- Opowiadanie: Finkla - Inwokuję sąd boży!

Inwokuję sąd boży!

Jeśli chodzi o rytuały świątynne – ściemniałam, ile wlezie.

Bardzo dziękuję ojcu chrzestnemu SHADZIOWATEMU za betę. Błędy moje. :-)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Inwokuję sąd boży!

0:0; 0:0; 0:0

 

Finał turnieju Tokio Open przyciągnął na trybuny tysiące kibiców. Kolejne miliony zasiadły przed telewizorami.

Z największym napięciem wpatrywali się w kort członkowie grupki zebranej w sali do medytacji przy prastarej świątyni Hachimana na Kiusiu. O dziwo, żadnego z nich nie interesował wynik starcia między Amerykaninem Jimem Rubinem i Włochem Federico Giannessim.

Dwaj najstarsi, arcykapłan i jego zastępca, rozpamiętywali, jak trudno było zdobyć antymaterię. Kilkunastu młodszych mnichów z niepokojem myślało o przyszłości i zmianach, które nastąpić musiały. Wszyscy koncentrowali się na telewizorze i starannie omijali wzrokiem dwa podłużne przedmioty spoczywające na niskim stojaku przed przełożonym.

Na ekranie oficjele zakończyli przemowy, tenisiści witali się ze sobą, z sędziami, pozdrawiali publiczność, ustawiali się tak, aby zapewnić kamerom jak najlepsze ujęcia logo sponsorów…

Na ołtarzyku przy wejściu dymiło kadzidełko, rozsnuwając miły bogu zapach wiśni. Z sąsiedniego pomieszczenia dobiegał przytłumiony śpiew akolitów.

Pierwszy serw miał należeć do Giannessiego.

 

0:0; 4:3; 30:15

 

Po sześćdziesiątym ósmym serwie nastąpiła wyjątkowo długa wymiana. Zawodnicy, jeden w jaskrawobłękitnym stroju, drugi w ogniście czerwonej koszulce i granatowych szortach (ach, gdzie te czasy, gdy zwyczaj nakazywał do gry dżentelmenów zakładać wyłącznie nieskalaną biel?!), miotali się po korcie. Return, potem drajwy, skróty, loby, woleje… Nuda.

Oczy Daichiego Teramury nie odrywały się od telewizora, ale po każdym podaniu myśli arcykapłana ulatywały daleko. Właściwie, nie daleko, tylko cofały się w czasie, nie zmieniając miejsca. Niemal wszystko rozegrało się przecież w tej sali. To tutaj pół roku temu stary mnich odprawił całą ceremonię; oczyścił umysł medytacją i modlitwami, złożył ofiary: najpierw figurki Hachimana (sandałowcową, glinianą i spiżową), płonącą świecę i czarkę źródlanej wody, potem ryż, dar ukochany przez boga, bowiem spajający wszystkie żywioły w jednym: ziarna wyrosłe z ziemi i wody, ugotowane w metalowym kociołku na ogniu z gałązek drzew owocowych. Nim ryż ostygł, mnich napisał na białym pasie świeżo utkanego jedwabiu imię „Minohito”. A kiedy materiał płonął w misie z meteorytowego żelaza, Daichi dopełnił obrzędu, wykrzykując śpiewnie: „inwokuję sąd boży nad Minohito!”. Następnego dnia wraz z dwoma towarzyszami wyruszyli w pielgrzymkę na górę Sobo, najwyższy szczyt Kiusiu, aby zeń rozsypać popiół na cztery strony świata.

 

0:1; 2:2; 15:15

 

Minohito rozkoszował się grą. Z honorowego miejsca widział dokładnie każdy szczegół. Obaj zawodnicy – czwarte i siódme miejsce w rankingu ATP, ale dzisiejszy zwycięzca na pewno powędruje w górę tabeli – znajdowali się u szczytu formy. Z kortu wręcz promieniowały energia, młodość i zdrowie. Włoch górował refleksem, ale Rubin precyzyjniej posyłał piłkę w pobliże linii bocznych. Razem obdarzali publiczność piękną, wyrównaną walką.

Minohito delektował się każdą chwilą, wysysał z niej całą doskonałość. Samo wyrwanie się z Pałacu stanowiło wydarzenie dostatecznie rzadkie, aby je cenić. A jeszcze świadomość bycia jednością z tłumem, poczucie siły płynącej nie ze zdolności do podejmowania decyzji zmieniających historię, lecz ze wspólnego celu licznych osób… Synchroniczne odwracanie głowy, spontaniczne oklaski nagradzające co odważniejsze zagrania… O, jak na przykład ten topspin kończący wymianę. Dostojnik nigdzie indziej nie czuł się tak mocno złączony z własnym ludem. No i jeszcze czysta, estetyczna radość z widowiska, z barw tak odmiennych od szarzejącej bieli codziennych raportów, zestawień, depesz, decyzji…

Jeden z amerykańskich prezydentów uczynił hasło „It's the economy, stupid” głównym przekazem swojej kampanii wyborczej. Skutecznej – wygrał z przeciwnikiem sprawującym urząd. No i słusznie – do tego się to wszystko sprowadzało, do utrzymywania niepokornej rzeki procesów gospodarczych w wyznaczonym korycie. Bez wodospadów, bez wirów, bez powodzi, bez wysychania…

 

1:1; 2:2; 0:15

 

Dwieście czterdziesty czwarty serw i nic.

Teramura przypominał sobie dyskusję ze swym przyjacielem i zastępcą, Kuratą Naoto, kiedy to poinformował go o podjętej decyzji. To też odbyło się w tej sali, któregoś wiosennego wieczoru. Powietrze pachniało świeżą zielenią, a z zewnątrz dobiegał klangor żurawi zwołujących się do odlotu. Gdy Naoto po raz pierwszy usłyszał o zamyśle arcykapłana, okazał zaskoczenie, ale nie próbował podważać postanowień przełożonego. Tylko upewniał się, a później pomagał znaleźć i wyeliminować słabości planu.

– Czy to nie zostanie uznane za zdradę, Teramura-sama?

– Oczywiście, że zostanie. W pewnym sensie to jest zdrada.

Naoto bez słowa pochylił głowę, wydawał się szukać argumentów wśród słojów drzewnych na deskach podłogi.

– Ale czemu lub komu winienem pilniej służyć: Japonii czy starszemu synowi cesarza? – dodał Daichi.

Obydwaj zamilkli na dłuższą chwilę, lecz arcykapłan widział, o czym myśli przyjaciel. Naoto najpierw zerknął na ponadpięćsetletnią replikę Miecza-Trawosiecza, rozważał więc obowiązki świątyni wobec domu cesarskiego. Potem zwrócił wykrzywioną w grymasie pogardy twarz na wschód, ale jego spojrzenie nie zatrzymało się na ścianie, zdawało się przenikać przez nią i wzlatywać jeszcze dalej, aż za ocean. W końcu powiedział:

– To posąg o złotych ściankach, lecz próżny niczym bańka mydlana.

– I wzniesiony na cokole z gnijącej słomy. Pamiętaj jednak, że złoto jest ciężkie. Padający posąg przygniecie wszystkich w pobliżu.

– Cokół jest ogromny. Nikt nie wie, kiedy zetleje do cna: za trzysta lat czy za dziesięć dni.

– Każdy, kto pozwoli, aby złota igła wbiła mu się w serce, na zawsze zostaje więźniem posągu. Nie może odejść dalej niż sięga jego cień. Muszę działać teraz.

– Ale przysięga wobec cesarza…

– Minohito jeszcze nie jest cesarzem.

To była prawda. Schorowany cesarz-ojciec żył jeszcze, ale od kilku lat odsuwał się od rządów. Każdy kwiat sakury wiedział, że to następca pociąga za sznurki i podejmuje decyzje, będąc władcą we wszystkim prócz nazwy.

– Czyli uważasz, Teramura-sama, że Katahito godniej dzierżyłby ster nawy państwowej?

– A ty nie?

Zaprzeczanie nie miało sensu. Również Naoto wolałby ujrzeć na tronie młodszego syna cesarskiego. Pałac zazdrośnie strzegł prywatności swoich czcigodnych mieszkańców, ale pewne informacje nieubłaganie przesiąkały przez mury. Katahito nigdy nie pokazywał się w garniturze, nawet podczas rzadkich wizyt zagranicznych nosił tradycyjne kimona. Nie naśladował bezwolnie amerykańskiej kultury – preferował własną, nieporównanie starszą i bogatszą. On nie wlókłby Japonii do stóp chwiejącej się Statui Wolności. Dopilnowałby, żeby znaleźć się w bezpiecznej odległości, lecz na tyle blisko, by przejąć pochodnię, zanim pożar pochłonie słomę.

Młodszy mnich użył ostatniego argumentu:

– Znasz ryzyko, prawda, Teramura-sama?

Daichi długo milczał. Oczywiście, że znał. Słów „inwokuję sąd boży” nikt nie wypowiadał pochopnie. Gdy już wybrzmiały, ktoś musiał umrzeć: albo cel, albo wygłaszający. Bogowie tylko jednemu z nich mogli przyznać rację.

Wreszcie starszy mężczyzna delikatnie zganił druha:

– Mówisz jako przyjaciel, nie jako Japończyk i wyznawca Hachimana. Do obowiązków arcykapłana nie należy długie życie.

Zakończenie wymiany wyrwało Teramurę z potoku wspomnień. Po raz dwieście czterdziesty piąty utkwił wzrok w przygotowującym się do serwu zawodniku.

 

1:1; 5:4; 15:0

 

Minohito z przyjemnością obserwował podania Jima. Najbardziej lubił ball toss, a szczególnie moment, kiedy podrzucona piłka zawisała w górze, jakby jeszcze niezdecydowana, w który narożnik pola serwisowego trafić. Puchnąca bańka ciszy pożerała tłum, widzowie wstrzymywali oddechy, sam czas zdawał się zamierać, aby dać żółtej kulce dodatkową chwilę do namysłu.

A potem świat wracał do życia, małe wahadełko nieustannie przeskakiwało między połówkami boiska, z kortu ponownie zaczynały dobiegać okrzyki graczy i sędziów, odgłosy kroków i odbić.

 

1:2; 1:1; 30:15

 

Trzysta dwudziesty pierwszy serw, równie nieistotny jak wszystkie poprzednie.

Daichi wrócił myślami do planów, opracowywanych jeszcze przed inwokacją. Większość rozmów przeprowadzali z Naoto tutaj, wieczorami, gdy akolici już zakończyli medytacje oraz śpiewy, a świątynię ogarniały cisza i półmrok.

Sąd boży wymagał elementu losowości, bogowie musieli otrzymać swoją szansę, aby wydać wyrok. I biada temu, kto zlekceważył żądania tradycji!

Kapłani zdecydowali się działać podczas turnieju. Wszyscy poddani wiedzieli, że cesarski fascynat tenisa ziemnego nie przepuści meczu finałowego. Od lat po zakończeniu ostatniej walki to właśnie on wręczał zwycięzcy srebrny puchar z wygrawerowaną wiśniową gałązką w rozkwicie.

Trudno było z wystarczającym wyprzedzeniem przewidzieć, kiedy jeszcze następca tronu opuści Pałac, a atak na siedzibę władcy oznaczał nieporównanie więcej problemów do rozwiązania. I stwarzałby zagrożenie dla szacownych murów.

Czego podczas turnieju tenisowego jest dostatecznie dużo, aby bogowie nie mogli uskarżać się na brak pola do popisu? Piłek! Pomysł sam się nasuwał: pozornie zwyczajna, gumowo-filcowa kuleczka tak spreparowana, aby przy sprzyjających okolicznościach zabić gości siedzących na honorowych miejscach. Tradycyjne materiały wybuchowe o niezbędnej sile rażenia ważyłyby więcej niż normalna piłka, ale antymateria nadawała się idealnie – wystarczyłby maleńki okruch.

Wprawdzie ta nieziemska substancja (cóż godniejszego zostać narzędziem w boskim sądzie?) narzucała konieczność aparatury zapobiegającej dotknięciu do jakiegokolwiek zwykłego atomu, ale od kiedy to miniaturyzacja stanowi problem dla prawdziwego Japończyka? Całą masę malutkiego urządzenia dało się zrównoważyć, nieco uszczuplając kauczukową warstwę.

Pozostał problem określenia warunków, w których powinna nastąpić eksplozja.

Pod względem technicznym najprościej byłoby wykorzystać przyspieszenie – wystarczyłaby banalna kuleczka do mierzenia bezwładności – ale to stwarzało zbyt wielkie ryzyko. Mogłoby przecież dojść do wybuchu przedwcześnie, od zwykłego, słabego, treningowego odbicia albo gdyby ktoś przypadkiem rozsypał piłki na ziemię.

Za to niewielu ludzi na świecie potrafi nadać piłeczce tenisowej prędkość powyżej stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Z pewnością dwaj z nich mieli spotkać się w finale. Wprawdzie uzależnienie eksplozji od szybkości wymagało zamontowania miniaturowego GPS-u, ale to rozwiązanie wydawało się najlepiej odpowiadać wymaganiom sądu.

Świątynia musiała pociągnąć za liczne sznurki, aby bez rozgłosu zdobyć antymaterię. Spreparowanie piłki nieodróżnialnej od zwykłej również nie należało do łatwych zadań. Ale w końcu narzędzie ataku zostało przygotowane, ostrożnie przewiezione do Tokio i wieczorem przed finałem podrzucone do kosza pełnego na pozór identycznych piłek.

Mnisi szczerze ubolewali z powodu potencjalnej śmierci licznych kibiców, ale nie znaleźli żadnego lepszego rozwiązania. Choć szukali długo. Jedyne, co mogli zrobić, to jak najbardziej zredukować ilość antymaterii. Widzowie w środkowych i tylnych rzędach powinni w większości przeżyć. I tak bez boskiego wsparcia operacja nie mogła się udać. Jeśli wyższe byty wydadzą wyrok, piłeczka poleci w odpowiednim kierunku.

 

2:1; 5:4; 40:15

 

Piłka meczowa.

Jim Rubin stanął za linią końcową, kilkakrotnie odbił piłeczkę o ziemię. Coś mu się nie spodobało, bo odrzucił ją do podawacza i poprosił o następną.

Wyraz twarzy arcykapłana nie zmienił się, ale źrenice zmalały.

Zawodnik w czerwonej koszulce nie miał nic do zarzucenia drugiej piłeczce, która wkrótce wzniosła się, a chwilę później pomknęła nad siatką, by uderzyć w sam róg kara serwisowego. Włoch już czekał we właściwym miejscu, ale odebrał nieczysto, ramą rakiety. Aut był tak ewidentny, że Amerykanin nawet nie wystartował do odbicia, tylko triumfalnie podniósł ręce, już świętując swój wygrywający serwis.

Gem.

Set.

Mecz.

Życie.

Trybuny wybuchły oklaskami.

W świątyni Teramura wyłączył telewizor. Ten sprzęt już wystarczająco długo zakłócał spokój przybytku Hachimana.

Przegrany arcykapłan podniósł ze stojaka prastarą kopię Miecza-Trawosiecza. Głęboko się kłaniając i recytując tradycyjną formułę, złożył insygnium na wyciągniętych rękach zastępcy. Wygłosiwszy zwyczajowe zalecenia, błogosławieństwa i prośbę o zostanie jego kaishaku, dodał jeszcze słowa, których rytuał nie przewidywał:

– Dopilnuj bezpiecznej likwidacji wszystkich piłek.

Po rezygnacji z godności Teramurze został już tylko jeden obowiązek. Mnich uklęknął na środku sali i ujął tanto.

 

Tymczasem na korcie odbywało się uroczyste wręczenie głównej nagrody. Wśród wzajemnych ukłonów Minohito przekazał puchar zmęczonemu, lecz szczęśliwemu zwycięzcy. Fotografowie dostali kilka minut na uwiecznienie doniosłego wydarzenia, a potem zostali grzecznie pożegnani. Dopiero wtedy następca tronu skinął na najbliższego podawacza piłek i poprosił o jedną. Zaszczycony chłopiec z radością spełnił życzenie. Jak spod ziemi zjawił się asystent trzymający pędzelek i pojemnik z tuszem, razem podeszli do Rubina po autograf. Amerykanin, chwilę wcześniej wtajemniczony w zwyczaj praktykowany od samego początku Tokio Open, wiedział, co ma robić. Jeszcze poszerzył olśniewający uśmiech i zaczął starannie malować na żółtym filcu ideogramy oznaczające swoje imię i nazwisko. Od czasu do czasu nieznacznie zerkał na wzory, które pomocnik naszkicował mu długopisem na wnętrzu dłoni.

Kiedy obrazki zostały ukończone, asystent cesarskiego syna odczekał, aż tusz podeschnie, po czym umieścił piłeczkę w wyściełanym jedwabiem lakowym pudełeczku malowanym w złociste chryzantemy. Minohito z szacunkiem przyjął opakowanie. Przez twarz dostojnika przemknął smutny cień – otrzymanie nowego nabytku do kolekcji nieodwołalnie sygnalizowało zakończenie turnieju i powrót do codziennej, ciężkiej pracy. Następca opuścił kort. Czterech ochroniarzy o czujnych oczach i sztywnych ruchach zajęło miejsca dookoła szlachetnie urodzonego podopiecznego. Wszyscy skierowali się do śmigłowca, szybkiego i pewnego remedium na zakorkowane ulice tokijskiej aglomeracji.

Koniec

Komentarze

Z czystym sercem rekomenduję.

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Jeszcze raz dziękuję, SHADZIOWATY. :-)

I po raz kolejny muszę się przyznać do swojej filmowej ignorancji: to jest Corleone?

Babska logika rządzi!

Bez przesady, jeno utwierdziłem cię w przekonaniu, że jest wybornie. Odwdzięczysz się wkrótce ;) Co do filmowej ignoracji – nie, Wojtyła… :D

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Myślałam, że ten raczej ubierał się na biało… ;-)

Babska logika rządzi!

Ciekawe, aczkolwiek… Rozumiem, że piłeczka nie wybuchnie? Pomysł na sąd boży w wykonaniu tenisistów – przedni :). Tylko czy Japończycy nie są panteistami? A jeśli tak, to który bóg jest odpowiedzialny za sąd boży. Bo ten dosyć ściśle wydaje się łączyć z chrześcijaństwem (a może ogólnie – monoteizmem). Tak mi się przynajmniej wydaje. W każdym razie – przeczytałem z zainteresowaniem!

I technikalia – niżej kilka zdań, które moim zdaniem można przerobić.

“Jeden z amerykańskich prezydentów uczynił hasło „It's the economy, stupid” głównym przekazem swojej kampanii wyborczej.” Skoro mowa o kampanii, to gość nie był jeszcze prezydentem, a pretendentem.

“Rubin precyzyjniej posyłał piłkę w upatrzone zakątki.” – wolałbym tu “zakątki kortu”, bo teraz to brzmi tak, jakby Rubin do szatni serwował ;).

(…)podrzucone do kosza pełnego na pozór identycznych piłek – wydaje mi się, że w takich meczach nie używa się już używanych piłek. Czyli morderczą piłkę trzeba by było podrzucić do transportu nowych.

 

Miejsce na Twoją reklamę!

Dziękuję, Staruchu. :-)

Co do piłeczki – nie będę się wypowiadać, sam się zastanawiaj, czy Minoru doleci do domu. Podobno niektórzy lubią niedopowiedzenia, więc i ja mogę popróbować. ;-)

Sąd boży. W tej dziedzinie plotłam, co mi wena na klawiaturę rzuciła. Tak, w chrześcijaństwie praktykowano sądy boże, ale wyglądały one całkiem inaczej. Ja sobie wymyśliłam, że mnisi zwrócili się do bogów ogółem z prośbą o rozstrzygnięcie problemu. Taki boski trybunał powołali. Przy czym to dla powoda nie takie hop-siup.

Prezydent/ pretendent. Formalnie masz rację. Ale Minoru myśli o facecie “prezydent”, czytał biografię prezydenta, a nie pretendenta. Gdyby nie wygrał, to następca tronu wcale by o nim nie usłyszał. Tak, jak ja myślę “prezydent” o na przykład Lincolnie, bez wnikania, czy coś tam działo się przed elekcją czy po.

Zakątki (kortu). Popatrzę, czy tam aby jakiegoś powtórzenia nie będzie. Jak się da, to poprawię.

Piłki. Nie tylko nie bierze się używanych, ale jeszcze wymienia co kilka gemów. Przyjęłam, że gdzieś tam stał sobie pojemnik z nowiuśkimi piłeczkami czekającymi na finał.

Babska logika rządzi!

No właśnie – to nie jest niedopowiedzenie :). Jak rozumiem – piłeczka wybucha po przekroczeniu przez nią prędkości 180km/h. Ale, lecąc w helikopterze, nigdy tej prędkości nie osiągnie. Bo znajdować się będzie w bezruchu w stosunku do helikoptera, czyli układu odniesienia. I szans nie ma na wybuch. O to mi chodziło.

I, jak nowe piłki, to raczej się w koszu nie znajdują, ale zapieczętowane w pojemniku.

Aha, jeszcze jedno – rakieta ma ramę, a nie obudowę.

Miejsce na Twoją reklamę!

Poruszasz ciekawy problem. :-)

Co jest układem odniesienia? W piłeczce nie ma okienek, przez które trzymacz antymaterii mógłby sobie oglądać świat. Nie ma kółek, których obroty mógłby mierzyć licznik. Nie pisałam o szczegółach technicznych, ale wyobraziłam sobie, że w środku jest GPS-ik z zegarkiem i kalkulatorem. I razem dają radę wyliczyć prędkość. Taka konstrukcja zadziałałaby w helikopterze. Jeśli możliwe są jeszcze inne sposoby pomiaru prędkości, to będę musiała doprecyzować, o który mi chodzi. Są możliwe? Pewnie tak – choćby radar czy inna echolokacja. Ale na korcie z biegającymi zawodnikami mogłoby to dawać fałszywe odczyty. Więc chyba mnisi by na to nie poszli…

OK, ramę zaraz poprawię.

 

Edytka: czepiasz się z tymi nowymi piłkami. Organizatorzy kupili hurtem, na cały turniej. I już dawno odpieczętowali.

Babska logika rządzi!

GPSik powiadasz. Czyli prędkość wobec Ziemi… Chyba dałoby radę. Ale wydaje mi się, że prostszy w zastosowaniu byłby akcelerometr. Zwykłe GPSy (a jakiegoś superwyrafinowanego chyba nie dałoby się w piłce zamontować), są zależne od wielu czynników niezwiązanych z samym pomiarem (np. ekranowanie, rozmieszczenie satelitów w danej chwili). Chyba że to też element sądu bożego :). Ale to taka luźna dygresja.

Miejsce na Twoją reklamę!

Ale akcelerometr mierzy przyspieszenie? Tak/ nie? A ono, w momencie odbicia piłki od czegokolwiek (nawet gdyby ktoś piłki rozsypał) jest koszmarne. Z V na -V w ułamku sekundy…

Babska logika rządzi!

Całkiem niezłe i mamy niedopowiedzenia! :D

Bez przesady, Staruchu, myślę, że wiadomo, o co chodzi na sam koniec.

Czytało się przyjemnie, a pomysł na wykorzystanie hasła kompletnie mnie zaskoczył. Wyszło lekko i wiadomo, jak się skończyło. Udane opowiadanie. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Przyspieszenie, owszem. Ale żeby wybuchło, musiałoby być bardzo duże. Raczej niemożliwe przy zwykłym graniu czy upuszczeniu. To jak z poduszkami w samochodzie – też działają uruchamianaeakcelerometrem (no, prawie) i nie wybuchają przy byle przyspieszeniu na autostradzie.

A tak z ciekawości poguglałem – wydaje mi się, że skazałaś Go Minoru na śmierć :). Chyba cała męska czołówka ATP serwuje z prędkością ok. 200 km/h. Nawet kobietom się zdarza serwować ponad 200.

Morgiano, wiem, że się czepiam, ale odniosłem wrażenie, że piłka po prostu nie może wybuchnąć. Tak to zinterpretowałem.

Miejsce na Twoją reklamę!

Dziękuję, Morgiano. :-)

No i dobrze, że zaskoczył. Nie miało być przewidywalnie, ale trochę się bałam, że idę po linii najmniejszego oporu. Nic nie wiadomo… ;-)

 

Staruchu, no właśnie – jak samochód wyrżnie w drzewo albo inne autko, to poduszki się uruchamiają. Bo wtedy zmiana prędkości jest ogromna (a przyspieszenie dąży do nieskończoności). Taka sama sytuacja będzie z piłeczką uderzającą o cokolwiek – o kort przy kozłowaniu przed serwem, o rakietę przy serwie (no, tu trochę mniejsze, by chyba starają się walnąć piłkę, kiedy ona ma małą prędkość), o kort, o rakietę przeciwnika przy returnie… Praktycznie każde zderzenie wystarcza, żeby odpalić poduszki/ wyłączyć urządzenie pilnujące antymaterii.

Nie skazałam go na śmierć – to kwestia wyboru piłeczki. Zakładam, że przy międzynarodowym turnieju mają tych piłeczek więcej niż Józio i Kazio pykający na hotelowym korcie i jest szansa, że któraś nie zostanie użyta do gry. W końcu nie wiadomo, ile zestawów będzie potrzebnych – czy zwycięzca gładko wygra 3:0, i co najmniej 6:2 w każdym secie, czy będą się męczyć przez pięć setów z tie-breakiem w każdym.

Prędkości. Wyszukałam sobie jakieś dane o rekordach i wyszło mi, że kobiety serwują poniżej 200. Nawet siostry Williams. Ale to mogły być jakieś stare wyniki. No i nie wiem, jak mają się rekordy do standardowych wyników – czy to za każdym razem w okolicy szczytowych możliwości, czy zdarza się dwa razy wolniej.

Babska logika rządzi!

Interesujące opowiadanie; sam motyw bogów oraz gry ludzkim losem może nie nowy, ale ujęcie już tak. Fajnie, że wszystko dzieje się współcześnie, i że wykorzystałaś ciekawy zestaw elementów – szczególnie przypadła mi do gustu antymateria :)

Zgrzytały mi odrobinę realia tenisowe, ale pewnie się czepiam. Ekspertem nie jestem, ale miałam troszkę z tym sportem do czynienia + oglądanie relacji tenisowych i nie spotkałam się jeszcze z liczeniem serwisów (no, może ewentualnie w poszczególnych gemach) – raczej liczy się punkty, i to nie na taką skalę. Poza tym przy wyniku 0:0; 4:3; 30:15 i sześćdziesiątym którymś serwie to każda wymiana powinna była być raczej długa ;P Mężczyzn serwujących powyżej 200 km/h wcale nie jest tak mało, terminu ball toss przy komentowaniu też raczej nie słyszałam – dużo częściej używa się polskiego odpowiednika, jakim jest wyrzut piłki. Co do zakątków – może narożniki kortu? Przy podawaniu wyniku, brakowało mi też informacji, jakim stosunkiem gemów zostały wygrane poszczególne sety.

To tyle zrzędzenia z mojej strony…

"The child is grown. The dream is gone . I have become comfortably numb." Pink Floyd

Udany tekst.

Duży plus za pomysł, wplecenie w fabułę fizyki oraz podział opowiadania na etapy meczu tenisa, co fajnie zwiększyło tempo i dramaturgię ;)

Zakończenie niezłe, takie niedopowiedzenia to i ja toleruję ;D

Średnio wypadł, moim zdaniem, folklor japoński. Ten specyficzny, orientalny klimacik odczuwałem tylko momentami, kwestia “sądu” też dyskusyjna… Niemniej, przyjmuję do wiadomości wyjaśnienia ;)

 

Jakościowo oczywiście pięknie, czyta się jak złoto, więc i na stempel jakości opko zasługuje :)

 

Tyle ode mnie. Błędów nie zauważyłem, zaś dialogi, z tego co widzę, zapisałaś prawidłowo, Finklo ;P

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Porządne opowiadanie, może trochę przewidywalne co do przebiegu akcji, ale końcówka niespodziewana, smaczna i w dobrym stylu :) Aż postanowiłem sprawdzić parametry fizyczne (zarówno tenisowe, jak lotnicze) w googlach :)

nie da rady

Dziękuję, Dogsdumpling. :-)

Właściwie akcja nie dzieje się współcześnie, tylko w bliżej nie określonej przyszłości. Na razie, o ile mi wiadomo, nie ma turnieju Tokio Open, w rodzinie cesarskiej nie urodził się Go Minoru, a antymateria nie jest tak powszechnie dostępna i łatwa w przechowywaniu, że można ją zostawić na kilka dni bez dozoru.

Oczywiście, sędziowie liczyli punkty. Ale arcykapłan na co innego patrzył – tylko mnisi liczyli serwy, tylko we fragmentach o nich się pojawiają.

Ósmy gem i kilkadziesiąt serwów – założyłam, że średnio na gem przypada siedem udanych podań (minimum cztery, górnej granicy nie ma – mogą pykać na przewagi do śmierci z głodu) i dodałam jakąś jedną trzecią na błędy serwisowe i nety – mnisi liczyli wszystko, bo nawet przy necie mogło dojść do oczekiwanego skutku.

Nie mam pojęcia, ilu jest facetów serwujących z taką prędkością. Strzelałam. Ale mnisi też się na tym nie znają, mogli przyjąć zbyt niski próg. ;-)

Ball toss – użyłam go, żeby (i) uniknąć powtórzeń i (ii) pokazać fascynację Minoru amerykańską kulturą i językiem. Prezydenckiego hasła o gospodarce też celowo nie przetłumaczyłam.

Zakątki – już zmieniłam na pobliże linii. Też wredne zagranie. :-) Kortu wolałam uniknąć, bo chwilę wcześniej wykorzystałam to słowo.

Tak, oficjalnie nie podaję, jakim wynikiem zakończyły się poszczególne sety (a jeszcze się okaże, że gdzieś się pomyliłam i ostatni serw wcale nie należał do Amerykanina). Ale sama dla siebie ustaliłam: 6:4, 5:7, 6:4, 6:4. Ale nie mów nikomu, niech to będzie nasza tajemnica. ;-)

Babska logika rządzi!

O, nowi się dopisali. Dziękuję. :-)

 

Luki, miło, że znalazłeś tyle plusów.

Folklor – no, tutaj zmyślałam. Potrzebowałam czegoś takiego do opowiadania, a żadnego kraju, w którym byłaby rodzina panująca, zwyczaj popełniania samobójstwa, jeśli coś pójdzie niezgodnie z oczekiwaniami i jeszcze historia odwołań do sądu bożego, to ja nie znam. Musiałam iść na kompromis i cięłam po obyczajach religijnych.

Ufff, fajnie, że przyfarciło z dialogami. A już się bałam, że coś znajdziesz. ;-)

 

Zapomnialemhasla, szkoda, że przewidywalne, dobrze, że chociaż w końcówce coś się udało zachachmęcić.

No i co wynikło ze sprawdzania? Ja też wujka Googla o to pytałam. ;-)

Babska logika rządzi!

Finkla – tak po pierwszym sprawdzeniu to chyba mogłaś dać więcej, w męskim tenisie prędkości serwisu osiągają dobrze powyżej 200 (rekord jest chyba 263). Prędkość śmigłowców jest podobna – średnio 150-250 km/h, oczywiście maszyna cysarzewicza mogła być podkręcana, zaś obecny rekord to coś pod 500…

A że nie zaskakujące… Po prawie pięciu latach pracy w środowisku, gdzie decydentami się wojskowi (a w każdym razie ludzie o takiej mentalności) to już mnie niewiele zaskakuje ;)

nie da rady

O, to wujek mi podobnie mówił. ;-)

Ale nie wiem, jak rekordy mają się do prędkości przeciętnych. Bo nawet rekordziście to 250 pewnie przy każdym serwie się nie zdarza.

Mnisi chcieli mieć pewność, że jak już bogowie wypchną felerną piłeczkę, to sprawa będzie załatwiona. ;-)

A tak poważniej – chciałam stworzyć przekonanie, że jeśli ta piłeczka trafi do śmigłowca, to też będzie pozamiatane. Cesarzewicz pewnie nie lata jakimś starym rzęchem, ale rekordowym eksperymentalnym też raczej nie. No i jeszcze – żeby każdy czytelnik intuicyjnie (jeśli używa) czuł, że śmigłowiec przekroczy próg.

Ergo: nie mogłam zawiesić poprzeczki zbyt wysoko.

 

Edytka: Dopisałeś coś… No popatrz – mówi się o wojskowych, że trepy, a tu taka kreatywność, że aż zdolność do zaskakiwania niszczy. ;-)

Babska logika rządzi!

Co do współczesności, oczywiście masz rację. Chodziło mi raczej o to, że zabawy bogów kojarzą mi się z zamierzchłymi czasami, a ty wymieszałaś to wszystko z nauką, co odświeżyło ten motyw i, w moim odczuciu, uwspółcześniło go.

W ostatnich latach tenis poszedł bardzo mocno do przodu, z dużym naciskiem na przygotowanie fizyczne, serwisy około 180 km/h nie są niczym niezwykłym, mnisi mają zaległości sportowe ;)

"The child is grown. The dream is gone . I have become comfortably numb." Pink Floyd

O, jednak i baby potrafią zabić piłką…

Ale najciekawsza była informacja, że ten od wyniku 249 ma wiele wyników 225. Czyli dwadzieścia pięć kilo poniżej rekordu to żadne dziwo, a norma pewnie wynosi jeszcze mniej. Uważam, że moi mnisi rozsądnie ustalili granicę. :-)

Babska logika rządzi!

Poprzednie było do Starucha.

Dogsdumpling, mnisi chcieli mieć sporą szansę, że jak już zawodnik weźmie antymaterię do ręki, to kort szlag trafi. Nie celowali w rekordowy, tylko właśnie w taki, którego można oczekiwać.

Ale z zarzutem o ich zaległości sportowe nie będę polemizować. Pewnie, że mają, czym innym się zajęli. :-)

Babska logika rządzi!

Finkla – kreatywność wojaków jest wielka, tylko nie jestem przekonany czy zamierzona… Na szczęście ten okres mam już za sobą (żeby nie było, sam byłem, jestem i będę cywilem – tak mnie “kariera” zawodowa rzuciła) ;)

Jeśli istotą sądu bożego był sam wybór piłeczki, to w sumie i 180 nie było potrzebne (o ile na mecz piłeczka nie miała jechać szybkim autem po autostradzie ;)). Tak czy inaczej zamierzony efekt osiągnęłaś, fantastyka to nie apteka ;)

nie da rady

Aaaa, taka kreatywność… Tak czy siak – Czytelnika armia zepsuła. Niedobre wojsko!

Głównie wybór piłeczki. Plus jakieś tam sprzyjające czynniki. Co to za problem dla bogów zorganizować podmuch wiatru? Ale gdyby akurat serwujący stał w rogu najbardziej odległym od loży cesarskiej, mógłby dostojnik przeżyć – mnisi starali się minimalizować liczbę ofiar. No i warunki musiałby być tak ustawione, żeby bogowie nie poczuli, że ktoś im wykręca rękę (czytaj: postawić gościa przed plutonem egzekucyjnym i jeśli naprawdę niewinny, to wszyscy spudłują). Bo by się wkurzyli na organizatora. Nasza, chrześcijańska próba wody by nie przeszła.

Napisałam, że piłeczkę wieźli ostrożnie. Czyli japońskie pociągi pewnie odpadły.

Babska logika rządzi!

Bardzo pomysłowa koniunkcja tematów: tenis, sąd boży, Japonia. Konstrukcja oparta na strukturze meczu tenisowego wciąga i trzyma. Do tego smaczki, jak te źle odbierane przez kapłanów amerykańskie fascynacje następcy tronu.

Chciałoby się więcej tego japońskiego klimatu, np Miecz-Trawosiecz, choć to oficjalna nazwa, brzmi jakoś tak słowiańsko, wolałbym Kusanagi-no-tsurugi, nawet z krótkim wyjaśnieniem, co to. Nie jestem pewien, czy Zastępca Arcykapłana powinien się do swojego było-nie-było Mistrza zwracać tak po prostu, po imieniu.

Zakończenie, takie jak najbardziej lubię. Idealna proporcja zaskoczenia i niedopowiedzenia.

Dziękuję, Coboldzie. :-)

Cieszę się, że mieszanka tematów przypadła do gustu.

Miecz-Trawosiecz. Tak szczerze, to mi się ta nazwa nie podoba. Nie ze względu na słowiańskość (nie mam nic przeciwko własnemu językowi ;-) ), ale jakoś tak mało mieczowo brzmi. No, miecz do trawy? Śmiech na sali. Ale tak sobie broń nazwali i co im zrobisz? Wolałam trzymać się nazw raczej zrozumiałych dla polskiego odbiorcy. Już nad sakurą się długo zastanawiałam, ale ile można pisać o wiśniach. A wolałam, żeby Czytelnik zapamiętał miecz (a nie jakiś bełkot).

Też nie wiem, jak powinien się zastępca zwracać do szefa. Masz jakieś dane? Mogę dopisać na przykład Teramura-sensei. Tak będzie lepiej?

Babska logika rządzi!

To ja się poprzyczepiam do realiów japońskich. Imię ‘Go-Minoru’ to coś jak ‘ten-po-Minoru’ i zdecydowanie nie pasuje na imię cesarza, który żyje a w szczególności cesarza-in-spe. Imiona nawiązujące do poprzedników to imiona pośmiertne. Z ‘sądem bożym’ jest ten problem, że a) w shinto nie ma czegoś takiego b) każdy cesarz jest potomkiem bogów w linii prostej… :p

 

dopisek: Miecz-Trawosiecz ma jeszcze kilka innych, bardziej epicko brzmiących nazw, jak np. ‘Miecz zbierających się na niebie chmur’. Zastępca do szefa zwykle zwraca się z przyrostkiem honoryfikatywnym -sama.

Dzięki, Bella. :-)

Obawiam się, że masz rację. Ale jeśli Go to nie nazwisko (tak zinterpretowałam drzewo genealogiczne, ale mogłam się mylić), to czy istnieje coś w zamian?

Sąd boży. No nie ma w shinto, ale potrzebowałam do opowieści. Przyznaję w przedmowie, że w tej dziedzinie zmyślam. Z pokrewieństwem też masz rację. Możesz albo uznać, że Minoru trafiła się bezpieczna piłeczka, albo się bogowie pokłócili z Amaterasu i chcieli jej zrobić na złość. ;-)

Wiesz, w greckich mitach bogowie potrafili nieźle nakłaść herosom po tyłkach. Jak to jest w Japonii? Gdyby tak następca całkiem odwrócił się od własnych bogów i zainteresował protestantyzmem? Nie woleliby młodszego brata?

 

Edytka: Dobra, to dopiszę to -sama. A nad resztą zastanowię się jutro.

Babska logika rządzi!

Przeczytane.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Finklo, książęta z rodu cesarskiego i późniejsi cesarze noszą imiona zakończone na ‘-hito’. Nazwiska rodzina cesarska nie ma, bo są potomkami bogów a bogowie nazwisk nie mają :) a dynastia trwa nieprzerwanie od ponad 2tys. lat.

Japońscy bogowie są wyrozumiali – toż duża część Japonii ‘przeszła’ na buddyzm i nic się nikomu nie dzieje z tego powodu ;) To zupełnie inna religia niż chrześcijaństwo, tam nie ma ‘bata’ i systemu kar od kapłanów/bogów.

Cześć.

Nutka od teologa: buddyzm nie daje się zaklasyfikować jako religia (bez względu na to, czy przyjmiemy teologię chrześcijańską, czy inną monoteistyczną). Być może określają ją tak sami buddyści – nie wiem. Z braku lepszego kryterium chyba trzeba by przyjąć ilościowe: ilość wyznawców tych religii, które mówią “buddyzm nie jest religią” do ilości wyznawców tych religii, które mają odmienne stanowisko. Wygrywają ci pierwsi.

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Gravel, dzięki za info. :-)

Bella, ale nie wszyscy kończą się -hito. To się dopiero od Hirohito zaczęło, w XX wieku. Ot, przejściowa moda.

Go wzięłam z ich drzewa genealogicznego. Było kilku takich, ale pisanych Go-coś tam. Założyłam, że na chwilę używali takiego nazwiska. Ale zmienię.

Z wyrozumiałymi bogami pewnie racja, ale kapłani są ludźmi, mógł się trafić jakiś mniej pobłażliwy. Bez tego nie ma opowiadania. :-)

Babska logika rządzi!

Dziękuję, Piotrze.

OK, niech sobie nie będzie religią. Czy to coś zmienia?

Babska logika rządzi!

Czytało się świetnie! Fajny pomysł z setami, jako rozgraniczenie scenek.

Jak dla mnie, tylko jeden feler (nie zagłębiałem się w dyskusję pod tekstem, może jest więcej :P). Moim zdaniem przekombinowałaś z tą antymaterią. To jakby walić do muchy z haubicy. Są o wiele prostsze sposoby na pozbycie się niewygodnej osoby.

To raz, a dwa, tak niespotykana substancja na pewno nie byłaby trudna do namierzenia, mimo że świątynia ma swoje dojścia. Przy takim celu, śledztwa na pewno bałwanom by nie dali. To już wysoka liga.

Ale ogólnie, super.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Dzięki, Zalth. :-)

Cieszę się, że pomysł na śródtytuły przypadł. Sama lubię niestandardowe, więc z radością zakombinowałam.

Wydaje mi się, że jakoś tę antymaterię uzasadniam. Mnichom chodziło nie tyle o pozbycie się dostojnika, co o skłonienie bogów do podjęcia decyzji w tej sprawie. A przy np. snajperze-ateiście bogowie nie mają nic do gadania. ;-)

Na badaniu śladów eksplozji nie znam się wyjątkowo bardzo. Jeśli już wiadomo, że przyczyną wybuchu była antymateria, to pewnie stosunkowo łatwo ustalić, kto miał dostęp. Ale jak poznać przyczynę? Wydaje mi się, że antymateria i materia anihilują się wzajemnie, czyli znikają, a na ich miejscu pojawia się energia, która robi niezłą rozpierduchę. Pewnie powstaje przy tym trochę egzotycznych cząsteczek, ale to by trzeba szybko (malutkie ułamki sekund?) sprawdzać.

Oj, felerów to tu ludzie widzą mnóstwo. :-)

Babska logika rządzi!

Mam wrażenie, że organizatorzy zamachu podjęli się dość skomplikowanego zadania, w dodatku z nie do końca wiadomym efektem.

Nie wnikałam ani w zawiłości techniczne operacji, ani zwyczaje i możliwości japońskich bóstw, a tenis nigdy mnie nie interesował. Nie dociekałam, czy osoby z rodziny cesarskiej mają właściwe imiona. Nie mając na głowie tych problemów, mogłam skupić się na lekturze, a ta – jako że opowiadanie oparłaś na zacnym pomyśle, że o porządnym wykonaniu nie wspomnę – przebiegła bez zakłóceń. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Reg. :-)

Ano, zmiana panującego w państwie to nigdy nie jest prosta sprawa. ;-)

Niecierpliwy Daichi nigdy się nie dowiedział, jaki był efekt. Inni wkrótce usłyszą o cesarzewiczu. :-)

Fajnie, że lektury nic nie zakłócało. A faktycznie – potencjalnych czynników więcej niż atomów w wykorzystanym kawałku antymaterii.

Babska logika rządzi!

Ano, zmiana panującego w państwie to nigdy nie jest prosta sprawa. ;-)

Nie trzeba daleko szukać, aby uznać trafność tego spostrzeżenia. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“Moda” na kończenie imion cesarskich na ‘-hito’ trwa od ery Heian, czyli jakieś tysiąc lat :) To, co widziałaś w drzewie genealogicznym z przedrostkiem ‘Go-‘ to imiona pośmiertne. Cesarz sam wybiera sobie imię pośmiertne, ale nikt go za życia tym imieniem nie nazywa, dlatego znasz Hirohito i Akihito – bo oni żyli współcześnie i się tych imion używało za ich życia. A samo ‘Go-‘ znaczy tyle co ‘po’. Jak się przyjrzysz uważnie temu drzewu, to każde imię z ‘Go-‘ będzie miało wcześniejszy odpowiednik bez ‘Go-‘ – to są imiona nawiązujące do poprzedników.

Reg, nie trzeba. Niestety.

Bella, dzięki za wyjaśnienia. Co za ludzie, żeby po śmierci przybierać nowe imię… Tysiącletnia moda to jednak coś poważnego. No to muszę zmienić na -hito… Minohito będzie w porządku, czy mi przypadkiem jakiś japoński bluzg wychodzi? Czy młodszego brata mogę zostawić w spokoju?

Babska logika rządzi!

Minohito wygląda ok, jeśli chodzi o znaczenie, będzie to mniej-więcej ‘widzący’ (jeszcze zależy, jakimi krzakami się napisze :)). Młodszy brat zasadniczo też powinien być -hito, aczkolwiek zdarzały się czasem wyjątki od reguły, więc jeśli Ci mocno nie pasuje, to może być bez :)

Wiesz, dwa imiona ale za to bez nazwiska ;P coś za coś :)

Bardzo podobał mi się pomysł i forma opowiadania. Z Podzieleniem opowiadania na części tenisowego meczu spotkałem się po raz pierwszy. W ramy konkursu wpisuje się znakomicie, warsztatowo i fabularnie też nie mam zastrzeżeń. Solidny, przemyślany tekst Finklo. Powodzenia w konkursie :)

Dzięki, Bella.

Dobra, młodszego też mogę przechrzcić, co mi tam, niech będzie po cesarsku.

Uch, biez połlitra sake nie razbieriosz… Powoli zaczynam dochodzić do wniosku, że mojito to boski napój. ;-)

 

Belhaju, dziękuję.

Miło, że tekst się spodobał.

A ile opowiadań rozgrywających się właściwie na korcie czytałeś? ;-)

Babska logika rządzi!

Mam wreszcie chwilę na kilka słów komentarza. Bardzo fajny pomysł :) I na hasło i na sąd boży. Zwłaszcza ciekawie wyszedł ten sąd, a konkretniej jego wynik. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki, Śniąca. :-)

Zauważyłam, że Ci się spodobało i czekałam na komentarz. Miło, że tyle fajnych pomysłów znalazłaś. Sąd… Niezbadane są wyroki boże… ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo raczej nie pamiętam żadnego :)

Być może te rzeczy są powiązane. ;-)

Babska logika rządzi!

Komentarz miał być troszkę bardziej rozbudowany, ale w pracy to czasem trudno (ciii! nie wydajcie mnie), a teraz już zapomniałam, co jeszcze chciałam napisać… 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Aj, jaka szkoda. Nie masz w robocie żółtych karteczek, żeby sobie coś zanotować? No trudno, i tak Cię nie wydam. ;-)

Babska logika rządzi!

Karteczki mam, ale je bez przerwy gubię. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Aaaaa, takie bez kleju Ci się trafiły… Bywa. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie, z klejem. Ale ilość kleju nie ma znaczenia u mnie żadnego :) Karteczki się gubią i już. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A próbowałaś przykleić karteczkę do czegoś wystarczająco dużego, żeby było trudno to zgubić? ;-)

Babska logika rządzi!

Co oznacza czasownik “Inwokować”? Jeżeli w ogóle coś konkretnego  i sensownego znaczy… 

Pozdrówka.

To neologizm, ale wszyscy dotychczas intuicyjnie zgadywali, o co chodzi. W rzeczownikowej inwokacji autor słów zwraca się do jakiegoś wyższego bytu z prośbą o natchnienie. Tutaj podobnie, tylko prosi o wydanie wyroku. “Apeluję” nie brzmiało mi tak ładnie, pomijało nadnaturalny pierwiastek.

Też pozdrawiam.

 

Babska logika rządzi!

Inwokacja to początek, wstęp, z zasady jakiegoś utworu. Tak generalnie. Jeżeli od rzeczownika tworzy się nieistniejący czasownik, czyli rzeczywiście neologizm, to powinien coś znaczyć. Walka → walczę.

Inwokuję sąd bozy… Czyli co?  A nie wiadomo, co.

Proszę o sąd boży, wnoszę o sąd boży, błagam o sąd boży.  Ale już nie za bardzo “wzywam na sąd boży”, bo ten zwrot oznacza także wezwanie do walki, chyba, że z tekstu taka okoliczność wynika. 

No i tak w sumie tytuł, jak dla mnie, wyszedł był bez sensu, ładu i składu.

Pozdrówka.

Ja jestem fanką tenisa i oglądam namiętnie wszystkie transmitowane przez Eurosporty i nasze rodzime kanały turnieje. Dlatego szczególnie mi się. Jeden drobiazg: kiedy ten pomocnik wypisał japońskie znaczki na dłoni tenisisty? Chyba dopiero chwilę przed ceremonią, bo zawodnicy tak często wycierają pocące się dłonie, że napis nie miałby szansy ostać się na ręce gracza. Może niech lepiej podrzuci jakąś karteczkę? Myślę, że cesarz nie obraziłby się za ściągę, nawet jeśli przyuważyłby tenisistę na zerkaniu na karteczkę. 

Klep.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dziękuję, Rogerze.

Twoje prawo – nie widzieć sensu, ładu i składu.

Częściowo się zgadza – proszę, wnoszę, błagam. Ale nie tylko. Inwokacje, które widziałam, zostały zamieszczone na początkach istniejących utworów. Czyli prośba o wenę zadziałała, bo “Iliada” i parę innych rzeczy powstało. Dla mnie słowo “inwokacja” ma odrobinę mocy sprawczej. I tak jest w moim tekście – tytułowe słowa zawsze odnoszą poważne skutki. To nie zwykła modlitwa, prośba, którą bogowie mogliby odrzucić, a wtedy wszyscy zapomną o sprawie.

Twój “początek” też ma sens, bo od słowa “inwokuję” zaczyna się cały ciąg zdarzeń. Można uznać, że ma ono coś z zaklęcia.

Ewentualnie można jeszcze pójść w stronę angielskiego to invoke – wywoływać.

 

Edytka:

Oj, nie zauważyłam, że Bemik się dopisała. I nawet kliknęła, a ja się zastanawiałam, kto był piąty. Dzięki. :-)

Cieszę się, że tematyka przypadła do gustu. Takie mi się hasło dostało.

Ściąga. Oczywiście, że Amerykanin został wtajemniczony w ostatniej chwili. Na pewno po zakończeniu meczu, żeby już było wiadomo, czyj to ma być autograf. Przed ceremonią wręczenia pucharu, albo nawet chwilę po, kiedy wszyscy pozowali fotoreporterom, asystent mu na ucho nawijał, co będzie dalej. Kiedyś używali karteczek, ale jeden zawodnik przepisał do góry nogami i potem źle to wyglądało w cesarskiej kolekcji – albo krzaczki bez sensu, albo logo turnieju na odwyrtkę… ;-)

Babska logika rządzi!

Zaraz, zaraz…

Mamy wyraz pretendent. No i czasownik pretendować. No i wiadomo, co on oznacza. Generalnie ubiegać się o coś, z tym, że pretendować ma nieco inne znaczenie. Ktoś ma jakieś prawa do czegoś, wiec do tego pretenduje. Głównie do tronu, ale też do funkcji, stanowiska itp. Ale wiadomo, o co temu komuś chodzi.Nie, No i mamy wyraz absolwent. I co? Istnieje czasownik absolwentować? Nie, bo nie ma takiej potrzeby.  Wystarcza czasownik ukończyć.  A stworzenie od absolwenta czasownika absolwowac byłoby śmieszne, bo ten czasownik znaczyłby rozgrzeszać.

Inwokować – czyli co? Pisać wstęp, wstępy? Tak wychodzi. Inwokuję sąd boży, czyli piszę wstęp o sądzie bożym? Wstęp jakiejś historii o sądzie bożym? Piszę inwokację, i tyle.

Neologizm musi coś znaczyć. Jeżeli inwokowac ma znaczyć “pisać, tworzyć wstęp, inwokację”, to jeszcze jest ok, chociaż po kiego grzyba tworzyć  jakieś dziwaczne zwroty? Piszę inwokacje, napisałem, stworzyłem inwokacje.

Ale inwokować sąd boży kompletnie sensu już nie ma. To jest historia podobna do tej, w której ktoś z mieczem dwuręcznym w nocy polował  w lesie na zająca. Było na tym portalu.

Dałaś czadu z tym tytułem.

Pozdrówka.

Rogerze, obydwoje wiemy, że żadne z nas nie przekona drugiego.

Możemy sobie przytaczać liczne przykłady różnych par rzeczownik : czasownik. I ani pretendent – pretendować, ani absolwent – absolwować, ani inne delegacja – delegować (które nie musi oznaczać wypisywania świstka zwanego delegacją), ale co to zmieni? Ty nie zrozumiesz, co chciałam przekazać neologizmem, a ja go najprawdopodobniej nie zmienię, bo mi się podoba.

Też pozdrawiam.

Babska logika rządzi!

Finkla ma rację i świetną intuicję :) czasownik “inwokować” użyty został w książce Crowleya. Cytując za wikipedią:

 

„Inwokować” oznacza „przywoływać”, tak jak „ewokować” znaczy „wywoływać”. Jest to zasadnicza różnica pomiędzy dwiema gałęziami Magiji.

Magija w teorii i praktyce: Rozdział I. Podstawy rytuału, s. 36, Wydawnictwo „KOS”, Katowice 2003, tłum. Marek Uniejski.

Coś ta­kie­go! In­tu­icja to jedna z ostat­nich cech, o które mo­gła­bym się po­dej­rze­wać.

Ale “przy­wo­ły­wać” brzmi cał­kiem przy­zwo­icie. Acz samo w sobie nie za­wie­ra bo­skie­go pier­wiast­ka. ;-)

Dzięki, Bella.

Babska logika rządzi!

Bo intuicja to nieuświadomiona kompetencja!

Podoba mi się ta definicja. :-) Czyżbym miała talenty ciągle czekające na odkrycie? ;-)

Babska logika rządzi!

Jakby ludzie grali w D&D zamist czytać gupie książki, to by wiedzieli, że tam była specjalizacja dla maga co się “Inwokator” nazywała i na pewno nie rzucała we wrogów wstępami do książek, tylko przywoływała różne efekty. O!

Napisałem, co wiedziałem.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Głowę sypię popiołem, bom jeszcze nie przeczytał opowiadania, ale ten smakowity tytuł wiele obiecuje ;) No i zupełnie nie rozumiem, czemu nie można by sobie trochę poinwokować… Argumenty @RogerRedeye do mnie nie trafiają, bo:

1) Patrz komentarz Bellatrix powyżej;

2) Wg Słownika wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych W. Kopalińskiego inwokacja oznacza: “apostrofa; zwrócenie się o pomoc, o natchnienie do Muz, bóstw, na wstępie epopei; liturgiczne wezwanie do modlitwy. – łac. invocatio ‘wezwanie; błaganie’ od invocare ‘wzywać’“;

3) W Korpusie języka polskiego na sjp.pwn.pl podano taki przykład użycia czasownika inwokować w piśmie (nie wskazano autora, być może to Crowley): „…literą grymuarów jestem tylko w jednym względzie: chcący ewokować lub inwokować mag musi spełnić warunek odpowiednio długotrwałej wstrzemięźliwości od stosunków płciowych…”;

4) W sieciowych słownikach (sgjp.pl, aztekium.pl) podana jest pełna koniugacja czasownika inwokować.

Podsumowując, jest to czasownik rzadki, ale jego użycie w sytuacji religijnej, a więc podniosłej, wzniosłej, patetycznej, wydaje się w pełni uzasadnione. A sama inwokacja nie oznacza wstępu, czy początku utworu. Może się w nim znajdować, jak w Panu Tadeuszu, ale nie musi.

Dla pełnej sprawiedliwości, w wym. w pkt. 2 słowniku ewokować oznacza „wywoływać wspomnienie, wizję czego, uprzytamniać. || ewokacja. – łac. evocare ‘wywołać’“; podstawową formą jest czasownik, a rzeczownik stanowi pochodną. W przypadku inwokacji nie ma podanego czasownika. Co nie znaczy, że nie istnieje (pkt. 1 i 3).

 

 

No, ja ‘inwokować’ znam właśnie z różnych gier :p magiem się inwokuje firekulkę we wrogów ;)

Dziękuję wszystkim.

No widzisz, Zalth, ja czytam gupie książki i to całkiem nie te, co trzeba, więc sama muszę sobie wymyślać brakujące słowa. ;-/

Lissanie, imponujący wysiłek włożyłeś w szukanie podejrzanego czasownika. Doceniam. Zwłaszcza ta sytuacja religijna i patetyczna mi się podoba. Właśnie o to mi chodzi. :-) Tylko uważaj z czytaniem komentarzy, bo tu spoilerów jak mrówków.

Bella, ale firekulkę inwokować? Nieee, miotacze ognia są takie przyziemne… Chyba że o grom z jasnego nieba chodzi. ;-)

Babska logika rządzi!

„inwokuję sąd boży nad Minohit!”.

A nie Minohito?

 

Całkiem sympatyczne opowiadanie. Pierwsze akapity nieco mi się dłużyły, ale z czasem rozkręciło się. W sumie to kibicowałem zamachowi, liczyłem, że dojdzie do skutku, bo tak jakoś nie przepadam za happy endami. Ale tutaj fakt, że się nie udało, był bardziej zaskakujący, niż gdyby się udało, więc chyba się udało – zrobić zakończenie nieprzewidywalnym, a przez to satysfakcjonującym. ;)

Co do tytułu – cóż, mi też zgrzyta, ale skoro znalazłyście źródło potwierdzające znaczenie słowa “inwokować”, to nie mówię nic więcej.

Pozdrawiam!

Przeczytałem, co oznacza wywiązanie się ze zleconego zadania.

Trochę Cię zasmucę. Nie przejąłem się prawie niczym – zaciętość pojedynku na korcie, plany zamachu na następcę tronu, nawet przedwczesna decyzja arcykapłana były oczywistością, więc jako takie dreszczy ani łez nie wywołały.

Więcej niż trochę pocieszę Cię. Warstwa “science” w opowiadaniu bardzo misię, i tak samo dość dyskretne “zapodanie do wiadomości”, co stanowiło przyczynę podjęcia próby zamachu.

Na deser – piłeczka musi eksplodować. Jego Wysokość nie po to wsiada do śmigłowca, żeby wlec się godzinami.

<><><>

{…} najpierw figurki Hachimana (sandałową, glinianą i spiżową) {…}.  ---> znaczy, figurkę ze sandała wystrugali? Z nieużywanego chociaż? Bo wiesz, przepocony i zdarty jako surowiec dla takiej figurki…  ---> z drewna sandałowca, od biedy sandałowcową.

Na początek. Finklo! Coś Ty najlepszego zrobiła! Co za diabeł kazał Ci wybrać akurat ten fragment na bliblioteczny opis! Tyle fajnych, soczystych, przyjemnych dla oka jest w tekście… a tutaj taki potworek jednozdaniowy. “Z największym napięciem wpatrywali się w kort członkowie niewielkiej grupki zebrani w sali do medytacji przy najstarszej świątyni Hachimana.” – największym, niewielkiej, najstarszej; przekrój mało ciekawych przymiotników wsadzonych do jednego zdania, które dla mnie brzmi nieco niezgrabnie. To drugie zwalam jednak na mój obłąkany słuch (”obłąkany” brzmi lepiej, niż że “słoń na nie nadepnął”).

 

“zerknął na ponadpięćsetletnią replikę Miecza-Trawosiecza” – nie zabrakło gdzieś spacji? :)

 

Podobał mi się “setting” opowiadania. Bardzo fajnie czyta się takie teksty, bo sztafaż rekwizytów w nich wykorzystanych jest zawsze nieco odmienny od lokacji bliższych czytelniczemu spojrzeniu (ależ głupie zdanie mi wyszło).

Na moje jednak, klimat nieco zbyt delikatny. Jakby nieco neutralny – zabrakło jakichś emocji. Może wyraźniejszej postaci. Może chodzi o częste przeskoki w przestrzeni, może coś innego. W każdym razie, bez tego nie mogłem w pełni delektować się całością.

 

Dodatkowo nie przemawia do mnie idea z antymaterią. Bardzo. To tak jakby postanowić, że ten stół najlepiej wykonać z diamentu, bo nie będą banany leżeć na jakimś tam drewnie.

To są najgorsi zamachowcy jakich w życiu widziałem. Jeśli chciało się bardziej zaakcentować motyw “boskiej decyzji”, można to było myślę zrobić inaczej. A tak należało długo tłumaczyć, dlaczego akurat antymateria i w jaki sposób, a na moje wciąż wyszło absurdalnie.

 

Czytało się jednak przyjemnie. Mogło wciągnąć bardziej, ale nie narzekam. Taki gust.

Powodzenia przy następnych tekstach!

Dziękuję, MrBrightside. :-)

Oczywiście, że Minohito. Te poprawki na szybko…

W sumie to w swojej niezmierzonej złośliwości nie wyjaśniam, czy się zamach udał, czy nie. Możesz sobie sam wybrać. :-) Grunt, że zakończenie usatysfakcjonowało.

A wiesz co? To podobnie jak ja – też właściwie stałam po stronie arcykapłana. Tylko tych niewinnych kibiców żal…

Ale dlaczego “znalazłyśmy”? Zalth i Lissan to faceci. A, pewnie nie obejrzałeś ich komentarzy przed pisaniem.

Babska logika rządzi!

@Finkla – lubię takie małe “śledztwa” :)

O, nowi Czytelnicy się dopisali. Dziękuję. :-)

 

Adamie, obowiązek wykonany. Odhaczam. :-)

Bilans na plus, nie jest źle. Nie przejąłeś się, wszystko takie przewidywalne? Chomicza jucha! Mam nadzieję, że przynajmniej zakończeniem odrobinkę zaskoczyłam.

Czy musi eksplodować? Ja tam nie wiem, zależy którą piłeczkę bogowie podrzucili… ;-)

Figurka. Tak, z sandała, wprawdzie mało przepoconego (Japończycy lubią się myć), ale za to zdartego do imentu. Właściwie, to płaskorzeźba wyszła. Nie chciałam używać drewna, bo niedaleko mam drzewo. Ale sandałowcowy mogę przytulić. Chociaż słownik PWN podaje także takie “drzewne” znaczenie przymiotnika “sandałowy”. Jesteś pewien?

 

Mały Słowiku, faktycznie można było wybrać mniej naj fragment reprezentacyjny. Ale to jeszcze można zmienić, poszukam czegoś lepszego.

Spacji, IMO, nie brakuje. Tak się to pisze: ponadtrzymetrowy itp. Chyba że masz jakieś dane na temat Miecza?

Zabrakło jednego wyraźnego bohatera? Tu możesz mieć rację. Często mam ten problem, wolę skalę makro, ogólne spojrzenie na problem. Ale tego już tak na chybcika nie zmienię.

Zarzutu o antymaterię nie rozumiem. Bogowie i cesarze chyba akurat nie kładą bananów na zwykłym drewnie. :-) A może chodzi o to, że musiałam jeszcze spełnić wymagania konkursowe? A jak Ty przeprowadzałbyś taki zamach z boską ingerencją?

Babska logika rządzi!

Lissanie, po prostu jestem pod wrażeniem skrupulatności, z którą potraktowałeś podejrzanego. ;-)

Babska logika rządzi!

Kajam się i przyznaję bez bicia, że przeraziła mnie ta liczba komentarzy dobijająca do setki, więc jedynie rzuciłem okiem, że dyskutujesz, Finklo, z Bellatrix, na temat tytułu. Nie bądźcie na mnie źli, panowie. ;)

Niewinnych kibiców żal? Mi nie żal, dlatego kibicowałem eksplozji…

Ależ nie masz się za co kajać, a i ja bić nie zamierzam. Myślę, że panowie wybaczą. Jakby co, to powiedz im, że mi strasznie podpadną, jeśli Ci zrobią kuku. Przy tej liczbie komentarzy mało komu chce się studiować wszystkie… A dyskusję na temat inwokowania zaczął Roger.

Nie żal Ci kibiców? Straszny jesteś. A może niektórzy z dziećmi poszli? A może prawnuczka Radwańskiej tam siedziała? ;-)

Babska logika rządzi!

Ale Radwańska wygrała tyle samo wielkoszlemowych turniejów, co byle cham z Japonii, więc ich geny są równo cenne. ;)

Podejrzewam, że w tabeli jest wyżej niż przeciętny japoński wieśniak, więc jednak bym jej ewentualnych potomków chroniła. Ty krwiożercza bestio… ;-)

 

Edytka: Tfu! Chroniłabym niezależnie od miejsca w tabeli. Człowiek jest człowiek. Polityk to insza inszość… ;-)

Babska logika rządzi!

Ha! Nie dam się tak łatwo podejść. Grywam w crpgi namiętnie (stąd rozumiałem hasło inwokować, które wywołało jakieś dyskusje, jak zauważyłem w komentarzach) ale przeważnie łotrzykiem, stąd to ja powinienem kraść dobre pomysły!

Mówiąc poważnie – wydaje mi się, że jeśli faktycznie ciężko było władować w miarę normalny środek wybuchowy do piłeczki, bo waga by się nie zgadzała (co mi też nie pasuje, nie można wsadzić antymaterii do piłeczki od tak, o ile nie traktujemy jej jako magii – a wyjaśnienia próbują być przecież naukowe– ona również potrzebuje czegoś żeby utrzymać się w ryzach, zachować jakąkolwiek stabilność ), to czemu upierać się przy akurat piłeczce? Może poduszka, jakaś podstawka na której niesiony będzie puchar. Może sam puchar (który pewnie byłby mniej badany niż same piłeczki – a do spreparowania fałszywego pucharu środki przecież mają, skoro i tak używają antymaterii ;)). Aspekt “boskiej decyzji” mógł, tak myślę, zostać pozostawiony w kwestii tego, który z zawodników wygra. Dla mnie – wystarczyło by. Po co dodawać więcej niepotrzebnych czynników. To tak jakby powiedzieć, że boska decyzja może przejawiać się tylko jeśli dostatecznie utrudnimy mu robotę :P (aczkolwiek ten argument bym zrozumiał, jeśli padłby w tekście).

Pojawia się nawet w wyjaśnieniach hasło “miniaturyzacja to nie problem” – i pada jako argument za antymaterią, ale już nie za standardowymi środkami wybuchowymi ;). Gdzieś mi tu umyka logika.

 

Co do spacji, chodziło mi o ponad-, ale sprawdziłem w internecie i wychodzi na to, że można i tak i tak. Uwielbiam niezdecydowanie mojego ojczystego języka. Jak dla mnie powinno być “ta język polski”, a nie “ten język polski”. ^^

O, Finkla znów bije rekordy pod względem ilości komentarzy ;D

Ale te dyskusje… To jest piękne – żadnego narzekania “offtop, offtop” tylko merytoryczna dyskusja na tematy około-opowiadaniowe ;D

Taaaak, ten tytuł wypadł dziwnie, ale na swój sposób interesująco. Mnie przypadł do gustu, a jak wiadomo, w tej kwestii jestem malkontentem…

Zgodzę się za to ze Słowikiem – koniecznie zmień ten fragment. Niby ksywka “Finkla” wystarcza, ale wiesz – nie wolno spoczywać na laurach, wstępy również muszą błyszczeć :P

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dlaczego upierać się przy piłeczce? Bo w tym konkursie trzeba było napisać tekst, w którym ogromne znaczenie ma wylosowane hasło. Dla ułatwienia: nie dostałam pucharu. ;-)

Nie znam się na materiałach wybuchowych. Nie mam pojęcia, ile trzeba prochu/ trotylu/ semtexu/ plastiku… żeby wybuch zabił osobę znajdującą się w odległości – bo ja wiem? – kilkunastu metrów. Ale wydaje mi się, że sporo. Więcej niż waży piłeczka. Może nawet (w niektórych przypadkach) przekracza to objętość piłeczki. A antymaterii dużo nie potrzeba, żeby cały kort podskoczył i wylądował w innym miejscu. To cholernie wydajny sposób pozyskiwania energii.

Tak, potrzebne jest tajemnicze coś do izolowania antymaterii. Podejrzewam, że absolutne minimum to jakiś pojemniczek, w którym utrzymuje się próżnię i elektromagnes, żeby cholerstwo nie dotknęło ścianek ani dna. Owo coś jest zminiaturyzowane. Razem z GPS-em. I urządzenia można miniaturyzować, ale nie laskę dynamitu. Atomówka bez masy krytycznej nie walnie.

Założyłam, że do boskiej ingerencji konieczny jest element losowości. Na przykład – dziesięć szklanek, w jednej trucizna, w reszcie woda z cukrem, oskarżony wypija jedną czy dwie. I próbuję to wytłumaczyć w tekście. Jeśli za słabo, to daj znać.

Babska logika rządzi!

Taaak, w tym tekście wyjątkowo szybko idzie. Dzień po wstawieniu i już prawie setka. Ale kilkanaście jeszcze z bety pochodzi…

Jak na moje opowiadanie – wyjątkowo mało offtopu, merytoryczne dyskusje (nie to, żebym kiedykolwiek krytykowała odbieganie od tematu pod moimi tekstami). Dużo tematów połączyłam, to i każdy się może wtrącić: od japonistów do fizyków. ;-)

Dobrze, zmienię fragment. W wolnej chwili. :-)

Babska logika rządzi!

Przy pucharze nie byłoby boskiego sądu i ważnego przy nim elementu losowości. Piłeczka do całego zamysłu jest idealna (już nawet pomijając konkursowe hasło), a panowie chyba niezbyt uważnie przeczytali tekst ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ależ ja rozumiem ideę tegoż hasła. Jak dla mnie samo mocno zarysowane tło, takowe hasło zawierające, jest wystarczające (zamach przeprowadzony w czasie takiego publicznego meczu jest jak najbardziej logiczny). Rozumiem jednak, że chciałaś się upewnić, że będzie ono dostatecznie mocno wyeksponowane :). Stąd moje marudzenie wynika bardziej z faktu: dlaczego akurat piłeczka? Bo to ona przecież prowadzi do rozwiązania z antymaterią.

Uważam, że na sam wynik meczu wpływa wystarczająco dużo czynników losowych, żeby uzależnić od niego wybuch, ale rozumiem w czym rzecz. Jestem malkontentem.

Z materiałami wybuchowymi nie pomogę. Zabawy z saletrą to jednak zbyt małe doświadczenie ;), a idea izotopowa wygląda na równie przesadzoną. “Słowik chyłkiem ulatuje z dyskusji” :P. Potraktuj to po prostu jako czytelnicze wrażenie “źle dobranych środków”. Wrażenie, nic więcej.

 

EDIT: Proszę mi nie zarzucać nieuważnego czytania tekstu! :P Mam po prostu problem z dopasowaniem zamiar-środki.

O, Śniąca dobrze gada! Kto zwycięży w turnieju nie zależy od kaprysów losu. No, w niewielkim stopniu. OK, jeśli w wigilię finału jeden zawodnik złamie nogę, to pozamiatane, ale raczej mam nadzieję, że wygrywa najlepszy. Najlepiej przygotowany, najsilniejszy, z najmocniejszą psyche…

Wydaje mi się, że im większy nacisk położę na hasło, tym lepiej wpisuję się w założenia konkursu. I, Słowiku, jak podkreśliłbyś moje hasło bez piłki? Tylko nie odpisuj, że lotką. ;-)

No i jak uzależnić wybuch od wyniku meczu? U mnie wybuch zależy od prędkości. Jak się iluzoryczna wskazówka za bardzo wychyli, to magnes przestaje działać, antymateria spada na dno i BUM! Prosta sekwencja zdarzeń.

Przyjęłam do wiadomości “źle dobrane środki”. Ale wytłumacz, jak można je było dobrać lepiej, nadal spełniając wszystkie warunki.

Babska logika rządzi!

To, że zamiast piłeczki będzie miało wybuchnąć coś innego, nie oznacza, że nagle przestanie się rozgrywać mecz tenisa ;).

Wyobraź sobie, jak potężna musi być boska wola, jeśli udupi zawodnika przygotowanego lepiej! :P A jeśli będzie się boska wola musiała mniej naprodukować, to czy to nie oznacza, że i tak wygrał zawodnik, który miał wygrać? Dla niej nie ma ograniczeń, możliwe/niemożliwe trudne/nietrudne.

Przy Twoich założeniach, rzeczywiście może być ciężko wyprodukować to inaczej i wtedy piłeczka z antymaterią jest idealna. Nie ja jestem tutaj przecież autorem. Dla mnie losowość w życiu przejawia się praktycznie we wszystkim i nie potrzeba przy niej urozmaiceń.

Ale! Czemu wybuchu nie można wywołać zdalnie przy odpowiednim wyniku. To wciąż jest rodzaj zakładu, jak to całe wybuchnie-nie wybuchnie. Bo ostatecznie, przy nieprzychylnym wyniku “nie wybuchnie”, to druga strona sama sobie “popełnia śmierć” (przy zasadzie, jeśli nie tamten, to ten), co jest właściwie decyzją “zdalną”. Z drugiej strony, Twoje podejście nadaje opowiadaniu ciekawszy wymiar.

Nie wycofam się raczej z pierwotnej oceny. Całość mi się przecież podobała, ale wyciąć pierwszego wrażenia co do antymaterii przecież nie mogę. Jak tego uniknąć, nie mam pojęcia. Nie byłem chyba sam w tej kwestii. Musisz wyciągnąć wnioski sama i ewentualnie zignorować moją opinię (może rzeczywiście źle coś przeczytałem?).

Gdzieś się chyba nie rozumiemy, Słowiku. Odniosłam wrażenie, że jako element losowości uznajesz wynik meczu (może źle odebrałam Twoje słowa, nie wiem). A wg mnie nie ma znaczenia kto wygra. Liczy się to, czy TA piłeczka znajdzie się w grze i czy osiągnie TĘ określoną prędkość. I dlatego puchar nie bardzo ma sens. Bo nie ma w nim TEJ losowości. Zamiast sądu bożego, byłby precyzyjny zamach – skoro wiadomo, że puchar wręcza Minohito. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Stąd, Śniąco, uzależniłbym wybuch tego pucharu od właśnie jakiegoś losowego wyniku. Niech już nawet będzie osiągnięcie tej odpowiedniej prędkości przez piłeczkę ( i niech ktoś nawet naciśnie ten przycisk, a jak potrzeba mniejszej ingerencji człowieka, niech zrobi to program komputerowy). Takie rzeczy są rejestrowane na normalnych meczach. I ofiar mniej (bo puchar niesie Minohito, obszar rażenia może być minimalny), a logika ta sama.

Bo spreparowanie w taki sposób antymaterii, żeby wybuchła w odpowiednim momencie, to jest również ingerencja. To jest decyzja, że akurat ta prędkość. To prawie jak zdalne włączenie przycisku.

Ale jak już powiedziałem, znika wtedy pewna atrakcyjność pomysłu.

Bo spreparowanie w taki sposób antymaterii, żeby wybuchła w odpowiednim momencie, to jest również ingerencja. To jest decyzja, że akurat ta prędkość. To prawie jak zdalne włączenie przycisku.

A dla mnie nie do końca. Ostateczna decyzja co do wciśnięcia tego “przycisku” pozostaje w rękach bogów – zrobią to, czy nie (piłeczka osiągnie tę graniczną prędkość, czy nie). Przy niesieniu/wręczeniu pucharu nie dostrzegam tej losowości. Brakło by jej też przy ustawieniu dużo niższej prędkości. 

Jak widać, mamy różne spojrzenia :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No właśnie. Śniąca to dobrze wyjaśniła.

Zdalny wybuch uzależniony od wyniku meczu (czy innego rzutu monetą) byłby za słabo losowy. Bo wtedy czerwony guzik jest pod palcem ludzkim. A chodzi o podsunięcie go bogom. Człowiek zawsze może sobie wmówić, że ta moneta to nie została rzucona, tylko wypadła z ręki i się nie liczy. A co z tego, że mecz wygrał zawodnik A, skoro B tak pięknie dokopał mu w trzecim secie. Trzy asy serwisowe pod rząd! To musiał być znak od bogów, wciskamy. Nie – ja to wymyśliłam, że człowiek tylko przygotowuje pułapkę (koniecznie dając ofierze jakieś rozsądne szanse na uniknięcie, bo inaczej bogowie poczują się oszukani ukartowanym procesem), a potem nie ma żadnej kontroli nad wynikiem. Nie ma cyngla, nie ma guzika. Tylko los.

Aha, i wylosowane hasło nie brzmiało “mecz” ani “tenis”. ;-)

Babska logika rządzi!

Ale nie brzmiało też “piłeczka” ;). I znów zaznaczam, ten mecz wciąż by się rozgrywał. A na nim robione byłyby rzeczy. Dokładnie takie same. W taki sam sposób, co tutaj :P.

 

Jakby naciskał człowiek, a bogowie nie chcieli żeby to zrobił, to by mu uschła ręka! Byłbym dobrym terrorystą, co? :P

Ale na przykład, program komputerowy może zawieść równie mocno, co odpalenie wybuchu przy antymaterii. Dla mnie to po prostu to samo. Czemu człowiek w swoim egocentryzmie miałby się nie uważać za czynnik losowy? On zawsze może zawieść, tak jak zawieść może “zapłon” dla antymaterii.

 

Zgadzam się ze Śniącą, różne spojrzenia. Nie ma potrzeby się sprzeczać, zdecydowanej większości wszystko zagrało, a nie można celować w każdego czytelnika, bo to niemożliwe. Znaczy, nie jest to żaden błąd, a wina mojej logiki. Widocznie lubię patrzeć tak, żeby nie grało. Smutny jest świergot tego słowika!

Gdyby ten słowik śpiewał, jak wszystkie inne ptaszki dokoła, byłoby strasznie nudno ;) I nie byłoby o czym dyskutować. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jakby naciskał człowiek, a bogowie nie chcieli żeby to zrobił, to by mu uschła ręka! Byłbym dobrym terrorystą, co? :P

Wiesz, mając do wyboru uschniętą rękę albo obowiązkowe wbicie sobie sztyletu w jelita…

A czy byś był? Nie mnie to orzekać. Ale jeśli potrafisz podlecieć niezauważony do celu… ;-)

Trudno, jakiś niezadowolony Czytelnik być musi.

Mecz toczyłby się dalej, ale czy ktoś z takim napięciem obserwowałby każde podanie? Przegrał tego gema, jeszcze może wygrać następnego…

Babska logika rządzi!

Nigdzie nie powiedziałem, że jestem niezadowolony. Chyba napisałem wprost przeciwnie w pierwszym komentarzu. “Setting” i język (poza zdaniem bibliotecznym! a fuj!) wynagradzają dużo, a na pewno ten zgrzyt logiczny (w moim prawie samotnym wypadku).

 

Dobra, odlatuję, bo zaraz będzie, że próbuję sztucznie pompować komentarzowy rekord Guinessa (za jakiś czas będziesz miała okazję popodgryzać mi piórka przy moim własnym opowiadaniu ;) – bardzo średnio podeszło mi hasło).

Powodzenia w konkursie i niech Burza nie wyleje zbyt wielu łez, a Szatan nie będzie smutny śmiertelnie!

Dobra, rozstańmy się na tym pozytywnym akcencie. :-)

Tobie też powodzenia w walce z hasłem. Na pewno zajrzę, ale podgryzanie piór mnie nie nęci. Prędzej jakieś jajka bym z gniazdka podebrała. ;-)

Babska logika rządzi!

Melduję, że: (1) przeczytałem, (2) wybaczyłem i (3)… eee zapomniałem :)

Jak mogę ocenić ten tekst: jest po prostu bardzo dobry – począwszy od pomysłu, wykorzystania hasła, przez tytuł, po techniczne wykonanie (czytałem już po ostatnich poprawkach).

Zakończenie – dla mnie bombowe ;) bo w mojej głowie nie ma obrazka wybuchającego śmigłowca (no, mignął przez chwilę ledwie). Za to widzę tę piłeczkę w szkatule, za szkiełkiem jakowymś, w wielkiej sali pałacowej. Nie słychać żadnego tik-tak, tik-tak, ale materiał powoli się męczy, męczy, męczy… Nic nie jest wieczne, z wyjątkiem bogów, a ci nieźle zakpili z Teramury.

Dziękuję, Lissanie. :-)

Dobrze, że wybaczyłeś bez problemów.

No i miło, że tekst się spodobał. I to aż tyle elementów! :-)

To prawda, bateryjki kiedyś muszą paść… Ale zawsze jest szansa, że w takim wypadku łupnęłoby w pustej sali, roznosząc kolekcję w cholerę, może wywołując pożar, rozwalając skrzydło budynku, ale nikogo nie zabijając. Jest ryzyko – jest zabawa. ;-)

Babska logika rządzi!

Witaj ;) Tekst dobry, poddaje temat do dyskusji (ilość komentarzy). Mi osobiście na początku się nudziło ale później akcja się rozkręciła. Zakończenia na wpół otwarte można więc spekulować co się dalej stało :) Na plus :)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Dziękuję, Mytriksie. :-)

Cieszę się, że tekst przypadł do gustu. A komentarze… Chyba od pewnego momentu to już kula śniegowa… Tak, pozostawiam spore pole wyobraźni Czytelnika.

Babska logika rządzi!

Mytriksie, Finkla mogłaby napisać opowiadanie o zmienianiu skarpetek i miałoby szybko 100 komentarzy :D

Nieprawda, nie każde moje opowiadanie dochodzi do setki! ;-)

Zmienianie skarpetek, powiadasz? Tak na szybko, przychodzi mi do głowy wyłącznie dowcip:

– Kapitan Iwanow, wy noski mieniajetie?

– Tolka na wodku!

Babska logika rządzi!

Hm, albo podawałbym imię konkretnego boga, jeśli jest jednym z wielu w danym systemie wiary, albo pisał Bóg – dużą literą, jeśli miałbym na myśli twór monoteistyczny. To mi zgrzytnęło. Potem wynudziłem się niemiłosiernie, by dotrzeć do zakończenia, które okazało się całkiem satysfakcjonujące. Szkoda, że nie dało się do niego dotrzeć szybciej – tekst jest, moim zdaniem, zbyt rozwleczony. No chyba że takie przegadanie (szczególnie opis rozgrywki sportowej) wynika z założeń konkursu – nie znam jego zasad. 

Hej-ho!

Sorry, taki mamy klimat.

Dziękuję, Sethraelu. :-)

Podaję imię boga, do którego należy świątynia. A sąd ma odprawić boży kolektyw i często używam liczby mnogiej.

Przegadanie nie należy do wymogów konkursowych. Przynajmniej nie bezpośrednio. W konkursie każdy uczestnik dostawał wylosowane słowo, które miał uczynić motywem przewodnim tekstu. Moje miało pewien związek z rozgrywką i chyba stąd jej akcentowanie.

Szkoda, że się wynudziłeś, dobrze, że chociaż końcówka nie rozczarowała.

Babska logika rządzi!

Na liście rzeczy, na których się nie znam, tenis plasuje się stosunkowo wysoko – wiem, że jest kort, są rakiety, dziwna punktacja, te rzeczy. Niezbyt zachęcająco, ale tytuł zaintrygował, czytam. Japonia… Rytuał… Zamach… Sąd boży piłką tenisową? Wsiąkłem, krótko mówiąc, i wsiąknięty pozostałem do końca. Orientalno-sportowo-polityczno-religijny mix w krótkim opowiadaniu, super! Mam tylko problem z mnichami. Podobali mi się najbardziej w całym opowiadaniu, ale nie wiem jednego – mieli być zupełnie na poważnie? Przyznaję, gdy zaczęli się wymieniać metaforami, parsknąłem. Wydawali mi się pocieszni, w połowie przez to, jak niesamowicie japońsko-mnichowo się zachowywali, w połowie przez ich genialny pomysł umieszczenia antymaterii w piłce tenisowej :) Przez wszystkie komentarze nie przebrnąłem, więc nie wiem, czy jestem osamotniony w takim odczuciu, czy to raczej norma oczywista. Podobało się, bardzo sympatyczne opowiadanie, pełne ciekawych pomysłów.

Dziękuję, Reinee. :-)

W śmianiu się z mnichów jesteś pierwszy. Gratuluję, niełatwo znaleźć coś nowego przy takiej konkurencji. ;-) Mieli być na poważne. Ale nie znam żadnego takiego osobiście (ani Japończyka, ani mnicha), więc musiałam uciekać się do stereotypów wschodniego mędrca. Być może gdzieś po drodze przegięłam. Pomysł genialny? Miło mi. Miło również, że ogólnie się spodobało. :-)

Babska logika rządzi!

cóż godniejszego zostać narzędziem w boskim sądzie?

Albo to ja, albo czegoś brakuje. 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Hmmm. Wydaje mi się, że to Ty, bo ja nie widzę braków. Ale może wytłumacz, o co chodzi?

Babska logika rządzi!

Pewnie o “niż lub “by” – ładniej brzmi 

cóż godniejszego niż zostać narzędziem w boskim sądzie?

Miejsce na Twoją reklamę!

Ale to by zmieniło sens zdania. Na taki raczej… niepasujący.

Edytka: Z “by” ewentualnie może być. Ale czy musi?

Babska logika rządzi!

Dla mnie alternatywnie, w zależności od sensu tego zdania “cóż godniejszego mogłoby zostać” albo “cóż godniejszego niż zostać”, o ile w drugim znaczeniu jeszcze mogę sobie wyobrazić formę bez niż, choć brzmi trochę dziwnie dla ucha, to w pierwszym jestem prawie pewien, że bez dodatkowego słowa ciężko doszukać się sensu. A z tego co napisałaś w odpowiedzi, to pierwsza z tych dwóch interpretacji była prawidłowa. Ale nie chcę się wymądrzać, bo ojczysty język kryje przede mną całe morze tajemnic :P. Nie pogardziłbym książkowym przykładem, gdyby ktoś akurat miał pod ręką :).

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Hmmm. Mnie ta forma wydaje się nieco archaiczna, ale prawidłowa. Zastanowię się jeszcze. Też bym nie pogardziła książkowym przykładem. :-)

Nevazie, a jakieś zdanie na temat pozostałych zdań? ;-)

Babska logika rządzi!

A tak zupełnie na marginesie, to całkiem fajny tekst :D. Oczywiście scena z piłką skojarzyła mi się z filmem “Kilerów dwóch”, ale ponieważ go lubię, to nie mam zastrzeżeń.

Ładnie napisałaś też tę scenę z żywiołami, chociaż nie jestem pewien, czy Japończycy mają takie same pięć żywiołów jak Chińczycy. Zrobiłaś “disclaimer”, więc już się więcej nie czepiam :P.

 

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

No, dziękuję, ile to się trzeba nadopominać… ;-) Wyobraź sobie, że w ogóle nie pamiętałam sceny z “Killerów” (chociaż oglądałam), ale beta przypomniał. Identycznym tropem poszliście. ;-)

No, też nie mam pojęcia, nawet nie wiem, gdzie szukać, więc żywioły wzięłam z feng shui. Założyłam, że blisko, może się odrobinkę te kultury mieszały.

Babska logika rządzi!

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

!

:-)

Babska logika rządzi!

Kojarzę, że Japończycy mają taki sam podział jak my, z tym, że piątym elementem jest pustka. Tak jest chyba w japońskim buddyzmie, ale w shinto czy jakichś mniejszych sektach może być inaczej. Piszę o tym, bo uśmiechnąłem się przy scenie z ryżem: dosłownie kilka dni przed lekturą natknąłem się gdzieś na informację, prawdziwą lub nie, że w feng shui czy innej wschodniej filozofii ryż należy do żywiołu metalu. Gdy przeczytałem o ryżu pięciu żywiołów pomyślałem, że to jakieś buddyjskie GMO :D

 

EDIT Głupi ja, metal oczywiście, nie żelazo.

Pustka? Interesujący żywioł. W sumie, pewnie niezbyt odległy od eteru. :-)

Z ryżem jako kumulacją pięciu żywiołów zmyślałam. Ale metalowy ryż stanowi dla mnie spore zaskoczenie. Śrut(a)? ;-)

Babska logika rządzi!

Podobał mi się podział opowiadania na gemy i fajnie dozujesz informacje o co chodzi. Końcówka przyjemnie nieodpowiedziana – bez przesady. Antymateria, hmm… przyjąłem ją jak każdy inny materiał wybuchowy, choć wiadomo że tak nie jest, ale tak odebrałem. Opisy sali i rytuału plastyczne. To, co mi nie podeszło, to brak emocji – w ogóle nie obeszły mnie działania zamachowców. Czegoś zabrakło jak dla mnie. No, przyjemnie się czytało, bo warsztat cymes. ;)

Dziękuję, Blackburnie. :-)

Podział (czy tam śródtytuły) jakoś sam się narzucił.

No, antymateria działa nieco inaczej niż dynamit, ale skutki podobne… ;) Nie to, żebym kiedykolwiek oglądała jedne lub drugie. No i antymateria, którą można sobie ot, tak zdobyć, daje mi element fantastyczny.

Brak emocji. Częściowo to przez postacie – japońscy mnisi nie kojarzą mi się z histeryzowaniem i egzaltacją. Ale potencjalnymi ofiarami Czytelnik miał się przejąć. Czyli nie całkiem zażarło. OK. Za to mam kontrolę nad informacją. Tak, to podobne do mnie. ;-)

Babska logika rządzi!

Do mnie natomiast trafiło wewnętrzne rozdarcie i konflikt wartości głównych antybohaterów :P. Za to ofiarami faktycznie jakoś zbytnio się nie przejąłem. Może trzeba było dodać opis zsuwających się po schodach trybuny dziecięcych wózków, przynajmniej kilkunastu ;).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Oj, nie możecie sobie dośpiewać tych niemowlaczków, tenisem niesamowicie zainteresowanych? Co to ich pierwsze słowo nie pospolita “mama” czy “tata”, ale – z japońska – jakiwynik? ;-) No dobra, żarty żartami, ale mogłam wspomnieć, że dziwnym trafem żony obu finalistów były w zaawansowanej ciąży, a jedną to nawet na płytę wpuścili, żeby miała bliżej do toalety. Może jeszcze jakieś zdanko na ten temat dopiszę.

Babska logika rządzi!

I małe kotki na trybunach. Koniecznie!

O kurczę! To kotki też się interesują tenisem? Albo jakimkolwiek sportem innym niż piłeczka z kłębka włóczki? Trzeba będzie dołożyć… ;-)

Babska logika rządzi!

Podstaw sobie za piłeczkę z kłębka włóczki piłeczkę tenisową i masz odpowiedź;)

No tak. A czy wobec tego nie ma jeszcze zakazu wnoszenia kociaków na kort? ;-)

Babska logika rządzi!

Pomysłowe, ale zagmatwane jak na moje… albo raczej mało przejrzyste. Nie chodzi nawet o zastosowanie niedopowiedzianego zakończenia, tylko o to, że tych niedopowiedzeń, domysłów itd było zbyt dużo. Przy 60k, albo lepiej 100k tekstu takie celowe zakręcenie czytelnikiem ma sens, ale przy tak krótkim – niekoniecznie. Czułem się trochę niekomfortowo. A te wszystkie japońskie imiona pogłębiały moje wrażenie zagubienia. W połowie tekstu zrezygnowałem z łamania sobie języka na tych imionach i patrzyłem tylko na ich fragment, żeby je jakoś w głowie utrzymać… ale potem Minohito pomylił mi się z Katahito i koszmar wrócił sad.

Duży plus za pomysł, ale z tą Japonią, to nie to…

A tak przyszło mi teraz do głowy, że gdyby to działo się u nas, między odnalezionymi potomkami Piastów i Jagiellonów, a sąd boży inwokowałby ojciec Rydzyk – to by dopiero było przezabawnie!

Dziękuję, Gostomyśle.

Zagmatwane? Pierwszy raz się spotykam z takim zarzutem. Widocznie kiedyś musiał nastąpić. Nie starałam się zakręcić Czytelnikiem. Tylko w chronologii zamieszałam.

Japońskie imiona. One coś znaczą (ale sama już nie pamiętam co ;-) ). Gorzej z nazwiskami – Teramury nie mogłam zapamiętać. Między innymi dlatego często używam zrozumiałych synonimów – nie chciało mi się za każdym razie wędrować po tekście i sprawdzać. Minohito i Katahito – to rezultat interwencji Bellatrix. Napisała, że cesarze (i zazwyczaj ich synowie) mają imiona kończące się na -hito.

Gdyby to się działo u nas i pozostawało w gestii ojca redemptorysty… Odprawiałby rytuał przy każdym nie ekstremalnie prawicowym rządzie. Chociaż… W mojej wersji człowiek, któremu bogowie nie przyznają racji, musi umrzeć. Może to by powstrzymało co bardziej krewkich.

Babska logika rządzi!

Podobało mi się zakończenie z wielkim finałem po zapadnięciu kurtyny ;). Metafora o Statule Wolności była ciekawa. Dziękuję za lekturę.

Dziękuję, Teofilu. :-)

Miło, że finał i metafora przypadły do gustu. Czymś trzeba było zaskoczyć. ;-)

Babska logika rządzi!

Gościłam Lolę.

Finkla

;-)

Babska logika rządzi!

Tokio Open, antymateria i kapłani – rozstrzał tematyczny dość spory, ale myślę że umiejętnie nie przekroczyłaś granic, a zachęciłaś do dalszej lektury.

Odczuwałem pewne napięcie związane z tym, że wątek rzeczonej antymaterii spotkał się z wątkiem tradycji kulturowej Japonii. Ale być może w niedalekiej przyszłości taki właśnie stan będzie panował w tym kraju, kto wie ;)

 

Podoba mi się w Twoich tekstach to, że się do nich przygotowujesz. Nie piszesz "z czachy" tylko zbierasz słownictwo i tworzysz przy jego pomocy pewien określony klimat.

Ten tekst jest dość wymagający dla mnie, musiałem wytężyć uwagę, żeby się nie ominąć jakiegoś ważnego ustępu, być może ze względu bohaterów i ich imiona i nazwiska, które trudno było mi od razu zapamiętać.

 

Dwa detale:

klangor żurawi zwołujących się do odlotu

– wiem, że nie ma większego znaczenia, ale z jakichś powodów fajny wydał mi się ten zlepek słów

 

Miecz-Trawosiecz

– niestety miałem podobne odczucie co Cobold (p. około 120 komentarzy wcześniej)

 

Motyw, który do mnie przemówił i dzięki któremu odczułem dramatyzm sytuacji, jest dla mnie ukryty tutaj:

Słów „inwokuję sąd boży” nikt nie wypowiadał pochopnie. Gdy już wybrzmiały, ktoś musiał umrzeć: albo cel, albo wygłaszający.

Jeśli miałbym śmiałość wmieszać się do Twojego tekstu, chyba uwypukliłbym jeszcze bardziej ten wątek, myślę że to dość mocny pomysł, który trochę stłoczył się wśród innych motywów – sytuacja polityczna Japonii, zawiłości mechanizmu umieszczonej w piłeczce, no i antymateria, która – gdy tak konsultuje się ze sobą samym – jednak nie przemówiła do mnie.

 

Dzięki za kolejny ciekawy tekst.

Dzięki też, że oszczędziłaś widownię. Uratowałaś tym opowiadaniem wielu Japończyków…

Dziękuję, Nimrodzie. Miło, że wróciłeś na portal. :-)

Tak, połączyłam kilka dość odległych wątków. Taki konkurs, taki pomysł. Co zrobisz… ;-)

Chyba nie przygotowuję się aż tak starannie. Coś tam już wiedziałam, zanim zaczęłam myśleć o tekście. Najwięcej musiałam sprawdzać w dziedzinie tenisa. To może być kwestia wczuwania się w bohaterów. Stary mnich będzie inaczej patrzył na świat niż nastolatek. Będą używać różnych słów.

Żurawie nadal wzbudzają jakieś miłe drgnięcia w duszy? Uparte ptaszyska. ;-)

Miecz-Trawosiecz. Już pisałam, że mi też nie leży ta nazwa. Ale taka jest. Fakt, mogłam użyć jakiejś innej, pobocznej. Ale najpierw uważałam na liczbę znaków (tamta jest sporo dłuższa), a potem już entuzjazm do cyzelowania opadł. No i ta nazwa jest ładnie uzasadniona odpowiednią legendą.

Ryzyko inwokowania sądu bożego. Nie podoba mi się europejska wersja, która pociąga ogromne ryzyko dla ofiary (w ekstremalnych wersjach udowodnić niewinność można wyłącznie w jeden sposób – umierając). Uważam ją za cholernie niesprawiedliwą, a nie takie powinno być sądownictwo. Więc w swoim świecie to zmieniłam. Tutaj ja rządzę. :-)

Antymateria to tak właściwie najmocniejszy element fantastyczny. :-) No i mocno wiąże tekst z hasłem konkursowym.

Babska logika rządzi!

Tak, tak, powróciłem, by siać postrach moimi ostrymi jak brzytwa komentarzami ;)

No to komentuj, a my będziemy drżeć ze strachu. ;-)

Babska logika rządzi!

Poprawnie napisany tekst, ładnie poprowadzona akcja i… tyle. Czegoś mi zabrakło – przypuszczam, że emocji. Głupio, bo nie ma się do czego przyczepić, a zachwycić też się nie potrafię ;-)

OK, dzięki, Lolu.

Emocji brakło, powiadasz? Hmmm, może jednak trzeba było dopisać parę słów o tych żonach w ciąży, siedzących tuż przy trybunie honorowej… ;-)

Babska logika rządzi!

Znaczy emocji we mnie – ale kto wie, może właśnie taka żona by wywołała ;-)

Rozumiem, że w Tobie. Arcykapłan na pewno coś czuł, nawet jeśli nie wypadało mu tego okazywać.

Babska logika rządzi!

“ponadpięciuset” – pierwszy błąd.

 

Gdzieś tam w którymś nawiasie zgubiłaś słowo. Pod koniec tekstu, ale nie pomnę już, gdzie. Przepraszam.

 

Fabule mam do zarzucenia tylko jedno – skrewiłaś ten sąd, bo wedle wszelkiego prawdopodobieństwa zginął i sądzący, i podsądny, a przecież nie tak być powinno. Okey, nie jest to do końca powiedziane, ale sugestia aż nazbyt wyraźna. I to trochę psuje radość z fajnego, niejednoznacznego finału i z opowiadania ogólnie. A szkoda, bo opko jest dobre. Napisane porządnie, ciekawe (choć na tenisie się nie wyznaję i nie jestem entuzjastą; co innego tenisistki ;), z pomysłem, do tego ładne splecenie sci-fi z fantasy. Rys filozofii dalekowschodniej też przyjemny i do kupienia. A całość napisana jakby mniej suchym, relacyjnym stylem, który jest Twoim znakiem rozpoznawczym, a przy okazji chyba największą, jak dla mnie, wadą Twojego piórka. Wyrabiasz się.

No co tu dużo gadać, podobało mi się.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

O, będę pyskować!

“ponadpięciuset” – pierwszy błąd.

Ale o co chodzi? O pisownię łączną/ rozdzielną (tako rzecze słownik ortograficzny) czy o pięćset/ pięciuset (moje na wierzchu)?

Co do konstrukcji “cóż godniejszego zostać” już takiej pewności nie mam, ale poddam się dopiero, kiedy ktoś mi pokaże autorytet (od AdamaKB w górę) twierdzący, że jest niepoprawna. Mnie się wydaje, że jest w porządku. Archaiczna, to prawda, ale jako taka świetnie mi do mnichów pasuje.

Skrewienie sądu. Piszę, że bogowie tylko jednemu mogli przyznać rację. I tego się trzymam. Piszę też, że ktoś musiał umrzeć. I tego też się trzymam. Fakt, używam konstrukcji albo-albo, sugerującej alternatywę ostrą. Ale robię to, żeby lepiej zbudować zaskoczenie. :-) Rzeź po obydwu stronach (już po fakcie i na marginesie) mogę tłumaczyć na aż dwa sposoby: (i) mnich się pospieszył, to wcale nie bogowie go zabili, wypadek przy pracy. Gdyby ten telewizor pograł pół godzinki dłużej… (ii) mnich podpadł bogom ogromną liczbą ofiar, które gotów był zaakceptować, więc wyrok brzmiał: ta strona ewidentnie nie ma racji, ale i z tym nie możemy się zgodzić.

Cieniu, dziękuję, znaczy. :-)

Babska logika rządzi!

Przeczytałem z ciekawością to opowiadanie. Niestety tylko do 1/3, albowiem zagubiłem się w różnych hockach-klockach, które przytaczam poniżej:

„Wszyscy koncentrowali się na telewizorze…” he he, chyba powinno być na „przekazie telewizyjnym” smiley

„…miły bogu zapach wiśni…” któremu?

„ach, gdzie te czasy, gdy zwyczaj nakazywał do gry dżentelmenów zakładać wyłącznie nieskalaną biel?!” ufff, a co powiesz np. na „ach, gdzie te czasy, gdy zgodnie ze zwyczajem, dżentelmeni zwykli zakładać do gry nieskalaną biel?!” Prawda, że brzmi lepiej? smiley

„Po każdym podaniu myśli arcykapłana ulatywały daleko. Właściwie, nie daleko, tylko cofały się w czasie, nie zmieniając miejsca.” Czy to zdanie jest napisane po polsku?

Co znaczy zdanie/stwierdzenie: „…ugotowane w metalowym kociołku na ogniu z gałązek drzew owocowych”. Chodzi o ogień wykonany z gałązek?

„…Potem ryż, dar ukochany przez boga, bowiem spajający wszystkie żywioły w jednym: ziarna wyrosłe z ziemi i wody, ugotowane w metalowym kociołku…” Ma to jakiś sens? smiley

„A kiedy materiał płonął w misie…”.Jaki materiał???

„W rankingu ATP” – adenozynotrójfosforan? smiley

„Obaj zawodnicy – czwarte i siódme miejsce w …, ale dzisiejszy zwycięzca na pewno powędruje…” kto to stwierdza? Narrator?

„…obdarzali publiczność piękną, wyrównaną walką” chyba pokazem walkismiley

„delektował się każdą chwilą, wysysał z niej całą doskonałość” nie rozumiem smiley

„poczucie siły płynącej nie ze zdolności do podejmowania decyzji zmieniających historię, lecz ze wspólnego celu licznych osób” – może ma to sens, ale nie dla mnie. sad

„estetyczna radość” ??

„przypomniał sobie dyskusję ze swym przyjacielem…kiedy to poinformował go o swojej decyzji” – skoro „dyskusję” to chyba na logikę powinno być „po tym jak poinformował go” ? I po co 2 razy „swój”sad

To też odbyło się w tej sali” – czy nie powinno być „obecna narada” albo „obecne spotkanie” ?

„tylko upewniał się, a później…” odnośnie czego się upewniał?

„słojów drzewnych na deskach podłogi” czy raczej „w deskach podłogi”?

„Czemu lub komu winienem pilniej służyć…” w tym przypadku samo „komu” zdecydowanie wystarczy… smiley

„lecz arcykapłan widział, o czym myśli przyjaciel”?? – 1)może czegoś nie wyłapałem, ale w jaki sposób można widzieć czyjeś myśli smiley? 2)Czyj przyjaciel?

„to posąg o złotych ściankach, lecz próżny niczym bańka mydlana”  to „lecz” chyba tu jest niepotrzebne. Ale mam inny problem z tym fragmentem: „padający posąg przygniecie wszystkich w pobliżu” – najpierw podkreślasz, że posąg jest jak „bańka mydlana”, a teraz nagle staje się bardzo ciężki?:L Jakoś to niezgrabnie wygląda…

„nie może odejść dalej niż jego cień” Chyba niż „pada jego cień”?? czy tak?

Ugrzązłem w tej analizie, więc z dalszym czytaniem dałem sobie spokój.  smiley

Dziękuję, Smelcie. Mnóstwo ciekawych rzeczy wypisałeś.

Uch, ale mi się oberwało. :-/

 

„Wszyscy koncentrowali się na telewizorze…” he he, chyba powinno być na „przekazie telewizyjnym” smiley

IMO, na jedno wychodzi, ale “telewizor” jest krótszy. I jest przedmiotem, jak dwie rzeczy w dalszej części zdania.

„…miły bogu zapach wiśni…” któremu?

Hachimanowi. To jego świątynia.

„ach, gdzie te czasy, gdy zwyczaj nakazywał do gry dżentelmenów zakładać wyłącznie nieskalaną biel?!” ufff, a co powiesz np. na „ach, gdzie te czasy, gdy zgodnie ze zwyczajem, dżentelmeni zwykli zakładać do gry nieskalaną biel?!” Prawda, że brzmi lepiej? smiley

Nie, nie lepiej. “Zwyczaj” i “zwykli” brzmi jak powtórzenie. Poza tym grywały także ladies.

„Po każdym podaniu myśli arcykapłana ulatywały daleko. Właściwie, nie daleko, tylko cofały się w czasie, nie zmieniając miejsca.” Czy to zdanie jest napisane po polsku?

Wydaje mi się, że tak. Jakie zmiany proponujesz?

Co znaczy zdanie/stwierdzenie: „…ugotowane w metalowym kociołku na ogniu z gałązek drzew owocowych”. Chodzi o ogień wykonany z gałązek?

Poniekąd tak. Chodzi o ogień podsycany wyłącznie gałązkami.

„…Potem ryż, dar ukochany przez boga, bowiem spajający wszystkie żywioły w jednym: ziarna wyrosłe z ziemi i wody, ugotowane w metalowym kociołku…” Ma to jakiś sens? smiley

IMO – ma. Listę żywiołów wzięłam z feng shui. Tam metal jest żywiołem. Stąd podkreślenie, stąd wyliczenie.

„A kiedy materiał płonął w misie…”.Jaki materiał???

Jedwab z wypisanym imieniem.

„W rankingu ATP” – adenozynotrójfosforan? smiley

Blisko. ;-) Association of Tennis Professionals. To oni wyliczają i ogłaszają ranking mężczyzn.

„Obaj zawodnicy – czwarte i siódme miejsce w …, ale dzisiejszy zwycięzca na pewno powędruje…” kto to stwierdza? Narrator?

Tak. Narrator, patrzący na świat oczyma Minohito.

„…obdarzali publiczność piękną, wyrównaną walką” chyba pokazem walkismiley

Nie. Oni walczyli naprawdę, nie pokazywali.

„delektował się każdą chwilą, wysysał z niej całą doskonałość” nie rozumiem smiley

Spijał do ostatniej kropli.

„poczucie siły płynącej nie ze zdolności do podejmowania decyzji zmieniających historię, lecz ze wspólnego celu licznych osób” – może ma to sens, ale nie dla mnie. sad

Hmmm. A poczułeś się kiedyś częścią tłumu, który może wszystko?

„estetyczna radość” ??

Tak, radość płynąca z doznań estetycznych.

„przypomniał sobie dyskusję ze swym przyjacielem…kiedy to poinformował go o swojej decyzji” – skoro „dyskusję” to chyba na logikę powinno być „po tym jak poinformował go” ? I po co 2 razy „swój”sad

Dzielisz włos na drobniutkie części. Na początku dyskusji poinformował. Masz rację, jeden swój wywalę.

To też odbyło się w tej sali” – czy nie powinno być „obecna narada” albo „obecne spotkanie” ?

Nie. Obecne spotkanie to wspólne oglądanie meczu. “To” oznacza dyskusję, która odbyła się znacznie wcześniej.

„tylko upewniał się, a później…” odnośnie czego się upewniał?

Co do swoich podejrzeń, obaw, wątpliwości… W dalszej części rozmowy pokazuję szczegóły.

„słojów drzewnych na deskach podłogi” czy raczej „w deskach podłogi”?

Hmmm. Słoje są i w środku, i na powierzchni. Ale mnich patrzył raczej na powierzchnię.

„Czemu lub komu winienem pilniej służyć…” w tym przypadku samo „komu” zdecydowanie wystarczy… smiley

Nie wystarczy: do wyboru jest następca tronu i Japonia. Nie widzę potrzeby, żeby personifikować kraj w tym zdaniu.

„lecz arcykapłan widział, o czym myśli przyjaciel”?? – 1)może czegoś nie wyłapałem, ale w jaki sposób można widzieć czyjeś myśli smiley? 2)Czyj przyjaciel?

1) Tak, jak opisuję w tekście – śledząc kierunek spojrzenia, wyraz twarzy… 2) Arcykapłana.

„to posąg o złotych ściankach, lecz próżny niczym bańka mydlana”  to „lecz” chyba tu jest niepotrzebne. Ale mam inny problem z tym fragmentem: „padający posąg przygniecie wszystkich w pobliżu” – najpierw podkreślasz, że posąg jest jak „bańka mydlana”, a teraz nagle staje się bardzo ciężki?:L Jakoś to niezgrabnie wygląda…

Dlaczego niepotrzebne? Wprowadza element przeciwstawienia: złoty i śliczny z wierzchu, ale w środku… Wyjaśniam to w tekście: “Pamiętaj jednak, że złoto jest ciężkie“. Pusty jak bańka, a nie lekki jak bańka. Nawet cienkie ścianki swoje ważą.

„nie może odejść dalej niż jego cień” Chyba niż „pada jego cień”?? czy tak?

OK, zmienię to.

Babska logika rządzi!

Hello

 

Nie przekonałaś mnie swoimi adnotacjami. Podejrzewam, że wielu czytelników* miałoby te same wątpliwości co ja. Poza tym weź pod uwagę, że powyższe spostrzeżenia to prawdopodobnie niewielka część możliwych uwag.

 

* mam na myśli osoby na “wolnym rynku”, a nie twoich internetowych przyjaciół. wink

Nie przekonałam, to trudno. Mam nadzieję, że owi czytelnicy inni niż internetowi przyjaciele jeszcze kiedyś zajrzą do jakiegoś mojego tekstu i podzielą się uwagami.

Babska logika rządzi!

Więc jednak może nie taki błąd. Ale absurd, Internetowa (i nie tylko) Przyjaciółko, że masakra. Polska język trudna język.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Za absurdy RJP nie czuję się odpowiedzialna. :-)

Oj, bardzo trudna. Ale podobno inne też bywają niełatwe.

Babska logika rządzi!

Napisane dobrze, czytało się fajnie, powinnam się cieszyć, że przeczytałam miłe, rozrywkowe opowiadanie, ale… No właśnie, ale, pomiędzy skończeniem lektury a napisaniem komentarza minęło parę dni, a ja już niewiele pamiętam z tekstu.

Spodobał mi się pomysł na mariaż teologii i sportu. Ale że ja ani fanką teologii, ani sportu nie jestem, nie porwało mnie. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Dzięki, Gravel.

Szkoda, że niewiele pamiętasz. Fajnie, że dobrze napisane.

Zarzuty na temat sportu to już nie do mnie. Nie ja wymyśliłam hasło, nie ja losowałam… ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo, to opowiadanie przeczytałem chyba ze dwa miesiące temu. Miałem zostawić komentarz, ale nie pamiętam już czemu, nie zostawiłem. Być może śpieszyłem się i później zapomniałem. 

Pamiętam jednak swoje wrażenia. Tekst przyciągnął mnie ze względu na teologiczno – japoński klimat i mocno odrzucił ze wzgledu na zmieszanie go ze sportem. Nie trawię właściciwe żadnego sportu, nudzi mnie, a śledzenie go w opowiadaniu wywołało we mnie poczucie rozdrażnienia, które towarzyszyło mi, aż do końca. Hej, to dlatego nie skomentowałem! Ten tenis mnie tak zirytował:).

Muszę natomiast oddać Ci honory, gdyż po takim czasie wciąż pamiętam o czym opowiadanie było i jestem przekonany, że byłbym w stanie całkiem dobrze je streścić. Oznacza to, że wywołało we mnie na tyle silne odczucie, że w miarę trwale się odcisnęło. A sama chyba wiesz jak łatwo przeczytać tekst i po niedługim czasie zapomnieć, prawda?  :)

Przemawia za nim również to, że ma wyraźny, konkretny pomysł. Zapada w pamięć. 

No i forma. Bardzo przystepna. Opowiadanie właściwie połyka się w całości :). 

Dzięki, Łukaszu.

Czujność zachowana. ;-)

Tak właściwie, to sama nie przepadam za sportem (za oglądaniem – pouprawiać mogę), ale to było opowiadanie konkursowe, musiało kręcić się dookoła hasła. Pewnie to już dla nikogo śledzącego zmagania nie jest tajemnicą, ale do mnie trafiło hasło “serw”. Gdybym dostała chociaż “serwis”, mogłabym ciągnąć w stronę magicznej porcelany, ale nie miałam takiej opcji. Sport został mi narzucony. Ciesz się, że chociaż Japonia i teologia przypasowały. ;-)

Mimo wszystko – złośliwie i przewrotnie – cieszę się, że tekst został z Tobą na dłużej. :-) To pewnie przez wkurzenie tenisem. Nie ma to jak silne emocje na poprawę pamięci.

Tak, wiem – sztampowy tekst znika z mózgu szybciej niż kropla wody z kamienia w saunie.

Smacznego. :-)

Babska logika rządzi!

Aaa to dlatego ten tenis :). Nie zwróciłem uwagi na oznaczenie konkursowe. 

Właśnie dlatego. :-)

Babska logika rządzi!

Podobało mi się :)

Dzięki, Anet. Cieszę się. :-)

Babska logika rządzi!

Zacznę może od samej treści opowiadania. Czytało się przyjemnie, przyznam się, że kibicowałem piłeczce, by wybuchła tam, gdzie trzeba. Moment z odrzuceniem "niespodzianki" bardzo ładnie przedstawiony. "No rzesz!", powiedziałem do siebie w duchu. :) Tylko wspomnienie o źrenicach kapłana wydało mi się zbędne, zupełnie jakby autor nie wierzył w intelekt czytelnika. Z drugiej strony, ten ostatni nie zawsze nim błyszczy, więc może to i lepiej?

 

Spodobało mi się też zakończenie. Gdy tylko była mowa o podpisywaniu piłeczek, byłem przekonany, że to właśnie wtedy nastąpi upragniony wybuch. Już chciałem narzekać, że nudne i przewidywalne, ale… okazało się, że ostatecznie moc anihilacji antymaterii nie została wyzwolona, i co lepsze, pozostawiła mnie w niepewności. Takie zakończenie w pełni mnie satysfakcjonuje.

 

Z kwestii technicznych, zastanawia mnie, w jaki sposób przenoszono antymaterię, skoro nie może mieć ona kontaktu z jej odpowiednikiem z naszego świata. Przychodzi mi do głowy pole magnetyczne, jednak nie jestem pewien, czy taki zabieg rzeczywiście zaowocowałby tym, czego byśmy oczekiwali. Zakładając, że antymateria zachowa się jak każda przyzwoita "normalna" molekuła, piłeczka mogłaby mieć czujniki, które wyłączałyby pole przy odpowiednio mocnym uderzeniu. Problem w tym, że podczas światowych mistrzostw poziom jest dość wyrównany, a siła uderzenia nie świadczy od razu o mistrzostwie i kunszcie, bo ktoś może walić mocno, aczkolwiek nieprecyzyjnie. Może więc jakiś czytnik DNA po prostu? Skoro możemy przenosić antymaterię, taki dodatkowy gadżet nie stanowiłby problemu. Przydałoby się także coś, co ukierunkowałoby energię uwolnioną podczas anihilacji antymaterii do bombowej postaci. ;)

 

Na koniec, jako domorosły teolog (ale grunt, że szczerze dziedzinie oddany), zostawiłem sobie wątek religijny. Widzę tutaj kilka wyraźnych zgrzytów. Pozwoliłem nawet sobie uraczyć Twym tekstem znajomego szintoistę, by w pełni wyrobić sobie w tej kwestii zdanie. Weź jednak pod uwagę, że nie jestem fachowcem i mogę się mylić.

 

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to bóg, pisany może i małą literą, ale zdający się pełnić funkcję tego monoteistycznego. Jeżeli piszemy w Japonii o Bogu, przychodzą mi na myśl jezuici lub cesarz. To pierwsze, rozumiem, odpada, pozostaje więc, jak to niektórzy ujmują, ostatni żywy bóg świata, czyli cesarz Showa. Tobie zaś chodziło raczej o Kami, czyli Duchy, których jest wiele. Widziałbym więc bardziej nie "Sąd Boży", a "Sąd Kami" (Kamisaibansho?).

 

Druga sprawa, którą poruszał także czczący duchy strumieni przyjaciel, to oszczędność japońskiego rytuału. Twój opis kojarzy się raczej z obrzędem egipskim lub, pochodnym, chrześcijańskim, ewentualnie pokazowym rytuałem kaodaistycznym, niż z surowym, oszczędnym w wyrazie, japońskim ceremoniałem. Natomiast miło, że wspomniałaś o ryżu – takie rzeczy duchom zawsze miłe. :)

 

Dyskusyjna jest też kwestia samego sądu. Kami nie stanowią monolitu, który mógłby jednomyślnie decydować, czy ktoś jest winny, czy nie. Taki "sąd" wyobrażałbym sobie bardziej jako wiec, na którym poszczególne grupy Duchów dysputują między sobą, czy śmiertelnika oszczędzić, czy też nie. 

 

Nie podobał mi się też dialog pomiędzy dwoma duchownymi. Bardzo ładnie zaznaczyłaś orientalny koloryt, jednak sama rozmowa była bardzo zachodnia. Przede wszystkim zbyt duże bogactwo metafor, brak w tym japońskiej prostoty i losowości. Poczytaj japońskie wiersze epitafialne, zapiski pod liśćmi czy inne haiku. Tam wygląda to nieco inaczej. Zastanawia mnie też, jakim prawem podwładny dyskutuje z przełożonym.

 

Kwestia noszenia kimon. Japoński patriotyzm i duma z rodzimej kultury jest stosunkowo młoda, w dużej mierze zgapiona/zaszczepiona przez zachód. Nosić kimono nie zawsze przystoi, zwłaszcza że, jeżeli trzymamy się już uwielbienia własnych obyczajów, nie każdy dzień jest odpowiedni dla noszenia odświętnego stroju. Od tego są festiwale, święta. Chyba że mowa o niektórych zawodach, ale cesarz raczej do nich nie należy. 

 

Pozostaje też kwestia chwycenia po tanto. Rozumiem, że w celu popełnienia Seppuku, a w tym przypadku raczej Harakiri? Dlaczego mnich miałby kultywować (zakazane przez Boga) tradycje samurajskie? Był powiązany z Yakuzą?

 

Na koniec pytanko natury słowotwórczej (imieniotwórczej?). Czy miana synów cesarskich tworzyłaś przez modyfikację imienia obecnie panującego Akihito?

 

Kończąc, tekst bardzo przyjemny, z ciekawym zakończeniem (6), ale po wątku kulturoworeligijnym oczekiwałbym znaczniejszego zgłębiania tematu przez autora(-1).

 

Wystawiam 5. :)

 

 

 

 

Ps: Próbowałem ogarniać, o co chodzi z tymi cyferkami. Po kilku długich chwilach doszedłem do wniosku, że ma to zapewne jakiś związek z tenisem… 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

ARHIZIE, bardzo dziękuję za piękny i szczegółowy komentarz. :-) Aż mi głupio, że sama nie potrafię takich pisać.

Miło, że czytało się przyjemnie i zakończenie przypasowało. Gdyby zwyczajnie pierdyknęło podczas meczu – faktycznie byłoby zbyt przewidywalne. No i od cholery ofiar, a ja nie lubię przemocy…

Źrenice – chciałam pokazać opanowanie arcykapłana w chwili klęski. Nad mięśniami można zapanować, ale źrenice już mają pewną autonomię.

Antymateria. Szukałam (na szybko), ale nie znalazłam żadnego wzoru na ilość energii wyzwalanej przy wybuchu antymaterii. Nie wiem więc, ile mnisi potrzebowali tej substancji, ale sądzę, że niedużo. Ot, ziarnko groszku. Tak, jakieś pole magnetyczne, które zapewnia, że antymateria nie zetknie się z materią. I czujnik prędkości, który je wyłączy. Jeśli tak zadecyduje sąd. Sama siła uderzenia nie wystarczy, bo kiedy obiekt popitala sto pięćdziesiąt na godzinę, każde pacnięcie w kort jest silne. DNA – kapłani musieliby podczas przygotowań i zbrojenia piłeczki wiedzieć, kto zagra w finale, zdobyć próbki od obydwu zawodników… Fakt, pewnie łatwiej uzyskać przepoconą koszulkę po treningu niż antymaterię. ;-) Ale w tekście musiałam skoncentrować się i Czytelników na serwach.

Ukierunkowanie energii. A bo to wiadomo, z której strony znajdzie się cel w stosunku do obracającej się piłeczki? Założyłam, że to musi być ogólne jebut! na tyle silne, żeby zabić wszystkich w promieniu kilkudziesięciu metrów.

Zgrzyty religijne. Nie znam się, nie mam też żadnego znajomego szintoisty, żeby poprosić o konsultacje. Gdybym takiego znała, pewnie zgrzytów byłoby mniej. Z bogiem chodziło mi o jednego z facetów czczonych w Japonii, a niekiedy o Hachimana (kiedy mnisi mówią “bóg”, mają na myśli właśnie “swojego”). Nie, w żadnym razie nie miał być monoteistyczny. Jeden z wielu. Wymyśliłam sobie, że wyrok wydają bogowie, być może należało obarczyć problemem kami, ale z bogami wyglądało poważniej. To w końcu sprawa wagi państwowej, a nie horrorek. Nie wnikam, w jaki sposób sędziowie podejmują decyzję (może i na wiecu, ale tego śmiertelnicy nie wiedzą), pokazuję wyłącznie skutki.

Rytuały. Tu przyznaję, że ściemniałam na maksa. Nie znam japońskich ceremonii (nawet o parzeniu herbaty tylko słyszałam), więc wymyśliłam coś podniosłego i nawpychałam tam wschodnich elementów – jedwab, ryż… Ale podejrzewam, że masz rację. Gdybym jeszcze kiedyś pisała coś japońskiego, postaram się być bardziej oszczędna w gestach.

Metafory w rozmowie. Czytałam kilka haiku, ale ja nawet naszej poezji nie lubię i niezbyt dużo zrozumiałam. Możliwe, że wyszedł mi bardziej chiński mędrzec niż japoński kapłan.

Podwładny dyskutuje prawem przyjaciela. Nie podoba mu się decyzja szefa (acz rozumie przesłanki) i nie ukrywa tego, delikatnie próbuje mu wyperswadować pomysł, ale w końcu akceptuje nieuniknione i po prostu pomaga w przygotowaniach.

Kimona. Nawet nie pomyślałam, że to aż tak uroczysty strój. Założyłam, że jak nasze garnitury – zwykli ludzie nie noszą codziennie, ale od polityków już można tego oczekiwać. A tak z ciekawości: dyplomaci japońscy nie zakładają na niektóre spotkania z zagranicznymi kumplami strojów narodowych?

A czy duma z własnej kultury naprawdę jest taka młoda? Czy historyczne zamknięcie na kontakty z zagranicą nie wynikało z przekonania, że wszystko, co dobre i potrzebne, to oni mają u siebie?

Tanto. Nie znam różnicy między harakiri i seppuku. Podobno jedno jest określeniem obraźliwym. Nie wiedziałam, że bogowie tego zabraniają. Wydawało mi się, że samobójstwo jest częścią całej japońskiej kultury, nie tylko samurajsko-gangsterskiej.

Imiona cesarzowiczów. Najpierw wybrałam sobie z listy japońskich imion takie, które oddawałyby cechy potrzebne moim bohaterom. A potem przyszła Bellatrix i napisała, że imiona w rodzinie cesarskiej powinny kończyć się na -hito, więc zmodyfikowałam.

Tak, cyferki mają związek z tenisem – pozwalają odgadnąć, jaki jest aktualny wynik meczu. ;-)

Babska logika rządzi!

Mnie też jest głupio, z kolei, że dopiero po ponad roku wychylam nos spoza swoich tekstów, by skomentować czyjąś pracę.

 

Źrenice miały świadczyć o opanowaniu? W tym sensie bardzo mi się to podoba, jednak gdybyś nie powiedziała, nie wpadłbym. Dla nie wyglądało to na jasny komunikat: to TA piłka, idioto. ;)

W kwestii antymaterii zastanawiałem się bardziej nad tym, w jaki sposób ta energia będzie wyzwalana, jaką przyjmie formę. Omawiany rodzaj cząstek jest tak egzotyczny, że aż korci, by efekt był niestandardowy, że zachowa się zupełnie nienormalnie. I tutaj może być pułapka, bo jak niekontrolowane, spontaniczne uwolnienie energii, to cóż innego niż tylko spadek entropii w postaci ka-bum? Chociaż ciekawe byłoby coś na kształt morderczej zorzy (nie żeby nasza "ziemska" była jakaś wyjątkowo łagodna) lub chociaż implozja?

A z DNA trochę się zamotałem. To byłoby dobre, ale raczej przy zamachu na tenisistę. 

 

Zaraz… twierdzisz, że kwestię ofiarowania ryżu też zmyśliłaś? A może to właśnie jakiś Duch podsunął Ci tę myśl? ;)

Z tymi bogami, nie wiem, czy to też nie jest ślepa uliczka. Bogowie w Japonii kojarzą mi się w dwójnasób. Albo z mitami, czyli dokonaniami wielkimi, boskimi właśnie, albo z władzą cesarską i ogólnie urzędami, państwowością. Od próśb są raczej Kami właśnie, a nam, Europejczykom, trudno to pojąć po dwóch tysiącach lat indoktrynacji na temat wyższości bogów nad gusłami czy innymi duchami lub "bożkami". 

Wszak to właśnie Kami ochroniły Japonię (kraj cały) przed Mongołami (i to nie jeden raz), później zaś pod tym właśnie mianem Wiatru Kami (Kamikadze – tak, wiem, jak to w Polsce tłumaczą) umierali piloci samobójcy, choć ich dusza ostatecznie szła do cesarza, czyli boga. Ogólnie warto pamiętać, że Shinto najlepiej rozpatrywać z perspektywy animizmu.

Znajomy wspomniał mi o bitwie pod Nagashi, kiedy to starły się wojska zwolenników szoguna i cesarza. Ci pierwsi, samuraje, mieli ponoć przed starciem (pod osłoną mgły) obbębnić całe pole bitwy, by zaprosić Duchy, które miały ich wesprzeć w walce. Widzę tutaj analogię do Twojego Boskiego Sądu, choć same Kami są nie tyle sędziai, ile gośćmi, którzy mogą, acz nie muszą, odpowiedzieć na zaproszenie. (co stało się z lojalistami szogunatu, zapewne się domyślasz – powiem jedynie, że Czerwone Grzywy mieli dużo karabinów). 

 

Co zaś się tyczy metafor, trafnie to ujęłaś. Z pewnością bliżej Ci do Qu Yuana niż do Basho. 

 

Jeśli chodzi o dyplomację, jedyne co przychodzi mi na myśl, to szczyt państw azjatyckich. Tradycja tego spotkania zakłada, że wszyscy goście zakładają tradycyjny strój państwa-gospodarza. Niedawno mogliśmy na przykład podziwiać Putina w klasyczny chińskim garniturze (w którym, muszę przyznać, wyglądał lepiej niż prezydent państwa środka). Sęk w tym, że kiedy spotkanie odbywało się w Japonii, oficjalnym strojem były zachodnie garnitury, ponieważ kimona uznano za niestosowne (ponoć był pomysł, by były różowe). Nie kojarzę też żadnego polityka z kraju kwitnącej wiśni, który załatwiałby cokolwiek w stroju innym niż garnitur.

Może podczas jakiegoś festiwalu? Bo są takie, kiedy w kimonach wychodzi się nawet do pracy (np. święto pełnoletniości kobiet). 

Przypomina mi się jednak obrazek cesarza Akihito w szarym kimonie, który chyba podejmował kogoś z zagranicy. Jeżeli dobrze mi się przypomina, mogłoby to świadczyć o tym, że, rzadko, bo rzadko, ale takie przypadki się zdarzają. 

I tak, Seppuku jest tym bardziej eleganckim terminem. Kojarzy mi się ono bezwzględnie z kastą samurajską, zresztą początkowo była to forma protestu przeciwko rozkazowi Daymio. 

W epoce Meiji kasty zostały zniesione, obyczaje samurajskie zakazane. Dlatego też pisałem o bogu, nie o bogach. ;) Oczywiście etos samuraja jest w Japonii wciąż żywy, o czym możemy przekonać się, chociażby zerkając na ichniejszą popkulturę. Wiele tradycji samurajskich – nie wiem o ile faktycznie bazujących, a o ile wypaczonych lub po prostu inspirowanych – kultywuje Yakuza. (tutaj przydałby się jakiś japonista)

Ogólnie z tymi mafiami to jest dziwna sprawa, w pewnym sensie mogą stanowić ostoję niektórych form kultury, np. sztuka tradycyjnego tatuażu w Japonii czy Peru.

Bo ja wiem, czy cesarskie imiona muszą kończyć się na -hito? Akishino, z tego, co wiem, adoptowany nie jest. ;)

 

 

Cyferki powiadasz. Czyli jak jest 1:1; 5:4; 15:0, to znaczy, że mamy remis piątego kwietnia o piętnastej? ;>

 

Ps: Co zaś się tyczy dumy z własnej kultury. Chodziło mi raczej o to, że zachodnia forma takiej dumy jest czymś młodym.

Na początku był okres typowy dla wszystkich ludów, w którym to istnieje grupka ludzi, a cała reszta to niegodne zwierzęta, nawet jeśli grupka ludzi jest Inukami z ziem, których nikomu nie chce się podbijać, bo nie ma po co (i takie myślenie było wciąż w Japonii żywe za czasów bambusowej kurtyny). Później jednak weszli Amerykanie i Japonia zareagowała bardzo spontaniczną westernizacją. Mieszkańcy kraju kwitnącej wiśni koniecznie chcieli pokazać się od strony jak najbardziej zachodniej, tymczasem, ku zdziwieniu Azjatów, to właśnie za egzotykę i orientalność cenili ich europejczycy (ogólnie ludzie zachodu kochają etniczność). Ostateczna droga Japonii, czyli połowiczna westernizacja z dużą dbałością o rodzimy obyczaj, jest właśnie konsekwencją podejścia zachodu (poprawniej byłoby: zachód był jednym z głównych czynników).

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Dla nie wyglądało to na jasny komunikat: to TA piłka, idioto. ;)

Mnich nawet nie miał pewności, że to ta piłka. Z zewnątrz niczym się nie różniła. Ale na pewno była to jedna z ostatnich szans, bo meczowa.

Antymateria. Nigdy nie widziałam. Ani wybuchającej, ani nawet przechowywanego gdzieś atomiku antywodoru. Ale podejrzewam, że to właśnie byłoby ka-bum. I nawet nie mam pomysłu, jak można by toto okiełznać. Potencjału dla implozji nie widzę – tam próżnia potrzebna.

Zamach oparty na DNA – też ładny pomysł… :-)

Tak, ryż też zmyśliłam. Ale kto wie, może jakiś duch mnie zmanipulował… Znaczy, czekaj, chyba kiedyś w jakiejś buddyjskiej świątyni widziałam ofiarowany na ołtarzyku ryż i stąd wzięłam…

To Kami zesłały ten tajfun? Nie wiedziałam, nie skojarzyłam nazwy… Chyba faktycznie, trzeba było zrobić Kamisąd. Ale już nie będę tego zmieniać.

Dyplomaci i kimona. Hmmm. Rzadko oglądam zdjęcia ze spędów polityków, ale wydaje mi się, że głowy państw afrykańskich niekiedy wyskakują w czymś bardzo kolorowym, Arabowie mają swoje koszule nocne, tylko Europejczycy ciągle w granatowych garniakach. To założyłam, że i Japończycy mogą założyć kimona. Ale jak nie chcą, to ich nie będę zmuszać. Chociaż mi się wydaje, że to trochę oddawanie przeciwnikowi pola walki, negocjowanie na jego warunkach… Mogły się jeszcze na to nałożyć filmowe sceny, jak to cesarz (a może to zwykły shogun był?) rozmawia z Europejczykiem.

Mafia na straży tradycyjnych wartości? Wygląda interesująco. :-)

O imionach mówiła Bella. Ja o tym nie miałam pojęcia, więc tym bardziej nie wiem, jak często trafiają się wyjątki.

A Putin ze swoim fizycznym przygotowaniem do walki pewnie w niejednym stroju ładnie wygląda.

Cyferki powiadasz. Czyli jak jest 1:1; 5:4; 15:0, to znaczy, że mamy remis piątego kwietnia o piętnastej?

Uznaję odpowiedź. ;-) Tak, walka wygląda na wyrównaną, chociaż serwujący chyba już co najmniej raz przełamał serwis przeciwnika i niedużo mu brakuje do zdobycia drugiego seta.

Duma z kultury to chyba złożone zjawisko. W Europie około XIX wieku pojawiły się świadomości narodowe (tak sądzę), a potem to różnie bywało: a to komunizm próbował wszystkich zrównać, a to ktoś z dobrej woli próbował elektryfikować wieś i wprowadzać postęp… Nawet własnego podwórka dobrze nie znam, co tu dopiero mówić o azjatyckim… Ale to, co piszesz, wygląda rozsądnie.

Babska logika rządzi!

Z tą antymaterią, na chłopski rozum spodziewałbym się jakiegoś przeciwieństwa eksplozji, stąd pomysł z implozją. Niestety fizyka i ogólnie nauki ścisłe, nie są najwdzięczniejszym przedmiotem badań, jeżeli za narzędzie służy nam wspomniany rodzaj logiki. ;) Innymi słowy, pewno hukłoby, że hej.

 

A z tym ryżem to nie było tak, że to Kami podsunęły Ci to konkretne wspomnienie?

 

A Arabowie, owszem, chodzą, jak Allah przykazał (czyli na biało). Co się tyczy Afrykanów, też coś tam kojarzę, że czasem są ciekawie ubrani, osobiście jednak tamtejsi dygnitarze kojarzą mi się z garniturami zachodnimi, ale ciemnozielonymi. Takiego zresztą miałem okazję widzieć osobiście. Niemniej na krajach Czarnego Lądu, może poza samym Czarnym Lądem (czyli Egiptem) nie znam się wcale.

 

A z tą czcią i polem walki, by jeszcze trochę namieszać, wspomnę, że w epoce Meiji, kiedy to w wojnie domowej walczyli tradycyjni samurajowie przeciwko nowoczesnemu cesarzowi, generałowie tych pierwszych mieli mundury, bodajże, francuskie. Z kolei lojaliści żywego boga, jak już celowo wspominałem, potrafili nosić naprawdę cudaczne stroje, przez co mianowano ich Czerwonymi Grzywami (były jeszcze białe i chyba jakieś trzecie). Zachodnie stroje konserwatywnych, rzekłbym, szogunistów, przeciwników modernistycznego Meiji, miały znaczyć o wysokiej jakości i waleczności, ponieważ wzorowali się na armii (chyba konkretnie marynarce), którą uważali za najlepszą na świecie. I tutaj znów rozmijają się dwa typy postrzegań stroju i jego roli: zachodnioeuropejskie i wschodnioazjatyckie.

 

A sceny filmowe zapewne dotyczyły okresu Sengoku Jidai. Tylko wtedy należałoby rzec, że to mógł być aż szogun, a może i nawet zwykły cesarz. ;) Widziałem gdzieś fajną grafikę przestawiającego jednego z cesarzy, i to raczej tych dawniejszych, ale za nic nie mogę sobie przypomnieć, jak się delikwent zwał i w jakim czasie żył. W każdym razie jego strój wyglądem przypominał zachodni mundur, do tego szarfa i eleganckie pagony.

 

Ogólnie epoka Meiji to był, pod kątem strojów i uzbrojenia, istny wschodniozachodni miszmasz.

 

Co zaś tyczy się pojęcia narodu, tak, to ogólnie skomplikowana kwestia. Weźmy np. takich Chorwatów i Serbów: łączy ich wspólna historia, mówią wspólnym językiem, mieszkają w jednym miejscu – ale uważają się za oddzielne narody. Podobnie w przypadku Indusów i Pakistańczyków, ale tu jest jeszcze ciekawiej, bo i Tamil i Arianin, pomimo pokrewieństwa nie większego niż Polak i Tamil, będą uznawać się za Indusów, ale Arianin Indus i Arianin Pakistańczyk już nie. 

 

Część badaczy uważa, że pojęcie narodu w obecnych czasach znane jest tak naprawdę, jakkolwiek to zabrzmi, niewielu narodom. 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Antymateria. Na mój chłopski rozum, antycząstka spotyka się z cząstką, wzajemnie się anihilują, powstaje przy tym cholernie dużo energii (kto wie, może mc^2?), ale nie pustka.

To mogły być Kami, nie pamiętam szczegółów. A mogły nawet zadziałać wcześniej już na etapie tworzenia wspomnienia. Nikt mnie nie zmuszał do zwiedzania tej świątyni… ;-)

Może po prostu Afrykanom w niebieskim nie do twarzy? Za to do europejskich karnacji zazwyczaj pasuje. I może to jest powód powodzenia marynarzy i lotników wśród płci pięknej? ;-)

O epoce Meiji to nawet się nie wypowiadam. Acz czytam z zainteresowaniem. :-)

Mam wrażenie, że Chorwatów od Serbów i Hindusów od Pakistańczyków dzieli głównie religia. Żydów od Arabów właściwie też…

Babska logika rządzi!

Widzisz, Twój chłopski rozum o wiele lepiej sobie z takimi rzeczami radzi, a mój koniecznie chce "naobkoło" do wszystkiego podchodzić. :)

Może i do twarzy, ten w zielonym wyglądał obłędnie. Osobiście za niebieskim nie przepadam i staram się unikać. 

 

Z tą religią to też nie takie proste. Sikhem może być i Indus i Pakistańczyk, jednocześnie Hindus może być hindusem, ale może być i muslimem. 

Z Żydami i Arabami to jeszcze inna kwestia, niby pochodzą z tego samego kręgu kulturowego, reprezentują tę samą grupę semicką – ale także Polacy i Niemcy należą do tej samej rodziny indoeuropejskiej. Dodatkowo większość obecnie żyjących Żydów to Aszkenazyjczycy, będący potomkami ludu tureckiego (Chazarów), a więc należącego do grupy mongolskiej. Z kolei wielu Palestyńczyków ma prawdopodobnie krew sefardyjska. 

 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

A ja lubię niebieski.

W narodach zawsze są jakiś wyjątki wyznaniowe. Przynajmniej odkąd przestała działać zasada “cuius regio, eius religio”. ;-) Ale zasadniczo… Coś mi się widzi, że blisko spokrewniony człowiek, który przeszedł na jakąś herezję, wkurza najbardziej.

O! Myślałam, że Aszkenazi to Żydzi niemieccy… I że ogólnie jednak są blisko spokrewnieni a Arabami. Człowiek się uczy przez całe życie i głąbem umiera… ;-)

Babska logika rządzi!

No w zasadzie tak, niemieccy, ale skądś do tych Niemiec przyszli. Można się oczywiście kłócić, że Chazarowie to przecież ruscy, ale mi chodzi o pień, nie o to, gdzie popełzł który korzeń.

I zależy, co znaczy blisko spokrewnieni. Nam, Polakom, z pewnością bliżej do wspomnianych Pakistańczyków, niż do, również przywoływanych, Niemców.

 

A argument ze wkurzaniem bardzo trafny, przyjmuję bez gadania.  

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Skądś przyszli. Ale z tylu miejsc ich wyganiano, że strasznie się sprawa pokomplikowała…

Serio? Jesteśmy tak blisko spokrewnieni z Pakistańczykami, a na saksy jeździmy do obcych? W życiu bym na to nie wpadła. Jednak kultura z religią swoje robią.

Babska logika rządzi!

Z tą kulturą i religią też nie jest taka sprawa, bo semickiemu Baalowi, zwanemu ostatnimi czasy JHWH bądź Allah, też jest dość daleko do europejskiego, eklektycznego Boga typowego dla ludów indoeuropejskich, przedstawianego na obrazach, będącego blisko człowieka, schodzącego na ziemię itd. Zresztą wystarczy popatrzeć na kaplicę sykstyńską lub sprawdzić jak jest "Bóg" po łacinie.

 

Tymczasem chrześcijanie-semici (np. Asyryjczycy), to już inna bajka. Ani wizerunków, ani malowideł, ani tym bardziej egipskich importów pokroju Trójcy. 

 

Żeby było jeszcze śmieszniej, Indus z północy jest bliżej spokrewniony z Polakiem niż Indus z południa z Indusem z północy.

 

 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

O, to ci goście od Baala się wywodzą? A niepodobni…

Bóg eklektyczny chyba z definicji musi mieć coś z różnych wierzeń?

Nie znam łaciny, ale obstawiałabym “deos”. I cosik mi się widzi, że to od Zeusa płynie. Ale mogę się mylić.

Wymieszały się te ludy… Polak, Indus – dwa bratanki. ;-)

Babska logika rządzi!

Jak niepodobni? Koncepcja Boga potężnego, wszechogarniającego, przy którym człowiek jawi się pyłkiem jest? Jest. Bo kwestia raju i sądu ostatecznego to już pożyczona od zaratusztrian (choć egipskie Teby też mogły maczać w tym swe palce). Zresztą chyba nawet w Biblii piszą, że Abram był z Ur.

 

A myślę, że chrześcijańska mieszanka rzymsko-egipsko-lokanla z domieszką judaizmu i najprawdopodobniej buddyzmu (niejacy Esseńczycy) jest wystarczająco eklektyczna.

A widzi Ci się jak zwykle dobrze, mówiłem, urodzony detektyw. :)

 

Wspólny rdzeń słowiańsko-arjański zobowiązuje. A niby dlaczego wiedza to weda, widzieć to wid, a trójkąt to trikon’a? A liczebniki to już całkiem swojskie, zwłaszcza pańć. Więc w przypadku Polaków i Indusów, to bardziej rozdzieliły. Wymieszalim, tożmy się z Bałtami, tworząc Bałto-słowiańską hybrydę.

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Nie znam się, ale nie postrzegam Baala jako kogoś, kto przywiązywałby dużą wagę do dziewictwa. ;-) No i wydawało mi się, że Baal to politeistyczne bóstwo, jedno z wielu.

Ech, każda kolejna religia całymi garściami czerpała od poprzedników. Jak w literaturze.

Faktycznie, podobieństwa spore. Ech, miło byłoby dorwać jakąś książkę o historii języków – co z czym, od kogo zapożyczone…

Z Bałtami tośmy się chyba zbełtali. Słowo! ;-)

 

Babska logika rządzi!

Tak, Baal był jeden z wielu. Chociaż złośliwi nazywają judaizm późnym politeizmem (w końcu Aszara miała być córką JHWH i takie tam), który miał się wyklarować dopiero za czasów Mojżesza (nie bez powodu uważa się go za założyciela tej religii). Monoteizm, na moje, Mojżesz mógł wynieść właśnie z Egiptu, wtedy była moda na Atona (ale znów, koczujące plemiona mogły słyszeć o Ahura Mazdzie na terenach Perskich). 

Zastanawiam się, czy może istnieć religia, która nie czerpie od poprzedników (wystrzelić w kosmos populację ateistów i czekać aż coś wymyślą?).

Dość ciekawie piszą ci, co zajmują się rekonstrukcją preindoeuropejskiego, ale dla mnie to takie trochę wróżenie z fusów i tworzenie nowej mowy, a nie odtwarzanie.

Słownik wykorzystany, nowe słowo przyswojone. :) 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Późny politeizm? Dobre! “Zostanie tylko jeden!” ;-)

Pierwotna religia? Może Neandertalczycy w coś wierzyli… Szamanizm chyba powstaje dość spontanicznie. Ale ja się nie znam.

Babska logika rządzi!

Neandertalczycy z raczej w coś wierzyli, na pewno chowali zmarłych. Jednak nic nie wskazuje na to, by nie mogła zachodzić wymiana kulturowa, chociażby z pokrewnym, skorym do krzyżowania się, Homo sapiens.

No i pytanie, co z takim habilisem, czy innym erectusem. 

 

A z szamanizmem to trudno powiedzieć. Równie dobrze może być pozostałością po pierwotnej, wspólnej dla pierwszych ludzi religii. 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

No, tak mi się wydawało, że coś słyszałam o neandertalskich pochówkach.

Z gatunkami znanymi na podstawie trzech kości na krzyż to już trudniej cokolwiek ustalić.

Coś mi się obiło o uszy, że pustynie sprzyjają powstaniu monoteizmu. A szamanizm wydaje się taki… naturalny. Jest w plemieniu człowiek, który wiele może, to i załatwia trudne sprawy…

Babska logika rządzi!

Tak, też słyszałem o tych pustyniach już kilka razy. Aż dziw, że stare panteony arabskie były tak liczne, podobnie jak bogowie Mezopotamii.

A szamanizm właściwy to w zasadzie tylko na Syberii, natomiast poszczególne animizmy różnią się nie mniej niż wielkie religie.

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Arabowie w końcu dorobili się takiego monoteizmu, że nasz w porównaniu z nim to istna menażeria. ;-)

Aborygeni australijscy mieli jakiś niewłaściwy? Indianie amerykańscy?

Babska logika rządzi!

Szamanizm właściwy to zespół wierzeń typowych dla Syberii właśnie. 

 

Tak, arabski monoteizm porządny, nie jakiś tam paramonoteizm, co to Boginię-Matkę (Hator się kłania) chciał zastąpić gołębiem, ale ostatecznie i tak wszyscy czczą tę pierwszą.

Chociaż jak tak się przyjrzeć szyitom…

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

O, jeśli zdefiniujemy właściwy jako ten syberyjski, to nie dziwota, że tylko tam. Ale ogólnie chyba podejścia bardzo podobne? Jeszcze Indianie mogli sobie wierzenia przynieść z Azji, ale Australijczycy?

Jasne, Bóg Jedyny nie ma matki. Nie ma rodziny. Nic nie ma. Tylko podwładnych, a i ci jacyś tacy… Co i rusz stają okoniem.

Babska logika rządzi!

Tak, tak się zazwyczaj to określa. ;)

A Australijczycy też mogli przynieść z Azji, sporo zresztą pozostało maruderów, choćby Tamilowie lub rdzenni mieszkańcy Tajwanu. 

Bóg jedyny, na moje, trochę smutny. Nie dziwota, że z nudów różne dziwne rzeczy wymyśla. 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Niby mogli…

Oglądałeś kiedyś spektakl “Boże mój”? Bardzo interesująco podejmuje ten temat. Polecam. :-)

Babska logika rządzi!

Zawsze mogli wszyscy przywlec z Afryki.

Nie oglądałem, postaram się nadrobić.

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Kiedy mówisz, że oryginalny to ten syberyjski…

No to jakbyś miał okazję… Ale nie wiem, czy to zostało sfilmowane, ja w teatrze widziałam.

Babska logika rządzi!

Właściwy, czyli spełniający w pełni definicję. Nie znaczy to od razu, że z niczego nie wyewoluował. Wszystkie cechy odpowiednie dla człowieka też nie powstał u pierwszych hominidów.

W takim razie trzeba będzie zobaczyć w końcu, jak ten dziwny budynek wygląda od środka. 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Dużo krzeseł. ;-)

Babska logika rządzi!

Przepraszam, że przerywam, ale chciałem wstawić dwusetny komentarz.

Arhiz – ciekawe rzeczy piszesz. Nie napisałbyś o tym opowiadania? Bardzo lubię SF z religioznawczym zacięciem.

Zaiste, to już dwie setki stuknęły.

Coboldzie, czyhasz na takie okrągłe? ;-)

A pomysł z religijnym SF zacny.

Babska logika rządzi!

…i tak o to, pod wpływem sugerowanych przez Finklę używek, stwierdzam, że nawet najnudniejsza gra na świecie, emocje może pobudzać <kropka>. 1 done… 100 to go…

Dzięki. :-)

Ja wiem, czy najnudniejsza? Konkurencja ostra… ;-)

Oj, jeszcze nie mam setki. Nie omieszkam zawiadomić, kiedy mi stuknie.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka