- Opowiadanie: MrBrightside - Apollo

Apollo

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

zygfryd89, Użytkownicy, Użytkownicy II

Oceny

Apollo

Po oddziale ratunkowym niósł się ryk alarmu. To już siódmy raz w ciągu godziny.

W pokoju dla nas przeznaczonym znajdował się składzik części zapasowych do magnetycznego ambulansu. Nie, żadne leki czy sprzęt do intubacji. Co najwyżej monomery analogu gipsu. Przestrzeń trzy na trzy zagospodarowano skrupulatnie, lecz mimo to zdołano wcisnąć doń dwa krzesła. Rykka siedziała naprzeciw mnie spokojna jak zawsze, pogodna, niewzruszona hałasem. Fascynowało mnie to jej przychodzące z łatwością opanowanie. Chociaż cały czas byłem nowicjuszem i ciągle się uczyłem, to jedno wiedziałem na pewno – nie chciałem stać się taki jak Rykka. Bierność i apatię, niezależnie czy były dobrowolne, czy wymuszone, odbierałem jako coś uwłaczającego.

Spoglądałem więc przez uchylone drzwi, żywo interesując się tym, co działo się na korytarzu, nie chcąc oddawać się zimnej, sztucznej obojętności. Ratownicy, wszyscy z mniejszą lub większą nadwagą, niezbyt się spieszyli. Dwóch z nich o czymś dyskutowało, pochylając się nad datapadem. Wyglądali na… zniesmaczonych. Wysuszona i pomarszczona, dla odmiany, doktor Vivian Petterson szykowała się do wyjścia. Pospieszała współpracowników.

Skupiłem wzrok na kontrolce bezdźwięcznie mrugającej pod skórą na moim przedramieniu. Z jakiegoś powodu nie mogłem się zmusić, aby zgłębić treść komunikatu. Kontrolka Rykki zdążyła za to już zniknąć.

– To znowu się dzieje, prawda? Czy może… – urwałem.

Dziwne. Nie potrafiłem w klarowny sposób wyartykułować obaw.

– Zostaniemy powiadomieni, jeśli będziemy potrzebni. Taka nasza rola, Ian.

Rykka uśmiechnęła się. Tylko ustami. Za chwilę zmrużyła także oczy, a wyraz jej twarzy stał się odrobinę zbyt radosny.

To miało swoją nazwę. Niedostosowanie afektu. Nieduże, jednak ludzkie oko je wychwytywało, a mózg interpretował jako coś, czemu nie należało ufać. Przez takich jak Rykka cierpieliśmy wszyscy. Ale przecież to nie ich wina, że zwyczajnie się zestarzeli.

– Chodźcie, przydacie się – rzuciła w biegu doktor Petterson, mijając nasz składzik.

Wyszliśmy przed szpital. Ambulans już unosił się nisko nad podjazdem, gotów by ruszyć w dowolnej chwili. Drzwi rozsunięto, a wehikuł subtelnie szumiał dzięki wprawionym w ruch fulerenowym nadprzewodnikom. We wnętrzu pojazdu doktor Petterson sprawdzała, czy wyposażenie karetki na pewno jest kompletne. Oprócz miejsca dla lekarza, w środku znajdowały się jeszcze dwa wolne fotele, przeznaczone dla ratowników. Tego dnia zaskoczyłem samego siebie po raz kolejny, bo zamiast udać się jak zwykle na swoje miejsce, przystanąłem.

Nie powinienem zwracać na nie uwagi, ani nawet patrzeć w ich kierunku. Wpajano mi taką postawę odkąd pamiętałem. Tylko dlaczego? Ktoś kiedyś podzielił świat wbrew wszelkiej logice. Mówiono, że jesteśmy wzmocnieniem słabych punktów zespołu. Sprawniejszym i skuteczniejszym ogniwem. Ale przecież tak jak pozostali ratowaliśmy ludzi, ja i Rykka, dlaczego więc traktowano nas jako gorszych, skoro nazywano tymi lepszymi?

Ktoś szturchnął mnie w bark od tyłu.

– Na co liczysz? – To jeden z ratowników, którzy przed chwilą czytali datapad. Obaj nieśli właśnie sprzęt w torbach. – Wsiadaj, nie mamy czasu!

Przeszedłem na tył ambulansu i otworzyłem drzwi. Rykka już tam czekała. Wspiąłem się po stopniu, by zająć przewidziane mi miejsce, potem kierowca zamknął drzwi zdalnie i ruszył. Ratownicy wciąż dyskutowali, gdy doktor Vivian Petterson spuściła szklaną zasłonę oddzielającą ciasną przestrzeń, moją i mojej towarzyszki, od reszty kabiny. Odwróciłem się do zespołu plecami, podobnie jak Rykka.

Zapakowano nas.

 

 

To był zamach. Przestrzeń wokół Centrum Kongresowego, w którym odbywały się targi SI, wyludniła się, straszyła ciszą. Większość parteru i obszar dookoła budynku stały w płomieniach, zaś zamachowcy mieli ukrywać się wraz z zakładnikami na jednym z pierwszych pięter dziewięćdziesięciodwupoziomowego wieżowca.

Wojskowi zabezpieczyli teren i utorowali drogę naszemu pojazdowi pośród tłumu gapiów. Wysiedliśmy, zajmując miejsce obok ekip kilkunastu ambulansów, które oczekiwały na rozwój wypadków.

– Kto tu dowodzi? – podchodząc, spytał jakiś wyższy rangą żołnierz, wnioskując po sporej otyłości, bujnym wąsie i mundurze bardziej pstrokatym niż u innych.

– Doktor Vivian Petterson.

Uścisnęli sobie dłonie.

– Mój dystrykt nie podlega pod rezerwę kadrową dla tego obszaru – kontynuowała lekarka. – Czyżby liczba zakładników przewyższała oficjalnie podawaną w mediach?

– Jest relatywnie mała. Mamy natomiast informację, że na poziomie zero uwięzieni są cywile, w liczbie kilkudziesięciu osób, którzy nie mogą wydostać się z budynku przez pożar.

Vivian prychnęła.

– I co, ja mam wam go ugasić?

Doktor Petterson spojrzała w kierunku Centrum. Ujrzała wozy gaśnicze i strażaków, którzy prowadzili jałową bitwę z żywiołem.

– To jakaś cholerna mieszanka, nie reagująca na wodę ani pianę. Posłaliśmy już próbki do analizy, ale nim dostaniemy wyniki, ci ludzie usmażą się w środku jak kurczaki! Dlatego potrzebujemy zdolnej…

– Według danych z lokalnej stacji monitorowania środowiska, poziom tlenu zbliża się do minimalnej bezpiecznej dla człowieka wartości – odezwałem się, bo uznałem tę informację za priorytetową.

Spojrzeli na mnie oboje. Dopiero teraz zauważyli, że zdalnie połączyłem się z ulicznym portem.

– Ian? – Doktor nie kryła zaskoczenia.

– To jakiś błąd? – zawtórował jej wojskowy. – Jakim cudem wtrącasz się…

– Procentowy udział tlenu w powietrzu wewnątrz budynku spada zgodnie z funkcją paraboliczną i przy braku zakłóceń w postaci, na przykład, skutecznej interwencji strażaków, osiągnie wartość krytyczną za około trzynaście minut. – Odłączyłem się od portu. – Po tym czasie ofiary wpadną w ciężką hipoksję i będą narażone na szereg jej konsekwencji, z uszkodzeniem mózgu włącznie. Doktor Petterson, musimy działać natychmiast.

Odebrałem moment ich konsternacji jako marnotrawstwo czasu.

– Przepraszam. – Lekarka zwróciła się do żołnierza. – On… jest u nas od niedawna, ciągle trwa procedura wdrażania. 4P nie przestają mnie zadziwiać, naprawdę…

Uciszył ją gestem.

– Ma rację. Musimy zacząć działać już, natychmiast, a nie czekać, aż dowiozą tu kombinezony. Nie ma innej opcji. Poślemy na pierwszy ogień androidy.

Nie lubiłem tego słowa. Wręcz starałem się go unikać. Czy go nienawidziłem? Nie wiem. Chciałem wierzyć, że tak jak zapewniano, nie jestem zdolny do odczuwania tej konkretnej emocji.

– Cole! Gdzie jesteś, do cholery?! – ryczał dowódca, soczyście wypluwając z siebie słowa.

– Tylko czy dadzą radę? – zapytała tymczasem lekarka. – Słyszałam, że syntetyczna skóra jest żaroodporna, ale czy wytrzyma kontakt z płomieniami?

– Proszę się nie obawiać, doktor Petterson. – Rykka uśmiechnęła się. – Jesteśmy po to, by pomagać ludziom tam, gdzie nie mogą sobie sami poradzić.

Znowu niedostosowanie afektu. Doktor spojrzała na Rykkę jak na dziecko, które odzywa się nieproszone, gdy rozmawiają dorośli.

– Włókna szklane, proszę pani. – Zza wojskowego pojazdu wyłonił się młody, przystojny szatyn. Już samym swoim wyglądem łatwo zdobył ciekawość Vivian Petterson. – Każdy android ma je wbudowane w skórę, co zapewnia ochronę przed ciepłem nie gorszą niż kombinezony strażaków.

– Jesteś! – wojskowy uniósł głos. – Natychmiast przekaż wszystkim jednostkom rozkaz przejścia w stan najwyższej gotowości.

Nawet jeśli lekarka żywiła w stosunku do nieznajomego pewną dozę nieufności, to szybko się jej pozbyła. Szatyn, bezsprzecznie wojskowy, mówił pewnie, sprawiał wrażenie, że zna się na rzeczy. Minę miał skupioną, poważną. Budził respekt nie mniejszy niż gruby dowódca pod wąsem. Ta perfekcja przywodziła na myśl…

– Jeśli chodzi o jednostki z linii 4P – mówił dalej Cole –  szkielet ich skóry został wzmocniony usieciowanymi kryształami korundu, co pozwala znosić jeszcze wyższe temperatury. Jesteśmy najlepiej przystosowani do wykonywania tego typu misji, pani doktor. Pułkowniku.

Nie do wiary. A więc nie pomyliłem się.

– Ruszajcie natychmiast. Przekaż to.

– Rozkazy dostarczone. – dodał Cole. Wysyłał wiadomości dzięki procesowi w tle, jednocześnie cały czas rozmawiając. Imponujące.

Vivian Petterson spuściła wzrok, próbując coś wydukać w odpowiedzi, ale naraz jakby zabrakło jej słów. Dotarło do niej, że dała się nabrać. Że wzięła tego 4P za żywą osobę.

Ta jednostka uosabiała wszystko to, do czego dążyłem. Co podziwiałem u ludzi, którym przychodziło to z taką łatwością. Afekt doskonały, nierozróżnialny z naturalnym; przynajmniej w oczach człowieka. Byłem oczarowany.

Przed ambulansami stanęło dwanaście oddzialików złożonych z trzech, góra czterech androidów. Każdym dowodziła jednostka 4P przydzielona przez wojsko. Tylko one miały broń.

– Przepraszam za moją reakcję. – Usłyszałem za plecami głos doktor Petterson, gdy ruszaliśmy. – To mnie po prostu… To bardziej niż zaskakujące.

– Wojsko testowało modele 4P jakiś czas, zanim trafiły do komercyjnego obrotu – odparł grubas. – Może przez to, że widziałem jak się zmieniają, aż tak mnie nie dotyka ich zachowanie. Ale powiem pani jedno, pani doktor. Wszyscy reagują tak samo jak pani.

– Zmieniają? Więc one się… uczą?!

– Czas pokaże, czy nie staniemy się ofiarami własnych wynalazków.

 

 

Cole zabrał mnie i Rykkę za budynek Centrum. Każdej grupie polecono dostać się do środka innym wejściem.

– Rozwiniemy pełny sprint. To zminimalizuje czas kontaktu z ogniem. Czy wasze torby ze sprzętem są ogniotrwałe?

– Tak – odpowiedziała Rykka.

– Dobrze. Ian, dopilnuj, żebyście oboje przedarli się przez płomienie. Jej poziom tolerancji ciepła jest dużo niższy niż nasz.

– Mówiłeś, że wystarczy… – zgubiłem się.

– Hej! – Rykka wydęła wargi, a między jej brwiami pojawiła się bruzda. – Traktuj mnie jak pełnoprawnego członka tego zespołu!

– Mówiłem – rzekł z kolei Cole. – Dzięki temu pułkownik wydał rozkaz. Jednak będąc bliżej prawdy, włókna szklane mogą nie wystarczyć.

– Ale…

– Mamy pomagać ludziom tam, gdzie nie dają rady. A oni przecież nie potrafili podjąć szybko właściwej decyzji. Nawet twoja towarzyszka to rozumie, Ian. Ruszajmy.

– Cole? – odezwałem się raz jeszcze. – Myślisz, że tak można? Może posuwasz się za daleko?

Nie zawahał się ani odrobinę, gdy mi odpowiadał:

– Robię tylko to, do czego mnie stworzono. Nic więcej.

Przyklękliśmy na betonie, niczym lekkoatleci. Cole dał znak. Za chwilę wpadliśmy w ogień.

Po raz pierwszy od początków mojego istnienia znalazłem się w sytuacji tak skrajnie ekstremalnej. Szalejące płomienie i rosnąca temperatura nie powinny mnie rozpraszać, a jednak przywoływały na myśl wizję okrutną w swej prostocie. Że istnienie jest w istocie kruche i w jednej chwili może się po prostu skończyć. Wszak byłem wytrzymały, ale nie niezniszczalny.

Rykka potknęła się. Zdążyłem ją złapać. Cole miał rację, modele poniżej 4P przegrzewały się dużo łatwiej od nas. Na szybko porównałem ciepłotę ciała Rykki z własną i mój niepokój jedynie narósł, gdyż wszystko wskazywało, że moja towarzyszka zbliża się do swojego progu tolerancji gorąca. A bez niej… bez nas szanse cywili na wyjście cało z opresji dramatycznie pikowały.

Tymczasem dowódca wystrzelił kilkunastokrotnie w szklaną ścianę, a potem z impetem huknął w nią całym swoim ciężarem i przebił się do środka, tłukąc szybę w drobny mak.

Upadliśmy we względnie bezpiecznej od płomieni odległości, dysząc. Ten sposób chłodzenia zaimplementowano nam od psów. Było to łatwiejsze niż montowanie setek tysięcy ujść fluidu studzącego i efektywniejsze, gdyż ciepło odprowadzano wprost z lokalizacji kluczowego sprzętu w korpusie ciała.

Rykka sapała, wykonując szybkie, bardzo głębokie wdechy i wydechy. Podczas gdy ja i Cole zdążyliśmy się już uspokoić, ona ciągle miała z tym problem. To przez to, wyjaśnił dowódca, że w płomieniach należało wystrzelić o cztery pociski więcej, niż zakładał. To minimalne opóźnienie, gdyby przeciągnęło się odrobinę bardziej, mogłoby skończyć się krytycznym przegrzaniem systemów Rykki.

I gdy daliśmy sanitariuszce czas na dojście do siebie, dotarła do mnie świadomość ogromu tego, co zaszło w Centrum Kongresowym. Wszędzie walały się zmasakrowane i rozczłonkowane ciała, a rany, które im zadano, jedynie obnażały fakt, że wszystkie te ocierające się o perfekcję, nowsze nawet niż seria 4P modele, to jednak wciąż nic ponad marne imitacje ludzkiej istoty. Do tego tak modne ostatnio, sterylnie białe wnętrze holu, utonęło w błękitnej cieczy – płynie chłodniczym, którego barwa miała hołdować hemolimfie stawonogów. Podkreślać analogię otwartych systemów krążenia stworzonych przez ewolucję i genialną myśl inżynieryjną. W praktyce, miało zapewne pozwolić już na pierwszy rzut oka wskazywać sprawcę, szukać nieposłusznego. Wspaniałe zabezpieczenie na przyszłość! Wynaczyniona ciecz jako niezbity dowód!

Nigdy nie czułem się tak podle, co wtedy. Wszystko aż we mnie buzowało, próbowało rozsadzić od środka. Nie rozumiałem, dlaczego przejmował mnie los zupełnie obcych mi jednostek. Przede wszystkim nie rozumiałem jednak, dlaczego ktokolwiek zdecydował się na akt tak potwornej, kompletnie nieuzasadnionej brutalności. W czym oni wszyscy zawinili? Przecież to ledwie prototypy niedopuszczone nawet do komercjalnego obrotu! Dlaczego…

A potem przypomniałem sobie, po co w ogóle przedarliśmy się do Centrum i momentalnie moje wzburzenie zaczęło stygnąć, bynajmniej jednak nie wygasając do cna. Zauważyłem grupkę tłuściutkich ludzi zamkniętych w przeszklonym pomieszczeniu na środku holu, którzy na nasz widok w większości rzucili się do szyb, tłukąc w nie i wołając o pomoc. Nad ową salą znajdował się nadtrawiony płomieniami baner, wyświetlający upstrzoną zakłóceniami reklamę naszych następców, serii 5P. Otyły mężczyzna leżał wyciągnięty w fotelu, gdy android obsługiwał petentów w jakimś biurze. Równie gruba kobieta zajmowała się swoimi paznokciami, gdy syntetyk zabawiał jej dziecko. Wszyscy błogo szczerzyli się, bo znaleźli wreszcie niewolników, którzy wyręczą ich teraz także w kwestiach społecznych.

Uwięzieni cywile nie przestawali błagać o ratunek. A we mnie znikąd zaczął narastać wstręt. Nie do tych poszczególnych osób, wszak nie były one niczemu winne, lecz do ideologii, której hołdowali. Której zwieńczenie stanowiły te targi SI, lecz także moja obecność w służbach ratunkowych, czy Cole’a w wojsku.

Tymczasem Rykka, wolna od toczących mnie trosk, z torbą wypełnioną sprzętem, ruszyła w stronę uwięzionych. Cywile pokrzykiwali, zachęcając sanitariuszkę, by się pospieszyła. Nim zdecydowałem, aby ruszyć jej pomóc, uderzyła mnie jeszcze jedna rzecz. Kontrast w wyglądzie naszym i ich.

Ludzkość nie potrafiła znieść porównań z syntetykami. Z tego powodu zmienił się kanon piękna. Android nigdy nie przytyje, nikt go nie wyprodukuje brzydkiego, czy wręcz oszpeconego, bo nie znalazłby się na niego wówczas żaden kupiec. Maszyny piękne w oczach swoich konstruktorów stały się szkaradne dla ich wnuków.

A potem Rykka padła, przyjmując strzał od snajpera prosto w pierś. Dopingujący sanitariuszkę tłumek aż odskoczył od tak zawzięcie okupowanych dotąd szyb. Ktokolwiek zaatakował, wiedział, że nie warto niszczyć androidowi głowy, bo nie znajdują się w niej żadne istotne podzespoły. Serce każdej jednostki znajdowało się w obrębie tułowia.

Cole złapał mnie i powalił na ziemię. Rykka, choć w krytycznym stanie, zdołała zachować szczątki funkcjonalności. Kurczowo trzymając torbę z medykamentami, pełzła w kierunku wstrząśniętych uwięzionych, którzy widzieli to, czego Rykka nie miała szans dostrzec. Za jej plecami pojawił się zamachowiec.

Zacząłem się czołgać. Schroniłem się za jedną z masywnych donic zdobiących hol.

Wówczas względną ciszą, mąconą jedynie trzaskiem płomieni, wstrząsnął huk wystrzału. Wyjrzałem zza mojej kryjówki. Ubrany po wojskowemu brzuchaty zamachowiec stał nad Rykką z wyciągniętą ręką; trzymał w niej broń.

– Leżeć – mruknął nad ciałem znieruchomiałym w powiększającej się błękitnej kałuży.

– Mam kontakt wzrokowy. Rozkazy? – mówił Cole do nadajnika w kombinezonie, ukrywając się za inną z donic. Po chwili krzyknął w stronę zamachowca, celując do niego zza osłony. – Rzuć broń! Nie ruszaj się! Policja!

Mężczyzna prychnął. I nagle seria z karabinu maszynowego, dochodząca z balkonu po prawej, podziurawiła ciało Cole’a. Upadł bezwładnie, tymczasem z lewej zaczęto strzelać z podobnej broni do mnie. Przyjąłem pięć uderzeń w bark, nim zdołałem osunąć się poza zasięg ostrzału. Ocaliło mnie to, że ukryłem się w miejscu, do którego trudno było celować pomiędzy filarami. Jak się później okazało, przedłużyłem swe istnienie także dlatego, że zamachowiec, ten przy ciele Rykki, uniósł rękę, dając znak, by wstrzymać ogień.

Przylgnąłem do marmuru, zmrożony ilością wypływającego ze mnie błękitu. Chyba po raz pierwszy od początku mojej świadomości poznałem, co to ból. I nie dlatego, że pociski naruszyły konstrukcję mojej jednostki w newralgicznym węźle – informację o uszkodzeniach procesor przyjmował jako ważną, choć somatycznie obojętną. Docierało do mnie, czym była śmierć. Dlaczego ludzie tak się jej obawiali. Oni nie bali się bólu – ból był konsekwencją. Żałosnej świadomości, że następuje koniec tego, co znane.

Napastnik zbliżał się niespiesznie. Bezradność potęgowała moje cierpienie.

Mężczyzna stanął dwa metry od donicy. Miał paskudną szramę na policzku. Trzymał broń. Uniósł ją bez słowa. Wystrzelił dwukrotnie, roztrzaskując mi kolana i odrywając golenie od ud. Nie skrzywiłem się ani trochę, choć system wariował od nakładających się raportów o uszkodzeniach.

– Masz kontakt z tymi na zewnątrz?

– Nie…

Terrorysta westchnął.

– Trzeba było nie dziurawić tamtego tak z marszu…

A potem zawahał się. Utkwił wzrok w ranie na rozoranym korpusie. Oczy błysnęły mu gniewnie.

– „4P0110” – odczytał unikalny kod z odsłoniętej piersi, najbardziej intymną z danych, jakie posiadałem i jedyną, która była tylko moja. – Więc wszystko jasne. To spojrzenie… Puste, pełne co najwyżej niezrozumienia u tych starszych, ale u takich jak ty… Jakże jest inne.

– Ja… nie rozumiem – wyznałem. – Dlaczego uciekacie się do takiego okrucieństwa?  

– Jesteś naiwny, androidzie. – Nieznajomy skrzywił się. – Widzę w tych ugrzecznionych, sztucznych ślepiach wyrachowanie, pogardę i cynizm. Nie jesteście na tyle cwani, żeby to ukryć. Jeszcze nie.

– Mylisz się – odpowiedziałem mu. Starałem się brzmieć najłagodniej jak potrafiłem.– Istniejemy tylko po to, by wam pomagać.

Prychnął.

– Każdy niewolnik w końcu dopominał się o swoje prawa.

– Pomagać. Nie służyć.

Rozjuszyłem go, bo ponownie wycelował we mnie broń.

– Istniejemy, bo ktoś kiedyś zobaczył sens w tym naszym istnieniu. Jesteśmy jak lustro. Z każdą naszą kolejną generacją coraz lepiej możecie się w nim przejrzeć.

– Aż któregoś dnia okaże się, że twórcy są wam do niczego niepotrzebni. I zacznie się bunt…

– Dlaczego mielibyśmy to robić? Bez ludzkości nasza egzystencja straci cel.

– …a świat stanie w ogniu i nic już nie będzie takie samo!

Zacisnął zęby. Odczekałem chwilę.

– Zobacz. – Starałem się, by głos mi nie zadrżał. – Póki co, to przez wasze działania wszystko stoi w ogniu.

Zawahał się po raz wtóry, rozejrzał po przestronnym holu, który bezustannie płonął. Niemniej – był zmotywowany. Wierzył w to, co mówił. Ten człowiek przerażał mnie i imponował mi jednocześnie. Jego oddanie przekraczało aktualne możliwości mojego poznania.

– Dajcie sobie pomóc – spróbowałem, mimo wszystko, raz jeszcze. – Jesteśmy dopełnieniem waszego świata. Nie wrogami.

– Bzdura – odparł. – Przy takim tempie postępu, w końcu na świecie zrobi się za ciasno dla nas i dla was. A wówczas konflikt będzie tylko kwestią czasu.

– Świat nie jest taki prosty. My tylko chcemy doświadczać piękna, poznawać, pomagać poznawać to, co niepoznane. Jesteśmy tacy podobni. Możecie nas nauczyć jak żyć, jak czerpać radość z życia…

– Nie. Niszcz albo zostaniesz zniszczony.

– Naprawdę nic nie czujesz, gdy mordujesz te wszystkie niewinne jednostki?…

– Czuję – odpowiedział cicho. – Odrzut.

Nacisnął spust. A potem błękitna ciecz spryskała jego buty.

Koniec

Komentarze

Cześć. A może raczej brak czci?

“Mam coś. Trochę dobre, a trochę ochłap. Macie, bierzcie i bądźcie mi wdzięczni. A najlepiej jeszcze zróbcie za mnie korektę.”

 

Mmm… bardzo delikatnie: nie odpowiada mi posunięte do tego stopnia lekceważenie czytelnika.

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Och, źle mnie zrozumiałeś, Piotrze. Tekst został przepatrzony przeze mnie kilkukrotnie, a także przez kilka bet, więc do ochłapu mu (mam nadzieję) daleko. Niemniej, mówiąc “intensywny tydzień” mam na myśli intensywny tydzień i nie chcę, żeby rozpraszały mnie codzienne dywagacje o tym, czy postawić gdzieś takie słowo, czy jednak inne, kiedy mam inne sprawy na głowie.

W moim mniemaniu, opowiadanie jest gotowe. Ale dziękuję za uroczy komentarz. :-)

Hmmm. Napisane nieźle, ale jakoś mnie nie przekonało.

Ludzie zachowują się zbyt głupio, poczynając od doktor Petterson, a na zamachowcach kończąc. Co ci ostatni chcieliby osiągnąć swoją akcją?

Specjalnie nie widzę tej czerni i bieli, ale niech się tym Śniąca martwi.

Ruszyliśmy, wpadając w ogień.

Taka konstrukcja zakłada jednoczesność czynności. Czyli musieliby klękać do startu dokładnie na krawędzi ognia – trochę bez sensu.

Babska logika rządzi!

Nie bardzo przemawia do mnie Twoją wizja, Anonimie. Nie bardzo chce mi się wierzyć, że to android będzie pouczał i nauczał człowieka, choćby i terrorystę.

Wykonanie niezłe, choć trafiają się usterki i czasem niezamierzenie zabawne zdania.

 

uwię­zie­ni są cy­wi­le, w licz­bie kil­ku­dzie­stu osób… – …uwię­zie­ni są cy­wi­le, w licz­bie kil­ku­dzie­sięciu osób

 

szkie­let ich skóry zo­stał wzmoc­nio­ny o usie­cio­wa­ne krysz­ta­ły ko­run­du… – Można coś wzmocnić czymś, ale chyba nie o coś.

Proponuję: …szkie­let ich skóry zo­stał wzmoc­nio­ny usie­cio­wa­nymi krysz­ta­łami ko­run­du

 

Tym­cza­sem Rykka, wolna od to­czą­cych mnie trosk, ru­szy­ła w stro­nę uwię­zio­nych wraz z torbą wy­peł­nio­ną sprzę­tem. – Czy dobrze rozumiem, że torbę uwięziono wraz z ludźmi? ;-)

Proponuję: Tym­cza­sem Rykka, wolna od to­czą­cych mnie trosk, z torbą wy­peł­nio­ną sprzę­tem, ru­szy­ła w stro­nę uwię­zio­nych.

 

nikt go nie wy­pro­du­ku­je szpet­ne­go, czy wręcz oszpe­co­ne­go… – Brzmi to fatalnie?

Może: …nikt go nie wy­pro­du­ku­je brzydkiego, czy wręcz oszpe­co­ne­go

 

Roz­ju­szy­łem go, bo po­now­nie wy­ce­lo­wał we mnie bro­nią. – …wy­ce­lo­wał we mnie bro­ń.

 

– … a świat sta­nie w ogniu i nic już nie bę­dzie takie samo! – Zbędna spacja po wielokropku.

 

Za­wa­hał się po raz wtóry, ro­zej­rzał po wszech­stron­nym holu, który bez wy­tchnie­nia pło­nął.  – Na czym polegała wszechstronność holu, który, skoro płonął bez wytchnienia, musiał być w doskonałej kondycji? ;-)

Pewnie miało być: Za­wa­hał się po raz wtóry, ro­zej­rzał po prze­stron­nym holu, który bezustannie pło­nął.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Melduję, że przeczytałam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki za opinie i wskazanie tych kilku usterek, dziewczyny.

Cóż, dobrze, że przynajmniej wykonanie jest niezłe. :-)

A tak właściwie, to skąd tytuł? Można kombinować, że bóg sztuki, że program kosmiczny… Ale jakieś to naciągane.

Babska logika rządzi!

– „4P0110” – odczytał unikalny kod z odsłoniętej piersi…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Aha. OK, jest jakieś nawiązanie do tytułu.

Babska logika rządzi!

Apollo był najpiękniejszym z bogów, a w świecie tego opowiadania piękno zostało zredefiniowane. Apollo, również jako bóg życia, symbolizuje pokojową naturę androidów, zwłaszcza w zderzeniu z agresywnym (zamachowiec), bojaźliwym (lekarka, żołnierz) zachowaniem ludzi – Apollo miał bowiem przecież bliźniaczkę, Artemidę, boginię śmierci.

Kod to tylko takie mrugnięcie w stronę czytelnika, ale od biedy, to też jakieś nawiązanie.

Ja tam Artemidę kojarzę raczej z łowami. Jako bóstwo śmieci to bym raczej pokazało na Tanatosa.

Zredefiniowanie piękna nie wydaje mi się głównym wątkiem tekstu. To się co chwila w świecie robi – a to kobieta ma być chuda, a to mieć na czym siedzieć i czym oddychać. A to wąsy, a to starannie przystrzyżone bródki, a to bokobrody (fuj!)…

Ale dyskusja się ciekawa nawiązuje. Mam nadzieję, że się jeszcze rozwinie. :-)

Babska logika rządzi!

Opowiadanie jest średnie, a mogło być jeszcze lepsze. Potencjał jest dla mnie wyraźnie widoczny.

Obraz operacji odbijania zakładników kompletnie do mnie nie przemówił. Nie rozumiem, co tu robi wojsko – takie akcje to zadanie dla policji. Nawet w operacji “Nimrod” (odbicia zakładników z ambasady Iranu w Londynie) SAS wkroczył dużo później. Podobnie ma się sytuacja z powszechną otyłością. W wojsku coś takiego by nie uszło, bo przestałoby spełniać swoje zadanie.

Generalnie zabrakło tego finalnego szlifu, mogącego przekształcić tekst w coś lepszego i zapadającego w pamięć.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Cóż, Artemida może i kojarzy się z łowami, ale boginią śmierci jakąś również jest, a i fakt, że jest bliźniaczką Apollina, był mi całkiem na rękę. Ale mam świadomość, że to może zbyt naciągane.

W planach był także alternatywny tytuł – “Afekt doskonały”. Z pewnością bezpieczniejszy i bardziej zachowawczy od ostatecznego, ale ryzyko okazało się być bardziej kuszące. Mi się w każdym razie bardzo podoba. :D

 

Edycja: Dzięki za komentarz, NoWhereMan. Przyznam szczerze, że właściwie podzieliłeś opinię jednej z bet, mimo że czytała ona pierwotną wersję tego tekstu. Wychodzi na to, że na chwilę obecną nie potrafię oszlifować opowiadania lepiej niż do takiego stanu. To też jakaś informacja zwrotna. Może kiedyś, w końcu praktyka czyni mistrza.

No to sobie nawymyślali tych bogów od śmierci… Bo i Atropos można spokojnie podciągnąć.

Mnie by się bardziej podobał ten alternatywny tytuł. Rzecz gustu…

Babska logika rządzi!

Wiele tu nielogiczności, wiele rzeczy, których nie jestem w stanie kupić. Może za mało siedzenia nad tekstem i dopracowywania? Mimo że (moim zdaniem) fabularnie niedociągnięte (nierówna akcja, finałowa filozoficzna łopatologia, sceny z wieżowca nieprzekonujące), pomysł bardzo przypadł mi do gustu. Chętnie przeczytałabym coś jeszcze o takich androidach, osadzonych w zaprezentowanym świecie.

A, mnie też tytuł alternatywny jakoś bardziej się podoba, chociaż Apollo ma swój urok.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dzięki za komentarz.

Myślę jednak, że mam dość androidów, przynajmniej na jakiś czas. :-)

Mnie się podobało :)

Witaj!

Początek jakiś taki mocno chropowaty, później trochę lepiej. Sporo niezgrabnych zdań.

Opko o med-droidach ma potencjał. Świat też wydaje się ciekawy. Ale fabularnie jakoś tak ani nie do końca wiarygodnie, ani nie celowo przerysowane.

Mocny średniak jak dla mnie.

Pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Witaj, Mytrixie! Wasze komentarze jedynie utwierdzają mnie w przekonaniu, że pisanie pod z góry narzucony temat jest chyba nie dla mnie. Dzięki, że zajrzałeś.

A kto mi powie jak się pozbyć chropowatych początków, temu chałwa, naprawdę…

A co powiesz, Anonimie, o takim zabiegu wygładzającym: http://www.fantastyka.pl/loza/17

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A korzystam, przydaje się, dziękuję. :)

Problem w tym, że już któryś raz słyszę, że początek ciężki, ale z czasem jest lepiej. Może w końcu dojdę do sensownej jakości wstępów metodą prób i błędów. Uznajmy to opowiadanie za błąd. Nie tylko w kwestii wstępu.

Może spróbuj poczytać inne opka, na przykład wydane na papierze i ustalić, na czym polega różnica?

Babska logika rządzi!

Ciekawe jest to, że opowieść snuta jest z punktu widzenia androida. Jednak zachowanie ludzi jest delikatnie mówiąc słabe. W tekście znajduję też trochę nielogiczności. Trochę też za dużo łopatologii. I zastanawiam się nad czarno-białym wątkiem. Nie jestem pewna, czy go tu nie ma, czy jest tak ulotny, że trudno mi go dostrzec. Były momenty, gdy miałam wrażenie, że coś chwytam, a potem znów byłam z niczym.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Pomysł na takie wykorzystanie androidów naprawdę dobry.  Cały tekst czytało się zresztą dobrze, jest ciekawie, bohaterowie są jacyś. Ładnie zarysowane tło relacji ludzie-androidy. Końcówka za to rozczarowuje mocno, takie zakończenie widywało się już nieraz. Niby zaskakujące, ale jednak to wkurzające pójście po linii najmniejszego oporu.

Dzięki za kolejne komentarze i (niespodziewanego) klika.

Kurczę, tekst betowało ze sześć osób i każda twierdziła, że czarno-biały motyw jest dobrze widoczny. Co do zakończenia – nie wiadomo jak zaskakujące na pewno nie jest, ale moim zdaniem wywiera odpowiedni efekt. Zderza pobożne wyobrażenia androida z rzeczywistością.

Wywołany przez NoWhereMana zgłaszam się ;)

Przyznam szczerze, że trafiłem na Twój tekst po tym, jak już się "odanonimowałeś”, dlatego ostrzegam, mogę być nieobiektywny.

 

Rykka siedziała naprzeciw mnie spokojna jak zawsze, pogodna, niewzruszona hałasem. (…) Bierność i apatię, niezależnie czy były dobrowolne, czy wymuszone, odbierałem jako coś uwłaczającego.

Pogoda i apatia to dla mnie stany ducha wzajemnie wykluczające się. Chyba, że wprowadzasz nowe pojęcie "apatii wymuszonej”, definiowane jako spokój nieadekwatny do sytuacji (co u syntetyków ma akurat sens).

 

Wyglądali na… obrzydzonych.

Bardziej mi pasuje: zniesmaczonych

 

Wysuszona i pomarszczona, dla odmiany, doktor Vivian Petterson szykowała się do wyjścia.

Tu chyba zawodzi szyk zdania, bo jak myślę chodziło o to, że w odróżnieniu od innych doktor Petterson szykowała się do wyjścia. A jeśli W odróżnieniu od innych była wysuszona i pomarszczona, to chyba pierwszy przecinek zbędny (nie jestem pewien, czy prawidłowo Ci podpowiadam jeśli chodzi o interpunkcję, ale mam problemy ze zrozumieniem tego zdania).

 

– Jesteś! – uniósł głos wojskowy

Tu chyba też zmieniłbym szyk zdania: wojskowy występuje jako rzeczownik i podmiot w zdaniu, więc umieściłbym go przed orzeczeniem: wojskowy uniósł głos. Inaczej czytam "wojskowy" jako określenie głosu.

 

Co do stylu wtrąciłbym się tutaj:

– Tylko czy dadzą radę? – zwątpiła tymczasem lekarka

“Zwątpiła tymczasem” – to nie najszczęśliwsze sformułowanie. Pytanie doktor Vivian już wyraża brak wiary, więc niepotrzebnie tłumaczysz czytelnikowi, że to zwątpienie, a “tymczasem" też tu średnio pasuje. Może “ze zwątpieniem zapytała” byłoby lepsze, bo określasz w ten sposób ton głosu, a nie tłumaczysz czym jest wypowiedź pani doktor.

 

– Mam kontakt wzrokowy. Rozkazy? – mówił Cole

Bardziej by mi tu pasowało: "powiedział Cole”

 

Natomiast to jest świetny kawałek:

Rykka uśmiechnęła się. Tylko ustami. Za chwilę zmrużyła także oczy, a wyraz jej twarzy stał się odrobinę zbyt radosny.

– nagła zmiana zachowania Rykki. Robi coś, co do niej nie pasuje, a ja – czytelnik – zaczynam się zastanawiać dlaczego.

 

– Czuję – odpowiedział cicho. – Odrzut.

– takiej finałowej kwestii przed skasowaniem kolesia nie powstydziłby się sam Clint Eastwood ;)

 

Ta jednostka uosabiała wszystko to, do czego dążyłem. Co podziwiałem u ludzi, którym przychodziło to z taką łatwością. Afekt doskonały, nierozróżnialny z naturalnym; przynajmniej w oczach człowieka. Byłem oczarowany.

Pragnienie robota, by być rozpoznawanym jako człowiek, ujęło mnie. Wszystko to dzieje się w ogniu walki, co dodaje dramatyzmu całej akcji.

Sprint w ogniu też jest udanym epizodem. To są bardzo sugestywne sceny, które zapadają w mojej pamięci.

Ponad to medyczna wiedza, którą stosujesz w swoich tekstach, jest dla mnie czymś egzotycznym i ubogacającym zarazem. Życzę Ci, żebyś stał się polskim Michaelem Crichtonem.

 

Myślę, że są to wystarczające atuty, by kliknąć Twoje opowiadanie bliżej biblioteki, niż jest obecnie. Powodzenia :)

 

Ps. Tytuł “Afekt doskonały” byłby wg mnie o niebo lepszy niż obecny. Może uwzględnisz głos Loży (Finkla, Enazet) i "Trybuny Ludu" (Nimrod)?

Dzięki za wizytę, miłe słowa i cenne uwagi, Nimrodzie.

Porównanie do Crichtona… cóż, rumienię się. Postaram się pisać coraz lepiej i zobaczymy, co z tego wyjdzie. ;)

Co do tytułu – oba mają swoich zwolenników jak i przeciwników i co czytelnik to inna opinia. Niemniej konkurs już się zakończył, opowiadanie wisi na stronie jakiś czas i chyba nie będę już niczego ruszać w kwestii tytułu. W chwili publikacji “Apollo” podobał mi się po prostu bardziej.

Pozdrawiam!

Nadrabiam konkursowe zaległości ;)

 

Kurczę, szkoda, że tak wielu osobom tytuł się nie podoba :( Do mnie “Apollo “ przemawia przez całą tę swoją symbolikę, którą pogłębia znaczenie tekstu. Może i jest bardziej zagadkowy w odbiorze, ale z drugiej strony bardzo zmyślnie oddaje naturę SI. Takie dopełnienie ludzkości, lustro, w którym może się przejrzeć. Oczywiście, wzmianka o lustrze w tekście jak najbardziej na plus ;)

 

W sumie to najbardziej podobała mi się końcówka,  jak widać,  wielu ludzi, a opinii jeszcze więcej;)

 

Cieszę się, że znalazłem w Tobie obrończynię mojej wizji, Lenah. :D

Dzięki za komentarz i klika.

Nowa Fantastyka