- Opowiadanie: Gostomysł. - Skwar

Skwar

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

regulatorzy

Oceny

Skwar

 

S K W A R

 

 

Dać Bóg nie mógł lepszej pogody niż skwar na życie i innych zbożach o tej porze roku, choć wielodniowa susza coraz bardziej dawała się we znaki tak przyrodzie, jak i ludziom, a jej końca nie było widać.

Zbliżało się południe i upał robił się coraz bardziej nieznośny. Powietrze było jakieś ciężkie, gęste i gumowate – nie sposób było się nim nasycić. Do tego słońce paliło nieosłoniętą głowę, a przed oczyma przemykały mroczki. Przydałby się odpoczynek, zanim wyruszy w drogę powrotną. Przydałby się jakiś cień – ale gdzie tam! Równiutkie pole, aż po horyzont. Wątpliwym, acz jedynym schronieniem było dobrze wyrośnięte i ozłocone już zboże. Bez długiego zastanawiania się wlazł kilka metrów w jego głąb i padł ciężko na wznak.

Powietrze okazało się tu niewiele chłodniejsze, lecz mimo to bardziej znośne. Nasłuchiwał własnego, nieco charczącego oddechu, ale zza niego przebijał jeszcze inny, głuchy, tubalny, rytmiczny odgłos. Przez chwilę nie potrafił zidentyfikować co to było. Wstrzymał na moment oddech… tak – pulsowało mu w bani!

– Kto rozsądny wybrałby się w taką pogodę na długi spacer, na bezleśną równinę nie zakładając choćby chustki do nosa na łeb? No, kto? No nikt! Nikt rozsądny! Tę przyjemność rezerwują sobie tylko kompletni debile – wymiatał sobie w przypływie chwilowej samokrytyki.

Tętent w jego bębenkach bynajmniej nie ustępował, ale chyba nawet się wzmagał, osiągając już fazę dzwonienia. Zaniepokoił się tym przez chwilę i znowu wstrzymał oddech. Nie, to nie omamy, to dzwony kościelne którejś z pobliskich wsi za linią widnokręgu. Odetchnął z ulgą. Ależ daleko musiało się nieść! A więc dobrze sądził, że zbliża się południe. Nie ma pośpiechu, można jeszcze trochę poleżeć i odzyskać siły.

Przymknął zmęczone powieki, pod którymi przegalopowały spłoszone urywki zarejestrowanych widoków podczas tego spaceru: kilka pszczół, duży kamień, drewniany krzyż u rozstaju dróg. Kiedy otworzył znowu oczy złocista kolumnada smyrała koniuszkami wąsatych kłosów po błękitnym cielsku zabójczego nieba… a przynajmniej tak zdawało się z jego perspektywy. I na tę chwilę nic mądrzejszego nie zaprzątało już jego myśli. Chociaż… kącikiem oka dostrzegł jakiś nieznaczny ruch na styku tych dwóch żywiołów. Odchylił głowę do tyłu, aby nieco uważniej się przyjrzeć. Ptak! Chyba jastrząb? Trudno powiedzieć… nigdy nie był dobry w tych sprawach. Jakiś drapieżny, ale nie kruk, bo nie czarny – i nie orzeł, bo nie tak znowu duży… no to jeśli nie jastrząb, to ki czort?! Co?

Ale wcale nie zagadka gatunku ptaka była tu najbardziej intrygująca, lecz jego lot… właściwie nawet nie lot, co zawieszenie w przestrzeni. Drapieżnik unosił się w odległości kilkunastu metrów od niego, jakieś sześć, może siedem metrów nad ziemią, nie poruszając przy tym nawet skrzydłami. Było to tym dziwniejsze, że przecież dzień był wyjątkowo duszny, a w powietrzu panował bezruch. Może na ptakach znał się słabo, ale na fizyce… na fizyce też może bez rewelacji, co jednak nie zmienia postaci rzeczy, że przyciąganie ziemskie dotyczy każdego, bez względu na to, czy potrafi je wyrazić wzorem, czy też nie! I dotyczy to również jastrzębi – choćby nawet nie były jastrzębiami, tylko… tylko… aaaa! Piorun z nimi wszystkimi!

Nie zmieniając pozycji, aby nie spłoszyć przedwcześnie tego tam… powiedzmy: „jastrzębia”, ostrożnie wykręcił się w jego kierunku. Teraz widział go trochę wyraźniej. Ptak faktycznie zdawał się ugrzęznąć w zgęstniałym od upału powietrzu – jakkolwiek absurdalnie by to nie zabrzmiało. “Co jest? Udar słoneczny? Fatamorgana zbożowa?”. Minęła już dobra minuta, a ten nic – nawet skrzydłem nie machnął. Za to kołysał się nieznacznie w górę i w dół, jak mewa na drobnej fali.

„Jest sztuczny – przemknęło mu przez głowę – na paliku wkopanym w ziemię, żeby wróble i inne szkodniki odganiał”. Myśl ta chwilowo przywróciła mu wiarę w równowagę wszechświata, ale nie przyniosła mu spokoju. Ptak wcale nie wyglądał na wypchanego, chyba, że jacyś Azjaci wymyślili już takie, co i głową czasem poruszą, i szponami w powietrzu drapną… i co? Technologia kosmiczna do odstraszania myszy? Kot nie byłby tańszy? To jakiś absurd! Może jednak udar? W dodatku pogłębiający się, bo ów „techno-myszołów” niespodziewanie zaczął obracać się jak bączek, z wolna nabierając prędkości.

Dotąd nie widział tego ptaka zbyt dobrze, gdyż z jego pozycji zdawał się on być zawieszony niemal dokładnie na granicy pomiędzy zbożem a nieboskłonem. Uniósł się na jednej ręce, nie za szybko, aby przypadkiem nie spłoszyć dziwaka. Spojrzał… i zamarł. Pod jastrzębiem spodziewał się jakiejś kilkumetrowej tyczki, lub innego, zgodnego z jego logiką podparcia. Tymczasem ujrzał tam zupełnie coś innego. Drapieżnik lewitował na jakimś nie za wysokim jeszcze, wypełnionym kurzem i suchymi źdźbłami traw słupie wirującego powietrza. Z każdą chwilą słup ten gęstniał od zaciąganych z powierzchni ziemi drobin i przypominał już trąbę powietrzną w miniaturze. Trudno powiedzieć, czy to jastrząb igrał sobie swobodnie z tym żywiołem, czy może sam był igraszką w jego ręku?

Serce zabiło mu mocniej, a pierwotny instynkt ostrzegał przed niebezpieczeństwem. Czy to możliwe, aby w ten sposób formowało się tornado? Prawdziwa trąba powietrzna, o których ostatnio tak głośno? Jeszcze kilka chwil, a pewnie skoczyłby się na równe nogi i rwałby ze wszystkich sił przez łany zboża w nadziei, że prędzej on dopadnie wsi, skąd rozbrzmiewały zbawienne, kościelne dzwony, niż rozpędzony żywioł dopadnie jego. Zabrakło mu zaledwie kilku sekund na ochłonięcie z porażającego wrażenia i podjęcia takiej właśnie decyzji – gdy znowu zupełnie niespodziewanie powietrze pod ptakiem przestało wirować, kurz i źdźbła opadły, a sam drapieżnik czmychnął, dostrzegając widocznie jego… lub może jakieś inne niebezpieczeństwo. W krajobrazie nastał spokój, choć nie zniknęło napięcie. Gdyby odwrócił się tu właśnie teraz – nigdy by nie domyślił się nawet co tu przed chwilą zaszło.

Męska część jego jaźni nakazywała odprężenie, ale żeński pierwiastek wciąż dopatrywał się potencjalnego zagrożenia w tym dziwnym zjawisku. Wreszcie jego wewnętrzny mężczyzna gwałtem przymusił kobietę do posłuszeństwa i powrotu na ziemię. Odetchnął głęboko, jakby w nadziei, że wypluje z siebie resztki irracjonalizmu wraz z wydychanym powietrzem. Ułożył się na powrót na plecach wzrokiem szybując ku niebu.

Ale nie było już nieba! Morda, spieczona i wysuszona słońcem, wisiała nad nim na wyciągnięcie ręki, a złociste szpalery zbóż zniknęły gdzieś ustępując miejsca długim, zmierzwionym, siwo-czarnym kudłom. Wrzasnął – lecz tylko na ćwierć sekundy, zanim koścista łapa nie zmiażdżyła omal jego krtani. Teraz dopiero poczuł, co to znaczy brak oddechu. Próbował się poderwać, wyszarpnąć, ale zanim ta myśl do niego dotarła, przygniótł go ciężar cielska napastnika.

Co to, do cholery, mogło być? Nie mógł się ruszyć i miał trudności z oddychaniem – jednak nadal pozostawał przy zmysłach, co zresztą nie wydawało się być teraz zaletą. To była kobieta… stara, ale cholernie silna i szybka kobieta. Bulgot wydobywający się z jej gardła przyprawiony smrodem z pyska i refleksami światła na ledwie widocznych, ukrywanych wciąż za pomarszczonymi wargami zębach przywodził na myśl – o ile nie jakiegoś piekielnego ogara – to przynajmniej dzikie, wygłodzone zwierzę… A jednak: była to kobieta! Chuda i wyniszczona, jakby dopiero co uciekła z jakiegoś obozu zagłady. A przecież olbrzymie, przekrwione gały wlepione weń z całą nienawiścią zdradzały u niej niezwykłą siłę… którą zresztą potwierdzał również wciąż nierozluźniony uścisk na jego szyi. Zamiast ubrania – szmaty jakieś ciemne, wypłowiałe, wystrzępione; jakby ktoś z kniei nie wypuszczał jej przez kilka dziesięcioleci. Co to niby miało być?

Podwoił siły próbując strącić z siebie czarcią babę i niemal mu się to udało, ale zaciśnięta jeszcze boleśniej na gardle dłoń wariatki skutecznie zniechęciła go do dalszych prób oswobodzenia. Przynajmniej w tej chwili. Skoro może zacisnąć dłoń jeszcze mocniej, to znaczy, że mogłaby już zabić – a przecież nie zabiła jak dotąd. Znowu do głosu doszedł “racjonalny mężczyzna” w nim samym i wbrew własnemu instynktowi rozluźnił całe ciało oczekując na to, co miało nastąpić.

Stwór jakby odczytał gotowość swej ofiary do podjęcia współpracy. Zwolna rozluźnił uścisk na gardle, za to przybliżył mordę i wymamrotał ledwie słyszalnie

– Zzzaaaaagadddddkaaaaaa!

Boże wszechmogący! Ta suka wstawiła sobie żelazne zęby!

– O co pani chodzi?! – krztusił się – Czego pani chce? To pani pole? Przepraszam… byłem zmęczony, ale już sobie idę!

– Immmięęęę… – wymamrotała pokraka.

– Bogusław… – palnął bez zastanowienia.

Czarcia baba odchyliła się i niemal wyprostowała, a jej twarz pojaśniała ze zdziwienia na te słowa.

– Ja-kie-mu Bogu? – charknęła wyraźnie zaskoczona.

– Tak mam na imię, Bogu-sław – łkał jak dziewczynka

– MOOJJJJEEEE IMIĘĘĘĘĘ! – ryknęła mu prosto w nozdrza obnażając przy tym stalowe zębiska.

Puściły mu nerwy i lawina wspomnień zalała jego umysł. Nie jego wspomnień, lecz tego czegoś co miał na sobie. Porwanie – pewnie jeszcze w dzieciństwie – gwałty, tortury, pranie mózgu, okaleczenia fizyczne i psychiczne. To stąd te zęby i poniszczona twarz i stąd niepamięć nawet własnego imienia. Wreszcie w przypływie ostatecznego szału monstrum zabija swojego twórcę i oprawcę, i kompletnie nieświadome kim lub czym się stało wymyka się na bezludzia… no tak. Sytuacja była w każdym razie bardzo nieracjonalna i należało ją w głowie jakoś doprowadzić do jako takiego ładu.

– Ja pani nie zrobiłem żadnej krzywdy, proszę na mnie spojrzeć! – silił się na psychologiczne podejście jak do agresywnego, skrzywdzonego człowieka – Jest pani bezpieczna… nic pani nie grozi…

– MÓW! – przerwała

– Tu niedaleko są ludzie, zaopiekują się panią!

– Ludzie… – stara kobieta znowu popadła w coś, jakby zadumę i ponownie odchyliła się od jego twarzy. Bała się ludzi? A może ją intrygowali? Teoria o więzionej w odosobnieniu dziewczynie nabierała sensu.

– To są dobrzy ludzie – ciągnął usilnie złapany wątek – Pomogą pani. Nic już pani nie grozi.

Pokraka zaciągnęła się upalnym powietrzem kilkukrotnie z kilku stron świata jak dzikie zwierzę wietrzące zagrożenie… a może łup? Jeden z kierunków zwrócił jej uwagę. Wciągnęła nadpływający stamtąd zapach jeszcze mocniej. I wtedy dopiero unaoczniła mu się potworność całej sytuacji, w której się znalazł.

Bezkresny łan wyzłoconego słońcem zboża rozchylił się nagle na boki tworząc prostą jak strzała ścieżkę na jakieś dwa, trzy kilometry. Stara baba momentalnie spadła z jego piersi i runęła jak pocisk tym szpalerem, by po kilku zaledwie sekundach zniknąć na jego końcu. Jej przemieszczaniu się towarzyszył dziwny, choć regularny dźwięk, jakby zgrzyt nieoliwionego koła od taczki. Racjonalne teorie wzięły w łeb.

Czymkolwiek była – nie była ona człowiekiem. A zatem kim? Demonem? Szatanem? Męski racjonalizm jeszcze raz dźwignął się na powierzchnię dławiąc te “babskie nonsensy” w zarodku. Już prędzej uwierzy, że to jakiś obcy, kosmita… a może nawet cyborg, wojskowa maszyna do zabijania, jakiś tajny projekt armii amerykańskiej testowany w pobliskich lasach. Czymkolwiek była – nie było czasu na zastanawianie się nad tym.

Głęboki wdech – równowaga – i pęd bez opamiętania, bez rozglądania się na strony, bez tchu! Do ludzi! Do cywilizacji! Gdzieś chyba z tamtej strony słyszał niedawno bijące na południową porę dzwony – a więc tam! Ku słońcu. Rwał jak oszalały, ale wciąż zdawało mu się, że nie dość szybko! Nie przemieszczał się z prędkością trzech kilometrów w kilka sekund – jak tamten stwór – i rosnąca świadomość tego faktu wpychała go w otchłań coraz większej paniki i rozpaczy. Nie zatrzymując biegu spojrzał do tyłu przez ramię. Rozgrzane powietrze falowało nad złotym polem, lecz samo zboże nieruchomo sterczało ku niebu – z wyjątkiem jednego, silnie, choć na krótko rozkołysanego odcinka jakieś trzysta metrów za nim. Krótki, jednosekundowy kobiecy krzyk uświadomił mu, że poczwara wróciła i zorientowała się w sytuacji. Nie miał wątpliwości co lub raczej kto ją wywabił, a jego wybawił na kilkadziesiąt sekund z opresji: Człowiek. Kolejny, który zasnął w środku skwarnego dnia na słońcu? Nieważne, to i tak nie wróżyło mu zbyt dobrze.

Widział z daleka fragment jej przygarbionej sylwetki. Zwracała łeb na wszystkie strony – węszyła. Padł na ziemię wstrzymując oddech. Może nie dostrzeże… może oszuka jej powonienie? Nie wierzył nawet do końca w prawdziwość tego, co się działo, ale nie bardzo miał czas nad tym się zastanawiać. „Iluzja doskonała – pomyślał – taka, nad którą brak czasu na przemyślenia. Ścigam się z własnymi lękami”.

Pomimo tej błyskotliwej analizy psychologicznej – iluzja nie traciła niczego ze swego realizmu. Przeciwnie! Chyba nawet nabierała rozpędu. Właśnie podnosił ostrożnie głowę, by ostatecznie rozwiać ten przyśniony koszmar, gdy w twarz uderzył go gorący powiew smrodliwego powietrza.

Uderzenie na kilka oddechów przygięło zbożową grzywę do samej ziemi odsłaniając długi na wieleset metrów klin przestrzeni, którego szczyt wieńczyła upierdliwie trzymająca się jawy mara. Dwie, może trzy sekundy i uderzenie mijało, a źdźbła zbożowej grzywy natychmiast wracały do swojej postawy zasadniczej. A potem znowu – może tylko z lekkim przesunięciem w bok… i jeszcze raz!

„Demon – przyszło mu tym razem do głowy, skoro zawiodły już wszelkie racjonalne wyjaśnienia – diabeł, czart, bies, licho, szatan! Co teraz? Psalm jakiś zaśpiewać? Kompletne wariactwo! Czy tędy ludzie nie chodzą, żeby przerwać to wszystko?! Dalej! Chociaż jedna osoba! Najlepiej z samochodem. I koniecznie z klimą!”

Kiedy tak biadolił nad sobą, nie spostrzegł nawet, że uderzenia powietrzne ustały. Powoli, jak gdyby nie chcąc się zdradzać płowa czupryna zbóż rozsuwała się na boki otwierając metr po metrze kolejny, równy jak snop światła szpaler, który rósł niepostrzeżenie w jego stronę. Zorientował się dopiero, gdy ostatnie źdźbła rozstąpiły się przed nim na boki unaoczniając ten niemal biblijny motyw rozdarcia głębin. Na końcu tego korytarza traw stał „Mojżesz-strzyga” wlepiając wytrzeszczone ślepiska to w niego, to w powietrze nad nim. Spojrzał bezwiednie w górę. Pionowo, kilka metrów nad jego głową tkwiło to samo ptaszysko, które wcześniej kręciło się na powietrznym wirze.

“Szpieg! Gnida!”

Był zgubiony! Czarny pocisk rósł w oczach w ułamkach sekund, a w uszach potężniał skrzekliwy i regularny zgrzyt. Może to właśnie w takich chwilach doznajemy największych olśnień, gdy kompletnie zagubiony, racjonalny umysł oddaje w całości pola intuicji i pierwotnemu instynktowi – ale nie temu zwierzęcemu! Raczej tej bożej iskrze tkwiącej w duszy każdego z nas, przebłyskowi geniuszu, na który nie byłoby go stać przy pełni świadomości. Uciekać! Tak, uciekać! Ale nie za siebie, tylko w bok! Natychmiast zejść z linii strzału, pozwolić rozpędzonemu pociskowi uderzyć w nicość i pomknąć jak najdalej od niego. Ledwie stanął na nogi, a wnet runął jak długi w prawo waląc się ponownie na glebę. Poczuł uderzenie w piersi i przez krótką chwilę sądził, że nie zdążył i że oberwał od demona, ale natychmiast zorientował się, że po prostu walnął z całą siłą o ziemię bez żadnej amortyzacji, aż zabrakło mu tchu. Żebra ugięły się w klatce piersiowej, jednak już nie było czasu na delektowanie się bólem. Leżał tuż obok tego korytarza śmierci, lecz już nie w nim samym. Uniósł wzrok i w tym właśnie momencie na wyciągnięcie jego ręki przemknęła z niewyobrażalną prędkością czarna smuga, po czym – rozpłynęła się w mgnieniu oka w powietrzu dokładnie tam, gdzie leżał jeszcze przed sekundą.

Wszystko wróciło do normy – zboża wyprostowały się, łoskot ucichł, nawet ptaszor gdzieś się ulotnił. Jedynie w miejscu rozsypania się demona unosił się – niczym leniwy obłok ciemnego dymu – niewielki słup wirującego kurzu od spieczonej skwarem ziemi, ale i on wkrótce zniknął. Pozostał jedynie zimny pot na całym ciele Bogusława. Wstał nie bez trudu, gdyż kolana trzęsły mu się jak galareta. W ustach czuł suchość i gorycz. Dokoła jak okiem sięgnąć łany złociste nie tknięte nawet muśnięciem najmniejszego wiatru, nad nimi błękit nieskończonego nieba, a na samym jego środku – potężny i surowy, najjaśniejszy władca tej krainy, któremu każde ludzkie oko oddawało cześć pokłonem powiek. Nadal oddychało się ciężko, może nawet jeszcze ciężej niż kilkanaście minut temu, kiedy dopiero postanowił odpocząć w tym płytkim, przygruntowym cieniu? Oddech miał krótki i nierówny, a czoło mieniło się tęczowo kroplami potu.

Mógłby w tym momencie uznać to wszystko za halucynację spowodowaną przedawkowaniem słońca, po której wreszcie wszystko wróciło do normy. Mógłby – gdyby nie dojmujący ból na gardle po żelaznym uścisku jakiejś potężnej dłoni i gdyby nie to, że coś w tym krajobrazie było nie tak, jak być powinno. Cisza… przede wszystkim było cicho. Brakowało już nie tylko szumu drzew, traw i zbóż, ale nawet odległych śpiewów ptaków czy brzęku owadów. Łapał powietrze z coraz większym wysiłkiem. Coś wyraźnie było nie tak! Podskórnie czuł, że nie chodzi już nawet o zagrożenie jego własnej osoby, ale o niebezpieczeństwo w znacznie szerszym wymiarze.

Z niewiadomych przyczyn wrócił myślami do słów demonicznej staruchy ze snu? Drzemki? Chyba nie jawy? Gdyby była prawdziwa to bez wątpienia mogła go zabić za pierwszym podejściem, kiedy się tylko na niego rzuciła. Nie miał przecież najmniejszych szans. Nie człowiek i nie robot, na pewno nic, co by pochodziło z tego świata. Imię… zagadka… po co to? Szurnięte babsko!

Poczuł muśnięcie na ramieniu i odruchowo odskoczył. Nikogo przy nim nie było… ani też gdziekolwiek w zasięgu wzroku. Za to jak okiem sięgnąć działo się coś zadziwiającego. Z czystego, błękitnego nieba aż po horyzont spadały suche źdźbła zbóż i traw. Jedne kręciły się, drugie – kołysały, jeszcze inne – cięły przestrzeń bezładnie z ukosa. Prószyła nimi już cała okolica. Coś niedobrego działo się gdzieś w pobliżu. I nie musiał tym razem zgadywać. Wiedział to. Kojarzył to zjawisko. Wiatr… potężny wiatr. Jeszcze nie tu, ale uderzenie musiało nastąpić gdzieś niedaleko. Na razie wyrzuciło w górę setki tysięcy źdźbeł pozostałych po żniwach, które niektórzy okoliczni rolnicy już rozpoczęli. Widział kombajny na polach wczoraj, jadąc samochodem. Obejrzał się. W oddali tuż nad ziemią kotłowały się chmury. To nie mogło być nic dobrego. Prędko, wynosić się stąd!

Opanowało go przeświadczenie o demonicznym, a może nawet szatańskim zagrożeniu, wobec czego doznał nagle kolejnego olśnienia. Metodą szybkich skojarzeń przeskoczył od demona do krzyża – starego, drewnianego krzyża na rozstaju polnych dróg. Mijał go całkiem niedawno. Z pewnością nie była to współczesna manifestacja powierzchownej pobożności, a raczej miejsce ochrony przed mieszkającym na tym bezludziu złem, z czasów, kiedy ludzie przywiązywali jeszcze wagę do znaków, legend i reguł rządzących na pograniczu świata człowieka i otaczających go demonów. O tak! Spolaryzowany świat dobra i zła bywa ostatnią, nieco szaloną przystanią rozumu, nawet dla zdeklarowanego ateisty.

Ruszył szybkim krokiem przez zboże, wypatrując drogi oraz ramion upragnionego symbolu w polu widzenia. Krzyż zdawał mu się łaskawy i opiekuńczy, a przede wszystkim – zbawienny. Gdzieś tu był… mijał go wcześniej po drodze. Musi być niedaleko. Gdzieś w oddali za sobą usłyszał narastający szum powietrza. Przyspieszył, ale i szum wzmagał się. Do przodu! Do przodu! Nie odwracać się!

Znalazł drogę i odzyskał orientację w terenie – ale nadal nie oglądał się. Zapomniał o zmęczeniu i puścił się biegiem w stronę mistycznej opieki bożej. Szum jednak potężniał i nie można go było w żaden sposób już ignorować. Nie wytrzymał. Stanął momentalnie w miejscu i błyskawicznie odwrócił się. Oczom jego ukazał się wir… przeogromny jak bestia apokalipsy! Jak kolumna podtrzymująca nieboskłon! Jak smok pradawny! Nawet, jeśli te przemiany piaskowego wiru w kobiecego demona i na odwrót nie były zwykłym przywidzeniem – czy to możliwe, że to była ona? Tam? Tak upiornie olbrzymia?

Trąba powietrzna karmiona letnią spiekotą pęczniała i rozrastała się. Nie było wątpliwości, że przybliża się kolebiąc biodrami na boki. Czegoś takiego jeszcze nie przeżył. Jako starucha demon wydawał się być jeszcze odrobinę człekopodobny, można było spróbować go pokonać, albo przynajmniej oszukać… można było rozwiązać jej cholerną zagadkę! Ale to?! To było ucieleśnionym chaosem rozrywającym świat! Całożercą!

Wszystkie mięśnie momentalnie zwarły się w nim gotowe do podjęcia natychmiastowej ucieczki, lecz zaledwie odwrócił się od tego niebezpieczeństwa – stanął jak wryty, a przed nim – stała ona. Starucha miała posępną twarz, a lekko rozchylone wargi obnażały koniuszki żelaznych zębów. Spojrzała nad jego głową na nadchodzące tornado. Z jej obrzydliwej mordy emanował strach – prawie ludzki. Znowu spojrzała na niego, a potem za swoje kościste ramię. Kilkanaście kroków za nią krzyżowały się polne drogi, a jeszcze kawałek dalej stał dość duży, drewniany i nadgryziony zębem czasu krzyż. Ten, którego szukał. Tak blisko – i tak daleko.

Wszystko już mu się pomieszało. Zawiodły wszystkie znane mu logiki – od ultra-racjonalnej przez jakieś manowce science-fiction, aż po mistyczno-religijną. Nie miał bladego pojęcia z kim lub czym miał do czynienia, kiedy to coś, nie bacząc na zbliżający się kataklizm, wycharczało ponownie swoją formułkę

– MMMOOOOJJJJJEE… IIIMMMIIIIEEĘĘĘ!

– Nie wiem! Kobieto! Nie znam cię! Skąd mam wiedzieć! Czego ty ode mnie chcesz? Nie widzisz co się dzieje? Zostaw mnie! Idź sobie!

Twarz staruchy przybierała na przerażeniu, ona również odczuwała niebezpieczeństwo sytuacji. Uniosła palec prawej ręki jakby chciała skarcić spanikowanego jak dziecko chłopaka, który nie odpowiedział jej na pytanie. Chociaż… za uniesionym ku górze palcem poczwara posłała tam również wzrok. Dziwne – jak można tak gapić się w tarczę słoneczną bez mrużenia oczu? I co jeszcze dziwniejsze – on również zachował oczy szeroko otwarte, choć podążył za jej spojrzeniem.

Nagle całe napięcie z niego spłynęło. Być może absurdalność wszystkich wydarzeń sięgnęła zenitu, zaraz obok słońca? Ale chyba jednak to nie absurd. Wprost przeciwnie. Jakieś nagłe narodziny sensu w narastającym dotychczas chaosie. Krzyż… stary, drewniany krzyż. W życiu by nie pomyślał. Tak bardzo chrześcijański i zarazem znacznie starszy od chrystusowej wiary. Jak długo mógł tu stać? Wyglądał na nadgryziony zębem czasu, mógł mieć może sto pięćdziesiąt… a może nawet trzysta lat? Tak mało? To nie miało w zasadzie znaczenie. To tylko kawałek spróchniałego drewna. Jakiejkolwiek religii lub idei byśmy go nie przypisali – on i tak będzie w pierwszej kolejności odwoływał się do swojego pierwotnego desygnatu i to z tego praźródła przenikają do kolejnych warstw dziejowych motywy z nim nieodłącznie związane, jak życie, bezpieczeństwo, zwycięstwo oraz poświęcenie… a może nawet ofiara.

Na pociemniałe, drewniane ramię tego symbolu boskiej opieki wieńczącego sanktuarium pośród pól sfrunęła kania… no właśnie! Ten ptaszor to kania! Nagle to sobie przypomniał i nawet nie wiedział skąd. Miał wrażenie, że dziesiątki zamkniętych dotąd drzwi w jego umyśle gwałtownie się odblokowało.

Wskazał na rosnące w siłę monstrum powietrzne za jego plecami i po raz pierwszy zwrócił się do staruchy ze spokojem i zrozumieniem.

– Czy zdążyłbym uciec?

Zaprzeczyła ruchem głowy

Miał jeszcze kilka pytań, o ludzi z pobliskiej wsi i o nią samą, o los, przeznaczenie… ale w świetle ogarniającym teraz jego umysł, wszystkie one zdawały się czcze i nieistotne. Poza tym miał wrażenie, że zna odpowiedzi. Ale czy faktycznie mógł je znać?

Ruszył w stronę krzyża, ale starucha znowu zastąpiła mu drogę.

– MOJE IMIĘ – powtórzyła uparcie, jak gdyby była drzwiami do tej tajemnicy wymagającymi odpowiedniego klucza. Zauważył dopiero teraz, że jej postrzępione łachy przewiązane są prostym, konopnym sznurkiem, za którym tkwił piękny, srebrzysty, wygięty w łuk sztylet. Cóż za kontrast.

– A jakbyś chciała, abym cię nazywał? Polną Babą? Strzygą? A może po prostu: Południcą?

– … IMIĘ – naciskała niecierpliwie.

Raz jeszcze spojrzał prosto w słońce i raz jeszcze nie poraziło ono jego oczu. Cóż za wrażenie! Cóż za widok! Tylko nielicznym śmiertelnikom może być taki dany, tylko tym wybranym – i tym przeznaczonym. Na plecach czuł smagania narastającego wiatru. Zbliżył się do Południcy na odległość oddechu i przechylił głowę do jej ucha. Chwilę coś szeptał. Ustąpiła. Przeszedł obok niej i zbliżył się do krzyża. Kania wciąż nie umykała, a nawet zdawała się być zaciekawiona tym, co się działo.

Bogusław stanął tuż przed krzyżem. Rozłożył na boki ręce w geście akceptacji tego, co miało za chwilę nastąpić – i sam na moment stał się krzyżem. Człowiek i ptak przeszywali się wzajemnie wzrokiem.

Uderzenia wiatru targały coraz gwałtowniej otaczającymi ich łanami zbóż. W oddali chyba biły kościelne dzwony, a może to tylko krew pulsowała w jego głowie? Miał świadomość pędzącego ku nim pazura chaosu i zagłady, ale gotów był stawić mu czoła – choć w zaskakujący dla niego samego sposób. Na jego szyi błysnął zakrzywiony sztylet Południcy. Ptak sfrunął z krzyża ocierając się o jego ramię, a następnie wraz z duszą wzbił się w przestworza i był on ostatnim widokiem dla oczu Bogusława.

Niebo zgęstniało od granatowych chmur, lecz wiatr jakby się uspokoił… trąba dziwnym sposobem osłabła i po chwili zupełnie zniknęła, a skwarne powietrze przeszyły leciutkie, zbawienne nitki dżdżu.

 

autor: Artur Wasążnik

Koniec

Komentarze

Cześć.

Nie przeczytałem całości, nawet nie przeczytałem połowy, gdyż nudzą mnie długie teksty “być może o niczym”.

Niemniej mam dwa spostrzeżenia.

Po pierwsze, interpunkcja dość słaba. Brak czy nadmiar pewnej ilości przecinków da się wytłumaczyć. Ale brak kropki na końcu zdania już chyba nie.

Po drugie, bardzo, bardzo dobrze budujesz nastrój. Tutaj: odczucia jakiejś osoby w upalny dzień. Dokonałeś tego bez zbędnych zdań, bez rozwlekłych akapitów, a przy tym bardzo wiarygodnie. Wręcz odczuwalnie. Po postu świetnie.

Jeżeli dalsza część jest co najmniej równie egzystencjalna, to pewnie warto przeczytać. Ja tego nie zrobię, ale uważam, że warto.

 

Moim zdaniem narrator musi być jedyną konsekwentną osobą w tekście. Jeżeli na ogół nie jest wulgarny, to taki musi pozostać. Jeżeli jest wulgarny, to musi takim być nadal. Jeżeli używa zwrotów potocznych, to konsekwentnie. I dlatego to “pulsowanie w bani” mi tak przeszkadza.

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Piotrze Tomiliczu – skoro nie przeczytałeś nawet do połowy, to zapewne ominęło Cię sporo dobrego smiley, a już na pewno możliwość sprawdzenia, czy faktycznie tekst jest (”być może”) o niczym .  Początki zwykle są dopiero wstępem do czegoś znacznie więcej. W każdym razie dziękuję za dobrą opinię nawet samego początku. 

Co do interpunkcji – jest tam faktycznie kilka przeoczeń… tak mi jakoś wyszło na gorąco. Poprawię to do wieczorka, choć wydaje mi się, że drobne uchybienia w interpunkcji nie wpływają znacząco na treść i formę na ty etapie. Ale oczywiście: poprawić trzeba laugh

Hmmm. Zakończenie nie przypadło mi do gustu. Nie lubię, kiedy Autor tak nic nie wyjaśnia. Kim w końcu była kobieta? Do czego dążyła?

Oprócz przecinków masz jeszcze jakieś literówki, czasami problemik z pisownią łączną/ rozdzielną.

I na tą chwilę nic mądrzejszego nie zaprzątało już jego myśli.

Tę chwilę.

– O co Pani chodzi?!

A dlaczego dużą literą? Gdzie indziej trzymasz się raczej małej.

on i tak będzie w pierwszej kolejności odwoływał się do swojego pierwotnego desygnatu

Zdaje się, że pierwotny desygnat krzyża to narzędzie paskudnych tortur. No, jeśli to miało dodać bohaterowi otuchy… ;-)

Babska logika rządzi!

I na tą chwilę nic mądrzejszego nie zaprzątało już jego myśli.

Tę chwilę.

 

słusznie smiley dzięki.

 

on i tak będzie w pierwszej kolejności odwoływał się do swojego pierwotnego desygnatu

Zdaje się, że pierwotny desygnat krzyża to narzędzie paskudnych tortur. No, jeśli to miało dodać bohaterowi otuchy… ;-)

 

Ależ skąd! Krzyż to bardzo stary symbol używany w niemal wszystkich religiach pogańskich. Używanie krzyża przez np. Rzymian jako narzędzia kaźni było dużo późniejsze. Zresztą wszystko zależy od interpretacji: Ty interpretujesz to z punktu widzenia właśnie rzymskiego: kaźń, ale dla religii chrześcijańskiej nie chodziło o kaźń, ale o dobrowolną ofiarę, poświęcenie itd. Więc nawet w tym kontekście nie jest to jednoznaczne

Co do zakończenia – w porządku, zrobiłem małą zmianę, ale niestety: nie wyłożę całej kawy na ławę. To byłoby za proste.

Co do “kobiety” – kim była, o co jej chodziło – może przeoczyłaś… to jest tam napisane: część wprost, a część między wierszami.

 

Krzyż. OK, ten symbol pojawia się w wielu pogańskich religiach. Ale chyba nie w takim kształcie, jaki widział bohater. Raczej równoramienny – jerozolimski, grecki, wpisany w okrąg, swastyka… Albo egipski ankh z pętelką. Krzyż łaciński chyba pierwotnie służył tylko do tortur. Ale ja się nie znam.

Uwaga, spoilery!

Kobieta. Wygląda na południcę. Na imię zapewne ma Kania. Być może pragnie dżdżu. Ale czy śmierć bohatera wywołuje deszcz? Dlaczego?

Babska logika rządzi!

krzyż to krzyż… może przybierać różne formy, ale zasadniczo chodzi o tak czy owak skrzyżowane proste linie. Chrześcijaństwo też się posługiwało krzyżem równoramiennym. Oczywiście ten uznawany współcześnie za chrześcijański jest odzwierciedleniem domniemanego narzędzia ukrzyżowania Jezusa. A jednak krzyż, to krzyż (tak jak swastyka to swastyka, choć ma wiele interpretacji w różnych kulturach – co innego w Buddyźmie, co innego u Słowian, co innego u nazistów)

 

Co do kobiety – TAK! Dobrze interpretujesz! Może z wyjątkiem imienia… jak ta południca miała na imię, to wiedział tylko bohater, ale tego nie usłyszeliśmy. Ta rzecz do końca pozostaje tajemnicą… nie wszystko musimy wiedzieć (od razu). Czemu południce robiły to co robiły? A kto to zgadnie smiley.  Zagadki i takie tam. Po prostu robiły i już. Ale masz rację – tu połączyłem kilka motywów pogańsko-słowiańskich i potraktowałem południcę jako swego rodzaju strażniczkę pól powiązaną z bogiem słońca i obfitości Dać-bogiem, którego symbolem był właśnie krzyż. Motywy ofiar z ludzi dla przerwania suszy zachowały się w niektórych baśniach ludowych i to dość dosadnie – o ile pamiętam to np. jedna z baśni pomorskich, chyba o tytule “Bożena”… jak ktoś lubi, to sobie znajdzie.

Z motywów ludowo-słowiańsko-pogańskich korzystam tu dość obficie. To jest historyjka zmyślona, ale myślę, że ducha słowiańsko-ludowwego trzymam się dość wiernie.

I wreszcie dlaczego?  aby czegoś uniknąć i aby coś osiągnąć… a więc zbawienny deszcz to połowa :). Ostatnia scena to misterium i ofiara – nieodłączne w każdej religii.

 

 

Hmmm. No to może Mokosz?

Wydaje mi się, że dobrze byłoby uwypuklić te motywy słowiańskie, bo nie rzucają się w oczy.

Babska logika rządzi!

acha – a ptak to w symbolice wielu ludów przedchrześcijańskich wcielenie duszy zmarłych, zaś kania… no nie smiley nie chcę mówić zbyt dużo. Ten tekst został pomyślany trochę na styl Stanisława Lema, a więc jest trochę jak cebula, ma wiele warstw i za każdym motywem czy postacią stoi jakieś drugie, albo i trzecie dno. Nie chodzi o to, żeby wszystko wyjaśnić, ale żeby raczej skłonić do dociekania.

Mokosz, to już inny kierunek. Ale jak widzę to celowe niedopowiedzenie spełniło swój zamiar: dociekasz smileyyes. A co do uwypuklenia słowiańskich motywów – może i tak, ale nie chciałem być w tym zbyt nachalny. Wolę, żeby dociekliwy czytelnik to sobie odkrył po trosze sam. Znam osoby, które przerwałyby czytać mój tekst gdyby tylko zobaczyły, że tam jakieś pogańskie opowieści są… Starałem się raczej, aby pierwsza warstwa “cebuli” była po prostu opowiadaniem, a dopiero kolejne warstwy…

Dać Bóg nie mógł lepszej pogody niż skwar na życie i innych zbożach ← chyba nigdy nie czytałam dziwniejszego początku opowiadania :D Chwilę trwało, zanim dotarło do mnie, że życie to nie życie ;)

 

jej końca nie było widać.

Zbliżało się południe i upał robił się coraz bardziej nieznośny. Powietrze było jakieś ciężkie, gęste i gumowate – nie sposób było się nim nasycić.

 

i padł ciężko na wznak ← gdzie zjadło kropkę?

 

Przydałoby się używać więcej przecinków, na przykład tutaj: Kiedy otworzył znowu oczy(+,) złocista kolumnada smyrała koniuszkami wąsatych kłosów

 

w nadziei, że wypluje z siebie resztki irracjonalizmu ← Żeński pierwiastek jest irracjonalny? Oho, szowinizm…

 

– Ludzie… – sStara kobieta znowu popadła

 

 

Zupełnie nie mój target, ta historia. Pochwalić muszę, że choć tworzysz, autorze, długie zdania, to robisz to bardzo zgrabnie i wcale nie potrzebują rozbijania na atomy. Ładnym stylem napisane.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Enazet:

Dać Bóg nie mógł lepszej pogody niż skwar na życie i innych zbożach ← chyba nigdy nie czytałam dziwniejszego początku opowiadania :D Chwilę trwało, zanim dotarło do mnie, że życie to nie życie ;)

 

…hmmm taki mały przemyt postaci bóstwa słowiańskiego i stąd to nieforemne zdanie… ale to celowe – i faktycznie ten początek to zdecydowanie zabawa językowa dla ludzi z targetu słowiańskiego  smiley

 

w nadziei, że wypluje z siebie resztki irracjonalizmu ← Żeński pierwiastek jest irracjonalny? Oho, szowinizm…

 

Zależy w której koncepcji filozoficznej. Są takie, które pozaracjonalne (lub dla niektórych irracjonalne… punkt widzenia zależy od punktu siedzenia) aspekty naszego umysłu, jak np. intuicja określają jako żeński pierwiastek, a racjonalizm – jako męski pierwiastek.  A więc żaden szowinizm, tylko dualistyczne zobrazowanie wewnętrznej walki w bohaterze między tymiż pierwiastkami jego umysłu (gdzie zresztą pierwiastek żeński wreszcie zwycięża). Szowinizm byłby wtedy, gdybym pokazywał jakieś wartościowanie – racjonalizm dobry, a wszystko inne to złe i do tego racjonalizm to tylko mężczyźni, a kobiety to racjonalizmu nie mają… O! To jest szowinizm. Ezanet – nie ma sensu brać tego rodzaju opisów sbyt dosłownie i osobiście. To taka przenośnia bazująca na  jakiejś filozofii. cool

Jakkolwiek bliższa moim wyobrażeniom jest południca opiewana przez Kazimierza Grześkowiaka https://www.youtube.com/watch?v=_vHMBpDSYtw, to muszę przyznać, że Twoja baba o żelaznych zębach w niczym jej nie ustępuje. Co tu dużo mówić, było gorąco…

Przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. ;-)

 

przy­jem­ność re­zer­wu­ją sobie tylko kom­plet­ne de­bi­le… – przy­jem­ność re­zer­wu­ją sobie tylko kom­plet­ni de­bi­le

 

a pew­nie ze­rwał­by się na równe nogi i rwał­by ze wszyst­kich sił… – Nie brzmi to dobrze.

Może: …a pew­nie ze­rwał­by się na równe nogi i gnałby ze wszyst­kich sił

 

Po­dwo­ił siły pró­bu­jąc stra­cić z sie­bie czar­cią babę… – Literówka.

 

Jeden z kie­run­ków przy­cią­gnął jej uwagę. Wcią­gnę­ła nad­pły­wa­ją­cy stam­tąd za­pach… – Może w pierwszym zdaniu: Jeden z kie­run­ków zwrócił jej uwagę. Lub w drugim: Wchłonęła nad­pły­wa­ją­cy stam­tąd za­pach

 

Nie ważne, to i tak nie wró­ży­ło mu zbyt do­brze.Nieważne, to i tak nie wró­ży­ło mu zbyt do­brze.

 

od­sła­nia­jąc długi na wiele set me­trów klin… – …od­sła­nia­jąc długi na wieleset me­trów klin

 

jed­nak nie już było czasu na de­lek­to­wa­nie się bólem. – …jed­nak już nie było czasu na de­lek­to­wa­nie się bólem.

 

łany zło­ci­ste nie tknię­te nawet do­ty­kiem naj­mniej­sze­go wia­tru… – Może: …łany zło­ci­ste, nie tknię­te nawet muśnięciem/ powiewem naj­mniej­sze­go wia­tru

 

Pru­szy­ła nimi już cała oko­li­ca.Prószy­ła nimi już cała oko­li­ca.

 

po­zo­sta­łych po żni­wach, jakie nie­któ­rzy oko­licz­ni rol­ni­cy już roz­po­czę­li. – …po­zo­sta­łych po żni­wach, które nie­któ­rzy oko­licz­ni rol­ni­cy już roz­po­czę­li.

 

Być może ab­sur­dal­ność wszyst­kich wy­da­rzeń sta­nę­ła już na wy­so­ko­ści ze­ni­tu… – Być może ab­sur­dal­ność wszyst­kich wy­da­rzeń sięgnęła ze­ni­tu

 

Wy­glą­dał na ste­ra­ne­go zębem czasu… – Wy­glą­dał na nadgryziony/ naruszony zębem czasu

 

To tylko ka­wa­łek spróch­nia­łe­go drze­wa. – Raczej: To tylko ka­wa­łek spróch­nia­łe­go dre­wna.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieszę się niebywale. Wkrótce poprawię błędy. Dzięki za ich wypunktowanie.

Gostomyśle, daj znać,że tekst poprawiony. Kliknę Bibliotekę. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

poprawione zgodnie z sugestiami, poza drugą – użyłem innego zwrotu.

 

 

Bardzo się cieszę i spełniam obietnicę. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka