- Opowiadanie: newermajnd - Chwytaj dzień

Chwytaj dzień

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Chwytaj dzień

Mała Ania ściskała mocno dłoń mamy. Tak się cieszyła! Dawno nie były razem nawet na spacerze, a dziś zabrała ją w takie piękne miejsce.

Wokół wyrastał las straganów, ludzie pokrzykiwali, próbując przebić się przez radosny gwar panujący na targowisku. Późnopopołudniowe słońce grzało przyjemnie i rozświetlało twarze przechodniów ciepłym blaskiem.

– Tu jest jak w bajce! – Ania skakała z radości.

Patrzyła na wszystko rozszerzonymi z zachwytu oczyma. Na mijanym właśnie słupie ogłoszeniowym, po którego dwóch stronach rozłożyły się stragany z rybami, wypatrzyła różowy plakat z cekinowym napisem pośrodku. Poprosiła mamę, by zatrzymały się na chwilę, bo nie umiała jeszcze zbyt szybko rozszyfrować literek.

– Mamusiu, co znaczy “carpe diem”? – zapytała, gdy w końcu jej się to udało.

– Spróbuj zgadnąć, kochanie.

– Dzień karpia?

Kobieta roześmiała się. Na jej zmarszczonym od uśmiechu nosie Ania dostrzegła kroplę deszczu. Spojrzała w niebo. Nad targowiskiem zebrały się ciemne chmury.

– Nie, skarbie. – Mama pogłaskała ją po głowie i zatrzymała tam swoją rękę. – “Carpe diem” to z łaciny “chwytaj dzień”.

Nagle chmura przykryła zachodzące słońce. Zrobiło się ciemno, zawiał zimny wiatr. Ludzie zaczęli pospiesznie zwijać stragany. Ich twarze wyglądały teraz jak maski, dziwacznie wykrzywione cieniami.

– Widzisz, córeczko: niektórzy chwytają dzień… Inni chwytają pieniądze…

Ania podskoczyła – tuż obok nich młody chłopak wyrwał jakiejś staruszce portfel. Babcia miała właśnie zapłacić za trzymany w ręku zegar z kukułką. Nim zdążyła zawołać, jasna czupryna złodzieja zniknęła w tłumie.

– A ja… – Gdy mama kontynuowała, dziewczynka poczuła, że ręka na jej głowie robi się dziwnie ciężka. Kątem oka dostrzegła coś wielkiego i ciemnego, jakby tuż za nią wyrósł Potwór Spod Łóżka. Znieruchomiała. Zrozumiała, że drży, że boi się odwrócić, że chce uciekać…! – Chwytam małe dzieci.

To już nie był głos mamy, lecz ostry, drapieżny skrzek. Ania zaskomlała słabym, dziecięcym głosikiem w momencie, gdy ostre pazury rozorały jej ramię. Upadła. Łapa potwora poderwała ją w górę, a chwilę później przycisnęła do ziemi, jakby dziewczynka była szmacianą laleczką, którą stara się zniszczyć jakiś niegrzeczny chłopiec. Tylko że lalce nie pękają kości.

Monstrum rozchyliło paszczę, układając coś na wzór okrutnego uśmiechu.

– Wiesz, skarbie – wyszeptało cichym głosem mamy. – Miałaś rację: to bajka. Idealna na dzisiejsze czasy.

Chwilę później Ania zniknęła w żołądku potwora.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Nie przemówiło do mnie.

Nie kupuję ludożerczego potwora grasującego w biały dzień, w tłumie. Nikt mu nie przeszkadzał? Mama nie szukała córki?

Ale napisane całkiem przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

– A ja… – Gdy mama kontynuowała, a dziewczynka poczuła, że ręka na jej głowie robi się dziwnie ciężka.” – Albo bez “gdy”, albo bez “a” przed “dziewczynka”.

 

“Łapa potwora poderwała ją w górę, a chwilę później z powrotem przycisnęła do ziemi, jakby dziewczynka była szmacianą laleczką…” – Dlaczego “z powrotem’? Wcześniej Ania nie była przyciskana, tylko po prostu stała.

 

Zgadzam się z Finklą. Napisane przyzwoicie, jednak zdecydowanie do mnie nie przemówiło. Brak mi jakiegokolwiek wyjaśnienia, jakim cudem nagle mama stała się potworem, tudzież jakim cudem potwór “wykradł” dziecko z domu tak, że nikt nie zauważył, a potem czemu zdecydował się zaatakować w biały dzień, w miejscu pełnym ludzi.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

No cóż, szort pozostawił mnie z dość szeroko rozdziawioną gębą i pytaniem: – O co tu, do diabła, chodzi…?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A ja, w przeciwieństwie do przedpiśczyń, dostrzegam w Twoim opowiadaniu pewien potencjał. I, jak zwykle w przypadku zmarnowanych okazji bywa, szort obudził we mnie gniew. 

(Bo to mógł być zajebisty horror o tym, że rodzice nie zawsze są dobrzy i opiekuńczy, a dzieci, jak to dzieci, usiłują sobie wytłumaczyć nieszczęście za pomocą metafor – bajek, potworów, mam zmieniających się w jakieś maszkary.)

No ale dobra, to już jest spore dopowiedzenie i w zasadzie offtop ;)

W każdym razie, Twoje opowiadanie, newermajnd, czyta się nieźle (ale ciężko jest schrzanić dziecięcą narrację – jest w końcu najprostsza ;), jakiś pomysł zawiera, ale ostatecznie końcówka kompletnie nie przystaje do reszty opowiadania. Za dużo niedomówień, które czynią szorciaka bezsensownym. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Napisane całkiem sprawnie, dobrze się czytało. Pomysł może nie rewelacyjny i innowacyjny, ale podobnie jak gravel dostrzegam w nim potencjał.

Dzięki wszystkim za komentarze.

 

Na przyszłość postaram się pamiętać, żeby więcej wyjaśniać/ klarować pomysł.

 

Miło mi, że nie cierpieliście strasznie przy czytaniu (nawet, jeśli nie wiecie o co chodzi :)). Jeszcze milej, że ktoś dostrzegł w tym szorcie potencjał.

Ja odczytałem to na jeszcze innej płaszczyźnie – w dziecięcych latach byłem bardzo mocno związany z mamą i pamiętam, że moim najgorszym koszmarem był sen, w którym mama nagle zmienia się w potwora. Spojrzałem na tekst oczami dziecka – z tego powodu mógłbym zdystansować się od komentarzy Finkli i Joseheim, ponieważ w świecie dziecięcych koszmarów i marzeń realizm nie jest najważniejszy.

Sposób w jaki Gravel odczytała tekst przypadł mi natomiast do gustu – właściwie dlaczego by nie czytać go w ten sposób? A jednak “Chwytaj Dzień” to ledwie zalążek ciekawej, być może, historii. Obrócenie więzi dziecka z rodzicem w horror to materiał na coś dłuższego i ambitniejszego. Do dzieła ;-).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Cześć.

  1. Dialogi niewiarygodne. Mam na co dzień zarówno matkę dziecka, jak i dziecko.
  2. Napięcia nie udało się zbudować. Prawie tak samo (na szczęście prawie) bezemocjonalnie jak zwykły opis czytało się tę przemianę mamy.
  3. Językowo poprawnie. Bardzo dobrze.
  4. I nie przepadam za fragmentami o niczym. Tu mamy prawie nic, ale pod względem wykonania podobne do tego, jak kot połknął muchę (tak, koty czasami połykają muchy). Pyk, stało się. Już. Koniec. Co dalej? OK, to impresja, przywodzi trochę na myśl anime starsze od połowy forumowiczów (”Czarodziejkę z Księżyca”), ale nawet jeden spośród ponad stu odcinków tego anime miał coś, co było przed atakiem potwora oraz coś, co było po nim.

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

co za beznadzieja …

co za beznadzieja …

Maxeno, beznadzieją jest Twój komentarz. Serio tak trudno zacząć zdanie od dużej litery i stosować zasady interpunkcji?

Każdą marytoryczną uwagę, choćby najbardziej bolesną, przyjmę z radością, jeśli będzie uargumentowana. Rozumiem, że w przypadku autorów, którzy wrzucają opowiadanie wyraźnie niesprawdzane, którzy mają totalnie wywalone na jakiekowiek opinie użytkowników forum, można się pokusić o pewną dozę złośliwości. Na Twój komentarz mogę jedynie odpowiedzieć: *cenzura*

 

Nevazie, Piotrze – serdecznie dziękuję za opinie. Kiedy wiem, co robię nie tak, mogę się rozwijać. Jeszcze raz dzięki :)

 

Ach, Maxeno, zapomniałabym. Czekam z niecierpliwością na Twoje opowiadanie lub szorta. :)

@newermajnd – ze względu na okoliczności jedynie Cię ostrzegę, pierwszy i ostatni raz. Jeszcze raz zobaczę tego typu odzywkę i będę zmuszony Cię zbanować. Nie ma na tym portalu zgody na odnoszenie się do innych w ten sposób.

berylu, odzywkę ocenzurowałam, więc nie musiałeś tego dodatkowo robić. Po prostu reszta użytkowników potrafiła poprzeć swoje zdanie argumentem, a komentarz Maxeny wydał mi się tak nie na miejscu, jak dla Ciebie moja odzywka :)

No cóż, już będę grzeczna…

Przeczytałem. Nie spodziewałem się takiego zakończenia, choć w pewnym sensie podzielam wątpliwość Finkli co do potwora pożerającego dzieci w biały dzień na zatłoczonym targowisku. Czy inaczej – potrafię sobie wyobrazić kilka sposobów i powodów takiego zachowania, ale warto byłoby zaznaczyć czytelnikowi, jak to jest możliwe, by czytelnik nie musiał ponad miarę zawieszać niewiary.

Językowo jest fajnie, choć mignęło mi kilka niefortunnych określeń. Np. stragany, które się same rozkładają i oczy, które są rozszerzone z zachwytu zamiast być szeroko otwarte. Generalnie opowiadanie na plus. 

 

A ten szort wyszedł gorzej od najnowszego. Ale i tu dostrzegam ciekawy sposób przedstawiania historii – może i zalążek wciągającego stylu. ;)

Ten szorcik był napisany rok temu, ale postanowiłam go wystawić, ciekawa opinii i też po to, żeby sobie porównać chociażby z tym, co napisałam ostatnio. "Czas rozstań, Kasiu" to nówka. Jak mówisz, bardziej Ci się też podobała, cieszę się więc, że jest progres.

Nowa Fantastyka