- Opowiadanie: Mica92 - Szpitalny balet

Szpitalny balet

Au­to­rze! To opo­wia­da­nie ma sta­tus ar­chi­wal­ne­go tek­stu ze sta­rej stro­ny. Aby przy­wró­cić go do głów­ne­go spisu, wy­star­czy do­ko­nać edy­cji. Do tego czasu moż­li­wość ko­men­to­wa­nia bę­dzie wy­łą­czo­na.

Oceny

Szpitalny balet

Roz­pę­dzo­na, ro­syj­ska zima za­trzy­ma­ła się w Mo­skwie już pod ko­niec Li­sto­pa­da. Zmro­zi­ła okna nie­prze­nik­nio­nym szro­nem, ulice po­kry­ła, śli­skim jak szklan­ka, lodem. Śnież­ne za­wie­je osa­dzi­ły na da­chach ko­lo­sal­ne ilo­ści bia­łe­go puchu. Słoń­ca nie wi­dzia­no. Skry­ło się za sza­ry­mi chmu­ra­mi i wy­da­wa­ło się, że już nigdy zza nich nie wy­chy­nie.

Był wie­czór. Zimny. Bez­gwiezd­ny. Anna stała na scho­dach pro­wa­dzą­cych do wej­ścia dla per­so­ne­lu Mo­skiew­skie­go Te­atru Ar­ty­stycz­ne­go im. An­to­na Cze­cho­wa. Jej twarz, po­dob­nie jak słoń­ce tej zimy, za­kry­ła na mo­ment chmu­ra ty­to­nio­we­go dymu. Ar­tyst­ka za­cią­gnę­ła się po­now­nie, a potem jesz­cze raz. W końcu upu­ści­ła nie­do­pa­łek i zgnio­tła go ob­ca­sem buta.

– Nie ma to jak fajka przed wy­stę­pem – mruk­nę­ła do sie­bie i się­gnę­ła po na­stęp­ne­go pa­pie­ro­sa.

Za­pa­li­ła.

Za­wsze pa­li­ła przed sztu­ką. Nie mogła się bez tego sku­pić, a to kon­cen­tra­cja była w jej wy­pad­ku klu­czem do suk­ce­su. Ana­li­zo­wa­ła w my­ślach wszyst­kie kroki, skoki, przej­ścia, pi­ru­ety. Tour en chair, en­tre­chat, ca­brio­le, bal­lotté, effacé. Ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzia­ła już wle­pio­ne w nią spoj­rze­nia setki ludzi, sie­dzą­cych na wi­dow­ni. Ciar­ki prze­cho­dzi­ły ją na myśl o burzy okla­sków, którą otrzy­ma po za­koń­czo­nym wy­stę­pie.

Nie było łatwo zdo­być tej roli. Zde­cy­do­wa­nie nie. Annę nadal prze­cho­dził dreszcz obrzy­dze­nia, gdy przy­po­mi­na­ła sobie, jaką cenę za­pła­ci­ła.

Kosz­ty jed­nak nie sta­no­wi­ły dla niej naj­mniej­szej prze­szko­dy. Jako dziec­ko zo­sta­ła ba­let­ni­cą wła­śnie po to, by teraz od­no­sić suk­ce­sy. Nie mogła za­prze­pa­ścić ta­kiej szan­sy. Ow­szem, stra­ci­ła dużo, nawet bar­dzo dużo, bo część swo­jej god­no­ści.

Anna ko­lej­ny raz za­cią­gnę­ła się dymem z pa­pie­ro­sa. Otar­ła słoną łzę, która po­ja­wi­ła się w ką­ci­ku jej ślicz­ne­go oka.

Zy­ska­ła jed­nak coś bez­cen­ne­go. Speł­nie­nie. Ko­ją­cy miód na nie­spo­koj­ne serce ar­ty­stycz­nej, próż­nej duszy, pra­gną­cej sławy, okla­sków i uzna­nia dla jej kunsz­tu.

Anna wy­rzu­ci­ła dru­gie­go pa­pie­ro­sa, nie wy­pa­liw­szy go do końca. Wró­ci­ła przez drzwi dla per­so­ne­lu do środ­ka, zo­sta­wia­jąc za sobą mroź­ne, mo­skiew­skie po­wie­trze.

We­szła do swo­jej pry­wat­nej gar­de­ro­by. Luk­sus, o któ­rym w Pol­sce, mogła tylko po­ma­rzyć. Przez chwi­lę prze­rzu­ca­ła ster­ty peruk. Przy­mie­rza­ła nie­któ­re, prze­glą­da­jąc się w wiel­kim lu­strze o zło­tym, pięk­nie rzeź­bio­nym ob­ra­mo­wa­niu. Cie­szy­ła się do­ty­kiem ak­sa­mit­ne­go i de­li­kat­ne­go ma­te­ria­łu, z ja­kie­go zo­sta­ły wy­ko­na­ne jej ba­jecz­ne, ko­lo­ro­we kre­acje, scho­wa­ne w ogrom­nej, sta­ro­mod­nej sza­fie. Wszyst­kie ba­let­ki, które przy­mie­rzy­ła, le­ża­ły jak ulał.

Miała zo­stać gwiaz­dą. Na­pa­wa­ła się bo­gac­twem.

Ma­rze­nia o sła­wie, którą nie­wąt­pli­wie zyska za jakiś czas, dzia­ła­ły na nią jak nar­ko­tyk. Na­pa­wa­ły ją szczę­ściem, sa­tys­fak­cją, pychą. Gdy przy­glą­da­ła się swo­je­mu lu­strza­ne­mu od­bi­ciu, zda­wa­ła sobie spra­wę, że jest naj­pięk­niej­sza na świe­cie. Je­dy­na w swoim ro­dza­ju. Prima Ba­le­ri­na. Prima, czyli pierw­sza. Pierw­sza w Rosji, w Eu­ro­pie, na świe­cie.

Mimo iż jej myśli zda­wa­ły się być na­ła­do­wa­ne me­ga­lo­ma­nią i prze­sad­ną dumą, Anna uwa­ża­ła się za skrom­ną osobę. Takie zda­nie miała też o niej matka. Za­wsze po­wta­rza­ła przy swo­ich przy­ja­ciół­kach o swo­jej małej, grzecz­niut­kiej, skrom­niut­kiej Ani. Jej ro­dzi­ciel­ka jed­nak była teraz da­le­ko. Bar­dzo da­le­ko stąd.

Do uszu Anny do­tar­ło ciche pu­ka­nie, po któ­rym za­skrzy­pia­ły otwie­ra­ne drzwi. W progu sta­nę­ła cha­rak­te­ry­za­tor­ka. Wzrok miała wbity w zie­mię. Ubra­na była w ciem­ną, spra­ną suk­nię, na którą na­rzu­ci­ła biały far­tuch.

– Przy­szłam pa­nien­kę przy­go­to­wać – po­wie­dzia­ła tak ci­chut­ko, że Anna mu­sia­ła mocno wy­tę­żyć słuch, by zro­zu­mieć, co mówi.

– Do­brze, do­brze. Śmia­ło, wchodź. – Ba­let­ni­ca uśmiech­nę­ła się i ge­stem za­pro­si­ła ko­bie­tę do środ­ka. – Jak się na­zy­wasz?

– An­to­ni­da, jeśli to panią in­te­re­su­je.

– Oczy­wi­ście, że mnie in­te­re­su­je. Muszę jakoś się do cie­bie zwra­cać, praw­da? Nie je­stem przy­zwy­cza­jo­na do trak­to­wa­nia ludzi po­dług ich pracy i zwra­ca­nia się do nich per cha­rak­te­ry­za­tor­ko, słu­żą­co czy ko­bie­to do po­mo­cy. Je­stem Anna.

An­to­ni­da ski­nę­ła nie­śmia­ło głową, nie od­ry­wa­jąc spoj­rze­nia od swo­ich butów.

– To od czego za­cznie­my? – za­py­ta­ła ba­let­ni­ca, za­cie­ra­jąc ręce.

– Od ma­ki­ja­żu oczy­wi­ście, niech pa­nien­ka usią­dzie.

Anna nie zwró­ci­ła ko­bie­cie uwagi za nie­po­trzeb­ną, ofi­cjal­ną formę zwra­ca­nia się do niej w trze­ciej oso­bie. Do­my­śla­ła się, że są na świe­cie lu­dzie, któ­rym w nie­skoń­czo­ność można po­wta­rzać, żeby roz­ma­wia­li z tobą bez­po­śred­nio, a oni nadal będą się uni­żać i po­wta­rzać to swoje „pro­szę pani, pana, niech pa­nien­ka…".

Usia­dła na krze­śle przed lu­strem. Cha­rak­te­ry­za­tor­ka od razu przy­stą­pi­ła do swo­jej pracy. Spraw­ny­mi ru­cha­mi spię­ła Annie dłu­gie, kru­czo­czar­ne włosy i za­czę­ła robić ma­ki­jaż.

– To chyba było duże za­sko­cze­nie, gdy dy­rek­tor wraz z re­ży­se­rem przy­ję­li pa­nien­kę na głów­ną rolę do Je­zio­ra Ła­bę­dzie­go… – Mimo iż bar­dzo nie­śmia­ła, An­to­ni­da oka­za­ła się osobą roz­mow­ną, która dia­lo­giem lubi uprzy­jem­niać sobie pracę.

– Tak, rze­czy­wi­ście było to dla mnie duże za­sko­cze­nie… – skła­ma­ła Anna. – Nie ukry­wam, że bar­dzo li­czy­łam na to, że ktoś do­strze­że u mnie po­ten­cjał i da mi szan­sę. Jed­nak do ostat­nich chwil, drża­łam z nie­pew­no­ści… Gdy oka­za­ło się, że do­sta­nę tę rolę, zda­wa­ło mi się, że wła­śnie ktoś od­sprze­dał mi bilet do raju.

– Za­sko­cze­ni byli wszy­scy pra­cow­ni­cy te­atru. Oto przy­jeż­dża młoda dziew­czy­na z Pol­ski. Źle ubra­na, tro­chę wy­gło­dzo­na, pro­szę wy­ba­czyć mi śmia­łość, ale po pro­stu ko­lej­na zwy­kła emi­grant­ka. Przy­cho­dzi na ca­sting i wła­ści­cie­le te­atru dają jej szan­sę… Hi­sto­ria jak w ja­kiejś bajce. Nie­wia­ry­god­ne, nie­wia­ry­god­ne…

Anna miała na­dzie­ję, że An­to­ni­da, po­chy­la­ją­ca się nad nią i pod­kre­śla­ją­ca jej oczy ciem­ną kred­ką, nie za­uwa­ży, że ba­let­ni­ca nagle za­czer­wie­ni­ła się po czub­ki uszu. Wszy­scy są­dzi­li, że to nie­zwy­kły ta­lent i po­ten­cjał, dał Polce rolę. Ona jed­nak wie­dzia­ła, że scho­wa­na za mrocz­ną kur­ty­ną ta­jem­ni­cy, ist­nia­ła cena, którą za­pła­ci­ła. Cena, któ­rej wy­so­kość znał tylko dy­rek­tor te­atru, Igor Ni­ki­tow.

– Jak w ogóle jest w Pol­sce? – spy­ta­ła się An­to­ni­da, na­kła­da­jąc na po­licz­ki Anny taką ilość pudru, że ba­let­ni­cy wy­da­wa­ło się, iż cha­rak­te­ry­za­tor­ka osią­gnie od­wrot­ny od za­mie­rzo­ne­go efekt i Polka bę­dzie wy­glą­dać go­rzej niż przed na­ło­że­niem ma­ki­ja­żu. Nic ta­kie­go jed­nak się nie stało. Wpra­wa i do­świad­cze­nie ko­bie­ty spra­wi­ły, że po chwi­li twarz ba­le­ri­ny była jesz­cze pięk­niej­sza niż zwy­kle. Bar­dziej ostra i ude­rza­ją­ca, a za­ra­zem ła­god­na i gład­ka.

– Tak jak wszę­dzie… – od­po­wie­dzia­ła Anna, nie do końca wie­dząc, co po­wie­dzieć.

– Jest ina­czej niż w Rosji?

– Po­dob­nie, choć chyba tam wszyst­ko szyb­ciej idzie na­przód. Poza tym… to samo. Pań­stwo leczy rany po wy­do­sta­niu się z pod wła­dzy ko­mu­ni­stów i tak dalej. – Ba­let­ni­ca urwa­ła, nie chcąc kon­ty­nu­ować mę­czą­ce­go ją te­ma­tu.

– Dla­cze­go pa­nien­ka wy­je­cha­ła?

Anna wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Nie wiem. Od dziec­ka uczy­łam się tańca w szko­le ba­le­to­wej, w Po­zna­niu. Z po­cząt­ku do ba­le­tu za­chę­ca­li mnie ro­dzi­ce, póź­niej prze­ję­łam od nich całą am­bi­cję i za­czę­łam so­lid­nie tre­no­wać. Cały czas jed­nak do­sta­wa­łam ma­ło­zna­czą­ce role. By się wy­pro­mo­wać trze­ba było mieć masę kon­tak­tów i to do­słow­nie wszę­dzie. Wy­je­cha­łam, bo się tam wy­pa­li­łam. Tak, tak wła­śnie było. Wy­pa­li­łam się w Pol­sce. Stra­ci­łam wszel­kie am­bi­cje, ma­rze­nia, po tym jak cią­gle od­su­wa­no mnie od waż­niej­szych wy­da­rzeń ar­ty­stycz­nych. To było nie do znie­sie­nia. Dla­te­go wy­je­cha­łam. Nie z myślą o ba­le­cie tutaj, w Rosji. My­śla­łam nawet nad zmia­ną pro­fe­sji, na ja­ką­kol­wiek inną. Jed­nak, gdy tu do­tar­łam… Tak to się skoń­czy­ło, po pro­stu. Tra­fi­łam na ca­sting i mi się udało.

– Nie­sa­mo­wi­te, do­praw­dy, nie­sa­mo­wi­te – po­wta­rza­ła An­to­ni­da ukła­da­jąc włosy Anny. – Zda­wa­ło mi się, że lu­dzie, gdyby tylko mogli, ucie­ka­li­by z Rosji na za­chód. Może nawet sama bym to zro­bi­ła, gdy­bym była tro­chę młod­sza… A tu pro­szę, pa­nien­ka na wschód wy­emi­gro­wa­ła.

Ba­let­ni­ca przyj­rza­ła się swo­je­mu od­bi­ciu w dro­go­cen­nym lu­strze, po­dzi­wia­jąc ro­bo­tę cha­rak­te­ry­za­tor­ki. Włosy miała spię­te w schlud­ny, pięk­ny kok. Jej zie­lo­ne oczy pod­kre­śla­ła kred­ka tegoż sa­me­go ko­lo­ru. Usta po­ma­lo­wa­ne były jasną, ma­to­wą szmin­ką. Ma­ki­jaż spra­wił, że Anna stała się Odet­tą wy­ję­tą wprost z dzie­więt­na­sto­wiecz­ne­go sce­na­riu­sza Je­zio­ra Ła­bę­dzie­go.

An­to­ni­da kry­tycz­nym okiem spoj­rza­ła na obiekt swo­jej pracy, po­pra­wia­jąc tu i tu nie­sfor­ny ko­smyk wło­sów.

– Po­wiedz­my, że może być. Pięk­nie pa­nien­ka wy­glą­da.

– Dzię­ku­ję.

– Teraz czas się prze­brać. Niech pa­nien­ka za­cze­ka, zaraz wyjmę od­po­wied­ni strój z gar­de­ro­by.

Anna wsta­ła z krze­sła i jesz­cze raz spoj­rza­ła w lu­stro. Uśmiech­nę­ła się pod nosem, gdy za­uwa­ży­ła jak ko­micz­nie wy­glą­da. Mocny i pięk­ny ma­ki­jaż, a do tego rze­czy, które no­si­ła na co dzień. Nie ma co, wszyst­ko pa­so­wa­ło do sie­bie jak zna­lazł.

Po chwi­li An­to­ni­da po­da­ła ba­let­ni­cy cały strój Odet­ty i po­mo­gła jej się ubrać. Anna na­cią­gnę­ła na nogi biały try­kot i wło­ży­ła na stopy no­wiut­kie po­in­ty. Wsko­czy­ła w białą su­kien­kę, a cha­rak­te­ry­za­tor­ka za­wią­za­ła jej ją z tyłu.

Anna była go­to­wa. An­to­ni­da cho­dzi­ła wokół niej i przy­glą­da­ła się każ­de­mu de­ta­lo­wi jej ciała oraz ko­stiu­mu.

– Bar­dzo ład­nie, nie­wąt­pli­wie. Jest pa­nien­ka go­to­wa.

Cha­rak­te­ry­za­tor­ka od­wró­ci­ła się na pię­cie i po­wę­dro­wa­ła ze spusz­czo­nym wzro­kiem do drzwi.

– An­to­ni­do! – Za­trzy­ma­ła ją Anna.

Za­wo­ła­na od­wró­ci­ła się, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od swo­ich sta­rych butów.

– An­to­ni­do, spójrz na mnie pro­szę. – Ko­bie­ta pod­nio­sła spoj­rze­nie. Ba­let­ni­cy strasz­nie cięż­ko było okre­ślić, co czai się w tych smut­nych, wle­pio­nych w niej oczach. Zo­bo­jęt­nie­nie, smu­tek, brak na­dziei? Chyba to wszyst­ko naraz.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dzia­ła szcze­rze Anna, nie­śmia­ło się uśmie­cha­jąc.

Cha­rak­te­ry­za­tor­ka nic nie od­po­wie­dzia­ła. Znów spu­ści­ła wzrok i opu­ści­ła pry­wat­ną gar­de­ro­bę przy­szłej gwiaz­dy.

***

Jak za­wsze, tuż przed przed­sta­wie­niem, na małej sali prób pa­no­wał nie­mi­ło­sier­ny tłok. Na sta­rym, pod­nisz­czo­nym par­kie­cie roz­grze­wa­ły się in­dy­wi­du­al­nie wszyst­kie tan­cer­ki i tan­ce­rze. Cho­re­ograf bie­gał w tę i tamtą stro­nę, krzy­cząc i wy­ma­chu­jąc rę­ko­ma. Anna, mimo iż pra­co­wa­ła w te­atrze już od dwóch ty­go­dni, nadal nie mogła przy­zwy­cza­ić się do jego wi­do­ku. Wy­glą­dał jak nie z tego świa­ta. Tak, jak jego wiecz­nie roz­czo­chra­ne włosy oraz roz­bie­ga­ny wzrok mogły go przy­bli­żyć do wy­glą­du ste­reo­ty­po­we­go ar­ty­sty, to już jego zgar­bio­na po­sta­wa i brak trzech pal­ców u lewej dłoni, nadal ma­gne­tycz­nie przy­cią­gał wzrok nie tylko ba­let­ni­cy z Pol­ski, ale rów­nież więk­szo­ści pra­cow­ni­ków te­atru.

Anna roz­cią­ga­ła wła­śnie pa­chwi­ny, ro­biąc kar­ko­łom­nie wy­glą­da­ją­cy szpa­gat, gdy pod­szedł do niej eks­cen­trycz­ny cho­re­ograf. Przez chwi­lę stał nad nią i prze­glą­dał plik ja­kichś kar­tek, za­pew­ne ze sce­na­riu­szem, po czym od­wró­cił się i od­szedł od Polki na kilka kro­ków, by po­now­nie zro­bić szyb­ki obrót na pię­cie i do niej po­dejść.

– Anno. – Jego ton był su­ro­wy i ostry, ni­czym bar­dzo wy­ma­ga­ją­ce­go pra­co­daw­cy.

– Tak, pro­szę pana? – Ba­let­ni­ca usia­dła i złą­czy­ła wy­pro­sto­wa­ne nogi, po czym się­gnę­ła dłoń­mi pal­ców u stóp i po­now­nie za­czę­ła się roz­cią­gać.

– Mam na­dzie­ję, że je­steś go­to­wa? Da­li­śmy ci ży­cio­wą szan­sę i nawet nie cho­dzi o to, że nie mo­żesz jej zmar­no­wać, czyli za­prze­pa­ścić swo­jej lep­szej przy­szło­ści, ale… nie mo­żesz za­wieść nas wszyst­kich, któ­rzy pra­co­wa­li razem na ten suk­ces.

– Wszyst­ko bę­dzie do­brze, pro­szę pana – za­pew­nia­ła re­ży­se­ra Anna.

– No nie wiem, nie wiem – mru­czał pod nosem ar­ty­sta, od­cho­dząc i kie­ru­jąc swe kroki w stro­nę męż­czy­zny, który roz­cią­ga­jąc się, scho­wał głowę po­mię­dzy ko­la­na­mi.

Anna uśmiech­nę­ła się pod nosem. Mimo swego su­ro­we­go tonu, po­brzmie­wa­ją­ce­go w nie­mal każ­dej wy­po­wie­dzi, cho­re­ograf spo­so­bem bycia przy­po­mi­nał jej do­bre­go, sym­pa­tycz­ne­go dziad­ka.

Czas pły­nął jej strasz­nie wolno w ocze­ki­wa­niu na pierw­szy po­waż­ny de­biut. Annie wy­da­wa­ło się, że już po raz setny po­wta­rza wszyst­kie ćwi­cze­nia roz­cią­ga­ją­ce, fi­gu­ry, skoki. Nie opusz­cza­ło jej też wra­że­nie, że roz­grze­wa­ła się już od ponad roku i bę­dzie to trwać w nie­skoń­czo­ność. W jej gło­wie cały czas po­ja­wia­ły się ob­ra­zy wy­peł­nio­nej po brze­gi sali, głosy jej wszyst­kich na­uczy­cie­li, wy­li­cza­ją­cych, co ma po­pra­wić, co zro­bi­ła źle. Nad­cho­dzi­ła jej chwi­la. Chwi­la, za którą za­pła­ci­ła drogą cenę. Chwi­la, na którą cze­ka­ła całe życie.

Nie mogła za­prze­pa­ścić tej szan­sy.

Anna w ra­mach roz­grzew­ki wy­ko­ny­wa­ła głę­bo­kie skło­ny, gdy do sali we­szła Die­ni­si­ja. Sma­gła i wy­so­ka, zbu­do­wa­na do­sko­na­le. Jej blada skóra okry­wa­ła dłu­gie, silne mię­śnie. Włosy miała spię­te w kok, po­dob­nie jak inne ba­let­ni­ce. Nie za­czę­ła się roz­grze­wać, by być go­to­wą na wy­stęp. Po­de­szła za to do Polki wraz ze swo­imi trze­ma przy­ja­ciół­ka­mi.

– Oho! Kogo my tu mamy? Prima ba­le­ri­na pro­sto z za­cho­du. – W gło­sie Die­ni­si­ji po­brzmie­wa­ły nie­chęć, sar­kazm i po­li­to­wa­nie. Za­czę­ła krą­żyć wokół Anny, którą da­rzy­ła praw­dzi­wą i szcze­rą nie­na­wi­ścią. – Uwa­żaj tylko, by w cza­sie wy­stę­pu nie po­ła­mać sobie tych pięk­nych nóżek. Durna polka.

– Pro­szę cię, odejdź – po­wie­dzia­ła szy­ka­no­wa­na, wzrok wbi­ja­jąc w zie­mię.

– Ha! Odejść? To ty nie ode­szłaś, kiedy po­win­naś. Co się tak pa­trzysz? Do­brze wiesz jaka jest praw­da. To ja po­win­nam grać Odet­tę.

Przy­ja­ciół­ki Die­ni­si­ji wes­tchnę­ły gło­śno. Osoby sto­ją­ce naj­bli­żej wstrzy­ma­ły od­dech.

– Taa… – kon­ty­nu­owa­ła ro­syj­ska ba­let­ni­ca – Wszy­scy do­brze wiemy, że to nie nie­zwy­kły ta­lent, czy umie­jęt­no­ści za­pew­ni­ły ci tę rolę. Nie do­świad­cze­nie, ani zna­jo­mo­ści. Tej roli nie za­pew­ni­ły ci nawet pie­nią­dze. – Die­ni­sja sta­nę­ła na­prze­ciw Anny. Po­chy­li­ła się nad nią zło­wro­go i nie ce­dząc już słów, lecz sy­cząc, dalej wy­do­by­wa­ła nie­chlub­ną praw­dę na świa­tło dzien­ne. – Przy­znaj się. Po­wiedz, na co mu­sia­łaś się zgo­dzić, by za­grać Odet­tę. Nie je­steś ba­let­ni­cą. Je­steś zwy­kłą dziw­ką!

Uszy Anny zmie­ni­ły kolor na krwi­sto­czer­wo­ny. Bu­zo­wa­ła w niej nie­po­wstrzy­ma­na wście­kłość tem­pe­ro­wa­na przez strasz­ne za­że­no­wa­nie.

– Dziw­ka! – Die­ni­sja pod­nio­sła głos i szturch­nę­ła Polkę, która za­to­czy­ła się i o mały włos nie upa­dła. – Zo­bacz­cie jak tań­czy! – Ro­sjan­ka po­now­nie pchnę­ła swoją ofia­rę, która tym razem wy­lą­do­wa­ła na ziemi.

– Nie­na­wi­dzę cię! Nie­na­wi­dzę! – za­czę­ła krzy­czeć Anna, czu­jąc spły­wa­ją­ce po jej po­licz­kach łzy. Wokół za­czę­ło zbie­rać się to­wa­rzy­stwo, chcą­ce zo­ba­czyć, co się dzie­je. Cisza stała się na­ma­cal­na. – Sły­szysz! Nie­na­wi­dzę! Idź do dia­bła! Wynoś się z mo­je­go życia! Wszy­scy się wy­no­ście!

Anna czuła, że dłu­żej tego nie wy­trzy­ma. Te wszyst­kie wbite w nią pary oczy, po­gar­dli­we uśmie­chy, szep­ty. Durna polka. Dziw­ka.

– Wy­no­ście się! – wrza­snę­ła jesz­cze raz.

Łzy ciur­kiem po­pły­nę­ły jej z oczu. Skry­ła twarz w dło­niach i łkała jak bez­rad­ne dziec­ko, które zgu­bi­ło gdzieś swo­ich ro­dzi­ców.

Albo zo­sta­wi­ło ich na za­cho­dzie. Gdzieś w Pol­sce.

Anna nie miała sił pod­nieść głowy. Nie miała w sobie tyle mocy, by wstać i spoj­rzeć w oczy wszyst­kim tym lu­dziom. Była zbyt słaba.

Poza tym, skąd Die­ni­sja się do­wie­dzia­ła? Od kogo po­zna­ła tę nie­chlub­ną praw­dę? Prze­cież dy­rek­tor chyba by się nie zdra­dził… Mogła się do­my­ślić? Być może. Albo po pro­stu ga­da­ła, co jej ślina na język przy­nie­sie, a żeby ją ob­ra­zić i ośmie­szyć przy­rów­na­ła ją do pusz­czal­skiej ulicz­ni­cy.

Wśród ciszy, która owład­nę­ła salą tre­nin­go­wą, ozwa­ło się głu­che stu­ka­nie ob­ca­sów. Ktoś szedł w stro­nę ba­let­ni­cy.

– Anno. – Po­czu­ła na swoim barku cie­pło mę­skiej dłoni. Unio­sła wzrok.

Wokół nie było ni­ko­go. Wszy­scy zni­kli. Na sali po­zo­sta­ła tylko ona i cho­re­ograf, który przy niej ukuc­nął.

Polkę za­tka­ło. Otar­ła łzy, sta­ra­jąc nie ze­psuć sobie ma­ki­ja­żu.

– Anno…

– Gdzie się wszy­scy po­dzia­li? – prze­rwa­ła gwał­tow­nie swo­je­mu prze­ło­żo­ne­mu. – Gdzie są wszy­scy tan­ce­rze, ak­to­rzy, tre­ne­rzy? Gdzie po­szli?

– Anno. – Re­ży­ser pró­bo­wał przy­gła­dzić nie­sfor­ny koł­tun wło­sów. – Liczę na cie­bie, nie za­wiedź mnie. To pierw­sze takie przed­się­wzię­cie w hi­sto­rii na­sze­go te­atru. Jedna tan­cer­ka na sce­nie. Wszyst­kie oczy zwró­co­ne tylko na nią… Kli­ma­tycz­na mu­zy­ka i lek­tor opo­wia­da­ją­cy całą hi­sto­rię… Zresz­tą, po co ja ci to mówię, prze­cież znasz sce­na­riusz. Wszyst­ko opie­ra się w głów­nej mie­rze na two­jej umie­jęt­no­ści im­pro­wi­za­cji… Bę­dziesz gwiaz­dą – skwi­to­wał.

Polka wsta­ła i po­now­nie zlu­stro­wa­ła wzro­kiem całą salę. Nie było na niej ni­ko­go. Pust­ka. W lu­strach wi­dzia­ła swoją syl­wet­kę i mocno uma­lo­wa­ną twarz oraz sto­ją­ce­go obok niej re­ży­se­ra. Żad­nych ro­syj­skich ba­let­nic, tan­ce­rzy, sta­ty­stów, cha­rak­te­ry­za­to­rów. Zni­kła Die­ni­sja.

Ży­cze­nie Anny się speł­ni­ło.

– Gdzie są wszy­scy, pro­szę pana?

– Anno, Anno, wiem, że cięż­ko w to uwie­rzyć, ale dzi­siej­sze­go wie­czo­ru wy­stą­pisz sama. To dość no­wo­cze­sna sztu­ka, już ci mó­wi­łem. – Cho­re­ograf wy­da­wał się szcze­rze zdzi­wio­ny za­cho­wa­niem ba­let­ni­cy. – Za chwi­lę ostat­ni raz wszyst­ko prze­ćwi­czy­my.

Wciąż zszo­ko­wa­na Polka, wzię­ła ma­chi­nal­nie sce­na­riusz z rąk męż­czy­zny i za­czę­ła go prze­glą­dać. Prze­wer­to­wa­ła kilka stron, sta­ra­jąc się za­pa­mię­tać cały ciąg ukła­du ta­necz­ne­go. Znała wszyst­kie pod­sta­wo­we ba­le­to­we kroki, skoki, pozy. W sztu­ce, w któ­rej zaraz miała wy­stą­pić, wy­stę­po­wa­ły one w ko­lej­no­ści, z jaką się wcze­śniej nie spo­tka­ła.

Sce­na­riusz nie miał nic wspól­ne­go z Je­zio­rem Ła­bę­dzim.

– Nie, to jest jakiś żart, okrut­ny żart – mruk­nę­ła do sie­bie.

Wie­dzia­ła, że nie zdoła się tego na­uczyć w ciągu pół go­dzi­ny, jakie jej pew­nie zo­sta­ło. Nie miała naj­mniej­szych szans. Zresz­tą… Jak w ogóle może my­śleć o tym, że nie zdąży przy­go­to­wać się do wy­stę­pu, jak przed chwi­lą obok niej, na jej ży­cze­nie, wy­pa­ro­wa­ło kil­ku­dzie­się­ciu ludzi! Znik­nę­ło. Ulot­ni­ło się. Prze­pa­dło. Zde­ma­te­ria­li­zo­wa­ło się.

Poza tym sam wy­stęp. Jego idea też zni­kła, a za­stą­pi­ła ją jakaś nowa, awan­gar­do­wa, z którą wcze­śniej się nie spo­tka­ła. Wszyst­ko, co było, zni­kło, a rze­czy­wi­stość ugię­ła się i upla­stycz­ni­ła pod dyk­tan­do Polki.

Anna chwy­ci­ła się za głowę.

– To się nie dzie­je…

Po­de­szła do wiel­kie­go, czy­ściut­kie­go lu­stra. Przyj­rza­ła się swo­je­mu ob­li­czu. Kątem oka spraw­dzi­ła, czy re­ży­ser stoi w bez­piecz­nej od­le­gło­ści od niej. Prze­glą­dał sce­na­riusz, prze­by­wa­jąc we wła­snym świe­cie. Nie miał szans do­strzec dziw­ne­go za­cho­wa­nia Anny.

– Dobra. – Ba­let­ni­ca spoj­rza­ła w swoje orze­cho­we oczy. – Za­łóż­my, że ci lu­dzie zni­kli, bo ty tak chcia­łaś. Co to może ozna­czać? Masz moc? Umiesz cza­ro­wać? – Wes­tchnę­ła i przy­gła­dzi­ła de­li­kat­nie włosy w jed­nym miej­scu. – Ko­bie­to, może jak znów o coś po­pro­sisz, to… to się speł­ni?

Anna od­wró­ci­ła się od lu­stra i spoj­rza­ła na trzy­ma­ny w jed­nej ręce plik kar­tek. Już wie­dzia­ła czego chce.

– Jeśli rze­czy­wi­ście mogę cza­ro­wać, to chcę, żeby ten sce­na­riusz od razu zna­lazł się w mojej gło­wie. Chcę umieć go i znać na pa­mięć.

Za­mknę­ła oczy, cze­ka­jąc na… sama nie wie­dzia­ła na co. Bicie nie­biań­skich dzwo­nów? Bły­ska­wi­ce i grzmo­ty? Ośle­pia­ją­cą ja­sność? Nic z tych rze­czy nie to­wa­rzy­szy­ło znik­nię­ciu ar­ty­stów.

I tym razem nie wy­da­rzy­ło się nic szcze­gól­ne­go.

Anna wes­tchnę­ła bez­rad­nie. Skąd niby miała wie­dzieć, że sce­na­riusz już za­cu­mo­wał w jej gło­wie? Ist­niał chyba tylko jeden spo­sób, by się do­wie­dzieć. Ba­let­ni­ca po­de­szła do bu­ja­ją­ce­go w ob­ło­kach re­ży­se­ra i chrząk­nę­ła zna­czą­co.

– Tak? – Męż­czy­zna zo­gni­sko­wał roz­bie­ga­ne spoj­rze­nie na twa­rzy Anny. Zanim ta zdą­ży­ła coś po­wie­dzieć, po­le­cił jej tonem, nie zno­szą­cym sprze­ci­wu: – Za­tańcz jesz­cze raz cały pierw­szy akt, a póź­niej… po pro­stu tro­chę od­sap­nij przed wy­stę­pem. – Re­ży­ser kla­snął w dło­nie za­chę­ca­ją­co. – No dalej! Dalej! Akt pierw­szy!

Akt pierw­szy.

Na te słowa coś w gło­wie Anny się oży­wi­ło. Ja­kieś try­bi­ki wsko­czy­ły na wła­ści­we im miej­sce, otwie­ra­jąc do­stęp do za­pi­sa­ne­go w pa­mię­ci sce­na­riu­sza.

Od bal­lotté za­czę­ła swój ta­niec. Wszyst­ko ro­bi­ła au­to­ma­tycz­nie. Jak robot. Zanim zdą­ży­ła po­my­śleć jaki skok, jaka fi­gu­ra po­win­ny teraz na­stą­pić, już je wy­ko­ny­wa­ła. Była szyb­sza od wła­snych myśli, więc sta­ra­ła się prze­stać my­śleć. Po­dob­nie jak eks­cen­trycz­ny cho­re­ograf, na mo­ment wstą­pi­ła do wła­sne­go świa­ta, gdzie li­czy­ło się tchnie­nie chwi­li, wy­peł­nio­nej bra­kiem kon­cen­tra­cji i za­nu­rze­niem w od­mę­tach wła­snej pod­świa­do­mo­ści.

Tylko jedna, je­dy­na myśl prze­szła Annie przez głowę.

Ko­lej­ne jej ży­cze­nie się speł­ni­ło.

***

Czer­wo­na, to­ną­ca w mroku, wiel­ka ko­ta­ra po raz pierw­szy w życiu wy­da­ła jej się tak przy­tła­cza­ją­ca.

Anna była sama. To pew­nie dla­te­go to uczu­cie jej nie opusz­cza­ło. Zda­wa­ło jej się, że jakiś ogrom­ny cię­żar spo­czął na jej bar­kach, a ona jest zbyt słaba, by go udźwi­gnąć. „Zaraz upad­niesz. Chwi­la, mo­ment i ze­mdle­jesz." – pod­szep­ty­wa­ły wy­ima­gi­no­wa­ne głosy w jej gło­wie.

Zza szkar­łat­nej po­ła­ci płó­cien­nej ścia­ny do­cho­dzi­ły głosy. Roz­mo­wy i śmie­chy ze­bra­nych na sali ludzi. Wszy­scy oni cze­ka­li na jedno. Na so­lo­wy wy­stęp Anny.

Polka czuła się za­gu­bio­na. Jesz­cze pół go­dzi­ny temu miała tań­czyć Je­zio­ro Ła­bę­dzie, a teraz stała przed ko­ta­rą ze świa­do­mo­ścią, że zaraz weź­mie udział w ja­kimś sza­lo­nym, awan­gar­do­wo-kla­sycz­nym przed­sta­wie­niu, któ­re­go tre­ści nawet nie znała. Chyba nie znała.

Wszyst­ko stało się tak szyb­ko. Ostat­nie prze­ży­te przez Annę chwi­le były jakby wy­ję­te ze snu. Albo z kosz­ma­ru. Sama nie wie­dzia­ła, co o tym my­śleć.

Już od pierw­sze­go spo­tka­nia z Die­ni­sją oplo­tła się z nią nicią wza­jem­nej nie­na­wi­ści. Jed­nak­że nigdy szcze­rze nie my­śla­ła o tym, by wy­rzą­dzić jej ja­ką­kol­wiek krzyw­dę.

Na pewno tego nie chcia­ła? To już nie pa­mię­ta, co wy­krzy­cza­ła na sali tre­nin­go­wej go­dzi­nę temu?

Prze­cież to na jej ży­cze­nie Ro­sjan­ka i ak­to­rzy znik­nę­li. Kto wie, czy nie na za­wsze. Może nawet umar­li?

Czy­sty i dźwięcz­ny od­głos gongu wy­rwał Annę z za­my­śleń. Ode­tchnę­ła głę­bo­ko. Tra­dy­cyj­ne zde­ner­wo­wa­nie i trema nie miały za­mia­ru jej opusz­czać. Ba­let­ni­ca się nimi nie przej­mo­wa­ła. Do­sko­na­le wie­dzia­ła, że wraz z od­sło­nię­ciem kotar upo­rczy­we drże­nie nóg minie, a ona ze spo­ko­jem w duszy za­cznie swoje so­lo­we przed­sta­wie­nie.

Stłu­mio­ne głosy pu­blicz­no­ści po­wo­li mil­kły. Ode­zwa­ła się or­kie­stra. Za­dud­ni­ły kotły, a wraz z nimi po­czę­ła pod­no­sić się ko­ta­ra.

Anna sprę­ży­ła się. Ze­bra­ła myśli i sku­pi­ła je na jed­nej, je­dy­nej rze­czy. Na tańcu. Wy­pro­sto­wa­na jak stru­na, z dłoń­mi unie­sio­ny­mi wy­so­ko ku górze, z prawą nogą wy­su­nię­tą nieco przed lewą, z głową opusz­czo­ną, z ocza­mi wbi­ty­mi w po­in­ty, stała i cze­ka­ła, czu­jąc jak po­wo­li ogar­nia ją dreszcz nie­sa­mo­wi­te­go pod­nie­ce­nia. Wtem mu­zy­cy, na znak dy­ry­gen­ta, za­gra­li gło­śniej i szyb­ciej. Polka za­czę­ła tań­czyć.

Bal­lotté. Jeden, drugi, trze­ci. Za­wi­ro­wa­ła. Sko­czy­ła. Znów za­wi­ro­wa­ła. Bal­lotté po­now­nie. Akt pierw­szy, drugi, trze­ci. Wle­pio­ne w nią spoj­rze­nia pu­blicz­no­ści, ubra­nej bo­ga­to, za­słu­cha­nej ła­ska­wie, za bi­no­kla­mi scho­wa­nej, zza wa­chla­rzy mru­ga­ją­cej. Tań­czy. Wśród dud­nie­nia bęb­nów, dzwo­nie­nia trój­ką­tów, trą­bie­nia trą­bek, ło­sko­ta­nia wer­bli. W świe­tle re­flek­to­rów. W bla­sku ła­ko­mych spoj­rzeń. Jej stopy, uzbro­jo­ne w białe po­in­ty, wy­stu­ku­ją rytm no­wo­cze­sne­go przed­sta­wie­nia na sta­rym, wy­tar­tym par­kie­cie.

Było po­dob­nie, jak na pró­bie ze sce­na­rzy­stą. Prze­sta­ła my­śleć. Dla Anny czas się za­trzy­mał. Miała wra­że­nie, że mimo wszyst­kich figur, jakie wy­ko­nu­je, sko­ków, któ­rych się po­dej­mu­je, to ona stoi w miej­scu, a ru­sza­ją się, oglą­da­ją­cy ją, lu­dzie.

Wy­stęp Polki do­bie­gał końca. Or­kie­stra grała coraz wol­niej, uci­chły nie­któ­re in­stru­men­ty. Anna dro­biąc krocz­ki i z gra­cją roz­glą­da­jąc się na boki spusz­czo­ną głową, wy­co­fy­wa­ła się za opa­da­ją­cą ko­ta­rę. W końcu szkar­łat­ne płót­no cał­ko­wi­cie ją za­sło­ni­ło.

Usły­sza­ła okla­ski. Jak grom z nieba, wy­peł­ni­ły całą salę. Ta burza braw Annie ude­rzy­ła do głowy. Obez­wład­ni­ła ją i upa­ja­ła, ni­czym naj­lep­szej ja­ko­ści nar­ko­ty­ki.

Gdy ko­ta­ra znów się unio­sła, ba­let­ni­ca po­now­nie po­ja­wi­ła się na sce­nie i miała wra­że­nie, że tonie. Tonie wśród aplau­zu pu­blicz­no­ści, sztor­mu klasz­czą­cych dłoni, wi­chru przy­ja­znych gwiz­dów. Fala splen­do­ru i sławy nie spa­dła na nią i po­zo­sta­łych ak­to­rów. Lecz tylko na nią. Nie mu­sia­ła dzie­lić się tą ra­do­ścią z in­ny­mi tan­cer­ka­mi, z męż­czy­zną od­gry­wa­ją­cym księ­cia Zyg­fry­da, z Die­ni­sją. Na sce­nie kła­nia­ła się pu­blicz­no­ści zu­peł­nie sama.

Była szczę­śli­wa.

***

Ledwo kur­ty­na zdą­ży­ła opaść, ledwo okla­ski uci­chły, ledwo od­sap­nę­ła, a roz­ra­do­wa­ny cho­re­ograf już rzu­cił się Annie na szyję. Ca­ło­wał ją po po­licz­ku z czcią prze­peł­nio­ną gwał­tow­no­ścią.

– Byłaś wspa­nia­ła, wspa­nia­ła! Dzię­ku­ję ci! Bę­dziesz sław­na, za­pew­niam cię, bę­dziesz kie­dyś sław­na…

Ba­let­ni­ca dzię­ko­wa­ła mu, ma­sku­jąc nad­mier­ną dumę z samej sie­bie skrom­ny­mi pół­słów­ka­mi i nie­śmia­łym uśmie­chem.

– A co by pan po­pra­wił?

– Och, nie roz­ma­wiaj­my o tym teraz. Uwagi zo­staw­my na póź­niej. Teraz ciesz­my się z suk­ce­su!

***

Póź­niej wszyst­ko po­to­czy­ło się nie­zwy­kle szyb­ko. Wy­koń­czo­na i spo­co­na zrzu­ci­ła z sie­bie biały ko­stium, czu­jąc nie­ja­ką ulgę, że znów bę­dzie zwy­kłą Anną, a nie fik­cyj­ną po­sta­cią, którą od­gry­wa­ła. Wsko­czy­ła pod prysz­nic prze­zna­czo­ny dla ak­to­rów. Z ra­do­ścią przy­ję­ła na swój zgrza­ny kark stru­mień lo­do­wa­tej wody. Po­czu­ła nie­zmier­ną ulgę. Wresz­cie było już po wszyst­kim. Po pre­mie­rze spek­ta­klu i jej pierw­szym, po­waż­nym wy­stę­pie.

Kilka chwil póź­niej, ubra­na w cie­pły płaszcz, ko­zacz­ki i owi­nię­ta gru­bym, przy­jem­nym w do­ty­ku sza­lem, wy­szła tyl­nim wyj­ściem z te­atru. Za­mknę­ła za sobą drzwi i omal nie wpa­dła na ludzi, cze­ka­ją­cych na dwo­rze. Usły­sza­ła huk. Od­ru­cho­wo pod­sko­czy­ła w miej­scu prze­stra­szo­na, mimo iż od razu zo­rien­to­wa­ła się, że to wy­strze­lił korek od szam­pa­na. Z bu­tel­ki, trzy­ma­nej przez dy­rek­to­ra te­atru, wy­pły­nę­ła ba­jecz­na piana. Ze­bra­ne to­wa­rzy­stwo za­kla­ska­ło na cześć Anny.

Za­sko­czo­na Polka, nie wie­dzia­ła, co po­wie­dzieć. Wy­rę­czył ją Igor Ni­ki­tow.

– Jako dy­rek­tor, chciał­bym ci ser­decz­nie po­dzię­ko­wać, droga Anno, za to, że zde­cy­do­wa­łaś się wy­brać wła­śnie nasz teatr, jako… hmm… – Męż­czy­zna skie­ro­wał wzrok ku za­chmu­rzo­ne­mu niebu, szu­ka­jąc w my­ślach od­po­wied­nie­go słowa. – Jako przed­sio­nek swo­jej przy­szłej, nie­wąt­pli­wie wiel­kiej, ka­rie­ry.

W Annie za­go­to­wa­ło się na myśl o cenie, jaką za­pła­ci­ła, by móc roz­krę­cić swoją ka­rie­rę. Przez chwi­lę miała ocho­tę wy­rwać Igo­ro­wi bu­tel­kę szam­pa­na z ręki i za­cząć tłuc go nią po tej łysej pale, okry­tej tan­det­nym, tanim tu­pe­tem.

Opa­no­wa­ła się. Zdo­by­ła nawet na uśmiech. Jakże fał­szy­wy gry­mas twa­rzy, który bę­dzie nosić do końca życia.

– Dzię­ku­je wam wszyst­kim. Na­praw­dę dzię­ku­ję. – Ukło­ni­ła się nie­znacz­nie, sta­ra­jąc się wy­glą­dać na­tu­ral­nie.

Roz­la­no szam­pa­na do przy­go­to­wa­nych kie­lisz­ków. Wśród ze­bra­nych ludzi Anna znała tylko dy­rek­to­ra te­atru oraz cho­re­ogra­fa. Resz­ta to­wa­rzy­stwo mie­ni­ła się jej przy­stoj­ny­mi szczę­ka­mi (pew­nie ak­to­rów), pięk­nie uma­lo­wa­ny­mi ocza­mi (pew­nie ak­to­rek), tkwią­cy­mi w ustach pa­pie­ro­sa­mi oraz na­by­ty­mi w naj­droż­szych skle­pach Mo­skwy bu­ta­mi, płasz­cza­mi i ka­pe­lu­sza­mi.

Polka prze­chy­li­ła na­czy­nie i wy­pi­ła do dna. „Co za po­mysł, żeby pić na takim mro­zie?" – za­czę­ła się za­sta­na­wiać, gdy na myśl przy­szła jej nie­zwy­kle ste­reo­ty­po­wa od­po­wiedź – „no tak, je­stem w Rosji".

– To jakie masz plany na przy­szłość Anno? – za­cze­pił ją jeden z ak­to­rów, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko, jakby bez­czel­nie.

– Nie pla­nu­ję na razie nic poza przy­go­to­wa­niem się do na­stęp­ne­go spek­ta­klu – tra­dy­cyj­na, skrom­na od­po­wiedź na tra­dy­cyj­ne, czy­sto grzecz­no­ścio­we py­ta­nie.

– Moja Anna!… Za­wsze taka skrom­na! I jakże uta­len­to­wa­na! – Dy­rek­tor te­atru pod­kre­ślił swoją wy­po­wiedź pal­cem wska­zu­ją­cym, wy­ko­nu­jąc gest, jakby komuś wy­gra­żał.

Moja Anna. Co ten czło­wiek sobie myśli?

Polka miała ocho­tę bez­czel­nie od­pa­ro­wać Igo­ro­wi Ni­ki­to­wi. Roz­sma­ro­wać na jego tłu­stej mord­ce szy­der­czą ri­po­stę. Na szczę­ście udało się jej po­wstrzy­mać. Znów przy­bra­ła swój grzecz­niut­ki uśmiech dziew­czy­ny z ubo­giej ro­dzi­ny i za­mil­kła.

– Igor ma rację, masz wiel­ki po­ten­cjał i ta­lent. – Mile po­łech­tał Annę wy­so­ki aktor o pięk­nej, bla­dej cerze i ta­jem­ni­czym uśmie­chu. – Może chcia­ła­byś, kie­dyś prze­ćwi­czyć ze mną ja­kieś ukła­dy, albo po­pra­wić mi­mi­kę twa­rzy… Wiesz mo­że­my się umó­wić…

– Pie­przo­ny ero­to­man! – prze­rwa­ła mu gwał­tow­nie ko­bie­ta w czer­wo­nym płasz­czu, do­da­jąc do po­ni­ża­ją­ce­go przy­ty­ku so­lid­ny cios otwar­tą dło­nią w jego czer­wo­ny od mrozu po­li­czek. Całe to­wa­rzy­stwo wy­bu­chło śmie­chem. Je­dy­nie dy­rek­tor za­sę­pił się, jakby nagle wpę­dzo­ny w zły humor.

– Dobra, ko­niec tego. Robi się już zimno. Pora iść do domów!

– Tak, masz rację. Zaraz za­mar­z­nę – przy­tak­nął Igo­ro­wi jeden z ak­to­rów, trzę­są­cy się jak ga­la­ret­ka.

– Daj­cie mi kie­lisz­ki, za­nio­sę je do środ­ka – za­ofe­ro­wał się dy­rek­tor te­atru, a gdy zo­ba­czył, że sam nie da rady wziąć ca­łe­go ze­sta­wu, zwró­cił się do Anny. – Po­mo­żesz mi?

Polka bez słowa pro­te­stu ze­bra­ła resz­tę kie­lisz­ków. Wszy­scy po­że­gna­li się, wy­mie­nia­jąc przy­ja­ciel­skie uści­ski dłoni i po­ca­łun­ki w chłod­ne po­licz­ki.

– Ach, wła­śnie. Anno – na od­chod­nym zwró­ci­ła się do niej jedna z ak­to­rek. – Or­ga­ni­zu­ję jutro im­pre­zę u mnie w domu. Mam na­dzie­ję, że się zja­wisz.

– Oczy­wi­ście, że przyj­dę. Miło mi, że mnie za­pro­si­łaś.

– Nie ma za co. Do­bra­noc.

– Do­bra­noc.

W końcu to­wa­rzy­stwo ro­ze­szło się, po­zo­sta­wia­jąc Annę i Igora sa­mych wśród prze­ni­kli­we­go ro­syj­skie­go mrozu.

– Chodź, za­nie­sie­my te kie­lisz­ki do mo­je­go ga­bi­ne­tu. – Na dźwięk jego głosu ba­let­ni­cy zje­ży­ły się włosy na karku. Do­pie­ro teraz zdała sobie spra­wę z po­wa­gi całej sy­tu­acji.

Dy­rek­tor otwo­rzył drzwi od te­atru i wszedł do środ­ka. Anna wkro­czy­ła za nim.

– Wiesz, co ci po­wiem? Pew­nie sły­sza­łaś to w ciągu ostat­nich kil­ku­na­stu minut już ze sto razy, ale twój wy­stęp był na­praw­dę re­we­la­cyj­ny. Po­do­bał mi się. Uwierz mi, wi­dzia­łem wiele przed­sta­wień, ale to… Oczy­wi­ście sce­na­riusz… Jego autor prze­szedł sa­me­go sie­bie, trud­no się nie zgo­dzić. Jed­nak nie za­po­mi­naj­my o wy­ko­na­niu! Na­praw­dę, cały czas tkwią mi w pa­mię­ci te wszyst­kie twoje ruchy, gra­cja z jaką to wszyst­ko ro­bi­łaś… Jak temu się od­da­łaś. Po pro­stu nie­sa­mo­wi­te – Igor pa­plał bez prze­rwy, gdy szli skry­ty­mi w pół­mro­ku ko­ry­ta­rza­mi. Anna do­sko­na­le wie­dzia­ła do czego to wszyst­ko zmie­rza. Dla­te­go wszyst­kie te kom­ple­men­ty nagle wy­da­ły się jej pu­sty­mi far­ma­zo­na­mi.

– Dz… Dzię­ku­uję – po­wie­dzia­ła tylko, nie mogąc opa­no­wać drżą­ce­go głosu.

– Och, nie ma za co dzię­ko­wać. A wła­ści­wie jest za co. Ale to ja muszę dzię­ko­wać. Dzię­ko­wać tobie za to, co wnio­słaś do tego te­atru.

Anna nie mogła już tego słu­chać.

– To nie­sa­mo­wi­te! Taki ta­lent, taki ta­lent.

Igor Ni­ki­tow uśmie­chał się pod nosem. Polka nie mogła tego do­strzec, bo szła za nim, oglą­da­jąc jego sze­ro­kie, niedź­wie­dzie plecy, ale ocza­mi duszy wi­dzia­ła to. Uśmiech dy­rek­to­ra był wy­jąt­ko­wo bez­czel­ny i lu­bież­ny.

– Och, oto i je­ste­śmy! – oznaj­mił z uda­wa­ną ra­do­ścią w gło­sie, ma­ją­cą ukryć szcze­re pod­nie­ce­nie.

Sta­nął przed drzwia­mi do swo­je­go ga­bi­ne­tu, by je otwo­rzyć. Za­pro­sił Polkę ge­stem do środ­ka. Anna prze­stą­pi­ła próg po­miesz­cze­nia. Wy­da­wa­ło jej się, że ko­la­na zaraz się pod nią ugną. Igor wszedł za nią i prze­krę­cił klu­czyk w zamku.

Ba­let­ni­ca gło­śno prze­łknę­ła ślinę.

– Gdzie odło­żyć te kie­lisz­ki? – za­py­ta­ła, wy­ko­rzy­stu­jąc swoje wszyst­kie umie­jęt­no­ści ak­tor­skie, by za­brzmia­ło to nie­fra­so­bli­wie.

Roz­le­gło się pstryk­nię­cie prze­łącz­ni­ka. Ża­rów­ka, okry­ta nędz­nym, sta­rym klo­szem za­świe­ci­ła sła­bym bla­skiem, wy­do­by­wa­jąc ga­bi­net z mroku.

– O! I mamy świa­tło! Kie­lisz­ki? Scho­waj je do barku – po­le­cił dy­rek­tor.

Anna po­de­szła do drew­nia­ne­go mebla i otwo­rzy­ła jego prze­szklo­ne drzwicz­ki. Odło­ży­ła wszyst­kie kie­lisz­ki. Igor pod­szedł i zro­bił to samo. Polka po­czu­ła jego dro­gie per­fu­my zmie­sza­ne ze smro­dem jego potu. Za­krę­ci­ło jej się w gło­wie.

– Bar­dzo było mi miło – za­czę­ła, nawet nie pró­bu­jąc ukry­wać ner­wo­wo­ści. – Ale muszę już iść. Je­stem pie­kiel­nie zmę­czo­na.

Anna ru­szy­ła szyb­kim kro­kiem w stro­nę drzwi. Gdy pró­bo­wa­ła je otwo­rzyć, wie­dzia­ła, że są za­mknię­te. Mimo to udała lekką kon­ster­na­cję.

– Och! Chyba przez przy­pa­dek pan za­mknął drzwi… Mógł­by je pan otwo­rzyć?

Była prze­ra­żo­na. O mało nie za­ła­mał się jej głos.

Igor za­mknął prze­szklo­ne drzwicz­ki od barku. Po­krę­cił z nie­do­wie­rza­niem głową. Z jego uśmie­chu można było wy­czy­tać py­ta­nie: czy ona na­praw­dę nic nie ro­zu­mie? Czy tylko tak re­we­la­cyj­nie udaje?

Od­wró­cił się w stro­nę Polki i pod­szedł do niej wol­nym kro­kiem.

– Och, Anno, Anno. Prze­cież wiesz do­brze, że była mię­dzy nami pewna nie­pi­sa­na umowa…

Ba­let­ni­ca ob­ró­ci­ła się w stro­nę drzwi i szarp­nę­ła mocno klam­ką. Dra­ma­tycz­nie wal­nę­ła pię­ścią w bej­co­wa­ne drew­no.

– Anno, Anno…

Polka po­now­nie od­wró­ci­ła się, by zo­ba­czyć gó­ru­ją­ce­go nad nią Igora. Z całą mocą na­par­ła ple­ca­mi na drzwi, ży­wiąc w sercu naj­szczer­szą na­dzie­ję, by ją po­chło­nę­ły i nie od­da­ły na po­żar­cie wiel­kie­mu męż­czyź­nie.

– Ale… Prze­cież… Już raz… Wy­peł­ni­łam ten warr­ru­nek t-tej umowy…

– No wła­śnie, tylko raz – szep­nął jej zło­wro­go do ucha. – Dla­te­go też na razie raz wy­stą­pi­łaś w moim te­atrze, praw­da? Chcia­ła­byś wy­stą­pić jesz­cze raz, czy może nagle ode­chcia­ło ci się wspi­nać po szcze­blach wiel­kiej ka­rie­ry?

Anna po­czu­ła na po­licz­ku jego cięż­ki od­dech. Z tru­dem po­wstrzy­my­wa­ła się, by pa­nicz­nie nie wrza­snąć. Jego wiel­kie, spierzch­nię­te wargi za­czę­ły szu­kać jej de­li­kat­nych, uma­lo­wa­nych na czer­wo­no ust. Po­ca­ło­wał ją raz i drugi, bar­dzo ła­god­nie. Polka nie od­da­ła tego po­ca­łun­ku.

Znie­cier­pli­wio­ny Igor w końcu przy­ssał się do niej, siłą wpy­cha­jąc do jej buzi szorst­ki język. Annie zro­bi­ło się nie­do­brze. Jesz­cze moc­niej przy­war­ła ple­ca­mi do drzwi.

Dy­rek­tor przy­ci­snął się do niej jesz­cze sil­niej. Tan­cer­ka w na­głym od­ru­chu roz­pa­czy ode­pchnę­ła go gwał­tow­nie.

Igor nawet się nie za­chwiał. Był zbyt wiel­ki. Ode­rwał się tylko od jej ust i po­gro­ził pal­cem.

– Nu, nu, nie­grzecz­na dziew­czyn­ka.

Annie po po­licz­ku spły­nę­ła łza. Jedna, druga. Za­mknę­ła wil­got­ne oczy i cze­ka­ła na naj­gor­sze.

Dy­rek­tor zdjął z niej płaszcz. Gwał­tow­nie i nie­de­li­kat­nie. Po chwi­li na pod­ło­dze wy­lą­do­wa­ły ko­lej­ne ubra­nia Polki.

Naga i po­ni­żo­na wpiła się pa­znok­cia­mi w ta­pe­tę okry­wa­ją­cą ścia­nę po obu stro­nach drzwi. W my­ślach ma­chi­nal­nie za­czę­ła się mo­dlić. Niech to szyb­ko się skoń­czy, bła­gam was bo­go­wie, dobre duchy, je­dy­ny Boże! Mi­mo­cho­dem przy­po­mnia­ła sobie wy­da­rze­nia dzi­siej­sze­go wie­czo­ru. Jak dwa razy w nie­wia­do­my dla niej spo­sób, speł­ni­ły się jej ży­cze­nia. Może teraz też się uda? Może zo­sta­ło jej jesz­cze tro­chę ży­czeń, ma­gicz­nej mocy, czy cze­go­kol­wiek, co po­tra­fi­ło­by od­mie­nić to cią­żą­ce nad nią fatum?

– Chcę nie czuć. Po pro­stu nie czuć. Nie my­śleć. Za­po­mnieć – szep­nę­ła do sie­bie Anna.

Igor po­ło­żył swoje wiel­kie, mię­si­ste dło­nie na jej na­gich pier­siach. Prze­szedł ją dresz­cze obrzy­dze­nia. Cze­ka­ła.

Prze­je­chał po jej ciele pal­ca­mi, zmie­rza­jąc w dół, co raz bar­dziej w dół. Po jej pępku na pła­skim, wy­tre­no­wa­nym brzu­chu. Coraz niżej.

Ale tan­cer­ka prze­sta­ła czuć. Jej duch jakby odłą­czył się od jej ziem­skie­go ciała. Teraz już tylko z góry spo­glą­da­ła na tą pełną obrzy­dze­nia scenę, w któ­rej dy­rek­tor spusz­cza spodnie, jed­no­cze­śnie przy­ci­ska­jąc do sie­bie jej wła­sną ża­ło­sną po­stać.

Jej ży­cze­nie się speł­ni­ło.

Nie czuła. Nie my­śla­ła. Po brze­gi wy­peł­nił ją nie­sa­mo­wi­ty spo­kój.

W tej chwi­li nie była Anną. Nie cier­pia­ła. Cier­pia­ło je­dy­nie jej ciało. Po­rzu­co­ne na po­żar­cie jako okup za świe­tla­ną przy­szłość.

***

Póź­niej po­zo­sta­ła w niej tylko wie­dza. Czy­sto teo­re­tycz­ne prze­ko­na­nie, że zro­bio­no jej krzyw­dę. Nie czuła nie­na­wi­ści, zło­ści czy gnie­wu. Je­dy­nie spo­kój. Ten sam, który stą­pił na nią po­przed­nie­go wie­czo­ru, gdy padła ofia­rą gwał­tu. Nie opu­ścił jej.

Anna nie wie­dzia­ła skąd w niej tyle opa­no­wa­nia. Oczy­wi­ście, zda­wa­ła sobie spra­wę z tego, że ostat­nio zo­sta­ła ob­da­ro­wa­na pewną ma­gicz­ną mocą i to na pewno jej za­wdzię­cza­ła to, że bez mru­gnię­cia może nor­mal­nie żyć dalej. Jed­nak skąd te czary? Kto wy­peł­nia jej wolę? Kto speł­nia ży­cze­nia? Bóg? Dobra wróż­ka? Czy może będąc ostat­nio na ba­za­rze przez przy­pa­dek otar­ła się o jakiś dzban i uwol­ni­ła za­miesz­ku­ją­ce­go go dżina?

Idąc wśród śnież­nej za­wiei, snuła takie roz­my­śla­nia, w ogóle nie my­śląc o po­przed­nim wie­czo­rze i tra­ge­dii, jaka ją do­tknę­ła. Kie­ro­wa­ła się w stro­nę domu ak­tor­ki, u któ­rej miała odbyć się dzi­siej­sza im­pre­za. Nie miała pro­ble­mów, by do niego tra­fić. Jego wła­ści­ciel­ka Jewa za­dzwo­ni­ła do niej przed po­łu­dniem, by upew­nić się, czy tan­cer­ka przyj­dzie i wska­zać jej od­po­wied­ni adres i naj­krót­szą drogę.

Anna nie miała ocho­ty na za­ba­wę tego wie­czo­ru. Mimo to miała za­miar zło­żyć wi­zy­tę u Jewy, by bli­żej po­znać spo­łecz­ność pra­cu­ją­cą w te­atrze i le­piej się z nią zin­te­gro­wać. Wie­dzia­ła, że jeśli zi­gno­ru­je jedno za­pro­sze­nie, dru­gie­go może już nie do­stać. Stra­ci­ła­by mnó­stwo wpły­wo­wych zna­jo­mych, któ­rzy mo­gli­by pomóc jej w zdo­by­wa­niu sławy. W oczach in­nych ucho­dzi­ła­by za wy­izo­lo­wa­ną, durną Polkę.

A tego nie chcia­ła.

Wpa­ro­wa­ła do dużej, po­kaź­nej ka­mie­ni­cy i za­mknę­ła za sobą drzwi. To tutaj – po­my­śla­ła tylko. Z ulga przy­wi­ta­ła po­now­ną obec­ność czte­rech ścian, które od­gro­dzi­ły ją od za­ci­na­ją­cej wi­chu­ry.

Klat­kę scho­do­wą wy­peł­niał nie­przy­jem­ny za­pach kotów, prze­mie­sza­ny z nie­biań­ską wonią pie­cze­ni. Wi­docz­nie ktoś szy­ku­je prze­pysz­ną ko­la­cję w jed­nym z miesz­kań na par­te­rze…

Anna szyb­ko po­ko­na­ła sze­reg stop­ni i zna­la­zła się na dru­gim pię­trze. Sta­nę­ła przed drzwia­mi, do któ­rych przy­bi­ta była ta­blicz­ka z na­pi­sem JEWA AK­SJO­NOW. Z środ­ka do­bie­ga­ła we­so­ła mu­zy­ka. Ide­al­na do tańca.

Polka za­pu­ka­ła, wkła­da­jąc w to tro­chę sił. Tak, by ktoś ją usły­szał.

Po chwi­li drzwi się otwo­rzy­ły i w progu sta­nę­ła Jewa.

– Och, to ty! Wresz­cie je­steś! Już oba­wia­łam się, że nie przyj­dziesz! Wchodź, wchodź…

Anna we­szła do środ­ka. Wy­mie­ni­ła z ak­tor­ką de­li­kat­ny po­ca­łu­nek w po­li­czek. Po­czu­ła, że od go­spo­dy­ni pach­nie wódą prze­mie­sza­ną z ta­ni­mi per­fu­ma­mi.

– Oddaj mi ten gruby płaszcz. Na dwo­rze jest strasz­nie zimno, dla­te­go ka­za­łam chło­pa­kom do­ło­żyć ognia w piecu. Jest tu teraz go­rą­co jak na Ka­ra­ibach. Cha! Ka­ra­iby w cen­trum Mo­skwy! – za­krzyk­nę­ła Jewa we­so­ło, rada z wła­sne­go dow­cip­ne­go po­rów­na­nia. – Mia­łaś ja­kieś pro­ble­my z tra­fie­niem do mnie? – za­py­ta­ła od­wie­sza­jąc płaszcz Anny na kołek i tak już ugi­na­ją­cy się pod cię­ża­rem róż­no­ra­kiej gar­de­ro­by przy­by­łych gości.

– Nie, nie mia­łam żad­nych pro­ble­mów… No może poza tą wi­chu­rą.

– Co racja to racja. Mam wra­że­nie, że tu nie­mal wiecz­nie jest zima. I to strasz­na zima. No, ale cóż… Wi­ta­my w Rosji!

Jewa ro­ze­śmia­ła się na cały głos. Polka nie chcąc być nie­grzecz­na, uśmiech­nę­ła się de­li­kat­nie, uda­jąc roz­ba­wie­nie.

Ak­tor­ka wzię­ła ją pod ramię i wpro­wa­dzi­ła do cał­kiem ob­szer­ne­go sa­lo­nu wy­peł­nio­ne­go go­ść­mi.

– Zo­bacz­cie kto przy­szedł! Nasza świe­żo upie­czo­na gwiaz­decz­ka! – za­wo­ła­ła pod­chmie­lo­na Jewa.

Wszy­scy ob­ró­ci­li się w stro­nę Anny, wle­pia­jąc w nią cie­kaw­skie spoj­rze­nia. Polka ob­la­ła się pą­so­wym ru­mień­cem. Z tłumu po­je­dyn­cze osoby po­wie­dzia­ły gło­śno „cześć" i po­wró­ci­ły do prze­rwa­nej roz­mo­wy, picia. Sto­ją­cy naj­bli­żej tan­cer­ki po­da­wa­li jej dło­nie, ca­ło­wa­li jej po­li­czek. Nie­któ­rzy przed­sta­wi­li się jej grzecz­nie.

Po upły­wie kilku minut, ku jej nie­skry­wa­nej uldze, prze­sta­ła ab­sor­bo­wać uwagę tylu osób.

– Na­pi­jesz się? – za­pro­po­no­wa­ła Jewa

– Wiesz… – Anna z po­cząt­ku chcia­ła od­mó­wić, jed­nak po krót­kim za­sta­no­wie­niu po­my­śla­ła, że tru­nek po­zwo­li jej czuć się pew­niej. – Bar­dzo chęt­nie.

Po­de­szła z wła­ści­ciel­ką miesz­ka­nia do sta­ro­mod­ne­go barku, wy­peł­nio­ne­go naj­róż­niej­szy­mi flasz­ka­mi. Fin­lan­dia, John­nie Wal­ker, Sto­licz­na­ja – gło­si­ły ety­kiet­ki na szkla­nych bu­tel­kach. Jewa wy­cią­gnę­ła dwa małe kie­lisz­ki i roz­la­ła do nich prze­zro­czy­ste­go, al­ko­ho­lo­we­go na­po­ju.

– To za co pi­je­my? – spy­ta­ła nie­śmia­ło Anna.

– Hmm… Nie wiem, może za cie­bie. Twój ta­niec i twoją ka­rie­rę.

Tan­cer­ka nie miała czasu za­pro­te­sto­wać. Ak­tor­ka bły­ska­wicz­nie tryk­nę­ła swoim kie­lisz­kiem o jej, po czym jed­nym hau­stem wy­pi­ła całą jego za­war­tość. Anna po­szła w jej ślady. Wódka przez chwi­lę po­pa­rzy­ła ją w gar­dle. Polka skrzy­wi­ła się.

– Ojoj, pierw­szy nie wcho­dzi tak do­brze! Wiem coś o tym! – za­śmia­ła się czer­wo­na na twa­rzy Jewa i z wpra­wą godną bar­ma­na po­la­ła do kie­lisz­ków jesz­cze raz. – Teraz ty wznieś toast.

– Może za udaną im­pre­zę dziś wie­czór?

– Och czemu nie? Piję za to już piąty raz dzi­siaj, ale czemu nie?! Co? Pi­je­my za dobrą im­pre­zę! – ak­tor­ka pod­nio­sła głos tak, by usły­sze­li ją wszy­scy go­ście. Więk­szość z nich od­krzyk­nę­ła ra­do­śnie i wznio­sła swoje kie­lisz­ki. Anna z Jewą opróż­ni­ły swoje, w ich ślady po­szła resz­ta.

– Uff… Na razie wy­star­czy. Dzię­ku­ję. – Polka za­kry­ła swój kie­li­szek dło­nią, unie­moż­li­wia­jąc go­spo­dy­ni po­now­ne za­peł­nie­nie go wódką.

– Je­steś pewna? Jak chcesz…

Jewa za­krę­ci­ła bu­tel­kę i scho­wa­ła ją z po­wro­tem do barku. W tym samym mo­men­cie za­wo­łał ją jeden z męż­czyzn. Wy­so­ki bru­net o pięk­nym spoj­rze­niu, prze­sia­du­ją­cy na ka­na­pie w to­wa­rzy­stwie swo­ich zna­jo­mych.

– Już idę! Już idę! Wy­ba­czysz mi, praw­da? – Ak­tor­ka wy­mow­nie spoj­rza­ła na Annę i ode­szła.

Polka zo­sta­ła sama. W gło­wie za­czy­na­ło jej lekko szu­mieć od wy­pi­te­go al­ko­ho­lu. Opar­ła się ple­ca­mi o barek i z za­cie­ka­wie­niem przy­pa­try­wa­ła się temu ob­ra­zo­wi ogól­ne­go roz­gar­dia­szu. Wszy­scy roz­ma­wia­li, śmia­li się, dow­cip­ko­wa­li, pili. W kącie sa­lo­nu męż­czy­zna o po­cią­głej twa­rzy i roz­czo­chra­nych wło­sach ca­ło­wał się z ko­bie­tą w dłu­gich blond lo­kach. Anna szyb­ko od­wró­ci­ła spoj­rze­nie od tej sceny. Jakby gdzieś w od­le­głych gra­ni­cach jej jaźni bu­dzi­ła ona wspo­mnie­nia, które zo­sta­ły czę­ścio­wo wy­ma­za­ne.

– Prze­pra­szam, ale to ty je­steś Anną, praw­da?

– Słu­cham? – Zbita z tropu Polka za­uwa­ży­ła, że obok niej po­ja­wił się męż­czy­zna. Śred­nie­go wzro­stu, o du­żych błę­kit­nych oczach i z ciem­nym wło­sa­mi za­cze­sa­ny­mi do tyłu. Dia­blo przy­stoj­ny.

– To ty je­steś Anną, praw­da? – po­wtó­rzył nie­zna­jo­my, uśmie­cha­jąc się ką­ci­ka­mi ust.

– Tak, to ja… A pan to…

– Kli­men­tij – przed­sta­wił się męż­czy­zna po­da­jąc tan­cer­ce dłoń, którą lekko uści­snę­ła. – Bar­dzo mi miło.

– Mi rów­nież.

– Wi­dzia­łem wczo­raj twój wy­stęp. Coś nie­sa­mo­wi­te­go, na­praw­dę. Masz ta­lent.

– Dzię­ku­ję – od­po­wie­dzia­ła krót­ko i rze­czo­wo na miły kom­ple­ment.

Który to już raz sły­sza­ła od swo­je­go wy­stę­pu po­dob­ne słowa? Masz ta­lent. Świet­nie tań­czysz. Bla bla bla. Miała tego po­wo­li dosyć. Wszy­scy ją chwa­li­li. Czy nie znaj­dzie się choć jedna osoba, która powie, co było źle i co na­le­ży po­pra­wić? Jak niby ma sta­wać się lep­szą, jeśli wszy­scy wma­wia­ją jej, że jest do­sko­na­ła?

Z dru­giej stro­ny wła­śnie tego pra­gnę­ła od za­wsze. Sławy. Okla­sków. Po­chwał. Dla­cze­go teraz tak ją de­ner­wo­wa­ło to wszyst­ko? Po pro­stu mam zły na­strój – od­po­wie­dzia­ła sobie szyb­ko w my­ślach Anna.

Zły na­strój? A czy to przy­pad­kiem coś in­ne­go ci nie do­le­ga? Na przy­kład spo­sób w jaki do wszyst­kie­go dosz…

– Po­do­ba ci się im­pre­za? – Kli­men­tij wy­rwał tan­cer­kę z za­my­śle­nia, jed­no­cze­śnie prze­ga­nia­jąc zło­śli­wy gło­sik w jej gło­wie.

– Och… Oczy­wi­ście. Je­stem tu do­pie­ro od kilku minut, ale na­praw­dę je­stem za­chwy­co­na. – ze­łga­ła gład­ko Anna. Tego też miała dość, cią­gle mu­sia­ła kła­mać. Jakby to było czę­ścią jej za­wo­du. – Ty też pra­cu­jesz w te­atrze? Je­steś ak­to­rem?

– Nie, nie – za­prze­czył z uśmie­chem. – Nie pra­cu­ję w te­atrze.

– W takim razie czym się zaj­mu­jesz? I jak wmie­sza­łeś się w to… Ar­ty­stycz­ne śro­do­wi­sko?

– Nie je­stem w naj­mniej­szym stop­niu zwią­za­ny ze sztu­ką. Pra­cu­ję w banku. A tutaj zna­la­złem się, bo miał tu przyjść rów­nież mój dobry zna­jo­my Igor Ni­ki­tow.

W Annie serce na chwi­lę za­mar­ło. Oblał ją pą­so­wy ru­mie­niec. Na szczę­ście czar nadal dzia­łał i tan­cer­ka szyb­ko od­zy­ska­ła spo­kój. Była pewna, że gdyby nie magia, na dźwięk znie­na­wi­dzo­ne­go na­zwi­ska po­pła­ka­ła­by się, za­czę­ła wrzesz­czeć lub robić jesz­cze inne nie­chlub­ne i nie przy­spa­rza­ją­ce sławy rze­czy.

– Znasz go?

– Tak, tak, oczy­wi­ście, że znam. Jest dy­rek­to­rem te­atru – od­po­wie­dzia­ła pręd­ko Anna, już w pełni pa­nu­ją­ca nad emo­cja­mi. – Jak się po­zna­li­ście?

– Och, to długa hi­sto­ria. Nie star­czy­ło­by całej nocy na jej opo­wie­dze­nie. – Polce może się tylko tak wy­da­ło (w końcu już wy­pi­ła tro­chę), ale miała nie­od­par­te wra­że­nie, że Kli­men­tij zmie­szał się, jakby coś ukry­wał. – Niech wy­star­czy ci to, że po­zna­li­śmy się w naj­prost­szy spo­sób, w jaki po­znać mogli się wła­ści­ciel te­atru i li­chwiarz z banku. Igor pew­ne­go dnia za­wi­tał do mnie w spra­wie po­życz­ki na ja­kieś ar­ty­stycz­ne przed­się­wzię­cie. Ja mu jej udzie­li­łem, a póź­niej jakoś tak wszyst­ko się po­to­czy­ło… – Męż­czy­zna ner­wo­wo po­dra­pał się za uchem. Gdyby Anna znała go dłu­żej niż pięć minut, nie­wąt­pli­wie drą­ży­ła­by dalej ten temat, by upew­nić się w prze­ko­na­niu, że Igora i Kli­men­ti­ja łączą ja­kieś nie­czy­ste in­te­re­sy. Teraz jed­nak by­ło­by to za­cho­wa­nie wy­so­ce nie­grzecz­ne z jej stro­ny. Nie­przy­sta­ją­ce przy­szłej wiel­kiej gwieź­dzie.

– To musi być fa­scy­nu­ją­ca opo­wieść. Z chę­cią ją kie­dyś usły­szę. Znasz tutaj kogoś prócz Igora, któ­re­go jesz­cze nie ma?

– Teraz już tak – uśmiech­nął się do niej cza­ru­ją­co i mru­gnął kon­spi­ra­cyj­nie jed­nym okiem. – A tak oprócz cie­bie, to zdą­ży­łem już po­znać Jewę. Bar­dzo miła i uro­cza ko­bie­ta, nie są­dzisz?

A dzi­siaj już wy­jąt­ko­wo upita, po­my­śla­ła sar­ka­stycz­nie Anna, a na głos po­wie­dzia­ła:

– Tak, tak to praw­da. Po­dzi­wiam ją, że chce się jej wy­pra­wiać taką im­pre­zę. Ja na jej miej­scu nie po­tra­fi­ła­bym się teraz do­brze bawić. Cały czas my­śla­ła­bym, ile na­stęp­ne­go ranka będę mu­sia­ła sprzą­tać. Brr… Prze­ra­ża­ją­ce.

Kli­men­tij ro­ze­śmiał się. Trud­no było roz­po­znać, czy szcze­rze, czy grzecz­no­ścio­wo. Anna ze znu­że­niem po­sła­ła mu miły uśmiech. Miała już dosyć tej całej grzecz­no­ścio­wej, sło­dziut­ko-upier­dli­wej kon­wer­sa­cji.

– Nie je­steś z Rosji, praw­da?

Polka już otwie­ra­ła usta, by od­po­wie­dzieć, gdy po­wie­trze, wy­peł­nio­ne dymem pa­lo­nych pa­pie­ro­sów prze­szył do­no­śny głos Jewy.

– Zo­bacz­cie kto przy­szedł! Num­ber one na­sze­go świa­ta sztu­ki! Igor!

– Dzię­ki za przed­sta­wie­nie, dzię­ki.

Dy­rek­tor te­atru wszedł do po­ko­ju, po­zdra­wia­jąc wszyst­kich. Na chwi­lę jego spoj­rze­nie zo­gni­sko­wa­ło się na Annie, którą prze­szył nagły dreszcz. Twarz za­cho­wa­ła po­są­go­wą. Nie­wy­ra­ża­ją­cą żad­nych uczuć.

Po chwi­li Igor prze­stał na sie­bie zwra­cać uwagę wszyst­kich gości. Za­miast tego do­siadł się do ja­kiejś grupy ak­to­rów i napił się z nimi.

– To jak? Po­dob­no je­steś z Pol­ski, czyż nie? – pod­jął temat Kli­men­tij.

– Tak, tak z Pol­ski – od­po­wie­dzia­ła lekko zmie­sza­na Anna. – Ale le­piej nie pytaj, jak tu tra­fi­łam, bo to na­praw­dę długa hi­sto­ria. Oba­wiam się, że nawet dłuż­sza od tej two­jej, która mówi o zna­jo­mo­ści pew­ne­go ban­kie­ra z pew­nym dy­rek­to­rem te­atru. Tak poza tym, to czy nie przy­sze­dłeś tu, żeby wła­śnie się z nim spo­tkać?

– Tak, oczy­wi­ście, że tak… Ale nie będę mu teraz prze­szka­dzał. Roz­ma­wia z ja­ki­miś przy­ja­ciół­mi. Ja tu znam tylko jego, on zaś wszyst­kich, więc wiesz jak to jest…

Tan­cer­ka ma­chi­nal­nie kiw­nę­ła twier­dzą­co głową, że wie.

– Anno, za­tań­czysz?

Polka ob­la­ła się ru­mień­cem i szyb­ko w gło­wie szu­ka­ła ja­kiejś sen­sow­nej wy­mów­ki.

– Prze­cież nikt nie tań­czy…

– No i co z tego? Nie po to Jewa włą­czy­ła mu­zy­kę, byśmy byli głusi na jej dźwię­ki. Co ty na to? No dalej, nie ocią­gaj się.

Anna otwie­ra­ła usta, żeby po­wie­dzieć coś, co za­trzy­ma Kli­men­ti­ja. Ten jed­nak ją uprze­dził. Dłu­gi­mi, de­li­kat­ny­mi pal­ca­mi chwy­cił jej dłoń. Drugą rękę po­ło­żył na jej bio­drze i za­czął z nią tań­czyć.

Polka po raz pierw­szy uświa­do­mi­ła sobie pewną za­sad­ni­czą róż­ni­cę. Balet, który na co dzień od­gry­wa­ła na sce­nie, był tań­cem, ale zu­peł­nie innym niż ten, który łączy ludzi na za­ba­wach i ba­lach. Ten pierw­szy miał dla niej wy­miar czy­sto za­wo­do­wy. Trak­to­wa­ła go jako ro­dzaj spor­tu, w któ­rym przez cały czas trze­ba się roz­wi­jać. Drugi prze­peł­nia­ły pod­tek­sty i uczu­cio­wość.

Zwy­kle swo­ich part­ne­rów w od­gry­wa­nych sztu­kach trak­to­wa­ła nie le­piej niż kije od mio­tły, które miały pomóc jej w lep­szym wy­ra­że­niu sie­bie.

Tego wie­czo­ru kij od mio­tły prze­obra­ził się na jej oczach w nie­zwy­kle przy­stoj­ne­go li­chwia­rza. Stąd tań­czy­ła spię­ta i z wzro­kiem utkwio­nym gdzieś w pod­ło­dze. Tań­czy­ła jak kom­plet­na ama­tor­ka.

Po­ra­zi­ła ją myśl, że może się ośmie­szyć na oczach wszyst­kich gości. Dla­te­go skon­cen­tro­wa­ła się. Unio­sła głowę i spoj­rza­ła w błę­kit oczu Kli­men­ti­ja. Zro­bi­ła kilka kro­ków, przej­mu­jąc ini­cja­ty­wę. Jak pro­fe­sjo­na­list­ka.

Męż­czy­zna na­chy­lił się do jej ucha i szep­nął:

– Dobra, dobra, nie roz­pę­dzaj się, bo ja ci tu szpa­ga­tu nie zro­bię…

Anna uśmiech­nę­ła się do li­chwia­rza. Tym razem w pełni szcze­rze. Dalej pro­wa­dzi­ła go, ale tym razem ro­biąc znacz­nie ła­twiej­sze kroki.

Tań­czy­li jesz­cze dłuż­szą chwi­lę. W końcu coś dziw­ne­go zwró­ci­ło uwagę Polki. W sa­lo­nie sły­chać było je­dy­nie mu­zy­kę. Nikt nie roz­ma­wiał, ani nie re­cho­tał głu­pa­wym śmie­chem.

Spe­szo­na ode­rwa­ła się gwał­tow­nie od part­ne­ra. Roz­gląd­nę­ła się po go­ściach. Wszy­scy jak urze­cze­ni wpa­try­wa­li się w nią i Kli­men­ti­ja.

– Brawa dla pierw­szej pary, miej­my na­dzie­ję, że nie ostat­niej – za­wo­ła­ła Jewa i za­czę­ła kla­skać. Inni po­szli za jej przy­kła­dem.

Skon­ster­no­wa­na Anna nie­świa­do­mie otwo­rzy­ła usta. Nie miała po­ję­cia, co o tym wszyst­kim my­śleć. Cie­szyć się? Gnie­wać? Jak tak, to na kogo? Chyba na samą sie­bie.

Okla­ski uci­chły. Wtedy ode­zwał się on. Igor Ni­ki­tow. Sto­ją­cy tyłem do otwar­te­go okna, sma­ku­ją­cy ja­kieś dro­gie cy­ga­ro

– Brawo, brawo! A wła­śnie, Kli­men­tij, muszę ci coś po­wie­dzieć. Anna prócz ta­len­tu tańca, zo­sta­ła ob­da­rzo­na jesz­cze innym prze­pięk­nym ta­len­tem, któ­rym nie­wąt­pli­wie się z tobą po­dzie­li.

Dy­rek­tor wy­mow­nych ru­chem bio­der po­ka­zał wszyst­kim go­ściom, o ja­kich to zdol­no­ściach myśli. Wszy­scy mieli już ostro w czu­bie i nawet te naj­po­dlej­sze, naj­głup­sze żarty wy­wo­ły­wa­ły nagły atak śmie­chu. Tak było i tym razem. Miesz­ka­nie do­słow­nie za­trzę­sło się od na­głe­go re­cho­tu.

Do śmie­chu nie było je­dy­nie Kli­men­ti­jo­wi i Annie.

W tan­cer­ce coś się zła­ma­ło. Czar mu­siał prze­stać dzia­łać, bo nagle wszyst­kie ohyd­ne wspo­mnie­nia ostat­nie­go wie­czo­ru wró­ci­ły do niej jak fale przy­pły­wu. Wez­bra­ła w niej złość, prze­mie­sza­na z bez­li­to­snym smut­kiem. Miała ocho­tę zabić Igora. Zabić.

Przed ocza­mi sta­nę­ły jej sceny. Gdy od­da­ła mu się do­bro­wol­nie oraz gdy wziął ją siłą. Zgwał­cił. Do­świad­czy­ła jakby re­mi­ni­scen­cji. Jak na dłoni wi­dzia­ła teraz wszyst­kie czę­ści tego zwie­rzę­ce­go aktu. Jego roz­pa­lo­ny wzrok, po­su­wi­ste ruchy. Czuła smród jego potu prze­mie­sza­ny z wonią ja­kiejś dro­giej wody ko­loń­skiej. Czuła nawet jego dotyk.

Prze­sta­ła się kon­tro­lo­wać. Po po­licz­kach po­cie­kły jej stru­mie­nie łez. Wy­ce­lo­wa­ła palec w Igora, prze­peł­nio­na je­dy­ną na­dzie­ją, jaka jej zo­sta­ła.

Na­dzie­ją, że jesz­cze jedno, choć­by ostat­nie jej ży­cze­nie się speł­ni.

– Znik­nij! Raz na za­wsze znik­nij z mo­je­go życia! Znik­nij! Idź w dia­bły! Mam ma­gicz­ną moc, każę ci znik­nąć!

Go­ście umil­kli. Być może nie­któ­rzy z nich zro­zu­mie­li, że wła­śnie wy­rzą­dzo­no komuś krzyw­dę. Być może. Więk­szość po pro­stu umil­kła w ocze­ki­wa­niu na ko­lej­ny dow­cip roku.

Igor roz­ło­żył ręce w ge­ście ocie­ka­ją­cym nie­win­no­ścią i pod­dań­stwem.

– Nie znik­ną­łem. Przy­kro mi. Jewo przy­po­mnij mi… Nie za­pra­sza­łaś dzi­siaj Mer­li­na ani Cop­per­fiel­da, praw­da? Znik­nię­cie w takim razie oka­zu­je się nie­moż­li­we…

Go­ście po­now­nie wy­bu­chli śmie­chem. Wszy­scy. Ko­bie­ty i męż­czyź­ni. Ry­cze­li jak na­wie­dze­ni. Trzy­ma­li się za boki. Ktoś nawet za­czął tur­lać się po ziemi.

– Znik­nij! Znik­nij! Rzu­cam na cie­bie czar!

– Anno, pro­szę. Po pro­stu stąd wyj­dzie­my… – pró­bo­wał uspo­ko­ić ją Kli­men­tij. Do­tknął nawet de­li­kat­nie jej ra­mie­nia, chcąc objąć. Polka jed­nak wy­rwa­ła mu się gwał­tow­nie.

Za­wy­ła nie­ludz­ko i rzu­ci­ła się na Igora z okrzy­kiem „Znik­nij!". Wpa­dła na niego z całym im­pe­tem. Dy­rek­tor te­atru po­tknął się o nisko za­wie­szo­ny pa­ra­pet okna i wy­padł na ze­wnątrz. Szy­bo­wał chwi­lę wśród wi­ru­ją­cych płat­ków śnie­gu, po czym z głu­chym ło­sko­tem ude­rzył w bruk.

Na chwi­lę wszy­scy za­mil­kli. Na bar­dzo krót­ką chwi­lę, po któ­rej w ka­mie­ni­cy roz­pę­ta­ło się pie­kło.

Annę unie­ru­cho­mi­ło dwóch męż­czyzn. Kilka ko­biet za­czę­ło wrzesz­czeć.

– Dzwoń­cie na po­li­cję! – ktoś krzyk­nął.

– I po ka­ret­kę!

– Mor­der­czy­ni! Jak mo­głaś?! – za­wy­ła Jewa, a wraz z nią kilku in­nych ludzi.

Anna była oszo­ło­mio­na. Wy­peł­ni­ła ją pust­ka, ja­kiej jesz­cze nigdy w życiu nie za­zna­ła. Nie czuła do­słow­nie nic. Cały świat wsiadł do pę­dzą­ce­go po­cią­gu, a ona je­dy­na zo­sta­ła w tyle.

Wśród ogól­ne­go roz­gar­dia­szu, jaki za­pa­no­wał, tan­cer­ka wy­chwy­ci­ła je­dy­nie roz­mo­wę dwóch męż­czyzn. Byli tak schla­ni, że jako je­dy­ni nie ru­szy­li się z miejsc i ze spo­ko­jem przy­pa­try­wa­li się tej sce­nie.

– Ej, stary – za­czął jeden z nich, mó­wiąc po­wo­li i z tru­dem.

– No.

– Ona trafi do wię­zie­nia? A może… Nie, cze­kaj… Za­bio­rą ją do wa­riat­ko­wa… Zna­czy do szpi­ta­la psy­chia­tycz­ne­go, co nie? – po­wie­dział jeden z nich z dozą pi­jac­kiej mą­dro­ści w gło­sie.

– No, chyba – od­po­wie­dział mu zdaw­ko­wo drugi, po czym po­grą­żył się w spo­koj­nym śnie pi­ja­ka.

Ona trafi do wa­riat­ko­wa, za­dźwię­cza­ło w gło­wie Anny.

Stra­ci­ła przy­tom­ność.

***

Zegar tykał. Jed­nak wpa­trzo­ny w ruch wska­zó­wek Miron nie sły­szał tego dźwię­ku.

Do­cho­dzi­ła dwu­na­sta.

Młody stu­dent lekko drżał. De­ner­wo­wał się. Sie­dząc w głów­nym holu, przy­słu­chi­wał się do­bie­ga­ją­cym z ko­ry­ta­rza jękom, krzy­kom, pi­skom i innym dźwię­kom, które wy­do­by­wa­li z sie­bie pa­cjen­ci. Po raz ko­lej­ny w ciągu ostat­nich kilku minut w jego gło­wie ode­zwa­ło się echem to samo py­ta­nie: co ja tutaj robię?

– Przy­sze­dłem na prak­ty­ki – mruk­nął do sie­bie. Po chwi­li zre­flek­to­wał się, że jest w szpi­ta­lu psy­chia­trycz­nym i takie ga­da­nie z samym sobą jest zu­peł­nie nie na miej­scu.

Oczy­wi­ście, jeśli uwa­żał się za osobę zdro­wą.

Sam wy­brał kie­ru­nek stu­diów. W tym przy­pad­ku nie brał pod uwagę pod­szep­tów ro­dzi­ców, że to zawód „bez przy­szło­ści", czy prze­stróg na­uczy­cie­li, że zmar­nu­je wspa­nia­ły ta­lent ma­te­ma­tycz­ny. O nie. To, że zde­cy­do­wał się życie po­świę­cić innym, było jego wła­sną, sa­mo­dziel­nie pod­ję­tą de­cy­zją.

Wska­zów­ka po­ka­zu­ją­ca mi­nu­ty sta­nę­ła w jed­nej linii z tą uka­zu­ją­cą go­dzi­ny. Wy­bi­ła dwu­na­sta. Mi­ro­no­wi za­bi­ło szyb­ciej serce. Dok­tor, który miał mieć z nim prak­ty­ki, mógł zja­wić się teraz w każ­dej chwi­li.

Chło­pak gło­śno wy­pu­ścił po­wie­trze z płuc, zmierz­wił bujną czu­pry­nę.

Stu­dio­wał Psy­chia­trię już od roku. Jed­nak do­tych­czas miał do czy­nie­nia je­dy­nie z nud­ny­mi pro­fe­so­ra­mi, nauką z no­ta­tek, wy­kła­da­mi i twa­rza­mi zbla­zo­wa­nych ró­wie­śni­ków. Teraz nad­szedł czas na wy­ko­rzy­sta­nie wie­dzy w prak­ty­ce. Choć­by w naj­mniej­szym stop­niu. Pierw­szy raz miał spo­tkać się z ty­lo­ma… cho­ry­mi.

Czuł, że pod­ko­szu­lek ma już cał­ko­wi­cie prze­po­co­ny. W dal­szym ciągu drżał i cze­kał. Cze­kał. Cze­kał. Stre­so­wał się.

– Pan Miron?

Wy­rwa­ny z za­du­my stu­dent po­de­rwał się na równe nogi i sta­nął na bacz­ność.

– Tak jest, to ja.

– Miło mi po­znać. Je­stem dok­tor Igor Ni­ki­tow, bę­dzie miał pan dzi­siaj ze mną prak­ty­ki.

Gruby męż­czy­zna, który przed chwi­lą nie­mal wy­rósł spod ziemi, podał Mi­ro­no­wi dłoń. Ten uści­snął ją ener­gicz­nie i przed­sta­wił się.

– Mi rów­nież bar­dzo miło pana po­znać.

– Do­brze… To pana pierw­sza wi­zy­ta u nas, praw­da? – Gdy stu­dent przy­tak­nął głową, dok­tor kon­ty­nu­ował. – W takim razie dzi­siaj czeka pana je­dy­nie szyb­ki ob­chód ze mną. Przed­sta­wię panu na­szych pa­cjen­tów. Pro­szę za mną.

Le­karz ru­szył, po­zo­sta­wia­jąc za sobą za­pach słod­kich per­fum prze­mie­sza­nych z potem. Miron z gło­śno bi­ją­cym ser­cem po­szedł za nim.

Wkro­czy­li do ko­ry­ta­rza skąd, do­cho­dzi­ły jęki, dy­sze­nie, a cza­sem krzy­ki. Po obu stro­nach, roz­miesz­czo­ne w rów­nych od­stę­pach od sie­bie, były drzwi od pokoi pa­cjen­tów. Wszyst­kie me­ta­lo­we. Wszyst­kie za­mknię­te.

Le­karz za­trzy­mał się przed pierw­szy­mi. Od­su­nął małą me­ta­lo­wą sztab­kę. Ge­stem kazał zaj­rzeć Mi­ro­no­wi do po­miesz­cze­nia.

– To ty­po­wy przy­kład Au­ty­zmu. Ten chło­pak zo­stał po­rzu­co­ny przez ro­dzi­nę, gdy ta tylko do­wie­dzia­ła się o cho­ro­bie. Dla­te­go tra­fił tutaj.

– To smut­ne – po­wie­dział cał­kiem szcze­rze stu­dent.

– Tak. Ale ty jako przy­szły le­karz nie po­wi­nie­neś my­śleć w tych ka­te­go­riach – rzu­cił sucho dok­tor i po­szedł dalej.

W ciągu kil­ku­dzie­się­ciu minut zdą­ży­li obejść nie­mal wszyst­kich pa­cjen­tów. Miron, jako osoba nie­zwy­kle wraż­li­wa w pew­nych mo­men­tach nie mógł po­wstrzy­mać łez i ocie­rał je ukrad­kiem, gdy dok­tor od­wra­cał się do niego tyłem.

– Na ko­niec praw­dzi­wy deser. Jeden z cie­kaw­szych przy­pad­ków w na­szym szpi­ta­lu.

Le­karz od­su­nął me­ta­lo­wą sztab­kę i te­atral­nym ge­stem kazał zaj­rzeć Mi­ro­no­wi.

– Oto Anna.

Stu­dent zer­k­nął do po­miesz­cze­nia. Na łóżku sie­dzia­ła ko­bie­ta. Ciem­ne, dłu­gie włosy fa­la­mi spły­wa­ły po jej ple­cach. Wpa­trzo­na była w za­krat­ko­wa­ne okno. Mil­cza­ła.

– Ko­lej­ny przy­pa­dek au­ty­zmu? – za­py­tał Miron.

– Ow­szem, ale nie do końca… Wi­dzisz… To tak, jakby Anna stwo­rzy­ła swój wła­sny świat. Wiecz­nie prze­by­wa w… ima­gi­na­cji, choć przy jej two­rze­niu, czę­sto bie­rze pod uwagę fakty za­ist­nia­łe na­praw­dę.

– To… Skom­pli­ko­wa­ne…

– Tak, trud­no się z tobą nie zgo­dzić. Hmm wy­tłu­ma­czę ci to na jej przy­kła­dzie. – Dok­tor od­chrząk­nął i za­czął mówić. – Anna jest w na­szym szpi­ta­lu od sied­miu lat. Ubz­du­ra­ła sobie, że po­cho­dzi z Pol­ski, choć nigdy w niej nie była. W swo­jej wy­obraź­ni uczy­ni­ła sie­bie ba­let­ni­cą, wy­stę­pu­ją­cą w te­atrze An­to­na Cze­cho­wa. Swój świat mie­sza z na­szym. Na przy­kład mnie uważa za dy­rek­to­ra tego te­atru, więc to jest tak jakby przy­ję­ła moją po­stać do grona tych wszyst­kich wy­my­ślo­nych bo­ha­te­rów jej świa­ta.

– Kogoś jesz­cze z tego świa­ta prze­nio­sła do swo­je­go?

– Nie. Tylko mnie. Resz­ta osób, do któ­rych cza­sem prze­ma­wia to wy­two­ry jej wy­obraź­ni, stwo­rzo­ne na pod­sta­wie wspo­mnień.

– Dla­cze­go tylko pana, za­ak­cep­to­wa­ła w swoim świe­cie?

– Nie wiem – skła­mał dy­rek­tor, uśmie­cha­jąc się w duchu. Nawet będąc cięż­ko cho­rym psy­chicz­nie cięż­ko prze­oczyć niedź­wie­dzia, który po­sta­no­wił cię wy­ko­rzy­stać. – Jako, że ten swój świat stwo­rzy­ła zu­peł­nie sama, jest jego nie­po­dziel­ną wład­czy­nią. Z tego faktu nie zdaje sobie zu­peł­nie spra­wy. Ostat­nio od­kry­ła, że jak bar­dzo cze­goś chce, to jej ży­cze­nie się speł­nia. Oczy­wi­ście speł­nia się wy­łącz­nie w jej wy­obraź­ni… Nie wie, że jest chora. Nie wie także, że sama stwo­rzy­ła świat, w któ­rym prze­by­wa. Dla­te­go wszyst­ko to, co na­gi­na we­dług swo­jej woli przy­pi­su­je dzia­ła­niom magii, cza­rów, czy in­nych zja­wi­skom po­za­ziem­skim. Cie­ka­we jest rów­nież, to że przez sie­dem lat ani razu nie była świa­do­ma tego, że jest w szpi­ta­lu. Tań­czy­ła, roz­ma­wia­ła ze ścia­ną i tak dalej. Wczo­raj jed­nak w jej świe­cie zda­rzy­ło się coś waż­ne­go… Nie je­stem pe­wien, ale kilka razy mó­wi­ła coś o za­bój­stwie. O tym, że ona za­bi­ła… Za­bi­ła, a świad­ko­wie za­dzwo­ni­li na po­li­cję… Ta przy­je­cha­ła, stwier­dzi­ła stan rze­czy i ode­sła­ła ją do szpi­ta­la psy­chia­trycz­ne­go. Wy­da­rze­nia w jej świe­cie do­pro­wa­dzi­ły do tego, że na­kry­ły się miej­sca z jej wy­obraź­ni oraz z rze­czy­wi­sto­ści. Wczo­raj wie­czo­rem Anna pierw­szy raz była ze swoim cia­łem w jed­nym miej­scu. W szpi­ta­lu.

– Czyli… Chce pan po­wie­dzieć, że… Ona teraz tam sie­dzi, wie, że jest w szpi­ta­lu, ale wy­da­je jej się, że jest tutaj do­pie­ro od wczo­raj… Czyli teo­re­tycz­nie ma szan­sę na wy­zdro­wie­nie, bo zdaje sobie spra­wę z tego, gdzie jest…

– Nie wiem, nie wiem. Nadal nie wiemy, czy jest w szpi­ta­lu ze swo­je­go świa­ta, czy też z na­sze­go…

– Uff… To na­praw­dę cięż­ki przy­pa­dek. – Miron z nie­do­wie­rza­niem po­krę­cił głową.

– Tak. Czas przy­nie­sie nam roz­wią­za­nie… Mo­żesz już iść. Dla cie­bie to dzi­siaj ko­niec zajęć.

– Dzię­ku­ję dok­to­rze, do wi­dze­nia.

– Do wi­dze­nia.

Igor Ni­ki­tow od­pro­wa­dził mło­de­go stu­den­ta wzro­kiem. Gdy ten od­da­lił się wy­star­cza­ją­co, dok­tor pod­szedł do drzwi Anny i otwo­rzył je jed­nym ze swo­ich klu­czy.

– Dzień dobry moja ba­let­ni­co. Twoje za­ję­cia wła­śnie się za­czy­na­ją.

Pa­cjent­ka gwał­tow­nie od­wró­ci­ła głowę, gdy huk­nę­ły za­my­ka­ne me­ta­lo­we drzwi. Jej spoj­rze­nie spo­tka­ło się z pa­lą­cym wzro­kiem męż­czy­zny, któ­re­go wczo­raj za­bi­ła.

– Och… Jak do­brze, że nic się panu nie stało… Na­praw­dę prze­pra­szam, za to, co wczo­raj za­szło. Mam na­dzie­ję, że nie wy­rzu­ci mnie pan przez to ze swo­je­go te­atru. Bła­gam…

Ko­bie­ta padła na ko­la­na przed ubra­nym w biały kitel dok­to­rem.

– O czym my mó­wi­my… Taki mały in­cy­dent… On prze­cież nie może za­szko­dzić two­jej ka­rie­rze.

Na twa­rzy Anny wy­kwitł praw­dzi­wy i szcze­ry, przej­mu­ją­cy swym pięk­nem, uśmiech.

Koniec

Komentarze

Ory­gi­nal­nie po­my­śla­ne re­alia. Cie­ka­we opko. Przy­słów­ki i przy­miot­ni­ki jak zwy­kle har­cu­ją, ale po re­dak­cji i wy­cin­ce zo­sta­nie na pewno to, co warto prze­czy­tać i co się czy­tać da bez bólu. ;)  

Cie­ka­we, miej­sca­mi za­ska­ku­ją­ce. Do­brze zbu­do­wa­ny kli­mat, świet­ny styl.

Po do­ko­na­niu po­pra­wek by­ło­by lżej czy­tać. A jest co czy­tać. Niby jakiś stan­dard, ale nie do końca...

Nowa Fantastyka