- Opowiadanie: kubutek28 - Wszedłszy między wrony, kracz jak i one

Wszedłszy między wrony, kracz jak i one

Opowiadanie otwierające mój cykl, z którego zamieściłem już jeden tekst wcześniej. Miłej lektury:)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Wszedłszy między wrony, kracz jak i one

Dwie kobyłki ospale ciągnęły furmankę, na której pod szarą plandeką naukładane było gratów. Siedzący na miejscu woźnicy czarodziej Ongus nie poganiał ich nawet – nie spieszyło mu się, poza tym był już prawie na miejscu, co poznał po wiejskich zabudowaniach oraz wystającej ponad nimi okrągłej wieży – jego nowym domu. Kadencja poprzedniego maga w tej wiosce zakończyła się, a on miał przyjść tutaj zamiast niego. Zrzeszenie magów w mieście Lukata celowo nie pozwalało swoim członkom pozostawać w jednym miejscu dłużej, niż dekadę – zwykli ludzie mogliby poczuć się zaniepokojeni długowiecznością czarodziejów.

Wyjechawszy z lasu Ongus znalazł się nieopodal pierwszej z chatek o wapniowanych, drewnianych ścianach i krytej strzechą – w takim stylu architektonicznym została wykonana zresztą większość budynków w siole. Na ławce pod płotkiem siedział dziadek w lnianym, chłopskim odzieniu i drewniakach. Podpierał się laską, zupełnie jakby zaraz miał polecieć do przodu. Uśmiechał się lekko, spoglądając na maga i mrużąc oczy przed zachodzącym nad lasem słońcem.

– Dzień dobry! – rzekł uprzejmie Ongus.

– Dobry – odparł przeciągle dziadek. Jego wyraz twarzy zmienił się lekko, niedostrzegalnie wręcz. Ale nie dla doświadczonego w obserwowaniu ludzi maga, który poznał zdziwienie i zainteresowanie.

– Dobrzem trafił? Wolszebniki to aby?

– Ano – odparł chłop.

– Wnieść tu się miałem – wyjaśnił mag. – W miejsce tego czarodzieja, co wcześniej u was mieszkał.

– A, to temu zacny nasz Roman, podobny zresztą szanownemu panu, parę dni temu, swoją kibitkę spakowawszy, był nas opuścił – Ongus uśmiechnął się, domyśliwszy się, że dziadek na myśli miał maga Roewana, wcześniej rezydującego we wsi Wolszebniki. Chłopi nie silili się na poprawną wymowę imion brzmiących dla nich obco. – Witam tedy nowego sąsiada – dodał staruszek. – Trzeba wam pewnie pomóc w rozpakunku, a?

– Oj, dam sam radę. – Machnął ręką Ongus, lekko zaniepokojony perspektywą wsparcia ze strony dziadka, który sam do poruszania się potrzebuje laski.

– No, gdzież się będziesz pan już na samym początku frasował. Wnusiu! – wrzasnął dziadek, odchylając lekko głowę ku swej chałupce. – Chodź no, pomożesz naszemu nowemu panu czarownikowi się wprowadzić.

Z chaty wychynął dwudziestoparoletni mężczyzna w lnianej koszuli o zakasanych rękawach, prostych spodniach i zamszowych ciżmach. Wystające spod dość bujnej czupryny bystre oczy lustrowały otoczenie.

– Dobry – dostrzegł maga, który w odpowiedzi skinął mu głową.

– Tymonku, pomóżże panu czarownikowi, niech nie męczy się zanadto na samym początku – staruszek poklepał wnuka po ramieniu, gdy ten stanął obok.

Ongus przesunął się, robiąc miejsce młodzieńcowi. Bez słowa poczekał aż wsiądzie, po czym cmoknął na kobyłki i ruszyli ku wieży.

Drogi, przy których stały siedliska mieszkańców Wolszebnik, układały się w kształt litery T. Mag przybył do wsi z północy, głównym szlakiem, biegnącym przez całe sioło i dalej, na południe. Od gościńca odchodziła węższa nieco odnoga, przy której to końcu stała, poza wsią już niemal, wieża z jasnoszarego kamienia. Dalej droga przekształcała się w dukt, kryjący się w lesie.

– Zwą mnie Ongus – przedstawił się mag chłopu, oddaliwszy się trochę od staruszka. – Zgaduję, że tobie na imię Tymon, jak zdążył już objawić twój dziadek?

– Ano – zgodził się jego rozmówca. Poruszył się niespokojnie na swoim miejscu. – Za przeproszeniem, stało się co panu naszemu wolszebnikowi, że musicie go zastępować?

– Nie – wzruszył ramionami Ongus. – Tylko taka polityka.

Tymon skulił się lekko. Wiedziony wykładami dziadzia i innych starszych od niego, do polityki wolał się nie mieszać. Wszystko mu było jedno, kto rządzi, oby tylko dali mu spokój.

– Dobrze się wam z nim żyło? – zagaił znów Ongus. – Duże z nim były kłopoty? – Właściwie powinien zapytać, czy Roewan nie miał kłopotów z chłopami, ale tak było grzeczniej. Poza tym, inaczej sami wieśniacy najpewniej nie przyznaliby się.

– E, przyzwoicie – machnął ręką Tymon. – Czasem tylko pomóc nie chciał, albo oczu naszych widokiem czarów ciekawych nacieszyć. Mówił, że zajęty.

Znaczy jakieś kłopoty były. Ongus spuścił lekko głowę, zadumał się. Ot, kolejna wioska, w której życie toczy się jak w każdej.

Nieważne, co inni magowie mówili o chłopach, Ongus lubił z nimi przebywać, dlatego spośród różnych dostępnych zadań wybrał opiekę nad wioską. Podobała się mu ta ich gościnność i uprzejmość, której często próżno było szukać u przedstawicieli innych stanów. Rzadko miewali opory przed pomocą komuś w biedzie. Ich poziom intelektualny, będący również powodem irytacji i drwin innych magów, fascynował Ongusa. Sprawy, których nie rozumieli, tłumaczyli siłami wyższymi lub działaniem fantastycznych stworzeń, niejednokrotnie okazujących się, ku zdziwieniu osób mądrzejszych, stworzeniami realnymi. Wszystkiemu nadawali aurę tajemniczości, aż czasem człowiek gotów był im uwierzyć.

Fura podjechała pod parkan, po drugiej stronie którego stała wieża. Ongus zsunął się na ziemię, rozprostował kości.

– Zdaje się, że trochę to potrwa – westchnął, spoglądając niechętnie na wielki stos. – Bierzmy się do roboty.

– Gdzież – wyprostował się Tymon, zeskoczywszy z kozła. – Co pan będziesz dźwigał zanadto, odpocznij se pan po podróży, daj, niech młodszy pomoże!

– Wielkie dzięki – odparł mag, który wcale znowu nie czuł się tak staro. Ale nie miał nic przeciwko chwili odpoczynku. Ruszył ku otwartym drzwiom wieży, by rozejrzeć się po swojej nowej siedzibie. Ujrzał schody wiodące na górę i na dół, pewnie do komórki. Ongus domyślał się też, że na górze znajdował się dość duży, okrągły pokój, do którego wchodziło się przez otwór w podłodze. Jeśli wieża była zbudowana tak, jak jego poprzednia, a zapewne była, to obok klapy na górze była druga, na samym środku podłogi, skrywająca węższą klatkę schodową, prowadzącą do piwnicy. W swojej wcześniejszej wieży na dole Ongus urządził składzik – było tam o wiele chłodniej – i murowaną celę ze zbrojonymi stalą drzwiami, tak na wszelki wypadek.

Spojrzał z lekkim niepokojem na uśmiechniętego chłopa. Może nie skusi się na wypicie żadnego eliksiru, próbował sam się uspokajać. Ruszył w końcu powoli schodami na górę, by rozejrzeć się po swoim nowym domu.

 

Gdy tylko mag zniknął na klatce schodowej, Tymonowi mina zrzedła. Owszem, zaofiarował się pomóc nowemu sąsiadowi, dość sędziwemu do tego, ale, szczerze mówiąc, nie chciało mu się. Kręcił się trochę wokół wozu, oglądając konie i odwlekając jak najdłużej robotę. Zajrzał pod parawan z plandeki umocowanej na deskach. Zamiast jednak zabrać się za wynoszenie zbitych z cienkich, drewnianych belek skrzyni, zaczął przyglądać się ekwipunkowi maga. Poczuł nagły brak chęci do pracy, gdy jego oczy przyciągały takie rozmaite różności. Wcale jednak nie spodobał mu się ogromny kufer z żelaznymi okuciami, który, jak prognozował, w niedalekiej przeszłości również miał zabrać, choć nie wyobrażał sobie, jak. Trza będzie pewnie kogo zawołać, dumał nad problemem.

Ta skrzynia całkiem zepsuła mu nastrój i oględziny. Niechętnie chwycił pierwszy z brzegu pakunek, w którym ustawione były butelczyny z różnokolorowymi eliksirami.

Zziajał się lekko, wchodząc na górę. Gdy tylko wychynął przez dziurę w podłodze, spostrzegł, że Ongus gdzieś sobie poszedł. Musi zwiedza nowy dom, pomyślał chłop. Wiedział, że schody prowadzą również do piwnicy, więc, jak przypuszczał, mag schował się właśnie tam. Bezzwłocznie pozostawił skrzynkę z eliksirami przy ścianie i wrócił na dół, do fury.

Tymon z zaciekawieniem znów przyglądał się rzeczom ułożonym na wozie, jakby miało znaczenie to, w jakiej kolejności wniesie je na górę. Spodobało mu się następne znalezisko – w skrzynce leżały poukładane lniane woreczki z namalowanymi czarną farbą różnymi symbolami. Na jednym widniał obrazek dziwnej rośliny z zębami. Odłożył go szybko, zwłaszcza, że gdy zajrzał do środka, spostrzegł wielkości fasoli nasionka z małymi ząbkami. W innym znalazł, ku swojemu zdziwieniu, małe, metalowe kulki. Na wierzchu trzosik miał namalowane dwa znaczki. Literki, jak domyślił się Tymon. Pierwsza miała kształt lekko wygiętej kreski, z boku której odstawały w prawo dwa krótsze. Druga wyglądała jak jedna spirala na ślimaku.

Nie zaglądał do wszystkich sakiewek. Przy trzeciej z nich wpadł na pomysł, by spróbować wcisnąć gdzieś w ziemię któreś z nasion. Spojrzał jeszcze raz na obrazek widniejący na woreczku trzymanym przezeń w dłoni – małe ziarnko, obok strzałka wskazująca drzewo, nad koroną którego namalowano inną koronę, taką królewską. Tymon wyciągnął nasionko ze środka, sprawdzając, czy przypadkiem Ongus nie kręci się gdzieś w pobliżu.

Kilka wiosen temu okolicę napadli orkowie. Sioło nie uległo zniszczeniu, jakby wrogowie zupełnie go nie widzieli. Tymon podejrzewał, że ocalenie zawdzięczali strzegącemu ich ówcześnie czarownikowi, ale nie próbował dociekać, co dokładnie tamten zrobił. Faktem stało się jednak to, że stwory zdewastowały las rosnący wokół. Dużo drzew spalili, inne wykarczowali do budowy machin oblężniczych, wskutek czego bór świecił niemałymi pustkami.

Usprawiedliwiając się chęcią odnowy lasu, chłop wcisnął nasiono do buta – dziadek opowiadał mu o magicznych drzewach, które rosną na wysokość kilkunastu sążni w parę dni. Od razu udał się do lasu, w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca.

Odszedłszy duktem, prawie od razu spostrzegł spory prześwit, gdzie między oddalonymi od siebie drzewami widniała polana wypełniona karpami. Podszedł i wcisnął nasiono pod ściółkę, gdzie padało trochę światła. Postał trochę, jakby był to kurhan i zaczął wracać, obiecawszy sobie, że będzie doglądał roślinki.

 

***

Ongus wspiął się po schodach wewnętrznej klatki do okrągłego pokoju. Zakończył właśnie inspekcję swoich sekretnych podziemi. W chłodnych piwnicach znalazł wiszące na kiju kiełbasy, które Roewan raczył mu zostawić, parę konopnych worków z warzywami i półkę z kilkoma rodzajami trunków. Wyglądało więc na to, że razem z porcjami żywnościowymi, które Ongus zabrał ze sobą z poprzedniej wsi, miał spory zapas jedzenia. Ponadto znalazł tam trochę najpotrzebniejszych narzędzi i, co ucieszyło go bardziej, celę podobną do tej w poprzedniej wieży. Czasem zdarzało się schwytać jakiegoś zbója, a nie chciał bawić się w murowanie. Na bardziej opornych i złośliwych gagatków Roewan zostawił mu nawet dyby. Przebywanie pod zamknięciem w dość niewygodnej pozycji, półstojąc, półkucając, w końcu zmiękczało nawet najtwardszych. Jeśli nie psychicznie, to fizycznie.

Ongus spojrzał na jak dotąd jedyną skrzynkę przyniesioną przez Tymona. Uśmiechnął się pod nosem. Trzeba będzie go ciut zachęcić, pomyślał, sięgając po jedną z flaszek o przezroczystej zawartości.

Wyjrzał na zewnątrz. Chłopa nigdzie nie było, nawet na wozie pod plandeką. Rozejrzał się z niepokojem i ujrzał go nadchodzącego od strony lasu.

– Gdzieżeś był? – spytał podejrzliwie Ongus.

– Za potrzebą… – powiedział bez zająknięcia, wzruszywszy ramionami, Tymon. Albo umiał kłamać, albo naprawdę go pogoniło. Mag postanowił, że nie ma co obciążać od razu nowych sąsiadów podejrzeniami i uwierzył.

Wyciągnął zza pazuchy flaszkę i dwa brązowe kieliszki z kieszeni kamizelki. Tymon momentalnie rozciągnął twarz w uśmiechu.

– Na wzmocnienie sił – rzekł Ongus, odkorkowując butelkę. Nalał, podał jeden kieliszek chłopu, wypili jednym haustem.

Spojrzał na Tymona.

– A – machnął pustym naczynkiem, chwila zawahania minęła. – Do pary…

Nalał jeszcze raz i znów wypili.

Ongus odstawił kieliszek i flaszkę na ziemię. Mlasnął kilkakrotnie i podszedł bez słowa do tyłu wozu. Chwycił za piastę koła, zaparł się, stęknął i uniósł furę, najpierw na wysokość jednego, może dwóch palców, później trochę wyżej. Słychać było przy tym, jak rzeczy maga przesuwały się i obstukiwały o siebie. Czarodziej spostrzegł, że wraz z podnoszącym się wozem opadała gęba Tymona, który nie dowierzał temu, co widzi.

Po chwili Ongus odstawił wóz, otrzepał ręce i uśmiechnął się do chłopa.

– Ty też tak teraz umiesz – rzekł obserwując, jak ten przygląda się ze zdumieniem swoim dłoniom.

Nie czekając na wynik procesów myślowych swojego pomocnika Ongus zajrzał pod plandekę wozu, chwycił pierwszą z brzegu skrzynkę i ruszył do wieży. Obróciwszy głowę zobaczył, że Tymon również brał się już do pracy. 

 

***

Gdyby kto nagadał Tymonowi głupot podobnych temu, co sam wczoraj przeżył, ani chybi nie dałby mu wiary. Ale że przytrafiło się to właśnie jemu, to trzeba było się zastanowić. Dumał, czy to aby na pewno nie było tylko snem, ale kociokwik dobitnie temu przeczył.

Nosili z Ongusem jego pakunki do wieży, aż przyszła kolej na ten wielki kufer stojący z tyłu wozu. Tymon pamiętał, że wpatrywał się weń zmartwiony, gdy nagle czarodziej wlazł na furę i bez większego wysiłku chwycił skrzynię oburącz. Bez ostrzeżenia cisnął nią w przerażonego chłopa. A on, gotowy przyjąć cios, wystawił tylko ręce i, nie wiedzieć jakim cudem, też schwycił ciężki pakunek. Potem wszystko poszło tak szybko, że ledwo spamiętał.

A po wszystkim, ku jego szczeremu zaskoczeniu i radości, mag znowu zaproponował flaszkę, tym razem zwykłą. Później dodał jeszcze jedną. Krótko po tym rzeczywiście mógł mieć zaniki pamięci, głowy więc by nie dał, co się wtedy stało.

Tymon wyszedł przed dom i rozejrzał się. Dziadek, jak zwykle, siedział na ławce i wystawiał starą twarz do stojącego wysoko na niebie słońca. Znaczy późno, południe, pomyślał młodzieniec.

Zamknął z łoskotem drzwi, zwracając na siebie uwagę staruszka.

– O, wstałeś – stwierdził dziadzio. – Będziesz dziś co robił?

– A ja wiem? Odpocząłby człowiek po tym targaniu wczoraj.

Dziadek uśmiechnął się pod nosem.

– Odpoczywaj – odparł. – Obyś tylko jutro znów nie musiał, trza będzie królom trawy nakosić.

Od dawien dawna staruszek Tymona cieszył się reputacją najlepszego hodowcy królików w całych Wolszebnikach, a i dalej sięgała jego sława; również na targu, w pobliskiej osadzie Rakicice, gdzie chętnie kupowano od niego zwierzęta. Do tego miał recepturę na wyborny pasztet.

– Powiem ci, Tymonku – odezwał się znów staruszek widziałem się dwa dni nazad ze starym Stachem Babiarzem z Kołolesia. Popili my, ugadałem się z nim, że mi ładnego samca pożyczy – na twarzy staruszka pojawił się uśmiech, w oczach błysnęły iskry zafascynowania. – Wielki jak prosię, jak żyję dawno… o…

Radość zniknęła z jego oblicza, zastąpiło je zdziwienie. Ku przerażeniu Tymona dziadzio legł bez ruchu na bok, na ławkę. W jego karku tkwił kolec długi na dwa palce. Tymon natychmiast skulił się, schronił pod płotem. Wyjrzał przez szparę pomiędzy poczerniałymi ze starości sztachetami.

Od strony sioła szedł tylko jeden z wieśniaków. Tymonowi zdało się nieprawdopodobne, by to za jego sprawą dziadek padł. Jak na potwierdzenie własnych myśli, ujrzał kolejny pocisk nadlatujący od strony lasu, trafiający i obalający przechodzącego chłopa.

Tymon spojrzał w drugą stronę, nie dostrzegł jednak niczego niezwykłego. Dopiero po chwili zauważył jakiś cień przemykający pomiędzy drzewami. Po nim kolejny i jeszcze jeden. Z lasu wychynęło kilka postaci odzianych w bure płaszcze i o twarzach umalowanych na zielono. Spod kapturów wystawały czarne włosy. Jeden z napastników przemykał bez nakrycia głowy, u tego Tymon zauważył dziwny kształt uszu – były długie i spiczaste, trochę jak u królików, tylko nieowłosione.

Co u diabła, rusali? – pomyślał. Jego życie z dnia na dzień stawało się coraz dziwniejsze – najpierw ten eliksir, dziwne istoty jak z podań, drzewo… Drzewo!, przypomniał sobie Tymon. Miałem zerkać na nie! Od razu spojrzał w stronę wieży Ongusa i poza nią. Zaniepokoił się. Ponad chatami zobaczył ową magiczną roślinę, grubością pnia tylko trochę ustępującą szerokości Ongusowego domu. Dookoła niej sterczały poprzechylane, pod dziwnymi kątami, zwykłe drzewa.

Bez jakiegokolwiek konkretnego planu, zapomniawszy całkiem o dziadku, postanowił dobiec do magicznego tworu. Ruszył szybko, pochylony, mijając po drodze kilka bezwładnych ciał swoich krajan. Pod karczmą, stojącą po drugiej stronie wioski przy głównej drodze, padali kolejni, z lasu skąpanego w półmroku wychodziło coraz więcej postaci.

Był już tuż-tuż, niedaleko drzewa, o dziwo, nie trafiony przez żaden pocisk. Wtem ktoś szarpnął go za kamizelkę i obalił na ziemię. Napastnik odciągnął go na bok.

Tymon chciał już ucieszyć się, rozpoznawszy Ongusa, ale od tego pomysłu odwiodło go spojrzenie na jego wyraz twarzy.

– Do środka – warknął czarodziej, wskazując wieżę.

Chłop posłusznie wykonał polecenie. Domyślał się, że mag wiedział już o drzewie – nawet najgłupszy cap już by je zauważył, mieszkając w tak niewielkiej odległości od niego. Nim spotka go kara ze strony Ongusa, Tymon miał nadzieję powiedzieć mu o rusałach biegających po wsi.

– Naprawdę – rzekł Ongus, jakby znużonym tonem, gdy tylko znaleźli się na górze – nie wiem, co sobie mogłeś wydumać, kradnąc coś z moich zapasów i używając tego; wybacz, że, póki co, oszczędzę ci ochrzanu aż do spokojniejszej chwili. Myślę, że wbicie ci do pustego łba czegokolwiek mogłoby potrwać zbyt długo, a akuratno, z twojego powodu zresztą, nie mamy wiele czasu.

Tymon poczuł się lekko urażony – coś tam zrozumiał i już powoli zaczynał żałować tego, co zrobił.

– Nie wysilaj się – podjął znów Ongus – z tłumaczeniem, co się stało i co mi podwędziłeś, bo tylko w jednym przypadku banda rusałów urządza sobie igrzyska, nie szczędząc ludzi zamieszkałych w osadach stojących im na drodze.

Westchnął.

– Wiesz chociaż, co się stało?

– Drzewo urosło – wzruszył ramionami Tymon.

Ongus parsknął.

– Nie byle jakie drzewo. Rusali będą chcieli je teraz skolonizować. Zamieszkać na nim – dodał widząc, że chłop nie zrozumiał terminu. – Jak którymś uda się wygrać i wejść na nie, będą chcieli cię zrobić królem, bo tyś je posadził.

– Jak to "którymś"? – zdziwił się Tymon. – To oni nie chcą tam razem mieszkać?

– Biją się ich plemiona między sobą; kto wygra, ten zamieszka.

– Na razie to biją naszych, dziadzia i Pietrusa już zabili – przypomniał sobie ze smutkiem chłop. – Samo dziadzio mój rodzony przykazywał mnie, cobym królikom trawy nakosił, jak nadleciał kawałek kolca i go w kark dziabnął.

– Nie zabijają, tylko usypiają – uspokoił go Ongus. – Zginąć, to ktoś może jak już tu zamieszkają, a do tego dopuścić nie można.

– A czemu, może chciał by ja być królem?

Mag spojrzał na niego z uśmiechem.

– E, nie chciałbyś i się nie nadajesz – machnął ręką. – Zresztą, nie masz nic do gadania.

Na chwilę zapadła cisza.

– Ale królem trochę pobędziesz – rzekł znów Ongus. Ja polecę pod drzewo, spróbuję je ukryć pod jakąś iluzją, a ty pójdziesz do nich, do ciebie nie będą strzelać, zagadasz ich i powiesz, że drzewo znikło. Zresztą – uśmiechnął się mag – jak zobaczą, jakiego mają mieć króla, to może im się odechce…

Ongus umilkł nagle, spojrzał na Tymona.

– Co? – spytał chłop.

Ale odpowiedzi już nie potrzebował. Sam słyszał. Ktoś wchodził po schodach wieży. Z tego, co słyszeli, nie była to jedna osoba.

Ongus szybko zawinął kawałek dywanu, uniósł ukrytą pod nim klapę w podłodze.

– Na dół, raz – rzucił szeptem.

Weszli. Mag zamknął ich tak, żeby nie było widać przejścia. Stanęli na samej górze i nasłuchiwali.

– Pusto – usłyszeli. Ongus zdziwił się, że rusali rozmawiają po ludzku. Może przedstawiciele dwóch plemion o mocno różniących się dialektach postanowili mówić w bardziej znanym języku?

– Gdzieś ktoś musi być, przecież samo się nie posiało – odpowiedział drugi głos gniewnie.

Ucichło. Słychać było, jak chodzą po wieży, do uszu ukrywających się docierał dźwięk ich kroków. W końcu zwinęli dywan. Ongus zrozumiał to, gdy smuga światła wpadła do klatki schodowej przez szparę między deskami. Stanął na jak najwyższym stopniu, przycupnął, przyłożył ręce do klapy. Widząc jego poczynania, Tymon również przysposobił się do wyskoku.

– Pomóż mi z tym – usłyszeli szept jednego z obcych.

Ongus pomógł. Klapa odskoczyła z impetem.

– Sukin… – jeden z rusałów zatoczył się do tyłu, trzymając za nos. Tymon już wyminął towarzysza, rzucił się na tamtego, chwytając go za poły płaszcza.

Mag spojrzał na drugiego przeciwnika, znieruchomiał, uniósł brew.

– Sergiej! – zakrzyknął ze śmiechem.

– Ze sto razy jużem ci mówił, stary dziadu – odparł równie wesoło tamten – matka mi dała Sergis.

Padli sobie w objęcia.

Tymon i drugi z napastników też ściskali sobie ramiona, choć w innych intencjach. Usłyszawszy okrzyki radości znieruchomieli, spojrzeli na swoich towarzyszy.

– O proszę, i pyskata gęba Voltora w końcu dostała nauczkę? – zwrócił się Ongus do drugiego z rusałów.

– Ano, ładnieś bnie urządził – odrzekł ów, puściwszy chłopa i chwyciwszy się za nos, z którego zaczęła kapać krew.

Po chwilach radości i powitań starych znajomych Ongus zrobił lekko zbolałą minę, załamał ręce.

– Chłopcy, zlitujcie się – jęknął – nie wyżynajcie mi całej wioski, dopiero com wczoraj w niej zamieszkał. Jak się o tym dowiedzą na Chełmisku, od razu wywalą mnie na zbity pysk!

Jeden z rusałów, Sergis, uniósł ze zdziwieniem brwi.

– To po coś nas wzywał? Trzeba było nie siać tego drzewa…

– Ech… – stęknął mag. – To nie ja.

– Nie żartuj, okradli cię? – obruszył się Voltor.

Ongus spuścił głowę, wolno obrócił wzrok na przysłuchującego się Tymona.

– O, byłbym zapomniał, przedstawiam wam waszego nowego króla! – z drwiną wskazał chłopa.

Rusali spojrzeli na Tymona, skrzywili się.

– Że niby on? – zbuntował się znów Voltor. – Przez złośliwość nam takiego kandydata wybrałeś?

– Sam się wybrał – mruknął mag. – I raczej nieświadomie.

Przybysze stali w milczeniu, cmokając i kręcąc głowami z niezadowolenia.

– Jak sami widzicie, nie macie za dużo do stracenia – podjął znów Ongus. – Pomóżcie mi zniszczyć to drzewo i ukryć całą sprawę.

– Jest tylko jeden problem, magu – odezwał się Voltor. – Być może już zapomniałeś, że obaj jesteśmy z jednego plemienia, a po tym twoim siole biegają członkowie jeszcze jednego.

– Racja, do tego raczej nie mamy szans w walce – dodał Sergis. – Ponieśliśmy już spore straty, poza kilkoma z bandy wszyscy nasi leżą już nieprzytomni, uśpieni przez wroga.

– A może gdybyście wyszli do nich z królem? – zaproponował Ongus. – Nie powinni go uznać i zaprzestać walki?

Sergis spojrzał na Tymona.

– W sumie, może się udać…

– Więc nie mamy, na co czekać, chodźmy!

– Hola! – powstrzymał maga Voltor. – O ile on – wskazał chłopa – jest naszym królem, byle jakim, ale zawsze, to ty im jesteś niepotrzebny. Jak tylko cię zobaczą, zrobią z ciebie śpiącego jeża.

– Zatem idźcie beze mnie…

Tymon, który już zapomniał, że jest rusalim królem, a z rozmowy mało zrozumiał, zaniepokoił się, gdy dwaj obcy podeszli doń.

– Gdzie mi tu? – wyrwał rękę z uścisku. – Czego chcą?

– Idź z nimi – wytłumaczył cierpliwie Ongus. – Jesteś im potrzebny, nic ci nie zrobią.

– Potrzebny, a? – zaoponował chłop. – A co ja, widły, czy inszy instrument służebny?

Ech, pomyślał Ongus, stan umysłu podobny.

– Trzeba było mnie nie okradać – odparł jednak. – Przedtem jakoś nie pomyślałeś o konsekwencjach, to teraz się nie opieraj, bo oberwiesz.

Tymon potulnie posłuchał. Ruszył między dwoma rusałami w dół po schodach. Chwilę później Ongus podszedł do okna, by móc obserwować całe zdarzenie.

Wyszli we trzech na środek drogi, tuż za nimi ustawił się mocno przerzedzony oddział rusałów z plemienia Sergisa i Voltora.

– Mamy króla – dobiegły maga słowa tego pierwszego, wypowiedziane w rusalim języku.

Ongus dostrzegł, jak ze skraju lasu oraz ze wsi zaczęły podchodzić zakapturzone sylwetki. Dość nieśmiało, jakby uważając, czy nie jest to jakiś fortel przeciwnika. Kilku rusałów pojawiających się z naprzeciwka wyszło na środek drogi. Przez chwilę nic się nie działo, nikt nic nie mówił. Wtem mag zobaczył, jak ci przybyli nabijają broń strzałkami, przykładają do ust dmuchawki, wystrzeliwują… Powalili wszystkich, łącznie z Tymonem.

Ongus zbiegł pędem po schodach, wypadł na zewnątrz, wprawiając obecnych tam w osłupienie.

– Ach, nędznicy, bądźcie przeklęci! – wykrzyknął swym najbardziej tragicznym głosem, również używając języka przybyszów i unosząc ręce. – Jak śmialiście podnieść ręce na tego, którego chcieliście zwać swoim królem?! Nie zasługujecie tedy na to ani żadne inne drzewo! Bądźcie wygnańcami godnymi co najwyżej deptać leśną ściółkę i karpy martwych drzew!

Kilku już chciało uciszyć oskarżyciela, już przygotowało broń do strzału, ale wygrała w nich niepewność, poczucie winy, niczym trucizna, zaczęła drążyć ich serca i myśli, a twarze zzieleniały jeszcze bardziej.

Wystąpił jeden z nich.

– Skąd mieliśmy to wiedzieć? – bronił się rusał. – Nie wyglądał na króla…

– Zostało wam to powiedziane! – zagrzmiał Ongus. – Byliście zbyt głupi, pyszni, czy po prostu głusi, by tego nie usłyszeć?

– Jak możemy odpokutować występek?

Mag oskarżycielsko wskazał przybysza palcem.

– Pójść precz, nim król się zbudzi, by nie musiał was skazywać na śmierć!

Oczy rusała zabłyszczały od łez, nie powiedział jednak nic. Dał znak swoim kamratom i zaczęli się wycofywać. Niechętnie i z niedowierzaniem, że się nie powiodło, ale wkrótce zniknęli. Został tylko mag pośród tłumu nieprzytomnych. Spojrzał na Tymona leżącego pośród rusałów.

Udany z niego król, pomyślał z rozbawieniem. Właśni poddani go nie chcieli, a do tego przez niego niechcący dopuścili się pogwałcenia ich prawa i tradycji.

Ongus polubił go. I może głupio to przyznać, ale właśnie za tę kradzież. Który z chłopów miałby na tyle odwagi i ciekawości, żeby narazić się magowi?

Pomyślał o karze dla chłopa. Nie miał ochoty go gnębić, po prostu z czystej sympatii do niego. Dumał raczej o czymś łagodniejszym, o niespodziance wręcz. Uśmiechnął się pod nosem, gdy już wpadł na pomysł. Jakby ktoś mi tak zrobił, to na pewno byłaby kara, pomyślał. Wątpliwe, żeby i Tymon się ucieszył. Za to dziadzio będzie przeszczęśliwy…

 

***

Tymon obudził się przed rusałami. Widać, jego organizm był wprawiony w pokonywaniu substancji pozbawiających przytomności. Wsparł się na łokciu, wypatrzył Ongusa, podniósł się, otrzepał kolana i tors z piachu. Rozejrzał się i przypomniał sobie wydarzenia sprzed zaśnięcia.

– Gdzie rusali? – zapytał z lekkim niepokojem. – Ci szaleni?

– Wygnałem ich do lasu, to i poszli – wzruszył ramionami Ongus.

– Co zrobim z drzewem?

– A, nic, niech sobie będzie – machnął ręką mag. – Więcej kandydatów już się nie pojawi.

– Nie srożysz się już?

– A po co? Zmieni to co?

Tymon spuścił wzrok, zapadła chwila ciszy.

– A z tymi co? – podjął znów chłop, wskazując leżących rusałów.

– Lada chwila wstaną. Porozmawiam z nimi i też odejdą – odparł spokojnie Ongus. – Tymczasem chodźmy zobaczyć, czy ludzie z wioski się pobudzili.

– I dziadzio?!

– I dziadzio.

Tymon ruszył zdecydowanym krokiem ku swojej chałupie, Ongus szedł tuż za nim. Po drodze nie spotkali żadnego człowieka, śpiącego czy też przytomnego. Najpewniej pochowali się w domach ze strachu, że to jeszcze nie koniec boju, pomyślał mag.

Na miejscu z radością i odrobiną zdziwienia spostrzegli staruszka siedzącego, jak gdyby nic, na swojej ławeczce.

– O, caliście i zdrowi – przywitał ich. – To dobrze.

Uśmiechnęli się, pomilczeli chwilę.

– Dziwności, niech skonam – podjął dziadzio. – Zasnąłem chyba, czy jak?

– Siedzi dziadzio na tej ławce, jakby przyrósł – odparł Tymon – mógł się i zdrzemnąć z nudów.

Staruszek pokręcił głową, cmoknął.

– Ale coś długom musiał spać, patrzaj co nam za chałupą zdążyło wyrosnąć… – obrócił się za siebie.

Tymon spojrzał w tamtym kierunku. Zamknął oczy i na powrót otworzył, nie dowierzając. Tam, gdzie zwykła rosnąć trawa, koniczyna i mlecz, zobaczył łodygi, liście i źdźbła tychże roślin, długie na dwa, trzy sążnie.

– Spojrzyj na tą trawkę – zachwycał się dziadzio. – Niby wielka jak trzcina, a młodziutkie i soczyste ma źdźbła. A ten mleczyk… Garncami można by z niego mleko zbierać, abo miód robić… Nic, tylko bierz i koś królom…

Tymon błagalnie spojrzał na maga.

– No, przynajmniej nie będziesz musiał daleko chodzić – odchrząknął tamten, poklepał chłopa po ramieniu. – A jakby sił ci zbrakło, wspomóc mogę, użyczyć małej flaszeczki na wzmocnienie.

Młodzieniec jeszcze raz, tym samym, pozbawionym nadziei, za to pełnym niedowierzania wzrokiem, popatrzył na burzan na swoim podwórku.

– Będę szedł – oznajmił Ongus. – Lada chwila rusały odzyskają przytomność, muszę porozmawiać z nimi i wytłumaczyć co nieco.

Odwrócił się na pięcie i odszedł, pozostawiając zszokowanego Tymona i uradowanego staruszka.

Nawet jeśli się domyśli, że ta trawa to ode mnie, pomyślał, to i tak nie powinien się zrazić. Chyba się pomyliłem przy ocenie wioski. Zdaje się, że tutaj będzie o wiele ciekawiej…

Koniec

Komentarze

Osobliwy tekst. Sporo niedociągnięć, głównie w warstwie konstrukcyjnej, ale widać, że włożyłeś serce w napisanie tej opowieści. Podobało mi się archaizowanie, snujący się w tle klimat drogi, postać Tymona (zabawna w swej niezdarności i prostocie).

Warsztat jeszcze kuleje, zdania są momentami nieporęczne, jednak chwali się dopracowanie tekstu, przejrzenie go i wygładzenie przed publikacją.

 

Teraz trochę krytyki, cobyś wiedział, co, przynajmniej moim zdaniem, opłacałoby się poprawić. Przede wszystkim drobiazgowość – już na początku dajesz znać, że wieża będzie nowym mieszkaniem maga, a w następnym zdaniu potwierdzasz tę informację. Historia jest prosta, krótka – gdybyś przedstawił ją w bardziej skondensowany sposób, stałaby się atrakcyjniejsza.

Aktualnie – nieco nudziłem się, czytając. Klimat jest taki… rozwodniony, podobnie tempo akcji.

Kolejnym problemem, choć możliwe, że jest to kwestia konwencji, którą dobrałeś, jest beztroska. Od początku wszystko jest takie kolorowe, spokojne. Nawet atak rusałów mag przyjmuje spokojnie, śmieje się i grozi palcem Tymonowi – “Niedobry, chłopiec, niedobry! – rzekł pieszczotliwie.” ;D

Odnoszę się oczywiście do ewentualnej kary dla chłopaka.

Z tego powodu padła dramaturgia, która fajnie wzbogaciłaby tekst.

Następnie – nie nakreśliłeś właściwie świata. Poza domem dziadunia i wieżą ta wioska właściwie nie istniała…

Fabuła – pomysł z drzewem interesujący, choć dziwi mnie, po co magowi takie nasiono. Mogłeś zawrzeć więcej informacji na ten temat.

Zakończenie – myślałeś w dobrym kierunku. Taki lekki, dowcipny epilog nieźle pasuje do fantasy, dlatego oceniam na plus.

Cóż, wyczuwam potencjał, a zatem myśl i pisz – życzę powodzenia przy następnych tekstach!

 

Tyle ode mnie, na koniec kilka uwag:

Ongus podsunął się, robiąc miejsce młodzieńcowi.

“odsunął”? No, chyba, że tak spodobał się Ongusowi prężny młodzieniec ;D

– Powiem ci, Tymonku – odezwał się znów staruszek [+ – że] widziałem się dwa dni nazad ze starym Stachem Babiarzem z Kołolesia.

Trochę pokręciło Ci ten dialog ;)

Co u diabła, rusali?, pomyślał.

Gdy zapisujesz myśl, jeden znak interpunkcyjny wystarcza. Po znaku zapytanie piszesz “pomyślał” z małej litery. Możesz też walnąć tam myślnik, ale przecinek niet.

Nie miałeś jakoś przed tym oporów, teraz też się nie próbuj opierać, bo oberwiesz.

Powtórzenie

– Ale coś długom musiał spać, patrzaj co na za chałupą zdążyło wyrosnąć…

Tutaj wykryłem intruza ;)

źdźbła tychże roślin, długie na dwie, trzy sążnie.

“dwa”. Sążeń jest rodzaju męskiego.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Sympatyczne opowiadanie. Czytało się nieźle, ale również mam wrażenie, że potraktowałeś sprawę niezwykle powierzchownie – ot, przyjechał mag, poznał Tymona, pojawiły się komplikacje, mag im zaradził i… I domyślam się, że kolejne opowieści będą opisaniem jeszcze wielu poczynań i przygód Ongusa i Tymona, a zapewne także innych mieszkańców wioski.

Mam nadzieję, Kubutku, że przyszłe opowiadania będą bardziej dopracowane i nie wątpię, że zadbasz o zajmującą treść. ;-)

 

fur­man­kę, na któ­rej pod szarą plan­de­ką na­ukła­da­ne było gra­tów. – …fur­man­kę, na któ­rej pod szarą plan­de­ką na­ukła­da­ne było trochę gra­tów. Lub: …fur­man­kę, na któ­rej pod szarą plan­de­ką na­ukła­da­ne były gra­ty.

 

co po­znał po wiej­skich za­bu­do­wa­niach oraz wy­sta­ją­cej ponad nimi okrą­głej wieży – jego nowym domu. – Raczej: …co po­znał po wiej­skich za­bu­do­wa­niach oraz górującej nad nimi okrą­głej wieży – swoim nowym domu.

 

Ka­den­cja po­przed­nie­go maga w tej wio­sce za­koń­czy­ła się, a on miał przyjść tutaj za­miast niego. – Trochę koślawe to zdanie.

Proponuję: Ka­den­cja po­przed­nie­go maga w tej wio­sce za­koń­czy­ła się, a Ongus miał go zastąpić.

 

Ongus zna­lazł się nie­opo­dal pierw­szej z cha­tek o wap­nio­wa­nych, drew­nia­nych ścia­nach i kry­tej strze­chą… – Raczej: …Ongus zna­lazł się nie­opo­dal pierw­szej z cha­tek o bielonych wapnem, drew­nia­nych ścia­nach i kry­tej strze­chą

Za SJP: wapniować  «nawozić gleby kwaśne dużymi dawkami nawozów wapniowych w celu odkwaszenia tych gleb»

 

w takim stylu ar­chi­tek­to­nicz­nym zo­sta­ła wy­ko­na­na zresz­tą więk­szość bu­dyn­ków w siole. – Lekko pojechałeś z tym stylem. A przecież na wsi wszystkie chaty były drewniane i kryte słomą.

 

– Oj, dam sam radę – mach­nął ręką Ongus… – – Oj, dam sam radę.Mach­nął ręką Ongus

Nie wasze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Za­miast jed­nak za­brać się za wy­no­sze­nie zbi­tych z cien­kich, drew­nia­nych belek skrzy­ni… – Za­miast jed­nak za­brać się do wynoszenia skrzyń, zbi­tych z cien­kich, drew­nia­nych belek

 

prze­szły zbroj­ne za­stę­py orków, idą­cych na wojnę z ludź­mi. – Brzmi to nie najlepiej.

 

oca­le­nie za­wdzię­cza­li ów­cze­śnie urzę­du­ją­ce­mu cza­row­ni­ko­wi… – Czarownik chyba nie jest urzędnikiem.

 

celę po­dob­ną do tej z wcze­śniej­szej wieży. – Raczej: …celę po­dob­ną do tej w poprzedniej wieży.

 

w dość nie­wy­god­nej po­zy­cji, pół-sto­jąc, pół-ku­ca­jąc… – …w dość nie­wy­god­nej po­zy­cji, półsto­jąc, półku­ca­jąc

 

Polał, podał jeden kie­li­szek chło­pu… – Nalał, podał jeden kie­li­szek chło­pu

 

Polał im jesz­cze raz i znów wy­pi­li. – Nalał im jesz­cze raz i znów wy­pi­li.

 

ktoś po­cią­gnął go za ka­mi­zel­kę i oba­lił na zie­mię. Na­past­nik od­cią­gnął go na bok. – Powtórzenie.

 

Ry­chło, do środ­ka – rzu­cił szep­tem. – Ponieważ rychło znaczy także niedługo, proponuję: Żwawo, do środ­ka – rzu­cił szep­tem.

 

Chłop­cy, zli­tuj­cie się – jęk­nął ku przy­by­szom – nie wy­ży­naj­cie mi całej wio­ski… – Chłop­cy, zli­tuj­cie się – jęk­nął – nie wy­ży­naj­cie mi całej wio­ski…

Nie można jęczeć ku komuś.

 

Pod­parł się na łok­ciu… – Oparł się na łok­ciu… Lub: Wsparł się na łokciu… Albo: Podparł się łokciem

Podpieramy się czymś, np. laską, nie na czymś.

 

Tymon spu­ścił wzrok, za­pa­dłą chwi­la ciszy. – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sympatyczny tekst. Lekka przygoda, odrobina humoru. Lubię takie fantasy. Tym bardziej, że “Gry o drzewo” nigdzie jeszcze nie widziałam.

Nieco gorzej z wykonaniem… Czasami coś tam zgrzytnie, garść literówek. No, nie ma tego jakoś strasznie dużo, więc sobie kliknę, ale nie przyzwyczajaj się i przy następnym tekście zawalcz bardziej zawzięcie.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka