- Opowiadanie: MrBrightside - Więcej łez niż uśmiechów

Więcej łez niż uśmiechów

Pozor!

Opowiadanie cierpi momentami na ciężkie niedobory fantastyki, ale stworzyłem je takie kalekie z pełną premedytacją!

Podziękowania dla bet, a zwłaszcza nieocenionej Joseheim, która bardzo cierpliwie odpowiadała na moje nękania. ;)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Więcej łez niż uśmiechów

Tego roku lipiec był wyjątkowo łaskawy i szczędził ludziom upałów.

Ewa stała przy oknie, bezwiednie gładząc dłonią brzuch. Zdawać by się mogło, że obserwuje pięcioletnią Hanię, bawiącą się w ogrodzie z Maxem – poczciwym kundlem, starszym od dziewczynki ponad trzykrotnie – „ma tu dożywocie”, zwykła mawiać mama Ewy. Kobieta jednak myślami była daleko stamtąd i bardzo niechętnie dawała sprowadzić się z powrotem na ziemię radosnemu piskowi i wtórującemu mu szczekaniu. Ręka za to poderwała się sama z brzucha, gdy nagłe uwypuklenie zaburzyło jego gładkość, a potem powoli zniknęło, nie pozostawiając po sobie śladu.

Żebra zabolały ostro od uderzenia. Paraliżujące poczucie lęku szybko zniknęło, wpełzając z powrotem tam, skąd przybyło, pozostawiając po sobie jedynie cień przykrego wrażenia gdzieś z tyłu głowy. Ewa ponownie położyła dłoń na brzuchu, który nigdy przedtem nie był tak wielki.

Które to? Leon czy Zuzia? – pomyślała. – Nieładnie tak straszyć mamę.

Drzwi do pokoju Ewy otworzyły się z cichym zgrzytnięciem. Do środka wchodziła rozbawiona Maria, babcia jej ciągle nienarodzonych dwóch skarbów. W ręku trzymała kubek z różowym napojem.

– Niemożliwy jest ten pies! – oznajmiła. – Taki stary, a taki głupi, goni jak szczeniak. Ale to dobrze, Hani się będzie lepiej spało, gdy też pobiega.

Maria nie zaczekała na odpowiedź, której zresztą Ewa nie zamierzała udzielać, tylko postawiła kubek na stole.

– Zrobiłam ci koktajl z truskawek, kochanie, póki jeszcze są.

 – Dziękuję. – Ewa uśmiechnęła się krótko. Tylko ustami. Jej spojrzenie pozostało zasnute pajęczyną myśli.

Kobieta odeszła od okna i, nie odrywając ręki od brzucha, ostrożnie skierowała się w stronę drzwi.

– Ewuś, znowu zaprzątasz sobie tym głowę? Będzie dobrze, naprawdę.

Ciężarna przystanęła, jakby zawahała się, by nagle zmienić zdanie. A potem usiadła na głębokim fotelu, którego fantastyczną wygodę odkryła dopiero gdzieś koło szóstego miesiąca ciąży. Jedyny mankament to wstawanie z niego. Z każdym kolejnym tygodniem i kolejnym centymetrem w pasie było coraz trudniej. Pal licho, że zaczęła potrzebować pomocy, by z niego zejść. Jej lędźwie doznawały błogostanu, gdy tylko tam siadała.

Ewa westchnęła głęboko. Dopiero teraz zauważyła, że kubek został na stole.

– Och… Mamo, mogłabyś…

Maria podała naczynie z koktajlem, nim jej córka jeszcze skończyła mówić.

– Cała ciąża przebiegała bez powikłań, więc nie masz czym się przejmować. A że dzieciątko ułożyło się nie tak, jak powinno… To nie koniec świata. Cesarka z pewnością mniej wrażeń cię będzie kosztować, niż naturalny poród.

Cięcie zaplanowano na za pięć dni. Jeszcze sto siedemnaście długich godzin. Ewa wręcz odliczała czas w ten sposób.

– Nie chodzi o sam poród – zirytowała się ciężarna, a potem napiła koktajlu. – Martwię się powikłaniami. Samą cesarką. To w końcu jednak zabieg. Tyle rzeczy może pójść nie tak… Pamiętasz jak Anka rodziła Hankę. Ile wszyscy przeszliśmy z Tomkiem, to nasze.

Maria przykucnęła obok fotela i złapała córkę za dłoń. Ścisnęła ją mocno.

– Wszystko skończyło się dobrze! Nie panikuj, lekarze wiedzą co robią!

– Nie panikuj! – powtórzyła Ewa z przekąsem i rezygnacją jednocześnie. Westchnęła i spojrzała matce w oczy, szukając w nich zrozumienia. – A gdy tobie tak wszyscy powtarzali, to co? Słuchałaś ich? Wierzyłaś im? No powiedz, szczerze.

Wyraz twarzy Marii zmienił się pod wpływem nuty nostalgii, która rozlała się ciepłym wspomnieniem po jej umyśle.

– Będziesz się ze mnie śmiać…

– Nie będę!

– Nie uwierzysz mi…

– Mamo! – Ewa spróbowała podeprzeć się o podłokietniki fotela i nachylić w kierunku Marii, lecz jej wysiłki spełzły na niczym. Mogła jedynie podnieść głos. Jednocześnie rozbawiła ją nagła aura tajemniczości wymieszanej z zawstydzeniem, jaką poczęła zasłaniać się jej rodzicielka. – No, powiedz mi!

Maria głęboko westchnęła. Uśmiechnęła się raz jeszcze, jakby łudząc się, że odwiedzie Ewę od dalszych nacisków. Jednocześnie zupełnie na przekór samej sobie, zapragnęła opowiedzieć tę historię.  Widząc zdeterminowanie i narastające zaciekawienie wymalowane na twarzy córki, zaczęła w końcu mówić:

 – Nigdy ci o tym nie wspominałam. Gdy rodziłam Tomka, pojawiły się komplikacje…

Urywki wspomnień powracały jako obrazy i dźwięki. Cholerny błękitny parawan rozstawiony na piersiach, który zasłaniał widok. Bardzo cienki, ledwo słyszalny pisk zamiast donośnego płaczu. Pośpiech personelu, wynoszącego do innej sali malutkiego człowieka, będącego wciąż na skraju życia. Położne, które niczym mantrę powtarzały, że wszystko będzie dobrze. Obojętność ich tonu, która budziła wściekłość, lecz potworne zmęczenie nie pozwalało nawet by krzyczeć.

– Podobno pierwszy poród zawsze trwa długo. Ten trwał za długo. Przydusił się biedak, pępowiną… Chyba pępowiną. To nie było istotne. Żeby go ratować, zrobiono mi cesarkę. Pamiętam, że szlag mnie trafiał, bo żadna dama na tej cholernej porodówce nie chciała mi powiedzieć, co dzieje się z moim dzieckiem. Wyobrażasz sobie, jak się bałam? Pewnie jak ty teraz, ale ze sto razy bardziej.

– Koszmar! – wypaliła Ewa. – Gdzie był wtedy tata? Jemu też nie powiedzieli?

Maria uśmiechnęła się z wyrozumiałością, najpiękniej, jak potrafiła.

– Słonko, wtedy ojców nawet na oddział nie wpuszczano. Tata oglądał was wszystkich przez taki dziwny monitor z korytarza… Ale nie o tym ci chciałam opowiedzieć. Rodziłam tak długo, że zdążyła się pojawić kolejna zmiana lekarzy. Kto wie, może właśnie dzięki temu wszystko skończyło się dobrze? Gdy położne zbywały mnie pustymi formułkami, pani doktor, którą pierwszy raz wtedy na oczy widziałam, nachyliła się nade mną i powiedziała, żebym się nie martwiła. Że wszystko się uda, a najdalej jutro wyjdę z synem do domu. I wiesz, Ewuś, co było najlepsze? Że położne mówiły z grubsza to samo! Ale ta lekarka poświęciła mi chwilę w całym tym zamieszaniu. Złapała mnie za przegub – tam jeszcze coś czułam! Nachyliła się nade mną i obiecała, że będzie dobrze. A ja, z jakiegoś powodu, uwierzyłam jej. Uspokoiłam się. Bo, jak się potem okazało, pani doktor miała rację.

Postanowiłam, że się do niej zapiszę. To był impuls. Intuicja mi to podpowiedziała. Nie było to jednak takie proste. Pani doktor nazywała się Alina Gawrys i pracowała jako ginekolog-położnik w naszym mieście od paru miesięcy. Jej statystyki były fenomenalne. Chyba każda ciąża, którą prowadziła, kończyła się pomyślnym rozwiązaniem bez powikłań. Miałam szczęście, dostając się do niej, zanim fama o jej nieomylności urosła do niebotycznych rozmiarów.

Ale do rzeczy. Nie chcieliśmy z tatą, żeby Tomek był jedynakiem. Nie chcieliśmy też, żeby różnica między nim a rodzeństwem była duża. Dlatego wkrótce zaczęliśmy się starać o kolejne dziecko. Marzyła nam się córka. Ot, żeby była parka… Pamiętam, że wspomniałam jej o tym na jednej z wizyt…

– Proszę, proszę siadać. – Lekarka wskazała krzesło, a sama majstrowała coś przy umywalce.

– Wszystko w porządku? – zaniepokoiłam się. Okna stały otwarte na oścież, a pani doktor zachowywała się naprawdę dziwnie.

A ona, zamiast odpowiedzieć, chwyciła papierowy ręcznik i bardzo obficie wydmuchała w niego nos. Ukazując mi czerwone oczy, odpowiedziała:

– Spokojnie, proszę siadać. To nic zaraźliwego. Po prostu córka koleżanki przyprowadziła tutaj swojego psa…

– Tutaj?! – zdumiałam się. W końcu byłyśmy w gabinecie lekarskim.

– Tak, tutaj! – Gawrys kichnęła głośno. Zawahała się. I znowu kichnęła. – Niech będą przeklęte sznaucery miniaturowe!

Usiadłam na fotelu, aby zaczekać, bo pani doktor nagle zaczęła telefonować.

– Halo? Halinko, kochana, powiedz, mamy na oddziale coś z ksylometazoliną? Tak?! A dałybyście radę podrzucić mi do przychodni? Skonam tu do piętnastej bez waszej pomocy!

Zapamiętałam tę dziwną nazwę, bo gdy wróciłam do domu, byłam przerażona, że pani doktor, którą wszyscy się zachwycają, ćpa psychotropy albo zaraża jakimś świństwem, kichając na prawo i lewo. Na szczęście okazało się, że to tylko lek na katar.

Po badaniu miało miejsce coś, co doskonale pamiętam nawet dziś. Powiedziałam, że razem z tatą chcielibyśmy mieć jeszcze córkę. Gawrys złapała mnie za przegub, jak wtedy, podczas porodu, i zaczęła mówić:

– Nie widzę po…

I urwała, bo znowu kompulsywnie kichnęła! Jednocześnie ścisnęła mnie mocniej.

– Naprawdę nie… – próbowała dokończyć, ale po raz kolejny katar wziął nad nią górę. Kichnięcie wydawało się być jeszcze donośniejsze, niż wszystkie poprzednie.

– Może powinna pani wziąć dzień wolny, dopóki tu chociaż nie wywietrzą?

– Cholera jasna! – pozwoliła sobie zakląć lekarka. Zamknęła moje dłonie w swoich i ścisnęła, choć nie za mocno. – Już jest dobrze. Chciałam tylko powiedzieć, że nie widzę powodu, dla którego szczęście miałoby się do was nie uśmiechnąć.

Jak się okazało, niedługo potem zaszłam w ciążę. Zorientowałam się jednak dopiero, gdy zaczął rosnąć mi brzuch i wydawało mi się, że czułam pierwsze ruchy, gdyż przytrafiło mi się coś takiego jak krwawienia ciążowe, które mylnie brałam za miesiączki. Na badanie USG wybrałam się do doktor Gawrys, wzięłam też tatę. Oboje byliśmy bardzo podekscytowani To był czwarty miesiąc, liczyliśmy, że być może uda nam się poznać płeć. Pani doktor nas nie zawiodła.

– Gratuluję syna – oznajmiła. – Kawał chłopa z niego.

Trochę nie tego się spodziewaliśmy. Lekarka manewrowała głowicą, ciągle oglądając szkraba w moim brzuchu i dopiero po chwili zauważyła, że nasza reakcja nie była zbyt wylewna.

– Co? Powiedziałam coś nie tak?

– Nie, nie – szybko zaoponował twój tata. – Mieliśmy nadzieję na córkę, ale… Każde dziecko będziemy kochać jednakowo. Prawda, skarbie?

Przytaknęłam.

– Każde dziecko to szczęście… – urwała lekarka. Zaczęła się intensywnie wpatrywać w ekran.

– Wygląda na to, że… – Serce zabiło mi mocniej. – Będą państwo mieli dwóch synów…

Byłam zszokowana.

– Trzech – sprostował tata. – Jednego już mamy…

Alina Gawrys spojrzała po nas. Oczami, w których w jednej chwili zabrakło typowego dla nich, niewymuszonego entuzjazmu, a które zaszły mgłą rozczarowania, bardzo subtelnie podbarwionego gniewem.

– Wyglądacie państwo na zaskoczonych – rzekła w końcu. – Powinniście się cieszyć! Duża rodzina to skarb. Dzieci to skarb. Wiele kobiet, które tu przychodzą, modli się całymi dniami o choćby odrobinę waszego szczęścia. Często bezskutecznie. Zbyt często.

Wyglądała na poruszoną, choć ewidentnie próbowała to ukryć. Zrobiło mi się głupio z powodu naszej reakcji.

– Sprawdzę jeszcze raz łożysko i już was puszczam – dodała pani doktor, szybko opanowując się, a ulotne napięcie, które zbudowała swoją wcześniejszą wypowiedzią, momentalnie prysło.

Bardzo nieudolnie zaczęliśmy ją przekonywać, że naprawdę się cieszymy. Było to trudne, bo nasze miny nijak nie zgrywały się z tym, co mówiliśmy. Obawialiśmy się, czy damy sobie radę z bliźniakami i jeszcze z małym Tomkiem.

– Pani Mario… – odezwała się lekarka, wyrywając mnie z rozmyślań. – Jakby to państwu powiedzieć… Tu jest jeszcze jeden płód. I… Niechże sprawdzę raz jeszcze… Tak… To dziewczynka!

Nie mogłam wydusić słowa. Tata za to roześmiał się do rozpuku i przeszedł po gabinecie, żeby ochłonąć.

– Niebywała klęska urodzaju się państwu przytrafiła. Trojaczki to naprawdę rzadka sprawa.

Przeraziłam się. Bałam się, że sobie nie poradzę. Tomka rodziłam z piętnaście godzin, więc ile zająłby mi poród trójki?

Tamten szalony wieczór był niezapomniany. Gdy wracaliśmy z tatą do domu, przez całą drogę nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem. Dopiero po jakimś czasie do nas to dotarło. Będziemy mieć trojaczki!

Poród odbył się przez cesarkę. Za dużo was we mnie było i z tej ciasnoty źle się poustawialiście. Doktor Gawrys odbierała poród. Wtedy też widziałam ją po raz ostatni.

Ewa spojrzała na matkę w napięciu. Nie chciała jej popędzać, aby mogła znaleźć odpowiednie słowa.

Wtedy drzwi do sieni otworzyły się z hukiem, a do domu wbiegła chichocząca radośnie Hania w towarzystwie Maxa. Hałas zwrócił uwagę dwóch rozmawiających kobiet.

– Babciu, babciu! – wołała od progu. – Wujkowie przyjechali.

Wkrótce w drzwiach pojawili się wysocy bliźniacy – Paweł i Łukasz.

– O matko, Ewka! Nie sądziłem, że urośniesz taka wielka! – z szelmowską miną zaczepił siostrę Paweł.

Ciężarna przewróciła wymownie oczami, a Łukasz sprzedał bratu kuksańca w ramię.

– Mamo, przyjechaliśmy w końcu na te czereśnie – powiedział. – Wiadra są w spiżarni?

– Tak. Tata wam pokaże gdzie dokładnie. Zaraz do was przyjdę.

Wesoła banda wyszła z domu i ponownie zrobiło się ciszej.

– Mamo, co było dalej? Co się stało z doktor Gawrys? Skoro była taka dobra, to może i ja bym się do niej zapisała?

Maria zwlekała z odpowiedzią.

– Pewnego dnia zniknęła – odparła w końcu. – Może wyjechała, a może… Nikt nie wiedział, co się tak naprawdę stało. Coś w niej pękło, gdy przy którymś porodzie nie udało się uratować dziecka, a inne urodziły się z wadą serca czy zespołem Downa. Przecież to nie była wina pani doktor, prawda? A jednak ją nią obarczano. Miała być przecież gwarantem pomyślnego rozwiązania.

– To jakiś nonsens. Przecież takie rzeczy się zdarzają. To statystyka, prawdopodobieństwo…

Maria uśmiechnęła się gorzko.

– W tym rzecz, że doktor Gawrys się nie zdarzały. Podobno bardzo przeżyła śmierć tamtego noworodka. Nie potrafiła spojrzeć jego rodzicom w twarz. Do tego musisz wiedzieć, że chociaż wielu parom pani doktor uchyliła nieba, obdarowując ich zdrowymi dzieciakami, to sama nigdy się ich nie doczekała. Tak jakby nie potrafiła wykorzystać swojego szczęścia we własnej sprawie.

Maria nachyliła się nad córką i chwyciła jej dłoń w swoje własne, ściskając najmocniej jak potrafiła. Uczucie przejmujące i intensywne sprawiło, że serce Ewy zabiło mocniej, a ona sama w napięciu wpatrywała się w matkę.

– Pytałaś, skąd byłam pewna, że moje ciąże skończą się dobrze. Już wiesz. Czułam to. Doktor Gawrys pomogła mi dwa razy i jeśli w tym jej szczęściu faktycznie było coś magicznego, jeśli podzieliła się tym ze mną i jeśli została tego we mnie choćby odrobina, a wierzę, że tak…

Nagle oba dzieciątka w jej łonie poruszyły się. Kobieta odruchowo położyła dłoń na brzuchu. Tymczasem Maria mówiła dalej:

– …to oddaję ją tobie, Ewuś. Bo wiem to na pewno, że będzie dobrze.

Koniec

Komentarze

Wyczuwam ‘moje’ hasło :) Sympatyczne, ciepłe opowiadanie o oczekiwaniu na dzieci, aż nie chce się wierzyć, że męskiego pióra.

Jedna rzecz mi się nie zgadza – w czasach, gdy mężczyzn nie wpuszczano na oddział, usg nie było powszechnie dostępne w przychodniach, o ile w ogóle.

Może było to na oddziale szpitalnym?

Ciepłe i sympatyczne, naprawdę – jak napisała Bellatrix – aż trudno uwierzyć, że napisał to facet.

Tylko fantastyki brak :-(

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

@Bellatrix ale to były czasy babci, w czasach bohaterki – córki może już się upowszechniły? ;> Witaj Jasnostrony! Ja się nie zgodzę, że fantastyki całkiem brak, choć owszem jest jej mało. Coś mistycznego jest w tajemniczej pani ginekolog ;) Opowiadanie takie "urocze" i przyjemnie się czytało. Podejrzewam, że kupisz nim kobiecą część portalu ;D Choć i mnie temat ciąża – poród jest bliski i czytałem Twój tekst odnosząc go do swoich doświadczeń i wiedzy w temacie. I całkiem nieźle wybrnąłeś :) Nie jestem tylko przekonany zapewnieniami babci – o tym, że mniej wrażeń kosztuje cesarka. Tak mniej, ale za to dużo więcej cierpienia jest później, już po cesarce niż po porodzie naturalnym, po którym szybciej kobieta wraca do pełni sił. Ale rozumiem postawę babci, że lepiej to przemilczeć. Tekst mi się podobał, czyta się lekko, człowiek nie potyka się o błędy. Na plus :)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Odniosłam wrażenie, że za sprawą pani doktor, coś magicznego snuje się nad opowieścią. I jest tego właśnie tyle, ile trzeba, by utrzymać nastrój oczekiwania i niepewności, a jednocześnie nie przestać wierzyć, że wszystko będzie dobrze.

MrBrghtside, wydałeś na świat naprawdę niezłe opowiadanie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bellatrix, Bemik – pójście w taką stylistykę było jedynym, co przyszło mi na myśl po wylosowaniu hasła. Nie byłem specjalnie zadowolony – ani z hasła, ani za bardzo z opowiadania, ale cieszę się, że się podobało!

Co do realiów opowiadania – przyznam, że nie mam pojęcia jak rzecz wyglądała w latach 90. i oparłem się na opowiadaniach mojej mamy. Tak więc tutaj akurat bez ściemy. ;)

 

Mytrixie, przejrzałeś mój sposób na wygranie w tym konkursie! W końcu 2/3 żury to panie. A kto wie, może i Cień będzie w nastroju na bardziej ckliwy tekst? ;) Dzięki za komentarz.

 

Reg najlepiej ujęła to, co chciałem osiągnąć, jeśli chodzi o element fantastyczny tej historii. Szczerze mówiąc, ta jego ulotność balansująca na granicy możliwości zdarzenia się naprawdę, bardzo mi się podoba.

MrBrghtside, wydałeś na świat naprawdę niezłe opowiadanie. ;-)

Boskie. :D Dzięki za klika i jeśli w opowiadaniu naprawdę nie doszukałaś się żadnej usterki, to pękam z dumy!

 

Przeczytałam :) ta subtelna nuta fantastyki jest urzekająca i działa zdecydowanie na korzyść tekstu, dając całości aurę tajemniczości.

Dziękuje za to :)

MrBrightside, nie pękaj, uważaj na szwy, wszak jesteś w połogu! ;-D

 

W sprawie usterek – coś tam może napisałabym inaczej, ale ponieważ cała rzecz jest praktycznie opowieścią Marii, to doszłam do wniosku, że wolno jej mówić jak zechce, tym bardziej, że mówi bardzo ładnie. ;)

 

edycja

A ja nie mam powodów do dumy, znowu byczek w Twoim nicku. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie przejmuj się, Reg. Napiszę jeszcze parę opowiadań, to Ci się utrwali. ;) Chociaż najbardziej morderczy nick ma chyba Naz – ciekawe, czy ktoś pamięta wzór sumaryczny heroiny. :D

 

Nerriso, cieszę się, że się podobało!

Już się nie przejmuję i pozostaję z nadzieją na zapowiedziane opowiadania. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Faktycznie, bardzo nienachalna ta fantastyka, ale odrobinka magii jest. Taki spokojny, ciepły tekst.

Pies ponad trzykrotnie starszy od pięciolatki i jeszcze chce mu się bawić z dziećmi? Znam jednego “nastolatka” i on unika tego małego tałatajstwa, jak tylko może. Za to szczeka, jak brzdące hałasują.

wysiorbała w niego nos.

Może o czymś nie wiem, ale siorbanie kojarzy mi się ze spożywaniem płynów. Fuj!

Wkrótce w drzwiach pojawili się wysocy bliźniacy – Paweł i Łukasz.

Wydaje mi się, że bliźniacy, to dwójka, a ci przecież byli trojaczkami.

Babska logika rządzi!

No to znałam pierwsze znaczenie. Drugie już ma jakiś związek z nosem, ale nie wygląda na wydmuchiwanie nosa. A z kontekstu wynika, że o to chodziło.

Babska logika rządzi!

Dzięki za wizytę i klika, Finklo. Użycie słowa “bliźniacy” miało sugerować, że byli wizualnie identyczni, bo byli jednojajowi. I w niczym nie przeszkadza tutaj fakt, że ciąża była trojacza, ale rozumiem, na czym mogłaś się potknąć.

Chyba zmienię to siorbanie, bo kilka osób zwróciło już uwagę. ;)

Mi się tam siorbanie podobało ;D takie inne :P

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Zaprzeczam jakoby cesarka wiązała się z dużym cierpieniem ‘po’. To kwestia bardzo osobnicza, ja 8h po cesarce chodziłam już na własnych nogach, zużyłam w sumie 1 ketonal i ze 2 panadole a 3 dni później stałam cały dzień przy garach i gotowałam obiad dla rodziny odwiedzającej nowego członka rodziny. Za to znajoma, po porodzie naturalnym przez dobry miesiąc zjadała codziennie pół paczki panadolu.

Czyli wszystko zależy. Mojej żonie podali morfinę po. Nie dała żadnego efektu, bardziej ją zastrzyk bolał z tą morfiną niż jej to pomogło ;) a bóle miała jeszcze z cesarką związane, przez długie miesiące. Za to po porodzie naturalnym szybko wróciła do siebie :) pozdrawiam :)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Przyjemna lektura. Dobrze napisana. Scena z historią. Fantastyka jakby w domyśle. Lepiej może powiedzieć: fantastyki, bo jedna to ta wynikająca z opowieści Marii, a druga to opis warunków szpitalnych. Każdy pewnie będzie miał trochę inne wspomnienia. Ja, na przykład, pamiętam poród mojej pociechy jako podróż w czasie. Porodówka wyczesana, taka już w pełni z XXI wieku, obszerne jedynki z łazienkami, możliwość znieczulenia na życzenie, przecięcia pępowiny itp. itd. A potem jechaliśmy na salę poporodową i, przechodząc przez jedne z wielu drzwi, trafiliśmy na oddział rodem z Gierka albo Gomułki. Odnosiło się to też do mentalności personelu. Heh. Natomiast jak ja się rodziłem w połowie lat ’70-ych to ojca nawet do szpitala nie wpuszczono. Przez okno mnie wypatrywał.

Dzięki za opinię, Lissanie. Szczerze mówiąc, to takie sale a’la późny Gierek nadal funkcjonują, więc dla wszystkich, którzy to przeczytają, mam sprytną radę – nie chorujcie. ;)

Ech, służba zdrowia chyba składa się z paradoksów… Ale rada genialna. :-)

Babska logika rządzi!

Finklo, teraz funkcjonuje dużo bardziej adekwatna nazwa “ochrona zdrowia”. Nikt się niczyją służbą nie poczuwa, jeśli chodzi o biały personel. ;)

No, kurczę, nie mów, że to drużba jest! ;-)

Babska logika rządzi!

Jakiś obowiązek na pewno, ale czy służba? Nie sądzę. Odchodźmy od niewłaściwych nazw. Podobnie na pielęgniarki nie powinno się mówić “siostry” – byłem świadkiem, jak jedna oznajmiła dość dosadnie pacjentowi, że ona nie jest żadną zakonnicą. :D

Hmmm. “Służba” kojarzy mi się z określeniem dla ludzi, którzy, w razie konieczności, rzucą wszystko, żeby robić coś cholernie ważnego – żołnierze, strażacy, księża, lekarze…

Zgoda, istnieją także inne konotacje – od sługi – ale w tym kontekście one nie wychodzą na pierwszy plan. IMO.

Babska logika rządzi!

Przeczytane. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Fajny lipcowy klimat w grudniu, wiśniowy sad, ciepło przedstawiona rodzina, szczypta magicznego realizmu – bardzo sympatyczny tekst!

Nie pasuje mi to, że pani doktor najpierw dostrzega w USG szczegóły świadczące o płci jednego z dzieci, a dopiero potem zauważa, że ciąża jest trojacza – nawet jeżeli mnogość ciąży jest efektem jej magicznego wpływu, to nie wygląda to przekonywująco.

A jednak ją nią obarczano. – musisz z tego jakoś inaczej wybrnąć.

Pozdrawiam i składam zamówienie na kolejne tak ciepłe teksty!

Ja Ci mówię coboldzie że to trzecie dziecko to magicznie sie tam pojawiło!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Ale drugie też się gdzieś z początku zawieruszyło!

Bo technologia usg bywa przewrotna!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Witaj, Coboldzie! Cóż Ci mogę odpowiedzieć – może lekarka była bardziej złośliwa, niż na to wyglądała, dlatego zamierzała stopniować napięcie i obserwować reakcję rodziców? Któż to wie. :p

Dzięki za komentarz. Pozdrawiam!

Rzeczywiście – opowiadanie wyszło ciepłe i takie… delikatne. Biorąc pod uwagę tematykę, to chyba dobrze, czytało się w każdym razie przyjemnie :)

 

Trochę mniej przypadła mi do gustu treść – niewiele tu odpowiedzi, zaś fabuła ogranicza się do istnienia tajemniczej lekarki, która przynosi szczęście, choć zarazem – mogła po prostu być partaczem (to odnośnie tego “odkrywania” kolejnych płodów). Naturalnie, możemy założyć, że dzieciaki pojawiały się “magicznie” w łonie Marii, jednak w takim razie… szkoda, że nie pociągnąłeś tematu, nie określiłeś chociażby, czy pani doktor musi “płacić” jakąś cenę za swoje cuda ;)

Choć z drugiej strony – może jak zwykle próbuję znaleźć tę “mroczniejszą stronę” XD

 

Pod względem warsztatu jest dobrze, sporadycznie zdarzało Ci się ładować za dużo: “mi, mojej, moje” itp ;)

 

A, no i trochę początek mi zazgrzytał, odnośnie obaw Ewy –  aktualnie wykonuje się coraz więcej cięć cesarskich, są one uważane za bezpieczniejsze od porodu sn. I to decyzja kobiet, nie lekarzy ;)

Ale, powiedzmy, że Ewa ma złe skojarzenia…

 

Tyle ode mnie, pozdrawiam.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki za opinię, Primagenie! Cóż, do fabuły można było dopchać wiele mroczniejszych elementów, tylko że przestałoby być wtedy tak ciepło i sympatyczne, a na zachowaniu takiego stanu rzeczy najbardziej mi zależało. Innym razem. ;)

 

Natomiast co do cesarskich cięć… Co jest bezpieczniejsze od porodu sn – rozrywanie powłok kobiety, czy może pozbawianie noworodka kontaktu z florą bakteryjną jej pochwy, co zwiększy ryzyko wystąpienia u niego sepsy z udziałem jakiejś wielolekoopornej Pseudomonas czy Haemophilus? Wśród wielu wskazań do CC jest m.in. lęk przed porodem jako wskazanie psychiatryczne, które moim zdaniem, jest nadużywane. Wg WHO odsetek CC w kraju nie powinien przekraczać 15%, natomiast u nas przekracza 40%.

Nic przy cesarce nie rozrywają, kulturalnie tną skalpelem :P. Porozrywać to się kobieta może raczej przy sn. Jeden i drugi sposób ma swoje wady i zalety, ale jak się zdecyduję na drugiego potomka, to tylko cesarka :)

Bello, na mojej uczelni uczą, aby przy cesarce rozrywać powłoki, bo w ten sposób włókna mięśniowe i inne tkanki rozdzielają się według naturalnego przebiegu i łatwiej goją, ale pewnie co szkoła to reguła. ;)

To prawda, że trochę naciągają powłoki, ale to dlatego, że wtedy się lepiej goi ;)

 

Jest bezpieczniejsze – i dla kobiety i dziecka, choć oczywiście są również wady, nie zaprzeczę… Nadużywane być może tak, choć poród siłami natury to ponoć jeden z najgorszych bóli, jakich można doznać. I niepamięć wsteczna niewiele zmienia ;)

Zresztą, to chyba nie miejsce na takie dyskusje… Niech każda kobieta decyduje w zgodzie z własnymi uczuciami i doświadczeniami.

 

Taaak, teksty w całości pozytywne również są cenne – szczególnie, że w literaturze dominuje pesymizm. Kurczę, teraz pomyślałem, że mogłeś coś pokombinować z Ewką i “tym drugim” magicznym dzieciaku. Że okażą się jakimiś dziwacznymi nie-ludźmi ;D

Takie możliwości, MrBrightside! Aaaach! ;P

 

EDIT: O, ale żeśmy się zgrali z komentarzem XD

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

No właśnie tak paczę – żółta gwiazdka? Ale jak to, dopiero komentowałem…

 

I nie. :D To miało być urocze opowiadanie z eterycznie ulotnym elementem fantastycznym. Żadnych ufoków!

To by nie były ufoki. To by był metaczłowiek! Kolejny super bohater (lub super złoczyńca) ;D

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Nie będę oryginalny – miły, ciepły tekst. Tylko pozostawiłeś mnie z lekkim uczuciem niedosytu, miałem nadzieję, że uchylisz rąbka tajemnicy spowijającej Panią Doktor. W tej formie stworzyłeś dzieło, które przyjąłem bardziej jako wyzwalacz impresji niż pełnokrwistą historię.

Macierzyństwo to niesamowity cud. Same w sobie cuda stanowią jednak dopiero kawałki marmuru, które Ty musisz jeszcze obrobić swoim pisarskim dłutem, żeby czytelnicy zachwycili się uwolnionym pięknem*.

 

* jeśli ktokolwiek będzie Ci kiedyś mówił, że pisząc musisz coś zrobić, po prostu zignoruj tę osobę

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Ojej, ładne powiedziane, Nevazie. Zapamiętam te słowa, dzięki za opinię. ;)

Gwiazdka najlepsza! *

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

O matko! I po co ja czytałam te komentarze… Słabo mi się zrobiło i prawie uleciał klimat opowiadania.

Jest ciepło, miło, rodzinnie. Idealnie pasuje mi tu ta ulotna i bardzo delikatna magia lekarki. Każdy mocniejszy akcent magiczny moim zdaniem tylko pogorszyłby sprawę, w skrajnym przypadku z fantastycznej opowieści robiąc groteskę (to odnośnie ufoków i metaludzi ;) ).

 

Finklo, wszystko zależy od psa i jego stanu zdrowia. Mój ostatni odszedł w wieku szesnastu lat, pod koniec życia chorował, ale jak się poczuł lepiej to sam się do zabawy garnął. Koleżanka ma też psa-emeryta – jak się czuje na siłach, to jak szczeniak chce dokazywać. Ale tylko z ludźmi – ma młodszego kolegę, to jego goni.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Moi rodzice mają siedemnastoletniego staruszka. Teraz już od tych małych człowieczków stara się trzymać z daleka. Tak mnie ten pies nieco zaskoczył, więc się dopytuję.

Babska logika rządzi!

Łoo, goście! :D

 

Dzięki za wizytę, Śniąca i cieszę się, że odebrałaś tekst właśnie w taki sposób, o jaki mi chodziło.

Ładna, spokojna scenka (taka cisza przed burzą :)). Fantastyki faktycznie niewiele; mam wrażenie, że temu tekstowi dobrze by zrobiło rozbudowanie.

Przykro mi, ale tekst zupełnie mi nie podszedł. Jest tutaj nastrój, owszem, ale, jak dla mnie, niewiele ponad to. Historia nie dość, że trochę nużąca – zupełny brak akcji – to jeszcze… naciągana? Nieprzekonująca w każdym razie. I rozwleczona (choć sam proces czytania do żmudnych nie należał).

Najbardziej raziło mnie, że opowieść babci – czyli większość tekstu, a przy tym serce opowiadania – jest napisana bardzo sztucznie. Jak narracja, a nie relacja. Po drugie, nie znalazłem w tej historii nic, o czym naprawdę chciałbym wiedzieć, co byłoby dla mnie w jakikolwiek sposób ważne. I to nie tylko dlatego, że – ze względów różnych – pisana mi rola jedynie fajnego wujka. Po prostu lekarka wraz ze swoim uczuleniem, szczęściem (magią?), emocjami i zniknięciem zupełnie nie zdołała mnie zainteresować. Natomiast poszczególne sceny, jak choćby ta przy USG, nie wydają mi się przekonujące. Całe to zakłopotanie, rozczarowanie, gniew – wiem, że te emocje wystąpiły, ale tylko dlatego, że o tym piszesz. Ale tego nie pokazujesz. Albo po prostu ja mam w sobie za mało empatii, by to poczuć. Obawiam się jednak, że wśród rozlicznych moich zalet^^ próżno szukać wszystkojebliwości.

Technicznie co najmniej w porządku, ale zdanie:

Zdawać by się mogło, że obserwuje pięcioletnią Hanię, bawiącą się w ogrodzie z Maxem – poczciwym kundlem, starszym od dziewczynki ponad trzykrotnie – „ma tu dożywocie”, zwykła mawiać mama Ewy.“

bardzo mi się nie. Jest po prostu źle skonstruowane. Wizualnie te dwa myślniki wyglądają, jakby otwierały i zamykały wtrącenie (poczciwym kundlem, starszym od dziewczynki ponad trzykrotnie), ale brak spójności między tym co przed, a tym co po, sugeruje, że pełnią raczej rolę średników. Zatrzymałem się na tym fragmencie na dłużej i nie doszedłem do żadnego sensownego wniosku odnośnie tego, jak go interpretować. Co więcej, jako że występuje on na samym początku opowiadania, to napędził mi trochę stracha, że przez cały tekst będę się potykał o podobne płotki. Na szczęście obawy me okazały się nieuzasadnionymi.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki za komentarz, Lolu. Rozbudowanie może i by się przydało, jednak nie zamierzam już nic robić z tym tekstem – wolę popracować nad czymś nowym.

 

Cieniu, cóż mogę rzec? Moim zamiarem było zrobić ten tekst uroczym, delikatnym, nawet nieco ckliwym. A skoro, jak sam mówisz, jesteś niewrażliwy na takie doznania, to tekst nie miał prawa podejść.

Przyjmuję na bary zarzuty odnośnie tego brzydkiego, brzydkiego zdania. Niemniej cieszę się, że wszystkie inne nie stanowiły aż takiego wyzwania i chociaż pod względem płynności sprostałem Twoim wymaganiom.

I spokojnie, ponoć wszystkojebliwość wyrabia się z czasem. :D

Pozdrawiam!

Z dobrymi opowiadaniami jest generalnie ten problem, że trudno do nich pisać długie i treściwe komentarze. Dziwnym trafem istnieje o wiele więcej sposobów na wytykanie błędów niż chwalenie dobrych rozwiązań. 

No nic. Takie życie. Klikam bibliotekę i sobie idę.

Miło mi to słyszeć, vyzarcie. (lub raczej – czytać ;)

 

Dzięki za klika. Nawet jeśli utknięcie w niebycie z trzema jest mniej frustrujące niż z czterema. :D

Oj tam, oj tam. Czwórki czasem jeszcze ktoś czyta. Olbrzymia większość w końcu dostaje piątego klika…

Babska logika rządzi!

Z litości? ;)

 

Ale i tak tyle klików i dość pozytywny odzew tu to dla mnie spory sukces, bo nie wiązałem szczególnych nadziei z tym tekstem. Akuszer to hasło nie dające zbyt wielkiego pola manewru.

Na litość to bym raczej nie liczyła… Prędzej na ciekawość. :-)

Babska logika rządzi!

Wynudziłam się strasznie, magii nie dostrzegłam, a od nadmiaru słodkości rozbolały mnie zęby. Nie ukrywam, nie lubię ckliwych tekstów, nie trafiają do mnie, a do tego tematyka ciąży i porodów bardzo źle wpływa na moją wyobraźnię i wywołuje odruch wymiotny. Także, generalnie – meh. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

XD

 

Rozumiem, Gravel. Ale ja się o tego akuszera naprawdę nie prosiłem. :p

MrBrightside, wszedłem w to opowiadanie, mając nadzieję, że się przysłużę ostatnim klikiem do bib, ale nie mogę tego zrobić wbrew sobie, wybacz. Opowiadanie kompletnie do mnie nie przemówiło. Tak, wiem, zimny drań. Piszesz tak, że  tekst wciąga, a na koniec złość ogarnia, bo takie cukierkowe i nic się, kurw… nie dzieje. Masz ciekawy i wciągający styl, ale za cukierkami nie przepadam. Przydałoby się coś z męskim pierwiastkiem, ostrzejsze w smaku albo… dziwne. No nie mogę zgłosić do kliknięcia, bo mi się nie podoba. Mea culpa.

Akuszer z silnym męskim pierwiastkiem Ci się zamarzył? ;-)

Babska logika rządzi!

Tak! Akuszer z kuszą broniący rodząca kobietę przed pożeraczami noworodków. ;P

 

To się goryl nazywa, nie akuszer. ;-)

Ale popieram Twój pomysł przyglądania się tekstom z czterema głosami. Tak trzymaj. :-)

Babska logika rządzi!

Się będzie przeglądało powoli. :)

Dzięki za dobre intencje, Blackburnie! Poniekąd rozumiem Twoje wrażenia, bo sam mam dość… ambiwalentny stosunek do tego tekstu. :p Trochę szkoda tych czterech klików, ale może w końcu kiedyś ktoś doklika. Cierpliwość to cnota!

A ten akuszer-rambo – interesujący pomysł. ;)

Poszedłem w ślady Blackburna. Przeczytałem, bo przydałby się tu ostatni klik, poza tym z Twoim tekstem nie miałem dotąd do czynienia. No i ogarnęła mnie rozterka. Na ratunek przyszedł Twój komentarz:

Moim zamiarem było zrobić ten tekst uroczym, delikatnym, nawet nieco ckliwym.

Więc obiektywnie stwierdzam, że Ci się udało. I za to ten klik będzie. Tworzysz efekt drobnymi krokami: dziecko bawiące się z psem, doceniony fotel, zapomniana szklanka. Napisane w porządku, ale gdybym ten tekst betował, miałbym coś więcej do powiedzenia – wiesz, co mam na myśli ;)

Dlaczego więc rozterka? Ano, bo tytuł i wstęp nastawiły mnie na jakąś ciężką, dramatyczną obyczajówkę. I za nim się zorientowałem, że nie będzie tragicznego zwrotu akcji, opowiadanie się skończyło. Dopiero komentarze uświadomiły mnie, że tak miało być. Cel osiągnąłeś, tekst dobrze napisany, jest jakiś pomysł, jest medyczne i psychologiczne tło – idę doklepać piąty punkcik :)

Podobało mi się :)

Zostawiasz czytelnika bez odpowiedzi na pytanie, co się stało z tajemniczą lekarką, ale nie szkodzi.

Trochę się ubawiłam przy rozterkach dotyczących cesarskiego cięcia, ale poza tym to ładne, ciepłe opowiadanie.

Dobrze mi się czytało.

A jednak się doczłapało do biblioteki, dzięki, fun! (I dzięki, Anet – za chęci ;)

Trochę kiepsko, że zacząłeś zapoznawać się z moją twórczością (matko, jakie to nadęte słowo) od tego opowiadania, bo niezbyt za nim przepadam. Moje inne biblioteczne teksty darzę dużo większą sympatią. ;)

Mam w kolejce “Doktora Harveya” i będę wypatrywał tego nowego, które wleciało na betalistę. Chyba że to na konkurs – wtedy zadbaj o dobry początek, żebym nie odpadł ;)

Aj waj, Anet się taki piękny, długi komentarz zmarnował. ;-)

Babska logika rządzi!

Przyjemne, ciepłe takie, tylko faktycznie mało tej fantastyki. Napisane tak, że normalnie wahałabym się, czy klikać bibliotekę, ale przez brak fantastyki miałabym dylemat. Na szczęście się spóźniłam :D Ogólnie mi się, choć bardziej jako ładna scena niż pełnoprawne opowiadanie.

Jedno mi się rzuciło w oczy – wywalanie oczami. Dziwnie to brzmi. 

Tylko nie "Tęcza"!

Dlaczego z wszystkich moich opowiadań ruch zrobił się akurat tu?! ;_;

Cieszę się, Tenszo, że Ci się. Naz mi wytknęła niedawno, że posługuję się dziwną, nieintuicyjną składnią, więc postaram się nad tym popracować, aby czytało się lżej. Jestem również zaskoczony, że znalazło się aż sześć osób, które tę bibliotekę jednak kliknęły. ;)

A wywalanie oczami? Cmon, każdy tak robi!

A to nie jest przewracanie?

Babska logika rządzi!

Pewnie znowu wcisnąłem do tekstu regionalizm nie mając o tym nawet pojęcia. Dobra. Finklo, przekonałaś mnie. Zmieniam, jakby kto jeszcze się tu zapędził i przeczytał.

Dlaczego z wszystkich moich opowiadań ruch zrobił się akurat tu?! ;_;

Nie ma za co :)

Nieważne, co czytają, ważne, żeby czytali :D

Masz trochę racji, więc dziękuję. :D

Niemniej, obawiam się, że po przeczytaniu akurat tego tekstu, nie skuszą się na kolejne. xD

A to jacyś niedzielni czytelnicy się tu zjawili? :D Anet czyta sporo, a jak trzaśniesz coś niezłego, to się Tenszę ściągnie siłą  nominacją ;)

Aż mi głupio, ale no, racja, ostatnio mnie trudniej przyciągnąć do tekstu :P Za dużo roboty ze Smoko mam. A tutaj rzeczywiście trafiłam przez funa.

Tylko nie "Tęcza"!

Nowa Fantastyka