- Opowiadanie: funthesystem - Co mogę jeszcze

Co mogę jeszcze

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Co mogę jeszcze

Ta historia zdarzyła się w świecie bez Boga, więc nie potępiajcie Jana za to, że oddał duszę. Zanim do tego doszło, Jan pił kawę w ulubionej kawiarni i przeglądał codzienną prasę. Co do napoju, zawsze wybierał to samo: dużą czarną z kilkoma kropelkami mleka; słodził trzema łyżeczkami cukru. Gazety natomiast czytał różne, by mieć jak najszerszy pogląd na świat.

Ludzie kształtujący przez lata rytuały nie lubią, kiedy coś je zaburza. Jan jednak był bardzo ułożonym człowiekiem: zawsze uprzejmy, nigdy nerwowy. Dalsi znajomi mawiali, że gdyby ktoś dźgnął Jana nożem, ten podałby napastnikowi chusteczkę, proszę, niech pan sobie wytrze rękę. Bliższych znajomych nie posiadał – by mieć jak najszerszy pogląd na świat, decydował się na ilość, a nie jakość. Możecie osądzać; jeśli spotkacie nowego Jana, nic wam nie zrobi, to uprzejmy człowiek; natomiast jeśli spotkacie istotę, którą stał się pierwotny Jan… Cóż, nie znam tych stworzeń tak dobrze, bo częściej można je spotkać w światach bez Boga.

Tamtego dnia picie kawy i poranny przegląd prasy przerwał telefon od Basi, żony Jana. Wiedziała, co robi o tej porze, i zaraziła się od męża uprzejmością na tyle, by nie zawracać mu wtedy niepotrzebnie głowy. Tym razem sprawa nie była błaha.

Jan wysłuchał złych wieści, powiedział kilka pokrzepiających słów, którymi dotychczas raczył tylko dalszych znajomych. Potem obiecał, że zwolni się tego dnia z pracy i wróci jak najszybciej do domu. Nie było to do końca zgodne z prawdą, ale ani razu nie stwierdziłem, że Jan był najuczciwszym człowiekiem na tamtym świecie. Był najuprzejmiejszym.

Zapłacił za kawę i podziękował, jak zawsze w trojaki sposób: słowem, uśmiechem i napiwkiem. Potem poszedł do kościoła, który znajdował się naprzeciwko kawiarni. Tam uklęknął przed ołtarzem i wylał łzy; nadaremno – skąd mógł wiedzieć, że urodził się akurat w świecie bez Boga?

Dopiero po krótkiej modlitwie wrócił do żony i próbował ją pocieszać. Uprzejmi ludzie są w tym całkiem dobrzy, a Jan był przecież najuprzejmiejszy. Jednak na żadnym świecie nie istnieją słowa, które pokrzepią człowieka, który właśnie dowiedział się, że w przeciągu kilku miesięcy umrze.

– Znajdziemy jakiś sposób – powiedział Jan.

– Lekarz mówi, że nie ma żadnych nadziei – odparła płacząca Basia. – Że mam pozałatwiać wszystkie sprawy i pożegnać się z ludźmi, zanim choroba zaatakuje.

Jan obiecał, że zwolni się z pracy i będzie przy żonie do końca.

– Co powiemy dzieciom? – zapytała.

– Prawdę – odparł Jan. – Zostaw to mnie.

Kiedy córka i syn wrócili ze szkoły, Jan wziął ich do salonu, po czym delikatnie wyłożył, jak fatalnie wygląda sprawa. Po chwili cała rodzina płakała. Pocieszali się, że może inny lekarz powie co innego. Poza tym głęboko wierzyli w Boga. Cóż, w naszym świecie modlitwy przebłagalne, ofiary, pielgrzymki i tym podobne mogłyby pomóc. Ale nie tam.

Jan wiedział, że inni lekarze nic nie poradzą. Czytał różne gazety, znał wielu ludzi, miał szeroki pogląd na świat – rozumiał, że na chorobę Basi nie ma lekarstwa. Pozwolił jednak rodzinie, by żyła nadzieją.

Upływały tygodnie, a nadzieja topniała. Stan Basi się pogorszył. Nie było to wywołane samym atakiem choroby, o nie, ten byłby o wiele brutalniejszy. Kobieta zwyczajnie się bała, a jej strach wyniszczał organizm. Próbowała to ukryć przed dziećmi, ale przed Janem nie mogła. Jej bladość, chudość i bezsenność łamały mu serce.

Inna osoba zaczęłaby pić albo topić smutki w podobnie destrukcyjny sposób. Jan natomiast biegał, żeby dotlenić mózg – w szerokim poglądzie na świat mogło ukrywać się rozwiązanie, na które jeszcze nikt nie wpadł. I może tak jest. Może w naszym umyśle jest lek na raka; może w umyśle ludzi z tamtego świata jest lekarstwo na chorobę Basi. Często jednak od grzebania w odmętach świadomości wyręcza nas zrządzenie losu.

Tak było w przypadku Jana.

Późnym wieczorem mężczyzna przebiegał koło przystanku. Na ławeczce leżała jakaś postać. Jan zatrzymał się, podszedł do niej. Postać była kształtu człowieka, niewątpliwie płci męskiej, ale innych cech nie dało się określić. Miała twarz – nie pytajcie jaką. Miała włosy – ich również nie zdołam opisać. Miała oczy – czy kolor „szarość tęczy” coś wam mówi? Mnie też nie, ale takie ponoć były.

 – Czy wszystko w porządku? – zapytał Jan. – Proszę pana?

Postać miała także głos. Jak się domyślacie, i jego nie nazwę w żaden sposób.

– A czemu? – zapytała.

Na razie na potrzeby opowieści będę go nazywał człowiekiem lub mężczyzną, ale później się dowiecie, kim był naprawdę.

– Chciałem się upewnić, czy pan żyje.

– A co to za życie?

– Pił pan coś? – zapytał ostro Jan.

– A co miałbym pić?

– Nie wygląda pan na pijaka albo bezdomnego. Potrzebuje pan pomocy?

Nieznajomy człowiek znowu odpowiedział pytaniem:

– A pan potrzebuje?

– Tak, ale wątpię, żeby pan był w stanie mi pomóc.

– Nie zaszkodzi spróbować. – Na nieokreślonej twarzy pojawił się jakiś cień lub smuga, pewnie uśmiech. – Pan chciał mi pomóc, odwdzięczam się tym samym. Sam mam problem, który trudno rozwiązać.

Różni ludzie, szerszy światopogląd. Jan usiadł obok nieznajomego.

– Żona jest chora – powiedział.

– Nieuleczalnie? – Może samego głosu nie dało się opisać, ale dźwięczące w nim emocje były znajome. Na przykład chciwość.

– Niestety. Próbowaliśmy wszystkiego… To znaczy niczego. Medycyna nie daje nawet najmniejszej szansy. Został tylko Bóg…

– Bóg? – wysyczał tamten człowiek.

– Modlimy się.

– Do Boga, który pozwoli pana żonie umrzeć?

Jan nie odpowiedział. Był na tyle uprzejmy, by publicznie nie oczerniać tego, w co wierzył, nawet jeśli powoli zaczynał wątpić.

– A gdybym potrafił panu pomóc? – zapytał nieznajomy.

– Wtedy ja chciałbym odwdzięczyć się tym samym i pomóc panu – odparł Jan.

– To możliwe, jeśli tylko wystarczająco mocno panu zależy. I jeśli potraktuje pan moją ofertę poważnie.

– Wysłucham każdej propozycji.

– A czy zapłaci pan każdą cenę?

– Najpierw proszę ją podać. I nie może chodzić o niczyje życie. W sumie, to nie tylko o życie. Nie chcę, żeby ktokolwiek ucierpiał. Basia by tego nie chciała. To moje warunki.

– Domyśliłem się. – Nieznajomy skinął nieokreśloną głową. – A gdyby tylko pan miał ucierpieć?

– Ofiarowałem już to Bogu, ale nie zwrócił na mnie uwagi.

Tamten się skrzywił.

– Co pan tak cały czas o Bogu? Nie odpowiada, więc dajmy mu spokój. Moja propozycja jest całkiem realna, choć może mieć pan problem z uwierzeniem w nią.

– To czego pan chce? – westchnął Jan. – Jeśli to wymaga mojej ofiary, będę rozdarty. Basia nie potrafiłaby przyjąć takiego poświęcenia. A dzieci…

– Rodzina nie odczuje pańskiego braku – przerwał niewyraźny człowiek. – Jan wciąż będzie z nimi.

– Skąd… skąd pan zna moje imię?

– To pierwszy mały dowód, żeby pan nie zwątpił. A to drugi.

Szklane ściany przystanku nagle pękły. Chodnik pokrył się drobnymi, srebrzystymi odłamkami.

– Proszę mi wybaczyć, ale czy jest pan magikiem? – zapytał Jan.

– Nie jestem właściwie czymkolwiek – odparł tamten. – Ale widzi pan, panie Janie, że sprawa nie pasuje do tego, co pan zna. Nie wierzy pan w magię, prawda? Ja też nie. Nie znam czarów. Znam tylko sposoby… – Zadrżał. – Sposoby na odzyskanie kształtu.

– Kształtu?

– Dosyć o mnie. – Mężczyzna z nieopisaną twarzą był coraz bardziej ożywiony. – Proszę mi powiedzieć: czy oddałby pan duszę w zamian za uzdrowienie żony?

Jan wciągnął gwałtownie powietrze i sięgnął do medalika, który nosił na szyi. Zamiast łańcuszka, wymacał węża. Krzyknął, strącił gada i przewrócił się na potłuczone szkło. Odłamki wbiły się w ciało. Poczuł, że krwawi. Zaczął się cofać na czworakach, a każdy ruch powiększał rany.

– Jesteś diabłem – wyszeptał.

– Nie. – Nieznajomy wstał. – Powiedziałem, że właściwie nie jestem niczym. Jako uprzejmy człowiek, powinien mnie pan słuchać.

– Przepraszam – wymamrotał odruchowo Jan.

Tamten wyciągnął rękę. Jan chwycił ją i wstał. Chciał wyjąć z ran największe kawałki szkła, ale kiedy spojrzał na dłonie, te były całe i zdrowe.

– Już wierzysz, że mógłbym ci pomóc?

– Ale… ale jak…

– Byłem kiedyś takim człowiekiem jak pan. Może nie tak uprzejmym, nie tak dobrze ułożonym. Nieważne. Ale też kochałem. I ktoś złożył mi ofertę. Wiesz kto?

– Diabeł?

– Nie. Ja. – Nieznajomy uderzył się w pierś. – Czy raczej: to coś. Ten cień, ten bezkształt. To przekleństwo. Rozumiesz?

– Nie bardzo.

– Jestem czymś, co chce odzyskać formę. A dokładniej: formę człowieka. I to moje pragnienie daje mi siłę, żeby…  

Za plecami Jana eksplodował hydrant. Sekundę później rozsadzone kawałki wróciły na miejsce, a woda wyparowała.

– Potrafię zrobić wszystko, co pomoże mi odzyskać kształt. Ale nie mogę wygonić z człowieka jego duszy, żeby zrobiła miejsce dla mojej. Dlatego musi pan ją oddać dobrowolnie.

– A wtedy pan zajmie moje miejsce?

– Tak. Ja będę Janem. Będę w pańskim ciele. Będę mieszkał w pańskim domu, budził się obok pańskiej żony, będę chodził do pańskiej kawiarni i pił tę samą kawę co pan: czarna, parę kropel mleka, trzy łyżeczki cukru. Potem będę czytał różne gazety i…

Uprzejmość nie pozwoliła Janowi rozszarpać rozmówcy.

– Proszę przestać.

– Już pan rozumie.

– Rozumiem i z przykrością muszę odmówić.

– Basia nie zauważyłaby różnicy – powiedział niewyraźny człowiek. – Pańskie dzieci miałby dwoje rodziców. Byłbym taki jak ty, byłbym Janem. Bo chcę być jakikolwiek. Zapomnę o tym wszystkim. Nic nie będzie na mnie ciążyło. Uzdrowienie Basi uznamy za cud, za działalność Boga i będziemy szczęśliwi. Może pan odmówić. Wtedy pozbawi pan dzieci matki. Siebie żony. A Basię… Pozbawia pan Basię życia. Jest pan gorszy niż choroba. Bo choroba nie ma wyboru, musi postępować. A pan ma wybór.

– To szaleństwo – stwierdził Jan. – Nie wierzę panu. Mimo tych wszystkich sztuczek. Nie wierzę, że wszystko byłoby tak, jak być powinno.

– Mamy jeszcze parę miesięcy. – Nieznajomy przysunął się. – W końcu się pan przekona. To nie jest takie złe… Ten brak formy. Brak ciała, brak osoby. Znajdzie pan kogoś, jak ja znalazłem pana. Zrobi sobie pan w nim miejsce dla swojej duszy. Tylko zanim to się stanie, przez jakiś czas pańska świadomość będzie tkwiła w tej postaci.

Wskazał na siebie.

– Nie wierzę, że stanie się pan mną – powiedział Jan.

Tamten wzruszył ramionami i nagle przed Janem stał drugi Jan.

– To tylko złudzenie – powiedział prawdziwy Jan.

– To dowód. Zamieńmy się, Janie, mój sobowtórze. Mogę cię uczynić niewidzialnym, niesłyszalnym, niewyczuwalnym. Dopóki się na to zgadzasz. To jeszcze nie będzie znaczyło, że oddałeś mi duszę. To będzie tylko próba. Nie masz nic do stracenia. Gdybym chciał ci coś zrobić…

Za plecami fałszywego Jana metalowa konstrukcja przystanku nagle się ugięła, jakby była ze słomy.

– To nie będę prawdziwy ja – stwierdził prawdziwy Jan.

– A co stanowi prawdziwego ciebie? – zapytał nieznajomy i wrócił do pierwotnej, nieokreślonej postaci.

Jan nie odpowiedział. Tamten pożegnał się uprzejmie, po czym odszedł.

W następnych dniach niewyraźny człowiek nękał Jana kolejnymi argumentami i dowodami. Jan wmawiał sobie, że to kuszenie Szatana. Że Bóg go testuje. Że nagrodzi go za niezachwianą wiarę… Tylko że wiara została ugięta tak samo jak tamten przystanek. I Jan wiedział, że po śmierci Basi będzie się obwiniał o niewykorzystanie szansy. Nie było nikogo, z kim mógłby się podzielić wątpliwościami. A tygodnie mijały, Basia więdła w oczach. Człowiek bez kształtu nie ustępował.

Pewnego dnia Jan postanowił oddać duszę.

Tamten wziął ją chciwie, a po chwili przed Janem stał drugi Jan. Minęła kolejna chwila i pierwszego Jana już nie było. Jego miejsce zajęła nowa, niewyraźna postać, której nie zdołam opisać.

W tym samym czasie choroba Basi ustąpiła.

– I co teraz? – zapytała istota bez kształtu.

– Teraz wrócę do domu – odparł nowy Jan. – I postaram się o tym zapomnieć, żeby nic nie ciążyło mi na sercu. Zadbam o Basię i dzieci. Może mi pan wierzyć. Już powoli zapominam… elementy się dopasowują… lepiej niech pan odejdzie.

Istota nie odeszła, lecz schowała się w cieniu. Z ukrycia śledziła tamtego, bo w jej świadomości rodził się pewien pomysł – pomysł na odzyskanie kształtu.

Przez następne czterdzieści lat niewidzialna postać obserwowała, jak Jan i Basia żyją w pełni zdrowia i szczęścia. Patrzyła, jak dzieci wychodzą z domu. Patrzyła, jak rodzą się wnuki. Patrzyła, jak małżeństwo się starzeje. A kiedy w końcu przyszedł czas Jana, istota wyszła z ukrycia. Wiedziała, że tego dnia Jan umrze na zawał.

Zaskoczyła go, kiedy szedł po bułki. Działo się to niedaleko wspomnianego już przystanku, ale stary Jan tego nie pamiętał.

– Potrzebuję pomocy – powiedziała niewyraźna postać.

– Co mogę dla pana zrobić? – zapytał uprzejmie Jan, biorąc ową bezkształtność za konsekwencję słabego wzroku.

Istota wszystko opowiedziała. Opowiedziała o oddaniu duszy i zamianie. Przedstawiła warunki starej i nowej umowy. Coś musiało się odblokować w umyśle Jana, bo uwierzył. Był wzruszony.

– To jak? – zapytała postać.

– Zgoda – powiedział Jan.

I oddał swoją duszę. Był przecież najuprzejmiejszym człowiekiem na tamtym świecie.

Istota stała się Janem, a Jan istotą. Pierwotny Jan wrócił do swojej właściwej postaci i spędził ostatni dzień życia z ukochaną Basią. Zdążył też odwiedzić dzieci i pomówić z wnukami. A kiedy się kładł spać i wiedział, że robi to po raz ostatni, z szafy wyszedł cień.

– Dobra. A teraz oddawaj.

Umowa była taka, że pierwotny Jan wróci do swojego ciała na parę godzin, a potem odda je temu drugiemu, który zgodził się z uprzejmości. Dzięki temu drugi Jan umarłby w spokoju i bez ciążącego na nim przekleństwa. A ten pierwszy… Pierwszy musiałby dalej szukać kształtu.

– Co mam oddać? – zapytał staruszek.

– Duszę – syknęła istota. – Tak się umawialiśmy.

Pamiętacie, jak powiedziałem, że Jan był najuprzejmiejszym, ale nie najuczciwszym człowiekiem? No właśnie. Już nie oddał duszy. Umarł we własnym ciele, w swojej prawdziwej postaci. A człowiek bez kształtu nie mógł nic zrobić… Nic, poza tym, co umożliwiłoby przybranie jakiejś formy.

Nie mam pojęcia, ile takich istot błąka się po światach. Nie mam pojęcia, jakie formy przybierają w swej desperacji. Możecie próbować nazywać je diabłami. Możecie próbować je określać. I tak się nie uchronicie. Jedyne co pozostaje, to uważać na uprzejmych typów, którzy sypią trzy łyżeczki cukru do kawy i mają szeroki światopogląd. Dobranoc. 

Koniec

Komentarze

Ciekawy tekst, misie. Zaczyna się ckliwie, ale z czasem nabiera głębi. Szczególnie kuszenie przypadło mi do gustu. Mocne argumenty.

Babska logika rządzi!

Pogląd na świat / światopogląd (ten co taki szeroki u Jana) zastąpiłbym np. oglądem świata. Między innymi tu:

Czytał różne gazety, znał wielu ludzi, miał szeroki pogląd na świat – rozumiał, że na chorobę Basi nie ma lekarstwa.

Poza tym, jeśli chodzi o różne nieistotne drobiazgi (kilka nieszkodliwych potknięć by się znalazło), zapewne z chęcią wyliczą Ci je stali bywalcy portalu ;) Widać, że przykładasz wagę do poprawności językowej, ale nie napinasz się za bardzo – i słusznie.

To jest dobrze napisany tekścik, dowcipnie, ze swadą, świadomą narracją, ze zręcznym wypunktowaniem niektórych momentów. Ostatnio rzadko się zdarza, żebym przeczytał jakieś tutejsze opowiadanie w całości. A właśnie Twój “Władek Niejadek” mnie wciągnął i nie puścił do końca i tekst powyższy tak samo. Obie historie proste, mają jednak w sobie to coś.

Podsumuwjąc – jestem zadowolony z lektury :)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Przyjemny tekst, z takim malutkim happy-endem.  Inteligentnie poprowadzona narracja, ciekawy pomysł na “demoniczną” istotę.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Kolejny dobry tekst. Cieszę się, że skorzystałam z polecanki.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Tekst bardzo przyjemny i, jak wspomniała Finkla, ckliwy. Dla mnie nie tylko początek jest taki, ale i reszta tekstu. Choroba żony, kochający mąż, który oddaje swoją duszę i później przez kilkadziesiąt lat patrzy na swoją rodzinę… porusza najczulsze struny ;)

Sam pomysł na “istoty bezkształtu” bardzo fajny i to zakończenie: “Nie mam pojęcia, ile takich istot błąka się po światach.“ – bardzo fajne, podoba mi się ;)

Jeśli chodzi o te drobne, nieistotne drobiazgi to rzuciło mi się w oczy tylko: “– To nie będę prawdziwy ja – stwierdził prawdziwy Jan.” – powtórzenie. Poza tym napisane bardzo przystępnie ;)

...bo wiosło było za długie.

Sarmato, sądzę, że to powtórzenie zostało użyte celowo – ja przynajmniej takie odniosłam wrażenie.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Sarmato, sądzę, że to powtórzenie zostało użyte celowo – ja przynajmniej takie odniosłam wrażenie.

Też mi to przez myśl przeszło, ale nie byłem pewien, więc uznałem, że zwrócę na to uwagę, gdyby przypadkiem było inaczej :)

...bo wiosło było za długie.

Sarmata, celowo ;)

Dzięki wszystkim za przeczytanie, miłe słowo i punkciki do biblioteki :)

Szanowny autorze ukrywający się pod pseudonimem funthesystem, czy nikt Ci nie mówił, że pisanie w podobny sposób jest grzechem, na dodatek ciężkim? Po raz kolejny Twoje opowiadanie idealnie wpasowało się w mój gust. Nawet gdybym szukał na siłę, nie miałbym co zarzucić tekstowi. Chciałbym go kiedyś ujrzeć na papierze :D

Nikt nie mówił, ale zaraz sprawdzę w “Drodze do Nieba”, czy mnie nie bajerujesz. 

A jeśli ci tak zależy na papierowej wersji, pozwalam wydrukować ;)

Nazbyt jesteś hojny ;)

Urzekł mnie pomysł z przekleństwem bezkształtności, podobnie koncept braku Boga w owym świecie (umiejętnie, nienachalnie wykorzystany). Na początku ckliwie, pod koniec zaskakująco. No i to kuszenie – argumenty przemawiają.

Cosik mi się widzi, że ktoś się wzoruje na moim komentarzu. Nic to – naśladownictwo najwyższą formą pochlebstwa. ;-)

Babska logika rządzi!

Jest coraz lepiej. To trzecie Twoje opowiadanie, które miałam przyjemność przeczytać i nie ukrywam, że tym razem przyjemność była zdecydowanie największa. Mam nadzieję, że postarasz się o dobrą jakość kolejnych tekstów, by satysfakcja z lektury wciąż rosła. ;-)

 

Za­czął się cofać na czwo­ra­ka… – Za­czął się cofać na czwo­ra­kach

 

Za­po­mnę tego wszyst­kie­go.Za­po­mnę to wszyst­ko.

 

–Tak się uma­wia­li­śmy. – Brak spacji po półpauzie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Miło mi widzieć, regulatorzy, że tym razem lista błędów jest znacznie krótsza. 

Co do formy “na czworaka” to sprawdzałem, że taka forma nie jest potępiana ani niepoprawna, a nawet stosują ją jacyś uznani polscy pisarze.  Zresztą wydaje mojej skromnej osobie wydaje się bardziej sensowna, bo kto to widział nazywać kończyny raczkującego dziecka jakimiś paskudnymi “czworakami”? :D

Dwa pozostałe już pokornie poprawione. (Masz chyba wzrok Supermana, skoro dostrzegłaś ten brak spacji ;) )

Ja także się cieszę, gdy lektura odbywa się bez zakłóceń i konieczności wyłapywania potknięć. ;-)

 

Co do formy “na czwo­ra­ka” to spraw­dza­łem, że taka forma nie jest po­tę­pia­na ani nie­po­praw­na, a nawet sto­su­ją ją jacyś uzna­ni pol­scy pi­sa­rze.  

Nie odbierając ani Tobie, ani żadnemu pisarzowi prawa do pisania jak chce i co chce, nieśmiało nadmieniam, że SJP PWN nie zawiera hasła na czworaka. http://sjp.pwn.pl/szukaj/na%20czworaka.html

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Powiem tak: o ile pozostałe Twoje teksty klikałbym do biblioteki (gdybym mógł), akurat to najchętniej schowałbym we własnej szufladzie (gdybym mógł).

Ponieważ jednak niewiele mogę, to się jedynie z lekka przyczepię: trochę za bardzo przyspieszyłeś pod koniec (od “W następnych dniach niewyraźny człowiek nękał Jana kolejnymi argumentami”), a kluczowej decyzji bohatera w ogóle nie podparłeś (akapit dalej – ”Pewnego dnia Jan postanowił oddać duszę”). Też tak mam, że gdy czuję finał to przyspieszam, ale po tak dobrym wprowadzeniu i zawiązaniu akcji (scena na przystanku bardzo plastyczna), chciałoby się lepiej zbudowanego przesilenia.

Poza tym konstrukcja, język, potoczystość narracji, gry słowne jak zwykle na wysokim poziomie, a taki splot medycyny i tematów egzystencjalnych to już po prostu moja ulubiona działka.

Coboldzie, ależ pewnie możesz schować do szuflady. Autor pozwala wydrukować, jeśli komuś bardzo zależy. ;-)

Babska logika rządzi!

Mam mieszane odczucia. Początek mnie wciągnął; spodobał mi się styl narracji i narrator-dowcipniś, który prowadzi czytelnika przez historię w taki sposób, że podróż staje się bardzo przyjemna. Na plus także nieco bardziej oryginalne podejście do tematyki diabłów i sprzedawania duszy, niż się zwykle spotyka. A moi lubi czorty wszelkiej maści, szczególnie te, które wyróżniają się z tłumu. 

Ale Jan jest tak uprzejmy, że aż niewiarygodny. Wiem, że takie jest główne założenie, ale jego stoicki spokój – w obliczu, np., magii – jest lekko irytujący. Gość wydał mi się trochę pozbawiony emocji. Poza tym, teraz już zupełnie subiektywnie, nie przepadam za happy endami i miałam raczej nadzieję na jakiś mocny twist. 

Nie podoba mi się też ostatni akapit, kawa na ławę.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Cobold, czy pisząc “schować we własnej szufladzie” miałeś na myśli, że chciałbyś przywłaszczyć sobie mój tekst? ;)

 

Gravel, rozumiem zastrzeżenia, ale gdybym się do nich zastosował (wiarygodniejszy Jan, brak happy endu, ucięcie morału) to opowiadanie stałoby się całkiem innym opowiadaniem. 

Ciekawie zbudowany charakter, jednak opieranie tematu na religii bogu i diable uważam za pójście  po bandzie na łatwiznę. Właściwie wszystko można tym uzasadnić, żeby logicznie trzymało się kupy. Poza tym podobało mi się, że nie było płaskie i jednoznaczne emocjonalnie. Fajnie jakbyś pokusił się też o jakąś zmianę perspektywy w narracji np. na otoczenie. Może się trochę wymądrzam, ale ogólnie bardzo mi się podobało ;)

“opieranie tematu na religii bogu i diable uważam za pójście  po bandzie na łatwiznę” 

– powiedz to autorom Biblii ;) 

A tak na poważnie, to nie rozumiem, co masz na myśli. Tematami są dusza (czyli religia) i alternatywny diabeł, więc nie wiem, na czym innym miałbym oprzeć historię. 

Odnośnie zmiany perspektywy – chodzi o więcej opisów? 

Bardzo fajnie podejmujesz dylemat bohatera w starciu z chorobą żony, dajesz rys psychologiczny  pokazując jego zachowania, rozważania co byłby w stanie poświęcić i to mi się bardzo podoba. Temat uczciwości w starciu z nieczystymi zagraniami fajny. Dla mnie głównym tematem nie jest tu dusza i religia, ale wyraźnie wyszły tu na pierwszy plan. Nagle pojawia się magia jak w bajce i wszystko staje się mocno dosłowne i biblijne. Wolałbym chyba nietypowy zbieg okoliczności realnych. (sorry jeżeli piszę niejasno i używam za dużo skrótów myślowych).  Posiadanie duszy staje się u Ciebie założeniem i oczywistością. Alternatywny diabeł na pewno pomaga w odbiorze, ale ogólnie wolałbym, żeby motyw religii pojawił się jako dalekie tło, a słowa diabeł i dusza nie padały.  Wolałbym pozostać przy obcym, jaźni itp. 

Zmiana perspektywy chodziło mi o jakieś pokazanie cech lub przemyśleń w inny sposób, za pomocą innych środków narracji (opisu np ubrania, które pokazuje uprzejmy i grzeczny charakter) lub z punktu widzenia kogoś innego (oczami kelnera w kawiarni, który ma gościa kompletnie w dupie i jakoś ocenia go ze swojej perspektywy, ale zawsze zagaduje w ten sam sposób i jest miły bo zgarnia napiwek)

Nie odbieraj tego jako czepianie się. Story jest dla mnie na tyle ciekawe, że pobudza do przemyśleń i podoba mi się. Mimo, że mam swoje przemyślenia i uwagi, to na pewno  lepiej bym tego nie napisał.

Hmmm. Właściwie, skoro nie ma Boga, to dlaczego jest dusza? To nie jest ze sobą powiązane?

Babska logika rządzi!

Nie odbieram jako czepianie ;) Bardzo mi miło, że poświęcasz swój czas, żeby napisać coś więcej niż tylko “podobało się/nie podobało” (chociaż i takie komentarze sobie cenię). Zwyczajnie nie zrozumiałem, co miałeś na myśli. Teraz rozumiem. Zdaję sobie sprawę, że twoje uwagi mają duży sens odnośnie ogólnego pisania. Gdybym nie użył słów “diabeł” i “dusza”, wszyscy i tak pomyśleliby o klasycznym motywie sprzedania duszy diabłu. Ten zabieg byłby sileniem się na oryginalność. Wciskaniem kitu, że to nie jest historyjka o pakcie z diabłem. Równie dobrze można by napisać historię o nieśmiertelnych istotach, które wysysają krew, ale nigdzie nie używać słowa “wampir”. 

A co do zmiany perspektywy – to byłoby coś za coś. Owszem, może Jan stałby się bardziej pełnokrwistą postacią. Owszem, może świat przedstawiony nabrałby barw. Ale wtedy opowieść straciłaby te pozory uniwersalności, które są charakterystyczne dla baśni. 

Finkla, wydaje mi się, że są ludzie, którzy wierzą w duszę, a nie wierzą w Boga.

Ludzie swoją drogą, a wszechwiedzący narrator – swoją. ;-)

Babska logika rządzi!

Raczej nie chodzi mi o oryginalność. Wydaje mi się, że  rozpatrywanie tej historii na płaszczyźnie psychologicznej byłoby ciekawsze niż na płaszczyźnie wiary i religii. Używając diabła i duszy  określasz zło i dobro i dajesz wyraźny tor interpretacji. Ja bym to chętnie interpretował w sposób taki, że po nieszczęściu  dla tego człowieka, własne ego przestaje istnieć w dawnym kształcie. Zmienia się w inną osobę. Natomiast gdy choroba ustępuje, wraca do dawnego ja.

Oj tam, od razu “przywłaszczyć”… Zaopiekować się chciałbym, bo opowiadanie fajne, a tu się czepiać będą ;-)

Przeczytałem i muszę stwierdzić, że moje odczucia są bardzo podobne do Gravel. Jan jest taki… papierowy. Ta chwila, gdy szyby przystanku pękają, a Jan ze spokojem pyta, czy Istota jest magikiem… to dość nienaturalne :/

Sam tekst czytało się bardzo dobrze, tempo akcji fajnie poprowadzone, jednak zakończenie tym razem zawiodło mnie trochę stonowaniem. Spokojem. Groza obecności podobnych postaci niezbyt mnie przejęła :/

No, ale to pewnie kwestia oczekiwań i gustu – z tego co widzę, większość osób była zadowolona…

 

Tytuł zaś – nijaki, nie przyciąga. W poprzednich przypadkach lepiej wyszło, szczególnie z Władkiem ;)

 

Tyle ode mnie, pozdrawiam.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

CountPrimagen, dzięki za opinię. Fajnie, że zwróciłeś uwagę na tytuł, bo już myślałem, że nikt na nie jakoś specjalnie nie patrzy. 

Czytałem tekst jakoś dwa dni temu. Próbowałem przetrawić i zastanowić się, czego mi zabrakło. Wciąż tekst pamiętam, znaczy nie jest źle. Inna sprawa, że pamiętać chciałem, a nie że wrył się zupełnie samodzielnie.

 

W pewnym sensie język narracji odrobinę nie w moim guście. Jest w tym charakter, ale mnie osobiście nieco drażniący i co mi się zdawało, nieprzystający do opowiadanej historii. Tak jakbym oczekiwał poważniejszego tonu. No – kwestia osobista.

Nie podoba mi się natomiast narracja dialogów. Jest sucha, niewyrazista. Kukły między sobą rozmawiają.

“– Znajdziemy jakiś sposób – powiedział Jan.

– Lekarz mówi, że nie ma żadnych nadziei – odparła płacząca Basia. – Że mam pozałatwiać wszystkie sprawy i pożegnać się z ludźmi, zanim choroba zaatakuje.

Jan obiecał, że zwolni się z pracy i będzie przy żonie do końca.

– Co powiemy dzieciom? – zapytała.

– Prawdę – odparł Jan. – Zostaw to mnie.”

Powiedział, odparła, zapytała, odparł. Ja rozumiem kondensację, ale jest to nieobrazowe. W dalszych dialogach przejawia się ten sam problem. Czasem “odpowiedział” zamienia się na “syknął”, ale to wciąż ta sama, mało zróżnicowana i bez-emocjonalna narracja dialogu. Co może prowadzić do drugiej uwagi:

Czyli papierowości bohatera. Chciałem się zastanowić, dlaczego sprawia takie wrażenie i wyszło mi, że nie chodzi tylko o obojętność z jaką przyjmuje kolejne wydarzenia. Może też o to, że Twoje postaci przede wszystkim rozmawiają. Kiedy mówią, nie robią nic innego. Nie ma w tekście za wiele z innych zmysłów. Stąd może wynikać odbiór nawet nie samego bohatera, ale wszystkich, no, kukiełek. Nie mamy za co ich polubić (no dobra, nieco przesadzam – narracja poza dialogami jakąś więź tworzy), budować o nich opinię, poza samym faktem tego, co mówią, bo nie wiemy nawet w jakim tonie to robią.

 

Końcówka nieco zbyt pospieszna, tak mi się wydaje. Z czepialstwa fabularnego (tak jakbym się już nie czepiał wystarczająco ;)). W jakim celu potrzebne było zaznaczanie, że to świat bez Boga, poza ładnym pierwszym akapitem? Znaczy, w sensie fabularnym, skoro to i tak religijność nadaje znaczenie ostatniej decyzji Jana?

Za to pomysł sam w sobie wyśmienity i czytało się całkiem przyjemnie.

 

No, sfruwam.

Powodzenia przy następnych tekstach!

 

No cóż, jednym się podoba, innym nie, takie życie, taka proza. Ja będę stał murem za  konwencją tego opowiadania. Można to nazwać “papierowością” i “suchością”, mnie natomiast chodziło o “uniwersalność” i “umowność”. Ale czytelnik ma prawo nie zwracać uwagi na konwencję, jemu ma się po prostu podobać lub nie podobać, tyle ;)

Co do zaznaczania, że to świat bez Boga – próbowałem już wytłumaczyć Ostremu-Haszowi, że nie chciałem nazywać tamtej postaci diabłem, ale nieużycie tego słowa byłoby zabiegiem, który nic by nie dał. Więc w pewien sposób postanowiłem zaprzeczyć sobie: opowiadając o diable, zaprzeczałem, że to nie diabeł. To była taka trochę zabawa, eksperyment. Wiedziałem, że ktoś się doczepi, tylko nie sądziłem, że tak późno :D

 

No, a skoro już tu przyfrunąłeś, to składam gratulacje za piórko (każde ci się przyda, Słowiku, bo idzie zima). Jak znajdę chwilę, to postaram się zajrzeć do twojego tekstu. A, no i czekam na tego Zajdla :)

No widzisz, powinienem uważniej czytać komentarze :). Nie jestem do końca przekonany czy jakieś emocje są w stanie odebrać “uniwersalność” jakiemukolwiek tekstowi. Bardziej obstawiałbym, że to właśnie one potrafią o niej stanowić. Ale faktem jest, że tutaj zarówno język i koncepcja to już była kwestia osobista. Pełen szacunek za świadome tworzenie.

Sam nie widzę nic złego w wykorzystywaniu diabła (patrz chociażby “Szatan smutny śmiertnelnie” autorstwa Gravel) w opowiadaniach i na moje to ukrywanie go z reguły wywołuje więcej szkód niż korzyści. Po prostu takowy powinien być stosunkowo ciekawie przedstawiony. Jak ze scenami w karczmie – jak jest zajebiście interesująco i (bo tak być może!) oryginalnie, to czytelnik wcale nie marudzi, że klisze, że to, że tamto. A tutaj, diabeł jest na tyle ciekawy, że według mnie nie było potrzeby.

 

Za gratulacje dziękuję. Do opowiadania zaglądnij jak już odhaczysz pozostałe na liście. W sensie, moje dostało już tyle uwagi, że szkoda by ją odbierać bardziej potrzebującym tekstom (a nie jest ich wcale tak mało i niektóre są naprawdę dobre). Na Zajdla też czekam. Właśnie piszę list do Chianga. Jeszcze nigdy nie próbowałem być równie przekonywujący.

Trzymaj się.

Interesująca, przyjemna przypowieść. Technicznie bardzo zgrabnie, nic nie wpadło mi w oko ani nie zgrzytnęło. Treściowo oryginalnie, stylowo lekko, czytało się dobrze. Klikam Bibliotekę ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo fajne. Porwała mnie narracja, bardzo spodobały mi się szczegóły, na jakich budujesz postaci. Świetnie też wprowadzasz kolejne punkty zwrotne – informacje o chorobie, umowę między pierwszym i drugim Janem – fajna sprawa, że czytelnik jest o kilka kroków za opowieścią, jeszcze nie wie, co się wydarzyło, ale opowieść już toczy się dalej i ciągnie go za sobą. Fajnie, fajnie!

Joseheim, Werwena – dzięki!

Ciekawe, przeczytałam z przyjemnością :)

Dzięki, Anet! Fajnie, że tak zaglądasz do “starszych opowiadań” :) Inni powinni brać z Ciebie przykład i też dokopywać się do tekstów, które nie są już na pierwszej stronie poczekalni czy biblioteki :D

Ja mam kolejkę na sto kilometrów ;)

Oryginalnie prowadzona narracja i satysfakcjonujący, choć prosty przecież tekst. Podobało mi się :)

Cieszę się, dzięki za odwiedziny :)

Witaj!

Kolejny raz Twoja ręka i kolejny raz ciekawa narracja.

Tekst do około połowy świetny.

Dalej dobry.

Na koniec strasznie pośpieszony. Za bardzo uderzyłeś na skróty do finału. Przez co finał choć dobry to już nie smakował.

Pomysł, styl, i cała reszta na poziomie.

Pozdrawiam! :)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Dzięki, Mytrixie :) Ten pospieszny koniec biorę na klatę. 

Hej :)

O to przykład niepoprawnego czepialstwa:

 

“jak najszerszy” 2x ,“jak najszybciej”1x – jak na 15 pierwszych linijek tekstu zwrotu “jak naj…” o jeden za dużo ;)

 

 I tyle. Jeżeli jakieś niedociągnięcia jeszcze były, to już nie zauważyłem, bo dałem się ponieść opowiadaniu. Biblioteka w pełni zasłużona, chociaż to tylko bajeczka z pospiesznie wyklepanym przez narratora morałem (spieszył się na jakąś nocną imprezę, czy co?). Mama nadzieję, że taki był zamiar ;) 

 

Uprzejmy nie znaczy słowny… Dobre :)

 

 

Dzięki za wizytę, Blacktom. 

Przyznaję, że zakończenie jest trochę przyspieszone (całkiem możliwe, że jakaś impreza była ;)), ale tekst leżakował przez rok i potem nie miałem już pomysłu ani serca, żeby to rozwinąć. Morał w stylu kawa na ławę wynika z przyjętej konwencji, więc zamierzony ;)

Miałam się uczyć… miałam. A dopiero od jutra wziąć się za komentowanie dawno przeczytanych tekstów, które utkwiły mi w głowie :P No, zrobię sobie krótką wprawkę przed maratonem ;)

 

Co prawda, czytałam dawno, więc zbyt wiele nie pamiętam. Ale coś tam zostało :) Między innymi ten zabieg z diabłem nie-diabłem. I to podkreślenie na początku, że to świat bez Boga. To mnie nadzwyczajnie ujęło. I jakoś tak w mojej głowie zgrało się z tytułem i najbardziej fundamentalną podstawą historii – czyli po prostu chorobą i całym tym cierpieniem, które jej towarzyszy, a któremu tak bardzo chce się zapobiec. Za wszelką cenę, wręcz za przysłowiowe zaprzedanie duszy diabłu. Ale skoro w tym świecie nie ma diabła… To co można jeszcze?

 

Jedyna rzecz, która mi się w tym opowiadaniu nie spodobała to zakończenie. Rozumiem konwencję baśni, rozumiem jednowymiarowych bohaterów (choroba może dotknąć każdego). Ale, trochę podobnie jak w Elce, do ostatnich słów jestem sceptycznie nastawiona. Ta baśń nastroiła mnie refleksyjnie, finisz trochę to zepsuł. Ale nie na tyle, żeby Co mogę jeszcze nie trafiło na moje podium Twoich tekstów :)

Nauka nie zając… ;)

Fajnie, że wróciłaś z komentarzem. Cieszę się, że zagrał tytuł, który zapożyczyłem od Czesława Miłosza, i że doceniłaś wzmiankę o tym, że to świat bez Boga. W swoich tekstach chcę pisać przede wszystkim o człowieku, a tutaj chciałem zaznaczyć, że nie chodzi o konflikt dobro-zło, lecz konflikt człowiek-inny człowiek. 

Zakończenie faktycznie nie jest zbyt pod publiczkę, łagodnie mówiąc :P Taka tam pozostałość po czasach, kiedy pisałem tylko do szuflady, plus obracałem się wokół bajkowo-baśniowych tematów, co też widać w paru innych opowiadaniach. 

moje podium Twoich tekstów :)

Miło mi, że istnieje coś takiego :)

Nie uściśliłam, że chodziło mi wyłącznie o dwa ostatnie zdania. Wydały mi się nieco błahe przy umoralniającej końcówce. Z której resztą problemu nie miałam, bo lubię taką bajkowość. Dodaje niewymuszonej lekkości różnorakim tragediom, sprawia, że ich prozaiczność przestaje być taka przytłaczająca :)

A jeśli chodzi Ci o “przyspieszenie” końcówki, to też już sobie zdaję z tego sprawę :D

Cześć!

 

Świetne opowiadanie! Napisane wprawnie, bez zauważalnych niedoskonałości. Treść bardzo… filozoficzno-marzycielska z nutą moralizatorstwa. Tak się składa, że właśnie coś takiego uwielbiam! :D

Motyw istoty, która żeby mieć wyraz jest w stanie zrobić wszystko wyborny! A to, że Jan był wierzącym, choć istniał w świecie bez Boga to istny majstersztyk!

Opowiadanie obfituje w przeróżne niuanse i zajmującą filozofię świata. Wszystko jest tu wyważone i konsekwentne. To jest to! ;D

 

Pozdrawiam!

Jai guru de va!

Dzięki :) Miło mi to słyszeć, choć sam nie jestem fanem tego opowiadania. 

Nowa Fantastyka