- Opowiadanie: MrBrightside - Między piekłem a niebem spotkamy się raz jeszcze

Między piekłem a niebem spotkamy się raz jeszcze

Zabieram Was do Szwecji, ale czapki i szaliki chyba nie będą potrzebne. ;)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

bemik, FoloinStephanus

Oceny

Między piekłem a niebem spotkamy się raz jeszcze

Gorycz rozlała się po języku. Zawtórowała jej woń zatęchłej grzybni, wymieszanej z odorem wilgoci i zgnilizny, tworzących aromat leśnej ściółki. Palce wierzgnęły odruchowo i z odrazą, a rozpalone ciało poderwało się z ziemi, gdy zorientowało się, że dotyka obrzydliwie oślizgłych, rozkładających się w wilgoci liści.

Elliot otrzeźwiał. Wypluł ohydną papkę, która nie wiadomo kiedy dostała mu się do ust. Co to za miejsce?

Jak okiem sięgnąć, wszędzie drzewa. I przytłaczająca cisza potęgująca dezorientację. Elliot oddychał coraz szybciej. Serce łomotało w piersi, gdy wielkimi oczami rozglądał się po okolicy. Ale naraz młody mężczyzna zrozumiał, że panika do niczego go nie zaprowadzi. Spróbował uspokoić histerycznie reagujące ciało. Wdech. I wydech. Zmrużył oczy. Wdech…

 Wówczas do uszu dotarł nikły szelest wzburzonych fal.

Świadomość, że znajduje się blisko morza, uspokoiła go. Powoli rozwarł powieki i pozwolił sobie odetchnąć. A potem zimny pot zlał jego plecy, gdy ujrzał postać siedzącą na mokrej ziemi. Była chuda i długa, z burzą czarnych loków, które niczym hełm zasłaniały oczy. Miała na sobie rozchełstaną, ciemną koszulę, spod której wyłaniał się misterny tatuaż statku z rozwiniętymi żaglami. Po wyglądzie nijak nie sposób było poznać, czy to zniewieściały chłopak, czy raczej brzydka kobieta.

Skronie zakłuły Elliota bezlitośnie i nagle, sprawiając, że jego dłoń machinalnie powędrowała w kierunku głowy.

– Kim… jestem? – zapytał przez zaciśnięte zęby.

Nieznajomy siedział na mokrej ziemi i miał przed sobą dwie szklanki. Do jednej nalał nieco burego trunku, po czym ją uniósł.

– Wznieśmy za ciebie toast… lub dwa, Elliocie. – Rozbawiony głos zdradził, że była to raczej kobieta, choć jej wygląd łatwo mylił oczy.

Elliot. Dźwięk tego słowa sprawił, że serce mężczyzny rozjarzyło się na moment, ulegając napływającemu, przyjemnemu ciepłu, a jego umysł jakby zaczął budzić się z głębokiego letargu i z trudem, lecz przypominał sobie wspomniane imię, a nawet nieśmiało identyfikował się z nim.

Potem jednak nagły dreszcz ponownie zmroził Elliota, przebiegając nieznośnie kłującym impulsem wzdłuż kręgosłupa. Obrazy, doznania, wspomnienia. Myśli i czyny. Wonie i emocje. Wszystko to wracało i kłębiło się w chaosie. A mężczyzna nie potrafił ocenić, co było prawdą, a co wyłącznie okrutną konfabulacją.

Kobieta zastygła z uniesioną ręką, czekając na reakcję. Elliot ruszył w jej kierunku, choć ciało ciągle nie do końca było posłuszne. Zdrętwiałe nogi tak bardzo nie chciały nieść.

Runął przed towarzyszką i drżącą ręką złapał szklankę.

– A ty? Kim ty jesteś? Ja… Gubię się w tym wszystkim… – Elliot skrzywił się i wolną dłonią zmierzwił włosy.

Nieznajoma syknęła, by uciszyć jego obawy, a potem sięgnęła po drugą szklankę. Nalała i sobie.

– Jestem twoją Sojuszniczką, Elliocie. I jestem tu, żeby ci pomóc.

Mężczyzna wcale nie poczuł ulgi. Z trudem podniósł wzrok.

– Pomóc w czym?

– Na dobry początek w okiełznaniu twoich wspomnień. – Sojuszniczka zamoczyła usta w napoju i zdawać by się mogło, że wpatrywała się wprost w oczy Elliota, przeszywając go spojrzeniem na wskroś, wręcz czytając w nim jak w otwartej księdze. – Nie napijesz się ze mną?

Elliot spojrzał na swoją szklankę i zdumiał się, gdyż oprócz napoju, znalazł się w niej, nie wiadomo skąd, również lód i plasterek pomarańczy. Mężczyzna nieśmiało zaciągnął się wonią trunku. Była intensywna, słodkawo-gorzka i górował nad nią aromat alkoholu. Zapach jakimś sposobem pobudził także inne zmysły. Podniecające drżenie zjeżyło włosy na rękach mężczyzny. Ekscytował się, chociaż nie wiedział czym. Melodia fal i lasu o poranku nieśmiało zmieniała ton. Elliot pragnął się w nią wsłuchać, wręcz wgryźć. Uchwycić się jej i nie puszczać, bo czuł, że w tym szaleństwie była metoda.

Doświadczając już nawet nie nieodpartej chęci, ale wewnętrznego przymusu, Elliot skosztował brunatnego płynu. Zapach doskonale zwiastował smak, który ostatecznie okazał się być bardziej cierpki niż słodki. Sojuszniczka również się napiła. Uroniła przy tym kilka kropel, które spłynęły przez kącik ust w stronę podbródka. Starła je palcem, który następnie położyła na wardze i oblizała bez pośpiechu. Starannie, z każdej strony. Elliot oglądał jej poczynania w zafascynowaniu. Serce tłukło się w piersi jak oszalałe. Pulsująca rytmicznie muzyka dochodziła gdzieś z oddali. Światło zmieniało barwy. Niesforne, czarne loki cudownie przekształcały się w kasztanowe fale spadające na ramiona. Wyłoniły się spod nich oczy wypełnione tajemnicą i żądzą.

 

***

 

Język podążał cierpliwie po krawędzi wskazującego palca. Gdy minął czubek paznokcia, Naomi posłała uwiedzionemu jeszcze jedno obiecujące wiele, przepełnione profesjonalnym pożądaniem spojrzenie. Już go miała. Zresztą, nie tylko jego. Była świadoma potęgi własnego ciała. Gdy zarzucała kasztanowymi włosami i dotykała rury, pojmowała we władanie umysł każdego, kto patrzył. Nie wyłączając mnie.

Niczym żywa woda wiła się na podeście. Unosiła się i klękała. Wspinała, by spaść. Jakże się nie zachwycić tym spektaklem, gdy wszystkie zmysły piały w ekstazie nad owym połączeniem erotyzmu i umiejętności czerpiących wprost z akrobatyki?

Muzyka rezonowała bezlitośnie, wwiercając się w żyły i krążąc naczyniami wraz z krwią i alkoholem po całym ciele; uderzała do głowy. Dwa drinki z pomarańczą, które trzymałem, burzyły się. Ręce mi drżały, choć wcale nie za sprawą obłędnych, świdrujących basów. Mój oddech spłycał się i przyspieszał od samego patrzenia na boską Naomi. Reagowałem jak małolat. I dobrze mi było z tym.

– Znowu Spritz? Co one wszystkie w tobie widzą, Elliocie, skoro ciągle raczysz je drinkami dla plebsu?

Oscar wyłonił się znikąd. Był tak chudziutki, że spod skóry wystawały mu żebra. Można je było wręcz policzyć, gdyż od pasa w górę miał na sobie jedynie tatuaże i skromną konstrukcję ze skóry i łańcuchów, z licznymi sprzączkami, zawierającą także obrożę. Ciężkie buciory tłukły się o parkiet. Lateksowe portki miały dziurę na tyłku.

Oscar nie powinien pojawiać się w takim stroju w tej części klubu. Co prawda „Euphoria” szczyciła się hasłem, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie, niemniej rozsądnie pomyślano, aby nie mieszać ze sobą klientów „casualowych” i „hardcore’owych”, jak to przyjęło się w slangu. Oscar musiał mieć dobry powód, aby przejść do teoretycznie tylko bardziej stonowanej strefy. Przyczyną musiała być zapewne krwawiąca cięta rana na jego policzku.

– Co ci się stało? – spytałem, ale chyba z przyzwoitości. Bo na pewno nie z ciekawości.

– Nic, nic takiego. Zrobiło się trochę zbyt ostro, to wszystko. Mój oprawca już oczekuje kary, zapewniam. – Uśmiechnął się krótko, na moment zbaczając gdzieś myślami. – To bardzo miłe, że pytasz. Mógłbyś?

Oscar przysunął się wyjątkowo blisko, sięgając po chusteczki stojące na barze za mną. Słodki zapach jego perfum mieszał się z równie mdłą wonią spermy.

– Nie dopcham się do lustra w kiblu, bo rzyga tam jakiś przegryw. No, potrzymam ci ten twój niezawodny afrodyzjak.

Wymieniliśmy się. Oscar zabrał drinka, wręczając mi chusteczkę. Krew na jego policzku powoli zaczynała krzepnąć. Starłem posokę na tyle, na ile się dało. Zauważyłem, że Oscar mimowolnie rozchylił usta, a jego spojrzenie robiło się coraz bardziej nieobecne, choć ciągle wpatrzone w moje oblicze.

Zignorowałem go, przenosząc wzrok na scenę. Naomi klęczała, nachylając się i tym samym dając więcej swobody piersiom. Palcem, językiem, spojrzeniem wiodła jakiegoś ohydnego spaślaka bliżej siebie. Nie… Ona nakazywała mu, by podszedł.

– Resztę musisz domyć wodą. – Wcisnąłem Oscarowi zakrwawioną chusteczkę, a on szybko ją złapał. Nasze dłonie spotkały się na moment, a potem przestąpiłem o krok do przodu.

Naomi oblizała wargi. Nachyliła się jeszcze bardziej.

– Doktorze? Zostanie blizna? – zapytał teatralnie chudzielec zza moich pleców.

Tłuścioch wyciągnął nalaną szyję i chciwie wystawił język.

– Nie wiem – rzuciłem szybko.

Ich języki spotkały się. Widziałem, jak spaślak sztywnieje z przyjemności. Jak śmiało pozwalał sobie na więcej. Ich ciała synchronizowały się i poruszały coraz gwałtowniej. Włożył jej banknot do stanika, bezwstydnie obłapiając pierś. Zaczęły działać instynkty. Przecież on za chwilę zrzuci ją z tego podestu! Poturbuje! Wykorzysta!

A potem grubas zaczął wrzeszczeć niczym zarzynany wieprz. Odepchnął Naomi. Cofnął się o kilka kroków, roztrącał stoliki oraz gapiów. Krzyki rozdzierały na krótkie chwile rozbrzmiewający w Euphorii trance. A Naomi śmiała się. Śmiała się do rozpuku, jednocześnie nie spiesząc się, by wstać.

Oscar wcześniej załapał, co właściwie zaszło. Prychnął.

– Poważnie? – zapytał głosem przesadnie zmanierowanym i mógłbym przysiąc, że przewalił w tym momencie oczami. – Ależ to pretensjonalne.

Naomi wreszcie wstała. Uśmiech nie schodził z jej ust. Podobnie zresztą jak krew, którą próbowała zetrzeć palcem, ale było jej zwyczajnie zbyt dużo.

Kołysząc biodrami, udała się ku wyjściu ze sceny, muskając po drodze dłonią chłodną rurę. Idąc, rzuciła jeszcze przez ramię spojrzenie, jakby po raz ostatni próbowała złowić ofiarę. A potem zniknęła za kotarą.

Klienci Euphorii powrócili do zaspokajania swoich różnorodnych żądz. Grubas kwiczał gdzieś z boku, zostawiony sam sobie. A ja wpatrywałem się jeszcze przez chwilę w falującą kotarę, dopóki całkowicie nie zamarła. Od stolika tuż pod podestem wstał barczysty brunet.

– Nie każ mi znowu tego mówić, Elliot. Ona ewidentnie jest jakaś jebnięta. Daj sobie spokój.

Posłałem Oscarowi rozgniewane spojrzenie.

– Trzymaj. – Teraz to on wcisnął mi drinka. Nie chciał się kłócić. Psuć sobie nastroju. – Ten ekskluzywny alkohol w twoich rękach sugeruje, że ktoś chyba na ciebie czeka, co? Pamiętaj, najpierw praca, potem…

Miał rację. Cholera, zagadałem się.

– Co ja pierdolę?! – teatralnie uderzył się w czoło. – Najpierw przyjemności, a potem… bardziej wyszukane przyjemności! Ubóstwiam tę robotę!

Zostawiłem go z jego samouwielbieniem i łysiejącym emerytem proponującym drinka. Sam zaniosłem dwa Spritzy do pani, która na mnie czekała. Niezbyt ładnej, ubranej zdecydowanie za skromnie jak na miejsce, w którym się znalazła. Przez całą moją nieobecność nikt się do niej nie przylepił, co znaczyło, że było naprawdę kiepsko. Z tego, co pamiętałem, miała na imię Emma.

Uśmiechnęła się i jakby odetchnęła, gdy mnie zobaczyła. Nieśmiało zgarnęła włosy za ucho. Wręczyłem jej szklankę, a ona szybko zmoczyła usta.

– Widziałeś, co tam się przed chwilą wydarzyło? – spytała, niepewnym, drżącym głosem, gdyż nie wiedziała jak głośno należy mówić, by przedrzeć się przez muzykę. – To… Ja nie rozumiem takich ludzi. Przez nich nie czuję się tutaj w pełni komfortowo.

Mimowolnie odwróciłem się na moment. Barczysty brunet wchodził na zaplecze tancerek. Coś we mnie pękło. Krew zawrzała ze wściekłości, lecz jednocześnie umysł zachował nieludzko mroźną rozwagę. Przecież to nie pierwszy raz, pomyślałem. I pewnie nie ostatni.

– Przyszłam tu… w sumie to z ciekawości… To podobno najbardziej… wolne miejsce w całym Sztokholmie.

Stanąłem za Emmą. Objąłem ją w pasie, a ona zawahała się i na moment przestała mówić. A potem jakby stchórzyła.

– Bardzo dobry ten drink. Słodki. To dobrze. I ta pomarańcza przełamuje…

Ale nie było już ucieczki.

– Zrobię z twoim tyłkiem takie rzeczy, że zapłaczesz z rozkoszy – szepnąłem jej do ucha.

Emma wstrzymała na moment oddech, a jej ciało zadrżało.

 

***

 

Rozlany Spritz wsiąkał w ściółkę. Jedynie plasterek pomarańczy żywo kontrastował z szarością gnijących liści. Elliot siedział na ziemi, podparty z tyłu rękami. Dyszał. Jego oczy, wielkie niczym talerze, błądziły po przestrzeni, aż w końcu zdołały ufiksować spojrzenie na czarnowłosej nieznajomej.

– Naomi… – szepnął. – Gdzie jest Naomi?

Sojuszniczka milczała.

– Mów! – Elliot próbował wrzasnąć, ale głos mu się załamał. Nie udawało mu się również wstać, bo odczuwał zawroty głowy mocniejsze niż kiedykolwiek. – Muszę znaleźć Naomi!

Mężczyzna kurczowo chwycił się wspomnienia o tancerce. Miał wrażenie, że była jedynym pewnym punktem we mgle myśli, wydarzeń, ludzi i ich historii.

Sojuszniczka wstała, odczekała chwilę, po czym odezwała się:

– Możliwe, że wkrótce ją spotkasz.

– Wiesz, gdzie jest?

– Być może. Rozmawiałam z nią chwilę, podzieliła się ze mną tym, co wiedziała, a potem nie zatrzymywałam jej i pozwoliłam odejść. Tobie tez pozwolę. Najpierw jednak musimy skończyć sprzątać w twojej głowie.

– Pomóż mi… Pozwól mi… – Elliot łkał, gdy z pomocą szorstkiego pnia udało mu się stanąć na drżących nogach. – Powiedz, jak do niej trafić!

Kobieta jakby zmierzyła rozmówcę wzrokiem, przyglądając się jego żałosnej posturze. Następnie odwróciła się, rzucając:

– Chodź. Coś ci pokażę.

Nie szła szybko, lecz Elliot i tak nie mógł nadążyć. Potykał się o własne nogi. Drzewa przerzedzały się, ukazując białawe od mdłych jak mleko chmur niebo, a także względnie spokojne, falujące morze.

W oddali, w pobliżu horyzontu lśniła łuna. Za wodą ogniste jęzory znaczyły nijaki, pozbawiony słońca firmament wściekle rozjarzonymi barwami.

– Zostały tylko zgliszcza – rzekła Sojuszniczka.

Elliot oderwał wzrok od pożaru i zauważył, że lewą ręką, którą opierał się o drzewo, dotyka mchu na jego pniu. To znaczyło… Spojrzał jeszcze raz na morze. Wyglądało w istocie jak bardzo szeroka rzeka upstrzona wyspami i wysepkami.

Zatoka Saltsjön. Część Bałtyku łącząca Archipelag Sztokholmski z samym sercem miasta.

– Sztokholm przepadł. Nie patrz na mnie tymi wielkimi oczami. Już nigdy tam nie wrócisz.

Nogi zdecydowanie odmówiły posłuszeństwa. Elliot usiadł, zszokowany.

– To jakieś szaleństwo – mruknął. – Co by się musiało stać, by zrównać z ziemią stolicę europejskiego państwa?!

– Sztokholm już raz spłonął.

– W siedemnastym wieku, na litość boską!

– Powiedzmy, że historia lubi zataczać koła.

Mężczyzna pokręcił głową bez przekonania. Łzy, które pojawiły mu się w oczach, pospiesznie starł ręką.

– Chcę tylko znaleźć Naomi…

– Ta dziewczyna nie jest nikim istotnym. Nikim wartym aż takiej uwagi, Elliot. Naprawdę nie ciekawi cię, jak się tu znalazłeś? Dlaczego się tu znalazłeś?

Zerwał się wiatr, niezbyt silny.

– Przez kogo tu jesteś, Elliocie?

Łagodne powiewy zsynchronizowały się z szumem fal leniwie rozbijających się o skalisty brzeg. Wkrótce drzewa zmieniły się w budynki. Wilgotna ściółka przeistoczyła w bruk. Tylko morze pozostało tak samo potężnie spokojne.

– Naomi…

 

***

 

Siedziałaś na ławce na deptaku przy terminalu Strömkajen, tuż przed Muzeum Narodowym. Oglądałaś mało imponujący, bo pochmurny zachód słońca za Zamkiem Królewskim na Gamla Stan. Miejscu, gdzie przed wiekami postawiono kilka chałup i które szumnie nazwano później Sztokholmem.

 

 

Turyści spacerujący boso po nagrzanym bruku. Czarny imigrant bez powodzenia handlujący hot-dogami. Podchmielone małolaty zajęte robieniem sobie selfie w oczekiwaniu na kolejną noc pełną używek i mocnych doznań. Inni Szwedzi spieszący na spektakl do pobliskiej opery. I ja, wracający od stałej klientki, kustoszki w Moderna Museet na pobliskiej wyspie Skeppsholmen.

Sprawiedliwie ignorowałaś nas wszystkich.

Uśmiechnąłem się szczerze, pierwszy raz od nie wiem jak dawna. Mówią, że milczenie jest złotem. Gdy zniknęłaś, nastała cisza, której szept miasta, jęk Euphorii, ani niczyje słowa nie potrafiły przełamać. Cisza, której nie potrafiłem znieść.

Nie widziałem cię dni i tygodnie. Tamta noc nie była zbyt udana. Mały zarobek, okupiony sporą ilością pieprzenia. Siedziałem w przesiąkniętym papierosowym dymem pokoju na zapleczu, próbując się dorżnąć wódką, a klub powoli się wyludniał. Dla normalnych ludzi to był wczesny poranek. Dla nas – nie tak późny wieczór.

Pojawiłaś się w progu przemoczona. Nawet nie wiedziałem, że padało, dlatego nie od razu rzuciło mi się w oczy to jak stałaś, przygarbiona. Jak mechanicznie gładziłaś ręką mokre ramię. Jak twoja twarz przyjęła spięty wyraz, a oczy z jakiegoś powodu unikały kontaktu z moimi. Nigdy nie widziałem cię takiej… spłoszonej. Ten widok wyrył się trwale w mojej pamięci i nawet obficie krążący wówczas we krwi etanol nie pozwolił mu się zatrzeć.

Ale może… może tylko mi się zdawało. Weszłaś do środka, nie czekając na zaproszenie. Zamknęłaś za sobą drzwi. Szybko omiotłaś wzrokiem zagracony stolik. Twoją uwagę przykuła butelka absoluta, w większości opróżniona.

– Masz ochotę się dziś ze mną napierdolić? – spytałem, a ty, nie patrząc w ogóle w moją stronę, wzięłaś butelkę do ręki. Potem wypiłaś dwa… nie, jednak trzy duże hausty i odstawiłaś flaszkę. Przetarłaś usta przedramieniem. Nawet się nie skrzywiłaś.

– Powiedz mi, co lubisz.

Zgłupiałem.

– Czego pragniesz?

– Naomi…

Syknęłaś cicho kilkukrotnie.

– W porządku. Sama jestem trochę ciekawa.

Podeszłaś bardzo blisko, wręcz czułem na sobie twój oddech. Oczekiwałaś. Aż przejmę inicjatywę. Ogień pożądania szalał po moim ciele. Skórę rosił pot. To skuty lodem zdrowy rozsądek tajał, znikał w zastraszającym tempie.

Czy wolno nam? Z każdą sekundą to pytanie coraz bardziej traciło sens.

– Mam sobie iść…?

…do kogoś innego?

O, nie.

Przyciągnąłem cię do siebie i zatopiłem usta w tych spragnionych wargach. Później zacząłem całować cię po szyi, rozkoszując się słonawym posmakiem deszczu wymieszanego z potem. Złapałaś mnie zdecydowanie obiema rękami za głowę i tym razem to ty mnie pocałowałaś z namiętnością, której pozazdrościć by ci mogła niejedna kochanka. Dałaś wyraźnie do zrozumienia, że nie przyszłaś w poszukiwaniu czułości.

Ściągnąłem ci przez głowę przemoczoną bokserkę. Rozpięłaś guziki mojej koszuli. Pozbyłem się twoich szortów. Poradziłaś sobie ze sprzączką paska. Rozpiąłem twój czarny stanik, a potem zsunąłem z twych boskich ud figi w tym samym kolorze. A ty zdarłaś ze mnie slipy i pchnęłaś na wersalkę.

Nasze nagie ciała miotały się, oczekując synchronizacji, która lada moment miała nadejść. Usiadłaś na mnie i mogłem podziwiać dzieło rąk samego boga. Beznadziejnie rozbite resztki rozsądku wciąż nakazywały się wahać.

– Nie rób mi tego. Potrzebuję cię właśnie dziś – odezwałaś się zaskakująco ulegle. – Przecież wiem, że jestem w twoim typie.

Dotknąłem miękkiej i ciepłej skóry na twojej talii. Zjechałem niżej, do bioder. To… działo się naprawdę. Pomyślałem, niech więc się dzieje.

Zrobiliśmy to szybko, niczym małolaty wystraszone, że ktoś je nakryje. Bynajmniej nie ze wstydu. W trakcie ktoś nawet wszedł do pokoju, lecz widząc, co się dzieje, grzecznie się wycofał i zamknął za sobą drzwi. Takie sceny nikogo nie dziwiły w Euphorii. Dlaczego więc się spieszyliśmy?

Bo chyba gdzieś podświadomie wiedzieliśmy, że tak po prostu nie można.

Skończyłaś, leżąc w moich objęciach. Pozwalałaś mi się bawić twymi kasztanowymi włosami. Pozwalałaś się dotykać, głaskać… kiełznać. Do teraz fascynuje mnie ta twoja subtelna strona, na co dzień doskonale i głęboko ukryta przed światem.

Mówiłaś o jakimś mężczyźnie, leżąc na mojej piersi. Nie patrzyłaś wtedy na mnie, choć ja patrzyłem na ciebie.

Przez kogo tutaj jesteś, Elliocie?

Wsłuchiwałem się raczej w twój cudowny tembr głosu, Naomi, aniżeli w słowa. Ale  Sojuszniczka wciąż naciskała. Wciąż pytała.

– Powiedział, że przyszedł, bo żona nie daje mu tego, czego pragnie. Że brzydzi się tego. A ja ją wyśmiałam, zresztą, jego później też. Przecież wiesz, że nie bawię się w takie rzeczy. A on wyglądał naprawdę jak ostatnia pierdoła. Łysiejący tatuś z wąsem. Spodziewałbyś się…? Po kimś takim…?

To bełkot. Ktoś cię skrzywdził, ale w tej branży ryzyko jest wpisane w stawkę. Jak ci niby mogłem pomóc? Dlaczego przyszłaś do mnie?

– Był bardzo stanowczy. W tej jednej kwestii. Powiedział, że tylko tak mogę dać mu rozkosz, o jakiej inni nawet nie śnili. Przekonywał, że wszystko będzie w porządku, bo przecież wielu innych tak robi. Miał metę. Wciągnęliśmy po kresce. A później… związałam go i zrobiłam to. Zrobiłam, czego chciał. Ale nie wszystko poszło tak jak powinno. Długo się nie budził… nie reagował… Chociaż dostał jedyny w swoim rodzaju, niezapomniany orgazm.

Rozpłakałaś się. Czułem jak łzy kapią mi na skórę. Jednocześnie alkohol uderzył do głowy jakoś bardziej. Nie miałem siły na dyskusje. Ta konkretna wręcz mnie brzydziła. Pogłaskałem cię znowu po głowie.

– Dobrze zrobiłaś, Naomi. Oni wszyscy po to się z nami umawiają. Żeby być szczęśliwymi chociaż przez chwilę.

Gdybym stał, łatwiej byłoby mi zachować świadomość. Ale leżąc, rozgrzewany twoim ciepłem, odpływałem i nic nie mogłem na to poradzić. Pokój na zapleczu uparcie wirował.

– Naprawdę tak myślisz?

Chyba podniosłaś głowę, gdyż ucisk na moich piersiach zelżał. Ale nie miałem siły nawet otworzyć oczu.

– Tak…

Tkwiłem gdzieś między jawą a snem. Pocałowałaś mnie w policzek.

– Właśnie coś takiego potrzebowałam od ciebie usłyszeć. Dziękuję, braciszku.

Gdy się obudziłem, już cię nie było.

Znowu zniknęłaś na całe tygodnie. Znowu smutnym stał się mój świat.

A teraz pojawiłaś się znowu. Trzymając w ręku papierosa, obserwowałaś słońce. Czekałaś, aż wreszcie zniknie; w mroku zawsze czułaś się pewniej. Ale w ciepłe, czerwcowe dni, gdy Szwecja odmarza na krótką chwilę, słońce nie zachodziło niemal wcale. Nie było gdzie się schować. Z trudem godziłaś się z tym faktem.

Wrzuciłaś niedopałek do wody. Chciałem do ciebie podejść, ale uprzedził mnie ktoś inny. Wysoki, potężny, barczysty mężczyzna. Brunet. Przywitałaś go pocałunkiem. Coś powiedział, a ty uśmiechnęłaś się krótko. Dopiero teraz zauważyłem, że masz na sobie dość elegancką sukienkę. On, w jasnym garniturze, też nie odstawał.

Odeszliście w kierunku opery, a mnie trafił szlag. Rąbnąłem pięścią w ścianę Muzeum, aż poleciała krew. Jak mogłaś wybrać jego? Kto to w ogóle był?

Długo włóczyłem się po mieście bez celu, próbując cię zrozumieć. Nie potrafiłem.

Późnym wieczorem dotarłem do naszego mieszkania w głębi wyspy Södermalm, leżącej na południe od Gamla Stan. W środku niewiele się zmieniło. Nasz tata wciąż w milczeniu oglądał telewizję; widziałem czubek jego głowy wystający zza oparcia fotela. Ojciec nie odzywał się, odkąd trzy lata temu przez przypadek został zakładnikiem w zamachu w centrum handlowym Gallerian. Na jego oczach jakiś pojeb strzelał w głowy kolejnym osobom. Antyterroryści sprzątnęli tamtego nawiedzonego taliba, nim przyszła kolej ojca by umierać. O ironio, trafili go w głowę. Od tamtego czasu tata nie odezwał się słowem, choć nieraz widziałem w jego oczach, że bardzo by chciał ponownie przemówić.

Twoja matka kroiła pomidory w kuchni. Miała ich już dwa pełne garnki i trzy miski, a kolejne czekały w skrzynce na podłodze. Ostatnio trzymała się względnie dobrze. Szkoda, że przestała malować. Musieliśmy ją odciąć od obrazów, odkąd własne dzieła zaczęły ją przerażać i pogarszać jej stan. Selma Sörenson – jeszcze parę lat temu uznawana za jedną z najbardziej obiecujących malarek w Szwecji. Zniknęła z życia publicznego, gdy podczas wernisażu rzuciła się na reporterkę SVT, wrzeszcząc, że ta chciała ją zabić nożem ukrytym w mikrofonie. A później rozebrała się do naga i kompulsywnie strzepywała z siebie robactwo… którego wcale tam nie było.

Zawieźliśmy ją do szpitala. Pamiętam jakby to było wczoraj. Lekarz powiedział, że osobowość Selmy się rozpada. Nie wiedzieliśmy, co to znaczy. Przepisał leki i dodał, że dobrym sposobem, aby sprawdzić, czy nie dzieje się z nią coś złego, jest zapytać, czy czuje się bezpiecznie. Zostaliśmy z problemem sami. Żadne z nas chyba nawet nie pomyślałoby, że życie potoczy się w tak bezwzględny sposób, gdy jako naiwni nastolatkowie kłóciliśmy się, słowami kładąc rysy na naszej idealnej rzeczywistości. Gdy mówiłaś, że nie należę do tej rodziny, bo po śmierci matki ojciec przygarnął mnie z litości, na co odpowiadałem wściekły, że życzyłbym faworyzującej cię zawsze Selmie śmierci.

Nie chciałem podchodzić do macochy, gdy miała w ręku nóż. Nie przestała zajmować się pomidorami, chociaż wiedziałem, że mnie zauważyła.

– Była tu? – zapytałem. Nieczęsto gościłem w domu i zorientowałem się, że wróciłem tylko po to, by zadać to pytanie.

Selma prychnęła. Schyliła się po kolejnego pomidora. Siekała warzywo niemal z agresją.

To mnie zaniepokoiło.

– Czujesz się bezpiecznie?

– Spierdalaj!

Trzasnęła mi drzwiami przed samym nosem. Paradoksalnie, ochłonąłem.

Gdy się odwróciłem, zobaczyłem tatę. I znów się wystraszyłem. Ale on uśmiechnął się i drżącą ręką wręczył mi miętową landrynkę. Z ojcem chyba też podziały się niedobre rzeczy od czasu zamachu. Momentami traktował mnie, jakbym znów miał jedenaście lat. Chociaż zostawił matkę, gdy się urodziłaś, a ja byłem jeszcze małym szczylem, nigdy o mnie nie zapomniał.

– Dziękuję, tato. – Odwzajemniłem uśmiech.

 

***

 

– Dość! – ryknęła Sojuszniczka, nachylając się nad Elliotem, łapiąc go za twarz i dociskając do pnia dębu.

Rzeczywistość zachybotała i zafalowała. W końcu się uspokoiła. Elliot znów był na brzegu wyspy z widokiem na płonący Sztokholm. Ogień szalał, pnąc się ku niebu.

– Tracimy czas.

Z trudem, ale mężczyzna odtrącił wysuszoną rękę.

– Nieprawda. Przypominam sobie coraz więcej…

– Te wspomnienia to nic niewarte śmieci!

– Nie… Dla mnie są bardzo wiele warte.

– Dlaczego tutaj jesteś?

– Jeszcze trochę i przypomnę sobie, gdzie jest Naomi.

Sojuszniczka szybko wyprostowała się i przeszła za drzewo.

– Dobrze więc. Chcesz wiedzieć, gdzie ona jest? Pokażę ci!

Nagle odór zgnilizny i grzybni zaczął zmieniać ton. Stawał się słodszy, intensywniejszy, momentami wręcz duszący. W ten sposób pachniało kadzidło.

 

***

 

Dzwony tłukły się donośnie, ale jednocześnie tak jakoś niespiesznie. Zrobiło się chłodno, a przecież czerwiec to najcieplejszy miesiąc w roku. No i przede wszystkim, tak bardzo chciało mi się płakać.

Ojciec w milczeniu obejmował Selmę. Pozwoliła mu się dotknąć pierwszy raz od nawet nie wiedziałem jak dawna. Nie była zdolna okazywać mu agresji, czy choćby niechęci. Nie była zdolna do jakiejkolwiek reakcji. Po prostu stała i patrzyła.

Jak spuszczano trumnę jej córki na linach do grobu.

Zasłoniłem usta pięścią. Starałem się opanować oddech. Żeby nie płakać. Żeby nie okazywać, jak okrutne było cierpienie, którego doświadczałem. Nawet stanąłem za wszystkimi żałobnikami, daleko od grobu. Z jakiegoś powodu towarzyszył mi Oscar. Poczułem, jak dotyka moich pleców.

– Trzymaj się, Elliot. Musisz uwierzyć, że świat nie skończy się bez Naomi.

– Dla ciebie to takie proste – wycedziłem przez zaciśnięte zęby.

Oscar westchnął, dając sobie czas na wyważenie słów.

– Nie przepadałem za nią, to prawda. Ale najgorszemu wrogowi nie życzyłbym takiego końca.

Naomi… Twoje ciało wyłowiono z wód zatoki Saltsjön. Ktoś. Cię… Udusił…

– Przerażające, że to mogło przytrafić się każdemu z nas – rzekł Oscar.

Już cię nie było. Już nigdy się tobą nie zachwycę. Jakiś potwór odebrał ciebie światu. Tak… tak nie można. Zapragnąłem odpłacić krwią za krew. Naomi? Chciałabyś tego?

Ludzie powoli zaczynali się rozchodzić. Selma, niczym kamienna figura, tkwiła w bezruchu, z ojcem u boku. Jacyś ludzie podchodzili do mnie i składali kondolencje. Nie słyszałem ich. Nie widziałem. Moje myśli krążyły zupełnie gdzie indziej.

Alejką kilka grobów dalej przechodził wysoki, barczysty brunet. Skinął głową. Uśmiechnął się. Do mnie? Nawet się nie zatrzymał i przeszedł dalej, by wyjść z cmentarza. Odprowadziłem go wzrokiem aż do bramy.

Oscar mnie szturchnął.

– Co to miało być? – zapytał.

Nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć. Zaniemówiłem. Wpatrywałem się ciągle w rzadki tłum znikający za bramą.

– Nils Lindgren to niebezpieczny człowiek – szepnął, ściskając moje ramię. – Słyszałem, że jest bardzo wymagającym klientem z niecodziennymi zachciankami. Cholera, Elliot! Dlaczego tak cię ciągnie do ludzi, którzy jedyne, co potrafią, to zadawać ból?! Dlaczego nie rozejrzysz się szerzej? Za kimś wartym twojego zachodu…

Przestawałem go słuchać. Musiał to zauważyć, gdyż dodał tylko:

– Lepiej trzymaj się od niego z daleka. Bo skończysz jak Naomi…

Znalazłem się w jakimś transie. Jedyne, co miałem przed oczami, to ten nikły, enigmatyczny uśmiech. A więc Nils Lindgren. Czy to był twój ostatni klient, Naomi?

 

***

 

Elliot wpadł w histeryczny szloch. Skulił się na galaretowatej pozostałości liści. Ciało, które wpadło w konwulsje, dopiero z czasem się uspokoiło. Łzy przestały płynąć, jakby zwyczajnie ich zabrakło. Bo żałość duszy nie malała, wręcz przeciwnie, przygniatał ją narastający ogrom bezmiaru smutku.

Sztokholm cały czas płonął. Elliot patrzył w stronę miasta, ale go nie widział. Nie chciał widzieć.

Sojuszniczka zniknęła. Odczekała kilka długich kwadransów, aż Elliot zamarł w marazmie. W końcu bezszelestnie zjawiła się kilka kroków za nim, po raz wtóry pytając:

– Przez kogo tutaj jesteś, Elliocie?

Mężczyzna zacisnął usta pobrudzone szarą, cuchnącą breją. Drżała mu broda.

– Odejdź – niemal szepnął.

Morze przebudziło się z letargu i uderzyło falą o skalisty brzeg. Słona bryza zrosiła twarze ich obojga.

– Z czyjej winy?

Elliot zacisnął pięści. Drżąc, zdołał usiąść. Sojuszniczka cierpliwie wyczekiwała.

– Jesteś jak pasożyt – przemówił po dłuższej chwili. Nadal cicho, nadal apatycznie. – Żerujesz na mnie, pokazując te wszystkie obrazy. Karmisz się moim bólem. Ale oto kończy się uczta.

Spojrzał na rozmówczynię, trzymając dłoń na sercu. Wzrok miał zimny, obojętny. Kobieta nie odważyła się choćby drgnąć, mając świadomość, jak potężny sztorm szalał pod tą maską.

– Bo tutaj nic już nie zostało. – Elliot zacisnął dłoń w pięść i uderzył się w pierś.

Mężczyzna patrzył na Sojuszniczkę jeszcze przez moment, ale ta ani się nie odezwała, ani nie ruszyła. Pokręcił zatem głową, przybierając kwaśny uśmiech zawodu. A potem wstał i rzekł, nie odwracając się, patrząc w kierunku ognia:

– Jeśli wszystko ma się tutaj skończyć… To jestem gotowy. Nie ma po co tego dłużej ciągnąć. – Wstrząsnął nim dreszcz, a potem powtórzył. – Nie ma.

– Pokazywałam ci to, co chciałeś zobaczyć. Poniekąd, miałeś nad tym kontrolę. Skupiłeś się na dziewczynie, choć mówiłam, że jest nieistotna.

– Mówiłaś wiele rzeczy. Jak choćby to, że wkrótce ją spotkam. – Nagle Elliot odwrócił się w stronę rozmówczyni. – Po co to wszystko było? Te wszystkie kłamstwa? Czym ty w ogóle jesteś? Ćpunką? Wiedźmą?

– Nie okłamałam cię w kwestii spotkania.

Serce Elliota zastygło, by za chwilę zatłuc się w piersi szaleńczo.

– Czyli… To ostatnie wspomnienie… To ono było kłamstwem?

– Wspomnienia należą tylko i wyłącznie do ciebie. Nie mogę w nie ingerować.

Elliot uderzył pięścią w pień.

– Co za bzdura! – krzyknął. – Jak zatem mam się spotkać z Naomi, skoro nie żyje?!  

– To nie takie trudne, Elliocie – cień uśmiechu wykrzywił wąskie usta – zważając na to, że sam również jesteś martwy.

To wyznanie… padło. Mentalnie, Elliot był w takim stanie, że mógł nawet zaakceptować ów niedorzeczny fakt. Choć wszystko nadal nie składało się w całość, nie zamierzał spierać się z nikim o sens istnienia życia po życiu, z jednej prostej przyczyny. Taki obrót rzeczy dawał mu nadzieję.

– Jako twoja Sojuszniczka, zobowiązałam się, że ci pomogę, pamiętasz? To nie ja kłamię. To ty zadajesz niewłaściwe pytania.

– Po prostu powiedz mi, gdzie znaleźć Naomi. Proszę. Chciałbym z nią porozmawiać ten ostatni raz!

– Nic nie mogę zrobić, dopóki nie odpowiesz na jedno moje pytanie.

– Pytaj! Pytaj, o co chcesz!

– Przez kogo tutaj jesteś?

Rozentuzjazmowany umysł Elliota nagle przygasł. Niczym silnik na pełnych obrotach, który zakrztusił się.

– Kto cię zamordował, Elliocie?

Mężczyzna tak bardzo pragnął udzielić odpowiedzi, ale dziurawa pamięć uparcie nie pozwalała się okiełznać.

– Ja… Ja nie wiem.

Spojrzał na nią i niemo błagał o jakąś alternatywę. O pomoc. O cokolwiek.

– Twój umysł jest w posiadaniu wszystkich odpowiedzi. Podaj mi je, a zadbam, byś spędził wieczność z tak drogą ci Naomi.

Elliot upadł na kolana. Wyprężył się jak struna, wyciągnął ręce przed siebie i zawołał:

– Prowadź mnie!

Sojuszniczka delikatnie się uśmiechnęła.

– Wskaż mi drogę do prawdy. A potem do Naomi. Zrób… wszystko, co trzeba! Błagam.

Kobieta nie odpowiedziała. Morze wzburzyło się, a po okolicy rozniósł się budzący trwogę pomruk grzmotu. Zawiał wiatr, który ziąbem przypominał jak blisko było do Arktyki. Elliot uniósł głowę. Niebo w oczach ciemniało, hipnotyzując i zniewalając.

– Już wkrótce mi powiesz, kto cię zamordował, Elliocie – szepnęła, ale on nie słyszał.

 

***

 

Gdybyś tylko mogła mi powiedzieć, kto cię zamordował, Naomi.

Nietrudno było znaleźć Nilsa Lindgrena. Choć trzymałaś go do końca tylko dla siebie, wcześniej próbował szczęścia z innymi osobami. W Euphorii pozostał na niego namiar. Wciąż aktualny.

Lindgren miał mieszkanie przy brzegu, w bardzo modnej ostatnio dzielnicy Södermalm, leżącej na wyspie o tej samej nazwie, na południe od Gamla Stan, w pobliżu śluzy wodnej Slussen.

Postarałem się być tym, który przyjmie kolejne zgłoszenie. Bo przecież musiało w końcu nadejść.

Prowadzące na górę brzegu, ku mieszkaniom, schodki oświetlono uroczymi lampeczkami, aby upewnić każdego, kto tu zabłądzi, że trafił do dzielnicy, w której żyją porządni, a przede wszystkim, bogaci ludzie.

Nils Lindgren nie wyłamywał się z tego schematu. Był bogatym biznesmenem, który uchodził za porządnego – dlatego w jednym celu wynajmował małe mieszkanie, właściwie kawalerkę, na Södermalm.

Gdy otworzył mi drzwi, poczułem się przytłoczony. Dwa metry potężnej postury sprawiały, że Lindgren wyglądał niemal jak dwoje takich jak ja, choć wcale nie uważałem się za chuchro.

– Ty? – roześmiał się biznesmen, a głos miał ciepły, niczym przykładny tatuś, którym zapewne często bywał. Zauważyłem, że skronie zaczęły mu pstrzyć się siwizną. – Wejdź.

Skołowała mnie ta reakcja. Skąd niby mnie znał?

Ustawił się bokiem przy drzwiach, aby mnie przepuścić, lecz i tak było ciasno. Przechodząc poczułem ostrą woń jego perfum.

Mieszkanie wypucowano na błysk. Było przestronne, stało w nim wielkie łóżko i w sumie niewiele poza nim. Aneks kuchenny w rogu pomieszczenia tkwił pusty, bez chociażby czajnika, czy kubka. Szukałem jakichś twoich śladów, Naomi, lecz na próżno. Widać Lindgrena stać było na porządną pokojówkę.

– Naomi o tobie mówiła – odezwał się brunet, gdy zamknął drzwi. – Zwłaszcza po tym incydencie przed operą. Nie sądziłem, że cię jeszcze kiedyś zobaczę, chłopczyku.

O czym on, do cholery, mówił? Nils Lindgren znowu się zaśmiał.

– Czemu tak na mnie patrzysz, jakbyś urodził się wczoraj? Czekałeś na nas po spektaklu, coś tam krzyczałeś. Naomi zbyła cię paroma ślicznymi słówkami, a ty to kupiłeś, nim zdążyłem jakkolwiek zareagować.

Bezceremonialnie zaczął rozpinać koszulę.

– Zaliczyłeś „bad tripa”? Tak się kończy kupowanie działek od byle brudasa z ulicy.

Byłem poruszony jego słowami.

 

***

 

Muzyka, ani alkohol nie potrafiły ukoić mych nerwów. Kto inny uwodził klientów panowaniem nad rurą. Kto inny sprowadzał desperatów na manowce pokuszenia. Euphoria bardzo łatwo zapomniała o tobie, Naomi, ale ja nie potrafiłem tego zrobić. Zapuściłem się do strefy hardcore’owej klubu, paradoksalnie w poszukiwaniu spokoju, jak sam siebie przekonywałem. Tak naprawdę jednak chyba – chcąc dotrzeć do jakiejkolwiek prawdy.

Oscar na szczęście nie miał klienta. Duży pokój, który zajmował w piwnicy, wypełniała lepka woń owoców, chyba truskawek. Oscar miał do nich słabość, często używał lubrykantu właśnie o takim smaku. Zastałem go, gdy ścierał coś z długiego pejcza.

– A cóż to? – odezwał się. – Świat znów się zawalił, a ty znowu szukasz spokojnego portu?

Mówił trochę przeciągle. Musiał być podchmielony. W sumie, obaj byliśmy.

– Muszę z kimś pogadać. Bo oszaleję…

– Chodź. Portowe dziwki nie są może najbezpieczniejszą przystanią, ale przyjmują wszystkich.

Odłożył pejcz na półkę z innymi tego typu gadżetami, a potem zasunął drzwi szafy.

– To wszystko mnie przytłacza, od pogrzebu. Nie tak łatwo dotrzeć do Nilsa Lindgrena.

– A mówiłem, trzymaj się od niego z daleka. Ale pewnie, najlepiej mieć w dupie to, co mówi Oscar.

– Czuję, jakbym miał w ręku wszystkie elementy, ale nie widział żadnego wzoru, który je łączy. Nie wiem jak dotrzeć do mordercy Naomi…

– No tak…

Podszedł i stanął tuż przede mną. Zirytowałem go?

– Jeśli przeszkadzam, to wyjdę.

– Nie, nie przeszkadzasz. – Położył palec na mojej piersi. – Zawsze chętnie słucham twojego głosu. Słów już niekoniecznie.

Obszedł mnie i stanął mi za plecami.

– Tylko co ja z tego będę miał? Bo twoja wdzięczność już mi się powoli przejada.

Objął mnie od tyłu, wtulając policzek w plecy, a ręce splatając mi na piersiach. Wyczekiwałem.

– Naprawdę? Jeszcze ci mało seksu?

– Pozwól, że to ja zadecyduję, czego mi mało.

Nie zauważyłem, że schował między palcami chusteczkę, którą błyskawicznie przytknął mi do nosa. Postura Oscara była bardzo zdradliwa, gdyż okazał się być silniejszy, niż można by przypuszczać. Zaczęliśmy się szarpać, ale specyfik, którym nasączono materiał, zaczynał działać. Wkrótce straciłem przytomność.

 

***

 

Że też nie pomyślałem o tym wcześniej. Całymi dniami, czasem nawet i tygodniami nie pojawiałem się w domu. Ty zresztą, Naomi, bywałaś w nim jeszcze rzadziej. Pod moją nieobecność mogło się tam dziać wszystko.

Idąc ciasnymi uliczkami Gamla Stan w kierunku Södermalm, nie wiedziałem czy to już świt, czy może późny wieczór. Ot, wada białych, czerwcowych nocy w Sztokholmie. Dusiłem się w tym miejscu. Czy właśnie tak się czułaś, Naomi, nim wszystko się dla ciebie skończyło? Niedobór tlenu, przyczyna twojego zgonu, nabierał dla mnie nowego znaczenia.

 

Przytłaczała mnie ciasnota tego miejsca, chociaż na ulicy nie widać było żywej duszy. Czym prędzej udałem się w kierunku Slussen i dalej, na Södermalm.

Brak punktu zaczepienia w sprawie twojego morderstwa, Naomi, budził desperację, przez co umysł wypluwał coraz bardziej szalone idee, a ciało zamieniało je w czyn. Jeśli z jakiegoś powodu wróciłaś do domu i trafiłaś na nienajlepszy nastrój Selmy, mogło wydarzyć się wiele złego. W końcu odziedziczyłaś charakter zdecydowanie po matce.

Zapukałem. Nigdy nie czułem się w tym miejscu jak u siebie. Nikt nie otwierał, więc nacisnąłem na klamkę. Drzwi uchyliły się.

W przedpokoju klęczała Selma i szlochała, zakrywając twarz dłońmi. Wpadłem do mieszkania i dostąpiłem do niej. Zerknąłem do salonu. Znad oparcia fotela na szczęście wystawała głowa ojca, więc Selma nie wystraszyła się, że została sama. W telewizji leciał akurat przaśny dokument o Melodifestivalen, konkursie muzycznym, który tata uwielbiał oglądać. Spiker płynnie przechodził od ABBY do Loreen.

– Co się dzieje, Selmo?

Uklęknąłem obok i zawahałem się. Jednak w końcu ją objąłem, próbując dodać otuchy. Szczerze mówiąc, nie obchodziło mnie, co tak poruszyło macochę. Niemniej tylko od niej mogłem wyciągnąć jakieś fakty na twój temat, Naomi.

– Chciałam, żeby przestał.

– Co przestał?

– Mówić. Po tylu latach… nie mogłam tego znieść. Nie mogłam…

Selma pokręciła zdecydowanie głową, co, w jej mniemaniu, miało dodać racjonalności tym słowom. Ja z kolei zobaczyłem przed sobą tę samą malarkę Sörenson, która dostała ataku szału na pamiętnym wernisażu. Drżąc, zadałem pytanie:

– Czujesz się bezpiecznie?

A ona także się roztrzęsła. Chlipała i pociągała nosem. Powoli odrywała dłonie od twarzy – całej czerwonej, choć nie od płaczu, ale od krwi. Spuchnięte oczy patrzyły na mnie jak na wybawcę, jak na ostatniego sprawiedliwego w świecie przepełnionym nieszczęściem.

Znowu pokręciła głową, tym razem dużo mniej pewnie. Z ust dobiegło ledwie słyszalne, żałosne:

– Nie…

Odepchnąłem ją i rzuciłem się do salonu. Ojciec leżał w ulubionym fotelu z rozprutym gardłem. Na jego twarzy widziałem jedynie niewinne zaskoczenie, jak u dziecka, które skarcono po raz pierwszy w życiu.

 

***

 

– Naomi była wpatrzona w ciebie jak w obraz – powiedziałem i zdjąłem przez głowę koszulkę. – Czemu niby miałaby o mnie opowiadać. I to akurat tobie?

– Nigdy nie robiła tego na trzeźwo. Gdy wódka rozwiązywała jej język, mówiła więcej, niż chciała.

– I cóż takiego opowiadała?

– Że jej starszy braciszek się w niej podkochuje. A ona nie wiedziała, co robić. Dać mu dupy? Czy zgrywać cnotkę?

Zboczyłem na moment wzrokiem i myślami z jego osoby. Jeśli mówił prawdę… Jeśli naprawdę się wahałaś, Naomi… Więc wtedy to nie była tylko igraszka.

– Ale albo ci nie dała, albo dała, ale zawiodła twoje oczekiwania. Ostatecznie skończyłeś tutaj. Aż tak cię ciekawi, co ją tak podniecało?

Rozpiął spodnie i pozwolił im swobodnie opaść na podłogę. Nie miał na sobie bielizny. Przestąpił krok do przodu, stając przede mną zupełnie nago. Wciąż wyglądał jak olbrzym, jak gladiator w pełnym pancerzu. Było w tym widoku coś onieśmielającego.

– Chcę dowiedzieć się, jak wyglądały jej ostatnie chwile. Nic ponad to.

– Skoro jeszcze nie znasz tej historii, obawiam się, że możesz już jej nigdy nie poznać.

Podszedł naprawdę blisko. Aż musiałem zadrzeć głowę, by móc patrzeć mu w oczy. Wzbraniałem się przed jakimkolwiek kontaktem.

– Była dla ciebie czymś więcej, niż kolejną kurwą?

– Nie – szepnął i położył moje ręce na swoich plecach. – I ty też nie jesteś. Ale dość już o tych, których nie ma. Jesteśmy tu i teraz, a ty musisz zapracować na swoje korony.

Wyczułem pod ciepłą, szorstką skórą jak napinają się jego twarde mięśnie. Nie mogłem go rozgryźć, nie wiedziałem, czego oczekiwał. Nagle chwycił mnie za przeguby i zaczął przesuwać dłonie w dół, aż skończyłem, trzymając go za pośladki. Miękkie i twarde zarazem. Tak inne od kobiecych…

– Naomi była jak kocica. Lubiła, żeby wszystko działo się tak, jak ona chciała. Właśnie dlatego nie mogłem się nią znudzić.

Złożył pocałunek na mojej szyi, drapiąc kilkudniowym zarostem.

– W sumie, możesz być nawet lepszy niż ona. Przynajmniej nie będziemy musieli montować żadnych zabawek.

Kolejne słowa lubieżnie wyszeptał mi wprost do ucha:

– No, dalej. Masz już w rękach mój tyłek. Chcę dzisiejszej nocy zapłakać z rozkoszy.

Czekał. Moja bierność zaczynała go drażnić. Nils Lindgren mówił półsłówkami, z których nie potrafiłem wyciągnąć sensu. Oczekiwał, że zagram w jego grę.

– Odwróć się – szepnąłem.

Uśmiechnął się krótko i spełnił polecenie. Następnie pchnąłem go na łóżko.

 

***

 

Cichy, jednostajny, metaliczny dźwięk rytmicznie, wręcz monotonnie przerywał ciszę.

Ocknąłem się zupełnie nagi, przywiązany za przeguby sznurami znikającymi w mroku nad głową. Kostki także mi skrępowano, przytwierdzając je do haków w podłodze. Dookoła panowała ciemność, zaś wielki reflektor oślepiał bez litości. Dźwięk nie ustawał. Chwilę trwało, nim oczy przestały mi łzawić.

Wtedy zauważyłem Oscara siedzącego na skromnym krześle przede mną. Nogę miał założoną na nogę. Bawił się otwieraną, metalową zapalniczką w amerykańskim stylu.

Zacząłem chichotać. A potem roześmiałem się. Oscar przestał prztykać zapalniczką, a ja opanowałem się dopiero po chwili.

– Wystarczyło zapytać, Oscarze.

Odłożył metalową zabawkę na stół, skryty gdzieś w cieniu.

– Nie odmówiłbym ci zabawy. Wiem, że jestem ci trochę winien za to, że ciągle musisz słuchać moich żali.

– Wiesz, czym się różni seks od gwałtu? – Wziął do ręki pejcz, a ja załapałem, że na to pytanie nie należy odpowiadać. – Na seks zgadzają się dwie osoby i obie czerpią z niego przyjemność. A podczas gwałtu jedna żeruje na drugiej. I mam poczucie, że ty mnie tak gwałcisz od jakiegoś czasu, Elliocie. Szkoda, że nie w sposób, który mógłby mi się choć odrobinę podobać.

Smagnął biczem, powietrze świsnęło, a ja zagryzłem zęby. Powtórzył czynność raz, drugi, trzeci, piąty i ósmy. Aż w końcu ból był tak wielki, że wrzasnąłem. Dopiero wtedy przestał.

Dyszałem, a skóra na udach piekła bez litości. Uderzał tam, bo dopiero się rozkręcał.

– Znowu źle wybrałeś, Elliocie. Który to już raz?

Oscar podszedł, przypiął pejcz do sprzączki na pasku skórzanych spodni, a potem wziął moją głowę w obie ręce i pocałował w usta. Wepchnął swój język, by spotkać się z moim, a gdy nieśmiało zacząłem instynktownie odwzajemniać jego pieszczoty, gwałtownie odtrącił moją głowę, sięgnął pejcz i stanął mi za plecami.

To w nie teraz uderzał.

– Jak mogłeś być. Tak. Ślepy?! – Robił przerwy na kolejne zamachnięcia. – Nigdy. Nikt. Mnie tak. Nie. Znieważył. Nikt!

Zrobił przerwę, a ja nie przestałem wrzeszczeć.

 – Pierwszy raz w życiu próbowałem zrobić coś dobrze. Nie dla siebie. I co dostałem w zamian?

Zawisłem bezwładnie na linach, z bólu nie mogąc przestać kwilić. Oscar podniósł coś ciężkiego. A potem chlusnął we mnie lodowatą cieczą, a rany eksplodowały bólem tak potwornym, że nigdy nie czułem niczego podobnego.

Krzyczałem tak głośno, że aż ochrypłem.

– I czego wrzeszczysz, frajerze?!

Coś szczęknęło, liny uwolniły się ze swoich uchwytów, a ja upadłem na kolana. Oscar wówczas podbiegł, przesłaniając światło reflektora. Uniosłem głowę, a on uderzył pięścią w szczękę. Oszołomiony padłem na mokrą podłogę.

– Stałeś się taki jak oni. Zadajesz ból, bo nic innego nie potrafisz. Ale ja nie pozwolę się dłużej ranić. – Strzeliły nadwyrężone knykcie Oscara. – Nie pozwolę.

 

***

 

– Ty obłąkana kurwo! – ryknąłem i zostawiłem biednego ojca.

Stanąłem w progu salonu, lecz Selma zniknęła. Uciekła z mieszkania? Mało prawdopodobne, bo bała się z niego wychodzić. Kryła się niczym szczur. Znieruchomiałem więc na moment i jedyne, co słyszałem, to swój przyspieszony oddech oraz idiotycznie radosne „Waterloo” dobiegające z telewizora.

Na nic to nasłuchiwanie. Ruszyłem, wiedziony furią, w rajd po pomieszczeniach. Kuchnia pusta. Łazienka też. Idiotka, mogła się w niej przecież zamknąć. Gdy wyszedłem z mojego byłego pokoju, ujrzałem Selmę stojąca na środku korytarza, dzierżącą nóż, którym nie tak dawno szatkowała pomidory. Była zapłakana.

 – Dlaczego? – Zdołałem jedynie z siebie wykrztusić.

Selma powstrzymywała się przed szlochaniem.

– Mówił złe rzeczy… – Pociągnęła nosem. – Mówił, że ze mną skończy. Bo jesteście tacy sami. Skoro ty mogłeś, to on tym bardziej! Bałam się…

Cholerne brednie nawiedzonego babska.

– Selmo, odłóż nóż.

– Nie.

– Zadzwonię po policję. Wszystkim się zajmą, tylko…

– Nie!

– Odłóż ten pierdolony nóż albo cię skują jak terrorystkę, wariatko!

– Nie zbliżaj się! Dałam radę jemu, to dam i tobie! Przeklęta Naomi! Że też nie miała tyle rozsądku, co ja!

 

***

 

Pieprzyłem Nilsa Lindgrena ostro, bo tak sobie życzył. Podniecało go to. Mnie zresztą także zaczynała podobać się dominacja nad kimś o tak potężnej posturze, co biznesmen z Södermalm. Nie przewidziałem jednak, że fetysz olbrzyma był nieco bardziej skomplikowany. W kluczowym momencie przejmował kontrolę.

Cisnął mną na łóżko jak szmacianą lalkę, delektując się, że mógł zrobić ze mną praktycznie, co zechciał. Role się odwróciły. Lindgren poruszał lędźwiami szybko i agresywnie. Chciał patrzeć na moją znaczoną grymasem bólu twarz. Zacisnął mi dłonie na szyi, szczerząc się i jednocześnie sapiąc.

– To właśnie lubisz, co, chłopczyku? Tak się bawiłeś z Naomi, ty chory pojebie? Tak mam ci robić? Odpowiadaj!

Zaczynałem odpływać. Rozdziawiałem usta, by łapać powietrze. Naomi, czy tak wyglądał twój koniec, gdy za którymś razem Lindgren posunął się zbyt daleko?

 

***

 

Znów straciłem przytomność, a gdy ją odzyskałem, leżałem na drewnianym, nieheblowanym stole, skrępowany sznurem. Tym razem miałem zakneblowane usta.

– Nie umiesz się bawić – oznajmił Oscar. – Wrzeszczysz jak amator.

Spróbowałem mu odpowiedzieć, ale wydałem z siebie jedynie niezrozumiały bełkot. Oscar strzelił biczem w okolice mojego krocza, a ja zawyłem z bólu.

– Och, zamknij się w końcu.

Podniósł kanister i zaczął rozlewać benzynę dookoła. Nie oszczędzał mnie… ani siebie.

– Gadasz w kółko to samo. Naomi to. Naomi tamto. Jak zdarta płyta. Nie mogę już tego słuchać.

Pozbył się więcej niż połowy cieczy z pojemnika, a potem cisnął go byle dalej.

– Nawet, gdy umarła, ty nie przestałeś. Zaczynam rozumieć, że niektórym po prostu nie da się pomóc.

Pstryknął zapalniczką tuż przed moim nosem. Wydałem z siebie serię szybkich, błagalnych jęków.

– Co? Boisz się, że to może mi wypaść z ręki? Zastanówmy się, co by się wtedy stało? Zafundowałbym gościom „Euphorii” ich prawdziwą, ostatnią euforię. Może ta buda zasługuje, żeby ją spalić?

Znowu pstryknął.

Zaczynałem się dusić. Sznury zaciskały się od szamotania. Oscar to zauważył i scyzorykiem rozciął linę na mojej szyi.

– Nim zdążysz się z tego wyplątać, zadecyduję, czy mam dziś ochotę na ogień. Będziemy się bawić na moich zasadach. Jeśli masz dziś umrzeć, to przecież nie przez uduszenie. Muszę być bardziej oryginalny.

Pstryk.

– Skąd w ogóle masz czelność przychodzić do mnie i pytać, kto zabił drogą Naomi? Tak jakbyśmy obaj tego nie wiedzieli.

 

***

 

 

 

 

Kto cię zabił, Elliocie?

 

 

Kto cię zabił, Naomi?

 

Mój boże.

Otworzyłem oczy, a wszystko dookoła wyspy płonęło. Już nie tylko Sztokholm gdzieś daleko na horyzoncie, ale i oba brzegi, a nawet woda zatoki. Wszystko chłonęły jęzory ognia, które powoli wdzierały się także na wyspę.

Sojuszniczka patrzyła, jakby oglądała spektakl. A ja dusząc się, powstrzymując mdłości, oskarżyłem:

– To byłaś ty!

Powoli zwróciła głowę w moją stronę. Odezwała się cicho:

– Gratuluję. Niemniej, powinnam doprecyzować pytanie. Czyimi rękami cię zamordowałam?

– Idź do diabła.

Rzuciłem się biegiem w głąb wyspy, licząc, że nie wiadomo co tam znajdę. Czułem jak ta kobieta zmierza za mną bez pośpiechu. Jak pragnie… nie wiadomo czego. A z tej niewiedzy aż włosy jeżyły mi się na rękach.

– Nie uciekaj. – Usłyszałem głos wręcz dochodzący z wnętrza mojej głowy. Odwróciłem się, lecz nikogo za mną nie było. – Wielu już próbowało. Żadnemu się nie udało. Jestem ostrzem zrodzonym z grzechu Kaina…

Pośród leśnej gęstwiny zamajaczył budynek. Oby był zamieszkały!

– …bezwstydną ideą w zepsutym umyśle z Whitechapel…

Znalazłem drzwi – nie były zamknięte. Wparowałem do środka i ujrzałem olbrzymie, puste pomieszczenie, nie podzielone nawet na pokoje. W kącie stały jedynie schody prowadzące na piętro. Rzuciłem się w tamtym kierunku.

– …jedyną słuszną decyzją Urbana…

Piętro wyglądało jak skład broni. Wszędzie stojaki, a na nich dzidy, oszczepy, miecze i szable. Dalej pistolety, strzelby, karabiny. Było miejsce i na noże, sztylety, pałki, a także maczety.

– …lekiem na wszystkie troski Abdülhamida…

Złapałem jakiś rewolwer. Drżąc, sprawdziłem, czy miał naboje. Miał.

Odwróciłem się, a kilka kroków ode mnie stała moja rzekoma Sojuszniczka. Wycelowałem w nią.

– Rzadko kto odkrywa moje prawdziwe intencje, dlatego wiedz, że cię szanuję. – Kobieta wyszczerzyła zęby. Ostre i cienkie niczym szpilki. Odruchowo wystrzeliłem na ich widok, lecz kula przeszła przez nieznajomą jak przez powietrze. – Zdradź wreszcie, kto cię zabił. – Rozłożyła ręce. – To takie proste…

– Nie rozumiem, czego ode mnie chcesz – oznajmiłem. – I nie chcę rozumieć!

Wówczas wsadziłem lufę do ust i z nieskrywaną satysfakcją pociągnąłem za spust. Wstrząsnął mną pocisk, grzęznący gdzieś w mojej czaszce. Nogi omdlały. Upadając, nie czułem bólu. Nie czułem niczego. Resztkami świadomości próbowałem napawać się myślą, że już wkrótce być może znów się spotkamy, Naomi.

A gdy ciało wreszcie zastygło, zobaczyłem to, co zastępowało strop budynku. Ludzkie głowy i czaszki nawleczone niczym korale na niekończące się nici, tworzące przeolbrzymich rozmiarów drzewo, sięgające chmur, nieba, kosmosu. Na najniższym z jego konarów wisiała sina głowa łysiejącego faceta pod wąsem, a obok twoja śliczna buzia, Naomi. Martwa, z wyłupanymi oczami, zalana krwawymi łzami i z posklejanymi skrzepami włosami.

– Kim ty jesteś, by uważać, że masz przywilej umierać aż dwa razy?

Sojuszniczka przyklęknęła tuż obok mojego ciała, z którego duch jakimś cudem nie ulatywał. Wsadziła mi rękę do ust, głęboko, aż za nadgarstek. Grzebała bardzo uważnie, a mi do oczu z jakiegoś powodu napływały łzy. W końcu wyciągnęła nabój i odrzuciła go precz. Moje płuca znów napełniły się powietrzem. A dusza trwogą.

– Ach, głupi człowieku. Przez krótką chwilę byłam także i tobą, więc nie mów, że mnie nie rozumiesz. Nie pozwolę ci dołączyć do twojej kurwy, dopóki mi nie powiesz, kto cię zamordował. Bo cykl musi się powtórzyć.

 

Koniec

Komentarze

O! Skandynawia! Przeczytam z pewnością :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Tylko podziel się później wrażeniami! :D

 

W ogóle chciałbym zauważyć, ze to jest skandal – znalazłem tag Szkocja (ktoś kiedykolwiek użył?), a Szwecji nie było. :c

Hmmm. Nie przemówiło do mnie. Nie przepadam za erotyką w literaturze, a już na pewno nie w takim stężeniu. Co więcej, nie zrozumiałam, o co tu chodzi, kto kogo zaciukał, dlaczego, o co chodzi w zakończeniu…

Z resztą, nie tylko jego.

W tych okolicznościach przyrody – zresztą. W innym miejscu masz podobnie.

W sumie, oboje byliśmy.

A nie obaj?

A potem roześmiałem się w puk.

Nie rozumiem tego zdania, nie znam takiej konstrukcji.

Babska logika rządzi!

Witaj, Finklo! Dziwne, jestem pewien, że poprawiałem babole, które wskazałaś i to akurat w miejscach, które wskazałaś… Nie wiem co to się podziało. Cóż, poprawię jeszcze raz. ;)

Tak się zastanawiałem, czy nie przesadziłem trochę i wszystko będzie jasne dla czytelnika. Jeśli żywisz taką chęć, to mogę Ci na pw co nieco wyjaśnić. Nie chciałbym tego robić tu, żeby poznać też opinię innych ewentualnych czytelników.

 

Edyta: “w puk” to chyba regionalizm, o którym zapominam (pamiętam, że już raz mi wytknęłaś tę frazę ;)

Może poczekajmy na więcej komentarzy z ewentualnymi spojlerami. ;-)

Jeśli niewiele zrozumiałam, to nie musi być Twoja wina – naprawdę nie lubię scen seksu z literaturze, czytałam z niechęcią i mogłam przeoczyć jakieś kluczowe informacje.

Taaak? A ja nie pamiętam wytykania ani regionalizmu. Ciekawe, czy to ma jakiś związek ze “śmianiem się do rozpuku”.

Babska logika rządzi!

Najpewniej ma. :D

Zmieniłem na samo “roześmiałem się”, żeby nie było niedomówień.

 

A na tekst w takiej stylistyce nabrałem ochoty po przeczytaniu “Pachnidła”. Niestety, nie potrafię chyba pisać obrzydliwie o czymkolwiek, jak pan Suskind, dlatego taka tematyka przyszła mi na myśl dość naturalnie. Bo erotyka w tym tekście jest taka trochę patologiczna, nie oszukujmy się. ;)

Och, doszedłeś do tego od “Pachnidła”? W życiu bym nie poznała.

Patologiczna? Ja ciągle odmawiam przyjęcia do wiadomości, że facet bzyka własną siostrę. No, po prostu nie.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam, ale chyba nie skumałam :) Tzn. cały czas miałam wrażenie, że zaciućkała go Emma, ale po co, jak i dlaczego to nie wiem, a ostatnie zdanie to już w ogóle sprawiło, że nie wiem, co przeczytałam. Niemniej, nawet zainteresowało mnie kto zabił gostka a kto Naomi. Szkoda, że nie ma na to odpowiedzi (albo jest i jej nie zrozumiałam).

;_;

Bello, dzięki za komentarz.

Ale nie bardzo wiem, co Ci odpowiedzieć. Dawno, dawno temu, gdy wrzucałem tu mój pierwszy tekst (czyli jakieś siedem miesięcy temu ;) faktycznie zostawiłem w nim mnóstwo niedopowiedzeń i większość czytelników na to narzekała. Tym razem chciałem popełnić tekst w podobnym stylu, ale jednocześnie zawrzeć wszystkie istotne odpowiedzi w tekście. Chyba podałem je zbyt delikatnie, chcąc za wszelką cenę uniknąć dosłowności. :/

Jeśli masz ochotę, mogę wysłać pw. Zaskoczyłaś mnie z tą Emmą, bo to trzecioplanowa postać służąca bardziej za dekorację. :D

Ale Emma pije to samo, co Sojuszniczka. Też taką opcję rozważałam.

Babska logika rządzi!

To był tylko rekwizyt, którego Sojuszniczka użyła, by rozbudzić wspomnienie Elliota…

 

Ale to żałosne, że muszę tłumaczyć własny tekst. Chyba jednak przedobrzyłem. :p

Strasznie brudny klimat, ale to nie zarzut, tylko pochwała, że taki potrafisz stworzyć. Tak brudny, że ledwo przeczytałem. Styl wydaje się prosty, ale sugestywny. Plus za motyw zagadki, która wciągała, żeby czytać dalej. Zdjęcia pomagały w wizualizacji miejsc. No i mam dylemat, bo z jednej strony plusy, a zdrugiej historia wydaje się za mocno zagmatwana. Bo co, Nils był zazdrosny i zabił Eliota, a może Oskar zabił Eliota i Naomi i podpalił miasto bo zobaczył Eliota z siostrą jak się bzykają, albo Selma jednak pchnęła nożem bohatera, bo on i tatuś bzykali Naomi?  No i czy bohater jest w czyśćcu… Wiesz, Brightside, lubię teksty, w których trzba myśleć, ale jak mam ochotę na sudoku to sięgam po gazetę. Pewnie gdybym jeszcze raz przeczytał, to by się rozjaśniło, ale dwa razy ten sam tekst czytać? Czasem tak, ale nie w takim celu.

 

A, i co robiła łuska naboju w ustach bohatera? Wydaje mi się, że łuska zawsze zostaje w rewolwerze.

 

 

Blackburnie, dzięki za wizytę. Widzę coraz lepiej, że za bardzo poszalałem z intrygą, niemniej fascynuje mnie mnogość Waszych interpretacji. :D

Cieszy, że pomimo zagmatwania, dostrzegłeś plusy tego tekstu. Co do łuski – na broni nie znam się ni w ząb, niemniej zapewne masz rację. Zmienię na pocisk.

Proponuję zamienić na nabój. Pocisk to raczej kojarzy się z czymś większym. ;)

Jak sobie życzysz. Dyskusję o łopatach już zaliczyliśmy, dlatego o nabojach nawet nie zaczynajmy. :D

Opowiadanie jest przesycone gęstym, mrocznym i wielce tajemniczym klimatem, i czytałam z niejakim zaciekawieniem tudzież nadzieją, że w końcu zdołam zorientować się, o czym ono jest, niestety, zaciekawienie nie zostało zaspokojone, a nadzieja okazała się płonna.

 

El­liot ru­szył w jej kie­run­ku, choć ciało cią­gle nie do końca się słu­cha­ło. – Dziwni brzmi słuchające się ciało.

Może: El­liot ru­szył w jej kie­run­ku, choć ciało cią­gle nie do końca było posłuszne.

 

Język po­dą­żał cier­pli­wie po kra­wę­dzi wska­zu­ją­ce­go palca. – Palce mają krawędzie?

 

Zo­sta­nie bli­zna? –za­py­tał te­atral­nie chu­dzie­lec zza moich ple­ców. – Brak spacji po półpauzie.

 

Prze­cież to nie pierw­szy to raz, po­my­śla­łem. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

za­uwa­żył, że lewą ręką, którą pod­pie­rał się o drze­wo… – Raczej: …za­uwa­żył, że lewą ręką, którą o­pie­rał się o drze­wo

Podpieramy się czymś, np. laską.

 

Szyb­ko omio­tłaś za­gra­co­ny sto­lik wzro­kiem. – Raczej: Szyb­ko omio­tłaś wzrokiem za­gra­co­ny sto­lik.

 

Twoją uwagę przy­ku­ła bu­tel­ka Ab­so­lu­ta, opróż­nio­ne­go za po­ło­wę.Twoją uwagę przy­ku­ła bu­tel­ka ab­so­lu­ta, opróż­nio­na za po­ło­wę.

Opróżniona była butelka, nie wódka.

Nazwy trunków piszemy małą literą. http://sjp.pwn.pl/zasady/;629431

Niespecjalnie też podoba mi butelka opróżniona za połowę. Pierwszy raz stykam się z takim określeniem. Może: Twoją uwagę przy­ku­ła bu­tel­ka ab­so­lu­ta, w większości opróżniona.

 

Nie czę­sto go­ści­łem w domu… – Nieczę­sto go­ści­łem w domu

 

Męż­czy­zna za­ci­snął po­bru­dzo­ne szarą, cuch­ną­cą breją usta. – Raczej: Męż­czy­zna za­ci­snął usta po­bru­dzo­ne szarą, cuch­ną­cą breją.

 

Nie trud­no było zna­leźć Nilsa Lind­gre­na.Nietrud­no było zna­leźć Nilsa Lind­gre­na.

 

Nikt nie otwie­rał, więc na­ci­sną­łem na klam­kę. Drzwi otwo­rzy­ły się. – Nie brzmi to najlepiej.

 

Ock­ną­łem się zu­peł­nie nagi, przy­wią­za­ny za prze­gu­by przez sznu­ry zni­ka­ją­ce w mroku nad głową. – Sznury go przywiązały??? ;-)

Pewnie miało być: Ock­ną­łem się zu­peł­nie nagi, przy­wią­za­ny za prze­gu­by sznu­rami zni­ka­ją­cymi w mroku nad głową.

 

Chwi­lę za­ję­ło, nim oczy prze­sta­ły mi łza­wić. – Raczej: Chwi­lę trwało, nim oczy prze­sta­ły mi łza­wić.

 

Zła­pa­łem do rąk jakiś re­wol­wer. – Raczej: Zła­pa­łem jakiś re­wol­wer.

Łapiemy rękami, ale czy można coś łapać do rąk?

 

–Zdradź wresz­cie, kto cię zabił. – Brak spacji po półpauzie.

 

Wstrzą­snął mną po­cisk, grzę­zną­cy gdzieś w mojej czasz­ce. – Czy oba zaimki są niezbędne?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sztokholm. Padło kilka znajomych nazw i mogłam poczuć się, jakbym znów tam była. W paru miejscach (wybacz, nie notowałam) przesadziłeś chyba z odniesieniami – coś tam na południe od Gamla Stan, coś tam gdzieś tam od Gamla… Narracja – w każdej z postaci – prowadzona była z perspektywy lokalesa, który nie potrzebuje takich dopowiedzeń, więc w tych miejscach brzmiało to jak kiepski przewodnik turystyczny.

Paskudną rodzinkę sobie wymyśliłeś. Skumulowałeś wiele rodzajów brudnego seksu, czego nie lubię i mi się nie podobało. Dlaczego więc doczytałam do końca? Bo, kurka, tak poprowadziłeś wszystko, że machając ręką na wszystko, chciałam po prostu poznać odpowiedź na zagadkę – kto zabił? No i się nie dowiedziałam… Wymieszałeś sceny tak, że nie jestem pewna, jaka jest prawidłowa chronologia.

I zastanawiam się tylko, czy faktycznie aż tak poukrywałeś wskazówki, czy to ja jestem taka mało spostrzegawcza.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Mieszanie scen mi nie przeszkadzało specjalnie – sama często tak robię, więc jestem przyzwyczajona. U Ciebie dość szybko orientowałam się po początkach kolejnych akapitów, gdzie (z kim) się znaleźliśmy. Nie przeszkadza mi, że nie dowiedziałam się, kto zabił. Natomiast przeszkadza mi, że nie odkryłam, kim jest Sojuszniczka. 

Klimat gęsty i brudny, ale bez przeginania, na szczęście nie przekroczyłeś granicy, za którą mogłabym odczuwać niesmak. 

W pierwszym akapicie zaraz na początku jest odorem wilgoci i zgnilizny i pod koniec akapitu w wilgoci liści. Tę drugą wilgoć można bez szkody usunąć.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki za opinie, poprawki wprowadziłem.

Chyba należy Wam się parę słów wyjaśnienia, skoro poświęciliście czas, żeby przeczytać tę kobyłę.

 

>SPOILER<

 

Pierwszą osobą, która kogokolwiek zabija, jest Naomi. Przychodzi do Elliota się z tego zwierzyć, gdyż wtedy jest już w “związku” z Nilsem, który jednak widzi w niej tylko dziwkę, więc nie ma pomiędzy nimi relacji innej niż fizyczna, a Naomi czuje ogromną potrzebę aby się wygadać. Dziewczyna przesadziła podczas seksu z mężczyzną, który przyszedł po ostre doświadczenia, których żona nie chciała mu dać. Podaje jego opis – jego głowa pojawia się na końcu na drzewie z czaszek, co wiąże się z ostatnim zdaniem tekstu.

 

Później umiera Naomi. I Elliot, szukając we własnych wspomnieniach osoby, która go zabiła, tak właściwie dowiaduje się, kto zamordował Naomi. Zarówno macocha, jak i Nils, a wreszcie Oscar – wszyscy w swoich wypowiedziach dają wskazówki, że to Elliot zamordował. I w tym momencie nieistotnym staje się, kto tak naprawdę zabił Elliota, dlatego też wspomnienia się urywają przed wskazaniem sprawcy jego śmierci – bo Elliot zauważa zależność, że to zawsze morduje Sojuszniczka, tylko cudzymi rękami. W pierwszej połowie tekstu Sojuszniczka mówi, że spotkała Naomi, ta odpowiedziała na jej pytanie i więcej się nie widziały. Później Elliot także otrzymuje wciąż to samo pytanie, ale jest zbyt skupiony na Naomi, żeby odpowiedzieć. Inna sprawa, że mentalnie też nie jest z nim wszystko w porządku, bo nie przyjmuje w ogóle do wiadomości, że to on mógłby zamordować dziewczynę. O tym też wspominał Nils, gdy opowiadał o wybuchu Elliota po wyjściu z opery – którego główny bohater w ogóle nie pamiętał.

 

Sojuszniczka oczekuje wskazania winnego śmierci osoby, z którą rozmawia. I tak mężczyzna pod wąsem wskazał Naomi, Naomi Elliota, zaś później to Elliot musiał kogoś wskazać. By cykl śmierci mógł dalej trwać (Sojuszniczka podaje kilka przykładów swojej działalności, od Kaina, przez krucjaty, i tak dalej). Kim więc ona jest? Jakimś uosobieniem śmierci, jak sądzę.

 

<KUNIEC SPOILERA>

 

Pozostaje mi tylko przeprosić, że nie wyłożyłem sprawy wystarczająco klarownie, ale obiecuję poprawę w przyszłych tekstach. :)

I Bemik – dziękuję za klika. Przywróciłaś mi nadzieję, że ten tekst jednak nie jest kompletną porażką.

Starałem się i nawet robiłem notatki :) Ale przyznaję szczerze, że czytałem na raty i nie od końca zrozumiałem. Za to podoba mi się tok narracji. Gęsty i tajemniczy. No i rwany, a to wręcz uwielbiam :)

Rozumiem, że seks potrzebny, ale wszystko ma swoje granice i ja przekraczaniu tych granic nie zawszę lubię czytać.

I niestety przykro mi to stwierdzić, że nawet po przeczytaniu spojlerów nie do końca jestem zadowolony, nie zrozumiawszy wszystkiego.

F.S

Foloinie, zniszczyłeś mnie tymi notatkami. :D

Cieszę się, że znalazłeś jakiś jasny punkt w tym opowiadaniu. Jedyne, czego będę bronić, to ilość seksu, bo chociaż duża, to według mnie nie jest zbyt duża. Bohaterowie to przecież w większości pracownicy domu uciech. ;)

Pozdrawiam!

MrBrightside, to opowiadanie nie było z kategorii "bright side of life". Takie rzeczy to chyba tylko w Szwecji…

 

Poniższe uwagi potraktuj proszę jako moje odczucia, nie korektę językową.

 

wygląd łatwo mylił oczy

– myślę, że wygląd, jeśli jest złudny, to wprowadza w błąd obserwatora, nie jego oczy. Wygląd natomiast może nie udzielać jednoznacznej odpowiedzi na temat płci.

 

Zdrętwiałe nogi tak bardzo nie chciały nieść.

Napisałbym po prostu, że "nogi odmawiały posłuszeństwa", zamiast przypisywać im wolę przeciwną do woli ich właściciela.

 

oglądał jej poczynania w zafascynowaniu

– zgrabniej byłoby wg mnie: "z zafascynowaniem" albo "z fascynacją".

 

aby nie mieszać ze sobą klientów „casualowych” i „hardcore’owych”, jak to przyjęło się w slangu.

– wyszło na to, że w slangu miesza się klientów. Dodałbym chyba "jak to się przyjęło mówić w slangu".

 

Tobie tez pozwolę.

– literówka

 

odór zgnilizny i grzybni zaczął zmieniać ton.

– odór zmienia ton, nie wiem, czy tak bym napisał.

 

Natomiast poniższy fragment uważam za fajny:

(…) kłóciliśmy się, słowami kładąc rysy na naszej idealnej rzeczywistości.

 

Pytanie:

– Przez kogo tutaj jesteś?

po wyznaniu Sojuszniczki o śmierci Eliota nabrało nowego sensu; osiągnąłeś pożądany efekt.

 

Myślę, że masz pewien cenny dar zdradzania charakteru i motywacji postaci poprzez opisy drobnych gestów.

Na przykład Emma:

Nieśmiało zgarnęła włosy za ucho

A po podaniu szklanki:

szybko zmoczyła usta.

Naomi

muska po drodze dłonią chłodną rurę.

Bardzo lubię taki sposób opisywania reakcji bohaterów bez zbędnych, łatwych stwierdzeń, którymi mógłbyś zastąpić powyższe: “jej gesty wyrażały nieśmiałość", "była spięta, bo chciała być uznana za atrakcyjną" albo "opuściła scenę tak, jakby miała wszystko gdzieś".

Twoje pisanie oparte jest na zmyśle obserwacji ludzi i uważam, że takie przedstawianie scen kryje potężny potencjał, ponieważ sprawia, że Twoi bohaterowie zaczynają żyć w mojej głowie. Gdybyś nie napakował tekstu scenami seksu i przemocy, może te cenne subtelności zaczęłyby być bardziej widoczne i grać na korzyść Twojego opowiadania.

Całe wyuzdanie świata, który opisujesz, miało być pikantnym dodatkiem mającym przyciągnąć oko i utrzymać zainteresowanie czytelnika. Moim zdaniem niepotrzebnie tak je eksponujesz.

Myślę, że w Twojej prozie kryje się potencjał, by była czymś więcej, niż jest. Oskar, Selma i jej mąż, Naomi, a nawet główny bohater – to b. charakterystyczne postaci ze wszystkimi swoimi dziwnymi chorobami, obsesjami i żądzami. To solidne podstawy dla fabuły naszpikowanej bardziej finezyjną intrygą, niż śmierć przy seksie analnym (chociaż trzeba przyznać, że dochodzenie "detektywa" po jego zgonie uważam orginalny pomysł). Jak dotychczas to właśnie bohaterowie Twoich opowiadań zapadają mi w pamięci (np. relacja ojca z synem w "Doktor Harvey"), a nie ich fabuła.

 

Na to, że Eliot zabił Naomi, wpadłem po wymianie zdań Eliota z Selmą, ale na to, że nie miałem wpaść na to kto zabił Eliota, nie wpadłem ;) Dlatego odpowiedź “Sojuszniczka” nie jest dla mnie satysfakcjonująca.

 

Wybacz za długi komentarz, ale chyba sam chciałbym taki otrzymać.

Witaj, Nimrodzie, mój już chyba stały czytelniku. Cieszę się, że tu zajrzałeś. ;)

Cenię sobie Twoje opinie, bo zawsze wynika z nich coś interesującego. Z wieloma spostrzeżeniami mogę się zgodzić. Jestem zadowolony z postaci występujących w tym opowiadaniu, ale jestem też świadom, że w fabule wiele rzeczy po prostu nie gra. Jednak cieszę się, że znalazłem miejsce takie jak to, w którym mogę się dzielić swoimi tekstami i otrzymywać wiadomość zwrotną, co jest nie tak, nad czym trzeba popracować. I po prostu udoskonalać to. Dlatego miejmy nadzieję, że moje fabuły z czasem staną się sensowniejsze.

Wyuzdanie świata, na które zwróciłeś uwagę (nie Ty jeden – wystarczy przejrzeć komentarze) to efekt zamierzony. Wymyśliłem sobie brudną, skrzywioną rzeczywistość i postanowiłem tchnąć w nią życie. Efekt oceniam jako zadowalający, co z resztą również potwierdzają inne opinie. Jak już mówiłem, w tym tekście nie zagrała fabuła.

I na koniec jeszcze widzę, że po raz kolejny wspominasz “Doktora Harveya”. Przyznam, że dwa dni temu doszła książka, którą wygrałem tym opowiadaniem w konkursie, parę miesięcy temu przyszła także inna. Ale żadna książka nie cieszy tak bardzo jak świadomość, że moje opowiadanie wciąż żyje w czyimś umyśle i jest do tego miło wspominane. Dziękuję, Nimrodzie. :)

Niestety nie będę wyjątkiem, bo też do końca nie załapałam przedstawionej intrygi.

Niemniej jednak opowiadanie jest fajnie napisane, postacie są ciekawe. Popracuj nad odkrywaniem kart i będzie czad :P

I plus za zdjęcia jako miły przerywnik.

Och, nie zauważyłem Twojego komentarza. :D

No zdjęcia czadowe, w końcu osobiście pomagałaś je robić. XD Trzeba tam w końcu wrócić z lepszym sprzętem.

Nowa Fantastyka