- Opowiadanie: Imidar - Gondola

Gondola

To opowiadanie jest moim debiutem, jeśli chodzi o postapo, fantasy, steampunk i horror w jednym. Wiem, że nie każdy to przeczyta, i nie każdy oceni przychylnie (nie na to liczę, pozostawiając swoje opowiadanie pod osąd), ale wierzę , że nawet jeśli coś schrzaniłem, znajdę kogoś, kto naprowadzi mnie na właściwą ścieżkę, aby z przedstawionego uniwersum stworzyć nie tylko krótką historię o zagubionym chłopcu na pokładzie latającego okrętu, ale coś więcej. Coś, co będzie w chociaż niewielkim stopniu odzwierciedleniem wizji hekatomby naszego świata, nakropionej rodzącym się na nowo religijnym fanatyzmem, nową technologią... ale i nadzieją, że być może po wielkim czasie konfliktów zbrojnych wszelkie cierpienia oraz wojny kiedyś ustaną. I tym końcem nie musi być wcale zagłada wszystkich żyjących. Zapraszam do lektury. 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Gondola

Włochy od zawsze były ciepłym krajem. Tak bardzo ciepłym, że ilekroć tam przybywano, człowiek musiał spośród wszystkich swoich naturalnych przyzwyczajeń wywalić z listy niechęć do śródziemnomorskiego klimatu. No, może nie każdy. Fernandez Bartolini Riviera (chociaż często złośliwie wołali go „Oczko” przez opaskę na lewym oku) chodził dzisiaj po pokładzie zadumany jakby drugą pensję dostał. I nic dziwnego, bo każdy z najemników miewał takie dni, kiedy wpadał w stan zamyślenia, mogąc po raz kolejny zobaczyć rodzinne strony (nie zapominajmy jednak, iż takiemu przeżyciu towarzyszyły różne emocje, a w zależności od tego każdy z chłopaków miał specyficzny humor kompletnie zmieniający nastrój całej załogi). Decyzja o podróży do Watykanu nie nadeszła zbyt prędko. Telegrafy choć krążyły w miarę sprawnie, to jednak ostatni wyładunek zabrał tyle czasu, że kapitan zwlekał z poinformowaniem załogi wiedząc, iż nikt nie będzie zadowolony z tak szybkiego opuszczenia Playmouth. Jedyną, dość marną pociechą była możliwość ponownego ujrzenia niegdyś czerwonych pól uprawnych, rozłożonych szerokim dywanem niemalże zaraz u podnóży mroźnego łańcucha Pirenejów. To nic, że pokrywał je nuklearny pseudo śnieg i z tej czerwieni mało co zostało, ale w czasach gdy ludzkość próbowała po prostu przetrwać, było to po prostu COŚ, nawet pomimo tego, że po drodze załoga ponownie musiała oglądać przygnębiający widok opustoszałej Barcelony i ruiny Mediolanu. Wraz z podróżą chłodny wiatr zaczął ulegać, aż do znacznego zmniejszenia odległości do równoleżnika 40 stopni kiedy powziął sobie za cel na początek wysuszyć gardła wszystkim najemnikom, by potem stopniowo wpychać im do nich mało przyjemną, utrudniającą spanie wilgoć. Ciepły, acz umiarkowany, smagał nieubłaganie, a rumor silnika parowego, zasilającego napęd  trząsł całą konstrukcją gondoli wzmacniając ten efekt wywołując od czasu do czasu nieplanowane turbulencje. Złośliwy by stwierdził, że równie dobrze można by wyjąc sobie nogi, a na ich miejsce wstawić dwa wibratory… albo coś innego, co wibruje. Nieważne. W każdym razie było momentami ciężko zasnąć w kabinie, zwłaszcza gdy kolega w kubryku puścił bąka po dzisiejszej kolacji, czyli puszce fasoli. Młody Wilhelm leżał wówczas w swojej koi co chwila przewracając się z jednego boku na drugi. No, w zasadzie nie Wilhelm tylko Willy. Tak zaraz pierwszego dnia ochrzcili go koledzy gdy tylko postawił nogę na drewnianym stopniu trapu, bo starszy marynarz Duńczyk stwierdził, że imię „Wilhelm” brzmi, jakby było nazwą okazu na wystawie wróbli. A, odnośnie Duńczyka: tak, to on pierdział, uprzykrzając skutecznie życie pozostałym trzem lokatorom.

– Dorn, weź już kurwa skończ bo do wachty została mi tylko godzina i byłbym wielce rad gdybym mógł się wyspać przed manewrami.

– Pół.– odpowiedział półprzytomnie starszy marynarz.

– Co „pół?”

– Zostało Ci pół godziny. 

W tym momencie coś zgrzytnęło, a drewniany kadłub zaskrzypiał donośnie, fałszem tysiąca drewnianych belek.

– Znowu mają problem z powerpackiem– burknął spod kołdry Gustlik.– Jak tak dalej pójdzie to nie dalej jak za tydzień, będziemy przy cumowaniu liny z krzyża ciągnąć.

– Zamknijcie się w końcu!- Krzyknął już zrezygnowany, młodszy wajchowy Jurij, któremu za schrzanienie kompresora naczelny mechanik wymierzył karę spania w kubryku z szeregowcami. Jak było widać, skuteczną. Przynajmniej na tyle, by praktykant doznał chociaż minimum poczucia winy.

Ni stąd, ni zowąd nastąpił nagły przechył. Zagrał cichy klawikord jednorazowych długopisów pochowanych po szufladach, głośnym szurnięciem zamanifestował swoją obecność blaszany śmietnik, a stojący na biurku kubek z niedopitą kawą zsunął się z gładkiej powierzchni blatu i pofrunął z trzaskiem na podłogę pozostawiając po sobie chaotyczne malowidło z kamionki oraz czarnych fusów. Rozwieszone w poprzek izby pranie załopotało, roznosząc chemiczną woń krochmalu i rozrobionego z nim płynu do płukania, zapewne według założeń mającego pachnieć ładnie. No i… nie pachniał.

– Bartolini, to chyba Twój.– Mruknął Dorn.

Fernandez odkleił twarz od ściany żeby zerknąć w mroczną przestrzeń kabiny, przetarł oczy i zerknął na podłogę. Syknął pod nosem.

– Puttana! I cały myk z buchnięciem go w karczmie psu w rzyć!

Pozostali milczeli, i jedynie Duńczyk sprawiał wrażenie wyraźnie rozbawionego, bo przez światło wpadające przez bulaj można było zobaczyć jak zwały tłuszczu na jego plecach zaczynają się trząść. Ze śmiechu.

Dziesięć minut, kolejne bujnięcie, tym razem na lewą burtę. Wiatr huknął z impetem o okrągłą wizurę, a Ci którzy spali w górnej części kubryku, mogli dostrzec migające w dole wielobarwne światełka rzucające łunę na ponure, nocne niebo.

– No to już na pewno nie pośpię– burknął Jurij, rzucając gniewne spojrzenie wszystkim zebranym i powstał ciężko ze swojego legowiska, zarzucając na siebie lnianą, krzywo wyciętą koszulę, podarte jeansy oraz brudny, zaolejony kombinezon rzucony wcześniej w kąt przed pójściem spać.

Dokładnie w momencie gdy założył buty, z wielkiej, miedzianej tuby intercomu statkowego zwisającej tuż obok wejścia do środka huknął donośny, matowy głos kapitana.

– Uwaga załoga, do portu lotniczego w Rzymie pozostało piętnaście mil. Grupa pokładowa, szykować cumy na rufie i dziobie. Macie dziesięć minut by pojawić się na pokładzie. Jurij, starszy mechanik będzie rad jeśli pojawisz się w maszynowni. Tylko trzeźwy, prosił.

– Na trzeźwo to sobie co najwyżej dupę można ogolić. Suka bliat…– sapnął pod nosem, ale jedyną reakcję otoczenia jaką napotkał to skrzypnięcia kubryku i przeciągłe ziewnięcia towarzyszy.

Wyszli na korytarz gdzie na początek przywitała ich powtórka komendy z intercomu oraz głośne nawoływanie mosiężnego dzwonu na pokładzie.

– Ja spadam do maszyny. Na razie chłopaki.

– Pa– odpowiedział jako jedyny Willy, a następnie podążył za resztą kolegów.

– Uwaga, zara da czadu!- Dorn chwycił sękatymi palcami za koło włazu i przekręcił. Uderzył ich chłodny, drażniący, wilgotny wiatr niosący ze sobą drobiny soli odparowanej w ciągu dnia z powierzchni morza oraz fioletowy horyzont zmieszany z burymi, porwanymi na strzępy poduszkami chmur, na których linii balansował ogromny statek.

Na pokładzie trzymając się relingów, czekał już trzeci oficer okutany w ciemny płaszcz powodujący, że jego sylwetka wyglądała jak poszarpany strzęp smolistego dymu. Dokładnie takiego samego jaki ciemnymi kłębami wylatywał teraz przez ogromny komin na rufie.

– Tylna stacja manewrowa, maski przeciwgazowe włóż! Grupa dziobowa, odmaszerować na swoją stację. Bosman i drugi już czekają!- Rozkazał, a choć szalejąca pustka niejednokrotnie pragnęła wepchnąć mu jego własny głos z powrotem do gardła, wszyscy byli już na tyle zaprawieni , że młodszy wachtowy mógłby nawet zaniemówić, a i tak wykonaliby swoje polecenia.

Marynarze ruszyli zająć swoje stanowiska, od czasu do czasu podtrzymując się relingów, żeby silny podmuch nie zwalił któregoś z nich na kolana. Ci co mogli, przypinali się do nich uprzężami.

Powiadają, że doświadczenie uczy… i mają rację. Zwłaszcza kiedy Twój kolega z pokładu idzie na zewnątrz zapalić, a wiatr nagle zmienia kierunek zwiewając go z burty prosto w pustkę. Takiej śmierci nikt sobie nie życzył. Takiej śmierci nie życzono nikomu.

Willy stanął w masce przeciwgazowej tuż obok wielkiego zwału cumy, którą wyciągali dzisiaj rano, a następnie podał starszemu Bartoliniemu. Smoliste kłęby dymu z komina padały wprost na pokład, przykrywając marynarzy śmierdzącym kocem spalenizny i siarki. Wkrótce dołączył do nich Trzeci. Zagrzmiała ogromna tuba intercomu.

– Załoga, dwa szpringi na dziobie i rufie, plus dwie cumy na dziobie i rufy.

– Jahwol!- Ryknął wachtowy, a przez maskę przeciwgazową zabrzmiało to jak charkot helikoptera.

W oczekiwaniu na rozpoczęcie manewrów, każdy robił co mógł, żeby na chwilę odwrócić swoją uwagę od obowiązków, toteż jedni przysypiali siadając na zwojach cum, inni przygotowywali haki oraz rzutki, a jeszcze inni tak jak Willy spoglądali w dół za krawędź falszburty by podziwiać świetlistą łunę bijącą od Stolicy Apostolskiej. Ich oczom jawiły się liczne rzędy kamienic poprzecinane brukowanymi uliczkami, słupy szarego dymu z kominów, pasma przechadzających się ludzi i turkoczące tam i ówdzie niezdarnie poskładane, prymitywne wozy.

– E, młody, chcesz coś zobaczyć?– Zabuczał spod maski któryś z młodszych marynarzy.

Willi pokiwał głową.

– To masz. Patrz tam.

Towarzysz wręczył chłopakowi niewielką, składaną lunetkę z mosiądzu. Młodzik przyłożył ją do oka, wcześniej na moment ściągając maskę, bo wiatr zdawał się nieco osłabnąć. Zapewne dlatego, że zmniejszyli wysokość oraz obroty w maszynie.

Mimo to na wszelki wypadek wyjął jeszcze chustkę z kieszeni brudnego kombinezonu i przetarł brudne, zaszklone od potu okulary paskudnej, gumowej maski, a potem rozłożył przedmiot i spojrzał w kierunku wskazanym przez kolegę. Dostrzegł ją mimo zarysowanego szkła.

Była piękna. Pomimo swej starości oraz destrukcji jaką sprowadziła na nią II Wielka Wojna, Bazylika Św. Piotra świeciła swoją bladą kopułą nad resztą miasta, manifestując swoją wyższość oraz dojrzałą dostojność, nadaną przez ząb czasu, jakim została nadgryziona. I nawet poważnie uszkodzona część wcześniej wspomnianej kopuły, nie umniejszała jej w niczym, choć niektórzy mogliby tę skazę przyrównać do czaszki strzaskanej buzdyganem.

Wiatr powiał odrobinę mocniej, niemal wyrywając chłopakowi z rąk świetlistą lunetkę.

– Skąd to masz?

– Jak byliśmy w Irlandii w zeszłym roku to wymieniłem się za butelkę wina, parę kapci i kawałek rogu jelenia.

– Dobry biznes. A tak na serio?

Młodzik spojrzał to w lewo, to w prawo, a upewniwszy się, że nikt ich nie podsłuchuje, kontynuował.

– Jak Drugi spał to mu buchnąłem jednego fajka jak przysypiał na mostku. Gość był na głodzie, więc nie negocjował za bardzo. Tylko nic nikomu nie mów!

– Jasne.

Tuba intercomu zarżała ponownie. Zawtórował jej ryk potężnych kół napędu bocznego okrętu.

– Rufa, przygotować się do przyjęcia pilota na burtę!

Trzeci jak rażony gromem powstał z poleru, na którym przed chwilą siedział i porwał za rękaw jednego starszego marynarza wraz z Willim.

– Młody, wiesz jak rozstawiać trap?

– Nie, proszę pana.

– To dobrze. Dzisiaj się nauczysz. A po drugie, jestem Sven. Jak nie jesteśmy na mostku albo przy kapitanie to możesz do mnie mówić po imieniu, jasne?

– Tak jest.

– Ile masz lat?

– 21.

– Młodyś. Pierwszy raz na manewrach?

– Drugi– odpowiedział za młodzika starszy matros– pomagał nam przy ściąganiu cum jak wylatywaliśmy z tej wioski na północy… nooo!

– Skjoldehamn? Nawet mi nie przypominaj. Tam to dopiero piździło…

Byli już w połowie długości okrętu, więc ściągnęli maski przeciwgazowe i zajęli miejsce gdzie falszburta była wcięta na około pół metra, a z wnęki wystawała przydługa, blaszana kładka zabezpieczona barierkami, wmontowana w mechanizm trybików oraz śrub.

– Młody, tutaj masz uprząż. Przypnij się do relingu. Starszy, bosak w dłoń.

– Tak jest!- zagrzmieli niemal równocześnie pośród huku wiatru i warkocie oddalonych o kilkanaście metrów kół napędu bocznego.

 Willy będąc gotowym, zasygnalizował swój stan wachtowemu. Tuż za nim stał drugi marynarz z długą tyczką zakończoną dospawanym, przerdzewiałym hakiem, który najpewniej był niegdyś częścią harpuna.

– Dobra młody. Teraz będzie najlepsze!- Na poparcie swych słów, Sven chwycił za korbę wystającą z falszburty i zakręcił nią zamaszyście. Cała konstrukcja kładki wysunęła się gwałtownie za burtę, wystawiając młodzika na furię niespokojnego wichru, którego marzeniem najpewniej było porwać go w swoich objęciach i zabrać ze sobą na tak zwany wieczny taniec. Tak przynajmniej nazywali to marynarze floty powietrznej.

– Jezu… Jezu, Jezu!!! NIEEE!!! Wahahahahaha!!! NIEEE!!!- do tej pory cichy młodzieniec w rozpaczy chwycił się kurczowo relingu, za wszelką cenę próbując nie patrzeć na migające pod jego stopami żyły miejskiego organizmu. Sprawa o tyle trudna, że kładka lekko ustępowała pod stopami, ilekroć bardziej uległa wysunięciu poza burtę.

– To nie był dobry pomysł.– mruknął starszy, zajmując swoje miejsce tuż za Willim.

– Da radę. Każdy z nas dał– żachnął się Trzeci– pilnuj żeby czasem nie odwalił czegoś głupiego, a ja założę reflektor.

– Ta jest…– mruknął matros, po czym z miną pełną entuzjazmu w takim stopniu, co słoik kiszonej wody z ogórków, krzyknął do młodego.

– Pamiętasz co masz robić?!

Willy otworzył zamknięte do tej pory oczy i momentalnie zwymiotował na swoje buty.

– Nie, nie to!!!

– Ja… ja…– młodzik próbował odpowiedzieć, ale potok wilgotnego, napierającego powietrza zdławił chęć mowy oraz motywację do powiedzenia czegokolwiek. Wilhelm odetchnął kilka razy, tym razem wznosząc spojrzenie w nadziei ujrzenia resztek nocnego nieba, ale zamiast tego dostrzegł jedynie szkielet ogromnego balonu nośnego, który utrzymywał ich statek w górze.

„Ogarnąć się, ogarnąć się.” Myślał gorączkowo, nie chcąc za nic w świecie puścić kawałka stalowej konstrukcji o trwałości równie wątpliwej co obietnice polityków.

– Podaję rękę pilotowi, Ty przyciągasz i przytrzymujesz ich balon za olinowanie.

– I wciągasz go do nas na pokład! Brawo! Pięć plus. Tylko następnym razem odpowiedz od razu a nie… Ty, w mordę! Lecą już!

Wnet zobaczyli jak zza rufowej części kadłuba podlatuje do nich mały balon z zamontowanym na nim silnikiem próbujący dogonić ogromnego molocha. Z plecionego kosza pomachała do nich postawna sylwetka w czapce uszatce oraz goglach.

Jednostka pilotowa podleciała powoli, stopniowo regulując obroty wirnika umieszczonego z tyłu.

Balon od kładki dzieliło może półtorej metra, kiedy Willy dostrzegł na horyzoncie ICH.

Ostatnio odwiedzili go po raz ostatni ponad rok temu, gdy jeszcze mieszkał w opustoszałej wiosce na południu Niemiec, na długo przed trafieniem do Skandynawii. Zniekształcone cienie sunęły po nocnym niebie na tle szarych, porwanych obłoków i fioletowego krajobrazu niczym plamy czarnego inkaustu opadające na dno szklanki wody. Podpływały coraz bliżej, pędzone obecnością żywych istot, aż w końcu mógł dostrzec ich okrutnie poszarpane twarze, pełne bólu i cierpienia. Jedni odziani w mundury brudne od błota i zakrzepłej krwi, inni z przestrzelonymi hełmami i karabinami przewieszonymi przez ramię. Jedni, wychudzeni niczym nietoperze, w pasiatych piżamach, zapatrzeni przed siebie ślepymi białkami nieistniejących oczu, inni całkiem nadzy, owionięci płomieniami i drutem kolczastym. Wśród nich wszystkich zgromadzonych– jeden, całkiem sporej postury, szczupły osobnik w mundurze i czapce oficerskiej, trupią twarzą pozbawioną wyrazu, zwrócony do młodzieńca. Tak jak wtedy nad rzeką, nim zaczęli do nich walić jak do kaczek.

Ponura delegacja stanęła przed nim po raz kolejny, a oficer będący na czele wyciągnął do Wilhelma widmową dłoń złożoną z samych paliczków kości rozpościerając przy tym palce, niczym złodziej sięgający po swą zdobycz. Chłopak patrzał na niego oniemiały w przerażeniu, a strach i towarzyszący mu dreszcz zwaliły młodego marynarza na plecy. W uszach zadudnił mu brzęk zardzewiałej blachy, okręt przechylił się niebezpiecznie na lewą burtę, przez co zsunął się po kładce aż pod samą krawędź, gdzie nogi zwisły mu nad przepaścią, a po chwili ta przepaść przybrała formę krystalicznego potoku, w którym łowił ryby. Do jego uszu dotarły strzały z karabinów, niebo nabrało karmazynowych rumieńców, a oficer dalej patrzał w głąb niego, obnażając dłoń, na której dopiero teraz Willy dostrzegł zaśniedziały, złoty zegarek wskazujący północ obleczoną ryciną trupiej czaszki…

Nagły powrót, jak gdyby moment wynurzenia się spod powierzchni wody. Ochłonięcie. Wizg.

 Zjazd do zimnej jak stal rzeczywistości.

– KURWA, WCIĄGAJ GO!!!- Ryknął starszy marynarz kurczowo trzymający prowizoryczny bosak zaczepiony o liny balonu pilotowego.

Dopiero teraz spostrzegł, że trzyma wyciągniętą rękę pilota, samemu stojąc jak pajac, niemal na samym końcu trapu. Odruchowo zerknął na jego nadgarstek żeby sprawdzić czy ma zegarek, ale nie dostrzegł nic, za wyjątkiem grubego rękawa skórzanej kurtki obszytej na krawędziach grubym futrem. Statek przechylił się w prawo, a chłopak wykorzystując ten moment, silnym pociągnięciem ramienia wciągnął wąsatego Włocha na prowizoryczny trap. Trzeci zakręcił korbą, balon pilotowy odleciał, ponownie zwiększając swoją odległość od kadłuba monstrualnej machiny napędzanej parą.

Blaszana kładka… stwierdziła nagle, że ma to wszystko w dupie i pod ciężarem obydwu gagatków gwałtownie zgięła się w pół. Sven wrzasnął przerażony, a towarzyszący mu starszy marynarz w mogłoby się wydawać, ułamek sekundy, wyciągnął bosak do Wilhelma. W ostatniej chwili młodzik chwycił za tyczkę i wspólnymi siłami wraz z Trzecim, żeglarze wciągnęli ich na pokład.

– Co to miało być do cholery?!- Pilot ściągnął gogle, i dopiero teraz Willy mógł zobaczyć, że miał śmieszne, zielone, wyłupiaste oczy.– Zaskarżę was do portu!

– Z tym do kapitana.– burknął Sven, i jak na złość zagrzmiała wówczas tuba intercomu na przedzie nadbudówki.– Śródokręcie, co się tam dzieje do cholery?!

Trzeci podszedł do niewielkiej konsolety usytuowanej tuż obok schodów prowadzących do środka. Zakręcił korbką i wystukał na drewnianej, topornej klawiaturze numer telefonu do mostka.

– Panie kapitanie, melduję posłusznie, że monter spieprzył sprawę i zamontował zbyt słaby stop…

Nim jednak młodszy wachtowy zdołał opisać problem przełożonym, Willy mógł dostrzec jak mina Trzeciego w miarę słuchania polecenia służbowego stopniowo zaczyna rzednąć do tego stopnia, iż w chwili odłożenia przezeń słuchawki intercomu wyglądała już jak betonowy bunkier.

– Co jest?– Spytał Starszy marynarz, który jeszcze dokonywał oględzin uszkodzonej kładki pilotowej.

– Nieważne… młody, jazda z pilotem na mostek. Drogę już znasz.

– Tak jest!- Odparł Willy, a w jego głosie czuć było strach oraz roztrzęsienie. Nim jednak zdołał odejść, Sven uchwycił adepta za ramię– Nie myśl, że to co się stało jest Twoją winą. Wszystkim się zajmę.

Wilhelm w odpowiedzi zdołał jedynie pokiwać głową, a potem ruszył już przed siebie schodami zewnętrznymi w stronę górnej części nadbudówki, aż na poziom nawigacyjny.

Tymczasem młodszy oficer porwał za sobą matrosa i poszli z powrotem na rufę. Nim obydwaj założyli na powrót maski przeciwgazowe, Trzeci nie omieszkał wydać polecenia do szeregowca.

– Póki jeszcze nie dokujemy, weź zawołaj do nas montera. Tak, tego z maszyny.

– Ale…

– Wykonać w trybie natychmiastowym!

– Tak jest.

Willy rzadko chodził na mostek. W zasadzie to był na nim tylko raz, i tylko po to, by uścisnąć rękę przełożonemu przy podpisywaniu kontraktu. Kapitan Alberich był bardzo specyficznym człowiekiem. Milczącym, surowym, ale jednakowoż kochającym swój statek oraz załogę (jak sam zwykł mawiać) równie mocno co dawną rodzinę, której losy po Drugiej Wielkiej Wojnie były równie tajemnicze, co przyczyna wybuchu samego konfliktu, który doprowadził do zagłady cywilizacji, choć nie ludzkości. Zresztą zabraniano mówić o tym głośno, a koniec wcześniej wspomnianej rzezi nazywano po prostu „Chwilą atomu” czy „Erupcją drugiego słońca”. Cokolwiek miało to znaczyć.

Młodzieniec nauczony przez starszych kolegów prowadził pilota na sam szczyt jednostki, skąd idealnie mógł zobaczyć paskudną, czarną sadzę okalającą balon nośny. I w zasadzie gdyby nie incydent, który miał miejsce zaledwie parę minut temu, to już zacząłby przeklinać następny dzień, kiedy to kapitan każe się im tam wdrapywać i zeskrobywać brudną masę. Otworzył drzwi do pomieszczenia, a tam wśród długich, drewnianych stołów zapełnionych mapami oraz pustej, wolnej przestrzeni, po której krzątał się Starszy oficer oraz Kapitan. Średniego wzrostu starzec w okularach, o pomarszczonej twarzy i krótko przystrzyżonej, siwej brodzie. Spojrzał to na Wilhelma, to na równie roztrzęsionego pilota. Temu pierwszemu skinął tylko głową w ramach podzięki. Temu drugiemu uścisnął dłoń.

– Witam. Oto karta pilotowa. Wszystkie dane zostały zaktualizowane w ostatnim porcie.

– Porcie?– Syknął pilot, a jego postawa wobec najwyższego stopniem na okręcie latającym zrobiła takie wrażenie, że nawet stojący u steru matros, do tej pory bardzo skupiony na czynności pilotażu, spojrzał na niego wybałuszając jedyne oko jakie posiadał.– Omal nie spieprzyłem się z waszego trapu pilotowego! Odpowiecie za to przed Port authorities!

– Jeśli się nie uspokoicie i nie poprowadzicie nas na dok, to nie odpowiem przed nikim. A już na pewno nie przed pańskim przełożonym.– zamanifestował spokojnym głosem kapitan, wpatrzony w przestrzeń przed dziobem jednostki.– Między te cztery punkty, zgadza się? Tak jak ostatnim razem gdy tutaj byłem z innym pilotem.

Alberich wskazał palcem za szybą cztery wysokie wieże w kształcie wymierzonych ku niebu pikulców, z czego każda z nich miała na oko przynajmniej sto pięćdziesiąt metrów wysokości. Były ogromne i obleczone rzędem czerwonych lampek. Jak to każda, wysoka budowla mogąca stwarzać zagrożenie dla jednostek latających.

Włoch kiwnął głową.

– Twój kolega omal nie wpakował nas wprost na jedną z nich… zapomniał, że wysiadła na niej instalacja elektryczna.– kontynuował kapitan, a na mostku zapanowała kompletna cisza, wśród której można było usłyszeć jedynie szalejący na zewnątrz wiatr oraz turkot zwalniających kół i łopatek napędu bocznego. Zabrzęczał telegraf meteorologiczny.

– Skoro wpadasz na mostek zaczynając od tego jak łatwo omal dziś nie straciłeś życia, to pragnę Cię pouczyć, że aby dowieźć tutaj wino dla waszej zasranej, jego ekscelencji Biskupa, straciłem trzech załogantów. To byli dobrzy ludzie.

Pilot milczał, ale widać było po wyrazie jego twarzy, że poważnie zaczyna rozmyślać nad głupotą tego co powiedział przed minutą i nad tym, jakiego tonu ośmielił się użyć.

– Możecie więc z łaski swojej się zamknąć i na dobrą sprawę nic nie robić, bo poradzimy sobie bez was. Byłem w tym porcie już wystarczająco wiele razy. Podobno lubicie sępić papierosy. Dostaniecie. Chociaż jakby nie patrzeć, zamiast oddawać panu obecnie jeden z najdroższych artykułów na świecie, powinienem wysłać pana na pokład żeby przed dokowaniem chłopcy mieli się na kim wyżyć… a musicie wiedzieć, że długo nie mieli okazji– wiercił dalej Alberich, cały czas wpatrzony w przestrzeń przed statkiem. Wykorzystał przeciągającą się ciszę i dopił stojącą przed nim na stole kawę.

– Jak wy śmiecie…– pilot poczerwieniał.

– Oczywiście waszemu koledze w fachu upiekło się tylko dlatego, że obiecałem milczeć. Nie chcecie go chyba narazić… Sternik, pięć stopni w prawo! Maszyna na deadslow ahead!

– Deadslow ahead!- Zagrzmiał Starszy oficer i przestawił manetkę.

– Tak więc panie pilocie, radzę się zastanowić czy narzekając na i tak sporadyczne wypadki w pańskiej pracy warto robić pod górę znajomym. Człowiek odpowiedzialny za to nieszczęście zostanie ukarany, i sądzę, że sprawa nie będzie potrzebować rozgłosu. Zapewniam was.

Włoch w odpowiedzi pokiwał jedynie gorliwie głową.

– Cieszę się, że doszliśmy do konsensusu– rzekł kapitan, i dopiero wtedy, po raz pierwszy od całej rozmowy, w końcu obrócił głowę w stronę Williego.

– Mały, spadaj na pokład. Trzeci będzie potrzebował każdej pary rąk.

– Tak jest, Panie Kapitanie.

Opuścił mostek zamykając za sobą drzwi i pognał na stację rufową cały czas mając w głowie to, co miało miejsce przy ściąganiu tego cholernego makaroniarza. Jak on mógł tak dać się ponieść?

Marynarz rozważał każdy realny scenariusz, ale ostatnio jadł w miarę normalnie (a przynajmniej tyle, na ile pozwalało zaopatrzenie) nie brał żadnych środków odurzających ani nie pił alkoholu. Wizja nastąpiła nagle, sama z siebie…

Był już na rufie kiedy zauważył drobne zamieszanie. Zgromadzeni załoganci stali w półkolu wokół Trzeciego oficera oraz stojącego tyłem do balustrady przygrubego osobnika z umorusanym po pachy i wyżej kombinezonie. Nie miał maski przeciwgazowej, więc nietrudno się było domyślić, że to ktoś z maszyny.

– … dlatego miałem Ci przekazać polecenie od pana kapitana, że już tu nie pracujesz.

– Gdybyście dali porządne materiały, to byłby i porządny trap ale wzięliście jakieś gówno z importu od Ruskich i…

– Materiały były dobre, ale ktoś już zdołał nam donieść, że widziano Cię jak nocą w Barcelonie przehandlowałeś część z nich za bimber.

Mina maszynowego zrzedła momentalnie.

– Kto? KTO?!

– Uroczyście więc informuję Cię, że na mocy nadanej mi przez urząd naszego bezpośredniego przełożonego, Kapitana Heinricha von Albericha oraz Starszego mechanika, za nagminne szabrowanie przeciwko przełożonym, pijaństwo, długotrwałe podburzanie do buntu oraz ogólne działanie na szkodę jednostki, wylatujesz.

Ktoś zachichotał, niemal momentalnie kilku matrosów wymieniło spojrzenia oraz srebrne marki trzymane na takie okazje w kieszeniach, ktoś inny odpalił stoper na srebrnym łańcuszku, który zaczął głośno tykać.

– Wy skur…

Maszynowy nawet nie skończył zdania kiedy Sven wraz z pomocą dwóch innych marynarzy najzwyczajniej w świecie chwycił go za nogi i wywalili za burtę, zza której już usłyszeć można było zaledwie cichnący wrzask skazańca.

Willy poczuł na swych plecach zimny uścisk znajomej kościanej dłoni, na której przez zapocone okulary maski dostrzegł złoty zegarek, w dalszym ciągu wskazujący północ. Przerażony oraz zdezorientowany odwrócił się, lecz zamiast trupiej postaci martwego oficera z zaświatów, zobaczył, że to tylko Dorn chwycił go za ramię.

– Już dobrze młody. Tego jednego nikt w załodze nie lubił. Pijus i portowy gwałciciel. Może tu na miejscu znajdą kogoś bardziej ogarniętego. Chodź, pomożesz mi przy armatce na rzutki.

Gdzieś z tyłu dobiegł ich triumfalny wrzask.

– Osiem i pół sekundy! Jebnął! Wyskakiwać z kasy!

Przez kolejny cios, nawet tak absurdalny jak ten, zwłaszcza zadany po poprzednim razie w tak krótkim odstępie czasu spowodował, że młodzik nie tylko już zaczynał odnosić wrażenie, że traci zmysły, ale również  orientację w tym gdzie jest, oraz co robi. Kiedy ładowali armatkę wraz z Dornem, ręce trzęsły mu się tak bardzo, iż ledwie utrzymywał zwoje rzutki. Czuł jak musi stopniowo nabierać coraz głębszego oddechu aby utrzymać się na nogach. Silnik zawarczał donośnie, a kadłub przechylił o kilka stopni w prawo, dryfując lekko na wietrze. Mimo stosunkowo niewielkiej zmiany, aby nie stracić równowagi, Wilhelm z całej siły załapał za uchwyt działka na rzutki.

Dorn podciągnął filtr maski i splunął na pokład.

– Spokojnie, chłoptasiu– wybełkotał– strzelanie z tego cuda to nie taka trudna sprawa.

– Ja.. nie chcę…

– O, nie, nie. Musisz. Każdy kto po raz pierwszy dokuje, musi wiedzieć co do czego służy. Trzeci już nam tu mówił o waszej przygodzie…– ochrypły śmiech starszego marynarza został stłumiony przez kolejną chmurę czarnego, smolistego dymu jaka spadła ciężkim kałdunem na rufę. – Buehhggghfffpfff!!!- Matros zakrztusił się obrzydliwą mieszkanką gazów i splunął ponownie– No i wam nie zazdroszczę. Ale spokojnie, tutaj za burtą wisieć nie będziesz. No, o ile Sven czegoś nie zarządzi– zarechotał.

Zajęli swoje stanowiska zwarci i gotowi, a gdy po lewej oraz prawej burcie dostrzegli już rosnące im w oczach wieże cumownicze, zapełnione masą ludzi, najeżone hakami oraz odstającymi obręczami.

– Tam masz celować– wskazał mu Bartolini, który nieoczekiwanie dołączył do dwójki marynarzy. W zasadzie to i tak z grubsza nieistotne, którą obręcz trafisz bo koniec końców ściągną sobie to bosakiem, ale im mniej będą mieli wspinaczki bo rzutkę, tym szybciej zacumujemy i będziemy mogli pomóc na dziobie. A, i nie patrz na celownik. Zgiął się nam ostatnio przez przypadek. Wal po prostu trochę na bok od celu, w kierunku wiatru, to większa szansa, że poniesie ją tam, gdzie powinno.

Młody pokiwał głową ale mimo to, nie wydawał się być do końca przekonany. Poklepus w ramię od Dorna w niczym nie pomógł.

Okręt sunął przed siebie, a wieże były coraz bliżej. Co tam, skoro musi, to strzeli na tyle, na ile będzie potrafił. Byle znowu nie ujrzeć…

I wtedy niebo znowu poczerwieniało, krajobraz utonął w mieszance brudu oraz mroku ,a załoganci krzątający się po pokładzie wyparowali jak pod wpływem dotyku czarnej magii.

Wieże wyglądały jak ułożone z ludzkich szczątków, ściśle połączonych ze sobą nieskładną masą ścięgien oraz płatami ludzkiej skóry. Na ich szczytach powiewały porozdzierane flagi państwa papieskiego, wokół których krążyły ponure chmary wściekłych wron. Zamiast ludzi, na prowizorycznych półkach gnieździły się zbiorowiska powykrzywianych bólem, podobnych do poprzednich istot, tym razem ciągnących za sobą ciężką cumę zbudowaną z zardzewiałych ogniw kotwicy poskręcanych włóknami porwanych lin różnego rodzaju, ściekających krwią oraz zakrzepłą limfą.

Był również on. Oficer w czapce oraz brudnym mundurze z dwiema błyskawicami na kołnierzu, pozbawiony twarzy, gdzie na  jej miejscu ziała czaszka z dwoma ,czarnymi oczodołami. Stał dokładnie przed armatką, skutecznie zasłaniając widok wyciągniętą przed siebie, rozpostartą dłonią.

– Wynoś się!- Ryknął chłopak, ale zamiast posłusznie zejść na bok, widmo stało niewzruszone w swojej paskudnej, zastygłej pozycji.

– Czego ode mnie chcesz?!

Dalej to samo. A wieże były coraz bliżej. Wiatr zamilkł, a wszelkie inne dźwięki zdawały się nie istnieć.

Widmo cofnęło kościstą dłoń i złożyło ręce za plecami.

Gdzieś w oddali zabrzmiała komenda.

„Strzelaj… strzelaj…”

Willy stał sparaliżowany, chciał coś powiedzieć ale głos utknął mu w gardle. Drżał, czując jak zimny dreszcz galopuje po jego plecach, niczym szroniasty rumak. Zwolnił oddech próbując się uspokoić, ale to tyko sprawiło, że wydychał więcej pary naraz, przez co szkła w mace jeszcze szybciej zaszły niechcianą wilgocią.

 „Strzelaj… strzelaj…”

Usłyszał ponownie, a serce biło mu jak młot w kuźni. Wodził oczyma w każdym możliwym kierunku, byleby oszukać swój mózg ale nadaremno. Zamknął oczy, w uszach zagrał mu stłumiony wizg wiatru.

– Wilhelm, strzelaj do jasnej cholery!!!- Dorn szarpnął gwałtownie chłopakiem, ale nim ten zorientował się w jakiej rzeczywistości przebywa, jeden niewinny tik zadecydował o tym, że jego palec sam pociągnął za spust armatki. Huknęło, sypnęło zwojem liny zakończonej ciężką, żelazną kulą, absolutnie nie lecącą tam, gdzie powinna. Sven próbując reagować, doskoczył do armatki, odepchnął Wilhelma i szarpnął urządzeniem gwałtownie w prawo. Za późno.

Pocisk z impetem miast trafić w odstające obręcze, huknął w twarz jednego z cumowników. W niebo wystrzelił karmazynowy kielich, rozbryzgując się na wszystkich stojących w pobliżu nieszczęśnika, wraz z częściami czaszki oraz uzębienia. Wśród robotników doku nastąpiło rozprzężenie i panika. Wystrzelono kolejne rzutki przymocowane do cum oraz szpringów. Silnik machiny powietrznej zamilkł, a komin rzygnął ostatnim, cuchnącym podmuchem.

– Coś Ty narobił?!- Sven przez zaszklone oczy patrzał z pogardą na młodego– Jak kapitan się o tym dowie to wszyscy będziemy mieli przez Ciebie przesrane.

– Ja… ja nie chciałem– zszokowany młodzik upadł bezwładnie na kładki pokładu przybierając kształt rozedrganego kłębka.

– Wywalić go?

– Dorn, zostaw. Wystarczy trupów na dziś. To sprawa dyscyplinarna. Musimy najpierw ogarnąć ten burdel – Trzeci podbiegł do konsolety na rufie i wykręcił numer na mostek.

– Panie kapitanie, potrzebujemy powerpacka. Tak, teraz. Tak, zajęliśmy się monterem. Nie było czasu myśleć czy wyląduje gdzieś w wodzie. Tak, panie kapitanie, komuś szykuje się sprzątanie dachu kamienicy. Dziękuję, panie kapitanie.

Pompa hydrauliczna odpowiedzialna za windy do zaciągania lin ruszyła z nieznośnym, ogłuszającym wizgiem. Profilaktycznie wachtowy zerknął jeszcze na ciśnieniomierz. Olej był w normie.

Reszta manewrów zdawała się przebiegać już na spokojnie, gdyby nie liczyć paniki wywołanej przez chybiony strzał. Zdawała… dopóki jedna z wind nie uległa awarii i nie wkręciła dłoni jednego z marynarzy prosto między zwoje napiętej na bębnie cumy.

Wrzask nieszczęśnika rozciął powietrze niczym brzeszczot. Reszta z trudem, ale jednak zdołała wydobyć rękę z żelaznego uścisku felernego mechanizmu. To, że biedak nie będzie miał z niej użytku, było już sprawą zupełnie inną, wymagającą poddania weryfikacji przez miejscowego chirurga.

– I znowu ciągnięcie z krzyża… Willy wstawaj! Liny musimy dociągnąć!- Bartolini poderwał chłopaka na równe nogi, gdy tylko ten zaczął wykazywać jakiekolwiek oznaki egzystowania, po czym z całej siły przyłożył mu w pysk. Mocno, acz nie na tyle by go powalić.

– Rusz się chłopie to może skończy się tylko na wywaleniu Cię ze statku po manewrach. Ruchy!

Zdruzgotany do reszty, otarł twarz z krwi z rozciętego łuku brwiowego.

Z reszty dokowania oraz rzucania cum pamiętał już jedynie jak przez mgłę, że ciągnęli jedną z lin przez całą szerokość rufy, próbując ją ręcznie zawinąć na polerach. Pamiętał niewyobrażalne zmęczenie spowodowane nadludzkim wysiłkiem fizycznym, pot przyklejający kombinezon roboczy do skóry oraz wrogie spojrzenia pozostałych marynarzy, skryte pod wizurami masek przeciwgazowych i pokrywającą je grubą warstwą sadzy z komina.

Silnik zarzęził jeszcze raz, tym razem tylko przez zaledwie ułamek chwili, jak gdyby ogromny statek powietrzny pragnął po raz ostatni przed dokowaniem obwieścić, że niebawem wraca do służby, tylko przed kolejnym rejsem będą go musieli solidnie podetrzeć. Praktycznie, było to tylko „kopnięcie” aby dobić bliżej wież na przodzie, co by dziób nie musiał strzelać z armatek zbyt daleko.

W pobliżu jednej z wind cumowniczych niespodziewanie zarżał właz wbudowany w pokład. To Młodszy wajchowy wychylił łeb okutany w czapkę ruskiego czołgisty i gogle, równie czarne co jego twarz. Ściągnął osłonę oczu, przez co wyglądał teraz jak syberyjski ninja. Na jego widok nawet Sven zdobył się na lekki uśmieszek.

– No to co? Wachtunię opierdolim i lecimy na wódkę?!- Zapytał ochoczo.

– Niezupełnie– Trzeci pokręcił głową, a uśmiech jaki przed chwilą zdobił jego twarz, zgasł wraz z kolejnym podmuchem ciepłego wiatru.– Młody cumownika zabił. Z armatki.

– Uuuuu…– rozczarowany Trzeci mechanik zasępił się i przeżegnał.– raport spisałeś?

– Jeszcze nie, ale będzie trzeba. Miejscowi będą srać ogniem.

– A chuj z nimi! Statek nam mogą zaaresztować!

– Wiem. I co gorsza, ja też mogę za to beknąć, bo to ja pozwoliłem żeby strzelał. Stary może to załatwi.

– Może, może– burknął wajchowy– Suka bliat! Mówiłem wam od początku, że ten dzieciak to jakiś nawiedzony jest! Trzeba go było zostawić w tym Skjoldehamn z rybakami. On i my mielibyśmy spokój. A tak pewnie zażądają jego wydania. Wiesz jacy papiści potrafią być popieprzeni jeśli chodzi ich obywateli.

– Jedyny ocalały kraj na Ziemi. Zdziwiony?

Mechanik machnął ręką.

– Przekażę tatkowi z maszyny. Może razem ze starym wymyślą jak obejść ten smród.

– Oby. Bo jak nie, to jesteśmy w dupie. Ja jestem tak czy siak.– mruknął Sven bardziej do siebie, aniżeli do rozmówcy, bo oto właz zarzęził po raz kolejny, a maszynowy zniknął pod ciężką pokrywą.

Oficer pokładowy westchnął ciężko, przeszedł się jeszcze raz i drugi po swojej stacji by sprawdzić czy aby wszystkie liny prawidłowo zostały dociągnięte, po czym odprawił wszystkich marynarzy z powrotem na spoczynek, tudzież na wachtę, w zależności od tego, jak komu wypadało. Posłał jeszcze na odchodne nieprzychylne spojrzenie winnemu zamieszania marynarzowi, który zauważywszy Svena, wyraźnie ze wstydu próbował zniknąć w tłumie. Nieskutecznie.

„Chłopaku, co z Tobą nie tak?”

Spytał siebie w duchu wachtowy, a że na pytanie odpowiedzi nie otrzymał, nie pozostało mu nic innego jak zameldować się na mostku, o czym w swej łaskawości przypomniała mu miedziana tuba intercomu na rufie.

*

 

Wraz z finalnym końcem manewrów, jedna z wież opuściła trap prosto na burtę zadokowanego statku. Był wczesny ranek, a słońce leniwie, jakby od całkowitego niechcenia, pokazało na widnokręgu swoje zaczerwienione oblicze, jednakowoż rzucając na świat rozjaśniony, gorejący koc z upływem czasu sięgający coraz bardziej w głąb ciemnych zakamarków Rzymu.

Schodzili po wysuniętym trapie jeden po drugim, legitymowani przez inspektora portu. Na samym przodzie poszedł kapitan z pilotem oraz ze wszystkimi oficerami oraz mechanikami. Statek poszedł pod tymczasowy areszt do wyjaśnienia czasu wyjaśnienia zgonu pracownika portu, co oznaczało mniej więcej tyle, że nadchodzące dni cała załoga spędzi w więzieniu. No, chyba, że stary posiadał w zanadrzu silne argumenty. Zawsze miał. Sytuacja była napięta.

Za wyjątkiem Wihelma, część szeregowa marynarzy zdawała się mniej przejmować problemem. Może ze względu na to, że z podobnych opresji wychodzili już wcześniej i nauczeni ufności do przełożonych próbowali zachować spokój, a może dlatego, że z racji na niskie stanowiska, w gruncie rzeczy ponosili i tak najmniejszą odpowiedzialność.

Część z nich zapominała jednak, iż nie cumowali w kolejnym, wolnym porcie będącym wioską bądź większym miasteczkiem stanowiącym enklawę dla zbiorowiska losowych ludzi i przez losowych ludzi rządzonym, tylko w zorganizowanym państwie, w pełni zindoktrynowanym przez (jak to często pod przymusem mówili jego obywatele) władzę papieską.

Zgodnie z rozporządzeniem kapitana portu, osoba bezpośrednio odpowiedzialna za strzał, miała stanąć przed inspektorem wraz z kapitanem, oraz resztą oficyny. Nietrudno się więc domyślić, że przy wyczytywaniu imion i nazwisk, padło również imię Williego.

Ledwie odrywając nogi od stalowych kładek prowadzących wprost do windy, którą już mieli zjechać wprost na dół. Po drodze minął grupkę śledczych, którzy na boku badali ciało odstrzelonego denata oraz zbierali to, co przed zgonem należało do niego, ale stwierdziło, że pojedzie na wakacje.

Patrzał na to z obrzydzeniem zarówno do widoku umarłego, jak i do samego siebie za totalną głupotę. Czemu po prostu nie odmówił?! W najgorszym wypadku czekałaby go chłosta, ale przynajmniej ten równie młody człowiek, którego pozbawił życia, dzisiaj normalnie zjechałby elewatorem i mógł wypić piwo w karczmie. A zamiast tego…

– E! Bieda nie?!- Krzyknął z tyłu jeden ze starszych matrosów, słowa wyraźnie adresując w stronę inspektorów. Ci z kolei udawali, że go nie słyszą, lecz odruchowo młodszy z nich odwrócił głowę w kierunku źródła dźwięku.

– To co tak grubo go rozsmarowaliście?!- Kontynuował, a na te słowa inspektor portowy posłał Aberichowi groźne spojrzenie. Kapitan skinął jedynie głową.

Dwaj ochroniarze towarzyszący urzędnikowi wychwycili śmieszka z reszty grupy, po czym rzucając nim o ziemię, dobyli drewnianych pałek opatrzonymi jakimiś dziwnymi przewodami, które w chwili uruchomienia zaiskrzyły oślepiającą wiązką energii elektrycznej. Tak opatrzeni, tłukli leżącego na ziemi załoganta, dopóki nie stracił przytomności.

– Wystarczy!- zakomenderował mundurowy, a gdy wręczył z powrotem listę załogową w ręce kapitana, Willy mógł dostrzec widniejące na jego białej czapce herb skrzyżowanych ze sobą kluczy.

 Profilaktycznie imiona odczytano raz jeszcze, tym razem jednak bezpośrednio z dokumentów. Wyjątkowo, ze względów oczywistych na wezwanie do obecności nie przemówił tylko ten, którego obili do stanu leżącego. Poza tym, wszyscy wykazywali obecność.

W pierwszej kolejności windą w dół zjechał Drugi wachtowy, Trzeci oraz pilot. Niefortunnie mechanizm lubił szwankować, więc ze względów bezpieczeństwa nie można było wysyłać więcej niż trzy osoby naraz. Makaroniarz towarzyszący wachtowym spojrzał z bladym wyrazem twarzy na ponuro wyglądającego kapitana, który zdając się nie okazywać żadnych emocji, przed zasunięciem drzwi elewatora, dyskretnie pogroził mu palcem.

– Po nich zjeżdżam ja, Ty i Starszy oficer.– rzekł bezpośrednio do Wilhelma, kładąc mu rękę na ramieniu– wpakowałeś nas w niezłe kłopoty, mały.

Willy mimo szczerych chęci niepatrzenia, podniósł spojrzenie znad czubków skórzanych butów i popatrzał w zielone, starcze oczy skryte za okrągłymi szkłami okularów oraz wymiętą niczym stary pergamin twarz. A gdy już to zrobił, zobaczył w nich zarówno gniew, smutek, zrozumienie jak i wolę przetrwania. Tak silne, że o podobnej mocy płynącej z charyzmy kapitana, mógł jedynie pomarzyć.

W tym samym momencie przestał się trząść, bo zdał sobie sprawę, iż może faktycznie, cała ta niefortunna historia zatoczy na tyle długi obrót, by po jego zakończeniu zająć miejsce na szczycie koła jakim ją zakręcono, a nie pod nim.

Przyszła ich kolej. Weszli do niewielkiej, stalowej budki, której drzwi stopniowo zaczęły ulegać zamknięciu przez mechanizm napędzany przez śruby i trybiki poruszane ciężką korbą.

Na odchodne Willy zauważył jak z tłumu załogantów ktoś do niego pomachał.

– Tylko ich tam nie zabij!

Okrzykowi zawtórowały ciche, nieregularne chichoty urwane nagle przez odgłos zatrzaśniętych drzwi. Nad ich głowami zaświeciła wisząca na kablu bzycząca, dogasająca żarówka. Gdy winda ruszyła, młodzieniec poczuł jak żołądek podchodzi mu do samego gardła.

Do jego uszu dobiegła cichutka melodia.

 

…Funkel, funkel, kleiner Stern,

Ach wie bist du mir so fern…

 

– Czy panowie też to słyszą?– Spytał niepewnie.

– To tylko winda, młody. Tego typu ustrojstwa zawsze hałasują– Odparł Starszy oficer. Jego głos był jak papier ścierny szorujący o szkło. Melodia w obcym języku zabrzmiała głośniej oraz wyraźniej.

 

 …Wunderschön und unbekannt,

Wie ein strahlend Diamant…

 

– Ale ja naprawdę coś słyszę!- Kontynuował Willy, lecz tym razem jego słowa zdawały się nie robić wrażenia zarówno na chiefie, jak i kapitanie. Im bardziej zjeżdżali w dół, tym melodia nabierała na sile, wwiercając się w uszy marynarza.

 

…Ach was haben wir dich gern,

Strahlend schön am Himmelszelt,

Erleuchtest hell die ganze Welt,

Funkel, funkel, kleiner Stern…

 

Żarówka zaświeciła czerwonym blaskiem, a gdy tylko młody zwrócił oczy w stronę sufitu, poczuł jednocześnie jak stopy oblepia mu bura maź wypływająca spod drzwi windy. Brązowe oczy chłopaka sprawiły wrażenie jakby chciały wystrzelić i pofrunąć na księżyc. Przypadł plecami wprost do tylnej ściany windy, zaczynając wrzeszczeć i wołać o pomoc, gdy niespodziewanie żelazne wrota rozstąpiły się, a do środka wpadł snop białego, oślepiającego światła, zaś nadnaturalna czerwień ustąpiła jasności dnia. Kapitan oraz Chief niewzruszeni, jak gdyby nigdy nic, wyszli na zewnątrz, a za nimi wytoczył się Willy, nieufnie wodząc wzrokiem po otoczeniu.

Na spotkanie wyszło im kilku knechtów zakutych w zbroje płytowe oraz wielka, dwumetrowa machina człapiąca na dwóch, hydraulicznie poruszanych kończynach, kształtem przypominających zwierzęce łapy. Zamiast rąk, posiadała dwa wysunięte na boki stelaże z umieszczonymi na nich ciężkimi karabinami maszynowymi, z których zwisały długie taśmy ostrych nabojów. Z każdym ruchem robot wyrzucał z siebie strumień gorącej pary, buchającej ku górze niczym gejzer. Uważnie obracając ciężki tułów to w lewo, to w prawo, mech lustrował przybyszów świetlistą soczewką wprawioną w środek obudowy, niczym oko cyklopa.

– Chrystus królem.– Przywitał ich jeden z gwardzistów.

– Zawsze i wszędzie.– Odpowiedział spokojnie Alberich.

– Odprowadzimy was do urzędu– zakomenderował żołnierz. Posłusznie ruszyli wraz ze zbrojną obstawą wzdłuż brukowanej ulicy, gdzie czekała na nich podstawiona ciężarówka.

Willy oniemiał z przerażenia gdy zobaczył, że tuż przy niej stoi znajomy, trupi oficer. Postać stanęła między zebranymi, całkowicie ignorując obecność Starszego oficera, Albericha, a nawet zbrojnych i ich cyborga. Duch spokojnym krokiem podszedł do młodzieńca, ponownie wyciągając do niego dłoń. Czas stanął w miejscu.

Nie uciekał. Nie rozumiał. Nie chciał rozumieć. Zaryzykował.

Odwzajemnił gest widma i włożył delikatne, młodzieńcze palce w kościstą dłoń nieżyjącego oficera.

Postać w dalszym ciągu milczała, roztaczając widmową, smolisto-czarną aurę.

Duch zniknął. Czas oraz towarzyszący mu świat z zatraconą przeszłością oraz wątpliwą teraźniejszością, poturkotał dalej, a wraz z nimi losy młodego marynarza. I jeden tylko Wszechmogący Bóg raczył wiedzieć, jaka będzie ich przyszłość.

 

Koniec

Komentarze

Hmmm. Początek nie wciąga – jak dla mnie, podajesz zbyt wiele nieistotnych szczegółów: w co się chłopak ubrał przed wachtą, jaka była historia stłuczonego kubeczka… Potem historia się rozkręca i robi ciekawsza. Ale zakończenie znowu rozczarowało – nie wyjaśniasz wizji chłopaka. Ani skąd się biorą, ani do czego dążą, ani dlaczego akurat Willy… Jakbyś miał tylko pół ciekawego pomysłu, ale nie potrafił go wyjaśnić. No i opowieść bardziej się urywa niż kończy.

Technicznie mogło być gorzej, ale i potencjał do poprawy jest. Czasami brakuje przecinków, zwłaszcza przy wołaczach. Myślniki zawsze oddzielamy spacjami od sąsiednich słów, za to nigdy nie stawiamy spacji przed przecinkiem. Czasami błędy w zapisie dialogów. Niekiedy powtórzenia. I sporo innych rzeczy.

Przykłady:

Zwłaszcza kiedy Twój kolega z pokładu idzie na zewnątrz zapalić,

Ty, twój, pan itp. dużą literą tylko w listach.

Willy stanął w masce przeciwgazowej tuż obok wielkiego zwału cumy, którą wyciągali dzisiaj rano, a następnie podał starszemu Bartoliniemu.

Ale co podał? Piłkę mu kopnął? Czy ta cuma leżała przez cały dzień na pokładzie niesklarowana?

Bazylika Św. Piotra świeciła swoją bladą kopułą nad resztą miasta, manifestując swoją wyższość

Powtórzenia. W ogóle uważaj na “swojego”. Nie jest potrzebny tak często, jak wydaje się początkującym.

– 21.

Liczby w beletrystyce raczej słownie, a w dialogach obowiązkowo.

– Podaję rękę pilotowi, Ty przyciągasz

Ty, twój, pan… – jak wyżej.

W pobliżu jednej z wind cumowniczych niespodziewanie zarżał właz wbudowany w pokład.

Naprawdę zarżał?

Suka bliat!

Ale dlaczego bliat? Ani to rasowa bliadź, ani skrócone blia, ani złagodzone blin…

Babska logika rządzi!

Odnoszę wrażenie, Imidarze, że miałeś pewien pomysł na opowieść o latającym okręcie, ale sprawa wymknęła się spod kontroli. Zupełnie jakby nawiedziło Cię całe mnóstwo różnych wizji, a wszystkie uznałeś za godne umieszczenia w tej historii, skutkiem czego powstała długa opowieść o bardzo gęstej treści, zrozumiała dla Ciebie, ale dla mnie już raczej niekoniecznie.

Gondola kończy się w tak nieoczekiwany i gwałtowny sposób, że muszę zapytać – czy to jest skończone opowiadanie, czy tylko początek czegoś znacznie większego?

Myślę, że do takiego odbioru przyczyniło się nie najlepsze wykonanie. Nie sposób skupić się na zawiłej akcji, gdy co rusz potykam się na różnych błędach, powtórzeniach, literówkach, źle zapisanych dialogach i nie zawsze czytelnie skonstruowanych zdaniach, że o potraktowanej po macoszemu interpunkcji nie wspomnę.

Sądzę, Imidarze, że mógłby Cię zainteresować ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

 

gdy ludz­kość pró­bo­wa­ła po pro­stu prze­trwać, było to po pro­stu COŚ… –Powtórzenie.

 

Wraz z po­dró­żą chłod­ny wiatr za­czął ule­gać, aż do znacz­ne­go zmniej­sze­nia od­le­gło­ści do rów­no­leż­ni­ka 40 stop­ni… – Komu/ czemu ulegał wiatr? Liczebniki zapisujemy słownie.

 

rów­nie do­brze można by wyjąc sobie nogi, a na ich miej­sce wsta­wić dwa wi­bra­to­ry… – Na czym polega wycie sobie nóg?

A może to literówka… ;-)

 

W każ­dym razie było mo­men­ta­mi cięż­ko za­snąć w ka­bi­nie… – Raczej: W każ­dym razie momentami było trudno za­snąć w ka­bi­nie

 

– Pół.– od­po­wie­dział pół­przy­tom­nie star­szy ma­ry­narz. – Zbędna kropka po wypowiedzi.

Brak spacji przed półpauzą. Ten błąd występuje wielokrotnie.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

– Zo­sta­ło Ci pół go­dzi­ny.– Zo­sta­ło ci pół go­dzi­ny.

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd występuje wielokrotnie.

 

Jak tak dalej pój­dzie to nie dalej jak za ty­dzień… – Powtórzenia.

 

– Za­mknij­cie się w końcu!– Krzyk­nął… – – Za­mknij­cie się w końcu! – krzyk­nął

Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza. Ten błąd występuje wielokrotnie.

 

kubek z nie­do­pi­tą kawą zsu­nął się z gład­kiej po­wierzch­ni blatu i po­fru­nął z trza­skiem na pod­ło­gę… – Czy kubek na pewno frunął z trzaskiem, czy raczej wydał trzask, gdy zderzył się podłogą?

 

roz­no­sząc che­micz­ną woń kroch­ma­lu i roz­ro­bio­ne­go z nim płynu do płu­ka­nia… – Łączenie krochmalu z płynem do płukania, moim zdaniem nie ma sensu, albowiem krochmal usztywnia płukane w nim pranie, natomiast płyn do płukania zmiękcza je.

 

bo przez świa­tło wpa­da­ją­ce przez bulaj… – Powtórzenie.

 

po­dar­te je­an­sy oraz… – …po­dar­te dżinsy oraz

Używamy pisowni spolszczonej.

 

mie­dzia­nej tuby in­ter­co­mu stat­ko­we­go… – …mie­dzia­nej tuby in­ter­ko­mu stat­ko­we­go

Używamy pisowni spolszczonej.

 

Suka bliat…– sap­nął pod nosem… – Brak spacji po wielokropku. Ten błąd występuje wielokrotnie.

 

wszy­scy byli już na tyle za­pra­wie­ni , że… – Zbędna spacja przed przecinkiem. Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszej części opowiadania.

 

wyjął jesz­cze chust­kę z kie­sze­ni brud­ne­go kom­bi­ne­zo­nu i prze­tarł brud­ne… – Powtórzenie.

 

„Ogar­nąć się, ogar­nąć się.” – Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

pró­bu­ją­cy do­go­nić ogrom­ne­go mo­lo­cha. – Masło maślane. Moloch jest ogromny z definicji.

 

Balon od kład­ki dzie­li­ło może pół­to­rej metra… – Metr jest rodzaju męskiego, więc: Balon od kład­ki dzie­li­ło może pół­to­ra metra

 

Ostat­nio od­wie­dzi­li go po raz ostat­ni ponad rok temu… – Dwa grzybki w barszczyku.

 

owio­nię­ci pło­mie­nia­mi i dru­tem kol­cza­stym. – W jaki sposób drut kolczasty może cokolwiek owionąć?

 

jeden, cał­kiem spo­rej po­stu­ry, szczu­pły osob­nik… – Nie wydaje mi się, by o kimś szczupłym można powiedzieć, że jest całkiem sporej postury. Szczupły może być natomiast całkiem sporego wzrostu. Postura i wzrost, to nie to samo.

 

dłoń zło­żo­ną z sa­mych pa­licz­ków kości… – Paliczki to kości.

 

Chło­pak pa­trzał na niego onie­mia­ły w prze­ra­że­niu… – Chło­pak pa­trzał na niego onie­mia­ły z przerażenia

 

gwał­tow­nie zgię­ła się w pół. – …gwał­tow­nie zgię­ła się wpół.

 

Trze­ci nie omiesz­kał wydać po­le­ce­nia do sze­re­gow­ca. – Trze­ci nie omiesz­kał wydać po­le­ce­nia szeregowcowi.

Polecenia wydaje się komuś, nie do kogoś.

 

Al­be­rich wska­zał pal­cem za szybą czte­ry wy­so­kie wieże… – W jaki sposób palce Albercha znalazły się za szybą?

 

wieże w kształ­cie wy­mie­rzo­nych ku niebu pi­kul­ców… – Co to są pikulce?

 

na most­ku za­pa­no­wa­ła kom­plet­na cisza, wśród któ­rej można było usły­szeć je­dy­nie sza­le­ją­cy na ze­wnątrz wiatr oraz tur­kot zwal­nia­ją­cych kół i ło­pa­tek na­pę­du bocz­ne­go. – Skoro było słychać wiatr i turkot, nie można powiedzieć, że panowała kompletna cisza.

 

cały czas mając w gło­wie to, co miało miej­sce… – Nie brzmi to najlepiej.

 

za­ło­gan­ci stali w pół­ko­lu wokół Trze­cie­go ofi­ce­ra oraz sto­ją­ce­go tyłem… – Powtórzenie.

 

za na­gmin­ne sza­bro­wa­nie prze­ciw­ko prze­ło­żo­nym… – Na czym polega szabrowanie przeciwko przełożonym?

Sprawdź znaczenie słowa szabrować.

 

ktoś inny od­pa­lił sto­per na srebr­nym łań­cusz­ku, który za­czął gło­śno tykać. – Dlaczego łańcuszek zaczął tykać?

 

– Ja.. nie chcę…– Janie chcę…

Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

ale im mniej będą mieli wspi­nacz­ki bo rzut­kę… – Literówka.

 

Drżał, czu­jąc jak zimny dreszcz ga­lo­pu­je… – Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

szkła w mace jesz­cze szyb­ciej za­szły nie­chcia­ną wil­go­cią. – Literówka.

 

ma­szy­no­wy znik­nął pod cięż­ką po­kry­wą. Ofi­cer po­kła­do­wy wes­tchnął cięż­ko… – Powtórzenie.

 

Wraz z fi­nal­nym koń­cem ma­new­rów… – Masło maślane.

 

Na samym przo­dzie po­szedł ka­pi­tan z pi­lo­tem oraz ze wszyst­ki­mi ofi­ce­ra­mi oraz me­cha­ni­ka­mi. Sta­tek po­szedł pod… – Powtórzenie.

 

tym­cza­so­wy areszt do wy­ja­śnie­nia czasu wy­ja­śnie­nia zgonu pra­cow­ni­ka portu… – Dwa grzybki w barszczyku.

 

osoba bez­po­śred­nio od­po­wie­dzial­na za strzał, miała sta­nąć przed in­spek­to­rem wraz z ka­pi­ta­nem, oraz resz­tą ofi­cy­ny. – Czy na pewno chodzi o oficynę.

Sprawdź znaczenie słowa oficyna.

 

pro­wa­dzą­cych wprost do windy, którą już mieli zje­chać wprost na dół. – Powtórzenie.

 

Po dro­dze minął grup­kę śled­czych, któ­rzy na boku ba­da­li ciało od­strze­lo­ne­go de­na­ta oraz zbie­ra­li to, co przed zgo­nem na­le­ża­ło do niego, ale stwier­dzi­ło, że po­je­dzie na wa­ka­cje. – Nie rozumiem – dlaczego to, co należało do denata chce jechać na wakacje?

 

do­by­li drew­nia­nych pałek opa­trzo­ny­mi ja­ki­miś dziw­ny­mi prze­wo­da­mi… – …do­by­li drew­nia­nych pałek, opa­trzo­ny­ch ja­ki­miś dziw­ny­mi prze­wo­da­mi

 

W pierw­szej ko­lej­no­ści windą w dół zje­chał Drugi wach­to­wy… – Masło maślane. Czy mógł zjechać w górę?

 

spoj­rzał z bla­dym wy­ra­zem twa­rzy… Na czym polega bladość wyrazu twarzy?

 

ulegać za­mknię­ciu przez me­cha­nizm na­pę­dza­ny przez śruby… – Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witam!

Twoje opowiadanie jest na niezłym poziomie, przynajmniej w obecnej formie. Na plus zdecydowanie wysuwają się czytelnie dopracowane dialogi (ich ilość niekoniecznie musi w pozytywny sposób wpływać na całość), bardzo dobry początek jest impulsem do tego, aby czytać go dalej. Niestety po przeczytaniu kilku opisów, akcja zostaje trochę za bardzo spowolniona i nazbyt mało jest w niej odniesień do zniszczonego pożogą apokalipsy świata ale jest to tylko moja opinia. Fajnie przedstawieni bohaterowie, posiadają własny świat, charakter oraz nie są zbytnio ponurzy. Podobnie z pomysłem, który jest dość oryginalny i masz tutaj wiele do odkrycia pod względem wątków.

Przeczytałem z zainteresowaniem, jednakże nie całe. W trakcie można natknąć się na drobne błędy interpunkcji, chociaż nie było ich nazbyt wiele. Myślę, że wykorzystanie religii jako pewnego fundamentu, do budowanie rzeczywistości w zniszczonym świecie, niektórzy ludzie mogą docenić. Masz do tego święte prawo :)

 

Koniec życia, ale nie miłość

Nowa Fantastyka