- Opowiadanie: kubutek28 - W lot pojęte

W lot pojęte

Jedno z opowiadań z mojego cyklu. Motyw główny zaczerpnięty ze staropolskiej legendy. Miłej lektury:)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Finkla

Oceny

W lot pojęte

Tymon scho­dził po scho­dach wieży maga. Był głod­ny i ledwo żywy, przed ocza­mi wszę­dzie wi­dział li­ter­ki, któ­rych do­pie­ro co się uczył. I pół biedy, jakby tylko o na­ucze­nie się bukw cho­dzi­ło – do tego trze­ba skła­dać je w słowa! Chłop nigdy nie po­my­ślał­by, że samo ga­pie­nie się i my­śle­nie może być cięż­sze, niż takie ro­bie­nie w polu.

Scho­dził tak wolno, że, mimo iż w po­ko­ju na górze było jasno, to w klat­ce scho­do­wej oczy zdą­ży­ły przy­zwy­cza­ić się do pół­mro­ku. Za­sło­nił się ręką, gdy uj­rzał stale otwar­te wej­ście do wieży, przez które wpa­da­ły pro­mie­nie po­po­łu­dnio­we­go słoń­ca. Ta obiet­ni­ca wyj­ścia na ze­wnątrz spra­wi­ła, że za­czął my­śleć o obie­dzie. Trza bę­dzie zajść do Ba­ry­ły, po­my­ślał. Za­miast robić co w domu, zjem ja­kiej kaszy sma­ko­wi­tej albo…

Nie do­koń­czył myśli – nie zna­la­zł­szy ko­lej­ne­go schod­ka stopa tra­fi­ła w próż­nię, a on po­le­ciał do przo­du i sto­czył się z kilku ostat­nich stop­ni. Po­ma­cał się po gło­wie. Wy­czuł, że ro­śnie mu guz od zde­rze­nia ze ścia­ną. Spoj­rzał na scho­dy – rze­czy­wi­ście bra­ko­wa­ło jed­ne­go, jed­nak po chwi­li, bez dźwię­ku, znów się po­ja­wił. Tymon pod­peł­znął doń, do­tknął. Był, jakby nigdy nie znik­nął.

Wtem uniósł wzrok, sły­sząc śmiech do­bie­ga­ją­cy z góry.

– Aleś po­le­ciał – otarł łzy Ongus. – Jak kłoda. A tyleś har­mi­dru przy tym na­ro­bił, że mar­twy by się zbu­dził!

Tymon pod­niósł się za­gnie­wa­ny.

– To twoja spraw­ka? – burk­nął.

– Ano – kiw­nął głową cza­ro­dziej. – Ciesz się, że ci nie za­bra­łem któ­re­goś schod­ka u samej góry i na na­stęp­ny raz patrz, jak ła­zisz.

– Co tak się cie­bie takie głu­pie żarty cze­pi­ły? – Chłop był wciąż na­bur­mu­szo­ny. Może i pró­bo­wał się tro­chę roz­ch­mu­rzyć, ale do po­sta­wy prze­ciw­nej sku­tecz­nie za­chę­cał ów guz.

– Oj, głu­pie, nie głu­pie… – mach­nął ręką Ongus. – Takie wza­jem czy­nio­ne żarty bu­du­ją więzi.

– Cie­ka­wym, jak ty byś się zwią­zał, jak­byś zle­ciał ze scho­dów na łeb.

Cza­ro­dziej mruk­nął coś, nie od­po­wie­dział na to nic.

– Idę obia­dać do karcz­my – oznaj­mił Tymon. – Cho­ciaż już dzia­dzio zrzę­dzi, że nic nie robię, a jem za dwóch…

– Zo­ba­czysz, co bę­dzie gadał, jak mu coś wy­cza­ru­jesz – uśmiech­nął się Ongus.

Chłop wes­tchnął gło­śno.

– Oj, coś mi się widzi, że mnie wpierw z domu wygna, nim to się sta­nie… Trze­ba chyba się wziąć za ro­bo­tę jaką, choć spo­łem z tym ucze­niem to może być nie­wy­rób­ka…

– Chcesz przy­cho­dzić rza­dziej?

– Nie wiem, po­du­mam… Może i…

– Nie za­trzy­mu­ję cię już – uśmiech­nął się cza­ro­dziej. – Idź, bo pew­noś już głod­ny…

Chłop w od­po­wie­dzi po­ki­wał tylko głową i od­szedł smęt­nie, szu­ra­jąc ciż­ma­mi.

Ongus za­my­ślił się. Ty­mo­no­wi wi­docz­nie po­trze­ba było mo­ty­wa­cji. A nic tak nie za­chę­ca po­cząt­ku­ją­ce­go wol­szeb­ni­ka, jak ja­kieś pro­ste za­klę­cie, które ów uczy­ni sa­mo­dziel­nie. Od czego by tu za­cząć?

 

***

Tymon bek­nął, aż roz­le­gło się echo. Po smacz­nym i sy­cą­cym obia­da­niu nie było ni­cze­go lep­sze­go, niż ulżyć sobie, po­zby­wa­jąc się nad­mia­ru gazów z trze­wi. No, może jesz­cze drzem­ka ura­czy­ła­by go w pełni, ale na to ra­czej nie mógł li­czyć – był pe­wien, że dzia­dzio za­cią­gnie mło­dzień­ca do ro­bo­ty, gdy tylko ten po­wró­ci.

Szedł wła­śnie z karcz­my, bez­na­mięt­nie mi­ja­jąc wzro­kiem ko­lej­ne cha­łu­py w siole. Do domu wlókł się po­wo­li – ob­fi­ty obiad w brzu­chu za­chę­cał go ra­czej do spa­nia, a nie do ła­że­nia. Poza tym, naj­zwy­czaj­niej w świe­cie nie chcia­ło mu się pra­co­wać, a tego się spo­dzie­wał po do­tar­ciu do celu.

Prze­cho­dził wła­śnie obok łącz­ki, na któ­rej pasło się kil­ka­na­ście krów. Bez po­śpie­chu wy­ry­wa­ły i wcią­ga­ły ko­lej­ne kępy trawy. Nie­opo­dal pa­stwi­ska rosły gęste za­ro­śla, od­dzie­la­ją­ce ją od pól upraw­nych. Licz­ne krze­wy i róż­no­rod­ne, bujne zioła two­rzy­ły nie­moż­li­wy do prze­by­cia dla bydła mur.

Tymon przy­sta­nął, spoj­rzał z uwagą na bu­rzan. A może by tak opić się mleka i na­żreć ziela ja­kie­go?, przy­szło mu na myśl. Wszak od ta­kie­go po­łą­cze­nia szyb­ko bym się roz­cho­ro­wał. Był tak zmę­czo­ny i znie­chę­co­ny, że gotów był nawet na po­dob­ne nie­przy­jem­no­ści, byle tylko unik­nąć pracy. Za­czął roz­glą­dać się za zio­łem na­da­ją­cym się do jego planu. Za­trzy­mał się przed krze­wem sza­kła­ka.

Zaraz, co ja, głupi?, za­sta­no­wił się. Sam się będę truł? Le­piej zgo­tu­ję jakąś hecę wol­szeb­ni­ko­wi, oba­czym, czy bę­dzie się śmiał…

Ze­rwał z krza­ka kilka ciem­nych owo­ców, scho­waw­szy je do kie­sze­ni ru­szył do domu, w my­ślach go­dząc się na, zda­wać by się mogło, nie­unik­nio­ną pracę.

Już z da­le­ka do­strzegł sta­rusz­ka sie­dzą­ce­go, jak to miał w zwy­cza­ju, na ła­wecz­ce pod pło­tem. Pod­szedł doń, zwró­cił na sie­bie jego uwagę.

– Gdzie­żeś był, a? – za­py­tał od razu dzia­dzio. Tymon usły­szał w jego gło­sie złość. – Znów nic dziś jesz­cze nie zro­bio­ne, a zmierz­cha już, cały dzień zmi­trę­żo­ny.

– Oj tam, zaraz zmi­trę­żo­ny – mach­nął ręką mło­dzie­niec. – U wol­szeb­ni­ka byłem, na­uczał mnie.

– Ech – sta­rusz­ka ta od­po­wiedź by­naj­mniej nie usa­tys­fak­cjo­no­wa­ła. Po­krę­cił z dez­apro­ba­tą głowę, cmok­nął gło­śno. – A jutro? Idziesz?

Tymon po­my­ślał, uznał że musi. Choć­by po to, by za­wia­do­mić cza­ro­dzie­ja, że bę­dzie przy­cho­dził rza­dziej. Kiw­nął głową.

– Zro­zu­miał­bym ja, jak­byś cho­dził kiedy nie­kie­dy, ro­bo­ty nie za­nie­dbu­jąc – zi­ry­to­wał się dzia­dzio – ale ty miast tego, pio­run trzasł, już le­cisz, jak pa­rob­czak jaki…

– Oj, dzia­dziu, prze­cie Ongus na wol­szeb­ni­ka mnie przy­spo­sa­bia, żebym też mógł cuda wy­czy­niać.

– Ty­mon­ku, puk­nij ty się. A na cóż ci będą one, gdy nie bę­dziesz miał co do gęby wło­żyć?

Tymon po­my­ślał, że wtedy przy­da­ły­by się na wiele, być może jesz­cze więk­szy przy­nio­sły­by po­ży­tek. Uznał jed­nak, że dzia­dzio ob­sta­je przy swoim mnie­ma­niu tak mocno, że nic nie by­ło­by w sta­nie go od tegoż od­cią­gnąć, nawet gdyby za spra­wą cza­rów po­ja­wił się przed nim stół za­sta­wio­ny, ni­czym u ksią­żąt. Mło­dzie­niec po­sta­no­wił, że póki co po­słu­cha dziad­ka, choć przez jakiś czas.

– Wiesz prze­cie, że ja nie­do­łęż­ny – pod­jął znów sta­ru­szek. – Za dużo już nie zro­bię. Jak tak dalej pój­dzie, to wy­zdy­cha­ją nam wszyst­kie kró­li­ki…

– Sprze­dać i nie by­ło­by się czym kło­po­tać – pal­nął Tymon.

– O, ode­zwał się! A do pasz­te­tu to pierw­szy!

Cóż miał od­po­wie­dzieć? Dzia­dziu­sio­wy pasz­tet z kró­li­ka był praw­dzi­wie wy­bor­ny, to i Tymon jadł go chęt­nie. A że dzia­dzio pew­nie już się ojadł przez całe życie i wia­do­mo, stary, to w ogóle po­ży­wa mniej, to ape­tyt mło­dzień­ca zda­wał się jesz­cze więk­szy.

– Na targ i tak trze­ba się wy­brać – za­de­cy­do­wał dzia­dzio po chwi­li. – Jak się kró­li­ce okocą, to nam kla­tek nie star­czy, wy­pa­da­ło­by sprze­dać tro­chę mło­dych…

– To już po­ju­trze… – sap­nął Tymon. – Bo to skoro świt trze­ba, a jutro jesz­cze chcę do wol­szeb­ni­ka zajść na tro­chę…

– Nie­chaj bę­dzie – wes­tchnął sta­ru­szek.

 

***

Ongus sie­dział po­chy­lo­ny przy sto­li­ku, pod­niósł się żywo, gdy tylko wszedł jego uczeń.

– Chodź, chodź. Usiądź – wska­zał na zaj­mo­wa­ne przed chwi­lą przez sie­bie miej­sce. Był bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­ny.

– Coś taki we­so­ły? – za­py­tał Tymon lekko za­nie­po­ko­jo­ny.

– Jak prze­czy­tasz, co przy­go­to­wa­łem, to się do­wiesz – cza­ro­dziej uśmiech­nął się sze­ro­ko. – Skup się.

Chłop po­dra­pał się po uchu, spoj­rzał na tekst le­żą­cy na stole.

– Nie, na razie ni­cze­go nie czy­taj – prze­rwał Ongus. – Za­mknij oczy. Skon­cen­truj myśli… Wy­obraź sobie… drze­wo!

Cóż za pro­blem?, po­my­ślał Tymon, dzi­wiąc się tro­chę. Każdy głupi drze­wo wi­dział…

– Tak… Wi­dzisz jego li­sto­wie? Zie­lo­ne i so­czy­ste…

Mło­dzie­niec uj­rzał w my­ślach klon. Silny, o gru­bym pniu, ponad któ­rym roz­po­ście­ra­ło się morze zie­le­ni.

– Spójrz, jak wiatr wzru­sza li­ść­mi. De­li­kat­nie, nie­śmia­ło wręcz. – Mag kon­ty­nu­ował na­kie­ro­wy­wa­nie swo­je­go ucznia.

Ostro za­koń­czo­ne li­ście po­ru­szy­ły się, od razu za­szu­mia­ło.

– Wiatr wzmógł się. Wieje moc­niej, chce ogo­ło­cić drze­wo. To już nie jest cie­pły po­wiew, nad­cho­dzi… je­sień!

Drze­wo w wy­obraź­ni Ty­mo­na za­czę­ło opie­rać się coraz sil­niej­szym tchnie­niom. Mi­mo­wol­nie chłop wy­obra­ził sobie, jak li­ście w jedną chwi­lę po­żół­kły, część stała się czer­wo­na, inne za­czę­ły brą­zo­wieć.

– Po­dmuch zrywa li­ście, bawi się nimi, nie po­zwa­la upaść na zie­mię! Każe im… latać! – wy­szep­tał Ongus. Brzmiał po­dob­nie, jak szum z wy­obraź­ni mło­dzień­ca.

Drze­wo zni­kło chło­pu z wi­do­ku, sku­pił się na po­je­dyn­czym, zbrą­zo­wia­łym li­ściu, który bez­wład­nie ode­rwał się od ga­łę­zi. Czuł jego bez­sil­ność; po­my­ślał, jak zroz­pa­czo­ny byłby on sam w ta­kiej sy­tu­acji. Mio­ta­ny po­dmu­cha­mi, bez moż­li­wo­ści za­ko­twi­cze­nia się, wal­czą­cy, lecz nie­sku­tecz­nie.

– Otwórz oczy!

Tymon za­sko­czo­ny do­pie­ro po chwi­li uświa­do­mił sobie, że było to tylko wy­obra­że­nie. Za­mru­gał kil­ka­krot­nie, wpa­tru­jąc się w cza­ro­dzie­ja.

– Do­brze – uśmiech­nął się Ongus. – Spójrz teraz na księ­gę przed tobą. Spró­buj prze­czy­tać w my­ślach, a póź­niej na głos pierw­szą frazę na­pi­sa­ną po­gru­bio­nym pi­smem.

Tymon po­słusz­nie spoj­rzał na wska­za­ne zda­nie. Li­te­ry sobie przy­po­mi­nał, ale ukła­da­ły się one w nie­zna­ne mu słowo. Za­czął czy­tać je po kolei, wska­zu­jąc każdą pal­cem. V-O-L-E-O F-L-U-G-G-I. Wy­po­wie­dział w myśli po­wsta­łe dwa słowa: Voleo flug­gi.

– Vo-leo flug­gi – rzekł nie­pew­nie na głos.

Spoj­rzał na On­gu­sa. Ów naj­pierw zro­bił za­wie­dzio­ną minę, póź­niej znów się uśmiech­nął. Jed­no­cze­śnie chłop po­czuł, że stuk­nął udem w sto­lik, a stopy ode­rwa­ły się od ziemi. Z nie­po­ko­jem po­pa­trzył na swoje ciało uno­szą­ce się w po­wie­trzu.

– La­tasz – wy­ja­śnił oczy­wi­stość mag. – Bez­błęd­nie wy­ko­na­łeś moje po­le­ce­nia i udało ci się wy­po­wie­dzieć twoje pierw­sze za­klę­cie.

Tymon za­chwy­co­ny po­my­ślał, że warto by­ło­by za­pa­mię­tać spo­sób, w jaki do tego do­szło i for­mu­łę za­klę­cia. Spoj­rzał prze­lot­nie na księ­gę. Voleo flug­gi. Po­wtó­rzył w my­ślach frazę, pró­bu­jąc za­cho­wać ją w pa­mię­ci.

– Chciał­byś się gdzieś prze­le­cieć? – za­chę­cił Ongus.

– A kiedy spad­nę? – od­po­wie­dział py­ta­niem chłop. Ow­szem, to by­ło­by cie­ka­we do­świad­cze­nie, ale bar­dzo za­le­ża­ło mu na tym, żeby je prze­żyć, by być może móc je komuś opo­wie­dzieć.

– Kiedy tylko ze­chcesz. Wy­star­czy wy­po­wie­dzieć od­po­wied­nie za­klę­cie.

Ongus pod­szedł do okna uśmiech­nię­ty, otwo­rzył je na oścież. Tymon zro­zu­miał za­chę­tę. Odbił się sto­pa­mi od su­fi­tu, za­ma­chał rę­ka­mi i bez słowa wy­fru­nął na ze­wnątrz.

 

Mag spoj­rzał na szy­bu­ją­ce­go ucznia. No cóż, być może za dużo się spo­dzie­wa­łem. Chcia­łem, by spró­bo­wał uczy­nić za­klę­cie samą myślą. I tak do­brze, że udało mu się cho­ciaż to.

Uśmiech­nął się zło­śli­wie. W swoim za­chwy­cie Tymon nie za­py­tał nawet o za­klę­cie po­zwa­la­ją­ce mu na po­wrót sta­nąć na ziemi. Po­la­ta, to zmą­drze­je, po­my­ślał, wpa­tru­jąc się w od­da­la­ją­ce­go się chło­pa.

 

***

Mimo, że Tymon miał już oka­zję latać ma­szy­ną – co na zwy­kłe­go miesz­kań­ca sioła było i tak nie lada do­świad­cze­niem – to nie mógł wyjść z za­chwy­tu, uno­sząc się nad opo­lem. Może to dla­te­go, że ową po­dróż za­wdzię­czał swoim umie­jęt­no­ściom. Roz­bu­dzo­nym i od­kry­tym przez On­gu­sa, ale wciąż swoim. Cała czyn­ność przy­po­mi­na­ła tro­chę pły­wa­nie – chłop ma­chał rę­ka­mi i no­ga­mi, dzię­ki czemu mógł się prze­miesz­czać. Wi­dział prze­la­tu­ją­ce cza­sem, wy­stra­szo­ne ptaki. Pró­bo­wał się z nimi ści­gać, ale jesz­cze dużo mu bra­ko­wa­ło, by osią­gnąć po­dob­ną im pręd­kość. Miał jed­nak na­dzie­ję, że skoro znał za­klę­cie, bę­dzie mógł sobie po­ćwi­czyć. Jedno, co go iry­to­wa­ło to fakt, że nie­ustan­nie się wzno­sił. Nad tym też po­sta­no­wił po­pra­co­wać.

A skoro już o pracy mowa, po­my­ślał, miło się lata, ale na­ten­czas chyba star­czy, trze­ba wró­cić i po­ro­bić coś w obej­ściu, żeby dzia­dzio się nie sro­żył. Za­ma­chał rę­ka­mi, za­czął ob­ni­żać się ku wieży maga.

Pod­le­ciał do okna, przez które wcze­śniej wy­chy­nął na ze­wnątrz. Było za­mknię­te. Za­pu­kał.

Zja­wił się Ongus, wyj­rzał na ze­wnątrz. Po­cią­gnął za klam­kę, jed­nak uchy­lił ramę tylko odro­bi­nę.

– Na razie mi star­czy tego la­ta­nia – oznaj­mił Tymon.

– Jak uwa­żasz – od­parł wol­szeb­nik. Poza tym jed­nak nie za­re­ago­wał.

– Od­cza­ruj mnie.

– Sam się od­cza­ruj.

– Nie po­wie­dzia­łeś, jak!

– Bo nie py­ta­łeś.

– Wpuść mnie! – roz­sier­dził się Tymon.

– Pa­mię­tasz, com ci mówił o wza­jem­nych żar­tach? Znów się na­bra­łeś. – Ongus za­śmiał się krót­ko. – Może przy­naj­mniej coś zmą­drze­jesz. Wy­raź­nie ci mó­wi­łem, że mo­żesz się od­cza­ro­wać, po­trzeb­ne ci tylko pro­ste za­klę­cie. Dla two­jej wia­do­mo­ści, było ono na­pi­sa­ne tuż pod tym, któ­re­go uży­łeś.

– Cze­kaj, no, ka­na­lio! – Tymon ze zło­ścią ude­rzył w okno.

– No, tylko mi tu bez pię­ści! Jak mi zbi­jesz szybę, obiję ci gębę! – Cza­ro­dziej na­stro­szył gniew­nie brwi. Chwi­lę póź­niej znów się ro­ze­śmiał.

– Zo­ba­czysz, no, dzia­du… – wy­ce­dził do sie­bie Tymon, od­le­ciaw­szy od okna. Ob­ni­żył się ku drzwiom, które jed­nak też były za­mknię­te. E, nie ma sensu, za­du­mał się chłop. Dzi­wak i tak pewno by mnie nie od­cza­ro­wał, nawet gdy­bym wlazł do środ­ka… Ule­ciał w górę, my­śląc o spo­so­bie na po­wrót na zie­mię i o ze­mście.

 

***

– A pan star­szy co taki za­smu­co­ny sie­dzi, a?

Wy­rwa­ny z za­du­my dzia­dzio spoj­rzał w stro­nę do­bie­ga­ją­ce­go głosu. Ku niemu, od stro­ny karcz­my, szedł Je­re­mi.

– Dumam sobie, że to pewno nie­dłu­go umrzeć przyj­dzie… – od­po­wie­dział sta­ru­szek z ża­ło­ścią w gło­sie.

– No co też pan po­wia­da? Prze­cie pan zdro­wyś, jesz­cze długo po­ży­jesz!

– Z każ­dym ko­lej­nym ro­kiem coraz szyb­ciej one lecą, nie zdą­żam ich już li­czyć! Ani się obej­rzę i mnie za­sko­czy śmierć nie­chyb­nie…

– Oj, nie martw się pan na zapas – mach­nął ręką Je­re­mi. – Tymon doma?

Dzia­dzio wes­tchnął gło­śno.

– Otóż i ko­lej­ne zmar­twie­nie… Zbie­sił się, robić nic nie chce, scha­dza się jeno z wol­szeb­ni­kiem i czort wie, co tam razem w tym wie­żysz­czu od­pra­wia­ją…

– Co pan powie? – zdzi­wił się Je­re­mi. – Za­tra­cił się? Prze­cie to taki po­czci­wiec był!

– Ano, wi­dzisz pan – dzia­dzio skrzy­wił się, wle­pił wzrok w jakiś bli­żej nie­okre­ślo­ny obiekt w od­da­li. – Takoż to już się dzie­je, bo wia­do­mo, że wszyst­ko po­dług pracy przy­jem­niej­szym się zdaje… Dziś też miał Tymon przyjść wcze­śniej, zro­bić co­kol­wiek póki widno, ale patrz pan, jesz­cze się nie zja­wił…

– Trza panu z nim po­ga­dać, albo ja mogę… A jak się nie po­wie­dzie, to z samym wol­szeb­ni­kiem zda­ło­by się po­pró­bo­wać.

– Boję się, że ów drugi może nie chcieć mnie wy­słu­chać… Żal to prze­cie bę­dzie dlań od­stą­pić od przy­spo­sa­bia­nia no­we­go wol­szeb­ni­ka…

Je­re­mi uniósł ze zdzi­wie­niem brwi.

– Ja­kie­goż znowu no­we­go wol­szeb­ni­ka? Cóż mó­wi­cie?

– Ty­mo­na niby, sam mi mówił, że się uczy.

– Dziw­no­ści…

Dla chło­pów było to nie­po­ję­te, jak jeden spo­śród nich mógł­by stać się cza­ro­dzie­jem. Uwa­ża­li poza tym, że być może za­mia­na taka spra­wi­ła­by utra­tę kom­pa­na.

– Ech, za stary ja je­stem na takie du­ma­nia… – jęk­nął znów dzia­dzio. – Go­rzej, że tera nima komu robić… Wy­zdy­cha­ją mi wszyst­kie kró­li­ki…

– Trze­ba panu tedy po­szu­kać kogo do pracy w za­stęp­stwie – po­ra­dził Je­re­mi – a w na­gro­dę ofia­ro­wać kró­li­ka, czy…

Po­ciem­nia­ło nagle. Chło­pi spoj­rze­li na niebo, uj­rze­li jak coś za­sła­nia słoń­ce.

– Cóż to za cień? – zdzi­wił się Je­re­mi. – Ja­strząb, czy co?

Dzia­dzio zmru­żył oczy, przy­pa­trzył się zja­wi­sku.

– Po­więk­sza się – osą­dził. – Leci ku nam.

Rze­czy­wi­ście, kształt cały czas się zbli­żał, w końcu roz­po­zna­li w nim syl­wet­kę czło­wie­ka.

– Gwał­tu, rety! Upir! – za­krzyk­nął Je­re­mi.

– A może rze­czy­wi­ście już po mnie leci? – za­śmiał się ner­wo­wo dzia­dek. – Nawet ubiec nie dam rady, ale ty pan ucie­kaj, na cóż mara ma się nas dwóch na­cha­pać?

Je­re­mie­mu nie trze­ba było po­wta­rzać. Bez sporu zo­sta­wił sta­rusz­ka sa­me­go, za­czął ucie­kać sku­lo­ny.

– Stój­że! Ot, głupi, gdzie le­cisz?

Chłop od­wró­cił się, usły­szaw­szy zna­jo­my głos. Uznał, że gdyby była to praw­dzi­wa zjawa, ga­da­ła­by ze świ­stem, a dźwięk jej słów mro­ził­by do szpi­ku kości.

Jego oczom uka­zał się oso­bli­wy i co­kol­wiek nie­po­ko­ją­cy widok – oto koło dzia­dzia, około dwóch pię­dzi nad zie­mią, uno­sił się Tymon.

– Ty­mo­na dusza umę­czo­na! – za­drżał Je­re­mi. – Po­wró­ci­ła po jego śmier­ci, spra­wy ja­kiejś waż­nej uprzed­nio nie za­ła­twiw­szy! Ale kie­dyż on umarł?

– Jak cię zaraz trza­snę w łeb, prze­sta­niesz gadać dur­no­ty! – roz­gnie­wał się la­ta­ją­cy Tymon. – I oba­czysz czy ja samo duch, czy razem z po­wło­ką!

Je­re­mi uznał, że to jed­nak nie była zjawa. Oweż nie są takie nie­grzecz­ne.

– Ale… prze­cie ty la­tasz!

– Ano, latam… Wol­szeb­nik mnie tak za­cza­ro­wał.

– Na cóż to?

– Tak po praw­dzie… – Tymon po­dra­pał się po gło­wie, pod­pły­nął w dół, bo zdą­żył już unieść się lekko. – Ja sam się za­cza­ro­wa­łem. Ale to wol­szeb­nik mnie na­mó­wił, a nie chce po­wie­dzieć jak się od­cza­ro­wać…

Za­pa­dła chwi­la mil­cze­nia. Uczeń On­gu­sa spo­glą­dał to na jed­ne­go, to na dru­gie­go to­wa­rzy­sza i ich otwar­te ze zdzi­wie­nia gęby.

– Dzia­dziu, ja nie chcia­łem – jęk­nął Tymon. – Ale tera to ja chyba nic nie zro­bię, póki na ziemi nie będę w mocy sta­nąć… Złyś?

Dzia­dzio za­mknął usta z kłap­nię­ciem. Znów je otwo­rzył, śmie­jąc się tak gło­śno, jak chyba tylko po­tra­fił. Ta­kiej re­ak­cji mło­dzie­niec się nie spo­dzie­wał.

– Ale heca – krzyk­nął dzia­dek, za­pła­ka­ny z ucie­chy. – Ot, się przy­spo­so­bił na wol­szeb­ni­ka! Sam się za­cza­ro­wał, od­cza­ro­wać się nie umi!

Za­re­cho­tał znowu, uśmiech­nął się też Je­re­mi. Tymon nie ob­ra­ził się na nich – ulży­ło mu ra­czej, że dzia­dzio nie roz­gnie­wał się, a on póki co unik­nie pracy.

– Miast śmiać się do­ra­dzi­li­by­ście co – po­ża­lił się Tymon. – Nie­po­dob­na prze­cie latać przez całe życie, osiąść ni­g­dzie nie mogąc; z głodu i zimna tu umrę.

– Cóż tu ra­dzić, lećże do cioty! – od­po­wie­dział Je­re­mi, na co dzia­dzio po­ki­wał z uzna­niem głową. – Prze­cie ona takoż się gu­sła­mi para, by­stro coś wy­my­śli.

– A, to jutro już po­le­cę – mach­nął ręką Tymon. – Zmierz­chać już bę­dzie, nie chcę latać nocą po bo­rach, szu­kać wiedź­mo­we­go domku po ciem­ku…

– Masz słusz­ność – uśmiech­nął się Je­re­mi. – Jesz­cze cię krucy we­spół z so­wa­mi go­to­we ro­ze­rwać. Bo wilcy to już ra­czej nie do­się­gną.

– Tylko uwa­żaj, nie daj się znów za­cza­ro­wać – dodał z re­cho­tem dzia­dzio. – Bo cię gu­ślar­ka w bo­cia­na zmie­ni i miast w cha­cie wła­snej bę­dziesz sy­piał na dachu, gniaz­do wprzó­dy ustro­iw­szy.

Być może Tymon za­słu­żył sobie na taki los. Od­po­ku­tu­je swoją głu­po­tę przez bycie przed­mio­tem drwin i żar­tów. Niech się po­śmie­ją, przy­naj­mniej zdrow­si będą. Nie dąsał się na nich. Prze­czu­wa­jąc jed­nak, że wkrót­ce może za­cząć, ule­ciał, ma­cha­jąc rę­ka­mi i no­ga­mi. Mu­sia­ło to za­baw­nie wy­glą­dać, bo mimo zwięk­sza­ją­cej się od­le­gło­ści sły­szał ich coraz gło­śniej­szy śmiech.

 

***

Za­czę­ły go swę­dzieć plecy. I w ogóle czuł, że ko­szu­la jakoś tak nie­wy­god­nie na nim leży. Ale nie mógł się ru­szyć – był już zbyt bli­sko. Kilka kawek sie­dzia­ło na jego ra­mio­nach i na gło­wie. Ptaki pew­nie my­śla­ły, że to jakiś na­po­wietrz­ny strach na wró­ble i lą­do­wa­ły na nim, jak na tych nor­mal­nych, wbi­tych w zie­mię.

Nie zdą­ży­ły nawet za­re­ago­wać, spa­ni­ko­wać, gdy Tymon szyb­kim ru­chem schwy­cił dwie z nich. Po­zo­sta­łe naj­pierw stra­ci­ły po­wierzch­nię pod swo­imi pa­zu­ra­mi, do­pie­ro póź­niej z gło­śnym wrza­skiem ule­cia­ły, ra­tu­jąc skórę. Nie wie­dzia­ły, że tylko świa­do­my wybór chło­pa za­de­cy­do­wał, które z nich mogły wciąż cie­szyć się wol­no­ścią. Dwa ptaki sza­mo­ta­ły się, go­to­we nawet wy­rwać sobie część piór, byle tylko uwol­nić się z uści­sku Ty­mo­na. Chłop schwy­cił je za nogi, po jed­nej na dłoń, trza­snął ich łeb­ka­mi o ko­la­na, za­czął wy­ry­wać im pióra, które opa­da­ły wolno ku ziemi, ni­czym oso­bli­wy, sza­ro-czar­ny śnieg. Zdarł z nich skórę i do­brał się do mięsa. Pierw­szy raz w życiu jadł taki obiad – mięso z kawek, do tego su­ro­we. O tym, że wi­siał kil­ka­dzie­siąt sążni nad zie­mią, pró­bo­wał nawet nie my­śleć, po­gor­szy­ło­by to jesz­cze ocenę tegoż do­świad­cze­nia. Po­si­łek był wręcz obrzy­dli­wy, Tymon miał na­dzie­ję nigdy wię­cej tego nie robić. Zmar­kot­niał, zwłasz­cza że tu, w górze, było dość zimno i o wiele chęt­niej zjadł­by coś cie­płe­go. Nie wy­obra­żał sobie jed­nak, jak mógł­by roz­pa­lić gdzie­kol­wiek ogień, bez prze­rwy się uno­sząc.

Chłop po­sta­no­wił po­la­tać jesz­cze tro­chę, aby roz­grzać się co nieco. Szyb­ko jed­nak się zmę­czył. Nic w końcu dziw­ne­go – ściem­nia­ło się już, a on pra­wie przez cały dzień wy­ma­chi­wał rę­ka­mi i no­ga­mi. Chciał za­snąć, ale nie za bar­dzo wie­dział, jak uło­żyć się do snu. Wi­sze­nie w po­wie­trzu, nie mając ni­cze­go pod ple­ca­mi, zda­wa­ło mu się głu­pie. Po­sta­no­wił po pro­stu za­mknąć oczy i cze­kać na sen, nie po­ma­ga­ło to jed­nak jesz­cze przez długi czas.

 

***

Zbu­dził go in­ten­syw­ny blask – to wscho­dzą­ce słoń­ce, które świe­ci­ło tak, jakby ktoś umie­ścił mu je pod po­wie­ka­mi. Ty­mo­no­wi było zimno, bo­la­ły go uszy i miał zły na­strój. Spoj­rzał w dół – prze­ra­żo­ny za­uwa­żył, że znaj­du­je się na tyle wy­so­ko, że ledwo mógł doj­rzeć sioło Wol­szeb­ni­ki. Roz­po­znał je po cien­kiej nitce dróg, uło­żo­nych w li­te­rę "T", którą ota­cza­ły roz­le­głe pola i łąki. Za­czął go­rącz­ko­wo le­cieć w dół, z dziw­ną obawą przed upad­kiem z ta­kiej wy­so­ko­ści. Opu­ścił się pod swoją cha­łu­pę. Dzia­dzio sie­dział już na ła­wecz­ce. Tymon wie­lo­krot­nie sły­szał, że star­si lu­dzie mało śpią, ale to wy­da­wa­ło mu się już tro­chę dziw­ne.

– Dzia­dziu! – za­wo­łał bez po­wi­ta­nia, pod­la­tu­jąc jesz­cze niżej. – A może ja bym na ten targ po­le­ciał, co? Przy­wią­żę się jakim sznu­rem do ziemi i nie od­le­cę!

– Czyś ty zgłu­piał? Ludzi wy­stra­szysz, albo pomrą ze śmie­chu! Tak czy siak, spo­żyw­ców stra­cim!

Tymon zmar­kot­niał, co dzia­dzio od razu za­uwa­żył.

– Nie fra­suj się ty już tą ro­bo­tą – po­cie­szył go dzia­dek. – Tyle już cze­ka­ła, to jesz­cze z dzień czy dwa można ją od­wlec. Lećże już le­piej do gu­ślar­ki, na ziemi twar­do sto­jąc pew­nia­kiem wię­cej zdzia­łasz.

Mło­dzie­niec w od­po­wie­dzi ski­nął tylko głową i po­le­ciał do lasu na po­szu­ki­wa­nia domku wiedź­my.

 

***

Uznał, że musi le­cieć po­ni­żej po­zio­mu wierz­choł­ków drzew – ponad nimi nie­moż­li­wo­ścią było wy­pa­trze­nie cze­go­kol­wiek. W mię­dzy­cza­sie roz­my­ślał nad za­le­ta­mi fru­wa­nia. Jako rzekł Je­re­mi, po­my­ślał, prze­cie w razie udaru zwie­rza star­czy jeno wzle­cieć i jużem ura­to­wa­ny. Od razu po­czuł się bez­piecz­niej. Zda­ło­by się jesz­cze na­uczyć czaru po­zwa­la­ją­ce­go sta­nąć na po­wrót na ziemi.

Po ja­kimś cza­sie doj­rzał chat­kę wiedź­my. Był to sza­łas zbu­do­wa­ny z mnó­stwa pa­ty­ków, przy­kry­ty okrą­głym da­chem z li­sto­wia. Po­środ­ku tej ko­pu­ły wy­zie­ra­ła dziu­ra, przez którą zwy­kle ula­ty­wał dym. Tymon za­sta­na­wiał się, czy otwór był do­sta­tecz­nie duży, by mógł prze­zeń wle­cieć. Po­sta­no­wił to spraw­dzić. Do­stał się do środ­ka, strą­ca­jąc parę liści i tylko tro­chę wy­stra­sza­jąc znaj­du­ją­cą się tam sta­rusz­kę.

– Ktoś ty? – za­py­ta­ła zdzi­wio­na. – A, pew­noś od sioła przy­szedł, mło­dzie­niasz­ku. – Tymon zdą­żył za­prze­czyć w my­ślach, bar­dziej pa­so­wa­ło­by tu stwier­dze­nie, że od sioła przy­fru­nął, ale chyba nie było to teraz takie ważne. – Radam po­wi­tać, na­stęp­nym razem nie pró­buj mi tylko znisz­czyć chat­ki. Cóż trze­ba?

Choć wle­ciał śmia­ło i bez wa­ha­nia, był zbyt prze­ra­żo­ny i onie­śmie­lo­ny, by co­kol­wiek po­wie­dzieć. Pa­trzył na leśną babę z sze­ro­ko otwar­ty­mi oczy­ma.

– Co wy, sie­la­nie – zmarsz­czy­ła brwi wiedź­ma – do mej cha­łu­py wcho­dząc głos za­tra­ca­cie? – Uśmiech­nę­ła się nagle. – A możeś go u kogo za to fru­wa­nie prze­tar­go­wał, a?

– N… nie – wy­du­kał Tymon. – Po radę przy­by­wam, ratuj pani!

– Pa­trzaj, ostat­nioś mnie tak przy­stoj­nie nie na­zy­wał! – za­re­cho­ta­ła gu­ślar­ka. – Wiedz jed­na­ko, synku, że ja jako matka, wy­ba­czam. I mi­ło­sier­dzie oka­zu­ję, po­ma­ga­jąc w bie­dach, z któ­rych sami wyjść nie mo­że­cie. Cóż tedy?

– O to la­ta­nie cho­dzi… Od­cza­ruj mnie, bym znów mógł stać, jak czło­wiek, na ziemi.

– Ha – żach­nę­ła się wiedź­ma. – Nie w mojej to mocy cię od­cza­ro­wać. – I jak tu się nie sro­żyć?, po­my­ślał Tymon. Kiedy czło­wiek nie przyj­dzie, jedną sły­szy od­po­wiedź: tego nie umi, owe­goż nie zrobi, jesz­cze in­ne­go nie po­tra­fi. – Mogę za to za­kląć…

– A na cóż mi jesz­cze jedna klą­twa? – od­parł opry­skli­wie chłop. – Cał­kiem chcesz mnie umę­czyć?

– Dalej bę­dziesz py­sko­wał, synku? – za­skrze­cza­ła wiedź­ma. – Czy prze­sta­niesz, jak po­wiem, że chcę twoim cza­rem kogo in­ne­go ob­ło­żyć?

Tymon po­pa­trzył na nią zdzi­wio­ny. Mu­siał głu­pio wy­glą­dać, bo ciota ro­ze­śmia­ła się.

– No, śmia­ło! Kogóż chciał­byś za­cza­ro­wać?

Chłop uśmiech­nął się zło­śli­wie, ale tylko na chwi­lę, bo już póź­niej wi­siał ze spusz­czo­ną ze smut­ku głową.

– A bo to jest po co? – mruk­nął. – Zda­ło­by się tak wol­szeb­ni­ka po­ka­rać, ale prze­cie on się w mig od­cza­ru­je…

Leśna baba za­re­cho­ta­ła gło­śno. Znać było w tym re­cho­cie dziw­ne, zło­wiesz­cze za­do­wo­le­nie i taką per­fi­dię, że po­cząt­ko­wo Tymon się wzdry­gnął. A potem rów­nież i jego śmiech roz­brzmiał po chat­ce, bo pewna sie­bie wiedź­ma dała mu na­dzie­ję na ze­mstę.

 

***

– I jak tam, panie star­szy? – rzekł uprzej­mie Je­re­mi. Od­da­jesz pan kró­li­ki czy wał­koń po­wró­ci do ro­bo­ty?

Dzia­dzio z uśmie­chem mach­nął ręką.

– O, po­wró­ci, po­wró­ci! Po­le­ciał dziś skoro świt do gu­ślar­ki, może co ura­dzą. Widzi mi się, że on robić chce, tylko na razie nie może… Ale wie­rzaj mi pan, do­brze bę­dzie…

– To i do­brze… A u wol­szeb­ni­ka dalej ter­mi­no­wać bę­dzie?

– A ja wiem? To już jego się pan pytaj… – dzia­dzio po­krę­cił głową z nie­chę­cią. – Otóż o wilku mowa…

Od stro­ny lasu zbli­żał się Tymon.

– Prze­cie ty cho­dzisz! – zdzi­wił się Je­re­mi.

Przy­by­ły od­chy­lił głowę do tyłu, uniósł brew.

– Ot, wciór­no­ści! Zde­cy­duj się, no! – od­parł po­iry­to­wa­ny. – Latam – źle, nie latam – takoż…

– Zna­czy… – Je­re­mi po­dra­pał się w głowę za­kło­po­ta­ny. – Dzi­wu­ję się jeno… Jak to się stało, że już zwy­czaj­nie na ziemi stać mo­żesz?

Tymon wy­cią­gnął przed nich ramię. Za­uwa­ży­li, że trzy­mał coś ma­łe­go i czar­ne­go mię­dzy kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym.

– Chodź ze mną, to ci po­wiem…

 

***

– Wol­szeb­ni­ku! – krzyk­nął Tymon, unió­sł­szy głowę.

Stali przed wieżą maga. Je­re­mi pró­bo­wał doj­rzeć, cóż ta­kie­go jego kom­pan trzy­ma mię­dzy pal­ca­mi, lecz ów za­sło­nił to dło­nią.

Z okna wyj­rzał Ongus. Zdzi­wił się zo­ba­czyw­szy, że Tymon stoi na ziemi.

– Nie spo­dzie­wa­łeś się, a? – rzekł z trium­fal­nym uśmie­chem jego uczeń. Wła­śnie ten uśmiech go za­nie­po­ko­ił. – Wdzięcz­nym ci, że mnie na­uczy­łeś za­klę­cia. Co praw­da, nie po­wie­dzia­łeś, jak je cof­nąć, ale tego też się do­wiem.

– Jak ci się to udało? – za­py­tał Ongus.

– A oto i naj­cie­kaw­sza część tej hecy… Wiesz, co to jest? – Uniósł w górę ramię, wciąż trzy­ma­jąc mię­dzy pal­ca­mi ów mały, czar­ny przed­miot. Do­pie­ro Je­re­mi mógł mu się przyj­rzeć. To była mucha.

– Mucha – od­po­wie­dział nie­pew­nie Ongus.

– Ano – po­twier­dził Tymon ski­nie­niem. – A wy­czy­ta­łeś w tych swo­ich mą­drych księ­gach, jak długo taka mucha żyje?

Ongus po­krę­cił głową. Nie wie­dział tego, bo i po co?

– Wy­obraź­że sobie tedy, że aż trzy sied­mi­ce po­tra­fi za­ra­za latać i czło­wie­ka mę­czyć. Za­sze­dłem dziś do le­śnej baby. W swej mą­dro­ści i życz­li­wo­ści zdję­ła ze mnie czar. Spra­wi­ła, że osoba, na którą go prze­nio­sła bę­dzie latać jako ja wcze­śniej, gdy tylko wy­pusz­czę ową muchę spo­mię­dzy pal­ców. Dziać się bę­dzie tak do­pó­ty, do­pó­ki mucha nie zdech­nie, a czaru od­czy­nić nie­po­dob­na. Zgad­nij tedy, któż to uleci, gdy za­ra­zę wy­pusz­czę?

Ongus za­czął gło­śno sapać. Nie mógł z sie­bie wydać ani słowa, za­nie­po­ko­jo­ny i roz­złosz­czo­ny bez­czel­no­ścią swo­je­go ucznia.

– Nie wiesz? – kon­ty­nu­ował Tymon. – Obacz­my, kogóż to za­cza­ro­wa­ło – rzekł, pro­stu­jąc palce i tym samym po­zwa­la­jąc musze ule­cieć. Usły­sze­li z Je­re­mim krzyk, gdy mag, który rów­nież się uniósł, grzmot­nął głową w fu­try­nę okna. Wy­pły­nął na ze­wnątrz, zbli­żył się do chło­pów.

– Co ro­bisz, ło­bu­zie? – roz­gnie­wał się mag. – Zo­ba­czysz, jeśli na­tych­miast nie skoń­czysz, po­ża­łu­jesz tego!

– Nie strosz się, jak kocur na kun­dla. Prze­cie wza­jem czy­nio­ne hece bu­du­ją więzi! – za­żar­to­wał Tymon. – Jak ci szczę­ście do­pi­sze, jakaś żaba czy ja­skół­ka zła­pie muchę wcze­śniej i się skoń­czy! Ra­dził­bym ci tedy latać cały czas przy ziemi albo przy­wią­zać się do czego ko­nop­nym sznu­rem. Tylko nie za wy­so­ko, bo jesz­cze za­wi­śniesz, gdy czar minie!

Mag uno­sił się, w bez­sil­nej zło­ści wrzesz­cząc i wy­ma­chu­jąc pię­ścia­mi.

Tymon uśmiech­nął się, tym bar­dziej że przy­po­mniał sobie o ze­rwa­nych ja­go­dach sza­kła­ka. Trze­ba bę­dzie tro­chę po­wę­szyć po wieży cza­ro­dzie­ja, gdy ten bę­dzie za­ję­ty la­ta­niem, po­my­ślał. A może przy spo­sob­no­ści do­wiem się, jakie to za­klę­cie po­zwa­la na po­wrót sta­nąć na ziemi?

– Cóż teraz? – za­py­tał lę­kli­wie Je­re­mi.

– A cóż ma być? – Uśmiech­nię­ty Tymon od­wró­cił się w jego stro­nę. – Po­la­ta, to zmą­drze­je…

Koniec

Komentarze

Nieźle się czytało, ale tym razem powieść, poświęcona czynieniu sobie złośliwości, nie spodobała mi się tak jak wcześniejsze. Jakkolwiek historia jest napisana znacznie lepiej od poprzednich, zdała mi się nieco przydługa. Zbyt wiele miejsca poświęciłeś lataniu Tymona, skutkiem czego niewiele się działo. No, może poza utyskiwaniem dziadunia. Dziadunia tym razem było sporo. ;-)

 

– Aleś po­le­ciał – otarł łzy Ongus.– Aleś po­le­ciał.Otarł łzy Ongus.

Nadal nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi.

 

No, może jesz­cze drzem­ka ura­czy­ła­by go w pełni… – Raczej: No, może jesz­cze drzem­ka zadowoliłaby go w pełni

Sprawdź znaczenie słowa uraczyć.

 

Pa­trzył na leśną babę sze­ro­ko otwar­ty­mi oczy­ma.Pa­trzył na leśną babę sze­ro­ko otwar­ty­mi oczy­ma.

Patrzymy oczyma, nie z oczyma.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo sympatyczny tekst. Motyw ucznia czarnoksiężnika nienowy, ale z ciekawymi dodatkami. Podobała mi się ta wariacja.

Czy ja już nie czytałam jakiegoś tekstu o tej parze bohaterów?

Targ w okolicy wsi odbywa się codziennie? Bo zazwyczaj to raz na tydzień bywało albo i rzadziej.

Czasami zgrzytało mi jakieś słowo, niezupełnie pasujące do kontekstu. Jakbyś niekiedy gubił się w stylizacji albo próbował to robić na siłę.

Babska logika rządzi!

Chwila chwila – czy to nie Ty wrzuciłeś jakiś czas temu tekst o tym, jak ów mag przybywa do wioski, a chłop kradnie mu nasionko, z którego wyrasta drzewo, wabiące jakieś tam bestyjki?

Jeśli tak – dlaczego je usunąłeś/ukryłeś? :/

 

Chciałem porównać, szczególnie że tamto opowiadanie było chyba napisane znacznie lepszym językiem. Tutaj co i rusz potykałem się o jakieś mętne, niezgrabne konstrukcje, które może i błędami nie są, jednak bardzo ograniczają przyjemność odbioru.

Sam pomysł ciekawy, jednak wydaje mi się, że realizacja nie wypaliła. Relacja maga i chłopa jest bez sensu, ten cały “teścik” Ongusa to jakaś bezsensowna igraszka. Dowcip niskiego lotu.

Reakcja Tymona dobrze koreluje z jego IQ, natomiast wiarygodność leży. Dziaduś się zdziwił, że chłop lata, a po chwili dalej gadał o robocie. Wszystko to wypadło, jak dla mnie, sztucznie.

Archaizacja niby ok, ale i ona jakoś nie przypadła mi do gustu. Nie wiem, może marudny jestem dzisiaj :/

Cóż tu więcej gadać – poprzedni tekst będę wspominać znacznie cieplej.

 

Tyle ode mnie, a na koniec…

Zasłonił się ręką, gdy ujrzał stale otwarte wejście do wieży,

To przedramię musiał mieć chłopina niczym pień baobabu, ręka zaś odpowiadała koronie ;D

Ale, w sumie, co się w gospodarstwie napracował, to jego…

to nie mógł wyjść z zachwytu, unosząc się nad opolem.

Może z wielkiej litery? ;P

Sporo w tekście tego typu archaizacji, i choć określenia takie jak “ciota”, czy zwroty: “przystojnie nie nazywał”, choć budzą moje zastrzeżenia, z tego co widzę są poprawne, to tutaj… chyba się przeliczyłeś ;)

Chłop schwycił je za nogi, po jednej na dłoń, trzasnął ich łebkami o kolana, zaczął wyrywać im pióra, które opadały wolno ku ziemi, niczym osobliwy, szaro-czarny śnieg.

Pióra jak… śnieg?! Powiedziałbym, że nieco specyficzny, choć w fantasy pewnie i to przejdzie…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Luki, z tym samym tekstem mi się skojarzyło, ale nie pamiętałam imion bohaterów.

Babska logika rządzi!

Ongus nawet mi się kojarzy ;) W tamtym tekście, na początku, przyjechał do wioski żeby zastąpić poprzedniego maga, a chłop (Tymon? Tu już nie pomnę…) pomógł mu wyładować wóz.

Dziadunio chyba też się przewijał. Szkoda, że Autor zachowuje status quo w ilości tekstów ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Sam tekst kojarzę, tylko bez szczegółów – imion i innych nazw własnych (acz wioska brzmi podejrzanie znajomo), jakości wykonania…

Babska logika rządzi!

Fajne :)

Jak zauważyliście(-łyście?) opowiadanie jest z tego samego cyklu, ci sami są też bohaterowie. Nie usunąłem żadnego z moich poprzednich opowiadań, ale, szczerze mówiąc, nie ogarniam chyba wszystkich tutejszych opcji (te bety, nie-bety, muszę chyba więcej o tym poczytać…). 

Nowa Fantastyka