- Opowiadanie: Drops9000 - Oczy w oko z ...

Oczy w oko z ...

Cześć. Wrzucam i ja moje opowiadanie. Hasło jest proste i oczywiste. To jedna z moich pierwszych, niewymuszonych przez szkołę (kiedy to było!) prób pisarsko-hobbystycznych, więc spodziewam się solidnego łomotu. Ale nic to, trza być twardym, nie miętkim. :)

Dzięki wielkie Mytrix za betowanie (strasznie mi się podoba to słowo). Enjoy :)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

regulatorzy, zygfryd89, Użytkownicy

Oceny

Oczy w oko z ...

“Dwudziesty, Jubileuszowy Zlot Miłośników Astronomii Bieszczady 2016” – pomarańczowy napis na okolicznościowej koszulce wyżynał się ostro z czarnego tła materiału.

– Idziesz wreszcie? Nie wiadomo ile mamy czasu!

– Idę, dajże mi chwilę! – odkrzyknąłem, wygładziwszy fałdy bawełnianej tkaniny, ciasno naciągniętej na grubą, polarową bluzę.

– No, nareszcie! – fuknęła Ruda miażdżąc puszkę po Red Bullu, gdy w końcu wyszedłem z łazienki na korytarz.

– Nie przesadzaj, aż tyle nie czekałaś.

– A ile? Ech, chodź wreszcie, bo nam cała noc ucieknie. Nie widziałeś prognozy?

– Wiesz, jak się one sprawdzają.

– Nie denerwuj mnie! – Zeskoczyła z parapetu i nie czekając dłużej, ruszyła ku schodom.

Na dole minęliśmy przybity do korkowej tablicy wydruk z Meteo.pl. Wyglądał istotnie nie najlepiej – szary w większości diagram, oznaczający nadchodzące zachmurzenie. Gdy wyszliśmy na zewnątrz, wciąż dopisywała jednak pogoda. Kwietniowa, bieszczadzka noc skrzyła się w najlepsze gwiazdami, jakich nie widywaliśmy pod miejskim niebem. Rok w rok zapierała dech w piersiach – prawdziwa noc oraz prawdziwa ciemność, dla których gotowi byliśmy przebyć te sześćset z okładem kilometrów. Spojrzałem w górę i popadłem w cudowną dezorientację. W niesamowitym mrowiu punktów i punkcików nikły zaprzyjaźnione kształty gwiazdozbiorów, gubiły się znane gwiezdne konfiguracje, rozpływały charakterystyczne struktury. To jest to – pomyślałem i uśmiechnąłem się w duszy. Zmęczenie minęło, a ja znów chciałem napawać wzrok tym widokiem.

Na polu obserwacyjnym, które ktoś trafnie ochrzcił kiedyś Teleskopowiskiem, gęstniało od podobnie złaknionych oczu. Przywitałem kilka znajomych twarzy, zagaiłem parę rozmów i znowu poczułem się jak w domu. Trochę niepokoił wiatr, który wzmagał się chwilami. Z drugiej strony, przecież nawet najbardziej wiarygodne prognozy nie raz już zawodziły. Nie traciliśmy więc ducha, tylko pełni ekscytacji gotowaliśmy się do obserwacyjnej uczty. A jak nie – myśleliśmy – w schronisku mieli przecież grzańca i coś na ząb. No i te rozmowy do rana.

Humor nie dopisywał tylko Rudej. Wciąż zerkała na zegarek, psiocząc na zbyt późną porę i niepewną aurę. Pośpiech i wrodzone roztargnienie nijak nie pomagały jej dojść do ładu ze sprzętem. Raz po raz próbowała umieścić ciężką, astronomiczną lornetę na specjalnie skonstruowanym statywie. Była to zresztą prawdziwa duma i oczko w głowie dziewczyny, która na ten cud optyki wydała pewnego pierwszego dnia miesiąca całą pensję – co do złotówki. Śledziłem jej zmagania z uśmiechem i rozczuleniem. Pomocy jednak nie śmiałem oferować. Wiedziałem, że nie znosi, gdy traktuję ją jak dziecko.

Podziwiałem też rosnący wokół gąszcz teleskopów, astrografów, lornet oraz lornetek przeróżnych rozmiarów i konstrukcji. Ich zabiegani właściciele testowali wszelkie możliwe konfiguracje optyki, kamer i komputerów. Krzątali się w przygaszonym świetle czerwonych latarek, usiłując połączyć wszystko w sensowną całość, nie zaplątując się przy tym w kilometrowych zwojach okablowania.

Całkiem inaczej, bo dostojnie na skraju i na uboczu, w swoim zwyczaju po prostu jak najdalej od wszelkiego zamieszania, stanęły natomiast dwa największe potwory. Szesnasto i dwudziestocalowe zwierciadła prostych w konstrukcji, lecz potężnych teleskopów systemu Newtona. Ni mniej, ni więcej, tylko przepastne studnie na przemierzające kosmos fotony. Kolosy skrojone do obserwacji ciemniejszych struktur wszechświata – dla wprawionych koneserów – a od czasu do czasu także do obiektów jaśniejszych i bardziej znanych – dla pozostałych obserwatorów. I ja zerkałem chwilami w stronę tych imponujących machin. Miałem jednak zaplanowane na tę noc cele dla własnego teleskopu, no i nie zapomniałem o wsparciu, które jako bardziej doświadczony obiecałem Rudej w jej lornetkowym maratonie.

Sprzęt przygotowałem sobie wcześniej. Na koniec wydobyłem nielekko sfatygowany, lecz wciąż ulubiony atlas nieba z zaznaczoną zakładkami listą obiektów oraz sprawdziłem emitującą stłumioną czerwień latarkę czołową, upewniając się, że pamiętam, jak nie przełączyć jej omyłkowo w normalny tryb pracy i nie zepsuć tym samym idealnej ciemności, dla której tak wielu, przyjechało z tak daleka.

W końcu mogliśmy zaczynać obserwacje. Ruda od razu rzuciła się realizować swój plan, a ja na rozgrzewkę nacieszyłem oczy kilkoma opatrzonymi klasykami. Przez moją starą, podręczną lunetę padła więc gwiezdna Gromada Podwójna w Perseuszu, a jej podobny do dwóch rozsypanych garści diamentów wyglad jak zwykle wywołał dreszcz na ciele. Dalej Plejady, czyli M45 w Byku, gromady otwarte w Woźnicy oraz M44 w Raku, przeglądowo kilka gromad kulistych z herkulesową M13 na czele, no i chowające się niedługo pod horyzont mgławice M42 w Orionie oraz M31 w Andromedzie, których nijak nie mogłem sobie odpuścić. Oceniłem też orientacyjnie zasięg gwiazdowy. Wynik okazał się znacznie więcej niż dobry, co wzmogło jeszcze mój apetyt.

Robiło się coraz chłodniej i tylko to mnie trochę martwiło. Starając się zachować optymizm roztarłem zmarznięte ręce i ruszyłem do schroniska po lepsze ubrania i coś ciepłego do picia.

Gdy wróciłem, pełen nowych sił zamieniłem niewielką lunetę na znacznie mocniejszego, dziesięciocalowego Newtona. Dalsze kosmiczne wojaże przerywałem jeszcze kilkukrotnie by się ogrzać, ale i wspomóc Rudą, która gubiła orientację w gęściej upakowanych rejonach nieba. Ostatecznie jednak, co przyznałem, szło jej całkiem nieźle. W oczekiwaniu na mój główny cel – gromadę galaktyk w Pannie i Warkoczu Bereniki, których obiecałem sobie nie tykać, nim nie osiągną maksymalnie dogodnego położenia – zrobiłem rundę wokół zlotowej polanki. Cały teren kipiał obserwacyjnym podnieceniem. Zamieniłem kilka zdań ze znajomymi, jednak ci, pochłonięci ową gorączką, nie grzeszyli raczej rozmownością. Skierowałem zatem swoje kostniejące powoli z zimna ciało ku skrajowi Teleskopowiska i obstąpionemu przez grupkę obserwatorów dwudziestocalowemu kolosowi. By dosięgnąć okularu, ktoś akurat niezbyt rosły wspinał się właśnie po specjalnej drabince. Za chwilę i ja przyłożyłem doń oko i nie zawiodłem się, gdyż wygląd kosmosu z półmetrowego zwierciadła rozkładał na łopatki.

Nasycony widokiem, choć zmarznięty nie na żarty, wróciłem do swojego stanowiska. Usiadłem, wydobyłem z torby prawie do połowy pełny jeszcze termos z herbatą, po czym podałem parujący kubek Rudej, a potem nalałem sobie. Temperatura nadal szybko spadała, a wiatr, który na jakiś czas osłabł, zaczął ponownie przybierać na sile. Nad zachodnimi szczytami zniknęły gwiazdy – znak nadchodzących chmur.

– Prognoza chyba nie okaże się tak całkiem do kitu – zauważyłem raczej ponuro.

Ruda przeklęła pod nosem i usiadła obok mnie. Ktoś nieopodal również mi przytaknął. Ktoś inny za to narzekał:

– …gęba mi już drętwieje od tego mrużenia, mówię wam. Macie nasadkę dwuoczną? Dlaczego wszyscy produkują teleskopy pod pojedynczy okular? Co ja jestem, jakiś cyklop? – Kilka osób wyraźnie rozbawiła ostatnia uwaga.

– Co racja to racja, ale nasadki nie mamy. A co do cyklopów, to spytaj Dzikiego. – Po tym zdaniu ryknęli już otwarcie śmiechem, a ja poczułem, że się czerwienię.

– Dziku, to jak było z cyklopem? Opowiedz! – Zaczęło się.

– Z jakim cyklopem? – Ruda spojrzała na mnie marszcząc brwi.

– Tak. Tak właśnie było. – Zignorowałem chwilowo jej pytanie – Tak jak wam już sto razy mówiłem. I podtrzymuję, bo wiem co widziałem – odszczeknąłem.

– Jaki cyklop? – Ruda nie przestawała. Poczułem, że się nie wywinę i zaraz będę musiał opowiadać wszystko po raz sto pierwszy.

– Dziku, no ale weź powiedz, jak on wyglądał? – męczył któryś, chyba Waldi – mój stary przyjaciel.

– A jak miał wyglądać? – odburknąłem. – Wielki, przysadzisty, z okiem na środku czoła i prawie bez szyi.

– W dresie?

Znowu rechot.

– Nie, kur… – ugryzłem się w język. – nie w dresie.

– Bo wiesz, myślałem, że może chłopaki z wioski…

Wziąłem do ręki puszkę po energetyku i cisnąłem, nie celując wcale, w stronę znajomej postaci.

– No dobra, już nie drążę, ale opowiedz jeszcze kiedyś. Ty to tak fajnie opowiadasz.

– Masz jak w banku, Waldeczku. – Chciałem jak najszybciej zakończyć tę głupią rozmowę.

– Bo wiesz, Dziki zabłądził tu w górach dwa, czy trzy lata temu – gadał teraz do kogoś obok, o dwa tony ciszej, ale całkiem słyszalnie – i twierdzi, że nadział się na cyklopa. Zarzeka się.

– Ale przecież cyklopów nie ma tu już z dwieście lat. Wywędrowały albo je wypędzono – odpowiedział równie konspiracyjnie drugi głos. Ruda słuchała.

– No właśnie. Ale on…

Nie dokończył, gdyż podmuch wiatru zdarł nie najstaranniej widocznie zamocowaną osłonę z kratownicy jego teleskopu. Przez krótką chwilę to ja miałem ubaw.

– Oho! – powiedziała Ruda, gdy zaraz jednocześnie unieśliśmy wzrok.

Niebo, od zachodu do prawie zenitu, przykrywały chmury. Nie wyglądały wprawdzie na deszczowe, ale oznaczały koniec obserwacji. Nie było rady ani sensu dalej marznąć. Trzeba wracać do środka – skonkludowałem, choć w głębi nawet się ucieszyłem, mimo że zaplanowana gromada galaktyk musiała poczekać na lepsze czasy, podobnie jak lornetkowy maraton Rudej.

Wewnątrz schroniska usiedliśmy w niewielkiej świetlicy-stołówce, która tradycyjnie umilała zlotowiczom niepogodę. Na stole pojawiły się zaraz grzane piwo i wino, a niedługo po nich bigos – jedyne dostępne danie na ciepło. Dobre! – pomyślałem wtedy i bez ceregieli zabrałem się do szuflowania zawartości talerza. Ruda zrobiła to samo.

Posiłek znacznie poprawił nasze samopoczucia. Gdy milkł szczęk łyżek i widelców, atmosfera zaczęła się robić naprawdę przyjemna.

– No to chwal się wynikiem – zagadnąłem Rudą o ustrzelone lornetką obiekty.

– Trzydzieści dwa. Niecała połowa listy. – Skrzywiła się.

– Nie najgorzej.

– No i nie najlepiej. Liczyłam na całość.

– Nie twoja wina. Pogoda. Gdyby nie to, spokojnie dałabyś radę. Miałaś niezłe tempo.

– Może. – Odsunęła pusty talerz i sięgnęła po serwetkę. Ja natomiast przymierzyłem się, by sięgnąć po dokładkę.

Nieroztropnie.

– No to jak Dziku? Opowiesz? – odezwał się natychmiast znajomy głos.

– Nie zaznam spokoju tego wieczoru – wymamrotałem ku uciesze Waldiego i jego towarzyszy.

Ruda parsknęła. Gdzieś w międzyczasie zdążyłem jej opowiedzieć całą historię. Spodobała się jej. Twierdziła nawet, że wierzy.

– Co za natręt. Mów, co chciałbyś wiedzieć? – zapytałem, pociągając łyk ciepłego, korzennego napoju.

– Noo, wszystko!

– No to było to tak – Poprawiłem następnym łykiem. – jak wam już z milion razy opowiadałem! Mam wam to nagrać i rozdać po kopii?

– Noo, wiesz, rozdać… hmm, czemu nie?

Rechot, rechot, rechot i jeszcze więcej rechotu.

– O cholera! – Ruda zerwała się na równe nogi.

– Co jest?

– Lornetka! – odkrzyknęła będąc już na schodach do wyjścia.

– Lornetka? – zdziwił się Waldi, nagle niemal poważny.

– Tak – powiedziałem. – Jej oczko w głowie. Nie wiem, może się boi, że jej ją wiatr porwie…

Zaśmiali się, lecz już nie tak gromko, a nie minęła minuta i znów męczyli mnie o tę nieszczęsną historię. Zwłaszcza ci wszyscy, którzy jej jeszcze nie słyszeli – oczywiście podpuszczeni przez starych cwaniaków, co do czego nie miałem wątpliwości. Cóż było jednak robić? Zacząłem opowieść, a oni słuchali z rozdziawionymi ustami. Cicho się zrobiło, jak makiem zasiał. W kieszeni zawibrował mi telefon i to był jedyny słyszalny dźwięk poza moim głosem. "Oczy w oko z cyklopem" – taki dałem tytuł swojej przygodzie sprzed lat. Opowiadałem chyba z kwadrans i muszę przyznać, że ile razy bym tego nie robił, historia zawsze wywierała spore wrażenie. Tak też było i tego wieczoru, przeszkadzał mi tylko wibrujący co jakiś czas aparat. Dopiero gdy skończyłem, przy wyrazach wesołości, ale i poruszenia ze strony słuchaczy, wydobyłem go z kieszeni i odczytałem wiadomości od Rudej. Najpierw jedną, a potem dwie następne. Nie ulegało wątpliwości, że chciała, bym jak najszybciej dołączył do niej na zewnątrz. Zdziwiłem się, choć poczułem też zaintrygowany. Dopiłem co miałem do dopicia i czym prędzej ruszyłem na górę, cały czas ciekaw, w jakim właściwie celu. Rozbawione opowieścią towarzystwo prawdopodobnie nawet nie zauważyło mojego zniknięcia.

Widok, jaki po wyjściu przywitał me oczy, zaskoczył mnie prawdziwie. Zamiast smaganych wiatrem drzew i nieba spowitego skorupą chmur, zobaczyłem całkowite tego przeciwieństwo. Mrowie gwiazd i spokój. Spokój i Rudą stojącą jak wryta ze swą drogą lornetą wciśniętą w oczodoły. Musiała usłyszeć, że się zbliżam, bo błyskawicznie przycisnęła palec do ust, a natychmiast potem wykonała ręką gest ku ziemi, dając znak, bym przykucnął. Nie wiedziałem tylko, przed kim lub czym mam się kryć. Dopełzłem do niej prawie na czworaka. Wielka tuja, za którą się schowała, dała i mnie doskonałą osłonę.

– Co jest? – wyszeptałem.

– Ciii – padła prawie niesłyszalna odpowiedź. – Tam, przy dwudziestocalówce.

Zwróciłem wzrok we wskazanym kierunku i dostrzegłem jakiś ruch. Odległość i ciemność nie pozwalały jednak dojrzeć żadnych szczegółów.

– Daj popatrzeć. – Zrozumiałem wnet obecność lornetki przy jej twarzy.

– Czekaj, jest więcej, wychodzą z tamtych zarośli! Jeszcze dwa! Mniejsze!

– Kto wychodzi? Co mniejsze? – Nie mogłem się już powstrzymać. Mrużyłem na zmianę i wytrzeszczałem oczy tak, że bolały całe i zastanawiałem się, czy zaraz nie wypadną z orbit. Mało to jednak pomagało – w mroku widziałem niewiele więcej niż nic, a sam blask gwiazd nie mógł tego zmienić. – No dajże już. – Sięgnąłem do lornetki, ale dostałem po rękach. Usłyszałem za to jak Ruda śmieje się i cedzi cicho:

– Nie uwierzysz, nie uwierzysz…

– W co nie uwierzę? – Nie wytrzymałem i wyrwałem jej lornetkę. Przycisnąłem przyrząd do oczu i w sekundzie zaniemówiłem, znieruchomiałem, ugięły się pode mną nogi, a czas się zatrzymał.

– Co do…, nie moż…, no to teraz… – próbowałem artykułować, lecz mój mózg przechodził chyba twardy reset.

– Nie mówiłam? – śmiała się i zacierała ręce.

W polu widzenia lornetki dostrzegłem cztery postacie. Dwie większe i dwie mniejsze. Wszystkie potężnie zbudowane, a para większych zdecydowanie przewyższała gabarytami dorosłego człowieka.

– Cyklopi! – pomyślałem i musiałem to też powiedzieć na głos, gdyż Ruda potwierdziła.

Stwory krzątały się wokół dwudziestocalówki. Największy z nich pochylał urządzenie raz wyżej, raz niżej i obracał w różnych kierunkach, jakby przechodził przyspieszony kurs obsługi. Dwójka mniejszych biegała w kółko, podskakiwała i fikała koziołki, a drugi duży ganiał za nimi.

– Młode – przemknęło mi przez głowę. – Ruda, te małe to młode! – Odzyskałem też jako taką zdolność wypowiadania zdań.

Ruda chichotała. Przytomnie skombinowała skądś drugą lornetkę i zaraz oboje obserwowaliśmy niezwykły spektakl. Ojciec – bo tak nazwaliśmy największego z czwórki – uklęknął w pewnym momencie przy potężnym, choć nie dla niego, urządzeniu i przyłożył środek czoła z wielkim okiem do okularu. Zamarł na moment, potem oderwał je, zadarł wzrok w górę, złapał się za głowę ogromną dłonią i znowu przytknął jedyne oko do potężnego tubusu. Powtarzał to kilkukrotnie, zmieniając kierunek obserwacji, niekiedy wstawał, wykonywał kilka kółek w miejscu albo wokół machiny, gestykulując przy tym żywo i coś bełkocząc. Wtedy dopadała okularu Matka – drugi duży osobnik – i odtwarzała podobną sekwencję. W końcu oba przepychały się przy nieznanym im artefakcie, popędzały i odganiały wzajemnie, zaś młode, pozostawione same sobie, podskakiwały z wyciągniętymi ramionami, gdyż brakowało im kilkudziesięciu centymetrów, by samodzielnie zagłębić wzrok w otchłani kosmosu. Ostatecznie i one jednak dostąpiły ku temu okazji. Podtrzymywane rękoma rodziców, wymachując w powietrzu krępymi kończynami, wydawały z siebie dziwne dźwięki, które nie mogły być niczym, tylko głosem dziecięcego zachwytu.

Zaczarowani oglądaliśmy to niepojęte przedstawienie, prosząc w duchu, by szybko nie dobiegło końca. Osobliwy taniec rodziny jednookich stworzeń odebrał nam dech oraz poczucie czasu i wcale nie chcieliśmy się tym z nikim dzielić. Tak jak było, było dobrze. I trwałoby dalej, gdyby nie łomot drzwi i donośny głos kompanów, których tęsknota za nami dwojgiem wygoniła z ciepłych pomieszczeń, płosząc natychmiast nieprzywykłe do ludzkiej obecności istoty.

– Co jest? Co wy tutaj…? Szukamy was – rzucił któryś, a my odpowiedzieliśmy nieobecnym wzrokiem. – Szukaliśmy was – powtórzył. – Obserwujecie? Dlaczego nie wołacie, że jest pogoda?

– Właśnie mieliśmy do was wracać, zbierzemy tylko… nasze rzeczy – zdołała wydukać Ruda.

– No co wy? Zwijacie się? Chcecie odpuścić takie widoki? – zawołał zbiegając z werandy na trawiaste klepisko przed budynkiem.

– Potem może wrócimy.

– Jak się jeszcze ogrzejemy – dodała Ruda.

– Mi tam ciepło, jak widzę takie cuda. Idę zawołać resztę!

– My zawołamy – odrzekłem i podbiegłem kilka schodków w górę. Przyłożyłem lornetkę do oczu, lecz polana na swym skraju była pusta. W pobliskich zaroślach być może coś się poruszyło, lecz nie byłem pewien. Natomiast dwudziestocalówka stała, jak stała, tyle że wycelowana niedbale gdzieś w okoliczne krzaki, zamiast w kosmiczną przestrzeń.

Wróciliśmy do środka i usiedliśmy w świetlicy. Znów zostaliśmy tylko we dwoje. I znów nie tęskniliśmy za towarzystwem. Do rana mieliśmy bowiem co sobie opowiadać.

Następna noc obfitowała w udane obserwacje. Pogoda sprzyjała. Osiągnęliśmy swoje astronomiczne cele, lecz tak naprawdę wypatrywaliśmy czegoś innego niż gwiazdy. Bezskutecznie niestety, choć może na szczęście.

Tak też nastał dzień powrotu – jak zawsze trochę smutny, ale dla nas niezwykły. Przed wyjazdem nie mogłem spać. Wstałem bardzo wcześnie, by spokojnie załadować rzeczy oraz przygotować się do podróży. Po śniadaniu pożegnaliśmy znajomych i przyjaciół, przedtem umówiwszy się na przyszły rok. Nasza przygoda pozostała tajemnicą.

– Nie widzę teleskopu. Zapomniałeś spakować? – zauważyła Ruda wsuwając skrzynię z lornetą do bagażnika.

– Nie zapomniałem – odparłem.

– Jak to? – Zmarszczyła się.

– Tak to.

Zatrzasnąłem klapę. Chwilę milczała. Rzuciła jedno, a potem następne długie spojrzenie w kierunku zarośli na skraju Teleskopowiska. Uśmiechnęła się. Wsiedliśmy do auta. Przekręciłem kluczyk w stacyjce, a silnik zadrżał. Moja córka przytuliła mnie. Czekała nas długa droga do domu.

Koniec

Komentarze

Hm. W kwietniu oglądał Plejady? Naprawdę? Poza tym fajnie się czytało o tych astronomicznych przygotowaniach, ale końcówki nie zrozumiałam no i fragment z tymi cyklopami wyglądał jak wciśnięty na siłę. Po przeczytaniu, nie wiem o czym to opowiadanie było.

Bella możesz bardziej szczegółowo? ;>

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

W sensie mam udzielić bardziej szczegółowej opinii o opowiadaniu? :D

Głównie to nie wiem, czemu nie wiesz, o czym było opko. I czemu uważasz, że cyklopy wciśnięte ;P? Po prostu mi się nie wydawało, że wszystko było w miare jasne, a tu się okazuje, że zawiodłem jako betujący :( (choć miałem tylko ze dwa czy trzy dni:p)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Moje odczucie jest podobne do Bellatrix, a że pytałeś dlaczego, ja odpowiem za siebie. Dwie trzecie opowiadania w ogóle nie zapowiada nic, co wskazywałoby, że będzie fantastyczne. Już myślałem, że będzie tylko obyczajowe. Do tego momentu, kiedy w końcu pojawiają się cyklopi powinienem siedzieć już i wiercić się w fotelu, że właśnie zaraz coś się wydarzy. Oczekiwać oczekiwanego, ale jednak zaskakującego.

A tak, cóż. Zamieniłbym cyklopów na spadającą gwiazdę czy inną przelatującą kometę i wyszłoby całkiem dobre opowiadanie obyczajowe. Ale to już raczej nie na ten portal.

Warsztatu za to nie można odmówić :)

Nie wiem o czym było, bo podobnie jak Darcon, uważam, że wyglądało to na obyczajówkę, może jakiś horror (odludzie w Bieszczadach i noc ;D) a tu znienacka jakieś cyklopy się pokręciły, pokręciły i koniec. Opowiadanie było o zlocie astronomów-amatorów? O obserwacjach? Czy o tych cyklopach? Nie zrozumiałam, do czego odnosi się to ‘córko’ – Ruda była córką narratora? Absolutnie nic na to nie wskazuje – wszyscy odnoszą się tam do siebie jak do kumpli w zbliżonym wieku. Ale to nie wina bety – Autor sobie tak wymyślił i musiał coś zrobić z hasłem ;)

Jako betujący za to powinieneś zwrócić uwagę na te nieszczęsne Plejady – w kwietniu Słońce jest w gwiazdozbiorze Byka/bądź w sąsiednim, a na obserwacje wyszli dobrze po zmierzchu (opis rozgwieżdżonego nieba), kiedy Byk zapewne już dawno pod horyzontem.

Wybacz o astronomii pojęcia nie mam żadnego ; ), zdałem się na to, że najwyraźniej autor wie o czym pisze. Dzięki za odpowiedź. Autor prosił tylko o drobne poprawki (widocznie nie miał już czasu na przebudowę opka). Z tą córką to taki mały smaczek jak mniemam. Wskazałem by umoeścić w tekście jakieś wskazówki i jest, że nie lubiła gdy zwracał się do niej jak do dziecka. (Bo to dorosła córka skoro pensje wydała na lornetkę). Poza tym według mnie Ruda zachowuję sie jak córka, choć wskazówek po drodze mogło być wiele. Na cyklopy najpierw jest wskazanie w opowieści bohatera. Tylko wstęp jest jak do dłuższego tekstu a później mało czasu na prowadzenie motywów fantastycznych. ;) Pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Dzięki za komentarze.

Mytrix, nie tłumacz się ;P.

 

Będę się trochę bronił :)

Bellatrix mylisz chyba pojęcia zodiaku / znaków zodiaku z gwiazdozbiorami, a to nie to samo. Popatrz tu: https://pl.wikipedia.org/wiki/Zodiak . Plejady na początku kwietnia chowają się pod horyzont około godz. 23, a słońce koło 19, więc tak, da się obserwować Plejady w kwietniu, naprawdę (sprawdzone na własne oczy). Bieszczady pasują Ci na scenerię horroru, bo są odludne (i tajemnicze?), a mnie właśnie dlatego pasują na miejsce, gdzie mogłyby z dala od człowieka żyć mityczne stworzenia i gdzie zabłądziwszy w górach można je spotkać (co właśnie przytrafiło się bohaterowi). Wszyscy podczas zlotu odnoszą się do siebie (niezależnie od wieku) jak do kumpli, bo tak to właśnie wygląda w środowiskach różnych pasjonatów, czy to aż takie niezwykłe? (Tu na forum, chyba też nikt nie mówi do siebie na pan/pani?). Historia nie jest ani o zlocie astro, ani o obserwacjach, ani nawet o cyklopach, tylko o głównym bohaterze i jego przeżyciach ;). No ale cóż, jeśli tego nie czuć, to widocznie coś nie zagrało, choć byłem przekonany, że historia jest dość jasno napisana.

Zgadzam się co do tego, że trochę źle rozłożyłem akcenty i być może powinienem wprowadzić wątek cyklopów wcześniej. Zdawałem sobie sprawę, że może trochę razić, że pojawiają się tak nagle, “ni z gruszki, ni z pietruszki”, ale zaryzykowałem. Cóż, mądry Polak po szkodzie. Lekcja z tego – słuchaj intuicji ;).

Dropsie, wiem, że ‘zodiak’ jest przesunięty względem rzeczywistego położenia Słońca. Fakt, napisałeś ‘kwietniowa noc’ bez podawania czy chodzi o początek czy koniec miesiąca – więc założyłam połowę i sprawdziłam. Pierwszego kwietnia się jeszcze da, ale później już ciężko.

To, że ludzie mogą się odnosić do siebie jak do kumpli – rozumiem. Ale sposób wysławiania się i Rudej, narratora i reszty ekipy niczym się nie różnią, nie widać w ich mowie, że dzieli ich pokolenie, stąd moje zdziwienie.

Pytanie bonusowe. Skoro Teleskopowisko znajdowało się na ciemnej polanie, jak oni zauważyli, że cyklopi mają jedno oko?

Bo patrzyli przez lornetkę. Lornetka nie tylko powiększa, ale i zbiera światło (jak masz w lornetce obiektyw 70 mm, a źrenicę oka nieuzbrojonego 5-7 mm, to patrząc przez lornetkę wpada do twego oka wielokrotnie więcej światła i obraz jest jaśniejszy). Na takiej samej zasadzie widać w teleskopie / lornetce np. mgławice, które są zbyt słabe, żeby zobaczyć je gołym okiem (wcale nie dzięki powiększeniu). Poza tym bohater nie musiał widzieć oka cyklopa dokładnie. Widział po prostu potężne sylwetki stworów (w końcu cyklopi to olbrzymy) i to, jak przykładają czoła do okularu teleskopu, oko już sobie “dośpiewał”. Tak to sobie wymyśliłem ;).

 

Miałem na myśli pierwsze dni kwietnia 2016. Zloty zwykle organizuje się w czasie nowiu (żeby Księżyc nie zaświetlał nieba), a ten był w okolicach 5 kwietnia.

 

 

Ech, ostatni raz na zlocie byłam chyba z 10 lat temu :D W sumie Twoje opowiadanie przypomniało mi tamte czasy ;)

No widzę właśnie, że jesteś w temacie, Twój nick też na to wskazuje :). Ja też już nie byłem parę lat. Nie wiem dlaczego, ale cyklopi mi się skojarzyli z tymi tajemniczymi Bieszczadami, a Bieszczady od razu ze zlotami. Do tego doszły mitologiczne gwiazdozbiory, cyklopi z pojedynczym okiem idealnie stworzonym do okularu teleskopu i jakoś tak dalej samo poszło i powstało, to co powstało ;).

:D no, niewielki procent ludzi rozpoznaje w moim nicku gammę Ori ;D większość mnie bierze za fankę Harrego Pottera, co mnie niezmiennie irytuje :p

A sam pomysł na opowiadanie w sumie fajny, tylko imho trochę źle wyważyłeś proporcje i suspens.

No i zostawić taki sprzęt na polanie… tu chyba największy element fantastyczny :P

Też na początku nie zajarzyłem, dopiero jak się zaczęłaś czepiać Plejad :P.

Dzięki za wszystkie uwagi. Darcon, Tobie też oczywiście, zwłaszcza za tę ostatnią :P.

Ponieważ wiadomo, że w Bieszczadach może zdarzyć się wszystko, nawet rodzina cyklopów nie powinna nikogo zaskoczyć. ;-)

Opowiadanie czytało się całkiem fajnie, choć odniosłam wrażenie lekkiego przegadania w pierwszej części, ale mam wrażenie, Dropsie, że to celowy zabieg, że postanowiłeś podzielić się z czytelnikami swoją pasją.

 

od­krzyk­ną­łem, wy­gła­dziw­szy fałdy ba­weł­nia­nej tka­ni­ny… – W pierwszym zdaniu wspominasz o okolicznościowej koszulce, zapewne T-shircie, więc jestem niemal pewna, że była to bawełniana dzianina.

 

Szes­na­sto i dwu­dzie­sto­ca­lo­we zwier­cia­dła pro­stych w kon­struk­cji… – Szes­na­sto- i dwu­dzie­sto­ca­lo­we zwier­cia­dła pro­stych w kon­struk­cji

 

po­dob­ny do dwóch roz­sy­pa­nych gar­ści dia­men­tów wy­glad… – Literówka.

 

Po­pra­wi­łem na­stęp­nym ły­kiem. – jak wam już z mi­lion razy opo­wia­da­łem! – Po kropce, nowe zdanie rozpoczynamy wielką literą.

 

Zdzi­wi­łem się, choć po­czu­łem też za­in­try­go­wa­ny. – Raczej: Zdziwiło mnie to, choć po­czu­łem się też za­in­try­go­wa­ny. Lub: Byłem zdziwiony, ale też zaintrygowany.

 

Do­peł­złem do niej pra­wie na czwo­ra­ka.Do­peł­złem do niej pra­wie na czwo­ra­kach.

 

– Co do…, nie moż…, no to teraz… – Po wielokropku nie stawiamy przecinka.

 

Za­marł na mo­ment, potem ode­rwał je, za­darł wzrok w górę… – Masło maślane. Czy można zadrzeć coś w dół?

Można zadrzeć głowę, ale czy można zadrzeć sam wzrok?

 

wy­ko­ny­wał kilka kółek w miej­scu albo wokół ma­chi­ny… – Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niezły tekst. Bardzo podobała mi się pierwsza część, gdzie opisujesz, co takiego można dostrzec na nocnym niebie – lubię, a nie znam się, więc poczytałem z przyjemnością :)

Później było trochę gorzej – historia z cyklopami, choć przyjemna i sprawnie opisana, nie niesie za sobą “czegoś więcej”. Fabuła ogranicza się do tego, że ujrzeli te baraszkujące wśród sprzętu cyklopy i… właściwie tyle. Rano odjechali.

Słowem – przydałoby się więcej akcji, jakaś tajemnica, coś zaskakującego ;)

 

Warsztatowo nieźle, jedynie interpunkcja trochę szwankuje.

Na dole minęliśmy przybity do korkowej tablicy wydruk z Meteo.pl.

Dodatkowy plus za meteo.pl. Najlepsza pogoda! ;D

 

Tyle ode mnie, pozdrawiam.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Widać pasję Autora, napisane przyzwoicie, ale fabuła mi nie przypasowała. Nie dosyć, że wstęp przydługi, to jeszcze cały tekst można streścić w trzech słowach: przyjechali, popatrzyli, odjechali.

Relacja między bohaterami mnie również zaskoczyła. Czy ojciec myślałby o swojej córce “Ruda”? Wydaje mi się, że albo imię, albo córka.

Babska logika rządzi!

(Jak zwykle?) Finklo się z Tobą nie do końca zgodzę :D mam znojomych braci, którzy do mamy/taty od zawsze (czyt. znam ich od wieku nastoletniego) zwracali się do rodziców po imieniu, także w relacjach z innymi mówili: "Spoko, Tomek mnie odbierze po szkole" Tomek zamiast Tata. Albo "Masz jedz, Basia wczoraj upiekła". Przy czym rodzice też żadko mówili do nich po imieniu. Częściej "Misiek", "Szatański Pomiot" :D, i takie tam. Ale może to się często nie zdarza.

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Dzieci mówiące do rodziców po imieniu – OK, nie mam zastrzeżeń. To w rodzica używającego ksywy nie mogę uwierzyć. Jak pierwszy raz zobaczył noworodka, to był rudy? Gdyby “Rudej” używały dzieciaki w szkole, to przezwisko mogłoby dziewczynę strasznie wkurzać. Jaki ojciec będzie w takiej sytuacji dobijał córkę jeszcze w domu? Tak można się zwracać do dorosłej dziewczyny, ale przecież Ruda nie Atena.

Ja tam początkowo w ich relacji widziałam chłopaka wprowadzającego ambitną dziewczynę w tajniki swojej pasji.

A nie zgadzaj się. To podtrzymuje dyskusję. :-)

Babska logika rządzi!

Ruda przecież jest dorosła, skoro na lornetkę wydała pensję ;> IMO to, że relacje sprawiają wrażenie rówieśników powoduje większe zaskoczenie, że to córka, ale powinno być więcej wskazówek w tekście. Co zresztą sugerowałem i jedna została dodana :)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

OK, teraz jest dorosła, ale zwyczaje zwracania się do niej powstawały, kiedy jeszcze dorosła nie była. Zresztą, dziecko dla rodziców zawsze pozostanie dzieckiem. Choćby już miało własne pociechy. :-)

Babska logika rządzi!

O, widzę, że wywołałem dyskusję. Fajnie :).

 

Finklo, co do sposobu zwracania się do córki, to spróbuję wyjaśnić. Są dwie rzeczy:

Pierwsza to to co napisał Mytrix – są ludzie, którzy zwracają się w relacjach dziecko – rodzic do siebie nawzajem po imieniu, bywa, że i po ksywce. Moi rodzice wielokrotnie używali w stosunku do mnie mojej ksywki "z podwórka", najczęściej w formie zdrobnionej, ale jednak. Nie zmieniało to w ogóle faktu, że zawsze pozostawałem dla nich ich dzieckiem.

Druga rzecz to to, że pewne zwyczaje zmieniają się, gdy wchodzimy w pewne środowiska. Na co dzień możemy być dzieckiem i rodzicem, ale jeśli wkraczamy w inne otoczenie, np. dzielimy pasję i wchodzimy w środowisko pasjonatów, to te stosunki mogą się automatycznie zmieniać na bardziej "rówieśnicze" (nie tylko w sposobie wyrażania się, ale również mentalnie). Oczywiście, stopień tego zrównania będzie zależał od określonego człowieka czy grupy. Gdyby np. tutaj na forum mocno udzielał się tata któregoś z użytkowników, to przypuszczam, że zwracałby się do swojego dziecka raczej po nicku, niż po imieniu (którego nikt na forum często nie zna) lub per córko / synu. Podobnie mogłoby to wyglądać na żywo, podczas zlotu czy konwentu forumowiczów (a tym właśnie często są zloty astroamatorów). Może to też działać w innym kierunku. Byłem nieraz świadkiem, jak ojciec lekarz, pracując z synem lekarzem (np. w czasie operacji), zwracał się do niego "doktorze".

Napisałaś, że odniosłaś wrażenie, że para bohaterów to chłopak i dziewczyna. Takie też było moje zamierzenie, a to, że Ruda jest córką (a bohater nie tak już młodym człowiekiem), miało się okazać na końcu. Nie wiem dlaczego uważasz ksywkę Ruda za obraźliwą. Jest wiele pięknych rudowłosych kobiet, dla niektórych jest to tak charakterystyczna cecha, że wręcz ją eksponują, inne farbują sobie włosy na taki kolor (może Ruda też?). Poza tym zakładasz, że ksywkę nadał córce ojciec, a przecież Ruda mogła ją sobie wybrać sama (i być z niej dumna! :) ).

Ale się rozpisałem :).

 

Pierwsza część tekstu przegadana – tu się pewnie muszę zgodzić, i tak skróciłem za radą betującego ;). Potwierdzam, chciałem pokazać swoją pasję i nie mogłem się powstrzymać :P – może chociaż jedna osoba wygugluje, co to są te Plejady (widzieliście kiedyś logo Subaru? :) ).

 

Dla dorosłej kobiety – ksywa Ruda może być przedmiotem dumy. Ale w przedszkolu, kiedy jeszcze żyją stereotypy, że “rude to fałszywe”, a we wszystkich bajkach lis jest postacią negatywną – wątpię.

No i mówienie do kogoś to jedna sprawa, a myślenie o nim – całkiem inna.

Ależ mamy na forum spokrewnione osoby z różnych pokoleń. :-) Na ogół zwracają się do siebie, używając nicka, ale czasem coś się wymsknie. Zwłaszcza w realu. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie wiem po co te całe elaboraty na temat zwracania się do siebie. Tak jak Finka napisała, ja także myślałem, że to rówieśnicy i wskazówki w tekście nie przekonały mnie o tym. Autorze bierz się za następne opowiadanie :)

W przedszkolu to się zgodzę, że tak może być. Niestety nasze mózgi lubią stereotypy.

Darcon masz rację :)

G

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Przeczytane z przyjemnością. Dobrze, że skróciłeś opisy początkowe. Technicznie bardzo sprawne, poza dwoma nadmiarowymi przecinkami, ale ich nawet nie wynotowałem, a szukać ponownie byłoby grzechem. Kilka wrażeń odniosłem, więc się podzielę.

Przede wszystkim opowiadanie inne od pozostałych konkursowych. Taki zwykły świat, nasz, znajomy. Fantastyka nienachalna, a mogłaby. Bo przecież noc, góry, izolacja, wiatr, napływające chmury. Można było zrobić z tego bieszczadzką masakrę piłą mechaniczną. A tu tylko cyklopi, mityczne stworki, bawią się teleskopem. Skoro już jestem przy cyklopach, to tu moje myśli poszły sobie na daleki spacer. No bo czemu cyklopi mają być jedynie mało rozgarniętymi mitycznymi stworkami? Jakoś, w trakcie lektury, pośród tych wszystkich lunet, lornet, teleskopów, chciałem, żeby się okazali przybyszami z kosmosu na rekonesansie. Spodziewałem się nawet jakiegoś NOLa, który przylatuje i ich zabiera. Tak bardziej w stronę „Z archiwum X” ;) Tak się nie stało, a cyklopi zostali mitycznymi słodziakami. Prezent w krzakach to sympatyczny pomysł. Niech się bawią.

Relacja Dzikiego z Rudą. Przez większą część tekstu traktowałem ich jako parę (nie ja jeden). Taki romans pana w średnim wieku z dziewczyną tuż po studiach. Jak się tak jednak głębiej zastanowię, to muszę przyznać, że to dobrze Autorze rozegrałeś. To we mnie, jako w czytelniku, jest klisza, że skoro chop i baba, to trza im się gzić, nie ma bata. A wskazówkę umieszczono już na samym początku, w scenie łazienkowej. Tak się może zwracać córka do ojca, raczej nie dziewczyna do chłopaka.* Później jeszcze ta duma z usamodzielniania się latorośli i duma, że idzie w jego ślady ;) Wszystko się ładnie składa. Na plus.

* w pierwszej chwili odczytałem to jako puszczenie genderowego oka do publiki, bo wszak wszyscy doskonale wiedzą, kto najdłużej siedzi w łazience i po co ;)

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Z całej scenki dowiadujemy się tyle: narrator i Ruda jadą w Bieszczady oglądać gwiazdy, obserwują cyklopów i wracają do domu. To pozostawia mnie z potężnym niedosytem, bo niczego nie wiem o oglądaniu gwiazd i można by było w takich realiach zbudować ciekawą historię. Szkoda. Aha, moim zdaniem nie do końca wykorzystałeś hasło – zamiast cyklopa mógłby być jednorożec czy syrenka i wyszłoby na to samo.

Technicznie: znalazło się kilka miejsc, o których można powiedzieć, że były niczym nocne niebo przykryte małymi chmurkami, zasłaniającymi gwiazdy. Interpretacja – zniknęło kilka przecinków. Do tego znalazły się jakieś delikatne rysy na okularze, czyli delikatne niezgrabności językowe. Nie było tego wszystkiego jednak na tyle, żeby psuć odbiór opowiadania.

Natomiast jeśli chodzi o treść, to, niestety, bez zachwytu.

Cyklopy raz, że wydają mi się pretekstowe i bez wątpienia wyginęłyby co do sztuki, gdybym przystąpił do rzezi z Brzytwą Lema w dłoni, dwa, że opowiadanie, moim zdaniem, nie jest cyklopocentryczne, a trzy, że role, w których obsadziłeś te, jakby nie spojrzeć, dające ogromny potencjał istoty, zupełnie mnie nie satysfakcjonują.

Z jednej strony fajnie, że nie poleciałeś po całości na przejedzonym do bólu dupy przepisie typu zadupie-frajerzy-noc-potwory-ała-!, bo flaki już mi się przejadły. Zresztą shlashery, generalnie, suche są. Z drugiej jednak strony sprezentowane danie też do oryginalnych nie należy, a przy tym jest rozczarowująco nieciekawe i zdecydowanie zbyt słodkie jak na moje gusta – za dużo w tym moralizatorstwa, w dodatku łopatologicznego. Ot, uroczy obrazek nietypowej rodzinki w nietypowej sytuacji, z którego wynika tylko tyle, że “Nie taki diabeł… czy tam cyklop, straszny”.

Co prawda z opowiadania nie wynika bezpośrednio, że cyklopy to, wedle uważań homo sapiensów, potwory w pełnym tego słowa znaczeniu, ale i tak zarysowujesz tu jakiegoś rodzaju konflikt międzygatunkowy, co każe wierzyć, że wnuki Polifema nie są specjalnie pożądanym towarzystwem. A potem, w opozycji do tych uprzedzeń, pokazujesz przelukrowaną scenkę ze szczęśliwą, całkiem sympatyczną i właściwie zupełnie normalną rodzinką; troskliwymi rodzicami, bawiącymi się beztrosko dzieciakami, etc. Na dobitkę jeszcze podkreślasz piękno i mistycyzm tego obrazka dyskrecją i jakimś takim uduchowieniem ludzkich bohaterów, dającymi efekt „rodziny rodziną silnej” – wspólna tajemnica i obserwacja szczęśliwej familii cyklopów jako przyczynek zaciśnięcia więzów rodzinnych między Dzikim a Rudą, co było możliwe tylko dlatego, że zrobiłeś z rudzielca córkę narratora. Albo może odwrotnie – zrobiłeś z Rudej córkę Dzikiego tylko po to, żeby uzyskać ten właśnie efekt? Innego – ani racjonalnego, ani nieracjonalnego – wyjaśnienia dla wprowadzenia tego „zwrotu akcji” nie widzę. Wydaje mi się on zatem niepotrzebny (przesłodzenie) i zupełnie, ale to zupełnie nieprzekonujący. Po pierwsze, relacje między bohaterami przywodzą mi na myśl parę (w dodatku taką niedotartą), a nie ojca z córką. Po drugie, nie chce mi się wierzyć, że Ruda nigdy nie słyszała ani o przygodach ojca, ani relacji samych przygód, skoro „opowiadał je z milion razy”, a ona z całą pewnością nie jest „nowa w interesie” (kto, niezakochany w astronomii, wydałby całą wypłatę do tejże? Poza tym dziewczę wyraźnie wiedziało, co robi i sprawiała wrażenie, że jest jakby “u siebie”).

Ponadto trochę mnie, generalnie, wynudziłeś. Jako człowiekowi niemal zupełnie niezainteresowanemu i nieobeznanemu z astronomią, wszystkie te opisy z obserwacji gwiezdnych (szczególnie z numerkami jakimiś) nie były zupełnie do niczego potrzebne. Fakt, sprawnie i ładnie to opisałeś, ale za długo. Tekst jest po prostu przegadany. Ogólnie stosunek objętości do treści pozostaje nierówny, a przy tym mocno krzywdzący dla tej drugiej. Samo w sobie jest to wybaczalne, ale tylko wtedy, gdy opisy są co najmniej tak zajmujące jak akcja. A tutaj mi tego zabrakło (choć – powtórzę – było ładnie).

Klamra ze znikającą lunetą, mimo że była jak pączek po torcie, bardzo mi się spodobała. Można powiedzieć, że tym zagraniem osiągnąłeś efekt, o który od początku Ci chodziło.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Opowiadanie naprawdę urocze. Podobało mi się chyba bardziej, niż powinno, bo w sumie tyłka nie urywa, ale bardzo wstrzeliło się w mój gust. Plus za scenerię, wykreowaną atmosferę miejsca, teleskopy i bardzo dziwny wątek bieszczadzkich cyklopów, który jednak kupuję w pełni.

To opowiadanie rozbudziło też moją tęsknotę, bo mam w szafie teleskop i choć byłem swego czasu mocno podekscytowany astronomią, to potem jakoś to wszystko wygasło. Jak rozkładam teleskop to zajmuje pół pokoju, w dodatku mieszkanie na środku osiedla nie pomaga. A na żaden wyjazd się dotąd nie zdecydowałem. Może latem…

Rozczarowałam się, szczerze mówiąc. Prawie całe opowiadanie czekałam, aż coś się wreszcie wydarzy, a kiedy Coś w końcu się pojawia… cóż, zdecydowanie brak mu charakteru carpenterowskiego Cosia. Właściwie to powiedziałabym nawet, że motyw cyklopów jest mdły – ot, istnieją sobie i nikogo to specjalnie nie rusza, nawet bohaterów doświadczających bliskich spotkań trzeciego stopnia, że o czytelniku nie wspomnę.

Jeśli idzie o kwestie techniczne, to tekst czyta się dobrze, choć jest nieco zbyt statyczny i mało barwny jak na moje gusta. Opisy się dłużą i nie mają żadnego realnego wpływu na fabułę, a wręcz (jeśli dla kogoś obserwacja nieba sprowadza się do zadarcia głowy i gapienia się na te ładnie mrugające punkciki w górze) bywają zwyczajnie nużące. Rzeknę tak – za dużo w nich teorii, za mało magii nocnego nieba. Ale to już zupełny i totalny de gustibus. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Podobało mi się :)

Na szczęście w ogóle nie znam się na gwiazdach (ani na niczym innym), więc nie musiałam się zastanawiać, kiedy którą widać.

Mnie się podoba motyw z cyklopem, potem całą rodziną, fajne.

Przeczytałam z przyjemnością.

Nowa Fantastyka