
Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.
Rozpędzona, rosyjska zima zatrzymała się w Moskwie już pod koniec Listopada. Zmroziła okna nieprzeniknionym szronem, ulice pokryła, śliskim jak szklanka, lodem. Śnieżne zawieje osadziły na dachach kolosalne ilości białego puchu. Słońca nie widziano. Skryło się za szarymi chmurami i wydawało się, że już nigdy zza nich nie wychynie.
Był wieczór. Zimny. Bezgwiezdny. Anna stała na schodach prowadzących do wejścia dla personelu Moskiewskiego Teatru Artystycznego im. Antona Czechowa. Jej twarz, podobnie jak słońce tej zimy, zakryła na moment chmura tytoniowego dymu. Artystka zaciągnęła się ponownie, a potem jeszcze raz. W końcu upuściła niedopałek i zgniotła go obcasem buta.
– Nie ma to jak fajka przed występem – mruknęła do siebie i sięgnęła po następnego papierosa.
Zapaliła.
Zawsze paliła przed sztuką. Nie mogła się bez tego skupić, a to koncentracja była w jej wypadku kluczem do sukcesu. Analizowała w myślach wszystkie kroki, skoki, przejścia, piruety. Tour en chair, entrechat, cabriole, ballotté, effacé. Oczami wyobraźni widziała już wlepione w nią spojrzenia setki ludzi, siedzących na widowni. Ciarki przechodziły ją na myśl o burzy oklasków, którą otrzyma po zakończonym występie.
Nie było łatwo zdobyć tej roli. Zdecydowanie nie. Annę nadal przechodził dreszcz obrzydzenia, gdy przypominała sobie, jaką cenę zapłaciła.
Koszty jednak nie stanowiły dla niej najmniejszej przeszkody. Jako dziecko została baletnicą właśnie po to, by teraz odnosić sukcesy. Nie mogła zaprzepaścić takiej szansy. Owszem, straciła dużo, nawet bardzo dużo, bo część swojej godności.
Anna kolejny raz zaciągnęła się dymem z papierosa. Otarła słoną łzę, która pojawiła się w kąciku jej ślicznego oka.
Zyskała jednak coś bezcennego. Spełnienie. Kojący miód na niespokojne serce artystycznej, próżnej duszy, pragnącej sławy, oklasków i uznania dla jej kunsztu.
Anna wyrzuciła drugiego papierosa, nie wypaliwszy go do końca. Wróciła przez drzwi dla personelu do środka, zostawiając za sobą mroźne, moskiewskie powietrze.
Weszła do swojej prywatnej garderoby. Luksus, o którym w Polsce, mogła tylko pomarzyć. Przez chwilę przerzucała sterty peruk. Przymierzała niektóre, przeglądając się w wielkim lustrze o złotym, pięknie rzeźbionym obramowaniu. Cieszyła się dotykiem aksamitnego i delikatnego materiału, z jakiego zostały wykonane jej bajeczne, kolorowe kreacje, schowane w ogromnej, staromodnej szafie. Wszystkie baletki, które przymierzyła, leżały jak ulał.
Miała zostać gwiazdą. Napawała się bogactwem.
Marzenia o sławie, którą niewątpliwie zyska za jakiś czas, działały na nią jak narkotyk. Napawały ją szczęściem, satysfakcją, pychą. Gdy przyglądała się swojemu lustrzanemu odbiciu, zdawała sobie sprawę, że jest najpiękniejsza na świecie. Jedyna w swoim rodzaju. Prima Balerina. Prima, czyli pierwsza. Pierwsza w Rosji, w Europie, na świecie.
Mimo iż jej myśli zdawały się być naładowane megalomanią i przesadną dumą, Anna uważała się za skromną osobę. Takie zdanie miała też o niej matka. Zawsze powtarzała przy swoich przyjaciółkach o swojej małej, grzeczniutkiej, skromniutkiej Ani. Jej rodzicielka jednak była teraz daleko. Bardzo daleko stąd.
Do uszu Anny dotarło ciche pukanie, po którym zaskrzypiały otwierane drzwi. W progu stanęła charakteryzatorka. Wzrok miała wbity w ziemię. Ubrana była w ciemną, spraną suknię, na którą narzuciła biały fartuch.
– Przyszłam panienkę przygotować – powiedziała tak cichutko, że Anna musiała mocno wytężyć słuch, by zrozumieć, co mówi.
– Dobrze, dobrze. Śmiało, wchodź. – Baletnica uśmiechnęła się i gestem zaprosiła kobietę do środka. – Jak się nazywasz?
– Antonida, jeśli to panią interesuje.
– Oczywiście, że mnie interesuje. Muszę jakoś się do ciebie zwracać, prawda? Nie jestem przyzwyczajona do traktowania ludzi podług ich pracy i zwracania się do nich per charakteryzatorko, służąco czy kobieto do pomocy. Jestem Anna.
Antonida skinęła nieśmiało głową, nie odrywając spojrzenia od swoich butów.
– To od czego zaczniemy? – zapytała baletnica, zacierając ręce.
– Od makijażu oczywiście, niech panienka usiądzie.
Anna nie zwróciła kobiecie uwagi za niepotrzebną, oficjalną formę zwracania się do niej w trzeciej osobie. Domyślała się, że są na świecie ludzie, którym w nieskończoność można powtarzać, żeby rozmawiali z tobą bezpośrednio, a oni nadal będą się uniżać i powtarzać to swoje „proszę pani, pana, niech panienka…".
Usiadła na krześle przed lustrem. Charakteryzatorka od razu przystąpiła do swojej pracy. Sprawnymi ruchami spięła Annie długie, kruczoczarne włosy i zaczęła robić makijaż.
– To chyba było duże zaskoczenie, gdy dyrektor wraz z reżyserem przyjęli panienkę na główną rolę do Jeziora Łabędziego… – Mimo iż bardzo nieśmiała, Antonida okazała się osobą rozmowną, która dialogiem lubi uprzyjemniać sobie pracę.
– Tak, rzeczywiście było to dla mnie duże zaskoczenie… – skłamała Anna. – Nie ukrywam, że bardzo liczyłam na to, że ktoś dostrzeże u mnie potencjał i da mi szansę. Jednak do ostatnich chwil, drżałam z niepewności… Gdy okazało się, że dostanę tę rolę, zdawało mi się, że właśnie ktoś odsprzedał mi bilet do raju.
– Zaskoczeni byli wszyscy pracownicy teatru. Oto przyjeżdża młoda dziewczyna z Polski. Źle ubrana, trochę wygłodzona, proszę wybaczyć mi śmiałość, ale po prostu kolejna zwykła emigrantka. Przychodzi na casting i właściciele teatru dają jej szansę… Historia jak w jakiejś bajce. Niewiarygodne, niewiarygodne…
Anna miała nadzieję, że Antonida, pochylająca się nad nią i podkreślająca jej oczy ciemną kredką, nie zauważy, że baletnica nagle zaczerwieniła się po czubki uszu. Wszyscy sądzili, że to niezwykły talent i potencjał, dał Polce rolę. Ona jednak wiedziała, że schowana za mroczną kurtyną tajemnicy, istniała cena, którą zapłaciła. Cena, której wysokość znał tylko dyrektor teatru, Igor Nikitow.
– Jak w ogóle jest w Polsce? – spytała się Antonida, nakładając na policzki Anny taką ilość pudru, że baletnicy wydawało się, iż charakteryzatorka osiągnie odwrotny od zamierzonego efekt i Polka będzie wyglądać gorzej niż przed nałożeniem makijażu. Nic takiego jednak się nie stało. Wprawa i doświadczenie kobiety sprawiły, że po chwili twarz baleriny była jeszcze piękniejsza niż zwykle. Bardziej ostra i uderzająca, a zarazem łagodna i gładka.
– Tak jak wszędzie… – odpowiedziała Anna, nie do końca wiedząc, co powiedzieć.
– Jest inaczej niż w Rosji?
– Podobnie, choć chyba tam wszystko szybciej idzie naprzód. Poza tym… to samo. Państwo leczy rany po wydostaniu się z pod władzy komunistów i tak dalej. – Baletnica urwała, nie chcąc kontynuować męczącego ją tematu.
– Dlaczego panienka wyjechała?
Anna wzruszyła ramionami.
– Nie wiem. Od dziecka uczyłam się tańca w szkole baletowej, w Poznaniu. Z początku do baletu zachęcali mnie rodzice, później przejęłam od nich całą ambicję i zaczęłam solidnie trenować. Cały czas jednak dostawałam małoznaczące role. By się wypromować trzeba było mieć masę kontaktów i to dosłownie wszędzie. Wyjechałam, bo się tam wypaliłam. Tak, tak właśnie było. Wypaliłam się w Polsce. Straciłam wszelkie ambicje, marzenia, po tym jak ciągle odsuwano mnie od ważniejszych wydarzeń artystycznych. To było nie do zniesienia. Dlatego wyjechałam. Nie z myślą o balecie tutaj, w Rosji. Myślałam nawet nad zmianą profesji, na jakąkolwiek inną. Jednak, gdy tu dotarłam… Tak to się skończyło, po prostu. Trafiłam na casting i mi się udało.
– Niesamowite, doprawdy, niesamowite – powtarzała Antonida układając włosy Anny. – Zdawało mi się, że ludzie, gdyby tylko mogli, uciekaliby z Rosji na zachód. Może nawet sama bym to zrobiła, gdybym była trochę młodsza… A tu proszę, panienka na wschód wyemigrowała.
Baletnica przyjrzała się swojemu odbiciu w drogocennym lustrze, podziwiając robotę charakteryzatorki. Włosy miała spięte w schludny, piękny kok. Jej zielone oczy podkreślała kredka tegoż samego koloru. Usta pomalowane były jasną, matową szminką. Makijaż sprawił, że Anna stała się Odettą wyjętą wprost z dziewiętnastowiecznego scenariusza Jeziora Łabędziego.
Antonida krytycznym okiem spojrzała na obiekt swojej pracy, poprawiając tu i tu niesforny kosmyk włosów.
– Powiedzmy, że może być. Pięknie panienka wygląda.
– Dziękuję.
– Teraz czas się przebrać. Niech panienka zaczeka, zaraz wyjmę odpowiedni strój z garderoby.
Anna wstała z krzesła i jeszcze raz spojrzała w lustro. Uśmiechnęła się pod nosem, gdy zauważyła jak komicznie wygląda. Mocny i piękny makijaż, a do tego rzeczy, które nosiła na co dzień. Nie ma co, wszystko pasowało do siebie jak znalazł.
Po chwili Antonida podała baletnicy cały strój Odetty i pomogła jej się ubrać. Anna naciągnęła na nogi biały trykot i włożyła na stopy nowiutkie pointy. Wskoczyła w białą sukienkę, a charakteryzatorka zawiązała jej ją z tyłu.
Anna była gotowa. Antonida chodziła wokół niej i przyglądała się każdemu detalowi jej ciała oraz kostiumu.
– Bardzo ładnie, niewątpliwie. Jest panienka gotowa.
Charakteryzatorka odwróciła się na pięcie i powędrowała ze spuszczonym wzrokiem do drzwi.
– Antonido! – Zatrzymała ją Anna.
Zawołana odwróciła się, nie odrywając wzroku od swoich starych butów.
– Antonido, spójrz na mnie proszę. – Kobieta podniosła spojrzenie. Baletnicy strasznie ciężko było określić, co czai się w tych smutnych, wlepionych w niej oczach. Zobojętnienie, smutek, brak nadziei? Chyba to wszystko naraz.
– Dziękuję – powiedziała szczerze Anna, nieśmiało się uśmiechając.
Charakteryzatorka nic nie odpowiedziała. Znów spuściła wzrok i opuściła prywatną garderobę przyszłej gwiazdy.
***
Jak zawsze, tuż przed przedstawieniem, na małej sali prób panował niemiłosierny tłok. Na starym, podniszczonym parkiecie rozgrzewały się indywidualnie wszystkie tancerki i tancerze. Choreograf biegał w tę i tamtą stronę, krzycząc i wymachując rękoma. Anna, mimo iż pracowała w teatrze już od dwóch tygodni, nadal nie mogła przyzwyczaić się do jego widoku. Wyglądał jak nie z tego świata. Tak, jak jego wiecznie rozczochrane włosy oraz rozbiegany wzrok mogły go przybliżyć do wyglądu stereotypowego artysty, to już jego zgarbiona postawa i brak trzech palców u lewej dłoni, nadal magnetycznie przyciągał wzrok nie tylko baletnicy z Polski, ale również większości pracowników teatru.
Anna rozciągała właśnie pachwiny, robiąc karkołomnie wyglądający szpagat, gdy podszedł do niej ekscentryczny choreograf. Przez chwilę stał nad nią i przeglądał plik jakichś kartek, zapewne ze scenariuszem, po czym odwrócił się i odszedł od Polki na kilka kroków, by ponownie zrobić szybki obrót na pięcie i do niej podejść.
– Anno. – Jego ton był surowy i ostry, niczym bardzo wymagającego pracodawcy.
– Tak, proszę pana? – Baletnica usiadła i złączyła wyprostowane nogi, po czym sięgnęła dłońmi palców u stóp i ponownie zaczęła się rozciągać.
– Mam nadzieję, że jesteś gotowa? Daliśmy ci życiową szansę i nawet nie chodzi o to, że nie możesz jej zmarnować, czyli zaprzepaścić swojej lepszej przyszłości, ale… nie możesz zawieść nas wszystkich, którzy pracowali razem na ten sukces.
– Wszystko będzie dobrze, proszę pana – zapewniała reżysera Anna.
– No nie wiem, nie wiem – mruczał pod nosem artysta, odchodząc i kierując swe kroki w stronę mężczyzny, który rozciągając się, schował głowę pomiędzy kolanami.
Anna uśmiechnęła się pod nosem. Mimo swego surowego tonu, pobrzmiewającego w niemal każdej wypowiedzi, choreograf sposobem bycia przypominał jej dobrego, sympatycznego dziadka.
Czas płynął jej strasznie wolno w oczekiwaniu na pierwszy poważny debiut. Annie wydawało się, że już po raz setny powtarza wszystkie ćwiczenia rozciągające, figury, skoki. Nie opuszczało jej też wrażenie, że rozgrzewała się już od ponad roku i będzie to trwać w nieskończoność. W jej głowie cały czas pojawiały się obrazy wypełnionej po brzegi sali, głosy jej wszystkich nauczycieli, wyliczających, co ma poprawić, co zrobiła źle. Nadchodziła jej chwila. Chwila, za którą zapłaciła drogą cenę. Chwila, na którą czekała całe życie.
Nie mogła zaprzepaścić tej szansy.
Anna w ramach rozgrzewki wykonywała głębokie skłony, gdy do sali weszła Dienisija. Smagła i wysoka, zbudowana doskonale. Jej blada skóra okrywała długie, silne mięśnie. Włosy miała spięte w kok, podobnie jak inne baletnice. Nie zaczęła się rozgrzewać, by być gotową na występ. Podeszła za to do Polki wraz ze swoimi trzema przyjaciółkami.
– Oho! Kogo my tu mamy? Prima balerina prosto z zachodu. – W głosie Dienisiji pobrzmiewały niechęć, sarkazm i politowanie. Zaczęła krążyć wokół Anny, którą darzyła prawdziwą i szczerą nienawiścią. – Uważaj tylko, by w czasie występu nie połamać sobie tych pięknych nóżek. Durna polka.
– Proszę cię, odejdź – powiedziała szykanowana, wzrok wbijając w ziemię.
– Ha! Odejść? To ty nie odeszłaś, kiedy powinnaś. Co się tak patrzysz? Dobrze wiesz jaka jest prawda. To ja powinnam grać Odettę.
Przyjaciółki Dienisiji westchnęły głośno. Osoby stojące najbliżej wstrzymały oddech.
– Taa… – kontynuowała rosyjska baletnica – Wszyscy dobrze wiemy, że to nie niezwykły talent, czy umiejętności zapewniły ci tę rolę. Nie doświadczenie, ani znajomości. Tej roli nie zapewniły ci nawet pieniądze. – Dienisja stanęła naprzeciw Anny. Pochyliła się nad nią złowrogo i nie cedząc już słów, lecz sycząc, dalej wydobywała niechlubną prawdę na światło dzienne. – Przyznaj się. Powiedz, na co musiałaś się zgodzić, by zagrać Odettę. Nie jesteś baletnicą. Jesteś zwykłą dziwką!
Uszy Anny zmieniły kolor na krwistoczerwony. Buzowała w niej niepowstrzymana wściekłość temperowana przez straszne zażenowanie.
– Dziwka! – Dienisja podniosła głos i szturchnęła Polkę, która zatoczyła się i o mały włos nie upadła. – Zobaczcie jak tańczy! – Rosjanka ponownie pchnęła swoją ofiarę, która tym razem wylądowała na ziemi.
– Nienawidzę cię! Nienawidzę! – zaczęła krzyczeć Anna, czując spływające po jej policzkach łzy. Wokół zaczęło zbierać się towarzystwo, chcące zobaczyć, co się dzieje. Cisza stała się namacalna. – Słyszysz! Nienawidzę! Idź do diabła! Wynoś się z mojego życia! Wszyscy się wynoście!
Anna czuła, że dłużej tego nie wytrzyma. Te wszystkie wbite w nią pary oczy, pogardliwe uśmiechy, szepty. Durna polka. Dziwka.
– Wynoście się! – wrzasnęła jeszcze raz.
Łzy ciurkiem popłynęły jej z oczu. Skryła twarz w dłoniach i łkała jak bezradne dziecko, które zgubiło gdzieś swoich rodziców.
Albo zostawiło ich na zachodzie. Gdzieś w Polsce.
Anna nie miała sił podnieść głowy. Nie miała w sobie tyle mocy, by wstać i spojrzeć w oczy wszystkim tym ludziom. Była zbyt słaba.
Poza tym, skąd Dienisja się dowiedziała? Od kogo poznała tę niechlubną prawdę? Przecież dyrektor chyba by się nie zdradził… Mogła się domyślić? Być może. Albo po prostu gadała, co jej ślina na język przyniesie, a żeby ją obrazić i ośmieszyć przyrównała ją do puszczalskiej ulicznicy.
Wśród ciszy, która owładnęła salą treningową, ozwało się głuche stukanie obcasów. Ktoś szedł w stronę baletnicy.
– Anno. – Poczuła na swoim barku ciepło męskiej dłoni. Uniosła wzrok.
Wokół nie było nikogo. Wszyscy znikli. Na sali pozostała tylko ona i choreograf, który przy niej ukucnął.
Polkę zatkało. Otarła łzy, starając nie zepsuć sobie makijażu.
– Anno…
– Gdzie się wszyscy podziali? – przerwała gwałtownie swojemu przełożonemu. – Gdzie są wszyscy tancerze, aktorzy, trenerzy? Gdzie poszli?
– Anno. – Reżyser próbował przygładzić niesforny kołtun włosów. – Liczę na ciebie, nie zawiedź mnie. To pierwsze takie przedsięwzięcie w historii naszego teatru. Jedna tancerka na scenie. Wszystkie oczy zwrócone tylko na nią… Klimatyczna muzyka i lektor opowiadający całą historię… Zresztą, po co ja ci to mówię, przecież znasz scenariusz. Wszystko opiera się w głównej mierze na twojej umiejętności improwizacji… Będziesz gwiazdą – skwitował.
Polka wstała i ponownie zlustrowała wzrokiem całą salę. Nie było na niej nikogo. Pustka. W lustrach widziała swoją sylwetkę i mocno umalowaną twarz oraz stojącego obok niej reżysera. Żadnych rosyjskich baletnic, tancerzy, statystów, charakteryzatorów. Znikła Dienisja.
Życzenie Anny się spełniło.
– Gdzie są wszyscy, proszę pana?
– Anno, Anno, wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale dzisiejszego wieczoru wystąpisz sama. To dość nowoczesna sztuka, już ci mówiłem. – Choreograf wydawał się szczerze zdziwiony zachowaniem baletnicy. – Za chwilę ostatni raz wszystko przećwiczymy.
Wciąż zszokowana Polka, wzięła machinalnie scenariusz z rąk mężczyzny i zaczęła go przeglądać. Przewertowała kilka stron, starając się zapamiętać cały ciąg układu tanecznego. Znała wszystkie podstawowe baletowe kroki, skoki, pozy. W sztuce, w której zaraz miała wystąpić, występowały one w kolejności, z jaką się wcześniej nie spotkała.
Scenariusz nie miał nic wspólnego z Jeziorem Łabędzim.
– Nie, to jest jakiś żart, okrutny żart – mruknęła do siebie.
Wiedziała, że nie zdoła się tego nauczyć w ciągu pół godziny, jakie jej pewnie zostało. Nie miała najmniejszych szans. Zresztą… Jak w ogóle może myśleć o tym, że nie zdąży przygotować się do występu, jak przed chwilą obok niej, na jej życzenie, wyparowało kilkudziesięciu ludzi! Zniknęło. Ulotniło się. Przepadło. Zdematerializowało się.
Poza tym sam występ. Jego idea też znikła, a zastąpiła ją jakaś nowa, awangardowa, z którą wcześniej się nie spotkała. Wszystko, co było, znikło, a rzeczywistość ugięła się i uplastyczniła pod dyktando Polki.
Anna chwyciła się za głowę.
– To się nie dzieje…
Podeszła do wielkiego, czyściutkiego lustra. Przyjrzała się swojemu obliczu. Kątem oka sprawdziła, czy reżyser stoi w bezpiecznej odległości od niej. Przeglądał scenariusz, przebywając we własnym świecie. Nie miał szans dostrzec dziwnego zachowania Anny.
– Dobra. – Baletnica spojrzała w swoje orzechowe oczy. – Załóżmy, że ci ludzie znikli, bo ty tak chciałaś. Co to może oznaczać? Masz moc? Umiesz czarować? – Westchnęła i przygładziła delikatnie włosy w jednym miejscu. – Kobieto, może jak znów o coś poprosisz, to… to się spełni?
Anna odwróciła się od lustra i spojrzała na trzymany w jednej ręce plik kartek. Już wiedziała czego chce.
– Jeśli rzeczywiście mogę czarować, to chcę, żeby ten scenariusz od razu znalazł się w mojej głowie. Chcę umieć go i znać na pamięć.
Zamknęła oczy, czekając na… sama nie wiedziała na co. Bicie niebiańskich dzwonów? Błyskawice i grzmoty? Oślepiającą jasność? Nic z tych rzeczy nie towarzyszyło zniknięciu artystów.
I tym razem nie wydarzyło się nic szczególnego.
Anna westchnęła bezradnie. Skąd niby miała wiedzieć, że scenariusz już zacumował w jej głowie? Istniał chyba tylko jeden sposób, by się dowiedzieć. Baletnica podeszła do bujającego w obłokach reżysera i chrząknęła znacząco.
– Tak? – Mężczyzna zogniskował rozbiegane spojrzenie na twarzy Anny. Zanim ta zdążyła coś powiedzieć, polecił jej tonem, nie znoszącym sprzeciwu: – Zatańcz jeszcze raz cały pierwszy akt, a później… po prostu trochę odsapnij przed występem. – Reżyser klasnął w dłonie zachęcająco. – No dalej! Dalej! Akt pierwszy!
Akt pierwszy.
Na te słowa coś w głowie Anny się ożywiło. Jakieś trybiki wskoczyły na właściwe im miejsce, otwierając dostęp do zapisanego w pamięci scenariusza.
Od ballotté zaczęła swój taniec. Wszystko robiła automatycznie. Jak robot. Zanim zdążyła pomyśleć jaki skok, jaka figura powinny teraz nastąpić, już je wykonywała. Była szybsza od własnych myśli, więc starała się przestać myśleć. Podobnie jak ekscentryczny choreograf, na moment wstąpiła do własnego świata, gdzie liczyło się tchnienie chwili, wypełnionej brakiem koncentracji i zanurzeniem w odmętach własnej podświadomości.
Tylko jedna, jedyna myśl przeszła Annie przez głowę.
Kolejne jej życzenie się spełniło.
***
Czerwona, tonąca w mroku, wielka kotara po raz pierwszy w życiu wydała jej się tak przytłaczająca.
Anna była sama. To pewnie dlatego to uczucie jej nie opuszczało. Zdawało jej się, że jakiś ogromny ciężar spoczął na jej barkach, a ona jest zbyt słaba, by go udźwignąć. „Zaraz upadniesz. Chwila, moment i zemdlejesz." – podszeptywały wyimaginowane głosy w jej głowie.
Zza szkarłatnej połaci płóciennej ściany dochodziły głosy. Rozmowy i śmiechy zebranych na sali ludzi. Wszyscy oni czekali na jedno. Na solowy występ Anny.
Polka czuła się zagubiona. Jeszcze pół godziny temu miała tańczyć Jezioro Łabędzie, a teraz stała przed kotarą ze świadomością, że zaraz weźmie udział w jakimś szalonym, awangardowo-klasycznym przedstawieniu, którego treści nawet nie znała. Chyba nie znała.
Wszystko stało się tak szybko. Ostatnie przeżyte przez Annę chwile były jakby wyjęte ze snu. Albo z koszmaru. Sama nie wiedziała, co o tym myśleć.
Już od pierwszego spotkania z Dienisją oplotła się z nią nicią wzajemnej nienawiści. Jednakże nigdy szczerze nie myślała o tym, by wyrządzić jej jakąkolwiek krzywdę.
Na pewno tego nie chciała? To już nie pamięta, co wykrzyczała na sali treningowej godzinę temu?
Przecież to na jej życzenie Rosjanka i aktorzy zniknęli. Kto wie, czy nie na zawsze. Może nawet umarli?
Czysty i dźwięczny odgłos gongu wyrwał Annę z zamyśleń. Odetchnęła głęboko. Tradycyjne zdenerwowanie i trema nie miały zamiaru jej opuszczać. Baletnica się nimi nie przejmowała. Doskonale wiedziała, że wraz z odsłonięciem kotar uporczywe drżenie nóg minie, a ona ze spokojem w duszy zacznie swoje solowe przedstawienie.
Stłumione głosy publiczności powoli milkły. Odezwała się orkiestra. Zadudniły kotły, a wraz z nimi poczęła podnosić się kotara.
Anna sprężyła się. Zebrała myśli i skupiła je na jednej, jedynej rzeczy. Na tańcu. Wyprostowana jak struna, z dłońmi uniesionymi wysoko ku górze, z prawą nogą wysuniętą nieco przed lewą, z głową opuszczoną, z oczami wbitymi w pointy, stała i czekała, czując jak powoli ogarnia ją dreszcz niesamowitego podniecenia. Wtem muzycy, na znak dyrygenta, zagrali głośniej i szybciej. Polka zaczęła tańczyć.
Ballotté. Jeden, drugi, trzeci. Zawirowała. Skoczyła. Znów zawirowała. Ballotté ponownie. Akt pierwszy, drugi, trzeci. Wlepione w nią spojrzenia publiczności, ubranej bogato, zasłuchanej łaskawie, za binoklami schowanej, zza wachlarzy mrugającej. Tańczy. Wśród dudnienia bębnów, dzwonienia trójkątów, trąbienia trąbek, łoskotania werbli. W świetle reflektorów. W blasku łakomych spojrzeń. Jej stopy, uzbrojone w białe pointy, wystukują rytm nowoczesnego przedstawienia na starym, wytartym parkiecie.
Było podobnie, jak na próbie ze scenarzystą. Przestała myśleć. Dla Anny czas się zatrzymał. Miała wrażenie, że mimo wszystkich figur, jakie wykonuje, skoków, których się podejmuje, to ona stoi w miejscu, a ruszają się, oglądający ją, ludzie.
Występ Polki dobiegał końca. Orkiestra grała coraz wolniej, ucichły niektóre instrumenty. Anna drobiąc kroczki i z gracją rozglądając się na boki spuszczoną głową, wycofywała się za opadającą kotarę. W końcu szkarłatne płótno całkowicie ją zasłoniło.
Usłyszała oklaski. Jak grom z nieba, wypełniły całą salę. Ta burza braw Annie uderzyła do głowy. Obezwładniła ją i upajała, niczym najlepszej jakości narkotyki.
Gdy kotara znów się uniosła, baletnica ponownie pojawiła się na scenie i miała wrażenie, że tonie. Tonie wśród aplauzu publiczności, sztormu klaszczących dłoni, wichru przyjaznych gwizdów. Fala splendoru i sławy nie spadła na nią i pozostałych aktorów. Lecz tylko na nią. Nie musiała dzielić się tą radością z innymi tancerkami, z mężczyzną odgrywającym księcia Zygfryda, z Dienisją. Na scenie kłaniała się publiczności zupełnie sama.
Była szczęśliwa.
***
Ledwo kurtyna zdążyła opaść, ledwo oklaski ucichły, ledwo odsapnęła, a rozradowany choreograf już rzucił się Annie na szyję. Całował ją po policzku z czcią przepełnioną gwałtownością.
– Byłaś wspaniała, wspaniała! Dziękuję ci! Będziesz sławna, zapewniam cię, będziesz kiedyś sławna…
Baletnica dziękowała mu, maskując nadmierną dumę z samej siebie skromnymi półsłówkami i nieśmiałym uśmiechem.
– A co by pan poprawił?
– Och, nie rozmawiajmy o tym teraz. Uwagi zostawmy na później. Teraz cieszmy się z sukcesu!
***
Później wszystko potoczyło się niezwykle szybko. Wykończona i spocona zrzuciła z siebie biały kostium, czując niejaką ulgę, że znów będzie zwykłą Anną, a nie fikcyjną postacią, którą odgrywała. Wskoczyła pod prysznic przeznaczony dla aktorów. Z radością przyjęła na swój zgrzany kark strumień lodowatej wody. Poczuła niezmierną ulgę. Wreszcie było już po wszystkim. Po premierze spektaklu i jej pierwszym, poważnym występie.
Kilka chwil później, ubrana w ciepły płaszcz, kozaczki i owinięta grubym, przyjemnym w dotyku szalem, wyszła tylnim wyjściem z teatru. Zamknęła za sobą drzwi i omal nie wpadła na ludzi, czekających na dworze. Usłyszała huk. Odruchowo podskoczyła w miejscu przestraszona, mimo iż od razu zorientowała się, że to wystrzelił korek od szampana. Z butelki, trzymanej przez dyrektora teatru, wypłynęła bajeczna piana. Zebrane towarzystwo zaklaskało na cześć Anny.
Zaskoczona Polka, nie wiedziała, co powiedzieć. Wyręczył ją Igor Nikitow.
– Jako dyrektor, chciałbym ci serdecznie podziękować, droga Anno, za to, że zdecydowałaś się wybrać właśnie nasz teatr, jako… hmm… – Mężczyzna skierował wzrok ku zachmurzonemu niebu, szukając w myślach odpowiedniego słowa. – Jako przedsionek swojej przyszłej, niewątpliwie wielkiej, kariery.
W Annie zagotowało się na myśl o cenie, jaką zapłaciła, by móc rozkręcić swoją karierę. Przez chwilę miała ochotę wyrwać Igorowi butelkę szampana z ręki i zacząć tłuc go nią po tej łysej pale, okrytej tandetnym, tanim tupetem.
Opanowała się. Zdobyła nawet na uśmiech. Jakże fałszywy grymas twarzy, który będzie nosić do końca życia.
– Dziękuje wam wszystkim. Naprawdę dziękuję. – Ukłoniła się nieznacznie, starając się wyglądać naturalnie.
Rozlano szampana do przygotowanych kieliszków. Wśród zebranych ludzi Anna znała tylko dyrektora teatru oraz choreografa. Reszta towarzystwo mieniła się jej przystojnymi szczękami (pewnie aktorów), pięknie umalowanymi oczami (pewnie aktorek), tkwiącymi w ustach papierosami oraz nabytymi w najdroższych sklepach Moskwy butami, płaszczami i kapeluszami.
Polka przechyliła naczynie i wypiła do dna. „Co za pomysł, żeby pić na takim mrozie?" – zaczęła się zastanawiać, gdy na myśl przyszła jej niezwykle stereotypowa odpowiedź – „no tak, jestem w Rosji".
– To jakie masz plany na przyszłość Anno? – zaczepił ją jeden z aktorów, uśmiechając się szeroko, jakby bezczelnie.
– Nie planuję na razie nic poza przygotowaniem się do następnego spektaklu – tradycyjna, skromna odpowiedź na tradycyjne, czysto grzecznościowe pytanie.
– Moja Anna!… Zawsze taka skromna! I jakże utalentowana! – Dyrektor teatru podkreślił swoją wypowiedź palcem wskazującym, wykonując gest, jakby komuś wygrażał.
Moja Anna. Co ten człowiek sobie myśli?
Polka miała ochotę bezczelnie odparować Igorowi Nikitowi. Rozsmarować na jego tłustej mordce szyderczą ripostę. Na szczęście udało się jej powstrzymać. Znów przybrała swój grzeczniutki uśmiech dziewczyny z ubogiej rodziny i zamilkła.
– Igor ma rację, masz wielki potencjał i talent. – Mile połechtał Annę wysoki aktor o pięknej, bladej cerze i tajemniczym uśmiechu. – Może chciałabyś, kiedyś przećwiczyć ze mną jakieś układy, albo poprawić mimikę twarzy… Wiesz możemy się umówić…
– Pieprzony erotoman! – przerwała mu gwałtownie kobieta w czerwonym płaszczu, dodając do poniżającego przytyku solidny cios otwartą dłonią w jego czerwony od mrozu policzek. Całe towarzystwo wybuchło śmiechem. Jedynie dyrektor zasępił się, jakby nagle wpędzony w zły humor.
– Dobra, koniec tego. Robi się już zimno. Pora iść do domów!
– Tak, masz rację. Zaraz zamarznę – przytaknął Igorowi jeden z aktorów, trzęsący się jak galaretka.
– Dajcie mi kieliszki, zaniosę je do środka – zaoferował się dyrektor teatru, a gdy zobaczył, że sam nie da rady wziąć całego zestawu, zwrócił się do Anny. – Pomożesz mi?
Polka bez słowa protestu zebrała resztę kieliszków. Wszyscy pożegnali się, wymieniając przyjacielskie uściski dłoni i pocałunki w chłodne policzki.
– Ach, właśnie. Anno – na odchodnym zwróciła się do niej jedna z aktorek. – Organizuję jutro imprezę u mnie w domu. Mam nadzieję, że się zjawisz.
– Oczywiście, że przyjdę. Miło mi, że mnie zaprosiłaś.
– Nie ma za co. Dobranoc.
– Dobranoc.
W końcu towarzystwo rozeszło się, pozostawiając Annę i Igora samych wśród przenikliwego rosyjskiego mrozu.
– Chodź, zaniesiemy te kieliszki do mojego gabinetu. – Na dźwięk jego głosu baletnicy zjeżyły się włosy na karku. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z powagi całej sytuacji.
Dyrektor otworzył drzwi od teatru i wszedł do środka. Anna wkroczyła za nim.
– Wiesz, co ci powiem? Pewnie słyszałaś to w ciągu ostatnich kilkunastu minut już ze sto razy, ale twój występ był naprawdę rewelacyjny. Podobał mi się. Uwierz mi, widziałem wiele przedstawień, ale to… Oczywiście scenariusz… Jego autor przeszedł samego siebie, trudno się nie zgodzić. Jednak nie zapominajmy o wykonaniu! Naprawdę, cały czas tkwią mi w pamięci te wszystkie twoje ruchy, gracja z jaką to wszystko robiłaś… Jak temu się oddałaś. Po prostu niesamowite – Igor paplał bez przerwy, gdy szli skrytymi w półmroku korytarzami. Anna doskonale wiedziała do czego to wszystko zmierza. Dlatego wszystkie te komplementy nagle wydały się jej pustymi farmazonami.
– Dz… Dziękuuję – powiedziała tylko, nie mogąc opanować drżącego głosu.
– Och, nie ma za co dziękować. A właściwie jest za co. Ale to ja muszę dziękować. Dziękować tobie za to, co wniosłaś do tego teatru.
Anna nie mogła już tego słuchać.
– To niesamowite! Taki talent, taki talent.
Igor Nikitow uśmiechał się pod nosem. Polka nie mogła tego dostrzec, bo szła za nim, oglądając jego szerokie, niedźwiedzie plecy, ale oczami duszy widziała to. Uśmiech dyrektora był wyjątkowo bezczelny i lubieżny.
– Och, oto i jesteśmy! – oznajmił z udawaną radością w głosie, mającą ukryć szczere podniecenie.
Stanął przed drzwiami do swojego gabinetu, by je otworzyć. Zaprosił Polkę gestem do środka. Anna przestąpiła próg pomieszczenia. Wydawało jej się, że kolana zaraz się pod nią ugną. Igor wszedł za nią i przekręcił kluczyk w zamku.
Baletnica głośno przełknęła ślinę.
– Gdzie odłożyć te kieliszki? – zapytała, wykorzystując swoje wszystkie umiejętności aktorskie, by zabrzmiało to niefrasobliwie.
Rozległo się pstryknięcie przełącznika. Żarówka, okryta nędznym, starym kloszem zaświeciła słabym blaskiem, wydobywając gabinet z mroku.
– O! I mamy światło! Kieliszki? Schowaj je do barku – polecił dyrektor.
Anna podeszła do drewnianego mebla i otworzyła jego przeszklone drzwiczki. Odłożyła wszystkie kieliszki. Igor podszedł i zrobił to samo. Polka poczuła jego drogie perfumy zmieszane ze smrodem jego potu. Zakręciło jej się w głowie.
– Bardzo było mi miło – zaczęła, nawet nie próbując ukrywać nerwowości. – Ale muszę już iść. Jestem piekielnie zmęczona.
Anna ruszyła szybkim krokiem w stronę drzwi. Gdy próbowała je otworzyć, wiedziała, że są zamknięte. Mimo to udała lekką konsternację.
– Och! Chyba przez przypadek pan zamknął drzwi… Mógłby je pan otworzyć?
Była przerażona. O mało nie załamał się jej głos.
Igor zamknął przeszklone drzwiczki od barku. Pokręcił z niedowierzaniem głową. Z jego uśmiechu można było wyczytać pytanie: czy ona naprawdę nic nie rozumie? Czy tylko tak rewelacyjnie udaje?
Odwrócił się w stronę Polki i podszedł do niej wolnym krokiem.
– Och, Anno, Anno. Przecież wiesz dobrze, że była między nami pewna niepisana umowa…
Baletnica obróciła się w stronę drzwi i szarpnęła mocno klamką. Dramatycznie walnęła pięścią w bejcowane drewno.
– Anno, Anno…
Polka ponownie odwróciła się, by zobaczyć górującego nad nią Igora. Z całą mocą naparła plecami na drzwi, żywiąc w sercu najszczerszą nadzieję, by ją pochłonęły i nie oddały na pożarcie wielkiemu mężczyźnie.
– Ale… Przecież… Już raz… Wypełniłam ten warrrunek t-tej umowy…
– No właśnie, tylko raz – szepnął jej złowrogo do ucha. – Dlatego też na razie raz wystąpiłaś w moim teatrze, prawda? Chciałabyś wystąpić jeszcze raz, czy może nagle odechciało ci się wspinać po szczeblach wielkiej kariery?
Anna poczuła na policzku jego ciężki oddech. Z trudem powstrzymywała się, by panicznie nie wrzasnąć. Jego wielkie, spierzchnięte wargi zaczęły szukać jej delikatnych, umalowanych na czerwono ust. Pocałował ją raz i drugi, bardzo łagodnie. Polka nie oddała tego pocałunku.
Zniecierpliwiony Igor w końcu przyssał się do niej, siłą wpychając do jej buzi szorstki język. Annie zrobiło się niedobrze. Jeszcze mocniej przywarła plecami do drzwi.
Dyrektor przycisnął się do niej jeszcze silniej. Tancerka w nagłym odruchu rozpaczy odepchnęła go gwałtownie.
Igor nawet się nie zachwiał. Był zbyt wielki. Oderwał się tylko od jej ust i pogroził palcem.
– Nu, nu, niegrzeczna dziewczynka.
Annie po policzku spłynęła łza. Jedna, druga. Zamknęła wilgotne oczy i czekała na najgorsze.
Dyrektor zdjął z niej płaszcz. Gwałtownie i niedelikatnie. Po chwili na podłodze wylądowały kolejne ubrania Polki.
Naga i poniżona wpiła się paznokciami w tapetę okrywającą ścianę po obu stronach drzwi. W myślach machinalnie zaczęła się modlić. Niech to szybko się skończy, błagam was bogowie, dobre duchy, jedyny Boże! Mimochodem przypomniała sobie wydarzenia dzisiejszego wieczoru. Jak dwa razy w niewiadomy dla niej sposób, spełniły się jej życzenia. Może teraz też się uda? Może zostało jej jeszcze trochę życzeń, magicznej mocy, czy czegokolwiek, co potrafiłoby odmienić to ciążące nad nią fatum?
– Chcę nie czuć. Po prostu nie czuć. Nie myśleć. Zapomnieć – szepnęła do siebie Anna.
Igor położył swoje wielkie, mięsiste dłonie na jej nagich piersiach. Przeszedł ją dreszcze obrzydzenia. Czekała.
Przejechał po jej ciele palcami, zmierzając w dół, co raz bardziej w dół. Po jej pępku na płaskim, wytrenowanym brzuchu. Coraz niżej.
Ale tancerka przestała czuć. Jej duch jakby odłączył się od jej ziemskiego ciała. Teraz już tylko z góry spoglądała na tą pełną obrzydzenia scenę, w której dyrektor spuszcza spodnie, jednocześnie przyciskając do siebie jej własną żałosną postać.
Jej życzenie się spełniło.
Nie czuła. Nie myślała. Po brzegi wypełnił ją niesamowity spokój.
W tej chwili nie była Anną. Nie cierpiała. Cierpiało jedynie jej ciało. Porzucone na pożarcie jako okup za świetlaną przyszłość.
***
Później pozostała w niej tylko wiedza. Czysto teoretyczne przekonanie, że zrobiono jej krzywdę. Nie czuła nienawiści, złości czy gniewu. Jedynie spokój. Ten sam, który stąpił na nią poprzedniego wieczoru, gdy padła ofiarą gwałtu. Nie opuścił jej.
Anna nie wiedziała skąd w niej tyle opanowania. Oczywiście, zdawała sobie sprawę z tego, że ostatnio została obdarowana pewną magiczną mocą i to na pewno jej zawdzięczała to, że bez mrugnięcia może normalnie żyć dalej. Jednak skąd te czary? Kto wypełnia jej wolę? Kto spełnia życzenia? Bóg? Dobra wróżka? Czy może będąc ostatnio na bazarze przez przypadek otarła się o jakiś dzban i uwolniła zamieszkującego go dżina?
Idąc wśród śnieżnej zawiei, snuła takie rozmyślania, w ogóle nie myśląc o poprzednim wieczorze i tragedii, jaka ją dotknęła. Kierowała się w stronę domu aktorki, u której miała odbyć się dzisiejsza impreza. Nie miała problemów, by do niego trafić. Jego właścicielka Jewa zadzwoniła do niej przed południem, by upewnić się, czy tancerka przyjdzie i wskazać jej odpowiedni adres i najkrótszą drogę.
Anna nie miała ochoty na zabawę tego wieczoru. Mimo to miała zamiar złożyć wizytę u Jewy, by bliżej poznać społeczność pracującą w teatrze i lepiej się z nią zintegrować. Wiedziała, że jeśli zignoruje jedno zaproszenie, drugiego może już nie dostać. Straciłaby mnóstwo wpływowych znajomych, którzy mogliby pomóc jej w zdobywaniu sławy. W oczach innych uchodziłaby za wyizolowaną, durną Polkę.
A tego nie chciała.
Wparowała do dużej, pokaźnej kamienicy i zamknęła za sobą drzwi. To tutaj – pomyślała tylko. Z ulga przywitała ponowną obecność czterech ścian, które odgrodziły ją od zacinającej wichury.
Klatkę schodową wypełniał nieprzyjemny zapach kotów, przemieszany z niebiańską wonią pieczeni. Widocznie ktoś szykuje przepyszną kolację w jednym z mieszkań na parterze…
Anna szybko pokonała szereg stopni i znalazła się na drugim piętrze. Stanęła przed drzwiami, do których przybita była tabliczka z napisem JEWA AKSJONOW. Z środka dobiegała wesoła muzyka. Idealna do tańca.
Polka zapukała, wkładając w to trochę sił. Tak, by ktoś ją usłyszał.
Po chwili drzwi się otworzyły i w progu stanęła Jewa.
– Och, to ty! Wreszcie jesteś! Już obawiałam się, że nie przyjdziesz! Wchodź, wchodź…
Anna weszła do środka. Wymieniła z aktorką delikatny pocałunek w policzek. Poczuła, że od gospodyni pachnie wódą przemieszaną z tanimi perfumami.
– Oddaj mi ten gruby płaszcz. Na dworze jest strasznie zimno, dlatego kazałam chłopakom dołożyć ognia w piecu. Jest tu teraz gorąco jak na Karaibach. Cha! Karaiby w centrum Moskwy! – zakrzyknęła Jewa wesoło, rada z własnego dowcipnego porównania. – Miałaś jakieś problemy z trafieniem do mnie? – zapytała odwieszając płaszcz Anny na kołek i tak już uginający się pod ciężarem różnorakiej garderoby przybyłych gości.
– Nie, nie miałam żadnych problemów… No może poza tą wichurą.
– Co racja to racja. Mam wrażenie, że tu niemal wiecznie jest zima. I to straszna zima. No, ale cóż… Witamy w Rosji!
Jewa roześmiała się na cały głos. Polka nie chcąc być niegrzeczna, uśmiechnęła się delikatnie, udając rozbawienie.
Aktorka wzięła ją pod ramię i wprowadziła do całkiem obszernego salonu wypełnionego gośćmi.
– Zobaczcie kto przyszedł! Nasza świeżo upieczona gwiazdeczka! – zawołała podchmielona Jewa.
Wszyscy obrócili się w stronę Anny, wlepiając w nią ciekawskie spojrzenia. Polka oblała się pąsowym rumieńcem. Z tłumu pojedyncze osoby powiedziały głośno „cześć" i powróciły do przerwanej rozmowy, picia. Stojący najbliżej tancerki podawali jej dłonie, całowali jej policzek. Niektórzy przedstawili się jej grzecznie.
Po upływie kilku minut, ku jej nieskrywanej uldze, przestała absorbować uwagę tylu osób.
– Napijesz się? – zaproponowała Jewa
– Wiesz… – Anna z początku chciała odmówić, jednak po krótkim zastanowieniu pomyślała, że trunek pozwoli jej czuć się pewniej. – Bardzo chętnie.
Podeszła z właścicielką mieszkania do staromodnego barku, wypełnionego najróżniejszymi flaszkami. Finlandia, Johnnie Walker, Stolicznaja – głosiły etykietki na szklanych butelkach. Jewa wyciągnęła dwa małe kieliszki i rozlała do nich przezroczystego, alkoholowego napoju.
– To za co pijemy? – spytała nieśmiało Anna.
– Hmm… Nie wiem, może za ciebie. Twój taniec i twoją karierę.
Tancerka nie miała czasu zaprotestować. Aktorka błyskawicznie tryknęła swoim kieliszkiem o jej, po czym jednym haustem wypiła całą jego zawartość. Anna poszła w jej ślady. Wódka przez chwilę poparzyła ją w gardle. Polka skrzywiła się.
– Ojoj, pierwszy nie wchodzi tak dobrze! Wiem coś o tym! – zaśmiała się czerwona na twarzy Jewa i z wprawą godną barmana polała do kieliszków jeszcze raz. – Teraz ty wznieś toast.
– Może za udaną imprezę dziś wieczór?
– Och czemu nie? Piję za to już piąty raz dzisiaj, ale czemu nie?! Co? Pijemy za dobrą imprezę! – aktorka podniosła głos tak, by usłyszeli ją wszyscy goście. Większość z nich odkrzyknęła radośnie i wzniosła swoje kieliszki. Anna z Jewą opróżniły swoje, w ich ślady poszła reszta.
– Uff… Na razie wystarczy. Dziękuję. – Polka zakryła swój kieliszek dłonią, uniemożliwiając gospodyni ponowne zapełnienie go wódką.
– Jesteś pewna? Jak chcesz…
Jewa zakręciła butelkę i schowała ją z powrotem do barku. W tym samym momencie zawołał ją jeden z mężczyzn. Wysoki brunet o pięknym spojrzeniu, przesiadujący na kanapie w towarzystwie swoich znajomych.
– Już idę! Już idę! Wybaczysz mi, prawda? – Aktorka wymownie spojrzała na Annę i odeszła.
Polka została sama. W głowie zaczynało jej lekko szumieć od wypitego alkoholu. Oparła się plecami o barek i z zaciekawieniem przypatrywała się temu obrazowi ogólnego rozgardiaszu. Wszyscy rozmawiali, śmiali się, dowcipkowali, pili. W kącie salonu mężczyzna o pociągłej twarzy i rozczochranych włosach całował się z kobietą w długich blond lokach. Anna szybko odwróciła spojrzenie od tej sceny. Jakby gdzieś w odległych granicach jej jaźni budziła ona wspomnienia, które zostały częściowo wymazane.
– Przepraszam, ale to ty jesteś Anną, prawda?
– Słucham? – Zbita z tropu Polka zauważyła, że obok niej pojawił się mężczyzna. Średniego wzrostu, o dużych błękitnych oczach i z ciemnym włosami zaczesanymi do tyłu. Diablo przystojny.
– To ty jesteś Anną, prawda? – powtórzył nieznajomy, uśmiechając się kącikami ust.
– Tak, to ja… A pan to…
– Klimentij – przedstawił się mężczyzna podając tancerce dłoń, którą lekko uścisnęła. – Bardzo mi miło.
– Mi również.
– Widziałem wczoraj twój występ. Coś niesamowitego, naprawdę. Masz talent.
– Dziękuję – odpowiedziała krótko i rzeczowo na miły komplement.
Który to już raz słyszała od swojego występu podobne słowa? Masz talent. Świetnie tańczysz. Bla bla bla. Miała tego powoli dosyć. Wszyscy ją chwalili. Czy nie znajdzie się choć jedna osoba, która powie, co było źle i co należy poprawić? Jak niby ma stawać się lepszą, jeśli wszyscy wmawiają jej, że jest doskonała?
Z drugiej strony właśnie tego pragnęła od zawsze. Sławy. Oklasków. Pochwał. Dlaczego teraz tak ją denerwowało to wszystko? Po prostu mam zły nastrój – odpowiedziała sobie szybko w myślach Anna.
Zły nastrój? A czy to przypadkiem coś innego ci nie dolega? Na przykład sposób w jaki do wszystkiego dosz…
– Podoba ci się impreza? – Klimentij wyrwał tancerkę z zamyślenia, jednocześnie przeganiając złośliwy głosik w jej głowie.
– Och… Oczywiście. Jestem tu dopiero od kilku minut, ale naprawdę jestem zachwycona. – zełgała gładko Anna. Tego też miała dość, ciągle musiała kłamać. Jakby to było częścią jej zawodu. – Ty też pracujesz w teatrze? Jesteś aktorem?
– Nie, nie – zaprzeczył z uśmiechem. – Nie pracuję w teatrze.
– W takim razie czym się zajmujesz? I jak wmieszałeś się w to… Artystyczne środowisko?
– Nie jestem w najmniejszym stopniu związany ze sztuką. Pracuję w banku. A tutaj znalazłem się, bo miał tu przyjść również mój dobry znajomy Igor Nikitow.
W Annie serce na chwilę zamarło. Oblał ją pąsowy rumieniec. Na szczęście czar nadal działał i tancerka szybko odzyskała spokój. Była pewna, że gdyby nie magia, na dźwięk znienawidzonego nazwiska popłakałaby się, zaczęła wrzeszczeć lub robić jeszcze inne niechlubne i nie przysparzające sławy rzeczy.
– Znasz go?
– Tak, tak, oczywiście, że znam. Jest dyrektorem teatru – odpowiedziała prędko Anna, już w pełni panująca nad emocjami. – Jak się poznaliście?
– Och, to długa historia. Nie starczyłoby całej nocy na jej opowiedzenie. – Polce może się tylko tak wydało (w końcu już wypiła trochę), ale miała nieodparte wrażenie, że Klimentij zmieszał się, jakby coś ukrywał. – Niech wystarczy ci to, że poznaliśmy się w najprostszy sposób, w jaki poznać mogli się właściciel teatru i lichwiarz z banku. Igor pewnego dnia zawitał do mnie w sprawie pożyczki na jakieś artystyczne przedsięwzięcie. Ja mu jej udzieliłem, a później jakoś tak wszystko się potoczyło… – Mężczyzna nerwowo podrapał się za uchem. Gdyby Anna znała go dłużej niż pięć minut, niewątpliwie drążyłaby dalej ten temat, by upewnić się w przekonaniu, że Igora i Klimentija łączą jakieś nieczyste interesy. Teraz jednak byłoby to zachowanie wysoce niegrzeczne z jej strony. Nieprzystające przyszłej wielkiej gwieździe.
– To musi być fascynująca opowieść. Z chęcią ją kiedyś usłyszę. Znasz tutaj kogoś prócz Igora, którego jeszcze nie ma?
– Teraz już tak – uśmiechnął się do niej czarująco i mrugnął konspiracyjnie jednym okiem. – A tak oprócz ciebie, to zdążyłem już poznać Jewę. Bardzo miła i urocza kobieta, nie sądzisz?
A dzisiaj już wyjątkowo upita, pomyślała sarkastycznie Anna, a na głos powiedziała:
– Tak, tak to prawda. Podziwiam ją, że chce się jej wyprawiać taką imprezę. Ja na jej miejscu nie potrafiłabym się teraz dobrze bawić. Cały czas myślałabym, ile następnego ranka będę musiała sprzątać. Brr… Przerażające.
Klimentij roześmiał się. Trudno było rozpoznać, czy szczerze, czy grzecznościowo. Anna ze znużeniem posłała mu miły uśmiech. Miała już dosyć tej całej grzecznościowej, słodziutko-upierdliwej konwersacji.
– Nie jesteś z Rosji, prawda?
Polka już otwierała usta, by odpowiedzieć, gdy powietrze, wypełnione dymem palonych papierosów przeszył donośny głos Jewy.
– Zobaczcie kto przyszedł! Number one naszego świata sztuki! Igor!
– Dzięki za przedstawienie, dzięki.
Dyrektor teatru wszedł do pokoju, pozdrawiając wszystkich. Na chwilę jego spojrzenie zogniskowało się na Annie, którą przeszył nagły dreszcz. Twarz zachowała posągową. Niewyrażającą żadnych uczuć.
Po chwili Igor przestał na siebie zwracać uwagę wszystkich gości. Zamiast tego dosiadł się do jakiejś grupy aktorów i napił się z nimi.
– To jak? Podobno jesteś z Polski, czyż nie? – podjął temat Klimentij.
– Tak, tak z Polski – odpowiedziała lekko zmieszana Anna. – Ale lepiej nie pytaj, jak tu trafiłam, bo to naprawdę długa historia. Obawiam się, że nawet dłuższa od tej twojej, która mówi o znajomości pewnego bankiera z pewnym dyrektorem teatru. Tak poza tym, to czy nie przyszedłeś tu, żeby właśnie się z nim spotkać?
– Tak, oczywiście, że tak… Ale nie będę mu teraz przeszkadzał. Rozmawia z jakimiś przyjaciółmi. Ja tu znam tylko jego, on zaś wszystkich, więc wiesz jak to jest…
Tancerka machinalnie kiwnęła twierdząco głową, że wie.
– Anno, zatańczysz?
Polka oblała się rumieńcem i szybko w głowie szukała jakiejś sensownej wymówki.
– Przecież nikt nie tańczy…
– No i co z tego? Nie po to Jewa włączyła muzykę, byśmy byli głusi na jej dźwięki. Co ty na to? No dalej, nie ociągaj się.
Anna otwierała usta, żeby powiedzieć coś, co zatrzyma Klimentija. Ten jednak ją uprzedził. Długimi, delikatnymi palcami chwycił jej dłoń. Drugą rękę położył na jej biodrze i zaczął z nią tańczyć.
Polka po raz pierwszy uświadomiła sobie pewną zasadniczą różnicę. Balet, który na co dzień odgrywała na scenie, był tańcem, ale zupełnie innym niż ten, który łączy ludzi na zabawach i balach. Ten pierwszy miał dla niej wymiar czysto zawodowy. Traktowała go jako rodzaj sportu, w którym przez cały czas trzeba się rozwijać. Drugi przepełniały podteksty i uczuciowość.
Zwykle swoich partnerów w odgrywanych sztukach traktowała nie lepiej niż kije od miotły, które miały pomóc jej w lepszym wyrażeniu siebie.
Tego wieczoru kij od miotły przeobraził się na jej oczach w niezwykle przystojnego lichwiarza. Stąd tańczyła spięta i z wzrokiem utkwionym gdzieś w podłodze. Tańczyła jak kompletna amatorka.
Poraziła ją myśl, że może się ośmieszyć na oczach wszystkich gości. Dlatego skoncentrowała się. Uniosła głowę i spojrzała w błękit oczu Klimentija. Zrobiła kilka kroków, przejmując inicjatywę. Jak profesjonalistka.
Mężczyzna nachylił się do jej ucha i szepnął:
– Dobra, dobra, nie rozpędzaj się, bo ja ci tu szpagatu nie zrobię…
Anna uśmiechnęła się do lichwiarza. Tym razem w pełni szczerze. Dalej prowadziła go, ale tym razem robiąc znacznie łatwiejsze kroki.
Tańczyli jeszcze dłuższą chwilę. W końcu coś dziwnego zwróciło uwagę Polki. W salonie słychać było jedynie muzykę. Nikt nie rozmawiał, ani nie rechotał głupawym śmiechem.
Speszona oderwała się gwałtownie od partnera. Rozglądnęła się po gościach. Wszyscy jak urzeczeni wpatrywali się w nią i Klimentija.
– Brawa dla pierwszej pary, miejmy nadzieję, że nie ostatniej – zawołała Jewa i zaczęła klaskać. Inni poszli za jej przykładem.
Skonsternowana Anna nieświadomie otworzyła usta. Nie miała pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Cieszyć się? Gniewać? Jak tak, to na kogo? Chyba na samą siebie.
Oklaski ucichły. Wtedy odezwał się on. Igor Nikitow. Stojący tyłem do otwartego okna, smakujący jakieś drogie cygaro
– Brawo, brawo! A właśnie, Klimentij, muszę ci coś powiedzieć. Anna prócz talentu tańca, została obdarzona jeszcze innym przepięknym talentem, którym niewątpliwie się z tobą podzieli.
Dyrektor wymownych ruchem bioder pokazał wszystkim gościom, o jakich to zdolnościach myśli. Wszyscy mieli już ostro w czubie i nawet te najpodlejsze, najgłupsze żarty wywoływały nagły atak śmiechu. Tak było i tym razem. Mieszkanie dosłownie zatrzęsło się od nagłego rechotu.
Do śmiechu nie było jedynie Klimentijowi i Annie.
W tancerce coś się złamało. Czar musiał przestać działać, bo nagle wszystkie ohydne wspomnienia ostatniego wieczoru wróciły do niej jak fale przypływu. Wezbrała w niej złość, przemieszana z bezlitosnym smutkiem. Miała ochotę zabić Igora. Zabić.
Przed oczami stanęły jej sceny. Gdy oddała mu się dobrowolnie oraz gdy wziął ją siłą. Zgwałcił. Doświadczyła jakby reminiscencji. Jak na dłoni widziała teraz wszystkie części tego zwierzęcego aktu. Jego rozpalony wzrok, posuwiste ruchy. Czuła smród jego potu przemieszany z wonią jakiejś drogiej wody kolońskiej. Czuła nawet jego dotyk.
Przestała się kontrolować. Po policzkach pociekły jej strumienie łez. Wycelowała palec w Igora, przepełniona jedyną nadzieją, jaka jej została.
Nadzieją, że jeszcze jedno, choćby ostatnie jej życzenie się spełni.
– Zniknij! Raz na zawsze zniknij z mojego życia! Zniknij! Idź w diabły! Mam magiczną moc, każę ci zniknąć!
Goście umilkli. Być może niektórzy z nich zrozumieli, że właśnie wyrządzono komuś krzywdę. Być może. Większość po prostu umilkła w oczekiwaniu na kolejny dowcip roku.
Igor rozłożył ręce w geście ociekającym niewinnością i poddaństwem.
– Nie zniknąłem. Przykro mi. Jewo przypomnij mi… Nie zapraszałaś dzisiaj Merlina ani Copperfielda, prawda? Zniknięcie w takim razie okazuje się niemożliwe…
Goście ponownie wybuchli śmiechem. Wszyscy. Kobiety i mężczyźni. Ryczeli jak nawiedzeni. Trzymali się za boki. Ktoś nawet zaczął turlać się po ziemi.
– Zniknij! Zniknij! Rzucam na ciebie czar!
– Anno, proszę. Po prostu stąd wyjdziemy… – próbował uspokoić ją Klimentij. Dotknął nawet delikatnie jej ramienia, chcąc objąć. Polka jednak wyrwała mu się gwałtownie.
Zawyła nieludzko i rzuciła się na Igora z okrzykiem „Zniknij!". Wpadła na niego z całym impetem. Dyrektor teatru potknął się o nisko zawieszony parapet okna i wypadł na zewnątrz. Szybował chwilę wśród wirujących płatków śniegu, po czym z głuchym łoskotem uderzył w bruk.
Na chwilę wszyscy zamilkli. Na bardzo krótką chwilę, po której w kamienicy rozpętało się piekło.
Annę unieruchomiło dwóch mężczyzn. Kilka kobiet zaczęło wrzeszczeć.
– Dzwońcie na policję! – ktoś krzyknął.
– I po karetkę!
– Morderczyni! Jak mogłaś?! – zawyła Jewa, a wraz z nią kilku innych ludzi.
Anna była oszołomiona. Wypełniła ją pustka, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie zaznała. Nie czuła dosłownie nic. Cały świat wsiadł do pędzącego pociągu, a ona jedyna została w tyle.
Wśród ogólnego rozgardiaszu, jaki zapanował, tancerka wychwyciła jedynie rozmowę dwóch mężczyzn. Byli tak schlani, że jako jedyni nie ruszyli się z miejsc i ze spokojem przypatrywali się tej scenie.
– Ej, stary – zaczął jeden z nich, mówiąc powoli i z trudem.
– No.
– Ona trafi do więzienia? A może… Nie, czekaj… Zabiorą ją do wariatkowa… Znaczy do szpitala psychiatycznego, co nie? – powiedział jeden z nich z dozą pijackiej mądrości w głosie.
– No, chyba – odpowiedział mu zdawkowo drugi, po czym pogrążył się w spokojnym śnie pijaka.
Ona trafi do wariatkowa, zadźwięczało w głowie Anny.
Straciła przytomność.
***
Zegar tykał. Jednak wpatrzony w ruch wskazówek Miron nie słyszał tego dźwięku.
Dochodziła dwunasta.
Młody student lekko drżał. Denerwował się. Siedząc w głównym holu, przysłuchiwał się dobiegającym z korytarza jękom, krzykom, piskom i innym dźwiękom, które wydobywali z siebie pacjenci. Po raz kolejny w ciągu ostatnich kilku minut w jego głowie odezwało się echem to samo pytanie: co ja tutaj robię?
– Przyszedłem na praktyki – mruknął do siebie. Po chwili zreflektował się, że jest w szpitalu psychiatrycznym i takie gadanie z samym sobą jest zupełnie nie na miejscu.
Oczywiście, jeśli uważał się za osobę zdrową.
Sam wybrał kierunek studiów. W tym przypadku nie brał pod uwagę podszeptów rodziców, że to zawód „bez przyszłości", czy przestróg nauczycieli, że zmarnuje wspaniały talent matematyczny. O nie. To, że zdecydował się życie poświęcić innym, było jego własną, samodzielnie podjętą decyzją.
Wskazówka pokazująca minuty stanęła w jednej linii z tą ukazującą godziny. Wybiła dwunasta. Mironowi zabiło szybciej serce. Doktor, który miał mieć z nim praktyki, mógł zjawić się teraz w każdej chwili.
Chłopak głośno wypuścił powietrze z płuc, zmierzwił bujną czuprynę.
Studiował Psychiatrię już od roku. Jednak dotychczas miał do czynienia jedynie z nudnymi profesorami, nauką z notatek, wykładami i twarzami zblazowanych rówieśników. Teraz nadszedł czas na wykorzystanie wiedzy w praktyce. Choćby w najmniejszym stopniu. Pierwszy raz miał spotkać się z tyloma… chorymi.
Czuł, że podkoszulek ma już całkowicie przepocony. W dalszym ciągu drżał i czekał. Czekał. Czekał. Stresował się.
– Pan Miron?
Wyrwany z zadumy student poderwał się na równe nogi i stanął na baczność.
– Tak jest, to ja.
– Miło mi poznać. Jestem doktor Igor Nikitow, będzie miał pan dzisiaj ze mną praktyki.
Gruby mężczyzna, który przed chwilą niemal wyrósł spod ziemi, podał Mironowi dłoń. Ten uścisnął ją energicznie i przedstawił się.
– Mi również bardzo miło pana poznać.
– Dobrze… To pana pierwsza wizyta u nas, prawda? – Gdy student przytaknął głową, doktor kontynuował. – W takim razie dzisiaj czeka pana jedynie szybki obchód ze mną. Przedstawię panu naszych pacjentów. Proszę za mną.
Lekarz ruszył, pozostawiając za sobą zapach słodkich perfum przemieszanych z potem. Miron z głośno bijącym sercem poszedł za nim.
Wkroczyli do korytarza skąd, dochodziły jęki, dyszenie, a czasem krzyki. Po obu stronach, rozmieszczone w równych odstępach od siebie, były drzwi od pokoi pacjentów. Wszystkie metalowe. Wszystkie zamknięte.
Lekarz zatrzymał się przed pierwszymi. Odsunął małą metalową sztabkę. Gestem kazał zajrzeć Mironowi do pomieszczenia.
– To typowy przykład Autyzmu. Ten chłopak został porzucony przez rodzinę, gdy ta tylko dowiedziała się o chorobie. Dlatego trafił tutaj.
– To smutne – powiedział całkiem szczerze student.
– Tak. Ale ty jako przyszły lekarz nie powinieneś myśleć w tych kategoriach – rzucił sucho doktor i poszedł dalej.
W ciągu kilkudziesięciu minut zdążyli obejść niemal wszystkich pacjentów. Miron, jako osoba niezwykle wrażliwa w pewnych momentach nie mógł powstrzymać łez i ocierał je ukradkiem, gdy doktor odwracał się do niego tyłem.
– Na koniec prawdziwy deser. Jeden z ciekawszych przypadków w naszym szpitalu.
Lekarz odsunął metalową sztabkę i teatralnym gestem kazał zajrzeć Mironowi.
– Oto Anna.
Student zerknął do pomieszczenia. Na łóżku siedziała kobieta. Ciemne, długie włosy falami spływały po jej plecach. Wpatrzona była w zakratkowane okno. Milczała.
– Kolejny przypadek autyzmu? – zapytał Miron.
– Owszem, ale nie do końca… Widzisz… To tak, jakby Anna stworzyła swój własny świat. Wiecznie przebywa w… imaginacji, choć przy jej tworzeniu, często bierze pod uwagę fakty zaistniałe naprawdę.
– To… Skomplikowane…
– Tak, trudno się z tobą nie zgodzić. Hmm wytłumaczę ci to na jej przykładzie. – Doktor odchrząknął i zaczął mówić. – Anna jest w naszym szpitalu od siedmiu lat. Ubzdurała sobie, że pochodzi z Polski, choć nigdy w niej nie była. W swojej wyobraźni uczyniła siebie baletnicą, występującą w teatrze Antona Czechowa. Swój świat miesza z naszym. Na przykład mnie uważa za dyrektora tego teatru, więc to jest tak jakby przyjęła moją postać do grona tych wszystkich wymyślonych bohaterów jej świata.
– Kogoś jeszcze z tego świata przeniosła do swojego?
– Nie. Tylko mnie. Reszta osób, do których czasem przemawia to wytwory jej wyobraźni, stworzone na podstawie wspomnień.
– Dlaczego tylko pana, zaakceptowała w swoim świecie?
– Nie wiem – skłamał dyrektor, uśmiechając się w duchu. Nawet będąc ciężko chorym psychicznie ciężko przeoczyć niedźwiedzia, który postanowił cię wykorzystać. – Jako, że ten swój świat stworzyła zupełnie sama, jest jego niepodzielną władczynią. Z tego faktu nie zdaje sobie zupełnie sprawy. Ostatnio odkryła, że jak bardzo czegoś chce, to jej życzenie się spełnia. Oczywiście spełnia się wyłącznie w jej wyobraźni… Nie wie, że jest chora. Nie wie także, że sama stworzyła świat, w którym przebywa. Dlatego wszystko to, co nagina według swojej woli przypisuje działaniom magii, czarów, czy innych zjawiskom pozaziemskim. Ciekawe jest również, to że przez siedem lat ani razu nie była świadoma tego, że jest w szpitalu. Tańczyła, rozmawiała ze ścianą i tak dalej. Wczoraj jednak w jej świecie zdarzyło się coś ważnego… Nie jestem pewien, ale kilka razy mówiła coś o zabójstwie. O tym, że ona zabiła… Zabiła, a świadkowie zadzwonili na policję… Ta przyjechała, stwierdziła stan rzeczy i odesłała ją do szpitala psychiatrycznego. Wydarzenia w jej świecie doprowadziły do tego, że nakryły się miejsca z jej wyobraźni oraz z rzeczywistości. Wczoraj wieczorem Anna pierwszy raz była ze swoim ciałem w jednym miejscu. W szpitalu.
– Czyli… Chce pan powiedzieć, że… Ona teraz tam siedzi, wie, że jest w szpitalu, ale wydaje jej się, że jest tutaj dopiero od wczoraj… Czyli teoretycznie ma szansę na wyzdrowienie, bo zdaje sobie sprawę z tego, gdzie jest…
– Nie wiem, nie wiem. Nadal nie wiemy, czy jest w szpitalu ze swojego świata, czy też z naszego…
– Uff… To naprawdę ciężki przypadek. – Miron z niedowierzaniem pokręcił głową.
– Tak. Czas przyniesie nam rozwiązanie… Możesz już iść. Dla ciebie to dzisiaj koniec zajęć.
– Dziękuję doktorze, do widzenia.
– Do widzenia.
Igor Nikitow odprowadził młodego studenta wzrokiem. Gdy ten oddalił się wystarczająco, doktor podszedł do drzwi Anny i otworzył je jednym ze swoich kluczy.
– Dzień dobry moja baletnico. Twoje zajęcia właśnie się zaczynają.
Pacjentka gwałtownie odwróciła głowę, gdy huknęły zamykane metalowe drzwi. Jej spojrzenie spotkało się z palącym wzrokiem mężczyzny, którego wczoraj zabiła.
– Och… Jak dobrze, że nic się panu nie stało… Naprawdę przepraszam, za to, co wczoraj zaszło. Mam nadzieję, że nie wyrzuci mnie pan przez to ze swojego teatru. Błagam…
Kobieta padła na kolana przed ubranym w biały kitel doktorem.
– O czym my mówimy… Taki mały incydent… On przecież nie może zaszkodzić twojej karierze.
Na twarzy Anny wykwitł prawdziwy i szczery, przejmujący swym pięknem, uśmiech.
Oryginalnie pomyślane realia. Ciekawe opko. Przysłówki i przymiotniki jak zwykle harcują, ale po redakcji i wycince zostanie na pewno to, co warto przeczytać i co się czytać da bez bólu. ;)
Ciekawe, miejscami zaskakujące. Dobrze zbudowany klimat, świetny styl.
Po dokonaniu poprawek byłoby lżej czytać. A jest co czytać. Niby jakiś standard, ale nie do końca...