nich, braki w stosownej do sytuacji muskulaturze rekompensował sobie trzymanym dłoniach karabinem. – Hej, wy tam! – tym razem ork zwrócił się do ludzi kapitana von Steinberga, w napięciu obserwujących tę dziwną scenę. – Jeden ruch i wasz towarzyszysz zginie!

– Czego od nas chcesz, Ajinaju? – zapytał Torgan, ruchem ręki nakazując swoim pobratymcom spokój.

– Tego, co trzymasz w dłoni. – Ork uśmiechnął się krzywo, lufą karabinu wskazując włócznię Torgana. Jakoś teraz nie przypominał już ofiary, która przybyła na radę plemienną, by pożalić się na smutny los swojego ludu. Gdzieś zniknął temblak, na którym trzymał wtedy rzekomo ranną rękę, a jego skryte za spawalniczymi goglami oczy zamiast lśnić łzami wzruszenia, mrużyły się chytrze. – Ciebie, twoich braci, waszych kobiet i dzieci. Razem możemy przywrócić naszej rasie jej dawną świetność, pokazać wszystkim, że z orkami należy się liczyć. Nawet twój głupi brat, Masgud, wydawał się rozumieć, o co mi chodzi, dlaczego więc ty wciąż nie potrafisz?

– Nastawiłeś nas przeciwko karłom, naszymi własnymi rękoma zabiłeś nie tylko ich, ale również wielu moich braci! Dlaczego mielibyśmy w ogóle chcieć z tobą rozmawiać, przybyszu?! Co powstrzyma nas przed zabiciem ciebie tu i teraz? – Zarówno zebrane dookoła orki, jak i niedobitki krasnoludzkiego garnizonu, poruszyły się nerwowo, poprawiając chwyty na swojej broni.

– Kilka rzeczy, mój bagienny kuzynie! – Ajinai uśmiechnął się szeroko, obnażając garnitur spiłowanych ostro zębów. – Spójrz tam, przejrzyj mgłę, a zrozumiesz, że wasz opór nie ma najmniejszego sensu!

Torgan bez wahania uniósł włócznię i wymierzył ją we wskazanym przez Ajinaja kierunku. Mgła ustąpiła przed ostrzem broni, ukazując cztery płaskodenne łodzie, unoszące się na wodzie kilkaset metrów dalej. Oprócz kilkudziesięciu siedzących w nich orków, obok, po uda w bagnie stały trzy olbrzymie trolle. Każdy z nich trzymał w dłoniach coś, co wyglądało na zdemontowane z łoży armaty średniego kalibru, najwyraźniej zrabowane z któregoś z krasnoludzkich posterunków.

– Dziękuję, właśnie wskazałeś moim orkom, gdzie mają strzelać! Teraz pomyśl, mój drogi kuzynie, co stanie się z waszymi rodzinami, gdy was tu wszystkich zetrzemy z powierzchni ziemi?

– To ty jesteś głupcem, orku! – wtrącił chorąży Doenitz, próbując oszacować dystans, dzielący ich pozycję od trolli i ich szansę na trafienie z tego wątpliwej jakości oręża. – Zabijesz nas, a za tydzień przybędą posiłki i wyprą was z bagna szybciej, niż zdążycie sfajdać się ze strachu!

– Po pierwsze, do tego czasu nas już dawno tutaj nie będzie, a po drugie – Ork wykrzywił się niesympatycznie i strzyknął śliną przez zęby. – Z miejsca oskarżą tubylców o tę masakrę, prawda? Dowodów na to będą mieli tutaj pod dostatkiem! Twoi rodacy będą musieli uciekać, Torganie, ale wtedy na stepie nikt już nie przyjmie ich z otwartymi ramionami. Jeżeli rzeczywiście zależy ci na bezpieczeństwie twojego ludu, będziesz wiedział, że nie masz innego wyboru.

– Mam. Możemy zabić ciebie i twoich ludzi. – Torgan opuścił włócznię, ponownie skrywając czające się na łodziach orki we mgle. Niestety, chorąży Doenitz doskonale wiedział, że nic to nie da. Jeżeli kompani Ajinaja mieli jakiekolwiek pojęcie o artylerii, zdążyli już dawno wycelować działa w ich stronę.

– Nie bądź głupcem, Torganie! Ginąc tutaj w żaden sposób nie pomożesz swoim braciom. Skarzesz ich na los o wiele gorszy od śmierci. – Chociaż Ajinai wciąż wydawał się kpić ze swojego kuzyna, chorąży dostrzegł w jego oczach coś, jakby cień wahania. – Czy dobry wódz tak by postąpił?

– Jestem wodzem zbyt krótko, by ktokolwiek mógł ocenić, czy dobrym. Może kiedyś zrobią to moje dzieci…

– Twoje dzieci umrą w kajdanach, głupcze!

Tego, co wydarzyło się w kolejnej sekundzie, nikt nie potrafił ani przewidzieć, ani później wytłumaczyć w żaden logiczny sposób. Mgła ze plecami właśnie naciskającego spust Ajinaja zafalowała, a następnie, coś, jakby wielka, uformowana z niej dłoń, wystrzeliła w jego stronę i zacisnęła na nim swoje palce. Szarpnięty z olbrzymią mocą w tył, ork wrzasnął rozpaczliwie, ale krzyk chwilę później zdławiła wlewając się do jego gardła bagienna woda.

– Chodu! – Chorąży Doenitz zdążył powiedzieć tylko tyle, zanim powietrzem wstrząsną armatni wystrzał. Zielonoskórzy zareagowali natychmiast, rzucając się do swoich stojących kilkanaście kroków dalej bawołów.

Okazało się, że orki Ajinaja miały znacznie lepsze pojęcie o artylerii, niż podejrzewał krasnolud. Pierwszy pocisk eksplodował zaledwie trzy metry od miejsca, w którym jeszcze przed chwilą stał Torgan.

 

*

 

Saxx kroczył przez wciąż dymiące się ruiny bazy Feuesrstein, co jakiś czas przystając przy którychś z porozrzucanych dookoła zwłok. Za nim, jak cień podążał szeregowy Schumacher, starając się trzymać jak najbliżej zwalistego kompana, jakby sama jego obecność mogła uchronić go przed całym złem tego świata.

– Mówiłem ci już, nikt nie mógł tego przeżyć, debilu! Musimy stąd wiać, zanim pojawi się tu więcej zasranych dzikusów!

– Nie bez kapitana – mruknął spokojnie Saxx, ruszając dalej.

– Na co ci jego trup, uparty ośle?!

– Idź sam. – Wzruszył ramionami ogr, zatrzymując się kilka metrów dalej. Ze stojącego w tym miejscu Walrossa, pozostał jedynie rozpruty jak wojskowa konserwa wrak. – Idź.

Schumacher nie ruszył się choćby o krok. Ze zwieszonymi ramionami obserwował, jak jego towarzysz napina mięśnie i unosi podwozie zniszczonego pojazdu na dobry metr. Zareagował dopiero, gdy dostrzegł parę wyłaniających się spod niego butów – wysokich, zawsze idealnie wypolerowanych oficerek kapitana von Steinberga, wraz z ich podejrzanie nieruchomym właścicielem. Widząc w stwierdzeniu zgonu dowódcy jedyną szansę na opuszczenie tego miejsca w jednym kawałki, doskoczył bliżej i szybko, zanim wrak Walrossa wyślizgnął się z coraz bardziej spoconych dłoni ogra, wyszarpnął go na zewnątrz.

Cichy jęk, wydobywający się z ust bezceremonialnie wleczonego po błocie oficera wyraźnie ucieszył szeregowego Saxxa. Ogr wypuścił pojazd i wrócił do przeczesywania okolicy w poszukiwaniu innych ocalałych towarzyszy broni. W tym czasie, drugi z jegrów zdążył już zaznajomić się z zawartością manierki kapitana, której to, zaspokoiwszy swoje pierwsze pragnienie, użył do docucenia dowódcy. Nieprzytomny krasnolud zaczął odruchowo sączyć ożywczy trunek, którego cudowna moc w jednej chwili przywróciła go do świata żywych.

– Kto…? – Von Steinberg kilkukrotnie mrugnął pozlepianymi błotem powiekami, krztusząc się wciąż wprowadzanym do organizmu napojem. – Schumacher!? Gdzie wyście, Zum Teufel, byli? – wykrzyknął, gdy ostatecznie oprzytomniał, a w manierce nie pozostała już nawet kropla schnappsa.

– Zgubiliśmy się w tej cholernej mgle, kapitanie! – Jegr pomógł oficerowi usiąść i wskazał dłonią wciąż krążącego po okolicy ogra. – Błądząc, wpadliśmy na tamtych zielonych, akurat, gdy zaczęli do was tutaj walić. Mieliśmy jeszcze kilka granatów, więc ich nimi poczęstowaliśmy. Potem bagno kompletnie oszalało, ledwo zdołaliśmy się stamtąd wyrwać!

– To prawda, Saxx? – kapitan zwrócił się do drugiego z jegrów, który dopiero teraz zauważył, że dowódca zdołał odzyskać przytomność.

– Tak jest, obrzuciliśmy trolle granatami, kapitanie, ale potem już prawie nic nie pamiętam…

– W takim razie, dobra robota, żołnierze! – Von Steinberg wstał z pomocą Schumachera i niemal ponownie upadł, gdy spróbował wesprzeć się na rannej nodze. – Dziękuję Schumacher, świetnie się spisaliście! – Szeregowy przyjął pochwałę fałszywie skromnym spuszczeniem oczu i pozwolił dowódcy wesprzeć się na swoim barku. Kapitan miał oczywiście poważne wątpliwości, co do rzeczywistej postawy szeregowego na polu bitwy, a znając go, prędzej uznałby, że ten zamiast zgubić się we mgle, po prostu próbował zwyczajnie uciec, ale w obecnych okolicznościach uznał, że pochwała mu się należy. – Warner! – wykrzyknął nagle, gdy przypomniał sobie ostatnie minuty obrony bazy. – Widzieliście gdzieś starszego chorążego Doenitza?!

– Poza panem, nie znaleźliśmy nikogo żywego, kapitanie…

– Niech to wszystko szlag trafi! – Dowódca odruchowo pociągnął z pustej już manierki. Uzmysłowiwszy sobie ten przykry stan rzeczy, sięgnął po fajkę i mieszek z tytoniem. Niestety, ten dzień okazał się dla kapitana von Steinberga pechowym na całej linii. Po kilku godzinach leżenia w błocie, jego bezcenny zapas tytoniu kompletnie zamókł. Piętrowa wiązanka przekleństw, jaką następnie uraczył zielonoskórych, bagno i wciąż uparcie nieobecnego chorążego Doenitza, zawstydziłaby niejednego koszarowego wygę. Być może ciągnąłby ją jeszcze przez kilka dobrych minut, ale urwał, widząc nagłą zmianę w zachowaniu szeregowego Saxxa. Ogr w jednej chwili stracił zainteresowanie leżącymi u jego stóp krasnoludzkimi zwłokami, przyklęknął, sięgnął po przewieszony przez plecy CKM i wymierzył go we mgłę.

– Stój! Kto idzie?! – krzyknął szeregowy Schumacher, również celując z karabinu w tę samą stronę. Nagle pozbawiony podparcia, kapitan, sycząc z bólu przysiadł na fragmencie betonowego umocnienia i wyciągnął z kabury rewolwer.

– Swój, nie strzelajcie! – odpowiedział mu dobrze znajomy, chrapliwy głos. – Jeszcze tylko brakuje, by po tym wszystkim rozstrzelali mnie swoi! Saxx, to wy?!

– Tak jest, panie starszy chorąży, to ja!

– To chodźcie tutaj szybko, bo już nie daję rady!

– Osłaniajcie go, Schumacher! – zakomenderował dowódca, próbując przeniknąć wzrokiem mgłę. – Pospieszcie się, szeregowy!

W końcu, z zawisłej w powietrzu wilgoci, wyłoniła się sylwetka krasnoluda. Chorąży szedł chwiejnym krokiem, ciężko sapiąc i wlekąc za sobą coś ciężkiego. Ogr dopadł do niego w kilku krokach, ale na widok dziwnego bagażu podoficera wyraźnie się zawahał.

– Na co czekacie, Saxx?! Sam mam go taszczyć, czy będziesz tak miły i go ode mnie weźmiesz?

– Ale to jest ork, panie starszy chorąży!

– Serio, szeregowy!? A mówią, że nie jesteście za mądrzy…

– Tak jest, to ork! I rzeczywiście tak mówią… – odparł ogr, marszcząc swoje wysokie czoło.

 – Bierzcie go ode mnie, bo zaraz tu ducha wyzionę! – Chorąży Doenitz ostatecznie stracił cierpliwość. Jego histeryczny krzyk poniósł się po bagnie, bezbłędnie wskazując ewentualnym niedobitkom orków, gdzie należy szukać ocalałych krasnoludów. – Tylko jego, to zostaw!

– Tak jest! – Saxx w końcu przejął ładunek z rąk podoficera i przerzucił go sobie przez ramię.

Chorąży ruszył dalej o własnych siłach, podpierając się jedynie trzymaną w ręce kościaną włócznią. Gdy wreszcie dotarł do miejsca, w którym kapitan von Steinberg właśnie pochylał się nad złożonym na ziemi przez ogra ciałem orka, cisnął ją w błoto tuż obok niego.

– Żyjecie, Doenitz! – stwierdził z wyraźną ulgą dowódca, z pomocą Saxxa wstając na nogi.

– Ledwo, kapitanie. Napiłbym się czegoś, jeżeli rozumie pan, co mam na myśli.

– Później, chorąży. Na to i na wyjaśnienia tego – dowódca lufą rewolweru wskazał leżącego obok zielonoskórego. – Przyjdzie czas później. Na razie musimy się tu jakoś przygotować na wizytę ewentualnych gości.

– Dobrze, kapitanie. Jest pan ranny…

– Ty również, Wernerze. Nie robiłbym z tego teraz wielkiej sprawy.

– Jeżeli pan pozwoli, opatrzę to, a potem zajmę się sobą.

– Pozwalam, stary druhu. – Od razu widać było, że odzyskawszy niezastąpionego podoficera, kapitan momentalnie poczuł się lepiej. – Saxx, zbierzcie broń i amunicję! Schumacher, ty trzymasz straż. Strzelaj do wszystkiego, co nie odpowie przekleństwem na twoje wezwanie, zrozumiano?

– Tak jest! – odpowiedzieli równocześnie obaj jegrzy.

 

*

 

– Coś słychać w eterze, kapitanie? – Chorąży Doenitz uchylił poły połatanego naprędce namiotu i, nie czekając na zaproszenie, wszedł do jego wnętrza.

– Nic. Ale nie mogę mieć pewności, że dobrze to wszystko poskładałem. – Dowódca główką fajki wskazał stojącą na stole, mocno poobijaną radiostację. – Minęło sporo czasu, od kiedy bawiłem się w takie rzeczy. A może to i dobrze? – Oficer wydobył spod stołu butelkę i podał ją ociekającemu wodą towarzyszowi. – Mam za to dla ciebie inną, być może nawet dobrą wiadomość. Twój przyjaciel odzyskał przytomność! Dobrze, że jest jeszcze słaby i związany, bo by mnie tu jeszcze sponiewierał. Zum Teufel, kawał z niego byka! Musiałem się ostro naszarpać, by ukołysać go do snu… Być może raczysz mi teraz wytłumaczyć, Wernerze, dlaczego zadałeś sobie tyle trudu, by go tu przytargać?

– Mówiłem już panu, kapitanie, to wszystko ukartowały stepowe orki. Tubylcy są takimi samymi ofiarami ich podstępu, jak my…

– Nie o to mi chodzi, przyjacielu. Dlaczego go uratowałeś? Po co od tygodnia marnujesz cenne środki opatrunkowe i lekarstwa, które mogą się nam w każdej chwili bardziej przydać, na jakiegoś orka? Wybacz, ale to nie w twoim stylu…

– To kwestia honoru, Katzel… – Chorąży usiadł naprzeciwko dowódcy i spojrzał mu głęboko w oczy. – Miałem u niego dług, który dopiero teraz spłaciłem w całości.

– Honor i orki? Nie przestajecie mnie zadziwiać, chorąży…

– Niestety, właśnie tak to wygląda. Jeżeli to pana pocieszy, sam siebie również nie poznaję…

Na dłuższą chwilę w namiocie zapadła cisza. Oba krasnoludy pogrążyły się w rozmyślaniach, co jakiś czas jedynie bez słowa wymieniając się szybko opróżnianą butelką.

– Dlaczego powiedział pan, że może dobrze by było, gdybyśmy nie zdołali naprawić radiostacji? – Przedłużające się milczenie przerwał w końcu chorąży.

– Ponieważ tak sobie pomyślałem, że w interesie naszym, Saxxa, a nawet tej mendy Schumachera, byłoby zaginąć na tym przeklętym bagnie… – Dowódca podkręcił z namysłem wąsa, tak, jak zawsze to robił, gdy coś chodziło mu po głowie.

– Teraz to pan nie może mówić serio, kapitanie!

– Niestety, jestem śmiertelnie wręcz poważny. Gdy przybędą wreszcie posiłki, nas znowu postawią przed sądem, a tubylców, po prostu, bez zbędnych ceregieli, wybiją do nogi! Nikt i tak nie uwierzy nam w tę, nawet dla mnie, mocno naciąganą historię. Jeżeli ten tam nie odzyska szybko formy, nie będzie miał po co wracać do swoich… Z drugiej strony, gdyby udało nam się przekonać wszystkich, że również wyzionęliśmy tutaj ducha, chociaż my moglibyśmy zacząć wszystko od nowa! Wiecie chyba, co mam na myśli, Doenitz…?

– Obawiam się, że tak, kapitanie. – Chorąży wstał i, wciąż trzymając pustą już butelkę w dłoni, nieco chwiejnym krokiem podszedł do prowizorycznego posłania, na którym w kącie namiotu leżał Torgan. Podobnie jak zniszczoną podczas ataku radiostację, jego również kapitan von Steinberg poskładał najlepiej jak potrafił, nie dając jednak gwarancji, że wszystkie luźne części znalazły się na swoim miejscu. Podziurawiony odłamkami jak sito, ork kurczowo uczepił się życia i jak dotąd nic nie wskazywało na to, by w najbliższym czasie miał się go puścić. – Co zrobimy z nim i tą gnidą Schumacherem?

– Jeżeli nie dojdzie do siebie w ciągu, powiedzmy, tygodnia, będziemy musieli go tu zostawić. A co do naszego szeregowego, cóż, ja również mu nie ufam… Obiecamy odpalić mu działkę, a przy najbliższej okazji spróbujemy się go jakoś pozbyć. Czeka nas długa przeprawa przez bagno, przypuszczam więc, że takich nadarzy się całkiem sporo.

– Jest pan pewien, kapitanie, że chce rzucić to wszystko w cholerę? Po tylu latach służby?

– Tak, Doenitz, po tylu latach wiernej, psiej służby, za którą odpłacono mi zesłaniem na to wiecznie mokre zadupie, mam już serdecznie dość. Zum Teufel, powinienem był to zrobić już wtedy, gdy straciliśmy Donnerwetter! Wy wiedzieliście, że to się tak skończy, ale ja nie chciałem was słuchać… Chociażby z tego powodu powinienem was i Saxxa stąd wyciągnąć! I zrobię to, choćby miała to być ostatnia rzecz, jakiej dokonam życiu!

– Dobry plan, dowódco. – Chorąży uśmiechnął się, wymownie unosząc trzymaną w dłoni butelkę. – Znajdzie się tutaj coś jeszcze..?

 

*

 

Pokonanie bagna na piechotę i dotarcie do obrzeży swojej wioski, zajęło rannemu Torganowi kilkukrotnie więcej czasu, niż, gdyby podróżował na bawolim grzbiecie. Wciąż wspierający się na włóczni, ork, w domu znalazł się dopiero pięć dni po tym, jak opuścił ruiny krasnoludzkiego posterunku. Towarzyszące mu przez całą drogę obawy, które tylko nasiliły się ledwo jego stopy stanęły na rodzinnej ziemi, teraz, gdy był już u celu, zaczęły się ziszczać.

W powietrzu nie unosił się zapach dymu i wędzonych w nim ryb. Mijane po drodze piece do suszenia torfu był kompletnie zimne, co oznaczało, że wygaszono je przynajmniej kilka dni wcześniej. Na otaczających wioskę podmokłych pastwiskach nie pasł się choćby jeden bawół. Nad okolicą wisiała nienaturalna cisza, niezakłócana choćby najmniejszym okrzykiem dziecka, czy też odgłosami trwającej na ryżowych polach pracy.

Mimo, iż Torgan spodziewał się najgorszego, nigdzie nie natrafił na trupy, czy ślady walki. Domostwa opuszczono w pośpiechu, ale nie były one w najmniejszym stopniu zniszczone. Pozostawiono w nich również wiele cennych przedmiotów, które w normalnych okolicznościach powinny zainteresować plądrujących je najeźdźców. Widać było, że mieszkańcy osady mieli wystarczająco dużo czasu, by spakować swój dobytek, jednocześnie przesadnie się nim nie obciążając. Najwyraźniej czekająca ich droga była na tyle długa i niebezpieczna, że poza bronią i zwierzętami, nie warto było brać ze sobą więcej, niż było to potrzebne do przetrwania – akurat tyle, ile zmieściło się na bawolich grzbietach.

Dokąd jednak udały się miejscowe orki oraz mieszkańcy innych, równie opustoszałych osad, które Torgan minął po drodze do domu? Ku swojej zgrozie, znał on odpowiedź również i na to pytanie. Wiodące z wioski ślady stóp dziesiątków orków i kopyt setek objuczonych ich dobytkiem zwierząt, pół dnia drogi dalej zbiegały się z innymi, dochodzącymi z różnych stron bagna. Szeroki, wydeptany przez bagno trakt wiódł prosto na wschód. Ku stepom…

Koniec

Komentarze

W przeciągu roku, – W przeciągu to wiatr d… głowę urywa. W ciągu roku i bez przecinka.

na względnie suchym kawałku lądu – raczej terenu, bo przecież byli na lądzie, nawet mimo tego, że biwakowali na bagnach

z wody dzikie ptastwo – raczej ptactwo, bo mówi to narrator, a on raczej nie powinien stylizować

zanurzony wraz z głową pod wodą, – opis wskazywał na zwykłego bawola, a tu siurpryza: zwierzak może oddychać pod wodą. Jeśli tak jest, to powinieneś coś na ten temat wspomnieć.

Z jednej strony go on cieszył – raczej: Z jednej strony cieszył go, 

Przestaję wypisywać, bo nie mogę się skupić na czytaniu. Chyba że trafi się jakiś wyjątkowy przypadek.

Na dziś muszę skończyć – siła wyższa, ale jutro dokończę lekturę.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Cześć! Wspomnianych błędów już nie ma, a co do bawołów, to słyszałem, że zwierzęta te w “naszym” świecie potrafią wstrzymać oddech pod wodą nawet na kilka minut – być może rzeczywiście powinienem do tego jakoś nawiązać.  Mam nadzieję, że się nie rozczarujesz :-)

Krzysztof

Tekstu jeszcze nie czytałam (zabiłeś mnie długością, więc nie wiem, kiedy znajdę dość czasu), ale potwierdzam, że bydło może ładną chwilę siedzieć pod wodą. Nie oddychają, ale wstrzymują oddech. Na własne oczy widziałam, gdzieś nawet mam zdjęcia. Czasu im jednak nie mierzyłam.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Wiem, miało być krótsze niż Donnerwetter, a wyszło jak zwykle…

Krzysztof

Według mnie wieje nudą. Przeczytałem jakąś jedną trzecią i dość. Są ludzie i są orkowie i jest narracja, która kompletnie nie pozwala rozróżnić ras. Do tego styl. Nijaki. Albo tekst chwyta i trzyma,bo coś ma w sobie, albo nie trzyma. Ten nie trzyma. Oczywiście wspaniale wpisuje się w ideę portalu i wprawki pisarskie. Jak mówił klasyk : ten nie popełnia błędów, który nic nie robi. Jednakowoż, nie jest sztuką napisać tekst na 120 tys znaków, który zamiast owinąć się wokół czytelnika jak wąż i kąsać bezustannie, sprawi, że czytelnik przyduszony, zaśnie.

pozdrawiam

Uch, nie żałowałeś sobie znaków. Czy ktoś Ci przeczytał Twoje prawa… Tfu! Zawiadomił, że teksty powyżej 100 kilo traktowane są po macoszemu, to znaczy dyżurni nie mają obowiązku czytania i nie można ich nominować do piórka?

Na razie jestem gdzieś w połowie, ale późno się robi. Chociaż, IMO, jest ciekawie. Acz zwrot akcji, do którego doczytałam, jest raczej przewidywalny.

Siedząc już w wykonanym z wikliny i skóry siodle, ork ujął lejce,

Lejce służą do kierowania zaprzęgiem. Wierzchowcem steruje się przy pomocy wodzy.

wypuszczając z ust stróżkę błękitnawego dymu.

Oj. Sprawdź w słowniku, co znaczy “stróżka”. Możesz się zdziwić.

Babska logika rządzi!

Ech, Finklo, mea culpa… <posypuje głowę popiołem, w tle odgłos biczowania>

Krzysztof

Oczywiście, ork nazwany Ajinajem nie miał borni 

Mukhali wszedł pomiędzy oba orki, z dziecinną łatwością odpychając je od siebie. – ponieważ to faceci, napisałabym “obu orków”, a w związku z tym dalej “ich”

Znowu przerwa.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nie no, obie orki – (Orcinus orca) – gatunek ssaka z rodziny delfinowatych :-)

Dzięki!

Krzysztof

niezliczone szczątki orków i bawołów, które zapomniały – wydaje mi się, że powinno być “którzy zapomnieli”, bo rzecz dotyczy orków (rodz. męski) i bawołów (takoż), a nie szczątków 

ktokolwiek zakradał się do ciebie od tyłu – a jakby się skradał z boku albo od przodu, to nie byłby groźny?

Krótki moment jego nieuwagi wykorzystał raniony nożem przeciwnik. – nie został zraniony nożem, więc może “jak miał nadzieję” albo “prawdopodobnie” albo jeszcze coś

A to z koeli bardzo nie podobało się kapitanowi 

Znowu mała przerwa. Ech, życie…

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Szalenie satysfakcjonująca opowieść. Choć może brakło tu owej ożywczej świeżości, która cechowała Donnerwetter, a początek okazał się nieco rozwlekły i przegadany, to kiedy tylko zaczęło się coś dziać, działo się aż do końca, po drodze zaskakując i zadziwiając, już to tym, czego świadkiem byłam u orków, już tym, co wydarzyło się u krasnoludów.

Cieszę się, że zakończenie pozwala spodziewać się dalszego ciągu. ;-D

Niestety, nad Wybrańcem kości, niby mgła na bagnami, unosi się żal, że nie postarałeś się, Krzysztofie, o staranniejsze wykonanie. Że nie zadbałeś, aby opowiadanie czytało się jeszcze lepiej. Najbardziej przeszkadzały liczne literówki, powtórzenia, nadmiar zaimków i, niestety, nie najlepsza interpunkcja. :(

Mam jednak nadzieję, że lektura kolejnej części dostarczy mi wyłącznie przyjemności. ;-)

 

krót­ka drzem­kę przy opa­la­nej tor­fem kozie… – Literówka.

Koza chyba nie była opalana, to koza opalała/ ogrzewała namiot, w którym była ustawiona.

 

mie­rząc z ka­ra­bi­nu gdzieś przed sie­bie. Miał nie­za­chwia­ną pew­ność, że gdzieś, z dru­giej stro­ny… – Powtórzenie.

 

nie zwró­cił uwagi na chlu­pot kro­ków, do­bie­ga­ją­cy zza jego ple­ców. – Chlupotały kroki czy raczej woda/ błoto?

 

– Myślę, że mogą spró­bo­wać! – star­szy cho­rą­ży… – – Myślę, że mogą spró­bo­wać! – Star­szy cho­rą­ży

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Zajrzyj do wątku: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

ork ujął lejce, uwią­za­ne do kółka wpię­te­go w noz­drza ba­wo­łu. – Lejce służą do kierowania zaprzęgiem.

Proponuję: …ork ujął wodze, uwią­za­ne do kółka wpię­te­go w noz­drza ba­wo­łu.

 

Z jed­nej stro­ny go cie­szył go, z dru­giej nieco za­sta­na­wiał. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

oraz spo­so­bie, w jakim na­stęp­nie on i jego bra­cia po­mści­li tę zbrod­nię… – Literówka.

 

coraz do­tkli­wej da­wa­ły mu się we znaki… – Literówka.

 

Czy ja mam żal..?Czy ja mam żal?

Wielokropek ma zawsze trzy kropki!

 

nawet gdyby wy­da­wa­ło się wam, że to tylko prze­wi­dze­nia, zro­zu­mia­no? – …że to tylko przy­wi­dze­nia, zro­zu­mia­no?

Przewidzieć coś, a doznać przywidzenia, to dwie całkiem różne sprawy.

 

ob­ła­do­wa­ny za­pa­sa­mi, amu­ni­cją i wszel­ki sprzę­tem, jaki mógł­by oka­zać się mu przy­dat­ny… – …ob­ła­do­wa­ny za­pa­sa­mi, amu­ni­cją i wszel­kim sprzę­tem, który mógł­by oka­zać się przy­dat­ny

 

Wła­śnie w tej chwi­li, Tor­gan pa­trzy­ła na nie­mal do­rów­nu­ją­cy mu wzro­stem stos torfu… – Jakiej płci jest Torgan? ;-)

 

Do­oko­ła ma­ją­ce­go wkrót­ce za­pło­nąć ogni­ska, zbie­ra­ło się coraz wię­cej jego po­bra­tym­ców. – Z tego wynika, że wokół przyszłego ogniska zbierali się pobratymcy ogniska. ;-)

 

Szedł wąską ścież­ką, oświe­tla­jąc sobie drogę bla­dym świa­tłem wień­czą­ce­go jego ko­stur krysz­ta­łu. – Nie brzmi to najlepiej.

Może: Szedł wąską ścież­ką, oświe­tla­jąc sobie drogę bla­dym lśnieniem wień­czą­ce­go ko­stur krysz­ta­łu.

 

Nie msz­cząc się tak długo, aż nie sami nie wska­żą win­nych… – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Kto inny, jak ty po­wi­nien aku­rat świet­nie to ro­zu­mieć? – Czy nie powinno być: Kto inny, jak nie ty, po­wi­nien aku­rat świet­nie to ro­zu­mieć?

 

wia­do­mość o ha­nieb­nym czy­nem Mas­gu­da… – Literówka.

 

wskazującym drogę przez bagno świetle laski Mukhalego, w pełni objawiło się, gdy nieznajomy osiągnął szczyt pagórka i stanął w świetle ogniska. – Powtórzenie.

Proponuję: …i stanął w blasku ogniska.

 

któ­rych skóra miała od­cień brud­no-zie­lo­nej ba­gien­nej wody… – …któ­rych skóra miała od­cień brud­nozie­lo­nej ba­gien­nej wody

 

W od­po­wiedz, sza­man ski­nął głową… – Literówka.

 

orka po­wstrzy­ma­li wy­łącz­nie jego dwaj ro­da­cy –Mu­kha­li… – Brak spacji po półpauzie.

 

– Ma takie samo prawo, jak ty, Tor­ga­nie – spo­koj­nym tonem od­parł Mu­kha­li. – Czy tu nie powinno być: – Ma takie samo prawo, jak ty, Masgudzie

 

Wasz mądry sza­man – tu Aji­nai skło­nił się z sza­cun­kiem Mu­kha­le­mu. – wy­tłu­ma­czył mi… – Zbędna kropka.

 

mógł wresz­cie za­brać się za naj­waż­niej­szą część swo­je­go za­da­nia. – …do naj­waż­niej­szej części swo­je­go za­da­nia.

 

Cho­ciaż żaden zgro­ma­dzo­nych… – Cho­ciaż żaden ze zgro­ma­dzo­nych

 

za­war­ta w nich mą­drość może ura­to­wać życia, za które od­po­wie­dzial­ność wła­śnie zło­żo­no w jego ręce. – Życie nie ma liczby mnogiej.

Proponuję: …za­war­ta w nich mą­drość może ura­to­wać życie tych, za których od­po­wie­dzial­ność wła­śnie zło­żo­no w jego ręce.

 

bę­dą­cą jed­no­cze­śnie ozna­ką przy­wód­ca… – Literówka.

 

od­gło­sach wy­da­wa­nych przez po­dą­ża­ją­cych obok to­wa­rzysz… – Literówka.

 

Ork uniósł do góry obie dło­nie… – Masło maślane. Czy mógł unieść dłonie do dołu?

 

– Za­bi­łeś? Ty?!- Kra­sno­lud wy­raź­nie się za­wa­hał. – Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza.

 

– Dla­cze­go..?– Dla­cze­go?

 

Orki znisz­czył jedną z na­szych baz… – Literówka.

 

– Je­steś mi wi­nien dwoje żyć – moje i swoje.– Je­steś mi wi­nien życie moje i swoje. Lub: – Je­steś mi wi­nien dwa żywoty – mój i swój.

 

Ale nie ze mną…. – Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

drzew­ce czar­no­pió­rych strzał – iden­tycz­ne do tych, wy­sta­ją­cych z koł­cza­nu jego prze­wod­ni­ka. – …iden­tycz­ne z tymi, które wystawały z koł­cza­nu jego prze­wod­ni­ka.

Coś może być identyczne z czymś, nie do czegoś.

 

– Ten tam, za nami, pró­bo­wał mnie zabić bym nie do­tarł na czas… - – Zbędny dywiz po wielokropku.

 

Cho­ciaż sta­rał się nie dać po­nieść pa­ra­noi –zja­wi­sku… – Brak spacji po półpauzie.

 

jego dar w nie­wy­tłu­ma­czal­ny spo­sób zwykł udzie­lać się jego to­wa­rzy­szom broni. – Drugi zaimek zbędny.

 

A to z koeli bar­dzo nie po­do­ba­ło się ka­pi­ta­no­wi… – Literówka.

 

żoł­nie­rzy o nico ogra­ni­czo­nych zdol­no­ściach umy­sło­wych… – Literówka.

 

Po dro­dze na pewno znaj­dzie się oka­zją… – Literówka.

 

uzna­jąc po­zy­cje jego naj­więk­sze­go kon­ku­ren­ta. – Literówka.

 

co bar­dziej swoje szan­se na uciecz­kę. Ku swo­jej nie­wy­sło­wio­nej uldze… – Powtórzenie.

 

te, któ­rym udało się unik­nąć zgnie­ce­nia żyw­cem, lub uto­pie­nie… – Literówka.

 

żółw pró­bo­wał jesz­cze się pod­nieść, ale je­dy­nie po­gor­szył tym sy­tu­ację tych zie­lo­no­skó­rych, któ­rzy wciąż jesz­cze pod nim żyli. – Powtórzenia.

 

Jego ago­nie ła­ska­wie skró­cił… – Literówka.

 

żoł­nierz nie po­świe­cił przed­mio­to­wi spe­cjal­nej uwagi… – Literówka.

 

Psia krew, cho­le­ra, oni zaraz je zde­to­nu­ją!Psiakrew, cho­le­ra, oni zaraz je zde­to­nu­ją!

 

znaj­du­je się drugi łań­cuch umoc­nień, znacz­nie moc­niej­szy… – Nie brzmi to najlepiej.

Może: …znaj­du­je się drugi łań­cuch umoc­nień, znacz­nie silniejszy/ solidniejszy/ odporniejszy/ trwalszy

 

próby utrzy­ma­nia się śli­skim od wody ciel­sku wierz­chow­ca. – …próby utrzy­ma­nia się na śli­skim od wody ciel­sku wierz­chow­ca.

 

sy­tu­acji w bazie. Zie­lo­no­skó­rzy mu­sie­li już do­trzeć na tyle bli­sko bazy… – Powtórzenie.

 

Wal­ross – cięż­ki wóz bo­jo­wy de­san­tu, któ­rych, choć chwi­lo­wo unie­ru­cho­mio­ny… – Literówka.

 

W od­po­wie­dzi, Tor­gan je­dy­nie lekko po­cią­gnął za lejce… – W od­po­wie­dzi, Tor­gan je­dy­nie lekko po­cią­gnął za wodze

 

co jakiś po­sy­ła­jąc w ich stro­nę kilka czar­no­pió­rych po­ci­sków. – …co jakiś czas po­sy­ła­jąc w ich stro­nę kilka czar­no­pió­rych po­ci­sków.

 

– Jak sto­icie za amu­ni­cją? – Literówka.

 

Żoł­nierz zawył, po czym bez­wład­nie za­wisł z wie­rzy, ze strza­łą ster­czą­cą z ust. – Nie wierzę! No, po prostu nie wierzę!!! Zum Teu­fel!!!

 

w kilku su­sach wy­padł się zza mlecz­nej za­sło­ny… – …w kilku su­sach wy­padł zza mlecz­nej za­sło­ny

 

po sto­kroć prze­klę­te dzi­ku­sy … – Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

Zanim kra­sno­lu­dy zdą­żył otwo­rzyć ogień… – Literówka.

 

czy spró­bo­wać wy­rwać włócz­nie z dłoni ry­wa­la… – Literówka.

 

Żaden z nich nie pró­bo­wał go po­wstrzy­mać. – Spró­bu­ję teraz… – Powtórzenie.

 

– Kto..?– Kto?

 

Wie­cie chyba, co mam na myśli, Do­enitz..?Wie­cie chyba, co mam na myśli, Do­enitz?

 

choć­by miała to być ostat­nia rzecz, jaką do­ko­nam życiu! – …choć­by miała to być ostat­nia rzecz, jakiej do­ko­nam życiu!

 

za­ję­ło ran­ne­mu Tor­ga­no­wi kil­ku­krot­nie dłu­żej, niż, gdyby po­dró­żo­wał na ba­wo­lim grzbie­cie. – …za­ję­ło ran­ne­mu Tor­ga­no­wi kil­ku­krot­nie więcej czasu

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nieoceniona regulatorzy, za te wszystkie wieże, niedorobione wielokropki, przecinki z d**y i pożałowania godne literówki ( to wszystko przez tę koreańską klawiaturę!), po stokroć przepraszam.

Po raz kolejny dziękuję za Twoją cierpliwość i ofiarność, z jaką przebrnęłaś przez odmęty mojej grafomanii.

Pozdrawiam serdecznie!

Krzysztof

Skoro poprawki spotkały się z Twoją akceptacją, jestem ogromnie zadowolona. ;-D

A poza tym, Krzysztofie, życzę Ci jak najszybszej zamiany klawiatury koreańskiej na porządną i pozostaję z nadzieją na świetnie napisane kolejne teksty. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jadące na jego grzbiecie orki zaczęły natychmiast zeskakiwać do bagna – Jadący na jego grzbiecie orkowie zaczęli natychmiast zeskakiwać do bagna

wybuchały zupełnie gzie indziej, 

do którego nóg nieustannie łasiła się bagienne pantera.

Nareszcie nikt mi nie zawracał głowy i udało się skończyć.

Bardzo przednia lektura, choć powinno się zlać Ci tyłek za niedoróbki. Czyta się to jak najfajniejszą przygodówkę. Czekam na dalszą/e część/części. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Niezmiernie miło mi to słyszeć, a groźbę lania biorę sobie do serca :-)

Pozdrawiam!

Krzysztof

Bemik nie o sercu pisała. ;-p

Babska logika rządzi!

Ciekawe opowiadanie. Rozwijało się dosyć wolno, ale jak już się rozwinęło, to poszło. Postacie żywe, zawsze potrafią czymś zaskoczyć.

Wczoraj przeszkadzały mi literówki, ale po poprawieniu zrobiło się dużo lepiej.

Za majestatyczną głową bawoła

Dopełniacz brzmi “bawołu” i nie chce być inaczej.

Babska logika rządzi!

Dziękuję. Wstyd się przyznać, ale cały weekend ślęczałem nad tekstem, wpatrując się w niego jak sroka w gnat (żeby to pierwszy raz) i byłem przekonany, że się literówek ostatecznie pozbyłem (a było ich znacznie więcej). Poradźcie mi, drogie Panie, czy jest jakaś technika pozwalająca skuteczniej przeczesywać tekst pod kątem tego rodzaju bubli?

Krzysztof

Aha, zdecydowanie najlepsza technika to betowanie tekstu.

I nie żartuję, swoich błędów się nie widzi, cudze – a jakże!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Zauważyłam kiedyś, całkiem przypadkowo, że znany już tekst widzę zupełnie inaczej, kiedy zmienię czcionkę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podpisuję się pod zdaniem Bemik – przeczesz wiele (setka to minimum, tysiące pewnie zadziałają lepiej) czyichś tekstów pod kątem znajdowania w nich błędów, to i w końcu w Twoich własnych te zarazy zaczną być widoczne.

Babska logika rządzi!

Tymi tysiącami to mnie pocieszyłaś, Finklo. Nie wiem, czy życia mi na to starczy ;-) Ale już sztuczkę regulatorzy ze zmianą czcionki wypróbuję na pewno!

Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam!

Krzysztof

Mam nadzieję, Krzysztofie, że z dobrym efektem. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Napisałam, że minimum setka. ;-)

Babska logika rządzi!

Zachęcony Donnerwetterem przeszedłem do niniejszego odcinka. Niestety: pomimo, że jest dobrze, to jednak słabiej niż w tamtym opowiadaniu.

Co mi się podobało:

– Znakomicie odmalowujesz klimat, otoczenie, postacie – widziałem to oczyma wyobraźni.

– Świetne przeskoki z akcji na akcję, z miejsca na miejsce – to ładnie splatało ze sobą różne wątki i zagęszczało intrygę.

– ciekawe elementy fantastyki, jak choćby “pancerne” żółwie wink.

Co mi się nie podobało:

– Wiele miejsc jest przegadanych – zgodzę się z niektórymi przedmówcami.

– W niektórych momentach próbujesz być zbyt precyzyjny, zbyt dużo wyjaśnić… np. historia życia Schumahera do niczego mi nie była potrzebna. Wystarczyłoby na tym etapie krótkie stwierdzenie, że był gnidą i już. Gdybyś tą historię pana Gnidy opowiedział w kolejnym odcinku – byłoby to bardziej wciągające (dowiedzieć się wreszcie, dlaczego ten gość jest taki, a nie inny). Przez to wszystko mocno i często spowalniałeś akcję i to jest jeden z powodów dłużyzn.

– Niektóre sceny były naiwne – np. nie przemawia do mnie to, że w środku bitewnego szału, przy ostatnim prawie szturmie, kiedy orrkowie już czują smak zwycięstwa – nagle ktoś “z byka spada” i woła “stop, stop! momencik, mała przerwa, coś wam powiem…”. Takie rzeczy to się dzieją tylko na planie filmu wojennego. Nie przekonałeś mnie tym.

Innym przykładem naiwnej sceny jest ten dość wyświechtany chwyt ze złym bohaterem, który już ma zabić dobrego, ale koniecznie musi opowiedzieć wszystkie szczegóły swojego chytrego planu. No kurcze…. aż mnie palce zaświerzbiły, czy by nie napisać opowiadania zaczynającego się od takiej sceny, a wtedy dobry bohater udaje, że nie kapuje tego… więc ten zły jeszcze raz mu tłumaczy – a ten nadal nic ni rozumie… i tak pół nocy zły mu tłumaczy, rysuje kredą na ścianie, opowiada jakieś anegdoty, a ten wciąż nie rozumie i zły nie może go zabić, bo tamten nie załapał jego planu.

Pewnie wyszłoby przekomicznie. devil. Ale to dlatego, że tego rodzaju sceny mają zwiększony potencjał na komiczność. Wolałbym dowiedzieć się o tych knowaniach w inny, bardziej wyrafinowany sposób.

No i jeszcze jedno, zasadnicze pytanie: czy te krasnoludy w ogóle tam trzeźwieją? Piją i piją, w każdej scenie coś tam wlewają w siebie, a jak pojawia się jakiś problem  to zdwajają dawkę. Niby nazwiska niemieckie, ale piją jak ruscy smiley.

Ogólnie podobało mi się, ale gdybyś zadał sobie trochę trudu i przerobił jeszcze ten tekst troszkę – to mógłby on być wręcz czarujący. A tak – co najwyżej 4+.

Acha – literówek jest wciąż dużo.

@ Gostomysł.

Eh, nie mam najmniejszych złudzeń, co do tego, że na napisanie kolejnego Donnerwettera będę musiał jeszcze trochę poczekać ;-)

Co do reszty, to tak sobie myślę, że chyba za bardzo skupiłem się na próbach oddania dusznej, klaustrofobicznej atmosfery bagna oraz na wyeksponowaniu wątków, które w dalszych odsłonach okażą się istotne (vide gnida Schumacher, konfrontacja z brudnym, złym i brzydkim, która, fakt, wypada odrobinę cliché) – to co mogłoby przejść jako kolejny rozdział powieści, w opowiadaniu może rzeczywiście nużyć. 

No i zasadnicze pytanie o trzeźwość krasnoludów – a co mają pić? Wodę? Jak zwierzęta?! :-)

Tak czy owak, cieszę się, że tu zajrzałeś i mam nadzieję, że odwiedzisz również moje kolejne teksty.

 

Pozdrawiam i piję na pohybel literówkom!

Krzysztof

Na razie mam tylko jedno pytanie:

Zachęcony pozytywnym przyjęciem Donnerwetter, z drżącym sercem przedstawiam kontynuację przygód krasnoludzkich wojaków, poznanych na jego pokładzie. Ciąg dalszy zdecydowanie nastąpi.

Czy to znaczy, że niniejsze opowiadanie napisałeś w czasie, który upłynął między momentem, gdy Reg wypatrzyła Twój Donnerwatter i rozpętała się wokół niego burza zajebistości, a chwilą, w której opublikowałeś “Wybrańca”?

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, nie znasz dnia ani godziny. ;-)

Babska logika rządzi!

<wietrząc kolejną zjebę> Nie, tekst powstał jeszcze zanim choćby pomyślałem o publikacji Donnerwetter. Leżał sobie i dojrzewał… Już się boję…

Krzysztof

Ta jest, będzie zjeba. A nawet zjeby, w tym jedna… ujmę to tak, trzeba wyburzyć do Cienia. Mija bowiem nieomal tydzień, odkąd zacząłem czytać i niemal dokładnie tyle samo czasu, odkąd czytać skończyłem i Cię tu nastraszyłem, a mimo to się nie odezwałem się aż do dzisiaj (inna rzecz, że mam zaległości większe i znacznie większe). Mogę więc tylko przeprosić.

 

Kolejna zjeba, dla Ciebie, Krzychu – za to, że nie mogę nominować tego opowiadania, boś przytnął z limitem w… a właściwie to nie przyciąłeś ich jak trzeba. Tak czy inaczej, szkoda. Choć z drugiej strony, dwudziesto kilogramów dobrego tekstu też byłoby szkoda.

Donnerwatter niemal bezwarunkowo mi się podobał. Ale “Wybraniec”… Którego w całości przeczytałem na telefonie, w czasie krótkich przerw między kolejnymi kilometrami, podobał mi się jeszcze bardziej. I sama opowieść – choć momentami (za) bardzo przypominała filmowego Warcrafta – i gęsty, lepki bagiennym błotem, duszny zimną mgłą klimat bardziej mi podeszły. Po prostu.

Zawsze powtarzam, że od dobrej opowieści wolę dobrze opowiedzianą opowieść, a “Wybraniec” jest niemal modelową okazją, by wygłosić tę maksymę. Niemal, ponieważ “dobra” to punkt wyjściowy, nie ma nic poniżej.

Tekstu może i sporo, ale to akurat jeden z tych przypadków, gdzie jednak zawsze za mało. Opowieść chwyta już od pierwszego zdania, jest świetnie wyważona, głównie humorem – błyskotliwym i inteligentnym – nie ciągnie się i nie nuży, mimo, że tak naprawdę nie należy do zbyt oryginalnych. Ot, dobra, bardzo dobra fantasy z porządną akcją, świetnym klimatem, rewelacyjnym humorem i… takimi sobie postaciami. Fakt, złych nie lubimy, dobrym życzymy zdrowia i szczęścia, a ogra kochają wszyscy (żal, że drugiego gdzieś wcięło), ale ból tego, co bywa zarośnięte niemal jak kraoludzka fizjonomia, że oni wszyscy są albo dobrzy, albo źli, papierowi. Jakby zabrakło w nich miejsca na cokolwiek więcej. Doenitz, kapitan i szaman orków to chyba jedyne naprawdę krwiste postaci. Torgan też może i dawałby radę, ale jest tak dobry, że aż zły; nie ma w nim nic z orka takiego, jakie znamy. A Ty w tej właśnie konwencji, dosyć konsekwentnie, starasz się ową rasę ukazywać.

Na koniec zjebka profilaktyczna; jeśli nie wykorzystasz swojego talentu, to bój się własnego cienia.

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Uff…. Cieniu, ale mnie przetrzymałeś… <paranoid mode: off>

Wiem doskonale, że brakuje mi nieco dyscypliny, by tworzyć bardziej skompresowane teksty, ale one po prostu mi się takie piszą…  Nominacji oczywiście żałuję, ale myślę, że to już byłby nadmiar szczęścia ;-)

Obiecuję, że postacie zdążą jeszcze obrosnąć mięchem – droga Torgana dopiero się zaczyna, a w jej trakcie dostanie on tyle razy po czterech literach, że z nieudacznika (bo takim go postrzegam), wyrośnie coś mniej mdłego.

A Warcrafta nie widziałem (no dobra, zwiastun tak), ale nie jesteś pierwszą osobą, która zauważyła podobieństwo. Hmm…

Dzięki, dzięki i jeszcze raz dzięki – takie zjeby to ja lubię :-)

Pozdrawiam!

Krzysztof

Po ogromnej przyjemności jaką sprawił mi Donnerwtter, jedna rzecz w Wybrańcu strasznie mi nie spasowała. O ile w pierwszym tekście mimo, pobieżnego zarysu, orki jawiły mi się jako horda raczej w stylu Warhammera40k czy wspomnianego, nowego Mad Max’a tak w Wybrańcu to już Warcraft pełną gębą. Po prostu nie pasują mi strasznie do klimatu jaki był w pierwszym opowiadaniu :) Pozdrawiam

Oto dowód, że gry szkodzą literaturze. ;-)

To chyba naturalne, że ta sama grupa z perspektywy wroga i własnej wygląda całkiem, ale to całkiem odmiennie?

Babska logika rządzi!

Hej,  Myshu!

Jeżeli w tak długim tekście nie podeszła Ci tylko jedna rzecz, to i tak się cieszę ;-)

Dodam tylko, że różnica pomiędzy hordą ze stepów, a jej bagiennymi odszczepieńcami jest podkreślona celowo – nawet chorąży Doenitz ją dostrzega (a to już wyczyn!). Jej przyczyny znajdą wyjaśnienie w kolejnych odsłonach cyklu :-)

Pozdrawiam i mam nadzieję, że jeszcze do mnie zajrzysz!

 

Krzysztof

Obiecałam i przeczytałam. Zabrałam w podróż wydruk, bo przy tej ilości znaków nie lubię czytać na ekranie. Momentami oczy mnie bolały od usterek, ale już zdążyłam je zapomnieć. W szczegóły więc wnikać nie będę, musisz zadowolić się taką raczej ogólną opinią.

Bardzo klimatycznie odmalowałeś bagna i całą scenerię. Czytając, siedziałam na fotelu na pokładzie promu, a czułam jak chlupocze mi w butach (które stały obok moich stóp, nie bosych, bo w skarpetkach). Za to plus gigantyczny. Kolejne za inne elementy opowieści i jej bohaterów. Mały minus za Schumachera, a raczej zbędą historię jego życia. Jak dla mnie to była rozpraszająca wstawka.  

Na dalsze części będę wyczekiwać z utęsknieniem. Tylko mała prośba – zrób jakieś hokus-pokus i przed publikacją pozbądź się literówek i innych takich, żeby satysfakcja z lektury była stuprocentowa :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ogromnie się cieszę, że znalazłaś obiecany czas i dziękuję za brakującego klika!  Powiem tylko, że Schumacher wcale nie jest postacią mało znaczącą dla dalszej fabuły ;-)

Kolejne historie z tego świata już mam, ale obiecuję, że tym razem bez porządnego betowania ich nie opublikuję (dlatego na razie sobie leżą i dochodzą).

Jeszcze raz wielkie dzięki. Pozdrawiam serdecznie i życzę Wesołych Świąt!

Krzysztof

Długie, ale podobało mi się :)

Wpadły mi w oko takie rzeczy:

 

W takich warunkach szaman mógł wreszcie zabrać się do najważniejszą część swojego zadania.

W okolicznych głębiach spoczywały niezliczone szczątki orków i bawołów, którzy zapomniały, że w miejscu tym nie ma czegoś takiego, jak nadmiar ostrożności.

 

Anet, dzięki za wytrwałość oraz wyłapanie kolejnych bubli!

Pozdrawiam serdecznie,

Krzysztof

Nowa Fantastyka