- Opowiadanie: Gostomysł. - Mamo, czy to ty?

Mamo, czy to ty?

Wersja poprawiona, z obszernym, nowym zakończeniem. Jeśli ktoś czytał już wcześniej, a chciałby zobaczyć, czy nowa wersja wypadała lepiej, to polecam przeczytać jeszcze raz ostatnie 20-25% tekstu (od Marylki nucącej melodię). We wcześniejszych fragmentach dodałem tylko ludowe Oj-da do ludowej przyśpiewki  ;P

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Mamo, czy to ty?

 

W cieniu stała i patrzała,

Żadna z nich jej nie widziała.

Oj-da, oj-da-da, oj-da, oj-da.

 

Gdyby która zobaczyła,

To na swego by baczyła…

Oj-da, oj-da-da, oj-da, oj-da.

 

Dlaczego właśnie ta melodia? Przecież była strasznie drętwa, jakaś taka staroświecko-wsiowa, zagrana rozstrojonymi skrzypkami, w rytm źle naciągniętego bębna. A jednak ten motyw muzyczny przypominał Cecylii jej dzieciństwo i ciepły, pełen dobroci głos ojca, który śpiewał ją czasem na dobranoc.  To był pewnie jedyny, ale za to bardzo ważny powód wybrania tych ludowych rzęchów na melodię dzwonka jej telefonu. Czuła się przy niej pewna siebie, bezpieczna, jakby znajdowała się wciąż w ojcowskich ramionach. A przecież jej tata nie żył już od dobrych dziesięciu lat… A może właśnie dlatego? Te koślawe skrzypki i ten obciachowy bęben wystarczały, aby jej pamięć natychmiast dołączała do tego jeszcze cichy, niski głos jej ojca.

Zanim podbiegła do biurka na którym leżał jej telefon – melodia “dzwonka” ucichła. Nieważne. I tak miała zajęte obie ręce, a przecież domyślała się kto to taki. Było już chyba dość późno, a więc jej przyjaciółka Marylka musiała się denerwować i niecierpliwić. Miała zostać z dziećmi tylko do godziny siedemnastej, do czasu aż Cecylia wróci z pracy… tylko, że kto mógł wiedzieć, że właśnie dziś zejdzie jej tak długo? Biura dawno opustoszały i jedynie sprzątaczki oraz pracownicy ochrony kręcili się jeszcze tu i ówdzie po biurowcu. Która to mogła być godzina? Dziewiętnasta? Dwudziesta?

Odłożyła stertę katalogów, które po długich poszukiwaniach odnalazła wreszcie w czeluściach firmowego magazynku i spojrzała na zegarek. Dwudziesta trzydzieści pięć. Tragedia! Pomyślała, że koniecznie powinna zadzwonić do Marylki i ją przeprosić, zapewnić, wyjaśnić… ale po chwili zrezygnowała z tego pomysłu. „Na pewno jest wściekła – przebiegło jej przez myśl. – Ja za niecałą godzinkę będę w domu, a do tego czasu może trochę ochłonie?”. Pospiesznie naciągnęła na siebie płaszcz, chwyciła z krzesła torebkę i wrzuciła do niej telefon nie tracąc czasu na sprawdzenie choćby nieodebranych połączeń. Wybiegła na korytarz i wpadła do pustej windy. Wcisnęła guzik, drzwi zamknęły się i dźwig zaczął opuszczać ją w dół. Czuła zmęczenie, ale też zadowolenie z owocnej pracy dzisiejszego dnia, a jeszcze bardziej, że się ta praca nareszcie skończyła i oto wraca do dzieci. Powoli spływał z niej cały stres i ogarniała jakaś błogość.

Winda zatrzymała się na parterze, drzwi otworzyły się, a Cecylia szybkim krokiem ruszyła ku przeszklonemu wyjściu, gdy z jej torebki ponownie doleciał zduszony dźwięk skrzypek. Z tyłu głowy ponownie zabrzmiał cichy śpiew jej ojca:

 

W cieniu stała i patrzała,

Żadna z nich jej nie widziała.

Oj-da, oj-da-da, oj-da, oj-da.

 

„Litości! – warknęła sama do siebie pod nosem – dajcie mi wreszcie wyjść z pracy!”. Skrzypek najwyraźniej się uparł i rżnął od ucha ile wlezie. Za szybą fasady biurowca wtórował mu listopadowy wiatr z drobnym deszczem. Lepiej było rozmawiać teraz, w ciepłym, suchym i zacisznym holu. Zatrzymała się, wyjęła aparat. Na ekranie wyświetlał się napis „DOM” – a więc to telefon stacjonarny, na parterze, w pokoju gościnnym.

– Mamo, czy to ty? – Usłyszała po drugiej stronie cieniutki głosik swojej córeczki.

– Tak, Miłeczko – odpowiedziała Cecylia czułym głosem pomimo zmęczenia. – To ja. Zasiedziałam się w pracy, ale już niedługo będę w domciu, wiesz?

– To na pewno ty? – Zapytała jakoś dziwnie córka.

– Tak, to ja, córuchno.

– Dlaczego… dlaczego wchodzisz od tarasu?

Na kilka sekund Cecylii odjęło mowę. Do jej świadomości dopiero teraz docierał sens słów jej dziewięcioletniej córki.

– Mamo? – Ponownie odezwała się Miłka, a w jej głosie słychać było teraz wyraźnie lęk. Cecylia oprzytomniała momentalnie.

– Córuś, co tam się dzieje? Daj mi ciocię Marylkę do telefonu.

– Nie ma jej.

– Jak to nie ma? A gdzie jest?

– Wyszła już dawno. Powiedziała, że ty zaraz wrócisz – głos Miłki ściszył się już niemal do szeptu i dla Cecylii stało się oczywiste, że w domu dzieje się coś złego.

– A gdzie twój braciszek? – spytała wiedziona jakimś dziwnym przeczuciem.

– Urko jest na piętrze… kazałam mu zostać w jego pokoju – tym razem ze słuchawki dobywał się już zdecydowanie cichy, konspiracyjny szept jej córki. Bała się. I Cecylia również zaczęła się bać. Ale dopiero kolejna odpowiedź Miłki zmroziła ją na śmierć.

– Jesteście w domu sami!?

– Chyba nie…

 

***

 

Myśli przebiegały jej przez głowę równie szybko, jak światła kolejnych latarni ulicznych, odbijających się w szybach jej rozpędzonego samochodu. Właśnie po raz czwarty próbowała połączyć się z Marylką. Przyłożyła słuchawkę do ucha…

Użytkownik tego numeru jest poza zasięgiem” – usłyszała mechaniczny, kobiecy głos.

Cecylia kipiała złością i była na skraju wybuchu. Wreszcie odezwały się wsiowe skrzypki i po raz kolejny pamięć przyniosła jej zasłyszano dawno tekst.

 

W cieniu stała i patrzała,

Żadna z nich jej nie widziała.

Oj-da, oj-da-da, oj-da, oj-da.

 

Gdyby która zobaczyła,

To na swego by baczyła…

 

Na ekranie komórki wyświetliło się imię „MARYLKA”. Wreszcie!

– Siemasz Calineczko – odezwał się głos w słuchawce. Przyjaciółka w przypływie dobrego humoru uwielbiała łączyć imię Cecylii z jej niskim wzrostem… ale tego wieczora lepiej by było, gdyby Marylka nie okazywała takiej pogody ducha.

– Gdzie ty się podziewasz!? – Wrzasnęła jakby wbrew samej sobie Cecylia.

– O czym ty mówisz? – Odparła zdezorientowana przyjaciółka. – A gdzie ty jesteś?

– A jak myślisz, idiotko? – Nerwy wymykały się jej spod kontroli. Na szczęście Marylka zignorowała tą obelgę i starała się skierować rozmowę na rzeczowe tory.

– Tylko nie mów mi proszę, że jeszcze jesteś w pracy.

– Dopiero co wyszłam i pędzę jak głupia!

BIP!

Jakiś mechaniczny dźwięk wdarł im się na chwilę między zdania, ale go zignorowała.

– Czy coś się stało? Czemu jeszcze nie jesteś w domu?

– A dlaczego ty tam nie jesteś?

– Przecież dzwoniłam do ciebie, że muszę wyjść wcześniej! A ty mi odpisałaś, że zaraz będziesz.

– Co takiego? Ja ci tak odpisałam? Co ty bredzisz, dziewczyno?

– A ty lepiej sprawdź sobie SMS-y… o co ci chodzi? Czy coś się stało?

– Właśnie nie wiem, ale Miłka czegoś się wystraszyła… a ciebie tam nie ma! – Głos Cecylii tym razem zabrzmiał, jakby się miała zaraz rozpłakać.

– Ceculo moja… no musiałam pilnie wyjechać z moim Hubertem. Mówiłam ci już wczoraj, jak się umawiałyśmy… Ale ty nie pamiętasz.

BIP!

Kolejny sygnał w słuchawce. Tym razem Cecylia odsunęła aparat od ucha i spojrzała na rozjaśniony ekran. „DWA POŁĄCZENIA NIEODEBRANE” – obwieszczał napis w górnej części, zaś w dolnej widniało dopowiedzenie: „DOM”. Na ten widok poczuła ukłucie w sercu, a jej głos natychmiast złagodniał.

– O Boże! Miłeczka dzwoni do mnie… Marylko, pogadamy później, ale błagam: weź Huberta i idźcie tam zaraz do nas…

– To trochę zajmie – przerwała jej przyjaciółka. – Możemy być za niecałe pół godziny, jesteśmy dość daleko.

– Chryste Panie! Ile? Pół godziny? Zostawiłaś moje dzieciaki i pojechałaś na promocje w Kauflandzie, czy jak? Marylka! – Cecylii łamał się głos i wybuch histerii był już tylko kwestią sekund.

BIP!

Po raz trzeci odezwało się w słuchawce i znowu na ekranie wyświetlił się „DOM”. Cecylia bez słowa pożegnania zerwała połączenie i natychmiast wybrała opcję „ODDZWOŃ”. Po drugiej stronie długo nie odzywał się nikt, aż wreszcie pojawił się niepewny głosik Miłki.

– Tu mamusia, Miłeczko. Wszystko u was w porządku? Dzwoniłaś, prawda?

– Mamusiu… szukałam wszędzie, ale go nie ma. – Odparła niemal przepraszająco mała.

– Czego nie ma? – Nie mogła połapać się Cecylia.

– No Urko! Był w swoim pokoju, a teraz nie ma go nigdzie.

Zdawało się jej, że utraciła na chwilę akcję serca, a krew zastygła w żyłach. A mimo to starała się zachować panowanie nad sobą.

– Niemożliwe… czy szukałaś u mnie w pokoju? Albo w kuchni? W szafach?

– Tak. Gdzie się tylko dało, ale bałam się przechodzić obok drzwi tarasowych.

– Dlaczego?

– Bo one są otwarte.

– To może wyszedł do ogródka, córuś. Sprawdzałaś?

– Mamo, jego buty i kapcie zostały w domu…

– Miłeczko – Cecylia podjęła nagle decyzję. – Posłuchaj mnie uważnie. Biegnij zaraz do mojej sypialni i zamknij się tam od środka! Zrozumiałaś?

– Tak.

– Natychmiast!

W słuchawce odezwał się długi sygnał przerwanego połączenia. Cecylia starała się panować nad swoimi emocjami. Dopóki nie wróci Marylka – była z tym problemem zupełnie sama. W takich chwilach żałowała, że wśród żywych nie ma już jej ojca, ani jej matki, która również nie żyła od lat, a na swojego męża nie mogła liczyć… choćby z tego powodu, że nie był już jej mężem od roku, a ona dopięła swego i ostatnio pozbawiła go nawet prawa do widywania się z dziećmi.

Wtedy ją coś olśniło i bez chwili zastanowienia zaczęła szukać numeru swojego „byłego” w pamięci telefonu. Nie było to jednak proste zadanie, bo na przestrzeni ostatniego roku kilkakrotnie zmieniała mu nazwę: najpierw z „Mareczka” na „Łysego Palanta”, później „Wyleniałego Prostaka”, następnie chyba na „Skunksa Golonego”… Tych opisowych etykiet w jej telefonie pod adresem jej Marka było naprawdę dużo i nie mogła sobie przypomnieć, która z nich to ta aktualna. Żeby choć wszystkie one zaczynały się na tę samą literę… a tu nie! Do tego też wiele wskazywało na to, że najwyższy czas na kolejną zmianę etykiety Marka w jej aparacie. Tym razem na „Kidnaper”!

Skręciła z głównej trasy śródmiejskiej w jakąś boczną uliczkę, bo dalej spodziewała się korków, a tak to przynajmniej spróbuje objechać miasto przedmieściami. Później na terenach niezabudowanych pójdzie jej szybciej i będzie mogła wcisnąć gaz do dechy.

Ciągle nie wypuszczała jednak telefonu z ręki. Na ekranie co jakiś czas uparcie powracała lista tych, którzy próbowali się z nią skontaktować, kiedy była jeszcze w pracy. Trzy nieodebrane połączenia oraz trzy SMS-y, w tym jeden wychodzący. „Wychodzący? – Cecylia była zbita z tropu. – Ode mnie?”.

 

Marylka: „Nie mogę się dodzwonić do ciebie. Kiedy będziesz w domu? Pilne.”

Cecylia: „Zaraz”.

Marylka: „Super! Dzieci jadły. Muszę pilnie wyjść. Tak jak ci mówiłam”.

 

Wytężyła pamięć i wreszcie uchwyciła kilka jakichś ulotnych obrazów:

…Dzwonek telefonu w czasie pracy – jak zawsze w najmniej odpowiednim momencie.

…Potem jakieś sygnały SMS-ów – pewnie o nieodebranych połączeniach i zostawionych wiadomościach.

…I wreszcie odgrzebała we wspomnieniach tamtą chwilę. Gdzieś w drodze między własnym gabinetem a biurem szefa, w trakcie szybkiego marszu, bez żadnego czytania otrzymanych wiadomości, to jedno pospiesznie odpisane: „zaraz”.

 

No tak, ale to miało oznaczać, że „zaraz oddzwoni”: jak tylko skończy rozmowę z szefem, jak tylko wyśle pilną wycenę do klienta, jak tylko odnajdzie w magazynie foldery, które musiały być gotowe do wysyłki z samego rana… Nie wpadła na to, że przyjaciółka zadała jej w SMS-ie jakieś pytanie tego rodzaju. „Co za fatalny splot okoliczności”!

Była już w terenie podmiejskim, na wpół lesistym i nie wszędzie oświetlonym ulicznymi latarniami, gdy nagle kątem oka – wciąż skupionego na małym ekranie telefonu komórkowego – zauważyła, że coś przebiegło jej drogę. Tuż przed maską! Nie kot, nie pies, nie dzik… to było znacznie wyższe, ale nie potrafiła w tamtej chwili tego zidentyfikować. Odruchowo wcisnęła pedał hamulca, a rozpędzony samochód wpadł w poślizg. Wywinęła kilka zygzaków od pobocza do pobocza, by następnie stracić resztki panowania nad pojazdem i wylądować w rowie. Na szczęście w nic nie uderzyła i jej samej też się nic nie stało, ale położenie w jakim znalazło się jej auto uniemożliwiało samodzielny powrót na jezdnię. „Bez wyciągania ciągnikiem raczej się nie obejdzie” pomyślała…

 

***

 

Mężczyzna przygładził resztki swoich mocno przerzedzonych na czubku głowy włosów, nie mogąc uwierzyć w to co ujrzał. To, że od czasu do czasu, w przypływie gorszych dni wydzwaniała do niego była żona z całą listą specjalnie wymyślonych pod jego adresem impertynencji – do tego już zdążył się przyzwyczaić. Ale żeby Cecylia w sprawach tak „bliskich jej sercu i temperamentowi” wyręczała się przyjaciółką? No tego by się nie spodziewał. Chyba że to miało być takie jej „sprytne zagranie”, w odpowiedzi na coraz częstsze ignorowanie połączeń od niej? „Czyż ona nie jest błyskotliwa?” – postawił sobie retoryczne pytanie, a następnie przycisnął kciukiem ikonę zielonej słuchawki.

– Marylka? Czy może… – zaczął, ale natychmiast przerwano mu wpół słowa.

– Zdziwiony? To dobrze, bo w normalnych okolicznościach do kogoś takiego jak ty to bym nie dzwoniła. Ale trudno, nie mam wyboru. – Trajkotała psiapsióła jego byłej żony, a potem dodała podniesionym głosem – Tylko nie przerywaj mi teraz!

– Przecież nic nie powiedziałem… – odparł Marek nieco zdezorientowany, ale też domyślając się z jej zachowania, że musiało wydarzyć się coś bardzo niepokojącego. W żadnym też innym przypadku Marylka, która od czasu jego rozwodu z Cecylią po prostu go nie znosiła, nie zadałaby sobie trudu, aby kontaktować się z nim z własnej, nieprzymuszonej woli.

– Jesteśmy z Hubertem u Cecylii w domu – kobiece trajkotanie ponownie zdominowało ich konwersację. – Jest problem i to duży. Bo wygląda na to, że ktoś się tu włamał i porwał Urko. Miłka jest wystraszona i wygaduje takie historie, że się po prostu włos na głowie jeży! A Cecylia miała być już w domu, ale jej nie ma, a jej telefon nie odpowiada… Jesteś tam jeszcze w ogóle?

– Jestem, jestem – wycharczał zduszonym głosem, ledwie przeciskającym się przez nagle wyschnięte gardło.

– I nic cię to nie obchodzi, prawda?

– Tego nie mówiłem.

– No właśnie o to chodzi, że ty nic nie mówisz!

– Przecież kazałaś mi słuchać…

Ta rozmowa zapowiadała się koszmarnie. Marylka reagowała bardzo emocjonalnie mieszając w jednym tyglu swoją osobistą pogardę pod jego adresem z obecną, pełną niepokoju, ale trudną na razie do zrozumienia sytuacją. Zresztą Cecylia zrobiłaby na pewno to samo… obie były „po jednych pieniądzach”. Na całe szczęście w słuchawce po chwili dobiegających stamtąd niezrozumiałych szeptów rozległ się nieco bardziej stonowany głos narzeczonego Marylki.

– Cześć Marku, tu Hubert…

– Cześć. Co tam się dzieje? Niewiele zrozumiałem z tego słowotoku Marylki, ale brzmi to dość… hmmm… strasznie.

– No właśnie… to dziwne, ale nie możemy nigdzie znaleźć twojego syna Urko. Przeszukałem już chyba całą posesję, pytaliśmy sąsiadów. Nic. Kamień w wodę.

– A pytaliście Miłkę? Co mówiła?

– Że ktoś, a konkretnie… – zająknął się Hubert, ale zaraz jakby porzucił podjętą przed momentem myśl. – Zresztą to akurat może nieważne. – Próbował ominąć jakiś niewygodny wątek.

– Co mówiła?! – Marek starał się sprowadzić Huberta do sedna sprawy.

– …Że ktoś zakradł się do domu od tyłu, przez drzwi tarasowe i uprowadził Urko.

– Że niby… porwał?

– Na to wychodzi…

– To niedorzeczność – zaprotestował Marek. – Pięcioletnie dziecko z wrodzonymi wadami, z niedorozwojem, z częściową deformacją twarzy i kończyn? Nie mów tylko Hubercie, że bagatelizuję problem, ale sam pomyśl: nawet handlarz żywym towarem nic by nie zyskał na tym biednym dziecku.

– Prawdę mówiąc w pierwszej chwili pomyśleliśmy… o tobie.

– Ano tak… że niby z powodu utraty praw rodzicielskich, no nie? A przecież znacie mnie wystarczająco długo. Ech…. – westchnął z wyraźną nutą zawodu.

– Wiesz stary, to nie są żarty. Musimy brać różne ewentualności pod uwagę – tłumaczył się Hubert, który mimo wszystko zawsze miał dużo sympatii do Marka i żałował, że rozstali się z Cecylią w taki wojenny sposób. – Ale nie martw się, bo teraz mamy chyba bardziej racjonalny trop…

– Poczekaj. A czy ktoś pomyślał o zawiadomieniu policji?

– Policja powie nam to samo, żeby najpierw przeszukać okolicę, popytać sąsiadów, podzwonić do rodziny… Musimy być pewni, że chodzi o uprowadzenie.

– …A o tym, że to porwanie, to wiemy tylko od Miłki, czy tak?

– Tak, ale są jeszcze poszlaki…

– Poczekaj, poczekaj – przerwał mu ponownie Marek. – Powtórz mi najpierw dokładnie, co wam powiedziała Miłka. Marylka trajkotała, że moja córka opowiada „takie historie, że się włos jeży”… więc o co chodzi?!

– Miłeczka upiera się, że widziała… no wiesz… swoją babcię.

Na moment nastała cisza, aż wreszcie przerwał ją Marek głosem pełnym niedowierzania.

– Urszulę?

– Dokładnie tak.

– Urszula nie żyje jakoś… od sześciu lat. To było w każdym razie krótko po tej tragicznej śmierci ojca Cecylii. Nawet nie wiem, czy Miłka może ją pamiętać, chyba że ze zdjęć.

– To przecież jasne, że babcia Urszula nie wstała z grobu i nie przyszła po nigdy nie widzianego wnuka. – Hubert starał się chyba zapewnić Marka o swoim realistycznym podejściu. – To pewnie tylko przywidzenie, bo w ciemności i w takim stresie każda starsza osoba mogła jej się wydawać jej babcią z fotografii. Ale to nas właśnie naprowadza na inny ślad.

– To znaczy?

– Kojarzysz tą szurniętą Zaleską, po drugiej stronie parku?

– Ach! To jest ten wasz ślad!? – Westchnął po raz kolejny z rozczarowaniem w głosie Marek i znowu aż złapał się za łysinę – No powiedzmy, że to wariatka, ale zupełnie nieszkodliwa!

– Zostańmy raczej przy określeniu „wariatka”. W dodatku taka, która jeszcze dzisiejszego ranka podczas spaceru po parku bez powodu zbiła Urko wierzbowymi witkami, że dzieciak wył wniebogłosy jak zwierzę. Marylka mi to mówiła. A zauważ, że od strony parku jest taras i mała furtka, którą teraz znalazłem uchyloną. A kto jest za parkiem?  – Zapytał retorycznie i niemal z uwielbieniem dla własnej przenikliwości. – Stara Zaleska! Bo jeśli nie ona, to musimy chyba powrócić do ciebie z podejrzeniami, stary.

– Co za obłęd! – ocenił surowo Marek. – Jedna teoria głupsza od drugiej. Wiesz co? Zostań tam gdzie jesteś z Miłką i Marylką… a już na pewno nie zabieraj narzeczonej do Zaleskiej, bo jest tak nabuzowana, że jeszcze jakieś nieszczęście się wydarzy. Lepiej szukajcie dalej Urko i dzwońcie do Cecylii. Ja sam pojadę do tej waszej wariatki, a potem przespaceruję się parkiem, rozejrzę się i przyjdę do was.

 

***

 

Radiowóz z piskiem opon zatrzymał się przed kobietą, która niespodziewanie wyłoniła się z ciemności. Na pierwszy rzut oka przypominała jakąś bizneswoman… albo raczej tak było jeszcze tego ranka. Teraz może bardziej sprawiała wrażenie, jakby w garsonce i szpilkach pokonała kilkaset metrów biegiem – i pewnie to zniweczyło jej niedawną elegancję.

 Oddychała ciężko i wymachiwała rękoma, jak gdyby błagając o pomoc. Na jej twarzy malowało się przerażenie. Zabiegła samochód policyjny z boku i zaczęła siłować się z klamką, chcąc jak najprędzej schować się w środku. Jeden z policjantów opuścił szybę i lekko wychylił głowę.

– Czy wszystko u pani w porządku? – zagaił troskliwie.

– Proszę mi pomóc! – krzyknęła takim głosem, który wystarczył za całą odpowiedź. – Błagam! Proszę mnie wpuścić!

Obaj funkcjonariusze spojrzeli niepewnie po sobie, ale w końcu ten drugi, ten, który siedział za kierownicą pojazdu przycisnął guzik zwalniający blokadę. Kobieta w jakiejś niezrozumiałej panice na czworakach wgramoliła się na tylne siedzenie, po czym błyskawicznie przekręciła się i zatrzasnęła drzwi za sobą. Uparcie szukała wzrokiem czegoś w mrocznej ścianie lasu, z którego przed chwilą wybiegła.

– Spokojnie, proszę pani – odezwał się łagodnym głosem policjant na siedzeniu pasażera. – Co się stało? Wypadek jakiś? Ktoś jest ranny? Jak możemy pani pomóc?

– Proszę tam popatrzeć! – Odparła rozkazującym tonem i wskazała palcem na coś w pomroce leśnej. Nadal ciężko sapała, ledwie łapiąc powietrze w zmęczone płuca.

Ponownie funkcjonariusze wymienili zakłopotane spojrzenia. Wreszcie ten na miejscu pasażera wyjął ze schowka latarkę i wypuścił snop światła na prawe pobocze i jeszcze dalej – między drzewa. Nagle w odległości około czterdziestu metrów, tam gdzie już prawie kończył się zasięg promienia, dostrzegł dwie wyprostowane i zwrócone w ich stronę postacie. Z tej odległości nie było widać dobrze kolorów, ale jasnoszary odcień na niemal całym ich ciele przywodził na myśl nagą skórę.

– Tak! To tam! – Potwierdziła kobieta.

Policjant-kierowca spojrzał przez ramię swojego kolegi i zapytał.

– Zna pani tych ludzi?

– Ludzi?! – kobieta zareagowała tak, jakby ktoś właśnie palnął największe głupstwo swojego życia. – Niech pan spróbuje się do nich zbliżyć, to pan zobaczy jacy to „ludzie”. Na miłość boską, niech panowie to zastrzelą!!! – Zakończyła niemal z wrzaskiem.

Policjanci znaleźli się w dość niewygodnej sytuacji. Z jednej strony rozhisteryzowana kobieta sprawiająca wrażenie przynajmniej napastowanej przez nieznanych, obnażonych napastników. A jednak z drugiej – co jeśli tamtych dwoje nagusów to po prostu jakaś para kochanków, których ta bizneswoman zdybała niechcący… no właśnie: skąd ta kobieta, w tak eleganckim ubraniu, wzięła się akurat w takim miejscu, o tej porze? Nie bardzo wiedzieli, czy mają zareagować stanowczo, czy też może łagodnie… no i wobec kogo? Po krótkiej, szeptanej naradzie postanowili, że kierowca zostanie w samochodzie z kobietą, a ten drugi podejdzie bliżej i rozezna sytuację.

Ten, który wyszedł na zewnątrz, upewnił się, że ma broń w zasięgu ręki i kierując światło latarki wprost na leśnych nagusów, ruszył niepewnie ku nim. Chyba miał nadzieję, że tamci po prostu spłoszą się i rzucą do ucieczki, a przez to zaoszczędzą mu wysiłku i – co tu kryć – stresu. Ale żadna z postaci nie ruszyła się nawet o krok.

– Tu policja! – Krzyknął chyba bardziej dla dodania sobie odwagi, niż licząc na współpracę tych tam w lesie. – Proszę podejść bliżej i przygotować dokumenty do kontroli.

Tamci jednak nie zareagowali. Funkcjonariusz przeszedł jeszcze kilka kroków i dopiero wtedy zauważył zmianę w ich zachowaniu. Obie postacie przygarbiły się dość znacznie i nie przypominały już swoimi sylwetkami ludzi, a raczej jakieś człekokształtne zwierzęta przygotowane do skoku. Zmieszał się i wyciągnął broń z kabury. Zwolnił kroku i próbował wyłowić wzrokiem z kim… lub z czym ma do czynienia, ale im bardziej się przybliżał, tym niżej ku ziemi pochylały się oba stwory. Czymkolwiek bowiem były – coraz mniej zdawały się być w jego oczach istotami ludzkimi.

Wtem, zupełnie nie wiadomo skąd – jakby dla dopełnienia absurdalności tej surrealistycznej sceny żywcem wyjętej z jakiegoś nieznanego obrazu Salvadora Dali – powietrze wypełnił dźwięk ludowych, rozstrojonych skrzypiec. Jednocześnie padł strzał z broni palnej, rozległ się krzyk „stać! Policja!”, a w tym samym czasie – stwory opadły przednimi łapami na ziemię i w tej oto pozycji zerwały się do ucieczki w głąb lasu. Wreszcie wszystko ucichło z wyjątkiem tych skrzypek odgrywających melodię do ludowej piosenki, której tekst zaczynał się… chyba mniej więcej tak:

 

W cieniu stała i patrzała,

Żadna z nich jej nie widziała.

Oj-da, oj-da-da, oj-da, oj-da.

 

Gdyby która zobaczyła,

To na swego by baczyła…

Oj-da, oj-da-da, oj-da, oj-da.

 

Baczyła na swego synka,

Kiedy patrzy nań Boginka.

Oj-da, oj-da-da, oj-da, oj-da.

 

Zanim jednak ktokolwiek zdołałby dośpiewać tę zwrotkę choćby do połowy – melodia urwała się, zastąpiona przez kobiecy głos:

– Marylka? Boże! Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię słyszę!… Co???

 

***

 

Nacisnął klamkę. Drzwi od razu ustąpiły. Pospiesznie wszedł do środka. Panowała tam dość przytulna atmosfera: na podłodze leżał miękki, zadbany, wełniany chodnik, ściany pokryte były dobrze położoną tapetą, na ścianach zaś wisiało mnóstwo zdjęć oprawionych w ramki. Spod sufitu swoją świetlistą aurę roztaczała finezyjnie dopasowana do reszty pomieszczenia lampa. Całe wnętrze zaskoczyłoby każdego, kto wcześniej oglądał ten dom i otaczający go ogródek od zewnątrz. Tam zniechęcający bałagan – tu pobudzająca harmonia.

Marek mimowolnie powiódł wzrokiem po fotografiach tuż obok i niemal natychmiast jedna z nich przykuła jego uwagę. Zdjęcie może nie było zbyt wyraźne, ale zdecydowanie przedstawiało, ni mniej, ni więcej, tylko jego byłą żonę… Cecylię. Zaniepokoiło go to. Skąd u Zaleskiej znalazł się ten obrazek? Czyżby chodziła za Cecylią? Robiła jej takie fotki z ukrycia? Była w końcu wariatką, więc teoretycznie mógł się po niej spodziewać wszystkiego.

Zdjął ramkę z haczyka, żeby się lepiej przyjrzeć i w tej właśnie chwili w drzwiach kuchennych ukazała się gospodyni. Była niewysoka, lekko przygarbiona, ale jednocześnie zadbana. Na jej twarzy malował się wyraz zaskoczenia i lęku – a przecież nie krzyczała. Przeciwnie. Na swój sposób zdawała się być zadowolona z tego najścia.

– Ja pana znam… pan mieszka po drugiej stronie lasu. Och, co ja wygaduję… las to był za dawnych czasów, a teraz to przecież park. Nieistotne. Co pan tu robi?

Marek również dał się zaskoczyć – przyłapany na myszkowaniu w cudzym domu poczuł się intruzem. Balansując pomiędzy dezorientacją, zawstydzeniem, a irytacją spowodowaną zdjęciem swojej ex-żony na ścianie obok, odruchowo przeszedł do słownego ataku.

– Co to ma znaczyć? – Zapytał gromkim głosem unosząc trzymany w ręku obrazek na wysokość oczu pani Zaleskiej. Stara kobieta popatrzyła najpierw na zdjęcie, a potem na intruza, ale bez jakiegoś większego przerażenia… może dlatego, że znała go z widzenia od lat.

– Nie poznaje pan?

– Otóż poznaję doskonale i pytam: skąd to się u pani wzięło? Czy pani nas śledzi?

– Czy pan zwariował?

– O! To jest doskonałe słowo! Z całą pewnością jedno z nas jest wariatem. Chce pani zapytać sąsiadów o opinię w tej sprawie?

– Aaa… to w ten sposób chce pan ze mną rozmawiać. Wiem jaka jest w okolicy opinia na mój temat. Może jednak zainteresuje pana, skąd się ona wzięła?

– Nie. Nie bardzo. – Odparł bojowo Marek i ponownie podetknął trzymany w ręku obrazek pod nos starej Zaleskiej. – To mnie zainteresuje!

Gospodyni posłusznie przyjrzała się zdjęciu, a jej twarz wypogodniała i pojawił się na niej nawet uśmiech.

– Prawda, że byłam kiedyś ładna?

Marek zaniemówił na chwilę. Raz jeszcze przyjrzał się uważnie trzymanej w ręku fotografii w obawie, czy może zbyt prędko nie wysunął na jej temat pochopnych wniosków? A jednak nadal dostrzegał na tym zdjęciu swoją byłą żonę Cecylię. Nie miał wątpliwości, że Zaleska stanowiła ewidentny przykład wariatki, która wmawiała sobie, iż jest kimś innym niż była. W jakiś pokręcony sposób podkradała teraźniejszość Cecylii i budowała z tego własną, ale wyimaginowaną, nigdy nie istniejącą przeszłość. To było naprawdę chore, ale też przerażające, bo choć wcześniej w to nie wierzył, to teraz zaczynał zastanawiać się, jakie to może mieć przełożenie na dzieci jego i Cecylii… a w tym przypadku na zaginionego Urko.

– Oprzytomniej, stara kobieto! – Warknął na nią szorstko. – To, że podpatrujesz innych ludzi, to jeszcze nie przestępstwo, ale dzisiaj chyba posunęłaś się za daleko, co?

– W jakim właściwie celu pan do mnie przyszedł? – Zapytała staruszka nadzwyczaj trzeźwo, jak na wariatkę, ponownie wywołując zmieszanie u napastliwego Marka.

– Czy to prawda, że zbiła pani mojego synka Urka dziś rano w parku? – Podjął na nowo, ale tym razem z wymuszonym spokojem.

– Tak. Stłukłam tego małego Urko do krwi wierzbową witką. Szkoda, że pan nie słyszał jak wrzeszczał! To nawet nie było podobne do ludzkiego głosu! Ale pana syna nawet nie tknęłam.

– Pani zaprzecza sama sobie…

– A pan nie rozumie o czym pan w ogóle mówi! – Przerwała mu bezceremonialnie i z niespodziewaną werwą w głosie pani Zaleska. – Teraz proszę pozwolić, że to ja zadam panu pytanie. Skoro jest pan u mnie, skoro wypytuje pan o tego całego Urko i nawiązuje pan do incydentu z dzisiejszego ranka w parku, to znaczy, że… ona go zabrała! Czy tak?!

– Proszę mi nie mydlić oczu…

– Proszę mi odpowiedzieć! Jest pan tutaj z powodu zniknięcia Urko… tak, czy nie?!

– Skoro pani wie w czym rzecz, to tym samym potwierdza pani swój udział w zaginięciu mojego syna! – Rzucił rezolutnie.

– Tak pan sądzi? Moim zdaniem pana syn powinien już być w domu. Jest tam ktoś  dorosły teraz? Proszę zadzwonić i sprawdzić.

Marka bardzo zaskoczył ten sposób prowadzenia rozmowy przez starą Zaleską. Nie mógł się zdobyć na jakiś kontrargument. Nie wiedział czy ma się bronić, czy może atakować? Gospodyni udało się zasiać w nim ziarno zwątpienia – ale i zaciekawienia… Jeszcze przez kilka sekund wpatrywał się podejrzliwie w jej oczy, po czym (wciąż pełen niepewności) wyciągnął z kieszeni telefon i wykręcił numer do Huberta. W słuchawce usłyszał wyczekiwany głos, który od razu zaczął zdawać mu relację z ostatnich wydarzeń. Twarz Marka przybierała wyraz coraz większego niedowierzania. Na koniec przytłumionym z emocji głosem wydobył z siebie zaledwie dwa słowa:

– Co… takiego?

 

***

 

Chłopczyk siedział całkiem spokojnie na podłodze pośrodku pokoju. Dokoła niego w półkolu ustawili się wszyscy obecni, to znaczy: Marylka, Hubert, Marek, Miłka, oraz Cecylia, która dopiero co została dostarczona na miejsce policyjnym radiowozem. Policjanci, którzy podwieźli do domu roztrzęsioną Cecylię i obiecali zająć się jej samochodem, zostali jeszcze chwilę na podwórku w aucie. Prowadzili przez radiostację rozmowę z centralą o zajściu w lesie. Przez zaciągniętą na okno salonu zasłonę pulsowały charakterystyczne światła „koguta” na ich wozie.

Nikt nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Chłopczyk pojawił się w domu, jakby znikąd, niezauważony z początku pośród tego całego zamieszania. Pewnie pomyśleliby, że to jakieś dziecko z sąsiedztwa zabłądziło i bez pytania weszło przez uchylone drzwi tarasu do domu, gdyby nie to, że miało ono na sobie dokładnie wszystko to, w co ubrany był dzisiaj Urko. Na obu stópkach brakowało jakiegokolwiek obuwia, co z kolei zgadzało się z informacją przekazaną wcześniej przez Miłkę, że Urko zniknął, a jego buciki pozostały na miejscu.

Chłopczyk nie odzywał się ani słowem, ale też żadna z przyglądających mu się osób nie zdobyła się na odwagę, by zadać nawet najprostsze pytanie: “Jak masz na imię?”. Może obawiali się, że jego odpowiedź mogłaby brzmieć: “Urko”, a to kompletnie zachwiałoby ich poczuciem racjonalności. Woleli milczeć.

A przecież nikt z obecnych nie miał wątpliwości, że jest to zupełnie inny chłopiec… nie ten Urko – niekształtny, tu i ówdzie wręcz zdeformowany, jakiś zapóźniony z rozwoju intelektualnym i ruchowym, kudłaty bardziej jak jego nieżyjąca babka Urszula niż ktokolwiek inny z rodziny; wrzaskliwy, niecierpliwy, agresywny… Przed nimi siedział zdrowy, ładny, choć wystraszony pięciolatek, raczej drobny, z prostymi blond włosami i jasną karnacją… cichy, spokojny.

– Zobaczcie tylko – odezwała się wreszcie Cecylia. – Ktoś przebrał tego malca w ubranko mojego Urko i odesłał go do nas. Tylko po co? To ma być jakaś transakcja? Wymiana? To okrutne.

– Tego malca? – zacytowała przyjaciółkę zaskoczona jej słowami Marylka. – Cecylko, co ty gadasz? Spójrz tylko na niego… przecież to skóra zdarta z ciebie! Jota w jotę! Jak patrzę na niego, to prędzej bym uwierzyła, że ten tutaj jest twoim synkiem, a nie… Urko.

– Urko miał urodę po babce, mojej mamie. – Natychmiast rzuciła przyjaciółce wyuczoną przez lata regułkę Cecylia. – I niestety przejął też po niej wszelkie defekty genetyczne… nie słyszałaś o prawie dziedziczenia według Mendla? Dziadkowie więcej przekazują w genach swoim wnukom, niż rodzice dzieciom.

– No nie wiem – upierała się Marylka – po rodzicach też jednak coś tam biorą, a jak się tak zastanowić, to ty po swojej mamie nie wzięłaś kompletnie nic. Ona to tak jak Urko była: taka kudłata, czarna, przygarbiona… te jej ręce jakieś takie długie i do tego jednego słowa nie potrafiła sklecić poprawnie. A ty to przecież blondynka, proporcjonalna jak trzeba…

– Mówiłam ci, że moja mama miała taką chorobę, więc przestań się czepiać, Marylka – odwarknęła stanowczo Cecylia. – Do tego nie była Polką, tylko Romką i dlatego nie mówiła do końca życia po polsku.

Policyjne auto zawyło krótkim sygnałem ściągając na chwilę całą ich uwagę na siebie, a następnie pośpiesznie opuściło podwórze domu Cecylii. Znowu zrobiło się cicho.

– Jasne… Romką – pokpiwająco zwróciła się Marylka niby to do Huberta, ale w taki sposób, aby jej przyjaciółka słyszała to bardzo wyraźnie. – Jakoś nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek mówiła coś po romsku… A ty słyszałeś? Szczerze mówiąc to nie pamiętam nawet, aby cokolwiek w ludzkiej mowie powiedziała.

Obie spojrzały na siebie zaczepnie i wyzywająco, ale skoro Cecylia milczała, to Marylka chętnie wyrzuciła z siebie jeszcze więcej.

– Wiesz? Ja to się tej twojej mamy zwyczajnie bałam. Pamiętam, że raz uśmiechnęła się w mojej obecności i uwierz mi, że to nie były żadne tam zdeformowane zęby chorego człowieka, tylko zdrowe, zwierzęce kły, wiesz? 

– Zamknij się! – syknęła Cecylia.

– Marylko, stonuj trochę – wtórował jej Hubert.

– Dobra, już kończę… No pewnie: nic nie było. Milczmy, a może wszystko się jakoś ułoży w naszych pamięciach… Zadam już tylko jedno pytanie… Oj, Hubert! Przestań! – Zwróciła się na krótką chwilę do narzeczonego, który właśnie pociągnął ją za rękaw i próbował coś szeptać do ucha. – Ja wiem co ja mówię… Tylko jedno pytanie dobra, Cecylko?

– Jasne – odparła Cecylia z udawaną pewnością siebie. – Dla ciebie zawsze.

– Czy przypominasz sobie, żeby chociaż raz twoja matka poszła z tą całą swoją chorobą do lekarza? Tylko mi nie mów, że operacje w klinice są drogie. Ja pytam, czy choć raz poszła choćby na proste badanie krwi?

– Mówiłam ci już kiedyś, że moja mama panicznie bała się obcych ludzi… Kilka razy obejrzał ją lekarz.

– Ja nie pytam, czy ją obejrzał, tylko czy ją zbadał!

– Do czego ty właściwie zmierzasz, Marylka?

– No mi po prostu coś nie gra w tym waszym domu. Coś nie pasuje.

– Skoro ci tu nie pasuje, to ja cię nie zatrzymuję – odcięła się wyrazistą sugestią Cecylia.

– Ojej, nie to miałam na myśli…

Marylka momentalnie jakby spuściła z tonu, ale było już za późno. Hubert nie zamierzał dłużej pozwalać na to, aby obie kobiety za chwilę zrujnowały sobie długoletnią znajomość. Chwycił mocno narzeczoną pod pachę i stanowczo poprowadził w kierunku drzwi wyjściowych, żegnając się przy tym głośno z całym towarzystwem. Jednakże Cecylia najwyraźniej zmieniła zdanie, uświadamiając sobie, że istota obecnego problemu leży gdzie indziej.

– Stop! Poczekajcie! Zostańcie – poprosiła oboje wychodzących. – Mamy tu do czynienia z jakąś fatalną pomyłką, więc nie zostawiajcie nas z nią samych. Spróbujmy ją rozwiązać, albo przynajmniej ustalić, co mamy mówić ludziom, a może nawet policji. Przecież nie mogę tak z dnia na dzień pokazać się u rodziny, czy przy sąsiadach z kompletnie innym dzieckiem. A poza tym powtarzam: to nie jest moje dziecko. Urko jaki był, taki był, ale był mój i koniec, kropka!

Ponownie zapadła cisza, podczas której oczy wszystkich obecnych wpatrywały się w chłopca siedzącego pośrodku salonu. Marylka zaczęła mruczeć pod nosem coś niezrozumiałego dla pozostałych ponownie wywołując irytację przyjaciółki.

– Co ty tam znowu mamroczesz, Marylko?

– Muzyczka jakaś ci się włączyła w przedpokoju w torebce… ja to znam! Trochę to już obciachowe, ale mama mi to kiedyś śpiewała – przyznała i wróciła do cichego śpiewu, choć tym razem już nieco wyraźniej niż poprzednio.

 

W cieniu stała i patrzała,

Żadna z nich jej nie widziała.

Oj-da, oj-da-da, oj-da, oj-da.

 

Cecylia wyszła do przedpokoju i po chwili dźwięk skrzypek ucichł, ale Marylka, zupełnie tym nieskrępowana śpiewała nie za głośno dalej.

 

Gdyby która zobaczyła,

To na swego by baczyła…

Oj-da, oj-da-da, oj-da, oj-da.

 

Baczyła na swego synka,

Kiedy patrzy nań Boginka.

 

Wróciła Cecylia, ale zatrzymała się niepewnie jeszcze w drzwiach przedpokoju. Na jej twarzy odbijał się lęk i niepokój toczące wspólną walkę ze zdziwieniem i zakłopotaniem. Bardzo uważnie przyglądała się po kolei wszystkim osobom znajdującym się w salonie, jak gdyby chciała w nich coś odgadnąć.

– Wygląda na to – zaczęła po chwili z namysłem – że odnaleziono Urko.

Pozostali odetchnęli z ulgą, a na ich twarze wróciły pełne nadziei uśmiechy.

– Znakomicie! – Wykrzyknął Marek biorąc odruchowo swoją byłą żonę w ramiona. – Kto go znalazł?

– Gdzie jest? – Wtrąciła też swoje pytanie podekscytowana Marylka. – Ktoś go tu przywiezie?

– Raczej nie – zabrzmiała odpowiedź Cecylii i dało się w niej słyszeć zarówno żal, jak i złość. Wtedy do pozostałych dotarło, że musiało wydarzyć się coś niedobrego. – Proszą nas o pilny przyjazd w celu identyfikacji… do prosektorium.

Zapadła niezręczna cisza i nikt nie wiedział co w takiej chwili należałoby powiedzieć, a nawet czy w ogóle powinny paść teraz jakiekolwiek słowa.

– Pewnie zastanawiacie się teraz, czy to aby na pewno jest prawda, co? – Rzuciła między nich z narastającą złośliwością w głosie – Tego wkrótce się dowiemy. Ale mnie ciekawi jeszcze jedno: które z was powiadomiło o zniknięciu Urko policję?

 

***

 

Wśród porannej, listopadowej mgły rozpiętej między wiekowymi pniami parkowych drzew ponownie – i chyba już po raz ostatni – odezwały się te ludowe skrzypki, co wcześniej. Nie mogła już znieść tej melodii… w kółko w jej głowie powracał ten durnowaty tekst z ludowych wierzeń o bogince porywającej maleńkie dzieci i podkładającej w to miejsce swoje własne, które ludzie nazywali Podrzutkami, albo Podciepami. Taki Podciep z początku był nie do odróżnienia od prawdziwego potomka, ale szybko okazywał się jego kompletnym zaprzeczeniem. Był nieznośny i brzydki, a mimo to matki zaślepione swoją miłością nie umiały tego zauważyć. Dopiero kiedy ktoś postronny zwrócił na to uwagę… wówczas Podciepa okładano z całych sił rózgami, a sprowadzona jego wrzaskiem Boginka oddawała matce jej dziecko i sama zabierała swoje. Takie tam bajanie starych bab.

Właśnie wracała od starej Zaleskiej, która nakładła jej do głowy tego rodzaju historyjek i co najgorsze – sama w nie chyba wierzyła. Lecz w kwestii wiary lub niewiary wariatom wolno przecież więcej niż ludziom jako tako racjonalnym… A teraz, kiedy Cecylia usłyszała ponownie sygnał własnego telefonu – koślawe skrzypki i sflaczały bęben – przypomniały się jej te wszystkie podania ludowe, które słyszała od ojca i od sąsiadek.

Ale skoro skrzypki grały, to gdzieś tam, po drugiej stronie ktoś próbował się z nią skontaktować. Spojrzała na ekran komórki. „ŁYSY GAMOŃ”. „Ach Marek!” – przypomniała sobie.

…Jeszcze trzy-cztery godziny temu usilnie ją namawiał, aby to on pojechał do prosektorium, a ona… żeby koniecznie spotkała się z tą Zaleską, z tą wariatką po drugiej stronie parku. Natychmiast. Pomimo, że to noc. W końcu mu się udało. Przekonał ją. Poszła tam. A teraz oto wracała. Głowa pękała jej od przepełnienia wiadomościami kompletnie nie do pomyślenia.

– Jesteś tam? Odezwij się. – Nalegał głos Marka.

– Jestem – odparła w końcu. Zamyśliłam się. Mów szybko.

– Byłem i widziałem… tak, to Urko. Nie żyje. Został potrącony przez ścigający go radiowóz. Miałaś rację, poszukiwali go, mieli jego rysopis i jeszcze kilka wskazówek. Ale ja do nich nie dzwoniłem! – Zarzekał się żebrząc o jej zaufanie. – Chciałem, ale mnie Hubert odwiódł od tego.

Wziął głęboki oddech i dokończył wcześniej rozpoczęty wątek.

– Urko wybiegł im wprost pod koła. To był wypadek… podobno.

Cecylia próbowała pohamować płacz, ale łzy same płynęły jej po policzkach.

– Kiedy możemy go zabrać? Trzeba przygotować mu pogrzeb.

– Nie możemy, Cecylko. Teraz czekamy na specjalistów od patologii i antropologii.

– Jak to? Po co?

– Powiedzieli, że… muszą go zbadać, aby stwierdzić… Jak ja mam ci to powiedzieć?

– …Stwierdzić czym było to stworzenie? – Dokończyła za niego, dokładając starań, aby głos jej w tej chwili nie zadrżał. Wiedziała, czego się spodziewać, kiedy Urko obejrzą szczegółowo lekarze. Przez wszystkie lata jego krótkiego życia starała się trzymać synka z dala od nich, bojąc się, że któryś tak go właśnie… sklasyfikuje. Stworzenie. Odmieniec. A potem zbierze się całe lekarskie konsylium i odbiorą go jej na zawsze. Była bardzo trzeźwo myślącą osobą, ale tacy ludzie też przecież mają swoje nieracjonalne zachowania – zwłaszcza jeśli chodzi o emocje, uczucia, nadzieje…

– Nie dopuszczaj do siebie takich niedorzeczności! – Marek próbował ocalić chociaż jej miłość do dziecka. – Może po prostu jakaś inna rasa… sam nie wiem.

– To był nasz syn – zaprotestowała.

– W tym właśnie rzecz, że nie był. – Odparł zdecydowanie – Nie on. Oboje wiemy, że to brzmi głupio, prawda? Pokazywali mi wyniki pierwszych badań i jak teraz go sobie wspominam, to aż się dziwię, czemu od razu nie zauważyliśmy… albo czemu nie chcieliśmy zauważać pewnych odmienności u niego. Nie mam zielonego pojęcia jak do tego mogło dojść… może trzeba było pójść z nim na badania chociaż jeden raz, tak jak cię na to namawiałem?

– To ty dawałeś łapówki tym kobietom od kartoteki lekarskiej… – przerwała mu.

– Bo ty mnie o to błagałaś! – odkrzyknął podenerwowany. Po chwili jednak wziął kolejny głęboki, uspokajający oddech, starając się pamiętać, że Cecylia musi to przeżywać znacznie bardziej niż on. A jednak o pewnych sprawach trzeba było w końcu powiedzieć głośno – Może nie należało uciekać przed trudnymi pytaniami i zasłaniać się chorobą odziedziczoną po babce? Jak teraz o tym myślę, to aż dziwię się sam sobie. Dziwię się nam, że tak niemądrzy się okazaliśmy. I dziwię się, jak ta istota zdołała wśliznąć się do naszego życia, a przecież udało się jej. Myślę, że będziemy się z tego jeszcze grubo tłumaczyć i sam nie wiem, co mam wtedy powiedzieć? Przecież wyjdziemy na zupełnych kretynów! Może lepiej coś zmyślić na odczepnego? Koniecznie musimy to omówić, wiesz?

– Urodziłam go… – trwałą w swoim uporze.

– Nie jego, Cecylio. Urodziłaś tego drugiego. Tego, który został w domu razem z Miłeczką. Zauważyłaś, jacy oni do siebie są podobni? – Westchnął głęboko, a potem spróbował skierować rozmowę na inne tory. – Było, minęło. Czy jesteś już w domu?

– Dopiero wracam.

– Byłaś u… Zaleskiej?

– Tak.

– I co?

– Nie wiem co o tym myśleć… chyba jestem już dziś zmęczona. Opowiadała mi o moim ojcu i o mojej matce. Ale to nic nowego, ja już znałam tę historię. Ojciec napotkał w lesie zagubioną i wygłodzoną Cyganeczkę ze mną na ręku. Z dobroci serca ją przygarnął, a mnie wychował jak własną córkę. Wiesz, że moja matka nie umiała dobrze składać słów… taka wada… A wiesz jak na mnie wtedy mówiła?

– Nie.

– Cacko. Pięknie prawda? Byłam jej cackiem i stąd ojciec pomyślał o nadaniu mi imienia: Cecylia.

– Przepiękna historia.

– Zgadza się… A wiesz co powiedziała na to Zaleska? „>Dziecko<! Ona do twojego ojca usiłowała powiedzieć po prostu >dziecko<! A nawet tego nie potrafił wyartykułować jej aparat gębowy. Poza tym: która matka tak przedmiotowo, tak bezimiennie mówi o swoim rodzonym skarbie?!”… I co ty na to?

Marek milczał, więc Cecylia mówiła dalej, wciąż snując się zwolna w kierunku swojego domu.

– …I mówiła jeszcze okropne rzeczy na temat śmierci mojego ojca, którego podobno wcale nie rozszarpał niedźwiedź… A potem pytała jak mogę myśleć, że moja matka utonęła w rzece, skoro nigdy nie odnaleziono jej ciała…  Jakieś niedorzeczne historie o istotach starszych od ludzi, które od tysięcy lat żyją w lasach, a czasem wśród nas. Ech! Koszmar i obłęd w jednym! Czuję się paskudnie.

– Coś jeszcze mówiła?

– Potem już w kółko tylko o sobie… o swojej zaginionej dawno temu córeczce…

– A pokazywała ci to zdjęcie?

– Jakie zdjęcie?

– Nie uwierzysz, ale ona w młodości była tak podobna do ciebie, że przyszło mi nawet do głowy…

– Mareczku – przerwała mu Cecylia nieco już uspokojonym, ale za to wyraźnie zmęczonym głosem. – Na dziś mam dosyć opowieści wyssanych z palca.

 

***

 

Pani Zaleska nie zasnęła już tego ranka, pomimo że nie spała prawie całą noc. Siedziała w kuchni, przy oknie wychodzącym na ulicę. Blade światło budzącego się dnia niewiele zwiększało widoczność, gdyż nad ziemią unosiła się gęsta mgła. Oczy staruszki pałały jakąś nieznaną, dawno nie widzianą u niej nadzieją i próbowały dostrzec coś przez mlecznobiały woal poranka. Tuż obok niej stał nieduży, kuchenny stół, a na obu jego końcach ustawione były dwie filiżanki ze świeżo zaparzoną kawą. Pomiędzy nimi znajdowała się paterka z kruchymi ciasteczkami.

Nie ulegało wątpliwości, że pani Zaleska czekała na kogoś. Ba! Była wręcz pewna jego przyjścia właśnie o tej porze. Nerwowe dreptanie w miejscu i głośne westchnięcia świadczyły nawet o tym, że gość się spóźniał. Nagle jej oblicze wypogodniało, a przygarbione pod ciężarem długich lat życia ciało wyprężyło się, jakby jej dawne siły wróciły. Czym prędzej podreptała do przedpokoju. Gdy u drzwi rozległ się dzwonek – ona już tam była.

– Zastanawiałam się, czy przyjdziesz – z wyraźnie radosną nutą w głosie zagaiła staruszka. Gość nie odpowiedział jej ani słowem.

Zaleska wróciła do kuchni kiwając się na swój babciny sposób nieco na boki. Przy stole  odwróciła się i energicznymi gestami zachęcała przybysza do wejścia.

– Śmiało. Wejdź. Zaparzyłam kawę.

Cecylia bez pośpiechu przekroczyła kuchenny próg, a na jej twarzy spoczęły pierwsze promienie słoneczne, pokonujące gdzieniegdzie opary mgielne i triumfalnie wpadające przez okno do pomieszczenia. Sprawiała wrażenie osoby obarczonej bezmiarem cierpienia i rozpaczy. Drżały jej ręce i dolna szczęka. Rozejrzała się po pomieszczeniu, jakby znalazła się tu po raz pierwszy w życiu. W pewnym sensie tak właśnie było, skoro wchodziła do tego domu jako ktoś zupełnie inny niż podczas wizyty jeszcze dwie godziny temu.

Obie kobiety siadły naprzeciwko siebie i długo milczały. Ubywało kawy w filiżankach, znikały kolejne kruche ciasteczka. Starsza z nich nie chciała powiedzieć jakiegoś niestosownego słowa w chwili, na którą czekała niemal całe swoje życie, a młodsza – nie umiała znaleźć jakichkolwiek słów. Lecz słowa w końcu przyszły do niej same.

– Mój były mąż, Marek, mówił i o tym pani zdjęciu. Wiele spraw ułożyło mi się w głowie tej nocy i tego ranka. To dziecko… to na ręku młodej Cyganki, którą mój ojciec spotkał niedaleko stąd, w lesie… to była ta pani zaginiona córeczka. Prawda?

– Była i nadal jest – zapewniła gorliwie Zaleska, a jej przejęte serce dudniło w piersi niczym bęben.

– Przez tyle lat żyła pani z tym wszystkim. Z tym cierpieniem. Z tymi ludzkimi drwinami na temat rzekomego pomieszania zmysłów.

Staruszce zatrząsały się ręce, a w oczach pojawił się taki niewymowny żal! Nie z powodu niedoli jej własnego życia, ale przez tą „panią”. Czy nawet teraz słowo „mamo” nie mogło przejść przez usta Cecylii?

 – Przez tyle lat… ta świadomość, że twoja córka i jej porywaczka żyją zaledwie kilkaset metrów dalej – kontynuowała młodsza z kobiet. – No tak… właśnie teraz sama uświadamiam sobie pewnie tylko namiastkę tego ogromu boleści. To tamta cieszyła się szczęściem, bezpieczeństwem, dzieckiem, a później wnukami. A tobie nie zostało nic.

Zaleska słuchała jej w skupieniu, ale największą uwagę zwracała na powolne oswajanie się córki z dość szokującymi dla niej faktami. „>Tobie< – pomyślała – już nie >pani<, ale jeszcze nie >mamo<”.

– Sama nie wiem, co ja bym zrobiła będąc na twoim miejscu – mówiła dalej Cecylia. – Mnie by pewnie poniosły emocje i udusiłabym taką złodziejkę dziecka… złodziejkę życia! Chociaż, kiedy się żyje z takim cierpieniem i nienawiścią przez tyle lat, to człowiek wymaga od zemsty znacznie więcej.

Staruszka zrozumiała nagle, że cała ta wypowiedź nie zmierzała wcale ku pełnemu łez i wzruszenia rzuceniu się nawzajem w objęcia. Do czego więc miało to prowadzić?

– Śmierć i owszem, ale nie jej samej, tylko kogoś, na kim najbardziej jej zależało, prawda? – Z coraz większą odwagą i zawziętością w głosie kontynuowała Cecylia. – A cóż bardziej zaboli matkę, niż odebranie jej dziecka. Przecież sama to wiesz.

– Córeczko moja najdroższa – odezwała się w końcu Zaleska. – Tyle lat marzyłam o tej rozmowie, ale nie tak ją sobie wyobrażałam. Co mi chcesz powiedzieć?

– To przecież ty zadzwoniłaś na policję! – Padła w końcu pointa z ust Cecylii. – Ty podałaś rysopis Urko, a nawet wskazałaś odludne okolice, w których powinni go szukać. Czy to prawda? Czy to ty?

Staruszka milczała zmieszana.

– Mamo! Czy to ty?

– Tak. I co z tego? A niech go złapią! Niech go zamkną. Niech się mu przyjrzą i sami zobaczą co to za gatunek! Podrzutek! Podciep, nie człowiek! Niech wszyscy dokoła zobaczą, czy byłam wariatką, czy nie. Niech chociaż na koniec życia mam z tego satysfakcję.

– Tak, znaleźli go. Znaleźli ich oboje. Ścigali jakiś czas, a potem wydarzył się wypadek i ten dzieciak został rozjechany przez policyjny radiowóz na oczach… swojej matki. – Ciężko było jej wymówić te słowa w taki sposób. Jeszcze do niedawna to właśnie tamte… „stworzenia” były częścią jej rodziny, a tu nagle okazały się one kimś obcym.

– Trudno. – Zawzięła się staruszka. – Role się wreszcie odwróciły. Teraz to leśne bydle zobaczy co to znaczy utracić dziecko. A niech tam sobie wyje po kniejach!

– Może i chciałaś dobrze? Tak jak mój ojciec wiele lat temu chciał postąpić dobrze… My wszyscy chcieliśmy dobrze. A jednak to my wprawiliśmy w ruch tą machinę zła. Miałaś, mamo, tyle lat na rozmyślania, na babranie się w swoim własnym bólu, na obmyślanie katuszy dla tej… tej drugiej. Miałaś tyle czasu na przemyślenie jakim sposobem drobna staruszka może jeszcze cokolwiek zdziałać w tej sprawie. Ale teraz widzę, że ty kompletnie nie zdajesz sobie sprawy z tego, co w rezultacie narobiłaś. – Dokończyła sucho Cecylia, tłumiąc wybuch gniewu i rozpaczy, a może po prostu nie mając już na taki wybuch siły? Wstała i zdecydowanym krokiem ruszyła ku wyjściu, nie czekając nawet na to, co gospodyni ma do powiedzenia.

Pani Zaleska podreptała za nią nie do końca rozumiejąc co zrobiła nie tak? Czy tamta istota miała prawo ją tak okropnie skrzywdzić, a ona nie?

– Zostań. Proszę, Cecylio.

– Chciałabym, ale muszę iść.

– To przyjdź jeszcze popołudniem. Przyjdź. Z dziećmi! – Nalegała.

Cecylia, która stała już w progu drzwi wyjściowych odwróciła się jeszcze i spojrzała prosto w oczy tej starej, skrzywdzonej kobiety, która teraz okazywała się być jej matką. Patrzyła przy tym tak, jakby już nigdy więcej nie chciała jej spotkać.

– Z dziećmi? Dopiero co byłam w domu! Poszłam tam prosto od ciebie. Byłam u dzieci. Jeśli ci powiem, że są rozdarte między dwoma światami, to pewnie potraktujesz to jak przenośnię? – Spoglądała na staruszkę wyzywająco. Nie jak córka, raczej jak osaczona lwica. Skoro jednak nie doczekała się żadnej reakcji, sama rzuciła ostatnie pytanie, na które również nie oczekiwała odpowiedzi. – Czy ty naprawdę sądziłaś mamo, że swoim odwetem zamknęłaś ostatnie ogniwo tego łańcucha nieustającej zemsty? Myślałaś, że tamta druga… że ona nie będzie miała już na kim się mścić?

 

***

 

Przeminął dzień i znowu miało się ku nocy. Las ucichł i tym samym znacznie dalej niosły się wśród niego wszelkie, zakłócające ciszę dźwięki.

Ur! Ur! Ur!

Boginka siedziała przygarbiona nad brzegiem strumienia i coś mruczała – coś między zwierzęcym gaworzeniem, a melodią… prawie melodią. Kiwała się przy tym nieustannie: w przód i w tył – w przód i w tył; jak gdyby przynosiło jej to ukojenie. Albo też jakby dla utrzymania rytmu tych swoich pomruków. Od czasu do czasu przerywała to swego rodzaju sapnięciami. Te niskie, prawie warkliwe mruczenia przypominały niekiedy słowa, ale jakby zniekształcone – jak i sama piosenka. A może był to tylko dźwiękonaśladowczy bełkot?

 

ce-nu-ta-łaaaa-y-pa-ca-łaaaaa

Sa-na-sich-jeeeee-ne-wi-da-łaaaaa…

Ooo-da, ooo-da-da, ooo-da, ooo-da.

 

Jeśli więc był to śpiew to komu przeznaczony? Nie sobie samej przecież! Na rękach zamiast dziecka tuliła bowiem do piersi wypchaną lalę o dziwacznych kształtach. Wyglądała ona jak pokraczna imitacja jej samej – niezgrabnej i nieproporcjonalnie zbudowanej istoty. Tyle, że lalka, którą kołysała na ręku sprawiała wrażenie, jakby została poskładana pół na pół z dwóch zupełnie innych. Z większej dziewczynki i mniejszego chłopca. Jej włosy – ale jego główka bez oczu…  jej ręce wywichnięte w stawach – ale jego nóżki ze strzaskanymi kolanami… jej zapadnięty korpus – ale jego biodra. Wszystko pozszywane dość nieudacznie rzemieniami.

Grube łapsko Boginki raz po raz odganiało roje żarłocznych much zwabionych zapachem rozkładającej się tkanki pod skórą jej lalki. Leśna baba wpatrywała się z dużym zadowoleniem z swoje dzieło. Zmrużyła oczy i wyszczerzyła zęby, i trudno było zgadnąć, czy uśmiecha się do swojej nowej zabawki, czy może w ten sposób się jej odgraża. A jej sapania niosły się daleko w wieczornej ciszy lasu.

Ur! Ur! Ur!

Koniec

Komentarze

Nooooooooo, powiem Ci mój drogi, że mnie wessało ze szczętem. Od razu mówię, że usterek jest cała masa – od “znikniętych” dywizów w partiach dialogowych, przez brakujące przecinki, powtórzenia i inne takie. Ale uczciwie mówię – nie chciało mi się wszystkiego wynotowywać, bo szkoda mi było odrywać się od opowieści. Pięknie zbudowałeś napięcie, bardzo sprytnie wykorzystałeś ludowe wierzenia. Naprawdę super był początek – czułam to zdenerwowanie i strach Cecylii. Bardzo fajnie wytłumaczyłeś pomyłkę w telefonach, to”zaraz” to takie typowe dla naszych czasów. Może troszkę siadła końcówka, ale i tak przyznam się, że w połowie opowiadania zajrzałam do zakończenia – zawsze tak robię, gdy bardzo się niecierpliwię.

Jak poprawisz warsztat techniczny, będzie super.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Wielkie dzięki. Interpunkcja to faktycznie moja słaba strona… w tej kwestii chętnie skorzystałbym z jakichś uniwersalnych, ale niezbyt długich porad (macie być może coś na forum o tym, ale nie wiem, gdzie tego szukać).

Natomiast: ki czort te “dywizy”? – To za diabła nie wiem :) I będę wdzięczny za podpowiedź o co chodzi.

Zaraz Ci to wyjaśnię: zapewne w swoim opowiadaniu używałeś myślników. Tu system przekształca je na dywizy, ale w paru miejscach albo nie było myślników, albo system coś poknocił. Na przykład tu:

TU BRAKUJE No nie wiem – upierała się Marylka – po rodzicach też jednak coś tam biorą, a jak się tak zastanowić, to ty po swojej mamie nie wzięłaś kompletnie nic. 

Zniknął myślnik, czyli tu dywiz. A dywiz to taka dłuższa kreseczka, na klawiaturze powinieneś ją mieć pod ctrl i myślnik (minus) na klawiaturze numerycznej. Ale nie zawsze to działa. Ja mam przypisany pod klawisz z myślnikiem.

A przecinki – mój drogi, to długa wojna, a jej wynik nigdy nie jest do końca pewny.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Masz rację… już widzę w kilku miejscach dialogów te braki. Do wieczora postaram się to ogarnąć.

Dzięki jeszcze raz.

Przeczytane. :-)

 

A z kreskami to niezupełnie tak, jak Bemik pisze. Dywizy to te najkrótsze, sygnalizują przeniesienie części wyrazu do następnej linijki i złożenia: flaga biało-czerwona. Myślniki/ pauzy to te najdłuższe. Używane do wyróżniania kwestii dialogowych, wtrąceń itp. – takie grubsze przecinki. Tutejszy edytor ich nie serwuje, zastępuje dwukrotnie krótszymi półpauzami. W świetle regułek interpunkcyjnych to jest dopuszczalne, ale, IMO, brzydziej wygląda.

Babska logika rządzi!

Najpierw sobie zerknęłam na komentarze i przeczytałam końcówkę, potem z ciekawości resztę tekstu i muszę powiedzieć, że wciąga i trzyma w napięciu (mimo iż wiedziałam jak się skończy). Dobre :)

Finkla – dzięki za sprostowanie. Tak jak już pisałem w komentarzu do innego opowiadania… jeśli dobrze Cię zrozumiałem, to z tym konkursem mam jeszcze czas do 11.09.16? Czyli jeszcze wszelkie poprawki i wygładzenia są jak najbardziej na miejscu, czy tak?

 

Bellatrix – cierń mi w serce wbijasz broken heart burzysz moją wiarę w uczciwego czytelnika, który czyta tekst jak Pan Bóg przykazał tzn zaczyna od początku, w połowie przechodzi przez środek, a na koniec – dochodzi do końca wink. Następnym razem napiszę samą końcówkę, a reszta to będzie np. kopia książki telefonicznej.

A tak na poważnie – cieszę się, że nawet mimo takiej próby, na jaką wystawiłaś ten tekst – spodobał Ci się.

Tak, oczywiście – możesz poprawiać i wygładzać do niedzieli.

Babska logika rządzi!

Fajnie się czytało… Ale ten koniec – nie w moim guście, jakby z taniego horroru zaczerpnięty. Za to do ostatnich gwiazdek całkiem przyzwoicie, z tym napięciem przedpiścy mają rację, a pytanie tytułowe? Aż ciary przechodzą :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

…I wreszcie odgrzebała we wspomnieniach tamtą chwilę. Gdzieś w drodze między własnym gabinetem a biurem szefa, w trakcie szybkiego marszu, bez żadnego czytania otrzymanych wiadomości, to jedno pospiesznie odpisane: „zaraz”.

Oj, skąd ja to znam!

 

 

tylko, że kto mógł wiedzieć, że właśnie dziś zejdzie jej tak długo? – moim zdaniem zbędne

 

Ech…. – westchnął z wyraźną nutą zawodu. – o jedną kropkę za dużo

 

Taki Podciep okazywał się kompletnym zaprzeczeniem ładniutkiego i grzecznego dziecka porwanego przez Boginkę. Był nieznośny i brzydki, ale matki zaślepione swoją miłością nie umiały tego zauważyć. Dopiero kiedy ktoś postronny zwrócił na to uwagę… wówczas Podciepa okładano z całych sił rózgami, a sprowadzona jego wrzaskiem Boginka oddawała matce jej dziecko i sama zabierała swoje.

Ten fragment uważam za najgorszy – przez takie wyłuszczenie bardzo wprost. Nie spodobało mi się. 

 

Gdybym się miała przyczepić, to przyczepiłabym się do tych nieszczęsnych badań. Pięć lat dziecko, zdeformowane, dziwne itd – i ani jednego badania? O ile “matkę” – znając jej historię – można próbować zrozumieć, to “ojca” już nie – że na to pozwolił. Do tego we współczesnym świecie od dawna już są pewne obowiązkowe wizyty lekarskie, szczepienia itd. Pomijam historię matki Cecylii, że się uchowała.

Druga rzecz to końcówka. Tu zgadzam się z Fleur, że wyszło tak jakoś “tanio”. 

Jeśli jednak przymknąć oko na to marudzenie, to czytało mi się dobrze. Napisane jest wciągająco, napięcie utrzymywane ładnie prawie cały czas. Podobało mi się też oparcie pomysłu na podaniu ludowym, ale z zastrzeżeniami jak wyżej. 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca – dzięki za komentarz

Końcówka jest w trakcie przeróbki – może nawet będzie jeszcze dziś? W każdym razie już blisko. (W pośpiechu robiło się skróty)

Ojciec Urko i to, że powinien nalegać na badanie lekarskie chłopca – pamiętaj, że Marek z Cecylią byli rozwiedzeni, a ona nawet (jakimś sposobem – pewnie przez równe prawa kobiet i mężczyzn, hehe) doprowadziła do tego, że to on utracił prawa rodzicielskie (a któż by inny jak nie ojciec.. echhh!). Jest to krótka opowieść, więc nie am sensu rozwijać każdego wątku pobocznego, ale wydaje mi się, że to powinno dać choćby do myślenia czytelnikowi. Zwłaszcza, że bardzo często podkreślałem ich rozwód (były mąż, była żona – w tekście).

Natomiast co do tego, że wyłuszczenie wszystkiego o tych Podciepach i Boginkach to najgorszy fragment – to się prawie z Tobą zgodzę. Prawie – bo ja mam z innym fragmentem na pieńku wink. Problem w tym, że różna jest percepcja różnych czytelników i w różnych moich poprzednich opowiadaniach miałem wiele razy do czynienia z tym, że czytelnik jakoś nie skojarzył pewnych faktów, które podawałem, a czasami miałem wrażenie, że umykały mu nawet większe fragmenty wyjaśniające – wystarczy spojrzeć na zamieszczone tu moje opowiadania Skwar i Nawiedzony Dom. Nie mam za złe tego czytelnikom, bo ludzie mają różną percepcję w zależności nawet od pogody, zmęczenia… ja sam czasem się przyłapuję, że kompletnie nie pamiętam, co było w trzech ostatnich akapitach, które właśnie przeczytałem. A zatem: jestem tego samego zdania co Ty – ale dopóki nie zobaczę znacznie większej liczby skarg na ten fragment, to jednak wolałbym go zostawić tak jak jest.

Co do ojca – pozostanę przy swoim. Teraz dzieciak ma pięć lat, rozwód był rok wcześniej, czyli jak miał cztery. Teoretycznie przez cztery lata ojciec mógł interweniować. Nawet jeśli rozeszli się jeszcze wcześniej, a tylko sprawa trwała rok – dwa, to i tak zostaje trochę czasu na zainteresowanie dzieckiem. 

Co do Podciep – zgadzam się, że są różne podejścia i odbiory. Ja napisałam o moim :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

śniąca – wydaje mi się, że trochę szablonowo podchodzisz do Marka-ojca, przez pryzmat tego “co ojciec powinien”. A skąd wiesz, czy on był takim właśnie ojcem?

po drugie – można przyjąć założenie, że właśnie takim ojcem był (choć to założenie nie musi być prawdziwe – tekst jest za krótki, żeby o tym wszystkim opowiadać) – skoro rozwód był rok temu, to czy wiemy na tej podstawie jak długo sprawa się toczyła? miesiąc? A może 3 lata? Może była też separacja w międzyczasie i to np. zmuszało Marka do mieszkania gdzieś indziej? Może właśnie jego wtrącanie się w sprawy Urko spowodowały wszczęcie przez Cecylię sprawy o odebranie mu praw rodzicielskich pod jakimkolwiek innym pretekstem? Nie jest nigdzie powiedziane wprost jak było, więc skąd pewność, że tak nie było (tym bardziej, że są przesłanki w tekście, że tak być mogło – np. jest mowa o odebraniu praw, ale przecież Marek nie jest niekochającym ojcem, jak to widać z tekstu).

Można jeszcze inaczej podejść – skąd wiemy, czy Marek nie próbował, ale go Cecylia za każdym razem przekonała różnymi sposobami, żeby tego nie robił, albo, że później, później itd. 

Jest tyle możliwych opcji dla ich przeszłości – skąd pomysł, że ona przebiegała właśnie tak jak napisałaś :)

Moim zdaniem próbujesz wyciągać zbyt daleko idące wnioski z krótkiego tekstu. Gdyby krótkie teksty pisać z bardzo szczegółowymi opisami postaci, sytuacji, prywatnych historii, a może jeszcze wyglądu z uzasadnieniem czemu tak… to zabrakłoby miejsce na akcję. Pewne rzeczy i tak muszą zostać w domyśle. Zresztą na tym polega urok krótkiego tekstu: na wymuszonych przez objętość niedopowiedzeniach i rodzącym się z nich gąszczu domysłów.

Ale wielki plus dla Ciebie, że wyłapałaś ten szczegół. Bardzo się cieszę. laugh

Ale mnie zbombardowałeś :) Czuję się pokonana :) Fakt, można nawet założyć, że do rozłamu i rozwodu doszło ze względu na dziecko-potworka. Nie z takich przyczyn faceci (bo nie mężczyźni) porzucali kobiety…

Po namyśle, za to że klimat trzymał mnie do końca pracy i całą drogę do domu – masz. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A pamiętałeś o fragmencie reprezentacyjnym? Bo zaraz ktoś wlepi Ci piątego klika i nie będziesz a głównej!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

pamiętałem. Chętnie wezmę na siebie to brzemię wink piątego punktu – nawet bardzo… ale wolałbym, aby spadł on na mnie po zmianach, które są na ukończeniu i być może dziś jeszcze będą wklepane…

biorę się za robotę  cool

Śniąca – wielkie dzięki!

Zaczęło się dobrze, zaintrygowało i trzymało w napięciu, ale, niestety, tylko do pewnego momentu. Potem było już tylko rozczarowanie.

Zupełnie niezrozumiałe jest dla mnie zachowanie obojga rodziców, tudzież ich przyjaciół, którzy, na wieść o zniknięciu chłopca, zamiast natychmiast zgłosić zaginięcie Urko i wszcząć poszukiwania, deliberują, co też mogło się wydarzyć i czy maczała w tym palce niejaka Zaleska.

Nie wydaje mi się, by o śmierci dziecka rodzice byli zawiadamiani telefonicznie i tą też drogą zapraszani do prosektorium, by zidentyfikować zwłoki.

Zastanawiam się, czy Cecylia nie wiedziała, kogo urodziła? Czy nie była zdziwiona, że powiła zdrowe dziecko, a wychowuje zdeformowane? Czy Marek też niczego nie zauważył?

Tak jak wcześniej komentującym, mnie też nie mieści mi się w głowie, że rodzice Urko nie zadbali, aby chłopiec był pod stałą opieką lekarską.

Znam ludowe wierzenia o mamunach zamieniających dzieci, jednakowoż umieszczenie tego motywu we współcześnie dziejącej się historii, moim zdaniem, czynie ją mało wiarygodną, zaś krwawe zakończenie dopełnia ostatecznego rozczarowania opowiadaniem.

 

– To na pewno ty? – Za­py­ta­ła jakoś dziw­nie córka.– To na pewno ty? – za­py­ta­ła jakoś dziw­nie córka.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

– Tak, to ja, có­ruch­na. –  – Tak, to ja, có­ruch­no.

 

i dla Ce­cy­lii stało się oczy­wi­stym… – …i dla Ce­cy­lii stało się oczy­wi­ste

 

– A ty le­piej sprawdź sobie sms-y– A ty le­piej sprawdź sobie SMS-y… Lub: – A ty le­piej sprawdź sobie esemesy

 

Tych opi­so­wych ety­kiet w jej te­le­fo­nie pod ad­re­sem jej by­łe­go męża… – Czy oba zaimki są konieczne?

 

Żeby choć wszyst­kie one za­czy­na­ły się na samą li­te­rę… – Żeby choć wszyst­kie one za­czy­na­ły się na samą li­te­rę

 

Pró­bo­wał omiąć jakiś nie­wy­god­ny wątek. – Literówka.

 

Marek sta­rał się przy­wo­łać Hu­ber­ta do me­ri­tum.Meritum, to istota sprawy, zasadniczy jej przedmiot. Nie wydaje mi się, by można kogoś przywołać do meritum.

 

Ko­bie­ta w ja­kiejś nie­zro­zu­mia­łej pa­ni­ce na czwo­ra­ka wgra­mo­li­ła się… – Ko­bie­ta, w ja­kiejś nie­zro­zu­mia­łej pa­ni­ce, na czwo­ra­kach wgra­mo­li­ła się

 

-Tak! To tam! – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

kie­ru­jąc świa­tło la­tar­ki wprost na le­śnych na­gu­sów, ru­szył nie­pew­nie w ich kie­run­ku. – Nie brzmi to najlepiej.

Może: …i kie­ru­jąc świa­tło la­tar­ki wprost na le­śnych na­gu­sów, nie­pew­nie ruszył ku nim.

 

ścia­ny po­kry­te były do­brze spa­so­wa­ną ta­pe­tą, na ścia­nach zaś wi­sia­ło mnó­stwo zdjęć opra­wio­nych w ramki. Spod su­fi­tu swoją świe­tli­stą aurę roz­ta­cza­ła fi­ne­zyj­nie do­pa­so­wa­na do resz­ty po­miesz­cze­nia lampa. – Powtórzenie.

 

Całe wnę­trze za­sko­czy­ło­by ko­go­kol­wiek, kto wcze­śniej oglą­dał ten dom i ota­cza­ją­cy go ogró­dek od ze­wnątrz.Całe wnę­trze za­sko­czy­ło­by każdego, kto

 

 …przed­sta­wia­ło, ni mniej – ni wię­cej, tylko jego byłą żonę… – …przed­sta­wia­ło, ni mniej, ni wię­cej, tylko jego byłą żonę

 

Nie było dla niego wąt­pli­wo­ści, że Za­le­ska sta­no­wi­ła ewi­dent­ny przy­kład wa­riat­ki… – Nie miał wąt­pli­wo­ści, że Za­le­ska sta­no­wi­ła ewi­dent­ny przy­kład wa­riat­ki

Nie wydaje mi się, żeby wątpliwości mogły być dla kogoś.

 

Twarz Marka przy­bie­ra­ła coraz bar­dziej wyraz nie­do­wie­rza­nia. – Raczej: Twarz Marka przy­bie­ra­ła wyraz coraz większego nie­do­wie­rza­nia.

 

Pro­wa­dzi­li przez ra­dio­sta­cję roz­mo­wę z cen­tra­lą na temat o zaj­ściu w lesie. – Dwa grzybki w barszczyku.

Proponuję: Pro­wa­dzi­li przez ra­dio­sta­cję roz­mo­wę z cen­tra­lą na temat zaj­ścia w lesie. Lub: Pro­wa­dzi­li przez ra­dio­sta­cję roz­mo­wę z cen­tra­lą o zaj­ściu w lesie.

 

miało ono na sobie do­kład­nie te wszyst­kie ubra­nia, jakie nosił na sobie Urko dzisiejszego dnia. – Powtórzenie.

Może: …miało ono na sobie dokładnie wszystko to, w co ubrany był dzisiaj Urko.

 

A prze­cież żaden z obec­nych nie miał wąt­pli­wo­ści… – Raczej: A prze­cież nikt z obec­nych nie miał wąt­pli­wo­ści

 

nie ten Urko – nie­fo­rem­ny, tu i ów­dzie wręcz zde­for­mo­wa­ny… – Nie brzmi to dobrze.

Może: …nie ten Urko – niezgrabny/ niekształtny/ pokraczny, tu i ów­dzie wręcz zde­for­mo­wa­ny

Lub: …nie ten Urko – nie­fo­rem­ny, tu i ów­dzie wręcz zniekształcony/ wykoślawiony

 

ra­czej drob­ny, z ja­sny­mi, pro­sty­mi wło­sa­mi i jasną kar­na­cją… – Może: …ra­czej drob­ny, z pro­sty­mi blond wło­sa­mi i jasną kar­na­cją…  

 

Ale to nic no­we­go, ja już zna­łam hi­sto­rię.Ale to nic no­we­go, ja już zna­łam hi­sto­rię.

 

Oj­ciec na­po­tkał w lesie za­gu­bio­ną i wy­gło­dzo­ną cy­ga­necz­kę ze mną na ręku.Oj­ciec na­po­tkał w lesie za­gu­bio­ną i wy­gło­dzo­ną Cy­ga­necz­kę ze mną na ręku.

 

Byłam jej cac­kiem i stąd oj­ciec wy­my­ślił mi imię Ce­cy­lia. – Ojciec nie wymyślił tego imienia, ono istniało już od bardzo, bardzo dawna.

 

„’Dziec­ko! – ?

 

Po­po­łu­dniu o tym po­roz­ma­wia­my. – Po­ po­łu­dniu o tym po­roz­ma­wia­my

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O tak! Prawdziwa groza nadchodzi wraz z Regulatorami wink No tak i teraz musze oglądać te swoje błędziska… w zasadzie co do błędów, to nie mam nic na swoją obronę.

Natomiast co do uwag w stosunku do samego tekstu zgodzić się nie mogę z niektórymi uwagami. Skąd pomysł, że policja reaguje na każdy telefon np. matki “ nie mogę znaleźć dziecka?”. Nikt nie jedzie do takiego wezwania na sygnale (chyba, że przy szczególnych okolicznościach, np. matka widziała, jak dziecko było zabierane przed jakiegoś mężczyznę). Policja w takich sytuacjach każe najpierw posprawdzać, może dziecko się schowało, może poszło do kolegi, może do rodziny… mnóstwo MOŻE. kto nie wierzy – proponuję spróbować samemu i myslę, że w 8 przypadkach na 10 policjanci najpierw każą sprawdzić dokładnie zanim sami się pofatygują. I w tekście dokładnie to samo wyjasnia Hubert.

Przypominam też, że tekst de facto dzieje się na przestrzeni kilku godzin.

Ludowa idea Podciepa nie polegała na tym, że to dziecko od noworodka było kompletnie różne – kobietaurodziła dziecko białe, a tu nagle jest czarne – to nie w ten sposób. Podciep jako niemowlę był bardzo podobny do innych ludzkich niemowląt. Dzieci dopiero później nabierają cech charakterystycznych. Co do pojawienia się deformacji, jak powinna zareagować, czy pomyśleć Cecylia… no cóż – ludzie nie są maszynami cyfrowymi, mają swoje emocje, swoje pokrętne ścieżki myślenia. To właśnie na tym bazuje niemal cała literatura – niby znamy ludzi, znamy społeczeństwo, a tu – niespodzianka! przedstawiamy reportaż/film/książkę o człowieku, który jest zupełnie inny. Niby dlaczego Cecylia miała zareagować racjonalnie? A może ona właśnie w tym aspekcie macierzyńskim nie była w pełni racjonalna?

To jest trochę ta sama dyskusja jak nieco wcześniej – czytelnik ma swoje wyobrazenia wobec poszczególnych postaci, jakie one POWINY BYĆ, oraz jak one POWINNY SIĘ ZACHOWAĆ, ale po to jest autor, aby opowiedzieć inną historię niż taka, która POWINNA SIE WYDARZYĆ.

 

Opieka lekarska – drodzy Regulatorzy, jak to nie mieści się w głowie? Ja znam parę takich rodzin – jedni robią to ze względów ideologicznych, a inni bardziej patologicznych. To jest ten sam punkt co wyżej: gdyby autorzy mieli spełniać tylko wyobrażenia czytelników, nie byłoby sensu pisać.

 

Dla jasności – nie próbuję na siłę, za wszelką cenę bronić tego tekstu – w tym tekście jest sporo błędów merytorycznych, ale jak dotąd nikt się do nich nie przyczepił. np. Dlaczego z prosektorium zadzwoniono do Cecylii? skąd wiedziano, że jej zaginęło dziecko, skoro nikt tego nie zgłaszał? – to jest rzeczowy błąd do poprawienia, bo inaczej historia się nie klei. Natomiast kwestia, czy rodzice posyłają dzieci do lekarzy, czy nie i z jakich powodów – to już nie nam stwierdzać, bo życie społeczne jest pełne róznych przypadków, które NIE POWINNY SIĘ WYDARZYĆ. 

 

 

Cóż mogę powiedzieć, Gostomyśle…

Muszę przyjąć Twoje wyjaśnienia, bo jak by na to nie patrzeć, jesteś Autorem opowiadania i wyłącznie od Ciebie zależy, co i jak opiszesz. Jednakowoż nie ukrywam, że nie wyzbyłam się wszystkich obiekcji i opowiadanie nadal odbieram raczej sceptycznie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mam zatem nadzieję Regulatorzy, że znajdziesz dla mnie czas, aby spojrzeć na poprawki, które mam na ukończeniu – dotyczą one głównie końcówki (zgadzam się, że ta obecna nie wyszła zbyt dobrze) i gdzieniegdzie staram się usuwać kilka niedociągnięć w akcji – te które sam zauważyłem i te, które mi słusznie wytknięto. Może wtedy będzie to lepsze :)

tak czy inaczej dzięki za uwagi

POPRAWKI WPROWADZONE – zakończenie mniej więcej od momentu, od kłótni Marylki i Cecylii nt jej matki aż do końca.

Oraz poprawki zaproponowane przez Regulatorzy – z wyjątkiem “popołudniu → na po południu”. Z tą zmianą akurat się nie zgadzam.

Za wszystkie jednak bardzo dziękuję – również za uwagi od Regulatorzy i od pozostałych osób! Każda uwaga jest w końcu jakąś wskazówką jak to odbiera czytelnik – nawet jeśli autor się gorąco z taką uwagą czasami nie zgadza :)

Gostomyśle, popołudniepo południu, to dwie różne pory dnia.

 

Jeśli rozmowa miała się odbyć w porze poobiedniej, ale przed zmierzchem, zdanie winno brzmieć: Popołudniem o tym porozmawiamy.

 

Obiecuję, że zajrzę jeszcze do tekstu. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

noooo… to jestem zaskoczony. Tego nie wiedziałem. oki, poprawię. 

Bo pewnie częściej zdarza nam się spotykać i rozmawiać wieczorem niż popołudniem. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytane :)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

W porównaniu z poprzednim, obecne zakończenie podoba mi się znacznie bardziej. Sporo wyjaśnia, a nawet, na swój sposób, uwiarygadnia.

Nadal nie ukrywam, że wplatanie dawnych legend do życia współczesnych ludzi, uważam za, delikatnie mówiąc, nieco ryzykowne.

Zastanawiam się jeszcze, czy dobrze zrozumiałam, że kiedy porwano maleńką Cecylię, pani Zaleskiej nie zostawiono w zamian żadnego podrzutka?

 

pię­cio­la­tek, ra­czej drob­ny, pro­sty­mi blond wło­sa­mi i jasną kar­na­cją… – …pię­cio­la­tek, ra­czej drob­ny, z pro­sty­mi blond wło­sa­mi i jasną kar­na­cją

 

Wła­śnie wra­ca­ła od sta­rej Za­le­skiej, która na­kła­dła jej do głowy tego ro­dza­ju hi­sto­ryj­ki i co naj­gor­sze – sama w nie chyba wie­rzy­ła. – Piszesz o liczbie mnogiej, więc: …na­kła­dła jej do głowy tego ro­dza­ju hi­sto­ryj­ek

 

tak, to Urko. Nie żyje. Zo­stał po­trą­co­ny przez ści­ga­ją­cy go ra­dio­wóz. – Czy policja ścigałby radiowozem zaginionego, pięcioletniego chłopca i to tak skutecznie, żeby go przejechać?

 

A jed­nak o pew­nych te­ma­tach trze­ba było w końcu po­wie­dzieć gło­śno… – Raczej: A jed­nak o pew­nych rzeczach/ sprawach trze­ba było w końcu po­wie­dzieć gło­śno

Można poruszyć pewne tematy, rozmawiać na pewne tematy, ale chyba nie mówi się o tematach.

 

A nawet tego nie po­tra­fił wy­mó­wić jej apa­rat gę­bo­wy. – Raczej: A nawet tego nie po­tra­fił wyartykułować jej apa­rat mowy.

Aparat gębowy nie służy do mówienia. Aparat gębowy, jeśli się nie mylę, mają chyba owady.

 

pró­bo­wa­ły do­strzec coś przez mlecz­no-bia­łą woalę po­ran­ka. – Woal jest rodzaju męskiego, więc: …pró­bo­wa­ły do­strzec coś przez mlecz­nobia­ły woal po­ran­ka.

 

Jej ner­wo­we drep­ta­nie w miej­scu i gło­śne wes­tchnię­cia świad­czy­ły nawet o tym, że jej gość się spóź­niał. Nagle jej ob­li­cze wy­po­god­nia­ło, a przy­gar­bio­ne pod cię­ża­rem dłu­gich lat życia ciało wy­prę­ży­ło się, jakby jej dawne siły wró­ci­ły. – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

Zdarza się, że nadużywasz zaimków.

 

– To przyjdź jesz­cze po­po­łu­dniu.– To przyjdź jesz­cze po ­po­łu­dniu. Lub: – To przyjdź jesz­cze po­po­łu­dniem.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy jak zawsze nieoceniona i skrupulatna. Dzięki serdeczne za pomoc.

Cieszę się, że to zakończenie okazało się lepsze.

Co do Twoich zastrzeżeń

Nadal nie ukrywam, że wplatanie dawnych legend do życia współczesnych ludzi, uważam za, delikatnie mówiąc, nieco ryzykowne.

Uważam, że generalnie świat fantastyki – czy to SF czy Fantasy, czy horror, czy jakiś rodzaj mieszania realności z mitologią wymaga może nie przymknięcia, ale przynajmniej zmrużenia oczu. Konia z rzędem temu, kto pokaże mi wątek fantastyczny w literaturze lub filmie, do którego nie można przyczepić się z punktu widzenia realizmu.

Moje zdanie jest takie:  nie temu służy fantastyka w powieściach, żeby odzwierciedlać wszystkie uwarunkowania społeczne, przyrodnicze, psychologiczne itd. znanego nam świata, ale raczej wprost przeciwnie – służy temu, aby te uwarunkowania zredukować, obejść i poruszyć jakąś kwestię (moralną, społeczną, psychologiczną, technologiczną itd) bez wikłania się w zbyt wielką liczbę przesłanek. Po to, aby łatwiej dotrzeć do sedna sprawy.

A to z kolei oznacza, że fantastyka sama w sobie jest takim przymrużeniem oczu. Pozostaje jedynie kwestia skali – jak bardzo mrużymy te oczy w opowiadaniu Fantasy, jak bardzo w SF, pewnie mniej w horrorze, a w takim zmieszaniu rzeczywistości z fikcją, jaką ja tu przedstawiłem – pewnie najmniej. Ale nadal mrużymy. A to oznacza, że nie wszystkie detale przedstawione w opowiadaniu będą odzwierciedlały idealnie znaną nam rzeczywistość. Zwłaszcza, że rzeczywistość ma też bardzo wiele twarzy – o czym pisałem w komentarzach wyżej.

 

Zastanawiam się jeszcze, czy dobrze zrozumiałam, że kiedy porwano maleńką Cecylię, pani Zaleskiej nie zostawiono w zamian żadnego podrzutka?

Tak, dobrze zrozumiałaś. Autor brutalnie postanowił nie przydzielić Zaleskiej nawet Podciepa wink. Ale  może to może  było też spowodowane innymi czynnikami? Może w ten moment podmiany niechcący wtrącił się ojciec Cecylii? – to już pozostawiam bez odpowiedzi. W końcu musi być jakiś motyw na sequel. laugh

tak, to Urko. Nie żyje. Został potrącony przez ścigający go radiowóz. – Czy policja ścigałby radiowozem zaginionego, pięcioletniego chłopca i to tak skutecznie, żeby go przejechać?

Nie wiemy jak przebiegał pościg. Może chłopak spanikował, odłączył się od matki, schował się w zaroślach przy drodze i w ostatniej chwili wyskoczył (znowu spanikowany) przed maskę samochodu? A może to jednak policjanci go dogonili i celowo potrącili? Tego nie wiemy i to jest pole do wyobraźni czytelnika. Gdybym napisał, że został postrzelony z broni palnej, to pewnie większość skłaniałaby się ku stwierdzeniu, że to nie mógł być przypadek. Ale w takim przypadku? Sam się zastanawiam angel

Ciekawe :) Mnie również chodzi po głowie pomysł, żeby wpleść coś w czasy współczesne. Horrory bardzo lubię, budowanie napięcia przednie, pochłonąłem cały tekst w trakcie podróży do pracy :) Nie czytałem poprzedniej wersji, więc nie mam porównania (a chętnie spojrzę :) )

Przy okazji:

“Czy ty naprawdę sądziłaś mamo, że swoim odwetem zamknęłaś ostatnie ogniowo tego łańcucha nieustającej zemsty?”

Kwestia dziecięcej opieki medycznej wcale nie jest wyssana z palca, niestety.

Mnie bardzo podobają się niedopowiedzenia (w pewnych granicach), które pozwalają na wprowadzenie elementu osobniczo zmiennej interpretacji :)

Brak Podciepa u Zaleskiej → moim zdaniem zabieg na plus :)

Na facetów zawsze można liczyć smiley. Wielkie dzięki Banshee!

Warunki konkursowe spełnione.

Bardzo dobry tekst. Ciekawy pomysł na fabułę; niby znany, ale jednak nietuzinkowy. Tekst trzyma w napięciu, chociaż z początku denerwowały mnie te dwie głupie baby: jedna zostawia dzieci pod opieką kogoś tam i nawet telefonów nie raczy odbierać, druga zostawia dzieci całkiem same. No, ale jak wyjaśniłeś pomyłkę z SMS-em, to trochę mi przeszło. Ale została zadra: jak ta baba mogła pozwolić, żeby dziecko pod jej opieką w parku ktoś mógł pobić? Zdarzało mi się chodzić na spacery z małymi krewniakami czy znajomymi i, cholera, nie ma takiej opcji.

Bohaterowie ciekawi (acz na niektórych powarkuję), zróżnicowani.

Warsztat – tak wciągnęło, że nie zwracałam uwagi na błędy.

Edycja po zmianach: mam wrażenie, że trochę za bardzo wyłupałeś odpowiedzi na pytania zadawane przez czytelników. Teraz brzmią nieco sztucznie. A może to wynika ze świadomości, że zostały dopisane? No i przy czytaniu ze znajomością zakończenia, a więc bez niecierpliwości, zauważyłam braki w interpunkcji, narzeczoną wziętą pod pachę…

Babska logika rządzi!

jak ta baba mogła pozwolić, żeby dziecko pod jej opieką w parku ktoś mógł pobić? Zdarzało mi się chodzić na spacery z małymi krewniakami czy znajomymi i, cholera, nie ma takiej opcji.

Zaleska to twarda sztuka – wyskoczyła z krzaków, witką nastrzelała na tyłek i chodu przez las zygzakiem, żeby zmylić pościg wink

A tak na serio – dlatego w kilku miejscach akcji narzuciłem postaciom pośpiech, żeby taka Marylka nie mogła spokojnie opowiedzieć ważnych wydarzeń z dnia. Wcześniej i tak nie mogła, bo się nie dodzwoniła.

Edycja po zmianach: mam wrażenie, że trochę za bardzo wyłupałeś odpowiedzi na pytania zadawane przez czytelników. Teraz brzmią nieco sztucznie. A może to wynika ze świadomości, że zostały dopisane? No i przy czytaniu ze znajomością zakończenia,

…to – i pewnie jeszcze wyłuszczenie niektórych kwestii w dyskusji przy komentarzach. Zresztą w tej kwestii ja zawsze biję się z myślami, bo sam jestem zwolennikiem niedopowiedzeń z lekką sugestią dla czytelnika oraz tego, żeby od czytelnika też wymagać odrobiny wysiłku. Ale z drugiej strony mam wrażenie, że zdecydowana większość czytelników (ogólnie, nie chodzi tylko o to forum) nie specjalnie garnie się do przemyślenia lektury i lekko stwierdzają, że zakończenie jest niezrozumiałe. Więc z bólem serca, ale często wykładam kawę na ławę.

 

Dzięki za opinię, cieszę się, że tak wiele elementów Ci się spodobało.

No tak trzeba kombinować, bo przegięcie w każdą stronę niefajne…

Nie przekonałeś mnie z szybkością Zaleskiej. Skoro dzieciak wrzeszczał, to to chwilę musiało potrwać.

Babska logika rządzi!

Nie przekonałeś mnie z szybkością Zaleskiej. Skoro dzieciak wrzeszczał, to to chwilę musiało potrwać.

nie… no  z tą jej szybkością, to żart był. Zaleska pewnie uderzyła znienacka kilka razy witką chłopca, zanim Marylka zdążyła ją przegonić. A że Zaleska ma powszechnie opinię wariatki w okolicy, więc jest oburzenie, ale nikt z tym do sądu nie idzie…

to wg mnie najprostsza, prawdopodobna wersja zdarzeń. Marylka mogła zachować się podobnie, jak Ty byś się zachowała, ale wystarczyło, aby w danej chwili znajdowała się 10m dalej, a Zaleska – tuż, tuż. 

No i właśnie o to chodzi – zachowywać odległość nie większą od kilku metrów i nie spuszczać brzdąca z oczu. :-)

Ale może po prostu nie polubiłam Maryli, więc się czepiam.

Babska logika rządzi!

Ale może po prostu nie polubiłam Maryli, więc się czepiam.

pssssst! A kto by ją tam lubił!!!

Hm, do pewnego momentu podobało mi się bardzo, bardzo, a potem nagle równia pochyła. Nie wiem. Mam wrażenie, że zabrakło silniejszego umiejscowienia w realnym świecie (i nie mam przez to na myśli wątku fantastycznego, a logiczne zachowanie bohaterów).

 

Policja powie nam to samo, żeby najpierw przeszukać okolicę, popytać sąsiadów, podzwonić do rodziny… Musimy być pewni, że chodzi o uprowadzenie.

NIE NIE NIE.

Nie wyobrażam sobie, by kilkoro dorosłych w sytuacji, gdzie zniknęło dziecko powiedziałoby “a nie, spoko spoko, mamy czas”.

 

Prześlizgnęłam się wzrokiem po komentarzach. Widzę, że większość ma problemy z tym samym, co ja, i na wszystko masz gotową odpowiedź, więc nie będę po nich powtarzała.

 

Kurczę, te pierwsze sceny jeszcze w pracy, telefony, jak to się fajnie zapowiadało – aż jestem trochę zła.

 

Interpunkcja to faktycznie moja słaba strona… w tej kwestii chętnie skorzystałbym z jakichś uniwersalnych, ale niezbyt długich porad (macie być może coś na forum o tym, ale nie wiem, gdzie tego szukać).

 

Polecam tą panią: https://www.youtube.com/watch?v=W_rAJMuoGx0 (są dwie części). Może nie jest to podręczna ściągawka, ale dobrze wszystko wyjaśnia.

Kam-mod – przyjąłem do wiadomości i dziękuję za komentarz

Podoba mi się sposób, w jaki budujesz napięcie – rzucasz niejasności, dwuznaczności i fałszywe tropy, jak w dobrym kryminale. Stopniowo wprowadzasz nowych bohaterów, dzięki czemu nie czuję się zagubiony ani przytłoczony nadmiarem informacji.

Kolejne wydarzenia są ze sobą dość dobrze powiązane, jedna rzecz wynika z drugiego, a zasady "przyczyna – skutek" często brakuje w opowiadaniach, które czytam.

Nie wiem, co mógłbym Ci doradzić. Być może unikałbym w narracji pewnych określeń, np. "psiapsióła", ale sam mam w pisaniu zbyt duże problemy w oddzieleniu myśli narratora od bohatera (nie jestem pewien, czy dobrze identyfikuję problem).

Nie wiem, czy rozpisywałeś sobie plan opowiadania, ale rozłożyłeś akcenty bardzo umiejętnie i pomimo motywu "ludowego" (prawie słyszałem te skrzypecki podczas czytania, hej!) wciągnąłeś mnie w historię. Dzięki :)

 

Dzięki Nimrod. Przemyślę Twoje uwagi. Cieszę się, że się podobało.

Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania, bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każda uwaga niewłaściwie stosowana zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu.

 

Czuła się przy niej pewna siebie, bezpieczna, jakby znajdowała się wciąż w ojcowskich ramionach

Siękoza.

 

Zanim podbiegła do biurka[,] na którym leżał jej telefon

 

przecież domyślała się[,] kto to taki. Było już chyba dość późno, a więc jej przyjaciółka Marylka musiała się denerwować i niecierpliwić

Przecinek. Siękoza.

 

„Na pewno jest wściekła[”] – przebiegło jej przez myśl. – [„]Ja za niecałą godzinkę będę w domu, a do tego czasu może trochę ochłonie?”.

Zapis.

 

wrzuciła do niej telefon[,] nie tracąc czasu na sprawdzenie choćby nieodebranych połączeń

 

że się ta praca nareszcie skończyła i oto wraca do dzieci

Praca wraca do dzieci? ;)

 

Winda zatrzymała się na parterze, drzwi otworzyły się

Siękoza.

 

Zatrzymała się, wyjęła aparat. Na ekranie wyświetlał się napis

Siękoza.

 

To na pewno ty? – [z]apytała jakoś dziwnie córka

Zapis.

 

Mamusiu… szukałam wszędzie, ale go nie ma[ – o]dparła niemal przepraszająco mała

Zapis.

 

Zdawało się jej, że utraciła na chwilę akcję serca, a krew zastygła w żyłach. A mimo to starała się zachować panowanie nad sobą.

Siękoza.

 

Skręciła z głównej trasy śródmiejskiej w jakąś boczną uliczkę, bo dalej spodziewała się korków

W tych godzinach raczej nie ma już korków. Chyba że coś się stało, ale tego ona nie może przewidzieć.

 

…Dzwonek telefonu w czasie pracy – jak zawsze w najmniej odpowiednim momencie.

…Potem jakieś sygnały SMS-ów

Wielokropek w tym miejscu – jestem na nie.

 

Na szczęście w nic nie uderzyła i jej samej też się nic nie stało, ale położenie[,] w jakim znalazło się jej auto[,] uniemożliwiało samodzielny powrót na jezdnię.

Przecinki. Siękoza.

 

„Bez wyciągania ciągnikiem raczej się nie obejdzie” pomyślała…

 

Że ktoś, a konkretnie… – zająknął się Hubert, ale zaraz jakby porzucił podjętą przed momentem myśl. – Zresztą to akurat może nieważne. – Próbował ominąć jakiś niewygodny wątek.

– Co mówiła?! – Marek starał się sprowadzić Huberta do sedna sprawy.

– …Że ktoś zakradł się do domu od tyłu, przez drzwi tarasowe i uprowadził Urko.

– Że niby… porwał?

Relacja, że ktoś uprowadził dziecko, jest mało ważna? Dziwni są ci bohaterowie.

 

To niedorzeczność – zaprotestował Marek. – Pięcioletnie dziecko z wrodzonymi wadami, z niedorozwojem, z częściową deformacją twarzy i kończyn? Nie mów tylko Hubercie, że bagatelizuję problem, ale sam pomyśl: nawet handlarz żywym towarem nic by nie zyskał na tym biednym dziecku.

Dlaczego handlarze żywym towarem? To już bardziej prawdopodobne będzie, że to sprawka pracownika pobliskiej budki z kebabami. NMSP ;)

 

Proszę podejść bliżej i przygotować dokumenty do kontroli.

Tak, już się robi panie władzo, tylko że to może chwilę zająć, bo wie pan… jesteśmy nadzy i musimy dokładnie pogrzebać w jedynym miejscu, gdzie moglibyśmy takie dokumenty schować ;)

 

 

Przyciągnął mnie tytuł. Dobry.

Pierwsza scena całkiem fajna, ale najbardziej podobała mi się w tej scenie rozmowa Cecylii z córką – bardzo zaciekawiła i przez to miałem wysokie oczekiwania względem tekstu.

Na plus zaliczę również styl, bo czytało się płynnie i całkiem przyjemnie.

Ogólnie pomysł i sięgnięcie po wierzenia ludowe uważam za bardzo dobre.

 

 

Zauważyłem kilka luk logicznych w fabule i postępowaniu bohaterów. Część wypisałem przy fragmentach, a tutaj reszta:

1) Wydaje mi się, że w pierwszej kolejności Cecylia powinna zadzwonić na policję, a ona dzwoni wszędzie, tylko nie tam.

2) Jedna osoba (Cecylia) jest najzwyczajniej głupia i nie wie, co w takiej sytuacji zrobić. Może też nie jest pewna, co się stało. Ale tam nikt nie dzwoni na policję, nawet gdy już wiedzą, że dziecko zostało uprowadzone. Ich argumentacja, żeby nie dzwonić na policję w ogóle mnie nie przekonuje.

3) Scena rozmowy telefonicznej Huberta z Markiem to zwykły infodump. Dziecko zostało uprowadzone, a oni sobie gadają o poszlakach, domysłach i w ogóle wszystko na luzie.  Nie kupuję tego.

4) Podczas tej rozmowy Marek nie zachowuje się raczej jak ojciec uprowadzonego dziecka.

5) Hubert opowiada, że Zalewska zbiła Urko witkami. To wówczas nikogo z nimi nie było? Z pięcioletnim dzieckiem z wadami rozwojowymi i upośledzeniem? Serio?!

6) Elegancka kobieta wypada w nocy z lasu, w którym grasują „nagusy” i policjanci jeszcze zastanawiają się, co oni właściwie mają z tym zrobić?!

 

Z powodu luk logicznych i głupoty bohaterów, wszystkie postaci muszę ocenić na minus.

 

Sporo jest problemów z przecinkami, siękozą i podmiotami domyślnymi. Szwankuje zapis dialogów. Ja zaznaczyłem tylko kilka przykładów.

 

Przykro mi, ale doczytałem do sceny z policjantami, bo natężenie luk logicznych i co najmniej dziwnego zachowania bohaterów przekroczyło poziom tolerancji mojego musku.

 

 

Pozdrawiam i czekam na kolejny tekst, tym razem bardziej dopracowany pod kątem logiki :)

 

B.A.

 

 

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

B.A.

właściwie nawet nie wiem czy powinienem odpowiadać na krytykę kogoś, kto doczytał tekst do połowy, a wypowiada się o całości. To zwyczajnie niepoważne z Twojej strony. Twoje argumenty są kompletnie nieprzemyślane.

Jeśli Ty dzwonisz na policję za każdym razem jak dziecko zniknie Ci z oczu, jak się schowało, poszło samowolnie do sąsiada, kolegi itp – to gratulacje. Nie chcę myśleć, co sądzi o Tobie policja.

Cecylia Twoim zdaniem pierwsze co, to miała dzwonić na policję??? Sorry BA, ale Ty chyba nie masz pojęcia o czym piszesz. W niektórych sytuacjach na policję można czekać dość długo, np. 30-40 minut – a w tym czasie dzieci zostają nadal same w dość dziwacznej sytuacji? I to ma byc Twoim zdaniem racjonalne? Oczywiście, że najpierw dzwoni się do znajomych, co są najbliżej i znają się z dziećmi, potem można zadzwonić na policję, ale też niech znajomi stwierdzą, czy aby dziecko, od którego pochodzi informacja czy nie przesadza.

Cecylia wykonała rozmowy telefoniczne ledwie z córką i tą znajomą, ktorą chciała prosić o pilne przyjście – a potem miała wypadek i była z telefonem poza zasięgiem w lesie – nie doczytałeś? Taaaaa… 

Hubert z Markiem wiedzą o porwaniu? Gdzie s ty to wyczytał? Czy ty aby na pewno mój tekst recenzujesz? Uważają raczej, że Miłka przesadza. Co najwyżej mogła z tym mieć coś wspólnego staruszka-wariatka, ale czy mogła porwać? Jaaasssnnneeee… skoro tak Ci wyobraźnia podpowiada. W tekście tego nie ma w ten sposób powiedziane. Hubert podejrzewa, że mogła mieć coś wspólnego ze sprawą, ale co?  Tego nie wiedzą.  czy przyszła może pukać do okien i się odgrażać dzieciakowi, którego nie lubi itp – w końcu ma opinię wariatki. Ale nieszkodliwej, jak zauważa Marek… Mam ci teraz opowiadanie przepisywać i zaznaczać na czerwono? Opowiadanie jest powyżej. Jak skońćzysz, to będziemy rozmawiać, a na razie za dużo filozofii, za mało komentarza.

Elegancka kobieta w lesie, , gdzieś dalej stoi dwójka nagusów, a policja Twoim zdaniem co ma robić? Radiowozem na przełaj ich gonić? Zresztą niby dlaczego? Nie widać, żeby ją gonili. Policjant w końcu interweniuje,ale nagusy znikają….

I jeszcze motyw uderzonego dziecka przez obcą osobę na spacerze – domyślam się, że Twoim zdaniem powinni Urko wyprowadzać na smyczy i to krótkiej…. albo tylko do kojca dla psów. A tu niespodzianka – pięcioletnie dzieci potrafią chodzić, lubią biegać, poszaleć… zaskoczyłem Cię prawda?  Pięciolatek potrafi odbiec choćby na moment od mamy na kilkanaście metrów (żeby tylko). I w tym czasie zdarzyć się może wiele – np. jakiś niezrównoważony przechodzień. Polecam kiedyś obserwować dzieci w tym wieku.  Nikt nie biega za swoim dzieckiem… wiem, BA, życie jest takie zaskakujące!

RRrrrrrany, BA… zaczynam wątpić, czy doczytałeś tekst choćby do połowy. Nie zawsze komentarz krytyczny jest komentarzem inteligentnym. Pomyśl zanim zaczniesz takie rzeczy wpisywać

 

Pozdrawiam, choć nieszczególnie nachalnie.

 

Przeczytałem Twoje opowiadanie zachęcony tym, że znalazło się w Bibliotece. Szukałem czegoś z gatunku horroru i nie zawiodłem się. Podobało mi się. Dzięki!

Psycholl44 – cieszę się. Może więc skusisz się na inne moje opowiastki, które jeszcze czekają w poczekalni? Polecam (się) :)

Gostomyśle,

dostałeś uwagi, wiec zachowaj się jak prawdziwy facetprzyjmij je na klatę, a nie jak teraz – zachowujesz się niczym małolat, który dostał konstruktywną krytykę i krzyczy: „Ty się nie znasz! Gupi jesteś!”

Tzn. jeśli masz 10 lat lub mniej, to powiedzmy, że jeszcze Cię rozumiem :)

 

Po pierwsze, specjalnie na początku komentarza napisałem, że nie musisz kierować się moimi uwagami – one są moje i wynikają z mojego odbioru przeczytanego tekstu, ale tekst jest Twój i masz prawo robić z nim, co chcesz. Ja natomiast mam prawo do własnej opinii.

Tylko że tego albo nie doczytałeś albo przeczytałeś, ale nie rozumiałeś.

Zresztą, czy ja powinienem tłumaczyć takie oczywiste rzeczy?

 

Po drugie, widzę, że nie zrozumiałeś mojego komentarza (albo nie chciałeś go zrozumieć), bo ja nigdzie nie napisałem, że oceniam całość opowiadania.

Zamierzałem przeczytać całe, ale luki logiczne w fabule i zachowaniach bohaterów spowodowały, że więcej mój musk znieść po prostu nie mógł.

Oceniłem tyle, ile przeczytałem, a przeczytałem wystarczająco, żeby wiedzieć, że bohaterowie są papierowi i podporządkowani fabule, a przez to wychodzą na skończonych idiotów.

Tutaj znowu wychodzi, że albo nie czytałeś mojego komentarza albo przeczytałeś, ale nie rozumiałeś.

 

Po trzecie, tekst powinien bronić się sam, a Ty w odpowiedzi na konstruktywną krytykę próbujesz usprawiedliwiać go w komentarzach (i to dość nieudolnie – jeśli mogę dodać). Pewnie, że możesz, ale do czego to prowadzi?

Dlatego nie zamierzam się z Tobą sprzeczać, nie zamierzam dalej dyskutować, bo to nie ma sensu.

 

Jeśli uważasz, że wszystko w tym tekście jest ok., jeśli sprawia Ci to przyjemność, to bardzo dobrze, pisz tak dalej, a ja mogę Ci tylko życzyć powodzenia.

I to z całego mojego serca :)

 

 

(pozwoliłem sobie na wytłuszczenie pewnych treści, aby były czytelne i zrozumiałe)

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

BA – chętnie przyjmę krytykę od osoby, która czytała tekst, a nie która konfabuluje sobie ciąg dalszy po przeczytaniu połowy. Skoro uważasz, że pewne postacie są takie, czy owakie, to skąd wiesz czy dalsza część tekstu tego nie wyjaśnia, albo nie zaprzecza.

Twój komentarz jest wysoce niepoważny. Wymieniasz argumenty że ludzie zaprezentowani w opowiadaniu nie są IDEALNI, że relacje społeczne nie odzwierciedlają społeczeństwa IDEALNEGO… Sorry BA, ale absurd Twoich komentarzy zbija z nóg – są lepsze sposoby na zaistnienie.

W Twoim świecie ludzie pewnie zawsze zatrzymują się na czerwonym świetle, a jadą na zielonym, gdyż TAK SIĘ POWINNO ROZBIĆ. W Twoim świecie ludzie nie mają emocji, systemy nie mają błędów, a przypadki nie istnieją – wszystko jest TAK JAK POWINNO BYĆ. Muszę Cię brutalnie rozczarować: nawet w najlepiej poukładanych systemach i przy najlepiej poukładanych osobowościowo ludziach tak nie jest. Ludzie są różni, często działają nieracjonalnie, emocjonalnie, systemy są często niewydolne, czasami wręcz szkodliwe… A do tego wszystkiego w świecie ludzi od wieków i na wieki rządzi przypadek oraz zbiegi różnych okoliczności – to z nich rodzą się opowieści.

A mimo tego akurat tym bohaterom nie brak racjonalności, co byś pewnie dostrzegł, gdybyś czytał uważnie nawet te 50%. Zarzucanie głupoty bohaterce, że nie wzywa policji na każdy objaw lęku u córki (nie wiadomo, czy uzasadniony, czy nie) jest najdelikatniej mówiąc niemądre. Cecylia zachowała się zdecydowanie rozsądnie. Kto wie, czy telefon na policję nie byłby jednym z kolejnych… ale jej udało się wykonać zaledwie 2 najważniejsze – z kimś, kto może najszybciej wg niej znaleźć się u niej w domu i ponownie z córką. A potem miała i wypadek i brak zasięgu – i uważanie że to jest objaw głupoty bohaterki… to cóż można powiedzieć o takim komentarzu? Jedynie tyle, że do połowy tekstu, to może i dobrnąłeś, ale czytając w najlepszym wypadku co trzecie zdanie. Bo te kwestie były poruszane w tekście parokrotnie. Dalej jest też napisane więcej o samym chłopcu i dlaczego nie tylko policji, ale też lekarzy matka wolała unikać… Ale skąd BA mógłbyś to wiedzieć?

Tekst się broni sam (albo i nie… to już ocenią czytelnicy) wtedy, kiedy ktoś go czyta – a zatem BA – liczę na to, że Twój kolejny komentarz będzie RZECZOWY i oparty na lekturze opowiadania. PRZECZYTANEGO. Komentowanie opowiadania przez kogoś, kto go nie czytał jest szczytem absurdu.

Jak przeczytasz – wtedy chętnie przyjmę krytykę, bo to opowiadanie doskonałe nie jest. Jest co skrytykować. Sam widzę pewne niedociągnięcia, a czytelnik (CZYTELNIK… taki człowiek, co czyta, BA), z pewnością znajdzie tego więcej. A póki nie zapoznasz się z tekstem – oszczędź mi zarzutów w sprawach, których nie doczytałeś (pierwsza połowa) oraz nie przeczytałeś (druga połowa). 

 

Zmieniona końcówka rzeczywiście jest lepsza, ale ta rozmowa matki z córką wyszła jednak nienaturalnie. Natomiast zakończenie jest niezłe.

 

Początek tego tekstu jest bardzo dobry, od razu kreujesz klimat zagrożenia, napięcie wzrasta. Niestety, bardzo szybko opada. Szkoda, że tego nie pociągnąłeś, limit znaków był duży i trochę zapasu Ci zostało. Za szybko mamy poczucie, że wszystko w porządku i zbyt dużo miejsca zajmują później wyjaśnienia. Można to było przepleść – tu się coś wyjaśnia a jednocześnie zagrożenie cały czas wzrasta, może dziecko wróciło, ale matka wciąż nie? Na pewno coś by się tu dało wymyślić. Rozumiem koncepcję "zasugerować bezpieczeństwo i happy end, a później walnąć czytelnika obuchem", ale przez takie szybkie wyhamowanie akcji ta struktura bardzo straciła. Trzeba by było dać nam się trochę pomartwić, później odczuć wielką ulgę, a na końcu zostać ze szczęką na podłodze ;)

 

A i jeszcze naszła mnie taka myśl: matka Cecylia spędziła dzieciństwo z matką – boginką i ma syna – osobnika tej samej rasy. A potem jak widzi boginki w lesie to panikuje i krzyczy do policji “zabijcie to!”. Jasne, że była w stresie, ale bez przesady.

 

Jak się co nieco wie o mitach słowiańskich to niestety szybko można się domyślić, o co chodzi. Ale mnie to nie zmniejszyło przyjemności czytania. Pomysł – próba napisania czegoś "współczesnego" na podstawie starych wierzeń – uważam za udany. Sporo natomiast jest niedoróbek, na które zwrócili już uwagę inni: badania (komentarze mnie nie przekonują. Nie ma tam lekarza rodzinnego, dzielnicowego, sąsiadów? Dziewczynka nie chodzi do szkoły? Dziwne jednak), fakt, że dorośli nie zadzwonili natychmiastowo na policję, czy zachowanie ojca. Ze wcześniejszych opisów wynikało, że to albo taki trochę zimny drań, albo facet, który nie potrafił sobie poradzić z niepełnosprawnością swojego dziecka i z tym, jak owa niepełnosprawność wpłynęła na jego małżeństwo. Z zachowania, ze słów postaci wychodzi kompletnie inny człowiek. 

 

Fajnie, że podszedłeś do boginek psychologicznie, nie pokazałeś ich jako potworów-dekoracji. Szkoda tylko, że nie pokusiłeś się o próbę odpowiedzi na pytanie: na jaką cholerę one podmieniają te dzieci, zostawiają własne, skoro tak bardzo je kochają?

 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Wyjdę zapewne na jakiegoś buca bez uczuć, ale Cecylia jest sama sobie winna! Jak można opiekunce, która siedzi z dziećmi cały dzień, nie powiedzieć, że się spóźni trzy godziny, a gdy ktoś z domu próbuje się dodzwonić, to stwierdzić, że w sumie to kij z tym, poczekali trzy godziny, to i cztery mogą poczekać. :v Rozumiem, że na opiekunkę powinno się wybrać kogoś odpowiedzialnego, ale ten ktoś też ma swoje życie i siedzenie dodatkowych 4h z cudzymi dziećmi nie jest jego szczytem marzeń. Zwłaszcza, gdy miało się coś zaplanowane na wieczór – widzę oczami wyobraźni typ ludzi, który właśnie zostawiłby dzieci same sobie, tak jak Marylka. Taka mnie naszła refleksja. ;)

 

zignorowała tą obelgę

A nie: tę obelgę? Gdzieś wyczytałem, że użycie tą/tę zależy od końcówki rzeczownika, do którego się odnosi.

 

Czy to na pewno rozsądne oddzwaniać do dziecka, które się chowa przed nieznajomym? ;)

 

– To niedorzeczność – zaprotestował Marek. – Pięcioletnie dziecko z wrodzonymi wadami, z niedorozwojem, z częściową deformacją twarzy i kończyn? Nie mów tylko Hubercie, że bagatelizuję problem, ale sam pomyśl: nawet handlarz żywym towarem nic by nie zyskał na tym biednym dziecku.

Widzę, że Marek jest większym bezdusznym bucem niż ja. :v Jak ojciec może powiedzieć w ogóle coś takiego? Oczywiście, że może, jeśli ma gdzieś swoje dziecko tylko dlatego, że jest chore. No ale wtedy bohaterowie nie dzwonili by do niego, bo nic by go nie obchodziła sytuacja z porwaniem. I wątpię, czy w ogóle utrzymywaliby kontakt. Krótko mówiąc: zgrzytnęło mi. A handlarz żywym towarem zyskałby wiele. Niedorozwój jest, jak mniemam, umysłowy, ale nerki, wątroba, serce, rogówki są już prawidłowe.

 

w końcu ten drugi, ten, który siedział za kierownicą

Drugie “ten” moim zdaniem zbędne.

 

nie słyszałaś o prawie dziedziczenia według Mendla? Dziadkowie więcej przekazują w genach swoim wnukom, niż rodzice dzieciom.

Na pewno tak brzmią te prawa? ;)

 

Czyli matka Cecylii była garbatym i włochatym yeti nie mówiącym w żadnym języku i nie zainteresowało to absolutnie nikogo? Kim musiał być ojciec Cecylii, że uznał taką kobietę za atrakcyjną?… Później pojawia się informacja, że znalazł cygankę z dzieckiem w lesie, więc ją przygarnął. Ot tak. Bo przecież to oczywiste, każdy by to zrobił…

Skoro ktoś inny powiadomił policję, to dlaczego zadzwoniono do Cecylii, skoro nie życzyła sobie, żeby mieszać w to policjantów i była tym telefonem zaskoczona?

Radiowóz ścigał pięciolatka z taką prędkością, że go śmiertelnie potrącił? To był pościg, czy egzekucja? Później wyjaśniasz, że wybiegł pod koła – ok. Ale nadal uważam, że niefortunnie dobrałeś słowa wspominając o zdarzeniu po raz pierwszy.

Dziecko nie rozwija się prawidłowo fizycznie i intelektualnie, a rodzice przez 5 lat nie pokazują się z nim u lekarza? I znowu nikogo to nie dziwi, dla wszystkich to jest oczywiste. Właśnie tak się robi z upośledzonymi dziećmi – chowa je się przed światem! Że już nie wspomnę o szczepieniach, bilansach… I znowu – to dałoby się umotywować, gdyby rodzice Urko byli jakimiś fanatykami życia w zgodzie z naturą, neopoganami, czy czymkolwiek. Ale Cecylia realizuje się w jakiejś firmie, więc prowadzi bardzo współczesny tryb życia i taki stosunek do własnego dziecka, jak dla mnie, odstaje.

 

Mój były mąż, Marek, mówił i o tym pani zdjęciu.

Mówił mi?

 

Podsumowując: Pierwsza i ostatnia scena podobały mi się najbardziej. Pierwsza – bo złapała mnie za twarz i zmusiła by czytać dalej. A ostatnia – bo zaskoczyła, mimo, że myślałem, że wszystko już jest jasne. Do tego kilka bardzo zgrabnych, niewymuszonych zwrotów akcji nadawało tempa i podkręcało ciekawość. Sam pomysł z boginką i podrzutkiem również mi się spodobał. Przyznam, że po sukcesie Wiedźmina mam przesyt słowiańską mitologią, lecz tutaj wyszło naprawdę fajnie, pewnie przez pomieszanie mitów ze współczesnością – osobiście bardzo lubię takie połączenie.

ALE. Tekst roi się od mniejszych i większych nielogiczności, na których się potykałem. Do tego, co wypisałem powyżej, dodałbym też pytanie, dlaczego Marek został pozbawiony praw rodzicielskich? Nie wyjaśniłeś tego nijak, mało tego bohater dość dobrze dogaduje się z Cecylią. Nie ma żadnych poszlak, że Marek jest alkoholikiem, jest agresywny, czy cokolwiek. Wygląda to jakbyś odebrał mu prawa, aby w konkretnym momencie opowiadania zrzucić podejrzenia na niego. Wygodne i celne, bo uzyskałeś kolejny plottwist, niemniej wg mnie – naciągane. Bolało mnie też, że miejscami traktujesz czytelnika jak idiotę. ;) Coś co ewidentnie wynika np. z dialogu, ty wyjaśniasz ponownie w didaskaliach lub opisach. Raz nawet pojawiło się wytłuszczenie, żeby na pewno nie przegapić prawdy. Trochę więcej wiary w czytelników!

Pozdrawiam!

 

A nie: tę obelgę? Gdzieś wyczytałem, że użycie tą/tę zależy od końcówki rzeczownika, do którego się odnosi.

Niezupełnie tak. Zależy od przypadku. Tę obelgę, ale również tę jakość, tę panią…

Babska logika rządzi!

Nie byłem pewien, dobrze, że doprecyzowałaś, Finklo. ;)

Mirabell – bardzo dziękuję za komentarz. Wezmę sobie szczególnie do serca kwestie budowania napięcia – też mi się teraz tak wydaje.

 

Co do kilku Twoich innych uwag i pytań to odpowiadam:

A i jeszcze naszła mnie taka myśl: matka Cecylia spędziła dzieciństwo z matką – boginką i ma syna – osobnika tej samej rasy. A potem jak widzi boginki w lesie to panikuje i krzyczy do policji “zabijcie to!”. Jasne, że była w stresie, ale bez przesady.

W lesie byli kilkadziesiąt, co najwyżej kilkanaście metrów od niej, kiedy się zbliżyli. Było ciemno, był stres, oni byli bez ubrań, a więc w nie do końca codzienny dla niej sposób. Wydawało mi się, że to wystarczające przesłanki. Ale być może należałoby to przemyśleć jeszcze…

badania (komentarze mnie nie przekonują. Nie ma tam lekarza rodzinnego, dzielnicowego, sąsiadów? Dziewczynka nie chodzi do szkoły? Dziwne jednak),

A co ma do lekarza dzielnicowy lub sąsiedzi? smiley Nie sądzę, aby sąsiedzi się interesowali, a dzielnicowy – to nie jest przecież sprawa dzielnicowego, czy dziecko było badane, czy nie. To jest sprawa instytucji lekarskich, ale to akurat było w tekście, że Marek dawał łapówki w różnych placówkach medycznych odpowiedzialnych za takie badania, żeby tam ffałszowali kartoteki. Wydaje mi się to wyjhaśnienie w tekście wystarczające.

Co do dziewczynki – dziewczynka nie była podciepem, nie miała dziwnego wyglądu itp – miała badania, chodziła do szkoły… to normalna, biologiczna córka Cecylii. Na jej temat niczego takiego przecież nie mówiono w tekście.

 fakt, że dorośli nie zadzwonili natychmiastowo na policję,

Wiele osób doszukuje się w tym dziwnego zachowania… ale jakoś nikt nie dostrzega, że od momentu kiedy Cecylia się dowiaduje o dziwnej sytuacji, co chwili jej wypadku mija ledwie kilkanaście minut – a może jeszcze mniej. W tekście jest, że nie wypuszczała cały czas telefonu z ręki, że próbowała najpierw dodzwonić się do Maryli, żeby ta sprawdziła okiem dorosłego, czy faktycznie występuje jakieś zagrożenie. Zauważ, że tu nie ma jeszcze mowy o zniknięciu Urko, więc dzwonienie w sprawie porwania (jak sugerują niektóre komentarze), nie ma sensu.

Wreszcie się dodzwoniła, ale się okazuje, że ta jest pół godziny od domu Cecylii. 

Natychmiast jest kolejna rozmowa z Miłką – dopiero teraz wiemy o tym, że nie może ona znaleźć Urko – ale czy to jest już porwanie? Bo taras jest otwarty, Miłka się czegoś boi… buty i kapcie Urko są jednak w domu, więc nawet w wyjście chłopca na zewnątrz trudno uwierzyć… a z pewnością trudno przekonać policję przy takich słabych argumentach. nikt nikogo za rękę nie zlapał

Do tej pory upłynęło ile… może 10 minut, a od informacji, że Miłka nie może znaleźć Urko – może 30 sekund. Zaraz następuje wypadek i brak zasięgu w lesie u Cecylii

Owszem, w chwili emocji Cecylia stwierdza, że to być może jej były mąż i chce kręcić do niego, ale zaraz potem ma wypadek, jest w lesie bez zasięgu.

A WIĘC PYTAM: w którym momencie Cecylia miałaby zadzwonić na policję?

Hubert i Marylka przybywają po około pół godziny od telefonu Cecylii. Urko nie mogą znaleźć, ale dzieczynce też nie bardzo wierzą choćby ze względu na opowieści o zmarłej babci. Do Cecylii też nie mogą się dodzwonić, bo ta jest poza zasięgiem. O tym wszystkim jest w tekście. Hubert przeszukał zakamarki domu – ile mogło mu to zająć? powiedzmy, że pół godziny. W domu go nie ma. Wpadają na podobny pomysł, jak Cecylia – że zabrał go Marek. Potem jednak odrzucają tą tezę, bo może ma coś z tym wspólnego lokalna wariatka Zaleska. Poza tym Hubert nadal nie sprawdził ogrodu, parku… chłopiec mógł wyjść, furtka jest uchylona. Jest kilka prostych wyjaśnień.

WIĘC PYTAM: z czym mieli ci znajomi dzwonić na policję? Jeszcze wszystkiego nie przeszukali, a już wzywają policję? Kto z Was tak robi? dziecko schowało się, albo bawi się gdzieś trochę dalej i już dzwonicie na policję? Ja sam w czasach dzieciństwa potrafiłem znikać bez słowa na pół dnia z domu (jako 5-7-latek). Matka szukała mnie najpierw u sąsiadów, po różnych podwórkach, dzwoniła do znajomych… i dopiero kiedy nie miała żadnych innych pomyslów to chciała dzwonić na policję. Minęło pół dnia. (w tym momencie na szczęście wracałem z moich podróży). 

Poza tym – Hubert z Marylką wciąż nie mogą dodzwonić się do Cecylii, być może wychodzą z założenia, że lepiej, aby matka podjęła taką decyzję. ZAZNACZAM, że przecież noszą się z zamiarem zadzwonienia na poplicję, ale najpierw chcą być pewni, że nie wyjdą na głupków. Nie minęło przecież pół nocy, tylko pół godziny od chwili ich przyjazdu do Cecylii. NO I WRESZCIE – oboje nie wiedzą, czy aby Cecylia juz nie zadzwoniła na policję – a nie wiedzą, bo nie mogą sie do niej dodzwonić. Jest wiele przesłanek i bardzo krótki czas, wiec kompletnie nieuzasadnione są pytania: czemu nie zadzwonili na policję

Idźmy dalej – do Zaleskiej jedzie Marek. ile tam jechał? powiedzmy 10 minut. Ile z nią rozmawiał? kolejne 10 minut. Po tym czasie otrzymuje telefon od Huberta i Marylki o tym, że pojawił się inny chłopiec, ale w ubranku Urko i Hubert z Marylką nie wiedzą, co mają o tym sądzić, zwłaszcza, że chłopiec jest bnardzo podobny do Miłki i Cecylii.

 

Zatem minęło około 1h 10min od czasu przybycia Huberta i Marylki (Cecylia przypominam, że była poza zasięgiem w lesie), Marek upewnia się na wszelki wypadek, czy to czasem wariatka Zaleska nie jest uwikłana w porwanie, albo zaginięcie dziecka…

Do którego bohatera macie więc pretensje, że nie zadzwonił na policję? Niektórzy piszą, że to nieracjonalne – wręcz przeciwnie. Cecylia miała szanse na telefon na policję przy poszlakach porwania ledwie 30 sekund. Marek – 20 minut, Hubert i Marylka 70 minut – ale jedyną poszlaką była niewiarygodna opowieść Miłki. Czy to jest racjonalny powód, aby zadzwonić zaraz na policję?

Kiedy Cecylia w końcu spotkała policjantów i miała już zasięg – dostała wiadomość od Marylki o tym chłopcu w ubranku Urko. Co mogła sobie pomyśleć? “Co ta Marylka bredzi – to niemożliwe. Muszę to zobaczyć na własne oczy”

Mija kolejne 10-20 minut. Wszyscy są już w domu, przyglądają się chłopcu. Może w tym momencie Cecylia zdecydowałaby się na powiadomienie policji, ale w tym momencie jest telefon z prosektorium.

Na to wszysstko nakładają się jeszcze kwestie emocjonalne oraz tego, że Cecylia generalnie trochę ukrywa Urko przed światem (nie atk, żeby z nim nie wychodziła, ale tak, aby się instytucje państwowe nie zaczęły interesować)

TO WSZYSTKO JEST W TEKŚCIE, moi państwo. Proszę sprawdzić, przeczytać raz jeszcze. Niestety, ale nie mogę przyjąć zarzutów, że bohaterowie zachowali się dziwnie, bo nie wezwali policji – byłoby dziwnie, gdyby wezwali bezmyślnie, bez sprawdzenia, bez przeszukania… ot tak, “zgubiłem kluczyki to zadzwonię na policję”. Zarzut sam sobie czynię inny: że nadałem akcji zbyt szybkie tempo, że czytelnicy gubią się w motywach i nie wyczuwają w jak krótkim czasie większość spraw się wydarzyła. To jest zasadniczy błąd tego sposobu narracji, który wybrałem.

czy zachowanie ojca. Ze wcześniejszych opisów wynikało, że to albo taki trochę zimny drań, albo facet, który nie potrafił sobie poradzić z niepełnosprawnością swojego dziecka i z tym, jak owa niepełnosprawność wpłynęła na jego małżeństwo. Z zachowania, ze słów postaci wychodzi kompletnie inny człowiek. 

Zauważ Mirabell, że te złe uwagi pod adresem Marka pochodzą od Cecylii, która była na niego wściekła. Wracamy tu do sprawy: czy wykładać czytelnikowi wszystko na tacy, czy dać mu coś, aby sam się domyślił, sam związał fakty. Mam od długiego czasu dylemat, czy lepiej pisać tak, czy tak. To jest właśnie taki przykład. Może się mylę, może zbyt mało dałem poszlak czytelnikowi i uczyniłem rzecz mało przejrzystą – ale jednak myślę, że nie – że to zbyt szybka akcja i narracja sprawiły, że czytelnicy pogubili mnóstwo detali. Moja wina i mam nauczkę.

A sprawa w świetle przedstawionych w tekście faktów wydaje mi się bardzo prosta.

Cecylia nie znosi Marka – ale dlaczego, skoro przecież okazujee się on być całkiem w porządku człowiekiem i przejmuje się dziećmi? Dlaczego Cecylia doprowadziła do rozwodu i zakazzu kontaktowania się Marka z dziećmi? Na początku dowiadujemy się tylko, że miało to związek z Urko – ale potem jest tych informacji więcej. Marek w pewnym momencie stwierdził, że tak dalej być nie może, że trzeba jednak pójść z tym dzieckiem choćby do lekarza. Przez jakiś czas pomagały błagania Cecylii, ale w końcu Marek się postawił i wtedy jedynym wyjściem dla Cecylii był rozwód i pozbawienie praw rodzicielskich, aby uniemożliwić Markowi np. pójście z Urko do lekarza.Cecylia oczywiście nie działała racjonalnie, ale każdy z nas czasem tak działa. Kto wie, czy za pół roku sama by nie oprzytomniała (w końcu dziecko musi pójść do szkoły itd), ale teraz szła w zaparte. Doszło do rozwodu i Marek sobie widocznie odpuścił temat na jakiś czas.

TO WSZYSTKO JEST W TEKŚCIE i moim zdaniem nie jest to zakamuflowane.  Myślę, że to zbyt duże tempo i sposób narracji spowodował, że czytelnik nie wczytywał się w te wszystkie podawane informacje

Szkoda tylko, że nie pokusiłeś się o próbę odpowiedzi na pytanie: na jaką cholerę one podmieniają te dzieci, zostawiają własne, skoro tak bardzo je kochają?

Nie było moim celem wyjaśnianie zagadki Boginek – raczej zarysowanie hipotetycznej sytuacji: co by było, gdyby Boginki, podobnie jak np. Wielkie Stopy w Ameryce, albo inni Leśni Ludzie w wielu zakątkach świata – co by było, gdyby faktycznie istnieli i zachowywali sie podobnie jak to podają legendy? Jak by to wyglądało współcześnie. Poza tym niedopowiedzenia zaostrzają apetyt. 

MrBrightSide – Tobie równie dziękuję za wartościowe uwagi. 

Oto moje odpowiedzi

Czy Cecylia była fair do Marylki? pewnie nie, ale co ja za to mogę wink. nie wiemy poza tym jakie były relacje między tymi kobietami, ale raczej dość zażyłe (choćby właśnie dlatego, że Cecylia uważała, że takie numery jak zostawienie dziecka pod opieką dłużej, przejdą). 

Czy to na pewno rozsądne oddzwaniać do dziecka, które się chowa przed nieznajomym? ;)

A czy na pewno Cecylia uwierzyła w te opowiadania Miłki? Zwróć uwagę, jak opisuje to później w rozmowie z Marylką – nic nie mówi o jakimś porwaniu itp. Mówi, że nie wie co się dzieje, a Miłka czegoś sie wystraszyła. Poza tym – emocje. Nawet gdyby wierzyła w obecność trzeciej osoby w domu (choć tekst mówi raczej coś innego), to mogła to zrobić odruchowo.

“nawet handlarz żywym towarem nic by nie zyskał na tym biednym dziecku”

Jak ojciec może powiedzieć w ogóle coś takiego? Oczywiście, że może, jeśli ma gdzieś swoje dziecko tylko dlatego, że jest chore. No ale wtedy bohaterowie nie dzwonili by do niego, bo nic by go nie obchodziła sytuacja z porwaniem. I wątpię, czy w ogóle utrzymywaliby kontakt. Krótko mówiąc: zgrzytnęło mi. 

Marek próbuje sobie zracjonalizować sytuację, nie wpadać w panikę, nie myśleć, że wydarzyło się najgorsze. Podczas racjonalizacji dla osoby racjonalizującej sobie dane wydarzeniee nie jest istotne zahowanie kompletnej logiki, tylko to, czy jest w stanie uspokoić sam siebie takim argumentem. Nigdy tak nie miałeś? Czasem każdy z nas jest skłonny uwierzyć w rzeczy nie do końca prawdziwe, jeśli tylko nas jakoś uspokajają. Chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że pewnie połowa literatury i filmów na świecie poruszały ten temat w mniejszym lub większym stopniu.

nie słyszałaś o prawie dziedziczenia według Mendla? Dziadkowie więcej przekazują w genach swoim wnukom, niż rodzice dzieciom.

Na pewno tak brzmią te prawa? ;)

W uproszczeniu tak. Cecylia też sobie próbuje w tym momencie racjonallizować całą swoją sytuację z Urko i takie sobie wymyśliła wytłumaczenie. Tak, prawo Mendla mniej więcej sie do tego sprowadza, ale Cecylia uwypukla je sobie tak, aby jej pasowało. A właściwie to nawet nie jej – bardziej aby mieć argumeent dla innych ludzi, gdyby o tą kwestię podobieństwa pytali. Cecylia prawdopodobnie nie do końca rozumie co się dzieje z jej Urko, ale w ogóle nie przyjmuje do wiadomości, ze to mógłby nie być jej syn. Kwestia uczuć – miłości i strachu. 

podam inny przykład: wielu ludzi wie, że ma choorą trzustkę i że trzeba ją zoperować. Racjonalnie byłoby pojść na operację. A jednak tego nie robią. WWymyślają sobie oraz innym różne przyczyny, okłamują, że już nie boli itd. Zachowują się nieracjonalnie, jak każdy z nas w pewnych konkkretnych sytuacjach. Cecylia robi podobnie z Urko. Być może boi się spojrzeć prawdzie w oczy… tego się nie dowiesz z krótkiego tekstu, bo ze względu na rozmiary krótki tekst zawsze będzie miał pewnee niedopowiedzenia.

 

Czyli matka Cecylii była garbatym i włochatym yeti nie mówiącym w żadnym języku i nie zainteresowało to absolutnie nikogo?

Teraz Ty upraszczasz. Skoro uważano ją za Romkę, to znaczy, że nie przypominała Yeti smiley

 

Kim musiał być ojciec Cecylii, że uznał taką kobietę za atrakcyjną?…

Dobrym, litościwym głupcem zapewne smiley. Tego nie wiemy do końca, bo tekst nie mówwi za dużo o ojcu. Ale to jego dobroć doprowadziła do zła.

 

Później pojawia się informacja, że znalazł cygankę z dzieckiem w lesie, więc ją przygarnął. Ot tak. Bo przecież to oczywiste, każdy by to zrobił…

Każdy nie – ale to nie jest jakiś odosobniony przypadek. Zdarza się. Jak mowiłem: nie wiemy do końca jakim człowiekiem był ojciec Cecylii – zapewne jednak miał gołębie serce i żal mu się zrobiło brzydkiej, może schorowanej, a więc odtrącanej prze ludzi kobiety. Może sam kiedyś był w sytuacji odtrąceni. Do tego było dziecko – może zakochał się w tym dziecku? Jest wiele możliwości, dlaczego nie próbujesz drążyć, tylko wybierasz sobie pierwszą najłatwiejszą odpowiedź?

Dziecko nie rozwija się prawidłowo fizycznie i intelektualnie, a rodzice przez 5 lat nie pokazują się z nim u lekarza? I znowu nikogo to nie dziwi, dla wszystkich to jest oczywiste. Właśnie tak się robi z upośledzonymi dziećmi – chowa je się przed światem!

to dałoby się umotywować, gdyby rodzice Urko byli jakimiś fanatykami życia w zgodzie z naturą, neopoganami, czy czymkolwiek. Ale Cecylia realizuje się w jakiejś firmie, więc prowadzi bardzo współczesny tryb życia i taki stosunek do własnego dziecka, jak dla mnie, odstaje

Hmmm… powszechnie szanowany obywatel, lubiany, spokojny sąsiad Joseff Fritzl okazuje się więzić i krzywdzić kobiety, zdaje się że w tym swoje córki, w piwnicy swojego domu. I co? Nikt się nie zainteresował: panie Józku, a gdzuie pana żona? corka? a co to za hałasy? a komu pan tyle jedzenia kupuje, przecież pan mieszka sam.przecież to prawdziwa histooria i takich historii jest znacznie więcej, już ujawnionych. A ile tych nieujawnionych?

Ludzie powszechnie szanowani i ci z dobrą pracą też mogą mieć dużo za uszami

Skoro ktoś inny powiadomił policję, to dlaczego zadzwoniono do Cecylii, skoro nie życzyła sobie, żeby mieszać w to policjantów i była tym telefonem zaskoczona?

To wyjaśnia scena rozmowy Cecylii z Zaleską

Radiowóz ścigał pięciolatka z taką prędkością, że go śmiertelnie potrącił? To był pościg, czy egzekucja? Później wyjaśniasz, że wybiegł pod koła – ok. Ale nadal uważam, że niefortunnie dobrałeś słowa wspominając o zdarzeniu po raz pierwszy.

Jakbym napisał wszystko od razu, to byś mógł napisać, że tekst był nudny, bo wszystko za szybko było jasne, nie było nad czym się zastanawiać smiley

Do tego, co wypisałem powyżej, dodałbym też pytanie, dlaczego Marek został pozbawiony praw rodzicielskich?

Jest to w tekście. Nie napisałem tego wprost, pozwoliłem czytelnikowi się domysleć, dałem mu przesłanki

Bolało mnie też, że miejscami traktujesz czytelnika jak idiotę. ;) Coś co ewidentnie wynika np. z dialogu, ty wyjaśniasz ponownie w didaskaliach lub opisach. Raz nawet pojawiło się wytłuszczenie, żeby na pewno nie przegapić prawdy. Trochę więcej wiary w czytelników!

Nie uważam moich czytelników za idiotów. Uważam, że po prostu żaden z nas nie jest robotem i jego percepcja zależy od wielu czynników, takich jaak zmęczenie, nastrój, pora dnia, roku, wiek, cisza lub hałas, pośpiech lub czas… Każdy z nas może z różnych względów pominąć sprawy, które poddaje się czytelnikowi jakby w tle, pozwalając mu na samodzielne snucie domysłów. I niestety z tekstu na tekst przekonuję się, że choć czytelnicy narzekają na wykładanie kawy na ławę, to lepiej jest tak robić, bo z różnych przyczyn wszystkim im zdarza się pominięcie wielu szczegółów na domysły.

Ty niestety, choć narzekasz na wykładanie pewnych rzeczy zbyt otwarcie – również zgibiłeś te kwestiee, w których miałeś okazję na samodzielne domysły. Spójrz tylko wyżej: 

-sprawa rozwodu Marka? – jest w kilku miejscach w tekście, właściwie gotowa do posklejania

– sprawa dlaczego przedzwoniono z prosektorium do Cecylii? – wyjaśnione w tekście, ale po kilku akapitach

itd

A przecież nie uważam Cię za idiotę  – Twoje uwagi były bardzo dociekliwe, widać, że przemyślałeś tekst. Dlaczego więc zgubiłeś te gotowe do posklejania fragmeenty wyjaśnień z kilku miejsc w tekkście? To jest właśnie pytanie, które sobie stawiam przed kolejnym opowiadaniem. Na razie stawiam na to, że akcja była za szybka, narracja zbyt żywiołowa, czytelnik tracił nie tylko poczucie czasu (w akcji minęło czasem kilka minut, a wielu czytelników odebrało to jakby minęło pół nocy), ale też nie miał czasu na percepcję, odnotowanie  pewnych dość konkretnych danych wg mnie, które są w tekście. Nie wszystkie jednak podane są wprost, albo też są porozrzucane po różnych miejscach.

Myslę, że szybkie tempo i żywiołowa narracja były właśnie największym błędem tego teekstu. 

Bardzo dziękuję za Twoje uwagi – dały mi sporo do myslenia.

 

Cieszę się, że mogłem pomóc. Niemniej nadal uważam, że tekst cierpi z powodu dziur logicznych. I to super, że tak się angażujesz w dyskusję z czytelnikami, ale to wszystko powinno wynikać z tekstu, a nie być zależne od przeczytania Twoich komentarzy z wyjaśnieniami.

Podam kilka przykładów:

  1. Ojciec przygarnia romkę z dzieckiem, które znalazł w lesie. No spoko, chociaż dla mnie to trąca niedorzecznością, to może są ludzie, którzy tak robią. Tylko to nie jest domyśla reakcja, jakiej spodziewamy się po bohaterze. Bo wiele osób być może pomogłoby takiej romce, zaprosiło do siebie, przenocowało. Ale ilu zostawiłoby ją na stałe u siebie? Tym bardziej, że nie szło się z nią dogadać? Najpewniej odwieźliby ją do jakiegoś przytułku, domu pomocy, czy mopsu. W tekście NIE MA informacji, że ojciec pracuje w którejś z tych instytucji, więc jego działania są niewiarygodne, bo nie umotywowane niczym sensownym.
  2. Sprawa rozwodu i odebrania praw rodzicielskich. To jest kompletny nonsens i wątek potraktowany po macoszemu. Pozwól, że posłużę się odpowiedzią, której udzieliłeś Mirabell. Wspominasz, że powodem rozwodu i w konsekwencji odebrania praw była różnica zdań ws. Urko. Ojciec chciał dziecko zbadać i kontrolować, matka nie. Poszli do sądu. I co Cecylia tam powiedziała, że sędzia odebrał prawa Markowi? Że mają upośledzone dziecko, ale ona woli je trzymać zamknięte w pokoiku bo tak, a sędzia temu przyklasnął? Znowu brakuje racjonalnego umotywowania wygodnych z puntu widzenia fabuły faktów. Nawet porównując Twoich bohaterów do Fritzla, to nadal nie trzyma się kupy, bo musieli pokazać światu Urko przy okazji rozprawy.
  3. Gdy piszesz, że “radiowóz ścigał chłopca”, to widzę to tak, że chłopiec uciekał, a oni go gonili. Co jest oczywiście bzdurą.
  4. Te prawa Mendla bardzo mnie bolą. ;) Bo te cechy, w które uderzasz i które ujawniają się dopiero w drugim pokoleniu, dotyczą tylko cech recesywnych. A Urko i babka mieli kudłate, grube włosy według opisu, a to wybitnie dominująca cecha. Czyli pojawiłaby się w każdym pokoleniu. Ale to akurat pierdoła i takie moje wewnętrzne bionazi się włączyło.

MrBrightside – w tym jest problem, że te rzeczy, o których piszemy SĄ W TEKŚCIE. dlatego strasznie rozczarowujące dla mnie (pod względem własnego tekstu, nie pod względem osob komentujących) jest, że pomimo dość nachalnego momentami poddawania tych faktów (sam to przecież mi wypomniałeś) i tak spora część z nich uciekła.

Jeśli chcesz – podaj mi krótką listę takich rzeczy, które Twoim zdaniem są lukami logicznymi, a ja postaram się pozbierać dla Ciebie wszystkie fragmenty z tekstu, które moim zdaniem to wyjasniają. W moich wyjaśnieniach dla Mirabell lub dla ciebie nie używam żadnych innych, nowych argumentów spoza tekstu – wszystko tam już jest. Fakt, że to pominęliście świadczy… no właśnie o czym? Zbyt dużo żywiołowości tekstu odwraca uwagę czytelnika od elementów konstrukcyjnych??? Taki jest mój wniosek na tą chwilę.

Ad. 1. Nie odpowiem Ci na to pytanie, gdyż odpowiedź jest zbyt oczywista… takich przypadków było jest i będzie na świecie całkiem sporo. A poza tym czy literatura (nie ważne, fakt czy fikcja) opisuje codzienne przypadki, czy też takie, które zdarzają się raz na 1000? raz na 10.000? Sam sobie odpowiedz smiley

Ad. 2. Dopowiadasz sobie elementy, których nie ma w tekście. Jeśli Cię to interesuje, to zrobię z tego powieść wink. Nie wiemy jakimi argumentami posłużyła się w sądzie Cecylia, ale widocznie skoro była kobietą zdeterminowaną bronić Urko przed światem zewnętrznym (a w tekście są poszlaki świadczące o tym) to mogła uciec się do najgorszych podstępów, zmyślonych argumentów… i jeśli myślisz, że sąd będzie sprawdzał, czy to aby prawda, że Marek znęcał się nad dzieckiem, albo czy nadużywał w ich obecności alkoholu itd – to muszę Cię rozczarować. Niektóre sądy tak robią, ale większość nie. Ale to jest tylko jedna z możliwości, których jest bardzo wiele, z przekupstwem włącznie – znam takie sprawy.

Ad. 3. Skoro chłopiec uciekał, to go gonili. w trakcie coś poszło nie tak (poślizg? chłopiec ukrył się, a potem wyskoczył spanikowany na drogę? wiele różnych możliwości) i doszło do wypadku. Cóż jeszcze mógłbym napisać?

Ad. 4. To nie ma znaczenia. Cecylia próbuje zracjonalizować sytuację w oczach przyjaciółki, która w końcu odważyła się powiedzieć, że coś jest nie tak. Tu nie chodzi o prawo Mendla, tylko o to, że Cecylia chciała oprzeć swoje argumenty na autorytecie nauki… korzystając z tego, że Marylka się na tym nie zna.

 

MrBrightside – Odnoszę wrażenie, że doszukujesz się szczegółów tak daleko idących, że właściwie każdej postaci należałoby napisać najpierw obszerny życiorys, później życiorysy osób, które miały z tymi postaciami styczność… to można zrobić, ale nie to jest zadaniem krótkiego tekstu. Pewne sprawy muszą tu zostać niedopowiedziane. Oczywiście nie chodzi o to, że mogą być nielogiczne, ale MUSZĄ być często niedopowiedziane. Dopiero co się uskarżałeś na to, że “traktuję czytelnika jak idiotę” pokazując mu palcem to i tamto – ale sam przecież domagasz sie wszystkich tych wyjaśnień. 

Tak jak już napisałem wiele razy wcześniej: jest wiele prawdopodobnych i potwierdzonych życiem możliwości dla zaistnienia takiej, albo takiej sytuacji (choćby ta kwestia znalezienia odpowiedniej “argumentacji” rozwodowej Cecylii wobec Marka, czy też tego, czy to normalne, że jej ojciec przygarnął do siebie jakąś brzydką cygankę z dzieckiem przez litość itd). Ty jednak – jak i wielu czytelników – redukujesz tą wielość do jednej, jaka Ci pasuje najlepiej, jaką znasz być może z własnego doświadczenia. Ale życie jest bogatsze i bardziej skomplikowane niż doświadczenie każdego z nas.

To właśnie jest powód mojego dylematu ws tego czy pozwolić czytelnikowi na snucie domysłów, czy mu pokazywać palcem odtąd dotąd. Spójrz jak wiele miejsca zajęły już komentarze i odpowiedzi dotyczące spraw, które są w tekście… ale większość ich nie wyłapała. Rozmawiamy o sprawach, które już w tekście zostały powiedziane. Dlatego skłaniam się ku drugiej opcji na przyszłość.

No i zobacz, Gostomyśle, ile elaboratów napisałeś, żeby bronić swojego tekstu. Sporo czytelników miało te same uwagi co do logiczności różnych elementów tekstu, a Ty spędziłeś mnóstwo czasu produkując kolejne akapity (ile to już znaków?) żeby nam udowodnić, że wszystko jest w tekście, tylko nam zabrakło inteligencji, żeby to zauważyć ;) Oczywiście masz prawo do swojego zdania, ale przyznasz, że nieco pokory nie zaszkodzi. Czasami warto się zastanowić, czy skoro kilka osób ma ten sam problem z tekstem, to może konkretne rozwiązania nie były aż tak dobre? Może coś jednak umknęło, nie zostało dostatecznie uwypuklone, może jest słabo przemyślane? Ja przyznam, że nie we wszystkim mnie przekonałeś, ale już mi się nie chce podejmować dyskusji, bo widzę, jak MrBrightside rzuca grochem o ścianę. Zostajesz przy swoim i już, ok. Ale broniąc się rękami i nogami przed przyjęciem argumentów kogoś innego nie rozwiniesz warsztatu. I zapewniam, że czytałam sporo żywiołowych tekstów, które były na tyle dobrze skonstruowane, że nie miałam wrażenia braku logiki.

 

Pomyśl o tym w następujący sposób: być może opublikujesz kiedyś opowiadanie w antologii, w NF, może wydasz powieść (czego Ci szczerze życzę). I nie będziesz miał możliwości prowadzić takiej polemiki z każdym z czytelników. Możesz oczywiście prowadzić fanpage i tam pisać czytelnikom, że wszystko już jest w Twoim świetnie skonstruowanym tekście, a oni po prostu nie zauważyli. Jednak nie sądzę, żeby była to dobra strategia marketingowa. No i będziesz mógł dyskutować tylko z tymi, którzy dadzą jakiś feedback, a reszta? Po prostu nie przeczyta kolejnych Twoich tekstów. Bynajmniej nie uważam, że należy poddawać się woli większości i pisać pod publiczkę, ale jeśli sporo osób pisze, co im przeszkadza w odbiorze i usiłuje pomóc, żeby kolejne teksty były lepsze – warto to wziąć pod uwagę.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Nie no, nie można człowiekowi jednocześnie zarzucać, że wykłada kawę na ławę i że w tekście jest zbyt wiele niedopowiedzeń. Na coś wypadałoby się zdecydować. ;-)

Babska logika rządzi!

Jeśli to dotyczy innych elementów, to dlaczego nie? 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Bo to pachnie schizofrenią. ;-)

A tak poważnie to nie wiem, ale wydaje mi się niewłaściwe. Jakby komentujący sam nie wiedział, czego chce. Trochę jakby tekst mu się nie podobał i człowiek na siłę szukał argumentów, nieważne, że wzajemnie sprzecznych.

Babska logika rządzi!

No i zobacz, Gostomyśle, ile elaboratów napisałeś, żeby bronić swojego tekstu. Sporo czytelników miało te same uwagi co do logiczności różnych elementów tekstu, a Ty spędziłeś mnóstwo czasu produkując kolejne akapity (ile to już znaków?) żeby nam udowodnić, że wszystko jest w tekście, tylko nam zabrakło inteligencji, żeby to zauważyć ;)

Droga Mirabell… przecież napisałem już, że nie uważam aby te niedopatrzenia w tekście były powodem braku inteligencji czytelników. Jest to problem gdzieś w MOIM przemyśleniu koncepcji tekstu. Ludzie przeoczyli wiele elementów, gdyż cały tekst podałem prawdopodobnie w niezbyt dobrej dla koncentracji  formie (w ogóle, każdego człowieka, nie wyłączając mnie).

Natomiast czy Twoim zdaniem powinienem przyznawać, że ktoś ma rację, że czegoś nie ma w tekście, podczas, gdy często jest to wyłożone zupełnie wprost? Te całe elaboraty odnoszą się tylko i wyłącznie do jednego: to jest w tym tekście, to jest w tym tekście… Nie ukryte, nie zakamuflowane, nie pozostawione na domysły. Często bardzo wyraźnie. To, że tak wielu ludzi tego nie zauważyło, wynika jednak z MOICH BŁĘDÓW KONSTRUKCYJNYCH, skoro umieściłem informacje nie tam, gdzie być powinny, aby przykuły uwagę.

Spokojnie, nie mam zamiaru wdawać się w polemikę z każdym czytelnikiem, który ma jakieś zastrzeżenia do moich tekstów. Ale jak sądzę – na tą chwilę właśnie do tego służy to forum? Mi jako autorowi powyższe dyskusje dały bardzo wiele, choćby przemyślania co do zmiany konstrukcji tekstu… czy nie o to chodzi? Czy to ma znaczenie ile znaków postawiłem? Czy przemyślenia na temat zmiany konstrukcji są jeszcze zbyt mało pokorne? Czy muszę przyznawać, że w tekście nie ma zdań, które tam są? (powtarzam: jeśli umknęły tak wielu ludziom, to moja, a nie ich wina)

I zapewniam, że czytałam sporo żywiołowych tekstów, które były na tyle dobrze skonstruowane, że nie miałam wrażenia braku logiki.

A to z prostego powodu – były lepsze od mojego smiley (zero sarkazmu). Być może inaczej zostały rozłożone elementy przekazujące informację  – na przemian z tymi ekspresywnymi – i uzyskano dwa w jednym? Nie wiem.

Mogę się wypowiedzieć tylko o swoim tekście i analiza komentarzy prowadzi mnie do właśnie takiej konkluzji i zachęca do pewnych modyfikacji. Więc chyba dobrze? smiley

No nie wiem, dla mnie jak gotujemy potrawę, to czegoś może być za dużo, a czegoś innego za mało i smak wychodzi taki sobie. I nie ma nic schizofrenicznego w powiedzeniu: za dużo przypraw, za mało warzyw. Potrawa, którą był ten tekst, mnie w sumie smakowała, ale moim zdaniem mogę mieć jednak pewne zastrzeżenia i fakt, że mogą raz dotyczyć faktu, że czegoś było za mało, a raz, że czegoś za dużo (nie wiem, w którym punkcie i czy akurat o mój komentarz chodziło, ale uznaję, że mogą) nie wydaje mi się jakiś schizofreniczny. Fajnie by było, gdyby przepis na dobre opowiadanie był prosty, ale nie jest. Ja nie widzę nic niewłaściwego w próbie oddania swojego wrażenia (bo od linijki się tego nie odmierzy) i podpowiedzenia autorowi, co naszym zdaniem było nie tak. Może czegoś było za mało, a czegoś właśnie za dużo, a może tego samego było w jednym fragmencie za mało, w innym za dużo. Nie musi to być wcale szukanie argumentów na siłę.

 

Gostomyśle, ależ nie neguję Twojego prawa do dyskusji ani tego, że ta dyskusja może przynieść pozytywne rezultaty. Jednak chciałam zwrócić Twoją uwagę – uznając, że to być może też da Ci do myślenia - na fakt, że sążniste dyskusje też o czymś świadczą i że może nie zawsze warto się zapędzać i analizować własny tekst linijka po linijce :) 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Mirabell, to tylko moje zdanie. Mogę się mylić. Po prostu piszę, że dla mnie to brzmi dziwacznie i wysyła Autorowi sprzeczne sygnały. W przyszłości powinien wyjaśniać mniej czy więcej? (OK, być może prawda brzmi, że inaczej. ;-) ) Trzymając się analogii z zupą, to tak, jakby ktoś powiedział: “Za mało ostra i za dużo pieprzu”. ;-) Ale dopuszczam możliwość, że pieprz należało przed wrzuceniem do zupy zmielić i to na tym polega problem. ;-)

Babska logika rządzi!

Mam sporą zagwozdkę z tym tekstem. Na początku świetnie budujesz napięcie, potem owo trochę siada, ale i tak jest nieźle, aż wreszcie wyjawiasz, co się naprawdę stało i jakie są tego konsekwencje, i tym jestem wręcz zachwycona, ale…

No, właśnie. Musi być jakieś „ale” ;) Przy lekturze co chwilę paliła mi się lampka „oj, nie kupuję tego!”. Nie czytałam komentarzy innych wcześniej, dopiero po skończeniu. Nie znam też starego finału. Jednakże większość zarzutów przedpiśców bym powtórzyła. Że od razu po policję bym dzwoniła, a tu czterech dorosłych sobie dyskusje odwala, że Cecylia powinna poznać „matkę i syna”, że dziecko nie miało robionych badań przez tyle lat, że ta rozmowa Cecyli z prawdziwą matką w świetle wydarzeń nienaturalnie spokojnie brzmi… No, w kółko coś mi zgrzytało. Wiem, że tłumaczyłeś innym i dyskutowałeś z nimi, ale skoro sporo osób niezależnie ma podobne wątpliwości, to jednak musi być cos na rzeczy ;)

Poza tym masz błędy w zapisie dialogów, a interpunkcja to już w ogóle masakra. Zdarzyło się też parę powtórzeń. Tyle że zalety w tym przypadku mocno przyćmiły dla mnie wady – już sam pomysł mi się bardzo, bardzo podoba.

Tylko nie "Tęcza"!

Dzięki Tenszo. Odnotowałem, przemyślę… a nuż po dłuższym przemyśleniu się zgodzę z niektórymi zarzutami? frown.

Mam w głowie epilog i może on rozwieje Wasze wątpliwości co do pewnych motywów. Ale nie chciałem już tego wklejać w trakcie ocen.

Gratuluję drugiego miejsca. :-)

U mnie trzecie – fajnie, że trzymało w napięciu i czytałam z prawdziwym zainteresowaniem. Trochę mało tego zła dobrem i potknięcia językowe.

Babska logika rządzi!

Dzięki serdeczne! Uwagi wezmę pod uwagę :)

ach! Ludzie kochają czasem takie małe igiełki… takoż i ja, jako ortodoksyjny homo sapiens lubię niekiedy wyszukiwać takie nawiązania do różnych tematów. Bynajmniej nie chcę już kontynuować dyskusji, a kto chce, to może to skomentować jak uważa… ale aż nie mogłem się powstrzymać przed zamieszczeniem tu linku do artykułu, który jako żywo pasuje do uwag co do tego, jak zachowywała się Cecylia wobec Urko.

Artykuł jest niezwykle dosadny i potwierdza, że ludzie częściej ulegają swojej nieracjonalności niż słuchają zdrowego rozsądku. Może nie każdy w tak ekstremalnej formie jak Cecylia i ta pani z artykułu, ale jednak takie przypadki się zdarzają i nie są wyssane z palca.

Pozdrawiam.

LINK

Przeczytałam przyciągnięta konkursem. 

Bardzo fajne opowiadanie. Uwielbiam motywy starych legend i baśni, więc może dlatego tak mnie zainteresowało. Oby więcej takich :)

Bardzo dobre opowiadanie. Mroczne i niepokojące. Wciągające.

Podobało mi się :)

Nowa Fantastyka