- Opowiadanie: Nighter6 - Dziecko kryształowego grodu

Dziecko kryształowego grodu

W opowiadaniu główne role odgrywają bohaterowie Plagi, jednak jej znajomość nie jest potrzebna. Miało być krócej, ale nie wyszło. Może następnym razem :)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Finkla, regulatorzy, Użytkownicy

Oceny

Dziecko kryształowego grodu

– Pułkowniku Couranche!

Zbliżył się do nas, cuchnący końskim potem i czosnkiem.

– Jak wyglądam?

– Hę?

– Zapytałam, jak wyglądam. W końcu przybyliśmy do tego pięknego miasta, aby sprowadzić narzeczoną dla Lorda-Protektora, prawda? Musimy zatem prezentować się nienagannie.

Couranche gapił się na Indice z rozdziawioną gębą, podczas gdy Maladique z niepowodzeniem usiłowała stłumić chichot za plecami Pazamirra.

– Nie zwracajcie na nią uwagi, pułkowniku. Zna pan swoje rozkazy, proszę, oto plan metropolii. Spotkamy się tutaj, o zachodzie słońca. – Postukałem palcem w zaznaczony punkt mniej więcej pośrodku mapy. – My tymczasem ruszymy poszukać…

– Swata. – Indice weszła mi w słowo.

– …Meggerczyka – dokończyłem, ignorując ją. – Liczę na to, że będzie na nas czekać ciepły posiłek i miejsce do spania. Wszystko jasne?

Couranche mruknął coś niewyraźnie pod nosem.

– Wszystko jasne? – powtórzyłem z irytacją.

– Ta jest.

Złota Brama wcale nie była złota, lecz biała, wzniesiono ją z wielkich bloków marmuru, zaś po fasadzie wciąż wił się imitujący bluszcz ornament ze szlachetnych kruszców. Wyszczerbioną tylko tu i ówdzie, szeroką na trzy wozy, zdobił napis witający niegdyś każdego z podróżnych wkraczających do miasta od południa: „Saint-Blantour – Przystań Cudów”. W górnej części Bramy, w jej wyprutym wnętrzu, za oknami z powybijanymi szybami, tańczył pył nawiany z popielnej pustyni. Od tej strony nie było już murów, ale okazując respekt metropolii, weszliśmy do środka przez jej najokazalsze wrota. Znaleźliśmy się na brukowanej ulicy, zasypanej gruzem i piachem, porośniętej chwastami, która prowadziła między resztkami wysokich kamienic z jasnego budulca.

– Oto, do czego prowadzi zaślepienie – westchnąłem. – Pazamirr, możesz ją wyczuć?

Olbrzym pochylił się lekko do przodu, uniósł podbródek i zaczął węszyć. W końcu pokręcił kudłatą głową.

– Zbyt wiele zapachów, zbyt wielu ludzi. Przyszła panna młoda była tutaj, ale nie jestem w stanie złapać tropu.

– No dobrze, znajdźmy Meggerczyka, potem zaczniemy martwić się narzeczoną.

Ruszyliśmy dalej aleją, omijając roztrzaskane cegły i pokonując niewielkie wydmy szarego piachu. Niekiedy drogę blokowały nam pozostałości barykad, wznoszonych ze wszystkiego, co było pod ręką – pulpitów, beczek, przewróconych wozów, a nawet pługa czy zardzewiałych organów. Czasem musieliśmy odbijać w boczne alejki, kiedy natrafialiśmy na budynki, które zwaliły się na ulice i piętrzyły się teraz stertami wysokimi na piętnaście lub dwadzieścia stóp, z ogromnymi głazami katapultowymi spoczywającymi dumnie na ich szczytach. Zatrzymałem się na chwilę, kiedy skracając sobie drogę przez zdziczały ogród, natknęliśmy się przypadkiem na jedną ze słynnych blantourańskich Iglic, zbudowaną z półprzezroczystego kryształu. Nigdzie indziej nie potrafiono budować wież jednocześnie tak smukłych i wysokich – ta miała dziesięć pięter albo i więcej, choć jej czubek był ułamany. Maladique zatrzymała się z zaciekawionym wyrazem twarzy.

– Hm?

– Wyczuwam coś. Jakby… obecność?

– To pewnie echa mocy Niebios, w końcu to Święta Iglica.

Wiedźma nie wyglądała na przekonaną, ale wzruszyła ramionami. Odczuwałem pokusę, żeby zbadać wnętrze kryształowej wieży, ale oparłem się jej, nie byliśmy tutaj na wycieczce. Minąwszy Iglicę, udało nam się wrócić na główny trakt. Dopiero kwadrans później dałem znak towarzyszom i zboczyliśmy w kierunku dawnej dzielnicy kupieckiej. Zostawiłem swoją mapę pułkownikowi, ale zanim przybyliśmy do Blantour, nauczyłem się planu miasta na pamięć. Ta część metropolii była jeszcze bardziej zniszczona, w zasadzie stanowiła jedno wielkie rumowisko. Nie mając innego wyjścia, wstąpiliśmy na gruzowe góry. Kamienie uciekały nam spod nóg, z początku więc próbowaliśmy przemieszczać się dolinami, ale przełęcze były jeszcze bardziej niebezpieczne, ostatecznie więc wędrowaliśmy grzbietem, od jednego ruchomego wierzchołka do następnego. Kolejny szczyt powinien wzbudzić naszą czujność – był płaski. Ale po godzinie przedzierania się przez gruzowisko uległa ona stępieniu. Dach budynku zapadł się pod nami i runęliśmy z wysokości dwóch pięter wraz z kamiennym deszczem. Poczułem, jak ostry odłamek rozcina mi udo, a przetrwała w całości cegła uderza boleśnie w moje żebra. Na szczęście lawina skończyła się szybko, ściany budowli wytrzymały, chroniąc nas przed pogrzebaniem żywcem. Znaleźliśmy się jednak na dnie rozpadliny głębokiej na kilka sążni, otoczeni niemal pionowym urwiskiem, potłuczeni, pokrwawieni…

Pomacałem się po korpusie.

…i połamani.

– Sil, zostaw swoje żebra w spokoju. Mamy większe problemy.

– Weszliście na nie swój teren, kochasie. – Nie widzieliśmy wyraźnie sylwetki człowieka pochylającego się nad krawędzią przepaści, bo stanął w słońcu, ale głos miał męski. – Odłóżcie całą swoją broń w tamten kąt, a zastanowimy się nad wyciągnięciem was na górę.

– Chodź tutaj i sobie ją weź! – zawołała Indice.

Mężczyzna zaśmiał się sucho.

– Cóż, jak dla mnie możecie sobie zostać tam na dole. Wrócę za parę dni, jak słońce was trochę przypiecze…

– Zaczekaj! Złożymy broń. Ani słowa, Indice.

Ostatecznie zostaliśmy pojedynczo wyciągnięci, dokładnie przeszukani i skrępowani, ale wszyscy znaleźliśmy się z powrotem na górze. Przyglądając się nam, mężczyzna wygrzebał z kieszeni fajkę, nasypał do niej tytoniu, zapalił, pyknął kilka razy.

– Nie wyglądacie mi na rebeliantów. Co robicie w Saint-Blantour? Doradzam szczerość, wyciągnąłem was tylko przez sentyment, jaki żywię do naszej sprawy, ale skoro do niej nie należycie… – zawiesił głos i zerknął znacząco na rozpadlinę.

Podążyłem za jego spojrzeniem i przełknąłem ślinę.

– Porucznik Silithien Neyr, Pająki – powiedziałem szybko. – Z pewnością nasza wartość jako jeńców…

– Zaraz, zaraz, Pająki? Przysłał was minister Chevrine?

Zawahałem się.

– Owszem.

– O, do diabła! Zaszło tu małe nieporozumienie. Czekałem na was, to ja powiadomiłem ministra, że Lemarda La Foyelle jest w Saint-Blantour. Dalej chłopcy, rozwiązać ich, ale żwawo!

– Behugo Murizzani, zwany Meggerczykiem, jak zakładam – rzekłem, przełykając upokorzenie i wyciągając dłoń. – Moje imię już znasz. To jest sierżant Pazamirr i funkcjonariuszki Indice Curaint-Desuvax oraz Maladique Sorjean.

– Meggerczyk… – Zachichotał i pokręcił głową. – Wiecie, że nigdy nie byłem w Meggero? Mój ojciec pochodził stamtąd i to wystarczyło.

Rzeczywiście, nawet nie wyglądał na Meggerczyka – brakowało mu ich orlego nosa.

– Po co była ta zasadzka? – zapytałem, masując uwolnione nadgarstki. – Rebelia odkryła twoją zdradę?

– Nie. Ale wszystko się posypało, ludzie zrobili się nerwowi. – Westchnął. – Rzecz jasna, to było nieuniknione. Walczyliśmy z Żółtą Ligą piętnaście lat i wiedziałem, że ten moment w końcu nadejdzie.

– Więc dlaczego tak późno zmieniłeś strony? Przez wasze niekończące się bunty zginęło mnóstwo ludzi!

Skwitował moje wzburzenie śmiechem, znowu się zaciągnął.

– Nie pamiętasz świata przed Żółtą Ligą, prawda? Nie, jesteś za młody. Walczyliśmy o nasze ideały, o naszą wizję tego kraju, który został nam odebrany. Ale wszystko ma swój kres. Dalszy opór jest pozbawiony sensu, świat poszedł naprzód, a my zostaliśmy w tyle. Możemy się adaptować albo zginąć na próżno. Owszem, niektórzy dostrzegli to od razu. – Skinął fajką na Indice. – Pochodzisz z rodu barona Remelina, pana na Przełęczy Desuvax, prawda? Wiem, że poprzysiągł on wierność Lidze, kiedy tylko usłyszał, iż jej wojska wkroczyły do Bliźniaczego Szponu. Powiedz, jakie zaszczyty wam to przyniosło?

– Pozbawiono nas ziemi, wcielono mnie i kilkoro innych do Pająków, a nasze imię stało się powszechnie znane… choć nie z właściwych powodów.

– Nie ma niczego chwalebnego w zdradzie, co?

– Nie, przypuszczam, że nie – odpowiedziała ponuro.

– A jednak Desuvax przetrwali – rzekłem. – Baron zatrzymał swój zamek i dostał od Ligi posadę wojskowego gubernatora. Mówicie o chwale, ale jakie znaczenie…

– Nie zrozumiesz tego, bo jesteś synem parweniusza – ucięła Indice. – Wystarczy gadania. Gdzie możemy znaleźć pannę młodą?

– Pannę młodą?

Mogłem unieść się dumą, ale dawno już przywykłem do obcesowości mojej towarzyszki, więc puściłem jej uwagę mimo uszu.

– Mamy rozkaz brać La Foyelle żywcem – wyjaśniłem zamiast tego. – Lord-Protektor pragnie włączyć ją do swojego haremu.

Meggerczyk wzdrygnął się, chciał coś powiedzieć, ale rozmyślił się i wzruszył ramionami.

– Nie wiem, gdzie ona jest. Saint-Blantour to ruiny tego, co zostało z największego miasta na świecie, a nasz ruch oporu to kilkanaście niezależnych band, które łączy jedynie osoba księżniczki. Nie istnieje żadna struktura, La Foyelle kontaktuje się z nami, kiedy uzna za stosowne.

– Jakieś pomysły, gdzie jej szukać?

– Powinniście spróbować w Wartowni Północnej. Często się tam kręciła, więc być może wasz Ogar złapie jakiś trop. – Skinął na Pazamirra. – Przy okazji, to jedyna Święta Iglica, na szczyt której można jeszcze bezpiecznie wejść.

– Ruszajmy. – Olbrzym energicznie wstał z miejsca. – Uderzmy od razu, zanim La Foyelle zdąży się zorientować.

– Nie. – Złapałem go za ramię. – Najpierw ludzie Courancha muszą otoczyć miasto. Jeśli ją wypłoszymy, księżniczka umknie choćby i na pustynię – a ja nie zamierzam ścigać jej po pustyni.

– Więc co teraz? Mamy po prostu czekać?

– Przejdziemy się po mieście i sprawdzimy zbirów ministra. Może i dostaliśmy ich cały pułk, ale to pułk ulicznych oprychów, a nie prawdziwych żołnierzy.

– Zanim odejdziecie… – Behugo zatrzymał mnie uniesioną dłonią. Jego oczy zalśniły i nie spodobało mi się to. – Chevrine obiecał mi wolność, jak tylko wydam La Foyelle. Spełniłem swoją część umowy.

Pokręciłem głową.

– Zostaniesz tutaj, dopóki nie schwytamy Lemardy. Możesz się jeszcze przydać.

– Ale… – Zaczął się wiercić.

– Jeśli chcesz, możesz pójść z nami. Pułkownik Couranche weźmie cię pod opiekę.

– Ten rzeźnik? – Zaśmiał się słabo i pokręcił głową. – Wolę już zostać tutaj. Uważajcie tylko… La Foyelle to geniusz. Byłem z nią pod Maladi, gdzie na podstawie jednej, starej mapy wydedukowała, że możemy przekopać się do katakumb pod warownią, osobiście poprowadziła wypad i odebrała twierdzę z rąk załogi trzy razy liczniejszej niż nasz oddział. Potem…

– …utrzymała ją pięć miesięcy, a kiedy wojska ministra w końcu dostały się do środka, wysadziła fortyfikacje, zwalając je żołnierzom na głowy i uciekła. Znam tę historię. Chevrine stracił tam kilka setek ludzi, a księżniczka ośmiu. Wiem, z kim mamy do czynienia.

 

***

 

Wróciliśmy z obchodu późno w nocy. Piętnaście lat szarpaniny wykrwawiło najlepszych ludzi w dawnym Królestwie Białych Wież. Rekruci ministra nie potrafili nawet maszerować równo, a co dopiero ustawić posterunki. Nasz pierścień był tak pełen dziur, że La Foyelle wyspacerowałaby z miasta w najbardziej lśniącej ze swoich zbroi, gwiżdżąc przy tym pod nosem. Poprawiłem warty, ale wiedziałem, że kiedy tylko znajdę się wystarczająco daleko, w połowie przypadków sytuacja wróci do poprzedniego stanu.

– Spóźniliście się – mruknął Couranche.

Siedział przy ognisku, żując coś. Otaczali go dwaj majorzy, adiutant i olbrzym z bliznami po odmrożeniu zamiast uszu, który chyba robił za ochroniarza pułkownika. Stary herszt i jego bandyci. Westchnąłem bezgłośnie.

– Sprawdzaliśmy posterunki pańskich ludzi.

– Mhm.

Indice chciała coś powiedzieć, powstrzymałem ją.

– Coś, co pan powinien był zrobić – kontynuowałem.

– Mhm.

– Rozczarowuje mnie pańska postawa, pułkowniku. – Pokręciłem głową z udawanym smutkiem. – Mam nadzieję, że jest pan świadom, iż mam obowiązek składać szczegółowe raporty z każdego z wykonywanych zadań.

– Ta? – Popatrzył na mnie bez zainteresowania.

– Jesteśmy Pająkami, pułkowniku – dodała Indice.

– No, wiem przecież.

Tym razem zdołał wytrącić z równowagi nawet Pazamirra.

– To oznacza, że nasze raporty składamy Gnijącej Loży. Ludziom, na których jedno skinienie nieumarły smok obrócił to miasto w gruzy.

Wreszcie oczy pułkownika otworzyły się nieco szerzej.

– Chciał pan, żebyśmy tutaj czekali – rzekł ostrożnie. – Wszyscy to słyszeli, prawda? – zwrócił się do swoich podwładnych, a oni gorliwie pokiwali głowami. – No i jesteśmy – zakończył, już pewniej.

– Chodziło mi jedynie o to, żeby zajął pan tę pozycję. – Zakręciłem palcami koło. – Ale nieważne. Wymagam jedynie podstawowej staranności w wykonywaniu obowiązków. – Położyłem nacisk na słowo „wymagam”.

– Oczywiście. Będę mocniej starał się, żeby był pan zadowolony z naszej współpracy. – Nie pozostał mi dłużny, podkreślając „współpracę”.

Nie podobał mi się jego stosunek, lecz machnąłem na to ręką. Niezadowolenie na twarzy Indice było aż nadto wyraźne, więc rozkazałem jej upewnić się, że okolica jest bezpieczna. Couranche wybrał przynajmniej dobre miejsce na obóz – kolejną ze Świętych Iglic. Najwyraźniej kiedyś znajdowała się tutaj biblioteka – świadczyły o tym puste regały, ustawione pod ścianami i poprzewracane dookoła. Ktoś z Gnijącej Loży zadbał, żeby wyczyścić je z książek po upadku miasta, dzięki czemu nie musiałem teraz patrzeć jak pułkownik i jego siepacze palą w swoim ognisku słownikami i hagiografiami – zamiast tego porąbali jeden z regałów. Rozłożyliśmy się na czwartym piętrze, zostawiając Couranche dwa poziomy niżej, a trzy wyżej mając wartowników w półotwartej ruinie, gdzie kamień z katapulty rozwalił wieżę na pół.

– Jutro zaczniemy zacieśniać pierścień – powiedziałem na odchodnym do pułkownika. – Chciałbym, aby rano wysłał pan gońców do swoich kapitanów i nakazał im przesunięcie się do południa o dwieście kroków w kierunku centrum miasta, a do zachodu słońca o kolejne dwieście. Oczywiście, teren prawdopodobnie roi się od rebeliantów – należy ich wytępić bądź przegnać do środka.

– Jasna sprawa. – Couranche skinął głową. – A co pan będzie robił w tym czasie? – zapytał, pozornie niewinnym tonem.

– Najpierw udam się tutaj. – Dotknąłem paznokciem Północnej Wartowni. – Potem… zobaczymy. W każdym razie spotkamy się ponownie wieczorem. A, byłbym zapomniał. – Rzuciłem mu złośliwy uśmieszek. – Gdyby mógł pan jutro zostawić jednego ze swoich zastępców w tej Iglicy, a samemu sprawdzić szczelność naszego okrążenia…

Wymamrotał coś niezrozumiale.

– Na pewno wspomniałbym o tym w swoim raporcie – dodałem.

 

***

 

Obudziłem się, przejęty poczuciem zagrożenia. Nie otwierając oczu, ukradkiem poszukałem rękojeści miecza, leżącego tuż obok posłania. Musiała być jeszcze noc, nawet słabe światło poranka przebiłoby się przez szklane mury Świętej Iglicy i zauważyłbym je mimo zamkniętych powiek. Leżałem tak przez dłuższą chwilę, nasłuchując, jednak nie opuszczało mnie wrażenie bycia obserwowanym przez kogoś o niekoniecznie przyjaznych intencjach. Poczekałem jeszcze trochę, a potem zerwałem się gwałtownie, jednocześnie wystawiając broń przed siebie. W ciemności mignęła para zielonych oczu.

– Maladique? – zapytałem zdziwiony.

– Ćśś. Czujesz?

Czułem. Nieprzyjemne mrowienie w całym ciele. Pomyślałem, że gdyby wrogość mogła się materializować, właśnie tak byśmy ją odbierali. Skinąłem głową.

– Popatrz.

Wiedźma wskazała na naszych towarzyszy. Pogrążeni we śnie, poruszali się niespokojnie, mamrocząc niewyraźne słowa, pot połyskiwał na ich czołach.

– To coś w tej wieży. Kryształ.

– Kryształ?

– Kryształy żyją, nie wiesz o tym? Mają własną, wewnętrzną alchemię, rosną pod wpływem światła i ciepła, a odłamane kawałki mogą stać się zarodkiem nowego kryształu, zupełnie jak z gałązki wierzby można wyhodować nowe drzewo.

– Wierzby nie obserwują ludzi, Maladique.

– Wielu druidów by się z tobą nie zgodziło.

– No dobrze, załóżmy, że masz rację i kryształowa wieża nas nie lubi. Czy coś nam tu grozi?

Zastanawiała się dłuższą chwilę. Zbyt długą jak na mój gust.

– Nie sądzę. To… coś jest duże, ale bardzo słabe. Uśpione. Nie wydaje się w pełni świadome naszej obecności, może tylko śni o nas.

– Nie są to chyba zbyt miłe sny.

Kiwnęła głową.

– Fascynujące, prawda?

– Fascynujące? Dobrze się czujesz? – Zajrzałem w jej oczy, wyglądały, jakby trawiła ją gorączka.

– Może uda mi się z nim porozumieć.

– Chcesz gadać z kryształem? Czy mówiłem ci już, że jesteś dziwna?

– Wielokrotnie – odpowiedziała z powagą.

Westchnąłem.

– Skoro jesteśmy bezpieczni, idę spać. Gdyby coś się zmieniło…

– Obudzę cię.

 

***

 

– I jak, Pazamirr? Czujesz ją?

Byłem niewyspany, instynkty nie pozwoliły mi wczoraj zapaść w głęboki sen. Po podkrążonych oczach podwładnych widziałem, że oni również nie mieli zbyt dobrej nocy. Może trzeba będzie zmienić lokum. Olbrzym węszył w powietrzu, patrzyłem, jak jego nozdrza wzdymają się raz po raz, poruszając tym samym kroplę potu spływającą z czoła. Zatrzymała się na nosie Pazamirra, potańczyła chwilę na czubku i spadła na gorący, szary piasek. On sam pozostał zupełnie nieruchomy, choć przyczajony i spięty. Kiedy tropił, stawał się bardziej jak zwierzę niż humanoidalna istota, widziałem to w lekko obnażonych zębach spiłowanych na kształt kłów, w nastroszonych, gęstych jak sierść włosach, które porastały całe jego ciało. Rozluźnił się nagle, zamrugał.

– Zwierzyna. Była tutaj. – Jakby odwykł od ludzkiej mowy, wyrzucał z siebie pojedyncze słowa zachrypniętym głosem. – Łapię woń. Czekajcie.

– W porządku. Maladique, zostań z nim tutaj, a my w tym czasie sprawdzimy górę.

Indice jęknęła.

– Musimy? Jest południe, gorąco jak diabli i nikogo w okolicy nie ma.

– Przekonamy się. – Wzruszyłem ramionami. – Przecież to tylko piętnaście pięter.

Rzuciła mi mordercze spojrzenie, lecz podążyła za mną, kiedy wstąpiłem na schody. Naprawdę było gorąco, a ja wcale nie chciałem wchodzić do Świętej Iglicy, nie po wczorajszej rozmowie z Maladique. Światło dnia powinno przepędzić nocne zmory, ale wieża grzała się w słońcu jak lew odpoczywający po polowaniu – niemrawy, lecz potężny. Musieliśmy jednak wejść w jego paszczę. Gdzieś w połowie drogi zgubiłem rachubę kondygnacji, każda z nich wyglądała tak samo – okrągła komnata o półprzezroczystych ścianach. Czasem krzesło, czasem kilka porzuconych strzał na podłodze. Pot zalewał mi oczy, a kirys wpijał się w ramiona, mimo przeszywanicy pod spodem. Zatrzymaliśmy się tylko raz na krótki odpoczynek i niedługo później znaleźliśmy się już na szczycie. Najpierw rozejrzałem się po podłodze. Poza drobinami pyłu dostrzegłem okruchy jedzenia i plamę po rozlanym winie. Myślałem, że to krew, ale nie trzeba było Ogarzego nosa, żeby rozpoznać zapach. Kiedy wreszcie podniosłem wzrok, zobaczyłem pustynię popiołu, ciągnącą się hen daleko na północy. W bezchmurny dzień jak ten widać było nawet łunę znad Morza Lawy, skąd wiatr przynosił gorące powietrze, czyniące klimat Królestwa Białych Wież tak nieznośnym. Dopiero przyjrzawszy się bezludziu, podszedłem do Indice, opartej o blanki i wpatrzonej w ruiny miasta pod nami.

– Doprawdy musiało być wspaniałe – stwierdziłem.

– Ale niewiele z tego zostało – odparła z nutką goryczy.

Miała rację. Kamienice zamieniły się w sterty białego gruzu, zrujnowana świątynia straszyła zapadniętym dachem i wielkim pęknięciem na jednej ze ścian, fragmenty pałaców błyszczały wśród zielonego gąszczu niczym plamy nieroztopionego śniegu na wiosnę. Z królewskiego zamku został tylko gigantyczny, poczerniały szkielet, ponoć dokonanie samego Lorda-Protektora. Były jeszcze Święte Iglice – rozrzucone po całym mieście, wciąż wyrastające nad inne budynki, choć niektóre zredukowano do mniej niż połowy oryginalnej wysokości. Żaden dźwięk nie kalał upalnej martwoty południa. Gdzieniegdzie, jeśli przyjrzałem się dobrze, mogłem dostrzec czarne kropki naszych żołnierzy na tle marmurowej bieli zdewastowanej zabudowy, niczym mrówki obsiadające trupa. Tylko kryształowe filary wydawały się sycić skwarem, jaśniejąc złowróżbnie jak zapowiedź pożaru.

Rozumiałem, co przyciągało tutaj La Foyelle. Wszystko tam w dole należało do niej. Piętnaście lat temu Saint-Blantour znajdowało się już na wyciągnięcie ręki: następczyni tronu została oficjalnie wybrana, stara matka szykowała się do ustąpienia ze stanowiska, lada dzień metropolia zyskałaby nową panią. Królowa pośród miast, korona świata – miała stać się jej własnością. I właśnie wtedy to wszystko zostało księżniczce odebrane: siła równie pierwotna i starożytna, że właściwie była jak naturalny kataklizm, wcielenie ślepego losu, z którym nie da się wygrać. Przymknąłem powieki, usiłując wyobrazić sobie, jak stoi tutaj, na szczycie Północnej Wartowni i widzi nieumarłego smoka nadlatującego znad pustyni. Jeszcze niczego nie rozumie, cień kościanego potwora przesuwa się po piasku, ona patrzy na to zaskoczona, niepewna, co się właściwie dzieje. Ktoś na murach wydaje polecenie ataku, równie dobrze mógłby kazać swoim ludziom strzelać do kamieni. Nieumarły smok spada na miasto. Jego pazury rozdrapują pałace i kościoły, uderzenia ogona burzą kamienice, oddech topi kryształowe wieże. I Lemarda już wie. Wie, że nie może nic zrobić – tylko patrzeć, jak jej dziedzictwo obraca się w pył. Mimo tego rzuca się do drabiny i biegnie na dół, aby próbować ratować swoje miasto…

– Wracajmy. Nie mogę już na nie patrzeć. – Głos Indice wyrwał mnie z rozmyślań.

Otworzyłem oczy. Powiew gorącego, pustynnego wiatru szarpnął moim płaszczem.

– W porządku.

Pazamirr siedział na schodach zrujnowanego domu po drugiej stronie ulicy, z wyrazem skupienia na półzwierzęcym obliczu, zwróconym gdzieś na wschód. Maladique drzemała na jego kolanach. Wyglądali jak ojciec i córka, choć on był starzejącym się olbrzymem pokrytym sierścią, a ona młodocianą wiedźmą o androgynicznej urodzie. Usłyszał nas – zastrzygł uszami, przekręcił lekko głowę.

– Idziemy. Schwyciłem zapach. Zdobycz… nie ucieknie – wychrypiał, nie odwracając się.

Szturchnął delikatnie Maladique.

 

***

 

Zgarbiony olbrzym szedł na przedzie, niemal dotykając rękami ziemi. Nie odzywał się, tylko od czasu do czasu z jego gardła wydobywały się zwierzęce pomruki. Zstąpiwszy w głębiny przedludzkich instynktów, aby sięgnąć do zmysłów niedostępnych świadomości, pozostawał w nich zbyt długo. Z każdą chwilą w Pazamirze było coraz mniej i mniej człowieczeństwa. Dotarliśmy do zamku, który widziałem wcześniej z Iglicy. Smoczemu ogniowi ostała się tylko najodporniejsza część gmachu, więc czułem się, jakbyśmy wpełzli do pustego pancerza pozostałego po ogromnym chrząszczu. Woń zaprowadziła olbrzyma do donżonu, wspięliśmy się na wzgórze i przekroczyliśmy wygładzony płomieniami portal bramy. Zaczęliśmy brodzić w popiele, nieodróżnialnym od pyłu nawianego z pustyni. Nasze kroki wzbijały małe obłoki, mieniące się w zielonkawych promieniach infaranckiego słońca. Co rusz natrafialiśmy na coś twardego pod butami – przeważnie była to broń, ale w następnej komnacie wygrzebałem spod popiołu kamienne popiersie o stopionych przez ogień rysach. Po chwili znaleźliśmy ich więcej.

– To poprzedni władcy Saint-Blantour – odezwała się Indice. – Na tym zachował się nawet podpis. – Uniósłszy rzeźbę wyżej za głowę, odskrobała paznokciem drugiej ręki wygrawerowane na spodzie litery.

– Berlant La Foyelle – odczytała Maladique, przybliżając twarz do popiersia.

– Pradziadek naszej Lemardy – stwierdziłem. Popatrzyły na mnie dziwnie, wzruszyłem ramionami. – Lubię być przygotowany. Przodkowie księżniczki założyli to miasto i panowali w nim przez stulecia. Od dziecka przygotowywano ją do rządzenia.

Ruszyliśmy dalej, w głąb ruin. Im bardziej zbliżaliśmy się do jądra fortecy, tym popiół skrzył się mocniej, aż w końcu zaczął przypominać szkło starte na proch. Wkroczyliśmy do królewskiej kuchni, zobaczyłem samotne, ceglane palenisko przy resztce ściany i nagle wszystko zrozumiałem.

– Ta cała twierdza… ona była z kryształu.

Dlatego po smoczym ogniu pozostał tylko kamienny szkielet budynku, a popiół błyszczał w świetle dnia. Pałac wzniesiono jako olbrzymie rusztowanie, które potem obrosło kryształem, stopionym następnie przez drakolicza. Wszystkie Święte Iglice były nic nie znaczącymi słupkami w porównaniu z ogromem królewskiego zamku. Jeśli Maladique miała rację i kryształ naprawdę żył…

– Maladique. Wyczuwasz tutaj tę obecność?

– Nie.

Odetchnąłem z ulgą.

– Jaką znowu obecność? O co chodzi? – zapytała Indice.

– Noc, kryształ… czai się… obserwuje. – Mowa Pazamirra stała się jeszcze bardziej niewyraźna i warkotliwa, ale jego jaźń wciąż była z nami, dryfując tuż pod powierzchnią świadomości. – Zagrożenie dla stada. Drapieżnik?

– Kiepsko śpię, to prawda, ale to nie znaczy od razu, że te błyszczące kamienie żyją.

– To bez znaczenia – odrzekłem. – Wpływ Świętych Iglic jest marginalny, ale pomyśl tylko: jak byś się czuła we wszechogarniającym blasku kryształowej twierdzy zajmującej szóstą część miasta?

– Po to sprowadzili smoka – odezwała się nagle Maladique. – Loża odkryła w mieście demona, więc wezwała własnego, aby się z nim rozprawić. Wyobraźcie sobie, co by się stało, gdyby posłali zwykłych żołnierzy do szturmowania takiego zamku…

– Do diabła, ci cholerni durnie z Messelieu powinni nas o tym uprzedzić! Kto wie, co może kryć się w tym popiele! – Indice kopnęła ze złością proch, wzbijając jego lśniący tuman w powietrze.

– Wiemy tyle, ile powinniśmy – uciąłem jej utyskiwania. – Wracajmy do pracy.

Kilka chwil później dotarliśmy do samego serca fortecy – sali audiencyjnej.

– O! Trochę stopiony, ale nadal stoi!

Podszedłem do zdeformowanego Kryształowego Tronu i usiadłem.

– Niewygodny. Stąd królowie Białych Wież kierowali najpotężniejszym miastem na świecie. Nasza droga Lemarda urodziła się, żeby na nim zasiąść.

– Urodziła się więc na darmo – skwitowała Maladique.

– Śmierdzi nią. – Pazamirr powęszył w powietrzu. Zmarszczył brwi. Powęszył jeszcze trochę. Na jego czole pojawiła się głęboka bruzda. Zaczął kręcić dookoła głową, unosząc lekko brodę i nie przestając niuchać. Nagle jego twarz wygładziła się, wybałuszył oczy. – Wróg! – warknął, przypadając do ziemi jak wilk.

Skoczyłem na równe nogi, jednocześnie wyciągając miecz z pochwy. W tym samym momencie z bocznych pomieszczeń, zza ocalałych kolumn i fragmentów ścian wypadło ośmioro ludzi, uzbrojonych w miecze i łuki. Ich skórzane pancerze były brudne i podniszczone, ogorzałe twarze poza bliznami nosiły wyraźne oznaki zmęczenia, ale miny mieli zacięte.

– Masz czelność, ministerialny psie – prychnęła jedna z nich, kobieta w średnim wieku. – Siadać na moim tronie…

– La Foyelle! – krzyknęła Indice.

– Nie jesteśmy na usługach ministra Chevrina – odpowiedziałem rebeliantce.

– To już nieważne. Teraz należycie do mnie, wpadliście prosto w moje sidła.

– I po co to wszystko? Rebelia jest skończona. Po co ta daremna walka?

– Chevrine ofiarowuje ci honorowe wyjście – dodała Indice. – Nie bądź głupia, udaj się z nami dobrowolnie do Szczęśliwości i zostań żonką Lorda-Protektora, skoro tak mu na tym zależy. W ten sposób nie tylko ocalisz swoich ludzi, ale i zachowasz godność oraz tytuły.

Wojowniczka wybuchnęła śmiechem.

– Godność? Poślubiając martwą jaszczurkę? Chevrinovi zupełnie już pomieszało się w głowie i tobie również, dziewczyno. Wystarczy tych bzdur. Odłóżcie oręż albo naszpikujemy was strzałami.

Sześć napiętych łuków mierzyło w nas z każdej strony. Skrzywiłem się.

– Skoro nie ma innej drogi. – Zacząłem chować miecz.

– Mądry wybór. Jako królowa…

– Koronacji nigdy nie przeprowadzono… – przerwałem jej i w tym samym momencie, zamiast włożyć broń do pochwy, uderzyłem w nią płazem. Na ten znak Maladique podcięła telekinezą łuczników, którzy stracili już czujność.

– …a to nie jest nasza pierwsza zasadzka w tym mieście! – dorzuciłem, dopadając jednego ze strzelców, zanim zdążył się podnieść. Pazamirr skoczył na dwóch innych, Indice zastrzeliła kolejnego rebelianta z kuszy, a następnego najpierw trafiła nożem w ramię, a potem starła się z nim w walce na miecze. Maladique wyciągnęła przed siebie szklany kostur i kwas bryzgnął na piątego wojownika, który wrzasnął i zaczął tarzać się w popiele. Ruszyłem na rebeliantkę. Usiłowała nałożyć strzałę na cięciwę, ale dłonie trzęsły się jej tak mocno, że nie zdążyła. Ciachnąłem ją po rękach, potem uderzyłem rękojeścią miecza i złamałem nos.

– Sil, co ty u diabła robisz?! – wrzasnęła Indice, rozpłatując jednocześnie gardło własnemu przeciwnikowi. – To księżniczka, okaż jej trochę szacunku! Mogłeś ją oszpecić!

Pazamirr kończył już rąbać swoich oponentów na kawałki. Ignorując arystokratkę, odwróciłem się więc do ostatniego z rebeliantów, który pozostał jeszcze na nogach.

Mężczyzna uśmiechnął się i puścił do mnie oko. Jego napięty łuk był wymierzony prosto w Maladique.

– Wszyscy zostańcie na swoich miejscach! – zawołał. – Schowaj miecz, chłopcze, a ty, dziewczyno ręce z dala od płaszcza. I lepiej przytrzymajcie swojego psa. Jeśli któreś z was choćby drgnie, ta tu dziecinka na własnej piersi przetestuje czy odrobina magii może zatrzymać strzał z driadzkiego łuku z odległości dwudziestu stóp.

Dopiero teraz zauważyłem, że człowiek ten był znacznie starszy od pozostałych rebeliantów. Jego ręce nie drżały, trzymał swoją broń pewnie, minę miał spokojną, a oczy patrzyły uważnie, lecz zimno.

– Jeśli ją zabijesz, Ogar rozerwie ci gardło, zanim zdążysz drugi raz napiąć cięciwę – powiedziałem, ruchem głowy wskazując na Pazamirra, który przykucnąwszy na wszystkich czterech kończynach, obnażał zęby i powarkiwał. Oczy miał przekrwione, adrenalina odarła go z resztek człowieczeństwa.

– Wiem o tym. Myślisz, że dlaczego dziecinka jeszcze żyje?

– Mam więc dla ciebie kontrpropozycję. Ty złóż broń, a my oszczędzimy twoje życie.

– I oddacie w łapy ministra, dziękuję bardzo.

– Mówiłem już, nie służymy Chevrinowi. Porucznik Silithien Neyr, Pająki. To jest sierżant Pazamirr, a to funkcjonariuszki Indice Curaint-Desuvax i Maladique Sorjean. Masz moje słowo, odłóż łuk, a puścimy cię wolno.

– Ho ho, cóż za hojna propozycja! Puścicie mnie wolno w mieście otoczonym pierścieniem wojsk ministra. A poza tym słowo Pająka jest nic niewarte.

– Podaj więc swoje warunki.

Zastanawiał się dłuższą chwilę, wreszcie westchnął.

– Za stary jestem już na tę robotę, jak zresztą widać. – Powiódł wzrokiem po trupach towarzyszy. – Jeśli oddam się pod waszą jurysdykcję, zbiry Chevrina nie będą mogły mnie tknąć, prawda?

– Owszem.

– Aresztujcie mnie. Oficjalnie. Oto moja propozycja.

Zaskoczył mnie. Musiał mieć naprawdę dobre powody, żeby bać się ministra, ale stwierdziłem, że tym będę martwił się później.

– Zgoda. Pazamirr. Pazamirr! – Olbrzym potrząsnął głową. – Pazamirr! – Popatrzył w końcu na mnie. – Ten człowiek odłoży teraz łuk, a ty nie zrobisz mu krzywdy. Spójrz, Maladique nic się nie stało. Będzie bezpieczna. W porządku?

Kiedy uzyskałem skinienie głowy od Ogara, powtórzyłem jego gest w kierunku łucznika. Opuścił broń, Indice doskoczyła do niego i odebrała mu ją, przewiesiwszy sobie łuk przez ramię.

– No, a teraz panna młoda…

– To nie jest La Foyelle – przerwałem jej.

– Co?

– Po pierwsze, Lemarda wygląda inaczej. Po drugie, nie sądzisz chyba, że przywódczyni rebelii nie potrafi nawet napiąć łuku w trakcie bitwy? To był tylko fortel.

Indice poszukała wzrokiem potwierdzenia u naszego jeńca. Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Ludzie ministra zwykli robić w portki na sam dźwięk jej imienia – odrzekł ze śmiechem. – Warto było spróbować.

Przestał się śmiać, kiedy w odpowiedzi Indice przebiła gardło nieprzytomnej kobiety mieczem.

– Była ranna, tylko by nas spowalniała. – Uśmiechnęła się, dostrzegłszy jego ponurą minę. – Już żałujesz, że oddałeś się dobrowolnie w ręce Pająków?

– Nie. Z wami można się chociaż dogadać, nie to, co ze starym Chevrinem.

– Wiesz, gdzie jest prawdziwa La Foyelle? – zapytałem.

– Nie tutaj. – Uśmiechnął się krzywo. Zanim zdążyłem zareagować, Pazamirr zdzielił go wielką łapą na odlew. Rebeliant zachwiał się i cofnął, wyciągając ręce przed siebie. Niepotrzebnie, olbrzym nie ruszył się z miejsca.

– Nie, nie wiem – rzekł stary, wypluwając krew i ocierając dłonią usta. – Nie musiałeś…

– Mierzyłeś do Maladique z łuku. Z odległości dwudziestu stóp. Nie podobało mi się to. Nie zapominaj o swojej pozycji, dziadku. – Jego głos nie był już ochrypły, ale wciąż nie panował w pełni nad językiem.

– Cóż, będziemy zatem znowu potrzebować Ogara – rzekłem ostrożnie.

– Nie dzisiaj. Jestem zmęczony. Poza tym zmierzcha już. – Pazamirr wskazał na niebo.

Podążyłem za jego dłonią. Lewiatan, zielonkawe słońce naszego świata, zanurzał się już w pustynnym piasku. Jego słaby blask lada chwila zgaśnie zupełnie i Saint-Blantour zacznie jeszcze bardziej przypominać to, czym w istocie było – bielejące kości na dnie grobu. Byłem niezadowolony, że znowu zdołali nas podejść. Rebelianci znali miasto znacznie lepiej od nas i straciłem jakąkolwiek ochotę na konfrontację z La Foyelle po ciemku.

– Będziesz w stanie podjąć trop jutro?

– Bez trudu.

– W takim razie wracamy – zadecydowałem. – La Foyelle nigdzie nie ucieknie… chyba.

 

***

 

– No proszę, kogo tutaj nam przyprowadziliście! – zawołał pułkownik Couranche, wypluwając ogryzioną kość do ogniska. – Toż to sam Istaven Yffonte!

– To jest Istaven Yffonte? – zapytałem, spoglądając zdumiony na więźnia, którego Indice prowadziła przed sobą.

Jeniec poruszył niespokojnie skrępowanymi rękami.

– Kto to do cholery jest Istaven Yffonte? – prychnęła z irytacją arystokratka.

– Kapitan gwardii pałacowej w czasach panowania matki Lemardy. Przeżył pożar królewskiego zamku i został jednym z najwierniejszych ludzi La Foyelle.

– Marzyłem o tej chwili. – Couranche, wyraźnie uradowany, podkręcił wąsa. – Napsułeś mi tyle krwi, dziadku, a teraz wpadasz prosto w moje ręce…

– Obawiam się, że Yffonte należy do Pająków, pułkowniku – przerwałem mu.

– Ale jak to… minister…

– Nie jesteśmy tu z ramienia ministra.

Wstał.

– A kto ty w ogóle jesteś, poruczniku? Przerastam cię o kilka rang, a ty ciągle rozkazujesz mi, mącisz, wtrącasz się…

Błyskawicznym ruchem wyciągnąłem miecz z pochwy i dotknąłem ostrzem gardła Courancha. Olbrzym-ochroniarz drgnął, ale Indice odsłoniła poły płaszcza i zobaczywszy lśniący grot bełtu na wysokości swoich oczu, mężczyzna pozostał na miejscu. Maladique wycelowała kostur na jednego majora, a Pazamirr stanął z toporem nad drugim. Adiutant przezornie udawał, że go nie ma. Na moment zapadła cisza, ale przerwał ją śmiech Yffonte.

– Chyba przestaję się wstydzić, że mnie załatwiliście.

– Od początku działasz mi na nerwy, pułkowniku – westchnąłem, jednocześnie naciskając czubkiem miecza na jego krtań i zmuszając go do cofnięcia się o krok. – Na przykład, nie boisz się Pająków. Nie rozumiesz, że rangi są pozbawione znaczenia, bo my nie podlegamy żadnym prawom ani zasadom. Zostaliśmy powołani dokładnie po to, aby działać poza nimi. – Popchnąłem go jeszcze dalej. Zrobił kolejny krok i znalazł się niebezpiecznie blisko szerokiej na cztery łokcie dziury w ścianie. – Rozumiesz?

Pokiwał gorliwe głową, ale spojrzałem mu w oczy i zobaczyłem, że wcale nie rozumie. Westchnąłem po raz kolejny. Potem kopnąłem pułkownika podkutym butem w pierś, posyłając go dwa piętra w dół. Wrzasnął, moment później usłyszeliśmy, jak z hukiem uderzył o gruz. Odwróciłem się do pozostałych ludzi ministra.

– Pułkownikowi Couranche przydarzył się nieszczęśliwy wypadek. Niestety, wydaje się, że nie przeżył, ale… Pazamirr, zejdź na ulicę i się upewnij. My tu sobie poczekamy.

Couranche jęczał na dole, podczas gdy olbrzym wkroczył na schody. Kilka chwil później coś chrupnęło obrzydliwie i skamlania ucichły. Sierżant wrócił chwilę potem.

– Rzeczywiście, nie żyje.

– Majorze Ferain, pan ma tu chyba dłuższy staż. Gratuluję, właśnie został pan pełniącym obowiązki dowódcy. Liczę, że moje raporty o pańskiej pracy będą w całości pochlebne.

Ferain, wciąż spoglądając z obawą na Maladique, chociaż cofnęła już swój kostur, ukłonił się.

– Zrobię wszystko, aby tak było – odpowiedział gorliwie. Głos drżał mu przy tym lekko.

 

***

 

Wszyscy poszli już spać, tylko ja i Yffonte pozostaliśmy przy dogasającym ognisku. Noce na pustyni były chłodne, więc dorzuciłem do płomieni jeszcze kawałek regału i nalałem sobie do kubka nieco wina. Tym razem miałem zamiar się wyspać. Nasz jeniec wydawał się odporny na działanie Świętej Iglicy – być może kryształ rozpoznawał w nim swojego.

– Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, jutro zmierzymy się z La Foyelle – odezwałem się cicho.

– Powinniście więc uważać. Ona nie jest zwykłym człowiekiem. I wcale nie chodzi mi o boską krew w jej żyłach, pół życia spędziłem na dworze i widziałem dziesiątki potomków Świętych, ale nikogo takiego jak ona.

– Każdy to powtarza. Trzy dni przeglądałem archiwa Fortu Messelieu, czytając wszystkie raporty o La Foyelle, ale ty powinieneś znać ją najlepiej. Dalej, opowiedz mi o niej.

Starzec niespodziewanie stracił ochotę na rozmowę. Chrząknął coś, zaczął wiercić się na swoim miejscu. Wziąłem drugi kubek, napełniłem go winem i włożyłem w jego skrępowane powrozem dłonie.

– Napij się i gadaj. I tak nie możesz już bardziej jej zaszkodzić.

Wciąż niezadowolony, upił trochę alkoholu.

– Dobre. – Mlasnął i łyknął jeszcze.

Wreszcie jego twarz rozjaśniła się nieco.

– Od początku nazywano ją cudownym dzieckiem – zaczął. – La Foyellowie to starożytny ród, nie wiadomo właściwie, która boska inkarnacja go zapoczątkowała, ale starannie pielęgnowali swoją linię przez te wszystkie stulecia. Wydali na świat i wychowali więcej pokoleń władców, niż można zliczyć. Ale Lemarda… – Pokręcił głową. – W wieku sześciu lat czytała traktaty polityczne, a mając dziesięć, napisała już własny. Skończywszy dwanaście rozstrzygnęła dwustuletni konflikt camrońsko-peleński między dwoma najpotężniejszymi rodami w kraju. Na czternaste urodziny matka pozwoliła jej nadać Blantour nowe prawo miejskie, a na szesnaste wysłała ją z propozycją rozejmu na wschód, skąd Lemarda wróciła nie z zawieszeniem broni, ale z narzeczonym i sojuszem wojskowym. Zawsze wiedziała, czego chce. Władza stanowiła jej przeznaczenie, jej powołanie, sens istnienia. Kochała to miasto, może nawet bardziej niż tego księcia, którego ostatecznie nie zdążyła poślubić, bo zginął w czasie oblężenia Saint-Blantour. Wszyscy tutaj, cały lud i cały dwór, żywili przekonanie, że Lemarda wprowadzi nas w nową erę świetności, że uczyni tę metropolię jeszcze wspanialszą, potężniejszą, bogatszą i piękniejszą niż kiedykolwiek wcześniej.

– Geniusz. Tak określił ją Meggerczyk.

Yffonte pokiwał głową.

– To właściwe słowo.

– A jednak nie dane jej było zostać królową.

– Tak. Lecz nie mogła się poddać, nie ona. Nie miała innego wyjścia, więc wznieciła rebelię. Ale jaka to była rebelia! Jesteś zbyt młody, żeby pamiętać, lecz Lemarda sprawiła, że w każdym zakątku tego kraju trwał opór. Zgromadziła miliony, nie tysiące, nie dziesiątki tysięcy i nie setki tysięcy, ale miliony zwolenników! Wierzyła, że Gnijąca Loża odpuści, jeśli zostanie zmuszona wylać tutaj morze krwi.

– Byliście głupcami. Doprowadziliście własny kraj do ruiny, poprowadziliście kwiat waszego narodu na śmierć. Dla Loży żadne ofiary nie są zbyt wielkie.

Yffonte pokiwał melancholijnie głową.

– Teraz już wiemy. Wszystko było na próżno. Nigdy nie mogliśmy wygrać. La Foyelle dała z siebie wszystko, lecz to nie wystarczyło.

 

***

 

Okrążenie zacieśniało się, coraz więcej i więcej rebeliantów wpadało w nasze ręce. Teraz nie było już dla nich ucieczki, ludzie ministra ustawili się zbyt gęsto. Wróciliśmy pod zamek, Pazamirr złapał na nowo trop. W środku miasta zrobiło się niebezpiecznie, kilka razy musieliśmy zbaczać z drogi, żeby ominąć ukrywające się w ruinach bandyckie oddziały. Powietrze było gorące i ciężkie, zdawało mi się, że przepełnia je oczekiwanie jak przed burzą, lecz niebo lśniło nieskazitelnym błękitem. Może zbyt długo słuchałem wczoraj ględzenia Yffonte i za dużo przy tym wina wypiłem.

W ognistym blasku kikuta śródmiejskiej Świętej Iglicy starliśmy się z grupą rebeliantów, było ich siedmiu, ale mieli kiepskie uzbrojenie. Trzech wziąłem na siebie, kąsali jak osy, próbując dobrać się do szczelin w mojej zbroi płytowej, którą założyłem w całości w przygotowaniu na starcie z La Foyelle. Kontrolowałem ich za pomocą miecza, aż moi towarzysze rozprawili się z pozostałą czwórką. Zajęło nam to trochę czasu, lecz w końcu się z nimi uporaliśmy, choć jeden zdołał zbiec, zabierając w barku nóż Indice.

– Cholerny kryształ mnie oślepił – rzekła zirytowana arystokratka.

Popatrzyliśmy tylko po sobie, nie było sensu roztrząsać tej sprawy teraz, kiedy znaleźliśmy się już tak blisko celu. Domyślałem się, dokąd zmierzamy, odkąd tylko wstąpiliśmy na tę ulicę. Nie zdziwiłem się więc, gdy nos Ogara zaprowadził nas przed żelazną bramę, wyznaczającą granicę letniej rezydencji La Foyellów.

– Powinniśmy byli od razu tutaj zajrzeć – stwierdziłem, popchnąwszy metalowe wrota, które ustąpiły ze skrzypieniem zawiasów.

Zdziczały ogród, otaczający ruiny niewidocznego w gąszczu pałacyku, zasilony podziemnymi wodami, sprawiał wrażenie innego świata niż wyschnięte miasto, smagane gorącym, pustynnym wiatrem. Tutaj powietrze pachniało wilgotną ziemią, korony drzew dawały cień, a niższe piętra roślinności koiły oczy soczystą zielenią. Weszliśmy tylko kilka kroków w głąb tego raju, kiedy zatrzymał nas Pazamirr.

– Bardzo silny zapach. Zwierzyna jest tutaj.

– Maladique. Tak jak się umawialiśmy.

Wiedźma usiadła ze skrzyżowanymi nogami na trawie, zamknęła oczy i zanurzyła dłonie w miękkim gruncie. Czekaliśmy. Oparłem się o drzewo, podniosłem zasłonę hełmu i starłem pot z czoła, napiłem się wody z bukłaka. Zajęło to trochę, ale w końcu Maladique podniosła się, otwierając powieki.

– Już. Major Ferain skierował do nas cztery oddziały zbrojnych. Będą tu w przeciągu pół godziny.

Wzruszyłem ramionami.

– W tym czasie równie dobrze możemy się trochę rozejrzeć.

Pokonując dżunglę, dotarliśmy do alabastrowych ruin posiadłości. Zachowała się znacznie lepiej niż zamek strawiony smoczym ogniem, ale drzwi wyważono, zostawiając puste framugi, szyby wybito, w ścianach były dziury i pęknięcia, w niektórych miejscach dach się zawalił, a wszędzie tam, gdzie było to możliwe, przyroda wdarła się do środka, porastając wszystko mchem, trawą i bluszczem. W sypialni znaleźliśmy zwinięte w kącie posłanie z koców. Pazamirr podniósł jeden z nich i przysunął do nosa.

– Spała tutaj.

Ostrożnie przeszukaliśmy pozostałe pokoje pałacu. Sprawdziliśmy kuchnię, ogromną bibliotekę, podobnie jak Święta Iglica ograbioną z książek, salę jadalną, jakieś gabinety i pomieszczenia dla służby. Nigdzie nie było śladu Lemardy. Ostatecznie została tylko jedna część posiadłości, której nie sprawdziliśmy: ogrody na tyłach willi, większe i bujniejsze niż te otaczające ją od frontu. Wyszliśmy na taras, porośnięty chaszczami. Coś błyszczącego wystawało spomiędzy gąszczu, odsłoniłem kłębowisko liści i łodyg.

– O cholera…

Kryształ porastał niemal całą tylną ścianę pałacyku.

– Mówiłam, że potrafi się rozmnażać – rzekła Maladique. – Intrygujące…

– Intrygujące? To diabelstwo naprawdę żyje – stwierdziła z obawą Indice.

– Nieważne. Mamy inne zadanie do wykonania.

– Jest tam. – Ogar wskazał na matecznik. – Ale… niebezpieczeństwo. Teren łowiecki. My zwierzyną, ona drapieżnikiem.

Postanowiłem poczekać na posiłki. Kompania wysłana przez majora przybyła niedługo później.

– Kapitan Delille. – Kobieta w kolczudze i z młotem bojowym przy pasie zasalutowała. Z jej oczami było coś nie tak – jedną źrenicę miała większą od drugiej.

Obecność czterdziestu kilku siepaczy wcale nie uspokoiła moich obaw. Wystarczyło spojrzeć na Pazamirra – gdyby miał ogon, z pewnością podkuliłby go pod siebie. Pamiętałem też ostrzeżenia Meggerczyka i Yffonte. Wejście do zdziczałego ogrodu równało się samobójstwu. Pogrążony w myślach, poczułem, jak ktoś pociąga mnie za nadgarstek. Odwróciłem się.

– Mam pomysł. – Ton, jakim Maladique wypowiedziała to zdanie, nie pasował do jej słów. Podobnie jak mina. Czekałem, co powie dalej, ale na próżno.

– No, wyduś to z siebie.

– Kryształ nie lubi ognia.

– Smoczego ognia.

– Nie, sprawdziłam w obozie. Każdy odpowiednio gorący płomień może go skrzywdzić. Tak, skrzywdzić. Dlatego wcale mi się to nie podoba. Kryształ to żywa istota, być może jedyna w swoim rodzaju. Ale jeśli nie ma innego wyjścia…

– Odłóżmy na bok kwestie przyrodnicze. Uważasz, że podłożenie ognia wykurzy księżniczkę z gąszczu?

Wzruszyła ramionami.

– Jest córką Niebios, a kryształ smakuje Niebiosami.

– Smakuje? Czy ty próbowałaś go…

– Jeść? – Zaśmiała się. – Nie. Ale go polizałam.

– Jesteś stuknięta, Maladique. Pani kapitan, rozkaż swoim ludziom przeszukać dom i zebrać wszystko, co nadaje się do palenia. Za chwilę chcę widzieć wielki stos pod tą ścianą.

Delille bez słowa zapędziła ludzi do roboty. Przyglądaliśmy się w milczeniu, jak żołdacy rąbią meble, zrywają gobeliny, zwijają dywany i prześcieradła. Kiedy stos był już niemal gotowy, wreszcie doczekaliśmy się reakcji.

– Barbarzyńcy! – Krzyk dobiegł nas spomiędzy zarośli. Odwróciłem się natychmiast, jednocześnie przypadając do ziemi. Słusznie, strzała świsnęła tuż nad moją głową. – Szumowiny!

– Wyłaź, La Foyelle! – zawołałem, przesuwając się i ukrywając za wielką, glinianą doniczką. – Wyłaź albo za moment twój kryształowy przyjaciel stopi się jak królewski zamek!

– Nie waż się, psi synu! Tkniesz go i jesteś martwy!

– Skończ z tym wariactwem, księżniczko! – odezwała się Indice. – Nie przybyliśmy tutaj, żeby z tobą walczyć! Masz szansę uratować swój ród, może nawet przywrócić mu dawną znakomitość. Wystarczy, że…

– Wiem, po co tu przybyliście! Nigdy się nie poddam! Nigdy, słyszycie?! Myślicie, że możecie się ze mną mierzyć? Jesteście nikim! Miernotami na usługach biurokraty, nazwiskami bez znaczenia – kiedy z wami skończę, jakiś gryzipiórek przekreśli wasze imiona w księdze czarnym tuszem i to wszystko! Nic więcej po was nie zostanie! Dopomóż w tym swojej córce, o Święte Blantour!

– Niech szlag trafi jej tępy upór – rzuciłem zirytowany. – Zmarnuje życie swoich ludzi, czy ona nie rozumie…

Nie dokończyłem. Zdążyłem tylko podnieść zasłonę hełmu, nim zwymiotowałem. Świat dookoła zawirował, poczułem słabość w członkach. Zdołałem unieść wzrok i zobaczyłem, jak cały nasz oddział zwija się na deskach tarasu. Z ogrodu nadleciał deszcz strzał, trafiając w niektórych żołnierzy Delille. Kilku rebeliantów wybiegło z gąszczu z bronią w ręku, ledwo ich widziałem, miałem wrażenie, że coś usiłuje wycisnąć mózg z mojej czaszki.

– Podpalajcie! Podpalajcie ten cholerny stos! – wydarłem się na całe gardło.

Zdało mi się, że nikt mnie nie usłyszał, gdzieś obok świsnęła kolejna strzała. Próbowałem samemu dowlec się do narośli na ścianie, ale nie mogłem się skupić. Kryształ śpiewał, moje ciało mrowiło, nie byłem pewien, czy wibrująca pieśń niesie się w powietrzu, czy tylko w moich myślach, lecz głos kryształu rezonował, wwiercając się w umysł. Rebelianci znajdowali się coraz bliżej, z trudem wyciągnąłem miecz, pamiętając jedynie o tym, by chować się przed strzałami.

I nagle kryształ zaczął krzyczeć. Był to jednak krzyk bólu, wrzask, który obudził nas wszystkich z odrętwienia.

– Zawracać! – zawołała La Foyelle. – Zawracać, natychmiast!

Moje myśli popłynęły szybciej i jednocześnie uświadomiłem sobie kilka rzeczy. Po pierwsze, księżniczka nie miała być trofeum, które minister chciał sprezentować Lordowi-Protektorowi. Chevrine chciał ją żywcem, bo potrafiła rozkazywać kryształowi – kryształowi, który odrastał. Po drugie – Saint-Blantour, Święte Blantour… czy to możliwe, że ten nieznany, boski protoplasta La Foyellów… ale jak? Po trzecie było jednak bardziej naglące niż te rozważania – w taką pogodę ogień stopi nie tylko ścianę, ale obejmie całą willę. La Foyelle chciała, żebyśmy ją podpalili. Chciała, żebyśmy albo uciekli, albo dali się wystrzelać, albo upiekli się żywcem. Naszym jedynym atutem była przewaga liczebna i wykorzystać mogliśmy ją tylko teraz, kiedy część żołnierzy Lemardy nie zdążyła ukryć się z powrotem w gąszczu.

– Kapitan Delille! Frontalny atak! Ruszać się albo wszyscy pójdziecie pod sąd wojskowy!

Księżniczka zatrzymała wystarczająco wielu swoich ludzi wśród drzew, aby skosić część naszych zbrojnych. Dlatego wyskoczyłem z ukrycia wraz ze swoim oddziałem dopiero po pierwszej salwie. Maladique roztoczyła nad nami osłonę telekinetyczną i widziałem, jak cała krew odpłynęła z jej twarzy, kiedy siłą woli powstrzymała drugą serię strzał. Ludzie ministra padali jak muchy, ale my bezpiecznie dotarliśmy do linii drzew, choć wiedźma zaczęła krwawić z nosa, oczu i uszu od mentalnego wysiłku. Rozproszyliśmy się. Dostrzegłem ruszającą się kępę bzu, więc porąbałem ją mieczem, aż przestała się ruszać. Strzała drasnęła mnie w ramię, rzuciłem się w kierunku, z którego nadleciała i wpadłem barkiem na chudy pień młodego drzewa. Rebeliant spadł z krzykiem, doskoczyłem do niego i przebiłem mu gardło. Dopiero wtedy pozwoliłem sobie na chwilę oddechu. W gęstwinie trwała zażarta, chaotyczna walka, ktoś przedzierał się przez chaszcze, ktoś krzyczał, gdzieś dźwięczały zderzające się miecze, wciąż fruwały pociski.

– Pazamirr!

– Tutaj! Zwierzyna umyka!

Podążyłem za jego głosem, na oślep przedzierając się przez krzaki. Znalazłem go po chwili. Przez ramię miał przerzuconą Maladique, która straciła przytomność, obok niego Indice wyrywała sobie strzałę z łydki.

– Dalej! – ponagliłem ich. – Nie strać jej tropu!

Pobiegliśmy w głąb zdziczałego ogrodu, Indice kuśtykała za nami. Nie trwało to długo. Może kilka chwil później niespodziewanie zarośla się skończyły i wypadliśmy na rozległą polanę. Brak ostrożności kosztowałby mnie życie, gdyby nie zbroja płytowa, która zatrzymała miecz Lemardy. Wojowniczka nie trafiła w szczelinę między hełmem a napierśnikiem, ale impet ciosu sprawił, że się zachwiałem. Zdążyłem tylko zasłonić Pazamirra, dzięki czemu nie wszedł w zasięg księżniczki. Zrobiłem niepewny krok w tył i wyciągnąłem własną klingę, akurat na czas, aby zbić kolejne uderzenie La Foyelle, które znów prześlizgnęło się po mojej zbroi. Tym razem mierzyła ponad osłonę na krocze. Nie pozwoliła mi złapać ani oddechu, ani równowagi, błyskawicznym gestem zmieniła chwyt na mieczu i walnęła jelcem w moje ramię. Mimo paraliżującego bólu przeszywającego rękę zdołałem utrzymać broń w dłoni. Kolejny atak, wymierzony w głowę, udało mi się sparować. La Foyelle nie mogła przebić się do Pazamirra, co dało mu czas na odłożenie Maladique w bezpieczne miejsce i włączenie się do walki na własnych warunkach. Księżniczka bez trudu jednak kontrolowała nas obu, cały czas utrzymując swoją przewagę, wiedząc, że zmęczeni biegiem w końcu popełnimy błąd. Zapomniała jednak o Indice. Bełt wypadł z zarośli i trafił La Foyelle w ramię. Natychmiast kontratakowaliśmy. Na próżno, ale Lemarda nie dominowała już, a kiedy arystokratka zamieniła kuszę na rapier, szala zaczęła przechylać się na naszą stronę. Księżniczka narzuciła takie tempo, że wszyscy walczyliśmy o oddech i przemawiała jedynie nasza stal. Myślę, że mogłaby bronić się bardzo długo, może nawet przetrzymałaby nas, mimo zranionej ręki. Wkrótce jednak z lasu nadeszły posiłki. Kiedy tylko zobaczyła siepaczy ministra wynurzających się z zarośli, wykonała gwałtowny wypad do przodu, zamachnąwszy się szeroko mieczem, a potem cisnęła nam broń pod nogi i rzuciła się do ucieczki.

Nie miałem sił jej gonić, byłem przekonany, że dobiegnie do wysokiego, żelaznego płotu, przeskoczy przezeń i zniknie nam w labiryncie uliczek miasta. Nie doceniłem Pazamirra – Ogary szkolono nie tylko do tropienia, ale także do pościgu. Olbrzym pochylił się do przodu i stawiając wielkie kroki dopadł Lemardę przy ogrodzeniu, złapał ją za pas i ściągnął z parkanu. Księżniczka odwróciła się, ciachnęła sztyletem po dłoniach wielkoluda. Pazamirr zaskomlał, zmuszony odsunąć się, a La Foyelle znowu skoczyła na płot. Indice wycelowała i kolejny bełt wbił się w rękę Lemardy, kobieta straciła chwyt i ześlizgnęła się niżej, w sam raz, abym mógł rąbnąć ją mieczem po grzbiecie. Znowu spadła na ziemię, cofnąłem się, w ostatniej chwili unikając noża. Przypadła plecami do metalowego ogrodzenia.

– Precz! – krzyknęła, odganiając nas sztyletem.

Skinąłem głową na Indice. Uderzyliśmy z dwóch stron, ja zablokowałem księżniczkę mieczem, a ona dźgnęła ją w łokieć. Ręka Lemardy, naszpikowana już wcześniej bełtami, wreszcie zwisła bezwładnie. Kobieta spróbowała się odgryźć, ale ciąłem skośnie ostrzem, przypierając ją z powrotem do płotu. Arystokratka dźgnęła ponownie, tym razem wkładając swoją klingę w szczelinę ponad nagolennikiem. Noga ugięła się pod La Foyelle, uderzyłem z góry, zmuszając księżniczkę do uklęknięcia. Nie pozwoliłem jej wstać i Indice zaczęła kąsać ją ze wszystkich stron. Chwilę potem dobiegł pierwszy ze zbirów ministra. Widząc Lemardę na kolanach, rzucił się na nią z toporem. La Foyelle, szybka jak wąż, poderżnęła mu gardło, kiedy tamten je odsłonił, unosząc broń nad głowę. Żołdak nie okazał się jednak zupełnie bezużyteczny – kopnąłem jego zwłoki, przygwożdżając pod nimi księżniczkę. Indice uderzyła z boku, ale La Foyelle zdołała ją odgonić i zrzucić z siebie trupa, lecz jednocześnie na moment zerknęła na pozostałych żołnierzy, którzy nadbiegali już z głębi ogrodu i to ją zgubiło. Trafiłem głowicą miecza w jej hełm. Huknęło, zachwiała się, straciła równowagę, przewróciła na ziemię. Przekręciłem klingę i przybiłem dłoń Lemardy do ziemi.

– A mogliśmy załatwić to po dobroci – zakpiła Indice. – Nie musiałaś kończyć pokonana i upokorzona w błocie.

– Zdejmij jej przyłbicę – poleciłem arystokratce.

Z przesadną ostrożnością przystąpiła do zadania, po kilku chwilach szarpaniny udało się jej ściągnąć hełm z głowy La Foyelle. Wreszcie zobaczyłem jej twarz.

Nie wyglądała jak kobieta ze szkiców z archiwów Messelieu. Tamta była młoda, o gładkim licu, z grzywą jasnych włosów i śmiałym spojrzeniem. Wojowniczkę na ziemi szpeciły blizny i zmarszczki, podkrążone oczy patrzyły ze śmiertelnym zmęczeniem, brudne, zlepione potem włosy kleiły się do jej czoła. La Foyelle dyszała ciężko, ale uśmiechnęła się do mnie zabarwionymi na czerwono zębami, kiedy ja również zerwałem hełm i cisnąłem go w trawę.

– Pokonana przez bezimiennego gówniarza – wystękała, kręcąc głową.

– Porucznik Silithien Neyr, Pająki – odpowiedziałem spokojnie. Wskazałem gestem na olbrzyma, który ściskał pocięte dłonie przy piersi. – Sierżant Pazamirr. – Skinąłem na arystokratkę, krzywiącą się z bólu i niemogącą ustać na ranionej nodze. – Funkcjonariuszka Indice Curaint-Desuvax. – Pokazałem oczami wiedźmę, która wyszła z zarośli, tocząc dookoła półprzytomnym wzrokiem. – Funkcjonariuszka Maladique Sorjean.

– Bezimienne ścierwa – powtórzyła z uporem, wypluwając krew.

– Rzeczywiście – zgodziłem się. – Podzielę się z tobą pewnym aforyzmem, Lemardo. Sam go wymyśliłem. Otóż większość ludzi jest jak świece – płoną słabo, lecz długo. Nieliczni, jak ty, są niczym pożar – pałają jaśniej od innych, ale gasną równie gwałtownie. Mogłaś dokonać wielkich rzeczy… nie, źle to ująłem… powinnaś była dokonać wielkich rzeczy. Zamiast tego wypaliłaś się i z twojej chwały pozostały tylko zgliszcza.

Wargi księżniczki poruszyły się, już chciała mi odparować, ale błyskawicznie wyrwałem miecz wbity w jej dłoń i włożyłem go w gardło. Szarpnęła głową, jakby dławiła się ostrzem, krew wypełniła jej usta i skonała.

– Co ty na dziewięć piekieł zrobiłeś?! – wydarła się Indice. – Oszalałeś?!

– Poruczniku, nic nie rozumiem – zawtórowała jej kapitan Delille, która pojawiła się przed momentem wraz z ostatnią partią swoich żołnierzy. – Minister Chevrine polecił nam brać La Foyelle żywcem.

Zmierzyłem kapitan znużonym spojrzeniem. Ktoś podkreślił jej asymetryczną urodę, ciachnąwszy mieczem dokładnie między oczy. Cięcie było płytkie, ale z pewnością pozostanie blizna, od szczytu czoła aż po czubek nosa, z którego rytmicznie kapała krew.

– Ile razy mam to powtarzać? Nie służę ministrowi. Mam swoje własne rozkazy. Gnijąca Loża uznała, że niebezpiecznie byłoby zachować księżniczkę przy życiu, zatem ją zlikwidowałem. To koniec i Chevrine będzie musiał się z tym pogodzić, Pająki nie podlegają jego władzy.

Polana powoli wypełniła się pozostałymi przy życiu żołnierzami. Z czterdziestu czterech ludzi Delille ostało się dziewięciu.

– Tak z ciekawości, ilu było łuczników?

– Ośmiu – odpowiedziała ponuro.

Gwizdnąłem cicho. Na każdego rebelianta przypadało ponad pięciu naszych, lecz pod dowództwem La Foyelle zredukowali kompanię Delille do pojedynczego oddziału i to jeszcze niepełnego.

– Co mamy teraz zrobić?

– Zdejmijcie z szyi La Foyelle królewskie insygnia, Chevrine będzie chciał je zobaczyć. Ciało możecie zakopać.

Wytarłem miecz i schowałem go do pochwy, podczas gdy żołnierze zaczęli rozbierać zwłoki La Foyelle z pancerza. Indice odciągnęła mnie na bok, ale zanim zdążyła coś powiedzieć, Delille zawołała nas z powrotem.

– Co znowu?

– Myślę… myślę, że powinieneś to zobaczyć, poruczniku.

Zawróciłem zirytowany. Bez napierśnika ciało La Foyelle wydawało się karykaturalnie drobne – mimo warstwy mięśni była chuda, pozbawiona jakichkolwiek krągłości. Z wyjątkiem jednej, na brzuchu. Zrozumiałem natychmiast. Była w ciąży.

 

***

 

Ruch oporu przepadł. Nawet jeśli jakimś rebeliantom udało się zbiec z Saint-Blantour, po śmierci La Foyelle spadli do rangi pospolitych bandytów. Gnijąca Loża w końcu zwyciężyła, choć w dawnym Królestwie Białych Wież nie pozostało więcej niż kilka zapadłych dziur niezasługujących na miano miast i Szczęśliwość, nowa stolica, budowana przez Chevrina na południu. Rzecz jasna, nawet się tam nie zbliżaliśmy – minister był wściekły. Jego drogocenne narzędzie, nienarodzone dziecko krwi La Foyellów, które mógłby dowolnie ukształtować i za pomocą którego zapanowałby nad kryształowym bożkiem z Saint-Blantour, było martwe. Wraz z końcem królewskiego rodu, nie było nikogo, na czyje wezwanie demon mógłby odpowiedzieć. Powieźliśmy Istavena Yffonte prosto do Fortu Messelieu na granicy czterech byłych królestw, obecnie państw-członków Żółtej Ligi. Kiedy dotarliśmy na miejsce, akurat przyleciał gołąb z wieściami o masowych egzekucjach w Szczęśliwości. Wśród skazanych znalazł się Behugo Murizzoni, powieszony jako podwójny zdrajca. Yffonte triumfował, przynajmniej dopóki sam nie przepadł gdzieś w bezdennych lochach Fortu Messelieu. Do stosu raportów o Lemardzie La Foyelle dołączył kolejny, napisany moją ręką. Tym razem jednak jej akta zamknięto i zniknęły w archiwach już na zawsze.

Czy dręczyły mnie wyrzuty sumienia? Owszem. Czy zabiłbym La Foyelle, gdybym wiedział, że nosi w łonie dziecko? Owszem.

Koniec

Komentarze

Kolejne zadanie Pająków, znowu nietypowe dla żołnierzy. Podoba mi się ta nietypowość. Nie zapamiętałam dokładnie członków oddziału, ale szybko się z nimi na nowo oswoiłam.

Ładna historia, z odpowiednią ilością zwrotów akcji.

Kawał solidnie napisanego fantasy.

Tylko interpunkcja kuleje, czasami jeszcze coś innego zgrzytnie.

Babska logika rządzi!

O Boziu, ależ to było dobre, wciągające i świetnie przemyślane. Przepatrzę forum w poszukiwaniu reszty przygód Pająków, spodobał mi się ten przedstawiony w opowiadaniu świat i konkretny okres – nawet jeśli po starym porządku pozostały tylko zgliszcza i ruiny, to czas nie zdążył jeszcze przegnać z nich gorąca oporu i przelanej w ich obronie krwi. Dobre! 

Specyficzne opowiadanie.

Zazwyczaj narzeka się na brak akcji i nadmiar opisów, a u Ciebie, Nighterze, jest wręcz odwrotnie. Skąpe opisy, ot, takie, żeby było wiadomo, w jakich okolicznościach cała sprawa się toczy, brak szczegółowej charakterystyki bohaterów i tylko zadanie do wykonania zostało jasno wytknięte.

A co mamy w zamian?

Otóż mamy tak pożądaną przez czytelników pędzącą akcję, ciągłe zmiany sytuacji, zaskakujące wolty i nader satysfakcjonujące zakończenie.

Czy można chcieć więcej?

Moim zdaniem, tak. Życzyłam sobie, Nighterze, aby kolejne opowiadanie o przygodach Pająków zawierało mniej usterek, że o znacznie lepszej interpunkcji nie wspomnę. ;)

 

Wy­szczer­bio­ną tylko tu i ów­dzie, sze­ro­ką na trzy wozy, zdo­bił napis… – Zbędny zaimek.

 

Nie­kie­dy drogę blo­ko­wa­ły nam po­zo­sta­ło­ści ba­ry­kad, wzno­szo­nych ze wszyst­kie­go, co było pod ręką – biu­rek, be­czek, prze­wró­co­nych wozów, a nawet pługa czy spróch­nia­łe­go i prze­żar­te­go przez kor­ni­ki pia­ni­na. – Wiem, Nighterze, że masz własne zdanie w tej sprawie, wiem także, kto tu rządzi, ale nie mogę się powstrzymać przed zwróceniem uwagi, że w czasach kiedy noszono zbroje płytowe i walczono na miecze, łuki i kusze, nie było na świecie ani jednego pianina. Ten instrument został skonstruowany dopiero w końcu XVIII wieku, a nie wyklucza się możliwości, że dopiero w pierwszych latach wieku XIX, więc pianina z Twojej barykady korniki raczej nie miały szansy choćby tknąć, nie miało też ono szansy spróchnieć.

Wahałabym się też, co bycia pod ręką biurek. Podejrzewam, że łatwiej dostępne były inne meble – skrzynie, stoły, krzesła, łóżka, szafy czy inne kredensy, że o ławach nie wspomnę.

 

udało nam się wró­cić z po­wro­tem na głów­ny trakt. – Masło maślane. Czy można dokądś wrócić, nie przybywając tam ponownie?

Wystarczy: …udało nam się wró­cić na głów­ny trakt.

 

Dach bu­dyn­ku za­padł się pod nami i ru­nę­li­śmy dwa pię­tra w dół… – Masło maślane. Czy mogli runąć w górę?

Proponuję: Dach bu­dyn­ku za­padł się pod nami i ru­nę­li­śmy z wysokości dwóch pięter

 

Osta­tecz­nie zo­sta­li­śmy po­je­dyn­czo odło­wie­ni… – Czy odłowienie to najwłaściwsze określenie na wyciągnięcie kogoś z głębokiej dziury.

Proponuję, aby bohaterowie zostali wyciągnięci/ wydostani/ wydobyci.

 

Sie­dział przy ogni­sku, żując coś w ustach. – Czy można żuć coś, nie mając tego w ustach?

 

wi­dzia­łem to w lekko ob­na­żo­nych zę­bach spi­ło­wa­nych do kłów… – Co to znaczy, że zęby są spiłowane do kłów?

Może: …wi­dzia­łem to w lekko ob­na­żo­nych zę­bach, spi­ło­wa­nych na kształt kłów

 

Roz­luź­nił się nagle, za­mru­gał ocza­mi. – Oczami nie można mrugać. Mrugają powieki.

 

Za­trzy­ma­li­śmy się tylko raz na krót­ki od­po­czy­nek i po dwu­dzie­stu paru mi­nu­tach zna­leź­li­śmy się już na szczy­cie. – Mieli zegarki???

 

zruj­no­wa­na ka­te­dra stra­szy­ła za­pad­nię­tym da­chem… – Czy w opisanym świecie byli katolicy?

Za SJP: katedra 1. «główny kościół diecezji Kościoła katolickiego»

 

-W po­rząd­ku. – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Pa­za­mirr sie­dział na scho­dach zruj­no­wa­ne­go domu po dru­giej stro­nie ulicy, z wy­ra­zem sku­pie­nia na pół­zwie­rzę­cym ob­li­czu i twa­rzą zwró­co­ną gdzieś na wschód. – Czy dobrze zrozumiałam, że Pazamirr był dwulicowy? Że miał oblicze i twarz? ;-)

Może wystarczy: …z wy­ra­zem sku­pie­nia na pół­zwie­rzę­cym ob­li­czu, zwró­co­nym gdzieś na wschód.

 

Przod­ko­wie księż­nicz­ki za­ło­ży­li to mia­sto i pa­no­wa­li nad nim przez stu­le­cia. – Raczej: Przod­ko­wie księż­nicz­ki za­ło­ży­li to mia­sto i pa­no­wa­li w nim przez stu­le­cia.

 

jak­byś się czuła we wszech­ogar­nia­ją­cym bla­sku krysz­ta­ło­wej twier­dzy… – …jak­ byś się czuła we wszech­ogar­nia­ją­cym bla­sku krysz­ta­ło­wej twier­dzy

 

gdyby po­sła­li zwy­kłych żoł­nie­rzy na sztur­mo­wa­nie ta­kie­go zamku… – Raczej: …gdyby po­sła­li zwy­kłych żoł­nie­rzy do sztur­mo­wa­nia ta­kie­go zamku

 

Wo­jow­nicz­ka wy­bu­chła śmie­chem.Wo­jow­nicz­ka wy­bu­chnęła śmie­chem.

 

– A kto ty w ogóle je­steś, po­rucz­ni­ku?Prze­ra­stam cię… – Brak spacji po pytajniku.

 

Wie­rzy­ła, że Gni­ją­ca Loża od­pu­ści, jeśli zo­sta­nie zmu­szo­na uto­pić tutaj morze krwi. – Można coś utopić w morzu, ale morza, choćby i morza krwi, utopić się nie da.

 

Po ja­kichś dwu­dzie­stu mi­nu­tach Ma­la­di­que pod­nio­sła się, otwie­ra­jąc po­wie­ki. […] Będą tu w prze­cią­gu pół go­dzi­ny. – ?

 

zry­wa­ją go­be­li­ny, tną dy­wa­ny i prze­ście­ra­dła. – Po co cięli coś, co można spalić w całości?

 

Ogary szko­lo­no nie tylko tro­pie­nia, ale także i do po­ści­gu. – Pewnie miało być: …Ogary szko­lo­no nie tylko do tro­pie­nia, ale także do po­ści­gu.

 

po kilku chwi­lach szar­pa­ni­ny udało się jej – ścią­gnąć hełm z głowy La Foy­el­le. – Półpauza jest tu zbędna.

 

Opo­wiem ci aneg­do­tę, Le­mar­do. Sam ją wy­my­śli­łem. Otóż moim zda­niem więk­szość ludzi jest jak świe­ce – płoną słabo, lecz długo. – Moim zdaniem to nie jest anegdota, raczej sentencja.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Finkla,  – dzięki, spróbuję coś jeszcze zrobić, jeśli chodzi o interpunkcję, choć nie obiecuję ;)

@TheLastAxeman – również dziękuję, natomiast z przygód Pająków na stronie jest tylko zlinkowana w przedmowie Plaga. Nie wykluczam, że za jakiś czas wrzucę coś jeszcze, łatwiej mi się pisze opowiadania z tym samym zestawem bohaterów (choć pojawiają się też wtedy innego rodzaju wyzwania w porównaniu do pisania zupełnie niepowiązanych historii), a feedback na NF jest bardzo wartościowy.

@regulatorzy – wielkie dzięki za wytknięte błędy, zastosowałem się do wszystkich Twoich sugestii – z jednym, małym wyjątkiem. Godziny były znane od starożytności jako 1/12 dnia lub nocy, więc żołnierz z mapą był moim zdaniem w stanie ocenić za ich pomocą czas potrzebny do przebycia konkretnego dystansu, przynajmniej w przybliżeniu. Co do minut masz w pełni rację, byłem błędnie przekonany, że również z nich korzystano od antyku, ale jedynie je wtedy wymyślono. Jeżeli jednak okaże się, że godzina (czy też raczej obecne w tekście “pół godziny”) razi/wybija z klimatu/etc. więcej osób, to zmienię także i to.

Nighterze, ogromnie się cieszę, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Mam nadzieję, że pozwolisz nam cieszyć się jeszcze niejedną opowieścią z udziałem Pająków.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze napisane i doprawione fantasy. Uniwersum ciekawe, ma parę charakterystycznych cech, które wyróżniają je z tłumu. Postacie może standardowe, ale mnie to nie przeszkadzało. Napisane też w miarę okej, nic nie utrudniało płynnego odbioru opowieści. Akcja zajmująca, kolejne zwroty może i oczekiwane, ale na pewno dobrze wykonane.

Podsumowując: jest okej, parę fajerwerków też się pojawiło. Dobre czytadło, ale póki co nic ponad to.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

@NoWhereMan Trochę późno, ale dzięki za komentarz i opinię :)

Nowa Fantastyka