- Opowiadanie: Gostomysł. - A.S.Y

A.S.Y

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

A.S.Y

W chojnickim Instytucie Fizyki Wszelakiej zawrzało jak w ulu. Entuzjastyczne okrzyki dobiegające z gabinetu dyrektora mieszały się z rumorem czynionym przez lokalną prasę i wszędobylskiego burmistrza. W tle pobrzmiewały szmery, szepty i szelesty prowadzonych nieśmiało i półgębkiem rozmów pracowników.

Wkrótce drzwi gabinetu otwarły się z impetem i ukazała się w nich rozdygotana sukcesem, acz nieco rozchwiana jego świętowaniem sylwetka najwyższego bosa.

– Gdzie oni są? Gdzie te moje asy?! – przekrzykiwał biurowy rwetes.

– Kaziu! Niech nam Głos Chojnic i reszta foteczki ładne błysną! – rozległo się wołanie gdzieś obok i z tłumu wygramolił się niski, krępy burmistrz w spoconej koszuli i obszernej marynarce.

Nikt jakoś nie zwrócił do tej pory większej uwagi na dwie dość niecodziennie się prezentujące postacie, będące częścią przyczyny tego całego zamieszania. A i one nie czuły potrzeby wychodzenia na pierwszy plan.

Ten wielkolud, z wielkim łbem to był Bogdan Twaróg – człowiek o aparycji boksera i rozmiarach goryla, przy zetknięciu z którym każdy śmiertelnik tracił pewność, czy aby picassowska Guernica jest rzeczywiście dziełem kubistycznym…

Ten drugi, znacznie mniejszy, wręcz chucherko w ogromnych brylach na nosie – to z kolei Stanisław Jarowicz. Do skompletowania reprezentowanego przez nich zespołu badawczego w Instytucie brakowało jeszcze dwóch…

– Gdzie jest Wołek? – cedził Twaróg uśmiechając się nieustannie do pozdrawiających go ludzi.

– Szuka Jewgienija – odparł konspiracyjnym głosem Jarowicz.

– Zaraz zaczną tą przeklętą konferencję…Pamiętaj, że mówić tylko ma Jewgienij! Nie popisujcie się przed mikrofonami, bo wyjdziemy na totalnych buraków.

– A nie będzie to wyglądało dziwnie, że ty jako szef zespołu badawczego nie powiesz ani słowa?

– Ależ powiem! – zapewnił Twaróg. – Przedstawię nas i wskażę Jewgienija jako naszego rzecznika prasowego. Zadowolony? On jeden się zna na sprawie i on będzie się z tego tłumaczył.

– Pod warunkiem, że go Wołek odnajdzie – skwitował Jarowicz.

– Czy on tam rodzi tego Jewgienija, czy co? Dawno powinien tu być! – ton Twaroga stawał się agresywny.

– Tam jest! Idzie do nas!

Istotnie, Bolesław Wołek – wielki pączek, którego oblicze uczłowieczały jedynie ciemne, ulizane włosy i sarmackie wąsy – przeciskał się ku nim szybkim krokiem. Zdecydowanie zbyt szybkim! Pocił się. Oburącz podtrzymywał ku górze spodnie, przez co uniesione nogawki zdradzały brak długich skarpet, bez których trudno było wyobrazić sobie pana Bolesława bez względu na porę roku. Coś niedobrego wisiało w powietrzu.

– Paska szukasz? – rzucił uszczypliwie Jarowicz. Ale Twaróg, przeczuwając większe kłopoty, od razu przeszedł do rzeczy.

– A Ukraińca gdzie masz?

Wołek trwożnie łypnął okiem na lewo i prawo, a potem gwałtownie zbliżył się do kolegów na odległość jednego oddechu. Jaja, ser, tuńczyk, cebula, ogórek kiszony… historia jego śniadania momentalnie poraziła ich receptory węchu, ale zanim zdążyli zareagować – dotarł do nich również przejęty szept wąsacza.

– Pojawił się problem. Znalazłem Jewgienija, jest w pracowni badawczej, ale… nie wiem jak wam to powiedzieć?

– Upił się? – zgadywał Twaróg.

– O Bożeńku! – histeryzował Wołek. – Gdyby to o pijaństwo chodziło! Ale jest gorzej! Dużo gorzej! Chodźcie ze mną, prędko!

To mówiąc i nie czekając na żadną odpowiedź, Wołek odwrócił się i pomknął z powrotem do pracowni, a Twaróg i Jarowicz nerwowym truchtem ruszyli za nim.

**

To, co zastali w pracowni zdecydowanie ich przerosło…

– Wołek! Ty popaprańcu! Coś ty narobił? – omal nie ryknął Twaróg wchodząc do środka.

Po drugiej stronie pomieszczenia, pod ścianą leżał szczupły mężczyzna, z krótkimi, niemal białymi ze starości włosami oraz twarzą pooraną zmarszczkami. Ręce miał związane na plecach paskiem, który niewątpliwie należał do Wołka, zaś usta ktoś mu zakneblował długimi, beżowymi (choć już nie wszędzie) skarpetami. Skoro szukali Jewgienija – to go właśnie znaleźli!

– Bolek! Jeśli ten biały proszek na twoich pączkach to nie jest LSD, to ja jestem kobietą! – wyszeptał zdruzgotany Jarowicz.

– Weź mu to z gęby wyjmij! – nalegał Twaróg uciekając wzrokiem na boki. – Nie mogę patrzeć… zaraz zwymiotuję! Co ty wyprawiasz człowieku? Rozwiąż go w tej chwili!

– Nie mogę! Coś mu się chyba z głową stało. Ma jakąś amnezję. Wygaduje głupoty, nie poznaje ani ludzi ani tego miejsca. Zaczął wrzeszczeć, to co miałem zrobić? – tłumaczył się wąsacz.

– Co ty za bzdury opowiadasz, Wołek! – Twaróg tracił cierpliwość. – Pewnie wczoraj pił z koleżkami z Ukrainy jakąś ruską wódę i mu beret zryło… Zaraz go doprowadzimy do porządku! Zabieraj mu te skarpety z ryja, bo się chłop czegoś z nich nałyka i wtedy będzie dopiero katastrofa… No nie! Nie mogę! – ponownie odwrócił głowę na bok z obrzydzeniem. – Normalnie cofa mi się.

– Mówię wam, że zacznie krzyczeć! – oponował Wołek.

– Zdejmuj, alby ty sam zaraz zaczniesz! – naciskał Twaróg, wobec czego wąsacz ustąpił.

Jewgienij cały ten czas wpatrywał się w Bogdana Twaroga z wyrazem takiej trwogi, jakby spodziewał się dostać od niego kilka razy po gębie dla wymuszenia okupu. Ale pan Bogdan był teraz wystraszony znacznie bardziej niż leżący na podłodze Ukrainiec. Od jego obecności na konferencji prasowej zbyt wiele teraz zależało!

Ledwie Wołek usunął knebel i usadowił Jewgienija w pozycji siedzącej, a ten wpadł zaraz w jakiś słowotok.

– Panowie! To pomyłka! Ja was kompletnie nie znam. Ja mam pieniądze, mogę zapłacić! Nie trzeba mnie zaraz bić – trajkotał łamiącym się głosem i zaskakująco jak na niego płynną polszczyzną.

– Nie zamierzam cię wcale bić, człowieku… – próbował uspokajać Twaróg, który przykucnął obok niego.

– Nie? A już myślałem… – odetchnął Ukrainiec, po czym natychmiast wrzasnął na całe gardło. – Na pomoc! Ludzie…

I masz! A jednak dostał w mordę! I to tak, że na chwilę stracił przytomność.

– Zwariowałeś Bogdan?! – panikował Jarowicz. – Miałeś go cucić, a nie masakrować!

– Jakoś mi tak… sam chyba pod łapę wlazł… – tłumaczył się wielkolud zawstydzony własną reakcją.

Jewgienij szybko odzyskał świadomość i spojrzał ze zdziwieniem dokoła. Zdaje się, że nie pamiętał sceny sprzed kilku chwil.

– Czekaj. Patrz. Chyba podziałało… – ku swemu zaskoczeniu zauważył Jarowicz. – Może ten wstrząs mu poukładał wszystko w makówce?

Ale u was je mordu, ludyna – rzekł zdziwiony Ukrainiec do Twaroga, jakby pierwszy raz go na oczy widział. – Hospody, pomyluj…

– Po ukraińsku gada. – zauważył Wołek. – Czyli poukładało mu się?

– Jasne! Radziecki ateista, który wzywa zmiłowania boskiego? – odparł Jarowicz z rezygnacją w głosie.

Jewgienija zakneblowano po raz drugi, a trójka jego kompanów przeprowadziła krótką naradę. Przed kwadransem sytuacja stawała się dramatyczna, ale teraz ocierali się już o katastrofę. Czas uciekał. Burmistrz od rana świętował z dyrektorem pierwszy sukces w kończącej się zwolna kadencji. Lokalna prasa chwilowo przestała czepialsko dopytywać się o zasadność utrzymywania ośrodka badawczego w takiej mieścinie jak Chojnice. Szczerze mówiąc, to chyba nikt nie wątpił, że Instytut był tylko furtką do wyprowadzania publicznych pieniędzy; synekurą dla kuzynów, pociotków i znajomków ludzi z ratusza. Ale obecny triumf przyćmił to wszystko na pewien czas.

Zresztą na całe szczęście dla Twaroga, Jarowicza i Wołka, gdyż był to chyba ostatni ośrodek badawczy w Polsce, który chciał zatrudnić fizyków o tak mizernych kwalifikacjach. Może dlatego, że nikt tu nie zakładał, aby praca naukowa stała się kiedykolwiek celem istnienia Instytutu? Toteż dla tej trójki stanowił on wymarzone… ale i jedyne możliwe miejsce zatrudnienia w zawodzie fizyka. Tyle tylko, że „spokojne posadki” zazwyczaj robią się niebezpieczne w miarę zbliżających się wyborów. Media suszyły głowę burmistrzowi, ten naciskał na dyrektora Instytutu, a dyrektor… po prostu któregoś dnia, bez żadnych konsultacji zgłosił ich do konkursu o grant na badania organizowany przez unijną Komisję ds. Rozwoju Nauki. Zatrudnił też emerytowanego inżyniera-konstruktora z Ukrainy – bodajże pierwszego naukowca z prawdziwego zdarzenia w Instytucie.

Dopiero wtedy dowiedzieli się o tematyce, narzuconej w tym konkursie przez Komisję: „alternatywna rzeczywistość: weryfikacja przedmiotu – opis – kontakt – ekspedycja”. W pierwszej chwili nie byli pewni, czy może szef nie zgłosił ich przez pomyłkę na konkurs dla początkujących pisarzy science fiction, ale kiedy upewnili się, że jednak nie – miny im zrzedły.

I wówczas okazało się, że nie bez powodu przydzielono im Jewgienija. Brał on bowiem udział w tajnych badaniach nad „systemami alternatywnymi” jeszcze w czasach Związku Radzieckiego. Od razu ich uspokoił słowami: „to się udać nie może! Właśnie dlatego dla nas to najlepszy z tematów. Ja wam rozpiszę założenia badawcze, metodologię, zbuduję wehikuł… wszystko wiernie skopiowane z tamtego radzieckiego projektu. W sam raz, żeby wyciągnąć trochę kasy z Unii i dobrze żyć na jej koszt przez kilka lat. Alternatywne rzeczywistości, albo podróże w czasie to bajeczki, a ten konkurs to tylko sposób na trwonienie unijnej kasy. Zupełnie jak tu u was, tylko, że na większą skalę”.

Nie do końca to chcieli usłyszeć, ale i tak odetchnęli z ulgą.

Pod dyktando Ukraińca stworzyli projekt konkursowy, wysłali do Brukseli… i któregoś dnia gruchnęła w całym regionie wieść, że przyznano im grant. Natychmiast zjechała się prasa, w ratuszu świętowano, a Jewgienij – w ostatniej chwili zaliczył reset mózgu, pozostawiając kompletnie nieprzygotowanych do tematu Twaroga, Jarowicza i Wołka na pastwę oszalałego z entuzjazmu tłumu… czy mogło być gorzej?

***

Stołówka wypełniła się po brzegi. Znakomitą większość stanowili dziennikarze i fotoreporterzy, choć nie brakowało również urzędników z ratusza, no i oczywiście pracowników Instytutu. Ścisk był wielki, temperatura na sali rosła – i tylko Twaróg jakoś zmalał stojąc samotnie na zaimprowizowanym podwyższeniu. Co prawda coś tam pamiętał z opowiadań Ukraińca o jego pracach nad projektem, o samych teoriach… ale kto by się w to wgłębiał podczas suto zakrapianych spotkań? A tu masz – jak na złość!

Najgorsze jest to, że na takich konferencjach prasowych zawsze znajdzie się jakaś nadgorliwa i natarczywa reporterka, próbująca zasłynąć rolą „żylety”.

– …Ale nadal pan nie wyjaśnił, co to są te „alternatywne systemy” – przerwała Twarogowi po raz kolejny cycata dziennikarka Głosu Chojnic, choć i bez tego wystąpienie prezentowało się kiepsko.

– Bo to dość skomplikowane pojęcie – drżącym głosem prelegent próbował obejść niewygodne pytanie. – Jest… wiele teorii…a do tego kontrowersje…

– A nie można powiedzieć, że jest to rodzaj alternatywnej rzeczywistości istniejącej w równoległej czasoprzestrzeni, będącej niemal lustrzanym odbiciem naszego świata, jednak z pewnymi różnicami wynikającymi z odmiennych kierunków obranych w kluczowych momentach historycznych? – wytrajkotała jak karabin maszynowy.

Na sali rozległ się cichy pomruk uznania dla tak dobrego przygotowania u reporterki.

– No… to duże uproszczenie – lawirował nadal pan Bogdan. – Jest przecież wiele odmian tak rozumianych, alternatywnych…

– Odmian? Ma pan na myśli historię alternatywną? – Znowu to jej przerywanie! – W zasadzie jest ona elementem tej samej koncepcji równoległego świata, ale sięgającym do jego przeszłości… Tylko czy tego wszystkiego nie powinniśmy usłyszeć z pana ust, panie Twaróg?

Kolejny szum pełen podziwu rozległ się dokoła. Wielkolud aż poczerwieniał i zacisnął szczęki.

– Nie o takie odmiany mi chodziło…

– Och! Czyżbym coś przeoczyła? Proszę nas w takim razie oświecić.

Twaroga już tylko krok dzielił od całkowitej kompromitacji. Przemowy nie były jego mocną stroną, zwłaszcza kiedy nie miał w nich nic do powiedzenia. Posłał błagalne spojrzenie do stojących wśród publiki Wołka i Jarowicza. Ci jednak byli równie bezradni i zdobyli się jedynie na okazanie mu symbolicznych gestów wsparcia – jeden pomachał mu skrzyżowanymi palcami, a drugi „victorią” na znak solidaryzowania się w cierpieniu.

– No tak… pani tu… tego tam… – bełkotał Twaróg próbując odgadnąć przesłanie pokazywanych mu z daleka znaków, aż wreszcie spojrzał na reporterkę i dokończył z dużą pewnością siebie. – Pani w ogóle nic nie powiedziała o systemach XY.

Na stołówce momentalnie zapadła kompletna cisza. Wołek i Jarowicz spojrzeli po sobie w przerażeniu. Słychać było tylko szelest wertowanych kartek notatnika cycatej z Głosu Chojnic. Ale widocznie niczego tam nie znalazła, skoro jako pierwsza poprosiła o Twaroga rozwinięcie.

Ten jakby w ogóle nie zorientował się, że palnął głupstwo. Zdawało się, że momentalnie doznał olśnienia! Podszedł do przygotowanej na tę okazję białej tablicy prezentacyjnej i zaczął coś rysować, opisując to dość obszernie.

– Potraktujmy litery jak piktogramy wykresów rozwoju takich alternatywnych systemów. Powszechnie przyjmuje się założenie, że pomimo różnic, światy równoległe są do siebie bardzo podobne. Dlaczego tak się dzieje? Bo przypuszczalnie kiedyś stanowiły jeden systemem. W pewnym momencie i z jakiegoś powodu doszło do swoistego rozszczepienia jednej rzeczywistości na dwie różne.

Mówił coraz odważniej. Był zupełnie odmieniony. Trudno stwierdzić, czy odnalazł w pamięci „szufladkę” z informacjami zasłyszanymi od Jewgienija, czy też w reakcji na stres po prostu włączyło mu się „gadane” połączone z upustem fantazji? Na tablicy literka Y rozrastała się, rozgałęziała, stając się prawdziwym drzewkiem, obsypanym tu i ówdzie owocami w postaci kółeczek.

Wkrótce obok niej stanął piktogram w kształcie X, mający obrazować zupełnie inny rodzaj  alternatywnych systemów – coś jakby skrzyżowanie ulic. Istotnie: po chwili pojawiła się tam ciężarówka oraz nabazgrany wóz konny… sygnalizacja świetlna, policjant, przejście dla pieszych… I jedynie towarzyszący komentarz Twaroga nadawał temu wszystkiemu jakikolwiek sens.

Tak oto piktogram systemu X ilustrował chwilowe spotkanie światów, które nie powstały z tego samego pnia. Każdy przychodził z innego kierunku i mógł ewoluować szybciej lub wolniej… A jednak z pewnych przyczyn oba krzyżowały się w określonym punkcie czasoprzestrzeni i tylko w tej jednej chwili stanowiły swoje lustrzane odbicia, a nawet przenikały się. Przy czym cała przeszłość i przyszłość różniły się u nich diametralnie.

Twaróg wpadł chyba w jakiś trans – nawet „po pijaku” tak nie zmyślał! Chwila sławy i uznania dla cycatej reporterki odeszła szybko w niepamięć i wszyscy zasłuchani byli w opowieść wielkoluda o gębie boksera. To był znakomity moment na triumfalne zakończenie wywodu… ale kto by tam teraz zdołał go zatrzymać!? Niespodziewanie przeszedł do piktogramu w kształcie Z – rzekomo jako wykresu „systemu rozchwianego”, który co jakiś czas traci stabilność i zbacza ze swojej ścieżki, ocierając się o rozszczepienie, a jednak wraca do równowagi, zanim do tego dojdzie…

Skończył mu się alfabet z tej strony, więc przeszedł na jego początek i na tablicy pojawiła się teraz litera A, ukazująca znowu dwa światy powstałe w kompletnie odmiennych warunkach, jednakże w pewnym momencie zespalające się w jeden system. W takim układzie w ramach jednego społeczeństwa istnieją grupy jednostek wierzące w zupełnie inne historie swojego kraju i świata. Podał przy tym kilka przykładów z zakresu współczesnej polityki.

Potem przyszła kolej na alternatywne systemy B, gdzie światy nieustannie rozdzielały się i łączyły na powrót… Na tablicy przybywało ilustracji i po pewnym czasie cały ten obraz wyglądał jak arena cyrkowa podczas wielkiego finału. 

– O, pierunie! – szeptał struchlały Jarowicz. – Co to będzie jak się zorientuje, że pominął Ź, ŻĄ? Niech to się już skończy!

I wtedy niespodziewanie w sukurs przyszła im wystarczająco już upokorzona i znudzona dziennikarka Głosu Chojnic.

– Chyba wystarczy nam tego? Nie mamy tyle czasu. Proszę jeszcze powiedzieć, którą odmianę panowie zamierzacie badać.

– Nas interesują…yyy… tego…yyy – zaciął się nagle rozpędzony dotąd Twaróg.

– Igrek, tak? Alternatywne Systemy Y? Czyli w skrócie A.S.Y… – zanotowała w kajecie, a wszyscy przedstawiciele mediów natychmiast to podchwycili.

****

Twaróg nie bardzo potrafił wyjaśnić, skąd mu się wzięło to „gadane” na konferencji i w jaki sposób przyszły mu do głowy te wszystkie pomysły. Ale nie zamierzał się nad tym zastanawiać. Sława, którą niechcący okrył się tamtego dnia, wcale nie budziła jego zachwytu. Zamiast zatkać gęby regionalnej prasie – rozgrzał ją do czerwoności i spowodował skupienie jej oczu na pracach zespołu. Tymczasem amnezja Jewgienija trwała w najlepsze. Paplał coś od rzeczy. Sądził, że został porwany dla okupu. Dla świętego spokoju nikt nie wyprowadzał go z tego błędu. Postraszono go przy tym Twarogiem i na jakiś czas poskutkowało. Nie krzyczał, nie uciekał, nie gadał z nikim. Ale nie rozwiązywało to ich głównego problemu.

Potrzebowali jakiegoś nowego źródła wiedzy o alternatywnych systemach dla kontynuowania rozpoczętej mistyfikacji. Takie źródła istniały – choćby pozostałe ekipy badawcze biorące udział w unijnym konkursie. Tylko, jak się do nich dobrać? Nie posiadali żadnych znajomości w świecie nauki, bo ich nigdy nie potrzebowali. Głowili się na tym długo, aż stało się dla nich jasnym, że nie ma innego sposobu, jak tylko uzyskać potrzebne im informacje… poprzez łóżko! Uznali bowiem jednomyślnie, że w tym właśnie temacie posiadają prawdziwego asa w talii. A nazywał się on: Stanisław Jarowicz!

Plan nie należał do skomplikowanych. Nigdy nie brakowało konferencji naukowych, a tam aż roiło się od samotnych, spragnionych czyjejś uwagi doktorantek, doktorek, a nawet profesorek. Twaróg z Wołkiem wzięli na siebie rozpoznanie i wyselekcjonowanie właściwej ofiary. Na koniec pozostawało zagonić kobietkę wprost na Jarowicza. Reszta była w rękach natury! 

Plan planem, ale praktyka…

Wieczorny bankiet organizatorzy wyprawili równocześnie dla czterech równolegle się odbywających konferencji, dla zupełnie różnych dyscyplin naukowych. Zrobił się ścisk niemiłosierny. Wołek przepadł w tłumie i ostatni raz widziano go gdzieś w okolicy szwedzkiego stołu. Twaróg zaś z naganiacza szybko sam stał się zwierzyną dla jakiegoś pijanego Niemca. Pół nocy stracił na opędzanie się przed jego zalotami, a jego jedyna, w miarę składna myśl tamtego wieczoru sprowadzała się do stwierdzenia:

W dupę z taką Unią!!!!”.

Plan sypał się niemiłosiernie i jeden Bóg raczył wiedzieć, jak go uratować. A konkretnie: Bóg seksu – Jarowicz…

*****

Odnaleźli go dopiero wczesnym rankiem w jego pokoju hotelowym. Wyszedł do nich na korytarz rozpromieniony i w samym szlafroku. Widząc ich pytające spojrzenia Jarowicz w pełni zadowolony z siebie, łaskawie uchylił drzwi. Koledzy zaś nie potrafili zapanować nad swoją ciekawskością…

Wtem obaj gwałtownie cofnęli się o krok, jakby ich coś odrzuciło. Twaróg pobladł momentalnie.

– O fuck! Jarowicz! Ty cholerny zwyrodnialcu! Co ty? Z własną siostrą spałeś?!

– Co? Ty masz mocno ograniczoną tolerancję na piękno, Bogdan – odparł bez zrozumienia okularnik.

– Jakie znowu piękno? – wtrącił Wołek domykając pospiesznie drzwi – Przecież ona wygląda zupełnie jak ty! Nawet bryle ma z tego samego żurnala!

– Jarowicz! Jak to jest naprawdę twoja siostra… – zaczął gorączkować się Twaróg, ale mu szybko przerwano.

– Ciszej, człowieku! Bo mi ją obudzisz i spłoszysz! Jaka znowu siostra? Doktorantka z Uniwersytetu Gdańskiego. Działam zgodnie z planem.

Wielkolud odetchnął z ulgą ocierając spocone z przerażenia czoło, a Jarowicz rzucił pytające spojrzenie do Wołka, jakby martwił się o nadpobudliwe reakcje ich kierownika.

– Nie pytaj nawet… co on miał za noc!

– Zamknij mordę Wołek!!! – wybuchnął Twaróg z największym wysiłkiem wyciszając swój głos. – Do niczego nie doszło, więc po co paplesz?

Wołek zaniemówił i wyglądał na zbitego z tropu.

– Co ty, Bogdan? – zapytał w końcu. – Ja tylko powtarzam, co mi powiedziałeś o tych rozmowach z ekipą z Hamburga… do rana. Sam się chwaliłeś, że ganiałeś za nimi pół nocy, żeby się w końcu sypnęli z własnego projektu …

– Nie z „ekipą” i nie „ganiałeś”… i na litość boską: na pewno nie „sypnęli”! – zaprotestował gorączkowo Twaróg. – Reszta się zgadza.

– O, pierunie… To niewiele tej reszty zostało – zauważył Jarowicz.

– Ważne, że wiemy. Jewgienij miał rację: wszyscy walą ściemę do Brukseli! Ten konkurs to jeden wielki pic na wodę! I nikt się tym nie przejmuje, bo nikt nie jest w stanie zweryfikować czegoś tak abstrakcyjnego. Będą pewnie sygnalizować początkowe sukcesy, żeby dostać kolejne transze grantu, a na koniec stwierdzą, że jednak się nie udało. I jak tylko wymyślimy jakiś sensowny sposób na te badania, to właśnie tych założeń będziemy się trzymać!

– To co powiecie na obszerne wywiady, które moja Aneczka przeprowadziła z generałem Franco i z Mahatmą Gandhim? – zapytał Jarowicz pusząc się jak paw.

Twaróg osłupiał, jakby niedowierzał.

– Chcesz powiedzieć… że mają wehikuł czasu? To ta łania w tym uczestniczy? – kiwnął w kierunku drzwi. – Z której konkurencyjnej ekipy ją wyrwałeś?

– Z żadnej! – odparł okularnik i na chwilę zamilkł dla spotęgowania napięcia. – Organizatorzy pomieszali na bankiecie kilka konferencji. Są tu nawet psychologowie specjalizujący się w badaniach nad hipnozą.

Twaróg miał wrażenie, że Jarowicz chciał mu podsunąć pewną myśl. Wymienili z Wołkiem spojrzenia i w końcu zaczęło do nich docierać.

– Wiesz ty co? Dokładnie ktoś taki by się nam teraz przydał! – Na bokserskiej facjacie zagościł uśmiech. – Jak ona się nazywa?

******

Nazywała się Marks… Anna. Taki miała dziwny nawyk, że przedstawiała się zaczynając od nazwiska. Szybko zgodziła się na udział w ich projekcie. Jej pojawienie się w Instytucie wielu po cichu komentowało jako pierwszy sukces ekipy Twaroga, biorąc ją za sobowtóra Jarowicza z alternatywnego systemu, w którym widocznie był on kobietą.

Stanowiła ich klucz do wyjścia z opresji. Niemal od razu przejęła kontrolę nad przebiegiem „badań”. Sami mogli co prawda zbudować jakiś „niby-tam-wehikuł” podobny do tego z rysunków Jewgienija, ale bez wiarygodnie brzmiącej mistyfikacji ich projekt skazany byłby na kompromitację. Hipnoza otwierała zaś nowe furtki.

– Przede wszystkim pilot tego waszego ruskiego wehikułu musi być z zewnątrz. Żadne z nas! Oficjalnie: żeby zapewnić obiektywność badań, a nieoficjalnie: bo my znamy prawdziwą naturę tego projektu i ta świadomość będzie się odbijała w doświadczanych wizjach – postawiła jasno już na samym początku współpracy Marks, ich nowa Asystentka ds. Psychologicznych. – Zorganizujemy nabór i wybierzemy takiego pilota, który ma „odpowiednie predyspozycje”. Wiecie: zdrowie, jakaś podstawowa wiedza techniczna… takie tam ściemy do wpisania w dokumentacji badawczej. Ale tak naprawdę to musi on być po prostu wyjątkowo podatny na hipnozę i sugestię.

– O, pierunie… A kto mu będzie te sugestie poddawał? – zainteresował się Jarowicz.

– Wy! Ja się nie znam na alternatywnych światach. Ja go tylko uśpię, a później wybudzę. No i generalnie będę czuwała nad prawidłowością przebiegu sesji.

– Prawidłowością? – zaniepokoił się Twaróg.

– U większości pacjentów sugestia działa bez zarzutu. Ale niekiedy w trakcie seansu dochodzi do „zanieczyszczeń” materiałem z prawdziwej pamięci. Trzeba to umieć wyłapać i zniwelować, bo inaczej cały wysiłek na nic.

– Po kolei – próbował uporządkować sobie to w głowie Twaróg. – Pilot wchodzi do wehikułu, zakłada gogle i słuchawki. Odpalamy kolorowe światełka i dźwięki… Potem ty przeprowadzasz z nim niby „ostatnią, kontrolną rozmowę psychologiczną” przed startem, a tak naprawdę wprowadzasz go w stan uśpienia. My mówimy do niego za pomocą mikrofonu i słuchawek, niby to dla utrzymania kontaktu, a faktycznie w celu zapodania sugestii tego, co ma śnić. Pilotowi wydaje się, że jest fizycznie w świecie równoległym…

– Nie fizycznie! – przerwała mu pani Marks – To zbyt ryzykowne rozwiązanie. Ograniczmy się do samego kontaktu, wglądu. Może niech pojawia się u nich jako hologram? Tyle tylko, żeby uzasadnić, że coś tam widział, słyszał, z kimś rozmawiał. To będzie trudniejsze do zdemaskowania!

– Dobra… więc jest tam jako hologram. Potem ty go wybudzasz i przekonujesz, że jego wizja była rzeczywistością. Dobrze to rozumiem?

– Najlepsze jest to, że gdyby ktoś chciał wykazać nam jakiś szwindel, to nasz pilot nawet na wariografie potwierdzi „prawdziwość” naszych raportów – zaśmiała się Marks. – Później podczas osobnych wywiadów, oprócz nagrań dla Komisji, będziemy wyłapywać te „zanieczyszczenia” prawdziwą pamięcią. No wiecie… niby trafi do systemu z cywilizacją szympansów, a tu nagle zobaczy wujka Heńka na rowerze. Wtedy w osobnych sesjach trzeba będzie te fragmenty wymazywać.

– A to się tak da w mózgu? – zaintrygował się Jarowicz. – Wpisać, wymazać?

– Kotku, a przypomnij mi: w jaki sposób znaleźliśmy się razem w twoim pokoju hotelowym?

Cisza i rosnące zakłopotanie ryjącego w pamięci Jarowicza nie wymagały żadnej konkluzji, ale Marks i tak nie zamierzała zostawić tego bez pointy.

– …Czyli się da!

*******

Nowy plan przebiegał znakomicie! Nieprawdziwy pilot za pomocą nieprawdziwego wehikułu odbywał nieprawdziwe podróże do innych wymiarów, co do których nikt nie wątpił, że są równie nieprawdziwe, jak cały ten ich ściemniany „eksperyment”. Tak było do czasu, aż Bolesław Wołek zdecydował się powołać do życia własną teorię, występując przeciwko oczywistym oczywistościom.

Wołek, postrzegany do tej pory jako człowiek, na którym komuś nie powiódł się eksperyment zastosowania pączka zamiast mózgu, teraz nagle zaskoczył wszystkich. Nikt nie oczekiwał od niego jakiegoś wysiłku myślowego, a już z pewnością nie własnej teorii. Do zadań pana Bolesława należały głównie rejestrowanie nagrań w trakcie sesji w wehikule oraz wywiadów posesyjnych. Następnie miał to składać w pasującą całość, tworzyć oficjalne notatki i na ich podstawie przygotowywać sprawozdania z badań dla unijnej Komisji. Miał zatem dużo sposobności do łączenia pewnych danych i wyciągania z tego wniosków.

– Sami pomyślcie – próbował przekonywać pozostałych. – Sugerowaliśmy pilotowi równoległy świat, gdzie doszło do konfliktu nuklearnego, mocarstwa wzajemnie się unicestwiły, a ludzie wrócili do życia plemiennego… Taka tam ściema, co się zawsze dobrze sprzedaje prasie! Ale wywiady po sesjach tego nie potwierdziły. Żadnych wspomnień o zagładzie u „napotkanych” przez niego ludzi, nic o wcześniejszych cywilizacjach, żadnych ruin czy stref skażenia…zamiast tego niekończąca się, dziewicza puszcza i ludy używające tylko narzędzi z krzemienia i kości. Ani jednego kabelka, scyzoryka czy innego przedmiotu z naszej cywilizacji. Tak jakby podświadomość pilota przyjmowała sugestie od nas jedynie selektywnie, a całą resztę uzupełniała własnymi obrazami. Tylko czy na pewno własnymi?

– Każda jaźń broni się przed zbytnią ingerencją, nawet ta podatna na sugestię – tłumaczyła spokojnie pani Marks. – Z drugiej strony nie znosi też pustych miejsc i zapełnia je własną wyobraźnią. Nie ma w tym nic dziwnego.

– A o telepatii słyszałaś?

– Jasne! Mam o niej książkę na półce. Zaraz obok tej, co opisuje zeznania naocznych świadków lądowania kosmitów – zadrwiła.

– Ciekawe, bo jeszcze pół wieku temu książki o hipnozie stały w tym samym miejscu. – nie odpuszczał Wołek.

– Nawet jeśli potraktować poważnie zjawisko telepatii na płaszczyźnie teraźniejszości, to już na pewno nie w kwestii kontaktowania się między czasem przeszłym a przyszłym!

– Dlaczego nie? A Jung i jego teoria zbiorowej nieświadomości?

– O proszę! Ktoś tu odrobił lekcję z psychoanalizy! Tylko, że w jego teorii przekaz szedł z przeszłości do przyszłości, a nie odwrotnie. No i wynikał z pewnych wdrukowanych w nasze mózgi struktur… to nie to samo.

– A skąd wiadomo, że wdrukowanych struktur, a nie bezpośrednich przekazów?

– Z przeszłości?!

– Dokładnie! A my teraz robimy coś odwrotnego. Pilot to nasz nadajnik, a po drugiej stronie odbiornikiem jest jakiś szaman, wieszcz, albo prorok.

– Co ty… traktujesz ich jak radioodbiorniki? – dopytywał Twaróg,

– Każdy człowiek ma różną podatność na takie sprawy. Do seansów hipnotycznych też szukaliśmy kogoś właściwego.

– Boluś – zaczął pobłażliwie Twaróg – chcesz nam powiedzieć, że my tu sobie hipnozy, czary-mary odprawiamy, a po drugiej stronie tego niby-telefonu siedzi stado małpoludów sprzed tysięcy lat i nas podsłuchują?

– Powtarzam wam: o ile istnieją podróże w czasie, to jedynym możliwym wehikułem jest nasz własny mózg z licznymi funkcjami, których współczesna nauka nadal nie rozumie.

– Ale nie możesz takich teorii opierać na kilku niezgodnościach w seansach hipnotycznych. Musisz mieć coś więcej – zaoponowała pani Marks.

 

 

– Otóż mam! – potwierdził wąsacz i przerwał na chwilę dla zebrania myśli. – Czy zwróciliście uwagę na język? Czasami pilot próbował powtarzać zasłyszane tam słowa.

– Tak… to jakiś słowacki, albo ukraiński. – powiedziała Marks. – Może ma tam rodzinę? To zanieczyszczenie, ale dopuszczalne. Ważne, że da się go zrozumieć.

– Nie. To starosłowiański. Sprawdzałem z językoznawcą… wygląda na odmianę starszą niż pierwsze teksty Metodego i Cyryla.

– No to faktycznie dziwne… ale co z tego? Na pewno znajdzie się jakieś wytłumaczenie.

– To w takim razie wytłumaczcie mi też to – rzekł Wołek wyjmując z kieszeni jakiś zmiętolony kawałek papieru.

Wszyscy obecni ścisnęli się przy nim, kiedy go rozkładał. Ujrzeli tam rysunek wykonany niewprawną ręką, przedstawiający osadę z prymitywnymi ziemiankami i krzywą palisadą. Byli tam też ludzie ubrani w zwierzęce futra. Wszyscy gromadzili się przy wielkim ognisku. Obok stał człowiek… albo może posąg o czterech głowach. Były one różne: większe i mniejsze – w tym przynajmniej jedna kobieca.

– Co to jest? – zapytał Twaróg.

– To jest to miejsce, do którego trafia podczas seansów. Kiedyś po sesji poprosiłem go o narysowanie.

– Ciekawe – zaintrygowała się Marks. – A w którym miejscu narysował siebie?

Wołek wskazał na czterogłową postać. Spojrzeli na niego zaskoczeni.

– To chyba jakiś szaman? – Pani Marks wskazała na jakiś szczegół u tej postaci. – W ręku ma bębenek. A te cztery głowy, to tylko czapka, albo maska. Być może to postacie ich bogów?

– O tym samym pomyślałem! – odparł jej Wołek, dodając po krótkiej chwili – To jest ta scena, kiedy podczas hipnozy zaczął głośno wymawiać nasze zniekształcone nazwiska, pamiętacie? – Skinęli twierdząco, a wąsacz wyprostował się i przeszedł do konkluzji. – Te głowy, to my: Mar’s-anna, Jarowit, Swaróg, Wołos. Nasze nazwiska powtarzane w trakcie sesji stały się imionami słowiańskich bogów.

– Chcesz nam wmówić, że właśnie wykreowaliśmy religię własnym przodkom? – zaperzył się Twaróg. – Już myślałem, że tych moich natchnionych bzdur z konferencji to nikt nie przebije. A tu proszę: taki niby zwyczajny Wołek, a jakie ambicje!!

– To arcyciekawe spostrzeżenie dla psychologa – podjęła na nowo Marks – ale w niczym to nie świadczy o kontakcie z ludźmi z przeszłości. Jak udowodnisz, że to wszystko nie dzieje się tam, w głowie pilota?

– Tak samo, jak zamierzam dowiedzieć się, skąd w mózgu Jewgienija wzięła się zawartość kogoś o jego tożsamości, ale jakby z zupełnie innego świata.

********

Pokłócili się tak, że omal nie doszło do rękoczynów. Rozmowa z Jewgienijem wydawała się więc najlepszym sposobem na zażegnanie ich sporu. Ale tu czekało większość zespołu spore zaskoczenie. Nie spodziewali się usłyszeć o Ukrainie muzułmańskiej już od siedemnastego wieku, po przejściu Chmielnickiego na Islam. Ani też o zwycięstwie rewolucji bolszewickiej prowadzonej pod sztandarami Cerkwii Prawosławnej – a właściwie jej nowej, postępowej odmiany, która Boga traktowała jako samoubóstwienie społeczeństwa, tym samym oddając pierwszeństwo woli ludu… To wszystko mogliby wziąć za bełkot szaleńca, gdyby nie uporządkowany sposób przedstawienia takiej wersji historii – z podaniem dat i nazwisk.

Twaróg był wściekły! Nie przyjmował do wiadomości istnienia alternatywnych systemów w ogóle, a już z pewnością nie w takiej formie, jaką prezentował im Wołek. Ale pozostali chyba tracili pewność co do wcześniejszych swoich osądów.

Postanowili definitywnie skończyć z hipnozą w projekcie A.S.Y… ale dopiero po ostatnim seansie, który miał ostatecznie rozstrzygnąć ich wątpliwości. Bez nagrywania i bez notatek, za to na innych zasadach niż do tej pory. Musieli się spieszyć, bo tego popołudnia miała przyjechać do nich wizytacja z Komisji ds. Rozwoju Nauki, dokąd całkiem niedawno wysłali swój pierwszy raport z badań.

Tym razem zespół A.S.Y zrezygnował z bombardowania swojego pilota nieustannymi sugestiami. Chcieli skupić się na tym, co on im przekaże w stanie uśpienia. Ale czy to przez nerwową atmosferę, czy też przez zbyt głębokie uśpienie, tego dnia nie byli w stanie usłyszeć żadnego sensownego zdania. Pilot bełkotał ledwie zrozumiałe słowa i choć mówił dużo, to niewiele z tego rozumieli. Z wyjątkiem powtarzanych co jakiś czas imion: Swaróg! Wołos! Jarowit! Marzanna!

Zirytowany Twaróg przejął mikrofon do kontaktu z wehikułem i zwrócił się do pilota.

– Tu Twaróg. Uważaj. Przekaż tym tam ludkom moje przesłanie, dobra? „Tu zajebista grupa badawcza A.S.Y. Znajdujecie się państwo nielegalnie w obszarze projektu finansowanego przez Unię Europejską. Prosimy wszystkich o przygotowanie paszportów do kontroli. Danke schöne, thank you very much, merci beaucoup!

– Co ty wyprawiasz, człowieku?! – krzyknął Wołek, kiedy wielkolud wyłączył mikrofon.

– Zobaczymy, co zrobią ci Prasłowianie w głowie naszego pilota! – odparł zadowolony z siebie Twaróg. – Założę się, że mózg mu się zresetuje i stworzy jakąś nową projekcję świata. Zaraz się pewnie okaże, że to tyko słowiański skansen w Disneylandzie pod Paryżem!

Wtedy to wydarzyło się coś najdziwniejszego!

Pilot siedzący we wnętrzu wehikułu zaczął się cały trząść, uderzając głową o szkło po jego obu stronach. Niektórym przez myśl przebiegło nawet, że dostał ataku epilepsji, gdy wtem zerwał się on ze swojego fotela, przylgnął do przedniej szyby i w niezwyczajny dla siebie sposób zaczął wykrzykiwać coś w niezrozumiałym z początku języku. Twaróg z Wołkiem rzucili się zaraz do otwierania drzwi kabiny, ale czy to z powodu paniki, czy też jakiegoś zatrzaśnięcia, nie mogli sobie z tym poradzić! Jarowicz wyjął swoją komórkę i próbował zadzwonić po karetkę, ale w żadnym kącie pracowni nie mógł znaleźć zasięgu. Jedynie Marks Anna zachowała zimną krew, łagodnie, przy pomocy mikrofonu skłaniając pilota do wybudzenia… ale jednocześnie chwytając za długopis i kawałek kartki.

Sytuacja uspokoiła się tak nagle i niespodziewanie, jak przedtem eksplodowała. Drzwi wehikułu wreszcie się otwarły, pilot oprzytomniał. Zawołano dyżurnego pracownika odpowiedzialnego za udzielanie pierwszej pomocy. Ten zaś, kiedy tylko przybył, od razu przekazał im nowinę.

– Już tu są!

– Kto taki?

– Wizytatorzy z Brukseli. Kilka godzin wcześniej się zjawili, no nie?

Ta wiadomość szybko ocuciła cały zespół z szoku, którego doznali przed chwilą. Kazali dyżurnemu wyprowadzić tylnymi drzwiami pilota i zaopiekować się nim. Sami zaś w pośpiechu zaczęli szykować się do wizytacji. Ale Jarowicz nie wytrzymał i zwrócił się głośno do pozostałych.

– O, pierunie! Czy ja dobrze kojarzę, że on tam krzyczał po francusku?! 

– To było po francusku? – zdziwił się Twaróg, ale od razu weszła mu w słowo pani Marks, która od jakiegoś czasu bazgrała coś na swojej kartce

– Skończyłam… o rany! Chcecie posłuchać tłumaczenia? – Ich milczenie stanowiło dla niej wystarczające przyzwolenie. Wzięła głęboki oddech i zaczęła. – „Czy ktoś mnie słyszy?… Wiem, że to wy! Wyciągnijcie mnie stąd… Błagam… komandor Pierre Delamare… Puszczajcie… Puszczajcie”… I to tyle, bo dalej nie zrozumiałam.

– Wiecie co myślę? – Blady Twaróg aż przysiadł na krześle. – Żadne tam alternatywne światy i żadni tam Prasłowianie… po prostu zryliśmy facetowi beret na maksa!

*********

Przedstawiciel Komisji ds. Rozwoju Nauki UE nazywał się Heinrich Wesolowsky i na szczęście całkiem nieźle radził sobie z językiem przodków, co ułatwiało komunikację. Wizytacja przebiegała zgodnie z planem – może dlatego, że nie był to żaden z planów Twaroga? Przedstawiciel Komisji obejrzał sobie miasto, zabytki, ratusz, a wreszcie i sam Instytut z wehikułem Jewgienija. Na koniec poprosił o rozmowę na osobności z zespołem badawczym. Gość nie marnował czasu i od razu przeszedł do rzeczy.

– Zapoznaliśmy się z waszymi wynikami. Doprawdy imponujące – zapewnił.

– Ach tam… Wleczemy się w ogonie znacznie lepszych od nas – bez wiary w siebie odparł Twaróg.

– Większość waszej konkurencji wysyła nam jakieś bzdury. Zwyczajnie nas doją. Jak zawsze…

– To ci dranie! – wymamrotał zbielałymi ustami pan Bogdan.

– Nic nowego, ale to nieważne. Muszę przyznać, że nas zaskoczyliście. Zaszliście bardzo daleko. Właściwie tylko jedna ekipa was prześcignęła. Różnicie się wnioskami na tym etapie badań, ale pewne zapiski oraz fragmenty nagrań… są po prostu niebywale podobne. Rzecz w tym, że w tamtej ekipie doszło do dziwnego wypadku. Jestem tu właściwie z prośbą o waszą pomoc. Oczywiście cała sprawa jest niejawna… sami rozumiecie. Chodzi o grupę badawczą z Marsylii.

– Z Marsylii? – zaniepokoił się Twaróg. – A to czasem nie jest we… Francji?

– Ależ piorunujący jest ten postęp wiedzy w Europie Wschodniej! – odrzekł Przedstawiciel z nutą sarkazmu.

– Ci Francuzi… – silił się na jakikolwiek komentarz zbaraniały Twaróg. – Wszędzie wlezą pierwsi.

– To akurat prawda. Wlezą… ale nie zewsząd potrafią wyleźć. Powiem wprost: po jednym z eksperymentów pilot ich wehikułu doznał jakiegoś pomieszania zmysłów… Przynajmniej tak sądziliśmy dopóki nie zapoznaliśmy się z waszymi materiałami. Po ich skonfrontowaniu z danymi od Francuzów doszliśmy do wniosku, że być może tamten eksperyment powiódł się, choć… połowicznie. Nie wiemy jak to się stało. Podejrzewamy, że wehikuł wytransferował… hmmm… – mruknął szukając odpowiednich słów – samą tylko jaźń pilota. Powłoka fizyczna pozostała na miejscu, wehikuł również. Pilot jest przytomny, ale zachowuje się bardzo dziwnie i mówi nieznanym językiem. Mamy podejrzenia, że wasz człowiek mógł penetrować te same obszary, do których przeniosło Francuza.

– Eeee… i pan to tak na poważnie? – wymamrotał Twaróg.

– A pan nie? – z kamienną miną odpowiedział Przedstawiciel. – Szkoda czasu. Muszę zaraz wracać. Prześlijcie nam wasze zapotrzebowanie i poinformujcie jak szybko możecie przystąpić do międzynarodowej misji ratunkowej.

– Co takiego? – jęknął doprowadzony do ostateczności Twaróg.

– No co? Chyba nie odmówicie pomocy koledze po fachu?

– A skądże – Twaróg już gubił się w tym wszystkim. – Pomóc, to my przecież zawsze… Zastanawia mnie tylko ta… międzynarodowość.

– No tak! Wy, Francuzi i jeszcze ekipa z Hamburga. Ich kierownik osobiście nalegał na współpracę właśnie z panem… panie Twaróg! Bardzo wiele mi o panu opowiadał – dodał z jakimś niezrozumiałym dla pozostałych, obleśnym uśmieszkiem.

**********

…W Instytucie Fizyki Wszelakiej w Chojnicach mówiło się, że nie o krzesło zahaczył wizytujący ich Przedstawiciel Komisji ds. Rozwoju Nauki – tylko o pięść Twaroga. Z pewnością krzesło nie zrobiłoby śliwy na pół twarzy. Mówiono też, że Przedstawiciel po tym bolesnym wypadku doznał częściowej amnezji. Podobno też zmienił mu się akcent i zaczął zaciągać w ukraińskim stylu – zupełnie jak u Jewgienija – a jego pierwsze słowa po tym incydencie brzmiały: „Twaróg!? Job twoja mać! Ty nie uwierzysz gdzie ja byłem. Zaraz… w co wy mnie ubraliście?”.

Kto by jednak dawał temu wszystkiemu wiarę? W miasteczkach takich, jak Chojnice ludzie opowiadają sobie tyle nieprawdopodobnych plotek, że wystarczyłoby do napisania niejednej alternatywnej historii.

Koniec

Komentarze

Oj, długo przyszło Ci czekać na pierwszy komentarz.

Bardzo oryginalne podejście do tematu, podobało mi się.

No i historia też przewrotna, a do tego sympatyczna. Gdybyś tak jeszcze miał więcej znaków na wyjaśnienia…

Brakuje Ci paru przecinków, ale jak je dopiszesz, to przekroczysz limit. Nie można mieć wszystkiego.

Babska logika rządzi!

Bardzo przyjemnie się czytało. Ciekawe, choć delikatnie przerysowane postacie. Pasowały jednak do  stylu całego opowiadania. Sprawnie poprowadzona historia, przy której uśmiech gdzieś się błąkał na moich ustach. Obiór był więc pozytywny :)

Poniżej parę takich drobnostek, które mi się rzuciły w oczy ;)

 

To mówiąc i nie czekając na żadną odpowiedź, Wołek odwrócił się i pomknął z powrotem do pracowni, a Twaróg i Jarowicz nerwowym truchtem ruszyli za nim.

**

To, co zastali w pracowni zdecydowanie ich przerosło…

Powtórzenie.

 

 

Ale widocznie niczego tam nie znalazła, skoro jako pierwsza poprosiła o Twaroga rozwinięcie.

Nie powinno być “Twaroga o”?

 

 

– Po kolei.Próbował uporządkować sobie to w głowie Twaróg.

 

 

– Boluś – zaczął pobłażliwie Twaróg.Chcesz (…) blush

 

 

– (…) zaoponowała pani Marks.

(te dwa akapity to celowo?)

( )

– Otóż mam! – (..)

 

(…) oparł jej Wołek, dodając po krótkiej chwili. – To(…)

 

– To arcyciekawe spostrzeżenie dla psychologa – podjęła na nowo Marks.Ale w blush

 

W Instytucie Fizyki Wszelakiej (…) –  Chyba zbędny wielokropek na początku zdania.

“Rycerstwo samo w sobie jest poezją życia” - Friedrich Schlegel

Pherisie, taki zapis:

– Boluś – zaczął pobłażliwie Twaróg – chcesz nam powiedzieć,

jest najzupełniej poprawny. Po prostu do wypowiedzi “Boluś, chcesz nam powiedzieć” wstawia się didaskalia, jak wtrącenie do zdania. Przecinek w takiej sytuacji znika.

Babska logika rządzi!

Dobrze, że jesteś czujna. Już wykreśliłem, trochę zawstydziłem, ale przynajmniej dorzuciłem sobie kolejną cegiełkę wiedzy ;)

Czyli tu też?

 

– To arcyciekawe spostrzeżenie dla psychologa – podjęła na nowo Marks. – Ale w

“Rycerstwo samo w sobie jest poezją życia” - Friedrich Schlegel

Tak, tam też. :-)

Babska logika rządzi!

Podoba mi się swobodne, wręcz humorystyczne ujęcie sprawy i to, że „naukowość” została potraktowana z przymrużeniem oka, dzięki czemu opowiadanie zyskało lekkość i przejrzystość, jednocześnie pozostając w zgodzie z założeniami konkursu. ;-)

 

z tłumu wy­gra­mo­lił się niski, krępy bur­mistrz w spo­co­nej ko­szu­li… – …z tłumu wy­gra­mo­lił się krępy bur­mistrz w przepo­co­nej ko­szu­li

Ktoś krępy, jest niski z definicji. Koszula nie byłą spocona, spocony był burmistrz, a koszula mogła być  przesiąknięta jego potem.

 

Ten wiel­ko­lud, z wiel­kim łbem to był Bog­dan Twa­róg… – Czy to celowe powtórzenie?

 

– Zaraz za­czną prze­klę­tą kon­fe­ren­cjęPa­mię­taj… – – Zaraz za­czną prze­klę­tą kon­fe­ren­cję Pa­mię­taj

Brak spacji po wielokropku.

 

Obu­rącz pod­trzy­my­wał ku górze spodnie… – Co to znaczy podtrzymywać coś ku górze? Czy chodzi o to, że Wołek podciągał opadające spodnie?

 

– Zdej­muj, alby ty sam zaraz za­czniesz! – Literówka.

 

Do zadań pana Bo­le­sła­wa na­le­ża­ły głów­nie re­je­stro­wa­nie na­grań… – Literówka.

 

ale jed­no­cze­śnie chwy­ta­jąc za dłu­go­pis i ka­wa­łek kart­ki. – …ale jed­no­cze­śnie chwy­ta­jąc dłu­go­pis i ka­wa­łek kart­ki.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję wszystkim za komentarze. Z góry przepraszam za moje spóźnione odpowiedzi, ale mam nadal dużo spraw na głowie i czasami po kilka dni bez netu jestem. 

Poprawek, jak rozumiem, teraz wprowadzać nie mogę, aż do czasu ogłoszenia wyników? Wtedy wrócę do sprawy…

– (…) zaoponowała pani Marks.

(te dwa akapity to celowo?)

( )

– Otóż mam! – (..)

nie… to system przy wklejaniu tekstu coś nabroił. Nie spojrzałem po ostatniej poprawce. sad

chwilka czasu, zajrzałem jeszcze raz do uwag stylistyczno– językowo-… ogólnobłędowych wink.

W Instytucie Fizyki Wszelakiej (…) –  Chyba zbędny wielokropek na początku zdania.

Właśnie nie jestem tego pewien. Urwałem gwałtownie jeden sposób narracji i podłożyłem drugi, trochę na zasadzie jakbym przełączył programy w TV. po przełączeniu nie widzę przecież danego programu od początku, tylko jego kontynuację… Takie miałem odczucie w trakcie pisania, więc uznałem ten wielokropek za uzasadniony. 

A pozostali co o tym myślą?

Ten wielkolud, z wielkim łbem to był Bogdan Twaróg… – Czy to celowe powtórzenie?

Nie, to moje przeoczenie. Wyszło faktycznie bardzo niezgrabnie.

Oburącz podtrzymywał ku górze spodnie… – Co to znaczy podtrzymywać coś ku górze? Czy chodzi o to, że Wołek podciągał opadające spodnie?

Dokładnie o to chodzi, ale czy to błąd? Podciągnął spodnie, kiedy mu opadały. To była chwilowa czynność. Później już je tylko podtrzymywał w tej pozycji – wydaje mi się, że to brzmi sensownie. sad

Oburącz podtrzymywał ku górze spodnie

Cóż, Gostomyśle, błędem bym tego nie nazwała. Uważam natomiast, że zdanie jest przedziwnie sformułowane.

Jeśli czytam, że ktoś oburącz podtrzymuje spodnie, jest dla mnie zrozumiałe, że nie chce, aby mu one opadły. Nie muszę mieć w zdaniu dopowiedzenia, że utrzymuje je w górze, bo to zrozumiałe.

Jeśli nie będę mogła dosięgnąć książki ustawionej na najwyższej półce regału, wejdę na drabinkę, ale nie powiem, że drabina podtrzymuje mnie ku górze. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Gratuluję pieczołowitego zmieszczenia się w limicie znaków ; )

 

Fajna historia, humorystyczna. Może trochę początek przydługi (ten bankiet, poszukiwanie Jewgienija, tłumaczenie teorii X, Y, Z…), niemniej generalnie wyszła opowiastka lekka i sympatyczna.

 

Koniec końców nie wiadomo jednak, czy istnieje jakikolwiek świat alternatywny w Twojej opowieści, prawda? ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Zostawiłem tu furtkę uchyloną… nie precyzuję czy  jestem ZA czy PRZECIW. 

Dziękuję za opinię

Uśmiałem się w kilku momentach naprawdę mocno, więc lekturę oceniam bardzo pozytywnie. Świetnie Ci wyszli bohaterowie.

Dziękuję. Cieszę się, że się podobało.

Jak dla mnie fajne i pomysłowe opowiadanie :) Trochę inaczej bym ‘rozegrała’ literkę A :D ;) , ale to Twojego rozegrania w niczym nie umniejsza. Parę drobiażdżków technicznych, ale nierażących. Słowem – bardzo udane. Życzliwie pozdrawiam :))

Dzięki za odwiedziny i cieszę się, że przypadło do gustu. Pozdrawiam.

Bardzo fajne, podobało mi się :)

Nowa Fantastyka