- Opowiadanie: lenah - Ostatni raz spojrzeć na słońce

Ostatni raz spojrzeć na słońce

Po pierwsze chciałabym podziękować Fleur i Rokitnikowi, którzy byli niezwykle pomocni :)

Po drugie wybór tytułu był straszny :( Mam nadzieję, że opowiadanie takim nie będzie dla chociaż jednej zbłąkanej duszyczki :)

Po trzecie, czwarte i kolejne wszelkie komentarze mile widziane :)

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Ostatni raz spojrzeć na słońce

 Wzięłam ze sobą tylko zmatowiały odłamek lustra, żebym mogła zobaczyć, czy ta po drugiej stronie to wciąż ja. Wiedziałam, że tam dokąd idę i temu, kim się stanę, nie potrzeba niczego więcej.

Betonowa podłoga nie niosła echa, odchodziłam w ciszy przerywanej szmerem kroków. Pokonana. I chociaż cieszyłam się, że uniknę tłumaczeń, łez i pustych słów otuchy, to w głębi serca chciałam, żeby ktoś za mną zawołał. Żeby ktoś powiedział parę tych pustych słów otuchy. Jedynych okruchów dobra, poza stłuczonym lusterkiem, które pozostały mi po starym świecie.

Nie powinnam była oglądać się za siebie. Dotychczas tego nie robiłam. Nikt z nas tego nie robił. Pozostawiliśmy za sobą zbyt wiele pięknych rzeczy, do których nie mogliśmy wrócić, żeby spoglądać na nie bez utraty zmysłów. Ale ten pierwszy i ostatni raz spojrzałam.

Na blade, żółte twarze ciotki i wujka. Na ich zetknięte policzki, splecione palce. Gesty pamiętające inne czasy. Na poprzecinane żyłkami powieki brata, zasłaniające oczy ciężkie od zbyt wielu i zbyt strasznych widoków. Skryty za nimi blask wyryłam w pamięci, żeby rozświetlał mi mrok nocy, w którą wyszłam.

Z łatwością odnalazłam autostradę. Trzymaliśmy się od niej w rozsądnej odległości. Im bliżej, tym więcej ludzi. Im dalej… Zresztą, nieważne. W obu przypadkach rozszarpaliby nam gardła. Niezależnie czy nosili, czy zjadali ludzkie serca.

Wzeszło podziurawione promieniami słońce. Lata temu czytałam, że jeśli wschodzi czerwone słońce, to znaczy, że w nocy przelano krew. Ale książka z tym spostrzeżeniem należała do innego świata. W tym świecie każde słońce było czerwone, a noce krwawe.

Chciałam pokonać jak największy odcinek trasy od razu, chociaż wiedziałam, że najwyższa pora znaleźć dobre schronienie. Zbyt wiele osób wędrowało tędy za dnia.

Na razie dążyłam na zachód. Do laboratorium Odnowy. Nie zważałam na gorący asfalt, który zapowiadał krosty na całych nogach. Ignorowałam rwące skurcze w łydkach, pulsujące żywym ogniem lewe ramię. Zdeterminowana, żeby iść szybciej.

W skupieniu polegającym bardziej na odganianiu bólu niż obserwowaniu okolicy, nie zauważyłam, że nadeszło południe. Zastygło powietrze.

Gdzieś w oddali dźwięczały łańcuchy.

Rosnące nieopodal drzewo wyciągało powykręcane ramiona we wszystkie strony. Dopadłam go w najszybszym tempie, na jakie pozwalały mi zmęczone nogi.

Hałas przybrał na sile.

Trzech facetów z karabinami – na przodzie. Czterech – po bokach. Z tyłu – dwójka. Zakutani od stóp do głów w kombinezony moro.

W środku kolumny szła, zawodząc, zbita grupka łachmaniarzy. Pokrytych sadzą, związanych w nadgarstkach i na szyi żelaznymi ogniwami.

Przeciągły jazgot zjeżył mokre od potu włoski na moim karku. Zamrugałam, próbując dostrzec szczegóły zapomnianych przez dobrego Boga twarzy. Pomarszczone od uśmiechów policzki, kolczyk w nosie, kolor oczu…

Znałam ten kolor.

Wystarczyłoby, żebym spojrzała w lustro.

Mężczyzna przystanął. Nie wiem, dlaczego wcześniej tego nie zauważyłam. Czarne muszki pokryły jego nogi. Przylepiały się do smolistej mazi skapującej z obrzmiałych warg. Powolnym ruchem wytarł brodę, jakby zastanawiał się nad celowością tego gestu.

I odpowiedział na moje spojrzenie.

Rozszerzone natychmiast źrenice zakryły zmętnioną tęczówkę. Nagłym, urywanym haustem nabrał powietrza w płuca, jakby nie robił tego od bardzo długiego czasu.

Lewa ręka zapiekła mnie tak, że aż zaszkliły mi się oczy.

Ale wciąż chłonęłam ten widok, nawet nie mrugając.

Żołnierz na przodzie, pewnie dowódca, zawołał:

– Bez zatrzymywania! Aż do większego cienia! Został nam tydzień drogi do laboratorium. Czy wy wiecie co to znaczy tydzień drogi?! Przez to pieprzone bagno pełne nieludzkiego gówna?! I tak powinniśmy wędrować nocą! Od jutra tak będzie! Majchrzak! Zrób z tym porządek!

Boże. Aż tydzień.

Lewa ręka zapiekła jeszcze mocniej.

Wywołany facet podszedł bliżej. Uniósł broń i wymierzył w tył głowy więźnia.

– Szybciej! Kurwa, naukowcy czekają na materiał do badań! Czeka cała…

Teraz Majchrzak nie zawahał się przed uderzeniem.

Zainfekowany mężczyzna przestał na mnie patrzeć.

– Forsa! Kurwa, forsa czeka!

Ruszyli na zachód.

Ja tymczasem zwinęłam się w kłębek, zaciskając zęby z bólu. Przymknęłam oczy, wdychając swąd spalenizny, od którego kręciło się w głowie.

Znowu zobaczyłam tych samych wędrowców. Tym razem wojskowi zatrzymali pochód. Unieśli niebezpieczne palce i oskarżycielskie karabiny i wycelowali we mnie. Jeńcy jak usłużne psy wlepili zamglone spojrzenia we wskazany obiekt. Wszyscy mieli te same oczy. Zrozpaczone. Zmęczone. Oczy mojego brata. Patrzyli ze smutkiem, jakby już nigdy nie mieli mnie zobaczyć. Czarne łzy ściekały po ich dziecięcych buziach, kołyszących się na obrzmiałych, dorosłych karkach. Odetchnęli głęboko i zacisnęli powieki. A kiedy je otworzyli, zobaczyłam pod spodem tylko czerwień.

Ledwo się opamiętałam i nie krzyknęłam. Drżącymi palcami przeczesałam zlepione włosy. Szeptałam do całego świata, że to tylko zły sen, jakby moje słowa miały moc sprawczą.

Kiedy ochłonęłam, rozejrzałam się dookoła. Ciemne chmury zaległy nad gasnącym horyzontem. Upiorne wycie, niby pianie koguta, rozpoczynało noc.

Uklęknęłam pod drzewem. Opuchniętą dłonią z nabrzmiałymi żyłami dotknęłam chropowatej kory i wyjęczałam:

– Proszę, Boże, niech to będzie tylko zły sen.

W tej samej chwili, kiedy to powiedziałam, poczułam jak na policzki wypełza rumieniec wstydu. Chociaż za świadka miałam tylko milczący księżyc, było mi głupio.

Do rana maszerowałam bez przerw. Niepostrzeżenie wyprzedziłam wczorajszą kompanię o kilkanaście kilometrów.

Przed świtem ręka dała o sobie znać i zeszłam na pobocze. W pobliżu stała większa szopa, a nieco dalej niepozorna sławojka. Wybrałam mniej zwracający uwagę budyneczek. Marszcząc nos, weszłam do środka. Najwidoczniej nikt dawno nie korzystał z ustępu, bo ledwie wyczuwałam smród.

Nie miałam pojęcia, jak bardzo jestem zmęczona, dopóki nie usiadłam na ziemi. Kolana podciągnęłam pod brodę, delikatnie manewrując lewą ręką. Nie wiedziałam, co dzieje się pod długim, szarym rękawem i chyba wolałam, żeby tak pozostało. Słodka woń wydobywająca się spod tkaniny zemdliła mnie. Na samą myśl, że mogłabym ściągnąć bluzkę, poczułam szarpnięcie w dołku.

Bliska rzygania przypomniałam sobie, jak w dzieciństwie, kiedy bolał mnie brzuch, siadałam przy toalecie. Potrafiłam spędzić tak całą noc. Wolałam trwać w półśnie na zimnych kafelkach z głową ułożoną na porcelanowej muszli, żeby w razie czego zwrócić zawartość żołądka prosto do ubikacji, niż miękki sen przypłacić…

Czym, no właśnie, czym? Może ja po prostu lubiłam tak trwać.

Czuwałam, podziwiając kurz wirujący w świetle wpadającym przez szczeliny. Sen nie chciał przychodzić. Zresztą, możliwe, że już nigdy nie przyjdzie. To w końcu jeden z objawów postępującego zakażenia.

Wieczorem usłyszałam płacz dziecka. Przycisnęłam policzek do desek i wyjrzałam na zewnątrz przez szparę.

Ci sami faceci co wczoraj. Skierowali się w stronę szopy, skąd dochodził dźwięk. Lider kopniakiem wyważył drzwi. Wszedł do wnętrza, żeby za chwilę wywlec stamtąd wierzgającą dziewczynę. Chudzina ściskała w rękach tłumoczek, źródło całego rabanu.

Szef szarpnął ją za włosy i dźwignął do góry.

– Ucisz bachora albo ja to zrobię! – Wyciągnął zza paska spluwę i na odlew uderzył młodą w twarz.

– Nnie… Pproszę! Dziecko! – załkała, przyciskając zawiniątko mocniej.

– Błagaj, głupia kurwo! – Rzucił kobietę na ziemię i wymierzył kopniaka w podbrzusze.

– Bbłagam… – wyjęczała, pochylając głowę.

– Co za pies. Naukowcy lubią takich usłużnych. – Kopnął ofiarę w stronę więźniów. – Zwiążcie ją. Przynajmniej z genów to człowiek. Na razie – zarechotał.

Odszukałam w kieszeni lusterko i zacisnęłam na nim palce.

– Bbłagam… Weźcie mnie, ale jego oszczędźcie!

Jeden z żołnierzy drgnął niespokojnie i uniósł nieco karabin. Ale nie ruszył się z miejsca.

– Czekaj! – zawołał dowódca, jakby ktoś się do czegoś kwapił. – Zanim ją zakujecie, jeszcze sobie poużywam w szopie!

– Dziecko… Ratujcie dziecko! Ono jest odporne!

– Ty kłamliwa suko!

Czubkiem buta zmasakrował jej twarz.

– Majchrzak! Zabierz gdzieś tego jej dzieciaka. I tak go rozszarpią ze wschodem księżyca. Ot, tyle będzie po jego kurewskiej odporności. A potem sprawdź tamten kibel.

Oblizałam słone wargi, zadając sobie pytanie, czy posmak zgnilizny jest tylko wyobrażeniem. I czekałam.

Wskazany wojskowy podszedł do dziewczyny sztywnym krokiem. Wyciągnął ręce po niemowlę i stał tak przez dłuższą chwilę. Nawet z tej odległości widziałam, jak jego wargi poruszają się pod zieloną tkaniną.

– Te, szefie – zagaił łysy, dotychczas trzymający się z boku. – Może sprzedamy tego smarkacza?

– Interesy byś chciał robić? Trzeba było bankierem zostać albo przedszkolanką, skoro takiś do pilnowania gnojka taki chętny. Zrobimy, jak powiedziałem. Majchrzak, zostaw bachora w tamtej budzie.

Nagle dowódca zmrużył oczy. W tym samym momencie chłopak zdecydowanym ruchem wyszarpnął dziecko z ramion matki. Od razu skierował się w moją stronę.

Coś wilgotnego spłynęło mi po brodzie. Nie byłam pewna czy to ślina, czy krew.

Jeszcze mocniej zacisnęłam spocone palce.

Żołnierz zatrzymał się kilka metrów przed budką. Poluzował maskę, odsłaniając szare, udręczone oczy. Przez głowę przemknęła mi myśl, że wszyscy dobrzy ludzie starego świata mają zmęczone spojrzenia. Jakby sama nadzieja była zmęczona udawaniem nieumarłej.

Ale niezależnie czy był dobry, czy zły i tak powinien mnie zabić.

Uniosłam szkło w tej samej chwili, kiedy zaskrzypiały drzwiczki kabiny.

Zatrzymałam dłoń dosłownie kilka centymetrów od jego odsłoniętej szyi. Nie zdążyłby nawet musnąć broni, gdybym poderżnęła mu teraz gardło. Ale, cholera, nie potrafiłam zabić człowieka. Na razie.

Wybałuszył oczy, omiatając spojrzeniem wnętrze. Zmarszczył czoło. Niewiele czasu zajęło mu połączenie faktów. Przekrwione oczy, osłonięta ręka, skrytka w cieniu. Rozchylił usta i ze świstem nabrał powietrza.

Krople potu spłynęły po nieogolonych policzkach.

Dziecko zakwiliło.

– Weź je – wykrztusił.

Moje człowieczeństwo, ryczące na wyciągniętych rękach.

W szklanym wzroku widziałam swoje odbicie.

– Na zachód. Do laboratorium.

Co?

Ujęłam zawiniątko. Chciałabym nie zauważyć, że się wzdrygnął, zanim odszedł.

Co ja najlepszego wyrabiałam?

Siedziałam oniemiała, skrawkami świadomości starając się usłyszeć coś z zewnątrz. Kiedy znowu wyjrzałam przez szczelinę, zobaczyłam, że dowódca wychodzi z szopy z obleśnym uśmiechem. Mimowolnie przycisnęłam malca do piersi.

Nie. Nie mogłam go zabrać. Ale przynajmniej nie skończy jak matka.

– Pusto, dowódco – zameldował tymczasowy opiekun dziecka.

– No. To teraz ją związać.

Wywlekli dziewczynę za włosy, ciągnąc po błocie. Jedną ręką podtrzymywała strzęp ubrania, zasłaniając piersi. Tuż przed zbitką więźniów złapali ją za oba nadgarstki i związali. Zagryzła wargi, spoglądając na obnażone ciało. Pociągnęła nosem raz i drugi. Z tej odległości nie byłam pewna, ale po jej umorusanej twarzy chyba popłynęły łzy.

Jeńcy patrzyli na nią wygłodniałym wzrokiem. Kiedy tylko znalazła się w ich zasięgu, od razu się rzucili.

Usłyszałam trzask łamanych kości i rozrywanych ścięgien. I śmiech, który określiłabym szaleńczym. Bo tylko szaleńcy potrafią śmiać się w tak beztroski sposób.

A potem zobaczyłam, jak zęby jednego z nich zagłębiają się w jej gardle. Jak tchawica przestaje drgać od niepohamowanego chichotu. Uśmiech zastyga przy na wpół wypowiedzianych, zabłąkanych słowach, a oczy zachodzą mgłą.

Wojskowi jak jeden mąż spuścili głowy. Tylko dowódca odwrócił się w moją stronę. Zatrzymał wzrok dokładnie na wprost ubikacji w taki sposób, że widziałam jego szare jak zmierzch dawnego świata oczy. I, kiedy byłam już na sto procent pewna, że mnie zauważył i że zaraz uderzy na alarm, on także skłonił czoło.

Jak na szpilkach czekałam, aż sobie pójdą. W końcu odgłosy przemarszu ucichły. Pędem wypadłam ze sławojki i pognałam do szopy. Przebiegłam dystans w co najwyżej pięć minut, ale promienie zachodzącego słońca i tak zdążyły zadrasnąć mnie w lewe ramię, którym podtrzymywałam niemowlaka. Poczułam jakby krew zakrzepła mi w nabrzmiałych żyłach, a za chwilę miała lunąć czarną posoką.

Odetchnęłam, żeby się uspokoić, ale nawdychałam się tylko odrażającego smrodu. Gula żółci tkwiąca w gardle natychmiast podjechała do góry i zanim zdążyłam odłożyć dziecko, zarzygałam okrywającą go tetrową pieluchę. Natychmiast zaczęło płakać.

– Sza. Praszam – wystękałam, odkładając malca na stertę cuchnących niewiele gorzej od moich wydzielin koców.

Coś błysnęło.

Zupełnie zapomniałam o kawałku lusterka, który wcześniej wyjęłam. Trzymałam go na wyciągniętej dłoni, łapiąc ostatnie przebłyski dnia. Przełknęłam ślinę.

Kątem oka spojrzałam na spuchniętego od ryku malca. Mała żyłka pulsowała na jego pomarszczonym, łysym czółku. Krew prześwitywała przez miękką skórkę.

Zacisnęłam powieki, odganiając ten obraz. Próbowałam przywołać twarz brata, cioci, wujka, rodziców. Tamtej chudej dziewczyny.

Ale kogo ja próbowałam oszukać.

Ze świstem wciągnęłam powietrze, chłonąc widok swojego odbicia. Na matowej powierzchni lśniła tylko szkarłatna tęczówka. Kolorem podobna do pomadki, którą podkradałam mamie w dzieciństwie.

Gęsty, gorący płyn przepychał się przez moje naczynia krwionośne.

Tydzień to zdecydowanie za długo.

Jakie durne człowieczeństwo miałam na myśli, biorąc tego dzieciaka na ręce. Poza tym, na pewno nie był odporny. Gdyby był, dowódca zabrałby go i sprzedał zgodnie z sugestią łysego. Tamta laska opowiadała wierutne bzdury, żeby ocalić małego. A ja nie miałam chwili do stracenia.

Odwróciłam się do wyjścia i zgięłam w pół. Oleista ciecz w żyłach zawrzała. Bębenki w uszach natychmiast mi się zatkały. Coś wilgotnego spłynęło po policzkach.

Koniuszkiem języka zwilżyłam wargi. Smakowały zepsutym mięsem.

Przez ścianę ciszy przebił się jeszcze ryk dziecka.

Obudziłam się późnym popołudniem. Zdezorientowana, jakby ktoś przywalił mi obuchem w tył głowy.

Na wysokości oczu dostrzegłam poplamiony zeszyt z czerpanego papieru. Sięgnęłam po niego, opuszkami gładząc miękką oprawę. Przewertowałam kartki, znajdując trzy miejsca po wyrwanych. Ze środka wyleciała wycięta notka z prasy.

Odnaleziona brutalnie zgwałcona Amelia Lenartowicz.

Zatłuszczone i pomięte zdjęcie przedstawiało uśmiechniętą dziewczynkę z niechlujnym kucykiem. Na litość… To ją wywlekli z szopy. Przebiegłam wzrokiem po tekście. Miała czternaście lat. Została porwana w nocy z szóstego na siódmego grudnia dwa tysiące dwunastego.

Dwa tygodnie przed końcem całego świata, ale w dzień jej osobistego. Ona nie rozpaczała jak inni, kiedy dwudziestego pierwszego grudnia ogłoszono stan specjalny. Nie wariowała. Zdążyła oswoić się z apokalipsą. Może nawet gorszą, bo niszczącą dziecięcą duszę, to słońce, co płonie wewnątrz człowieka, a nie za betonowymi ścianami budynków.

Ale jakikolwiek okrutny los jej wtedy nie spotkał, nie powinnam brać pod opiekę dziecka. To byłby głupi sposób na okazywanie swojego człowieczeństwa.

Prawą ręką potarłam skronie.

Cholera. Lewa ręka.

Od razu pomyślałam o płatach obślizgłego, odłażącego od kości mięsa. Zgęstniałej substancji imitującej ludzką krew.

Cholera. Jakie człowieczeństwo.

Odetchnęłam.

Nie. Tutaj nie chodziło o moją naturę… Nie, przecież wciąż pozostawałam tym samym…

Przełknęłam ślinę.

Człowiekiem.

Już niezależnie od tego nie mogłam zabrać malca. To byłby wyrok dla mnie i dla niego.

Odchodząc nie oglądałam się za siebie. Nie istniało przecież inne wyjście.

– Praszam – wyszeptałam jeszcze tylko.

Pokonałam kawał drogi, ale wiedziałam, że od razu nie nadrobię straconej nocy. Niech to.

W oddali zamajaczył lasek. Zeszłam na pobocze. Liczyłam, że drzewa dadzą mi schronienie przed rozedrganym od żaru słońcem. W istocie, rozłożyły szemrzący ażur liści, rzucając koronkowe cienie. Bez zwłoki umościłam się w upatrzonej niecce.

I tak nie zmrużyłam oka. Jeśli tylko próbowałam, natychmiast do głowy napływały mi wspomnienia. Nie tylko ze świata po. Ale z drugiej strony… Mogłam sobie pozwolić na powrót do życia sprzed wyklucia wirusa. Niewiele mi już zostało. Czułam, że nie dotrę do laboratorium na czas. Czułam to w swędzie rozkładu. W kościach. W sercu, które niedługo zamiast czerwonej będzie pompowało czarną krew.

Ciekawe, czy kiedy obce RNA zreplikuje się w istocie szarej mózgu, będę cokolwiek pamiętać. Czy kiedy spojrzę w lustro, będę wiedziała, że ja to ja? Czy czerwone oczy przypomną mi o pomadce mamy?

Jak to będzie, pozwolić duszy utonąć w degenerującej ją smole zmutowanej choroby?

Zacisnęłam powieki. Tyle wspomnień zakopanych pod gruzami starego, dobrego świata.

Gdzieś z tyłu usłyszałam szelest. Natychmiast podskoczyłam.

– Spokojnie. Wiem, że nas obserwowałaś – powiedział dowódca oddziału, unosząc obie ręce. Szukał czegoś dookoła mnie.

Zawarczałam.

– Przyszedłem, żeby pomóc.

Wlepiłam w niego spojrzenie, ale nie odwrócił wzroku.

– Myślisz, że mnie tym przestraszysz? – parsknął.

Zerknęłam na boki, wypatrując jego towarzyszy.

– Przyszedłem, żeby pomóc, do cholery! Gdybyś miała jakieś wątpliwości, to nie robię tego bezinteresownie.

Coś w wyrazie mojej twarzy musiało mu podsunąć, że to wyznanie mnie nieco udobruchało, bo podszedł kilka kroków.

– Zgwałciłeś tamtą dziewczynkę – wysyczałam.

– Do kurwy nędzy! Wczoraj się urodziłaś?! Dookoła krwiożercze potwory… Ja pierdolę, sam ją swoim rozkazem zmieniłem w taką jak ty…

Splunęłam mu pod nogi.

– Zgwałcono ją, ale nie wczoraj i nie ja to zrobiłem!

– Skąd…

Wyciągnął z kieszeni kartki z czerpanego papieru i pomachał mi nimi przed nosem.

Zaniemówiłam.

– Dobra. Gdzie jest dzieciak?

– Mówiłeś, że mi pomożesz…

– Gdzie?

– Zostawiłam…

Przejechał palcami po wypłowiałych, słomianych włosach. Już wolałabym, żeby klął.

– O co chodzi?

Zaczął chodzić w tę i we w tę.

– No?

Znowu poruszył ręką.

– Kurwa, te wyrwane kartki miały cię zmotywować do zabrania dzieciaka… Wiedziałem, że to beznadziejny plan, ale nie mieliśmy wyjścia! Te gnidy, które ze mną wędrują… Sprzedaliby dzieciaka miejskim gangom! Nie mogliśmy go tak po prostu wziąć… Ale wtedy zjawiłaś się ty. Byłaś naszą jedyną nadzieją na transport odpornego człowieczka! A kiedy wczoraj nie było ciebie na drodze, musiałem zawrócić. Zobaczyć co z dzieciakiem.

Zamrugałam.

– Nie mogliście mnie i dziecka po prostu eskortować?

– Mówię przecież, że sprzedaliby dzieciaka miejskim gangom!

– To czemu żołnierz chociaż mi nie powiedział, że maluch jest odporny?

– Powiedział ci, żebyś go wzięła.

– Tak… ale mógł powiedzieć, że jest odporny.

– Matka to wykrzyczała, ale i tak nie uwierzyłaś.

– Bo ty tak powiedziałeś!

– Powiedziałem tak, żeby żaden Judasz z mojej bandy nie połakomił się na srebrne!

Zwiesiłam głowę. Żołnierz podszedł w międzyczasie i położył plecak na ziemi.

– Dobra. Wciąż jest nadzieja. Ja pomogę tobie, a ty pomożesz ludzkości i wrócisz po tamto dziecko.

– Jak chcesz mi pomóc? – parsknęłam. Bawiły mnie "ty", "pomożesz" i "ludzkość" w jednym zdaniu.

Wyciągnął długi tasak.

– Wiesz, że nie ma innego wyjścia.

Przełknęłam ślinę.

– Dlaczego to robisz?

– Od tego dziecka zależy wszystko. Musisz je donieść, a z breją zamiast mózgu tego nie zrobisz. W miejscu infekcji jest najwięcej zajętych komórek, jeśli je usunę, choroba rozwinie się wolniej. Jasne?

Przytaknęłam.

– Załatwmy to szybko. Pamiętaj, cokolwiek by się nie działo, że tutaj nie chodzi o ciebie czy o mnie, tylko o tego dzieciaka i całą ludzkość.

Wojskowy przykucnął. Coś czarnego błysnęło przy pasku.

Cofnęłam się.

Zauważył to. Oblizał wargi.

– Chyba nie myślałaś, że zawrócę bez broni?

Wydobył z plecaka jeszcze alkohol, zapalniczkę, igłę z żyłką wędkarską i grubą linę.

Podbródkiem wskazałam ekwipunek, przestępując krok do tyłu.

– Gdybym chciał ciebie zabić, już byś nie żyła. A to… – skinął na sznur – chyba sama rozumiesz.

Nie, nie rozumiałam. Ale nie chciałam skończyć jako bezmyślne zwierzę.

Ściągnęłam bluzkę. Smród nieomal zwalił mnie z nóg. Gdyby nie drzewo za mną, leżałabym w błocie.

Podszedł. Liście i suche badyle zachrzęściły pod jego stopami. Metr przede mną przystanął, przygotowując powróz.

Obserwowałam, jak zawiązuje pętlę.

– Tym nożem nie dam rady przeciąć kości. Zrobię wyłuszczenie na poziomie barku. To polega…

– Wiem. Miałam wujostwo weterynarzy. – Nawet chciałam iść w ich ślady. Wykapana siostrzenica.

Mokrymi palcami odrywałam kawałki chropowatej kory.

– Dobra. Pomóż mi z tym.

Chyba rzucił to tylko po to, żebym nie czuła się jak bezużyteczne ścierwo, bo sam sobie ze wszystkim poradził. Przewiązał mnie w pasie i unieruchomił, na ile to było możliwe. Potem położył prowizoryczny sprzęt obok i sięgnął po rzucone ubranie.

– Szybciej – fuknęłam. Pot ściekał mi po plecach.

Nasączył szmatę alkoholem i wepchnął mi do ust. Wykręcająca żołądek gorycz już po chwili rozgrzała moje wnętrze. Od infekcji nie piłam wody ani niczego nie jadłam. Do tej pierwszej czułam wstręt, jak do światła, a tego drugiego… Po prostu wolałam nie przywoływać myśli o posiłku.

Wróciłam do rzeczywistości, obserwując jak żołnierz polewa spirytusem ostrze. Metalowa powierzchnia zalśniła z sykiem. Resztka czerwonej krwi w lewym ramieniu zabulgotała. Gdyby nie knebel, krzyknęłabym, żeby się pospieszył.

W tym samym momencie przyłożył chłodną stal do skóry. Obślizgłe tkanki ustąpiły pod naciskiem z chlupotem uwalniając bordową maź. Podkurczyłam palce u stóp.

Pierwsze cięcie rozerwało warstwy skóry właściwej, kolagenowe włókna. Zakończenia nerwowe, którymi już nigdy nie poczuję opiekuńczego dotyku, ciepłych pocałunków, a nawet zimnej lufy karabinu. Żadnej rozkoszy i żadnego bólu.

Ile bym dała, żeby teraz…

Naprężone liny zaskrzypiały.

Z całych sił przygryzłam nasączony otumaniającą wódką strzęp.

Zahipnotyzowana patrzyłam na rękę. Odsłoniłam ją po raz pierwszy od ugryzienia.

Tamtej nocy padał deszcz. Nie mieliśmy niczego w ustach od trzech dni. Ciotka z wujkiem i ja jeszcze sobie jakoś radziliśmy, ale mój brat ledwo powłóczył nogami. Musiałam zapolować, ale wiedziałam, że nie wypuściliby mnie samej. Poza tym, mieliśmy jednego glocka, w którym zostały cztery naboje i którego nie wolno mi było brać do ręki pod żadnym pozorem. Ale gdybym nie pożyczyła wtedy pistoletu, tymi czterema nabojami moglibyśmy sobie równie dobrze poodstrzeliwać łby.

Brnęłam przez błoto, przyciskając broń do piersi. Deszcz ścierał ze mnie kurz codziennej wędrówki. Maskował zapach. I chociaż niewiele dostrzegałam, to działało też w drugą stronę – nikt, a tym bardziej nic innego, mnie nie dostrzegało.

Z duszą na ramieniu dotarłam do małego zagajnika. W szumie kropel wody nie dosłyszałam siorbnięć i syków. Nie zauważyłam, że nad poszarpanym truchłem łani ciemność jest zdecydowanie gęstsza. I spozierają z niej puste jak rubinowe szkiełka ze straganu ślepia.

Z zajęć przysposobienia obronnego miałam mgliste pojęcie o tym, jak się strzela. Fartowi zawdzięczałam przestrzelenie jednej gałki ocznej potwora. W ogóle fartowi zawdzięczałam, że zainfekowany był sam, że już coś upolował. Zgarnęłam zdobycz i zaaferowana dziękowaniem, nie pomyślałam, że nie tak łatwo zabić to cholerstwo.

Poczułam jak ostre kły zanurzają się w mojej lewej dłoni, ścierają z kością.

Drapieżca oderwał ode mnie pistoletem. Padł, miałam nadzieję, nieżywy. Nieżywy po raz drugi. Ale ten żart już nie śmieszył, kiedy zaczął dotyczyć mnie samej.

Wtedy po mojej ręce ściekała krew tak samo jak teraz. Z tym, że wtedy była jeszcze czerwona.

Nożem rozpłatał elastanowy pancerz, dochodząc do głębszych splotów tętniczo-żylnych. Pod spodem była już tylko moja dusza. Cholera, musiała, bo dźwięk pękających ścięgien i mięśni brzmiał jak pękające struny klatki, w której trzymałam przeżartą chorobą duszę.

Świst ustępujących nici coraz słabiej przedzierał się przez zasłonę ogarniającego mnie otępienia. Krwawy pot skleił rzęsy.

Obudziłam się. Najmniejszy podmuch drażnił okolice lewego obojczyka. Odwróciłam głowę od tego widoku.

– Już zszyłem i przyżegałem. Gładko poszło – powiedział, odwiązując mnie od drzewa. – Infekcja będzie znacznie wolniej postępować.

Wyplułam obśliniony materiał, oddychając z ulgą. Zapach rdzy przesiąknął powietrze. Nabierał intensywności przy odsłoniętej szyi i nadgarstkach wojskowego, gdzie prześwitywała plątanina niebieskich żył. Pełnych krwi.

Zębami przerwałam miękką tkankę. Poczułam lepki smak osocza. Witalny płyn ściekał mi po brodzie, kiedy wysysałam go łapczywymi haustami.

– Co do?! Kurwa!

Gardło drgało mi w niesamowitym tempie, kiedy chłeptałam gorącą posokę.

– Kurwa!

Nadmiar ściekał mi po brodzie, ale przecież miałam jeszcze tyle…

– Do cholery… – załkał jak dziecko. Dziecko…

Natychmiast odskoczyłam od dowódcy. Spojrzałam na jego poharatane przeguby, pokąsaną szyję. Poczułam metaliczny posmak na języku. Na skórze. Wszędzie.

– O Boże, co ja zrobiłam?

Spojrzał na mnie zmętnionym wzrokiem, jakby sam do końca nie wiedział.

– Nie… nie… nie… – szeptałam, składając ręce jak do modlitwy.

– Chodź… – wycharczał.

Pokręciłam głową, ale kiedy przywołał mnie gestem, podeszłam.

– Ja…

Co ja mogłam powiedzieć swojej ofierze? Że wiedziałam, że to kiedyś nastąpi? Że taka moja natura?

– Cicho. To nie czas.

O mało się nie przewróciłam, kiedy kucałam przy pokiereszowanym ciele.

– Boże…

– Nie ma czasu. Rozumiesz? – wystękał, wyostrzając wzrok.

Mechanicznie pokiwałam głową. Nawet kiedy wsunął mi do ręki pistolet, nie przestałam potakiwać.

– Weźmiesz moje rzeczy, wrócisz po dziecko i ruszysz na zachód. Do laboratorium Odnowy. Zrobisz wszystko, żeby tam dotrzeć. Obiecaj.

Skinęłam.

– Zresztą, obietnice nic nie kosztują, są bezwartościowe. Jeśli jesteś naprawdę dobrym człowiekiem, to to zrobisz.

– Nie jestem nawet człowiekiem.

– Może teraz nie, ale liczy się czy będziesz, kiedy umrzesz.

– Mogę umrzeć w każdej chwili.

Albo umarłam dawno temu, a teraz tkwię w piekle.

– Właśnie. A teraz dokończ, co zaczęłaś. – Potarł moją dłoń, w której umieścił przed chwilą spluwę. – No, już.

Możliwe, że miałam wilgotne oczy. Możliwe, że ryczałam. Ale pamiętam, że myślałam tylko o jednym. Kapsyd zmutowanego wirusa wścieklizny, którym go zaraziłam, miał kształt naboju. Takiego, którym zmiażdżyłam jego serce, zanim zdążyło przepompować choćby kroplę czarnej krwi.

Niedbałym ruchem, jakbym bała się, że zwrócę tym uwagę Boga, przeżegnałam się.

Umazanymi palcami zamknęłam nieżyjącemu powieki.

Zabrałam plecak i zawróciłam. Szopa stała nienaruszona. Płacz niemowlaka najwidoczniej nikogo nie zwabił.

Ściągnęłam z malca zapaskudzoną pieluchę i rzuciłam ja w kąt pomieszczenia. Z własnej bluzki, lin i mocowań tornistra zrobiłam prowizoryczne nosidełko, dzięki któremu miałam wolne ręce. Wróć, rękę.

Chłopczyk obserwował mnie szarymi paciorkami, ssąc kciuk. Ujęłam go najdelikatniej jak potrafiłam, ale szczerze mówiąc, nie miałam zbytniego doświadczenia z dziećmi. Bratem nie opiekowałam się wcale. Przed wybuchem epidemii byłam naprawdę beznadziejna w roli starszej siostry. Czasami nawet cieszyłam się, że tak rzadko wspomina mamę i tatę, bo to oznaczało, że nie pamięta też zachowania reszty rodziny. Ten mały też nie będzie pamiętał swojej matki. I ojca. Ale to akurat lepiej.

Myśl o ojcu-gwałcicielu przypomniała mi o dzienniku. Dowódca ciągle miał przy sobie wyrwane stronice.

Pognałam do lasku, żeby odnaleźć kartki. Biegałam też przed wybuchem epidemii, ale wtedy towarzyszyło temu zupełnie inne uczucie. Stopami odbijałam się od ziemi, chociaż naprężone mięśnie zwiastowały zakwasy. Uwielbiałam wyłączać myśli i blokować zmysły. Byłam tylko ja. Echo świstu wiatru w krótkich, urywanych oddechach. Echo życia w utracie tchu.

A potem, kiedy skończył się świat, nawet bieganie stało się inne. Palący ucisk w stawach skokowych buchał żarem. Serce waliło po żebrach. Pełne kurzu płuca miałam ochotę wyrzygać po każdej ucieczce. Bo tylko w tym celu potem biegałam. Żeby uciec.

Aż do teraz.

Dopadłam świeżego trupa przed zachodem księżyca. Przeszukałam wszystkie kieszenie w spodniach i kurtce. Schował notatki po wewnętrznej stronie wiatrówki. Razem z nimi wyjęłam kilka orzechów i pogniecione zdjęcie wychudzonej kobiety. Rozprostowałam papier i zaczęłam od najstarszej strony.

 

7 grudnia 2012

Rano przywieźli mnie do szpitala. Dali mi też ten dziennik. Że niby spisywanie wspomnień ma pomóc. Ale miałam tylko jedno wspomnienie i nie chciałam go spisywać. Nigdy. Nigdy. Nigdy.

 

9 grudnia 2012

Wczoraj powinnam była dostać okresu. Zapytałam ich o to i powiedzieli, że to z powodu obrażeń wewnętrznych. Nie wierzę.

Czuję jak pod moim sercem tłucze się inne. Wystukuje rytm mojego szaleństwa.

Nienawidzę tego dźwięku.

 

10 grudnia 2012

Dwa tygodnie do Gwiazdki. Mam tylko jedno życzenie. Chciałabym, żebyś istniał, Panie Boże.

 

21 grudnia 2012

12:12

Frontmen z telewizji zrobił z apokalipsy show na wizji.

13:00

Powiedzieli mi, że moje dziecko łapie się do programu odnowy szukającego leku na wirusa. Już nie udawali, że nie jestem w ciąży.

Eksperyment wiązał się z ryzykiem śmierci.

Nie obchodziło mnie czy mojej czy dziecka.

 

15 sierpnia 2013

Widziałam go po raz pierwszy. Machał sinymi rączkami i nóżkami. Cały czerwony i pomarszczony. Niepodobny do czystych i gładkich dzieci z filmów.

Pokochałam go od razu.

Przez te dziewięć miesięcy ani razu nie pomyślałam jak mogłabym go nazwać, a kiedy pielęgniarka mnie o to zapytała, odpowiedź sama spłynęła z moich ust:

– To Piotruś.

Bo był takim Piotrusiem Panem, dzieckiem, które nigdy nie będzie miało okazji dorosnąć. Czy jakoś tak. Po prostu. Jak ja.

 

23 października 2013

Zrobili wyprawkę dla mnie i Piotrka. Powiedzieli, że on jest odporny. Kazali iść na zachód, aż do laboratorium Odnowy i nie oglądać się za siebie.

 

24 października 2013

Obejrzałam się. Tylko raz. Wystarczyło.

Nadciągali. Horda potworów.

Musiałam iść. Na zachód.

 

Wsunęłam kartki do dziennika, przełykając ślinę. Przed oczami stanęły mi mocniej dociśnięte litery przy "potworach". Też ich tak kiedyś nazywałam. Przez krzywe zwierciadło szklanych telewizorów nie wydawali się niczym innym. Jednak przez lusterko, które nosiłam w kieszeni, wydawali się po prostu zainfekowanymi ludźmi. Ale wciąż ludźmi. Prawda?

Trzy kolejne noce były ciężkie. Opadałam z sił. I tak wiedziałam, że wytrzymanie dotychczasowego katorżniczego wysiłku zawdzięczałam tylko i wyłącznie wypitej krwi. W końcu była naturalnym pożywieniem dla zainfekowanych. A wspomnienie o niej powracało do mnie w echu burczenia brzucha i odgłosów wędrowców. Budziło pragnienie mruczące jak kot. Skręcało wnętrzności i poganiało naprzód.

Zataczałam coraz większe kręgi wokół autostrady, żeby nie napotkać żadnych ludzi, ale pomimo tego nie potrafiłam poskromić żądzy.

W dawnym świecie było takie przysłowie, że skoro Mahomet nie przyszedł do góry, to góra przyszła do Mahometa. Mam nadzieję, że kiedyś stanę przed Bogiem, któremu służyło tylu proroków. Pewnie na długo po tym jak zapomnę, że ktoś taki jak Mahomet kiedykolwiek istniał. To wtedy ten dobry Bóg będzie pamiętał, że nie ja przyszłam do tych ludzi.

Znaleźli mnie tuż przed wieczorem. Musiałam ich trochę wyprzedzić, ale najwidoczniej tego nie zauważyłam, bo wędrowałam poboczem.

Teraz było ich siedmioro. Co się stało z dowódcą, wiedziałam aż za dobrze. Natomiast drugi zaginiony… Zerknęłam na zainfekowanych więźniów. Mignął mi kolczyk w nosie, dłuższe, splątane włosy.

Przyglądałam się ich milczącym obliczom w skupieniu. A może poszukiwaniu? Za dnia zawodzili, ale nocą cichli, jakby mrok koił ich chore umysły. Pozwalał wypełznąć ciemności zastępującej duszę. Czy w świetle dnia widzieli odbicie dawnego człowieczeństwa?

Co zobaczę ja, kiedy wystawię twarz na słońce?

Może już teraz mogłabym się dowiedzieć. W końcu nie oglądałam słońca od tak dawna. Nie wiedziałam czy będę miała drugą szansę, skoro już ginęło za horyzontem.

– Bożebożeboże – zaskamlał jeden z jeńców.

Nosił strzępy żołnierskiego kombinezonu. Zaraził się niedawno.

Nie, nie, nie.

Nie zaraził się, przecież wtedy bym go nie rozumiała.

Wojskowi, w przeciwieństwie do mnie, nie zwracali na niego uwagi. Otaczali nową ofiarę groźnym kręgiem.

– A to kto?

– Co tam masz za plecami?

– Kaleka?

Osaczali ciasnymi pytaniami.

– Bożebożeboże…

Ich syki zlewały się z nieszczęsnym wołaniem zainfekowanego. Nie potrafiłam odróżnić poszczególnych sylab. Skuliłam się, cofając.

– Ma plecak dowódcy! Jednoręka zdzira go zabiła! – Któryś przekrzyknął sączące się zewsząd słowa.

Dzikim spojrzeniem omiotłam okolicę. Cienie drzew wyciągały po mnie szpony, wlokąc je po grudach ziemi. Przypominały grabarzy przeciągających łopaty po świeżym grobie. Żołnierze też się zbliżali.

Wychwyciłam w ich grupie porozumiewawcze spojrzenie szarych oczu.

Gość od Piotrusia. Rozpoznał mnie.

A kiedy jeden z wojskowych uniósł broń, skinął głową. I wystrzelił salwę z karabinu.

Położył trzech gości, zanim dwóch nie rzuciło się na niego. W międzyczasie jeden ruszył w moją stronę.

Poczułam jak pot ścieka mi po plecach. Między łopatkami, do których jak na złość nie chciał przylegać tył plecaka.

Akurat teraz, widząc w oczach wroga obietnicę rychłej śmierci, może pierwszą obietnicę, którą przyjdzie mu spełnić, bo nie wyglądał na szlachetnego człowieka, utyskiwałam na durne nosidełko. Głupie, ciężkie…

Sięgnęłam po pistolet zawieszony przy pasku tornistra.

Widziałam pory na wykrzywionej w złości twarzy. Potrądzikowe skazy na czole. Kępki brody. Widziałam śmierć czającą się w oczach.

Boże. Ale bałam się tej śmierci.

Moc wystrzału odrzuciła mnie do tyłu. Ogłuchłam od huku. Gorąca łuska sparzyła szyję. Strzelałam dalej.

Naciskałam spust długo po tym, jak opróżniłam magazynek.

Krew obryzgała wszystko wokół. Zlepiła moje włosy i pozostawiła w powietrzu słodki posmak.

Gdzieś z boku błysnęła chromowana powierzchnia glocka. Metaliczny zapach przybrał na sile. Zanim nabój zdążył opuścić pistolet, unieruchomiłam nadgarstek faceta. Przez gruby materiał wyczułam przyspieszające tętno. Przez zęby zagłębiające się w gardle wyczułam jak ustaje.

Facet drgnął po raz ostatni w przedśmiertnych konwulsjach i zastygł. Maska okrucieństwa rozpłynęła się w różowej pianie z ust, odsłaniając grymas przerażenia.

Cuchnące acetonem ciało rzuciłam na ziemię i podeszłam do rannego żołnierza, który mi wcześniej pomógł.

– Weź rękę. – Wskazałam na miejsce wokół którego powiększała się bordowa plama.

Pokręcił głową i skinął w stronę zabitych przeze mnie mężczyzn.

Wzruszyłam ramionami, chociaż tak naprawdę drżałam z przerażenia.

– Może i masz rację. Ale nigdy nie byłam miłośniczką pokojowych rozwiązań.

Tylko wcześniejsze bojowe rozwiązania niekoniecznie polegały na wysysaniu krwi przeciwnikom. Ale tego nie powiedziałam już na głos.

Sięgnął pod kominiarkę i wydobył coś lśniącego.

Złoty krzyżyk na cienkim łańcuszku kołysał się w rytm drżenia jego ręki. Hipnotyzujące wahadło śmierci, którego nie zatrzymała zastygła w przedśmiertnym impasie dłoń.

– Bożebożeboże… – zawodzili zainfekowani za moimi plecami.

Zanim wzięłam medalik, sięgnęłam po karabin.

Nie musiałam wyjmować lusterka, żeby przed wpakowaniem kulek w chore głowy, zobaczyć swoje własne odbicie. Spoglądało na mnie z każdej wykrzywionej, obłażącej muchami twarzy. Obojętnie, czy zdobiły ją kolczyki, długie włosy albo rzęsy. W każdej z nich nie było już człowieka. Umarli dawno temu. Teraz dopełniałam spartaczonego dzieła.

Potem wypełzłam na autostradę, niosąc Piotrusia na plecach i ściskając krzyżyk. Czułam serce tłukące się pod żebrami. Czyżby wybijało ostatni rytm?

Przed sobą miałam prostą drogę na zachód.

Krew, może już czarna, huczała mi w głowie.

Ale wiedziałam, że dotrę. Musiałam.

*

– Nie mogę uwierzyć… Że to dziecko ma gen odporności. To cud, ironia, że jej udało się donieść chłopca żywego.

– Bo cuda to takie sarkastyczne uwagi, w których jest tak wiele prawdy, że brakuje miejsca na wiarę – mruknął pod nosem, spoglądając na paznokcie. – Co jeszcze powiedzieli analitycy? To już pewne?

Kobieta skinęła głową. Widać było, że waha się, czy jeszcze coś powiedzieć. Cisza brzęczała w słońcu wpadającym przez zakurzone szyby z pancernego szkła.

Po chwili podjęła cichym głosem:

– Ta dziewczyna… Była zainfekowana od tygodnia. Wirus zajmuje mózg w co najwyżej dwa dni…

Rozmówca parsknął cichym śmiechem.

– Oni nie myślą. Chyba, że żądzę świeżego mięcha i krwi można zaliczyć do myślenia. To zgniłe ciała targające jeszcze bardziej zgniłe dusze.

Medyczka pokręciła głową.

– Nie wiem. Nie mam pojęcia, co nią kierowało. Ale wiem, że nie była to żądza świeżego mięcha. Że kiedy ściskała ten krzyżyk, z którym ją znaleźliśmy, tam gdzieś tliła się jeszcze ludzka dusza.

Koniec

Komentarze

Świat paskudny, ale poznawanie jego budowy sprawia pewną satysfakcję.

Wampirów jakoś nie lubię, ale Twoją wersję jeszcze mogę zaakceptować. Chociaż balansujesz na krawędzi. Jest jakaś fabuła, nawet nietypowa.

Napisane całkiem przyzwoicie.

 

Babska logika rządzi!

Dzięki wielkie Finklo za komentarz i punkcika :) Cieszę się,  że się podobało, nawet pomimo tego paskudnego świata  ;)

Podłoga nie niesie echa. Echo to odbicie dźwięku. Czterech, a nie czworo. 

Pozdrówka.

Poprawiłam, dzięki za czujność :)

Napisane przyzwoicie. Fabuła trochę sztampowa, za bardzo konkuruje w moich myślach z The Last of Us. Ale wykonanie wszystko nagradza – opisy odczuć, reakcji, dialogi wojskowych/bandytów/najemników. No i na końcu też jest jakaś nadzieja :)

Podsumowując: jest dobrze, choć bez jakiś super fajerwerków, ale w niektórych miejscach coś wybuchło :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Miło mi, że się podobało :) O The Last of Us słyszałam, ale nigdy nie miałam okazji pograć :( Cieszę się tym bardziej, że pomimo jakichś zbieżności opowiadanie się Tobie spodobało:) A czasem nawet tak z wybuchami ;)

 

Dzięki za komentarz i nominację do biblioteki :)

Bardzo ładnie napisane i przyjemnie mi się czytało. Mroczny, ponury świat, ale gdzieś w oddali błyska światełko nadziei… Podoba mi się konstrukcja psychiczna głównej bohaterki i opis emocji. Chyba podzieliłabym tekst na części, ale to takie moje upodobanie do podziałów… :)

Przyznałabym punkcik, ale nie mam uprawnień :(

Pozdrawiam serdecznie.

Świat, istotnie, wręcz odrażający, ale nie wydaje mi się, aby opisana historii była choć w połowie tak wiarygodna, gdyby została umieszczona w przyjemniejszych okolicznościach.

Wiem, że to brzmi dziwnie, ale tak – przeczytałam opowiadanie z prawdziwą przyjemnością.

Wykonanie, mimo kilku błędów i usterek, całkiem przyzwoite. Jeśli niedoskonałości znikną, kliknę Bibliotekę. ;)

 

w świe­tle wpa­da­ją­cym przez omsza­łe szcze­li­ny. – Szczelina to podłużny, wąski otwór.

Omszałe mogły być deski, ale nie szczeliny/ otwory między nimi.

 

– Nnie… Ppro­szę! Dziec­ko!- za­łka­ła, przy­ci­ska­jąc za­wi­niąt­ko moc­niej. – Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Zo­sta­ła po­rwa­na w nocy z trzy­na­ste­go na czter­na­ste­go grud­nia… – Zo­sta­ła po­rwa­na w nocy z trzy­na­ste­go na czter­na­sty grud­nia

 

Czu­łam to w swą­dzie roz­kła­du.Czu­łam to w swędzie roz­kła­du.

 

Już wo­la­ła­bym, żeby klnął.Już wo­la­ła­bym, żeby klął.

 

do­cho­dząc do głęb­szych splo­tów tę­ni­czo-żyl­nych. – Literówka.

 

Bu­dzi­ło mru­czą­ce pra­gnie­nie, jak kot ob­ła­żą­ce nogi. – Nie rozumiem zdania. Co to są obłażące nogi? :(

 

Na­ci­ska­łam spust na długo po tym, jak opróż­ni­łam ma­ga­zy­nek.Na­ci­ska­łam spust długo po tym, jak opróż­ni­łam ma­ga­zy­nek.

 

Bo­że­bo­żeboże… – ­ za­wo­dzi­li Za­in­fe­ko­wa­ni za moimi ple­ca­mi. – Dlaczego zainfekowani napisano wielką literą?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję Katiu za wizytę i komentarz! Miło mi, że się Tobie ta moja pisanina podoba :) Możliwe, że tekstowi przydałoby się podzielenie, ale jakoś mi z tym było nie po drodze :(

A chodziło mi o właśnie takie pokazanie świata jak to opisałaś – ponurego, ale z jakimiś takimi przebłyskami słońca :)

 

Reg, melduję, że poprawione i dziękuję za czujność :) I cieszę się niezmiernie, że się Tobie spodobało, a jeszcze, że wykonanie całkiem przyzwoite to już w ogóle miód na moje serce :)

Była obietnica, jest klik. I bardzo się cieszę, że mogłam pomóc. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I za klika dziękuję (:

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmm… Więcej niż dobrze napisany tekst, a pomysł, chociaż znany, interesujący i nieźle przedstawiony. Na pewno opowiadanie zdecydowanie wybija się ponad przeciętność. Tyle, że, jak dla mnie, za dużo jest w nim takiego napuszonego, mocno bombastycznego stylu. Chyba bardziej przydałby się, tak po prostu, surowy, realistyczny opis. A po drugie – tekst się zlewa i podział na rozdziały czy może rozdzialiki byłby bardzo wskazany. Szkoda, że tak się nie stało.

W którymś ze zdań niefortunnie użyty został wyraz “kabura”. Jeżeli ten gość miał, oprócz karabinu, rewolwer albo pistolet, należało to zaznaczyć. Karabiny nie potrzebują kabur.

Ale na pewno na bibliotekę opowiadanie jak najbardziej zasługuje. A mógłby to być, po poprawkach, tekst “piórkowy”…

Pozdrowka.

Kabury już nie ma :) Jak widać, z tymi rozdziałami albo jakimiś innymi podziałami będę musiała pomyśleć w następnych opowiadaniach :) A z tym napompowanym stylem to mam niemały problem, żeby nie rzec, że największy :(

Ale cieszę się bardzo, że chociaż tak ogólnie się podobało i dziękuję za komentarz i klika :)

Zawsze wrażenie czytelnicze jest subiektywne. Jednym taki styl, jaki zastosowałaś w tym opowiadaniu, podoba się, innym mniej. To jest kwestia gustu i upodobań. Kilka komentarzy w jednakowym tonie powinno jednak zawsze zmusić do zastanowienia, czy w czymś się przypadkiem nie przesadziło. Czysty zysk ala autora, takie komentarze. 

Ale zawsze jest tak, że jeżeli można coś opisać  krócej, zwięźlej,  albo prościej, należy tak robić. Tekst krótszy zawsze zyskuje na dynamice.

Nie, generalnie opowiadanie podobało mi się. Dobry tekst, ciekawy, a że mam trochę uwag … Każdy je ma.

Pozdrawiam. 

A to prawda, i wszystkie uwagi i zastrzeżenia są pomocne :) Staram się od tych poetyckich wtrętów odzwyczajać i je redukować. Przynajmniej do tego stopnia, w którym będą przyjemnym dodatkiem, a nie utrudnieniem w odbiorze. Pozostaje mi mieć nadzieję, że z czasem będzie to jakoś lepiej szło :)

Głównym walorem tego tekstu jest sposób, w jaki Autorka buduje emocje. Drugim, że ze sztampowego postapokaliptycznego potwora uczyniła istotę szukającą w sobie człowieczeństwa. Fajne spojrzenie na temat od drugiej strony.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Dzięki, Fleur za komentarz i klika :) I jeszcze raz wielkie dzięki za ogromną pomoc przy tekście :)

Nie przeceniałabym swojego wkładu, to raczej tylko kilka technicznych wskazówek. No i nie ma sprawy, polecam się na przyszłość.

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Niedługo stuknie koleżance biblioteka! W pełni zasłużenie :)

Jai guru de va!

Jeszcze piąty głos leży w Hyde parku :D 

Dzięki za miłe słowo i jeszcze raz za betę! :)

Oj tam, oj tam – to nic takiego :)

Kilka drobnych wskazóweczek dla dobrej Autorki ;)

A! Tytuł wyszedł Ci pomyślnie. Udało się! ;D

Informuję, że mniej-więcej o dwudziestej czasu polskiego wszystkie zmiany w moim tekście będą już naniesione. Dzięki za wszystko!

 

Pozdrawiam!

 

Post Scriptum

Miałem Cię już wcześniej zaprosić, ale byłem święcie przekonany, że dawno to zrobiłem…

Jai guru de va!

W porządku  (: To się cieszę, że opowiadanie zbliża się już do końca :) Myślę,  ze uda mi się jeszcze zajrzeć jutro, chociaż wielkich komentarzy nie zostawię, bo z czasem to teraz u mnie nie najlepiej :(

Podoba się.

Świat przyjemnie paskudny, bohaterka wiarygodna, w ogóle nie ma tu postaci jednowymiarowych. To duży plus. Oparcie tekstu na przeżyciach człowieka zmieniającego się w potwora to posunięcie ryzykowne, bo łatwo ugrząść w młace bezsensownego mędzenia – vide "Ciepłe ciała", gdzie pierwszoosobowym narratorem jest zombie (książka smiertelnie poważna, nie żadna parodia). W efekcie mozna ozombieć z nudy gdzieś w okolicach setnej strony. Ba, sam popełniłem nawet kiedyś potworność na siedemdziesiąt pięć tysięcy znaków, o wampirze, który popadał w obłęd. Polecam, gdybyś chciała ze sobą skończyć. Dodatkowa motywacja ;-)

Twój tekst unika jednak tej pułapki. Jest ciekawy i klimatyczny, mimo do bólu typowej fabuły. Zdarzają się niezręczne konstrukcje:

Z łatwością odnalazłam autostradę. Zachowywaliśmy od niej niedużą odległość.

Brzydko brzmi. Lepiej: "Trzymaliśmy się od niej w rozsądnej odległości", albo coś takiego…

Gdzieś w oddali dźwięczały łańcuchy

I zdanie dalej:

Tuż obok mnie zadźwięczały łańcuchy.

Brzmi jak nieprzyjemne powtórzenie.

Poczułam mrowienie w okolicach lewego łokcia, które stopniowo ustępowało gorącemu, gęstemu płynowi przepychającemu się przez moje naczynia krwionośne

Też źle brzmi. Właściwie to nie bardzo wiem, o co chodzi w tym zdaniu. Że płyn, zastępujący krew, uśmierzył mrowienie?

Mam nadzieję, że jeśli kiedyś stanę przed Bogiem, któremu służyło tylu proroków.

Coś chyba poszło nie tak. Może słowo "jeśli" tu nie pasuje?

 

Było coś jeszcze, ale wyszukiwanie i cytowanie przy pomocy komórki to istna tortura ;-)

Tak, czy owak jest fajnie. W ogóle lubię postapo pisane przez kobiety. Za szlif delikatności w twardym literackim materiale. Za perełki człowieczeństwa w łajnie nieludzkiego świata.

Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Gdzieś w oddali dźwięczały łańcuchy.

Rosnące nieopodal drzewo wyciągało powykręcane ramiona we wszystkie strony. Dopadłam go w najszybszym tempie, na jakie pozwalały mi zmęczone nogi.

Tuż obok mnie zadźwięczały łańcuchy.

To celowe? Bo wygląda średnio. :p

 

Trzeba było bankierem zostać, albo przedszkolanką, skoro do pilnowania gnojka taki chętny.

Brakuje mi w drugiej części czasownika. Można pojechać gwarą i wpleść go do innego słowa “skoroś”, “takiś” lub po prostu wrzucić gdzieś “jesteś”.

 

Liczyłam, że drzewa dadzą mi schronienie przed rozedrganym od żaru słońcem.

A nie powietrzem?

 

Mam nadzieję, że jeśli kiedyś stanę przed Bogiem, któremu służyło tylu proroków.

To co?

 

 

Na początku pomyślałem: oesu kolejne opowiadanie postapo. Ale okazało się, że ugryzłaś temat od zupełnie niespodziewanej strony i chociaż sadziłaś jedną kliszę za drugą, to świeża perspektywa sprawiała, że dobrze mi się czytało. Przynajmniej do czasu, aż mnie zaczęło mdlić od tych ciągłych opisów gnijącego mięcha… Sama oceń, czy to wada, czy zaleta opowiadania. ;)

Pozdrawiam!

O, kolejni czytelnicy, jak miło :)

 

Thargone, dziękuję za taki długi i ładny komentarz, a że jeszcze z komórki pisałeś, to tylko ukłony słać! Trochę się wahałam przy łańcuchach, bo to celowy zabieg był, ale kiedy zobaczyłam kolejny głos sprzeciwu, to zmieniłam :)

Cieszę się bardzo, że uznałeś, że udało mi się ustrzec od nudy :) Możliwe, że to zasługa tego, że tekst nie jest jakiś bardzo długi :) Myślę, że od Twoich 75 tys. znaków jeszcze nie popadłabym w obłęd jak ten wampir, ale przy książce już to mogłoby się zdarzyć ;)

A z tym postapo pisanym przez kobiety to trafne spostrzeżenie. Ja w ogóle lubię postapo, ale jak tak sobie pomyślałam, to stwierdziłam, że rzeczywiście te pisane przez kobiety często mają w sobie taką delikatność :)

 

MrBrighside, dziękuję za wizytę i komentarz, tym bardziej, że musiałeś zmierzyć się z kolejnym postapo :D Cieszę się więc tym bardziej, że się Tobie spodobało i nie znudziło :) I że nie znalazłeś żadnych bzdur przy opisach tkanek albo wyłuszczania :) Trochę się martwiłam, że coś tam pomieszam ;)

A że zaczęło Ciebie mdlić(tutaj to mi akurat przykro, tak w niedzielny poranek, kajam się :() od tych opisów to dla mnie pochwała wielka (: W życiu bym nie pomyślała, że uda mi się napisać na tyle przekonywujący opis zgnilizny, żeby wywołać u kogoś obrzydzenie. Normalnie, chyba pokuszę się o jakiś horror, żeby nabrać wprawy :D

Mocnymi elementami opka są konkretna fabuła, wiarygodna postać bohaterki (nawet wtedy, gdy podejmowała trudne decyzje), jej motywacja i opisy emocji. Paskudny świat też misię, w kontekście wiarygodności. Nie wiem dlaczego, ale motyw autostrady, choć ledwo zarysowany, dodaje jakiegoś niesamowitego klimatu – choć możliwe że to tylko subiektywne wrażenie. Zakończenie też na plus. 

W kwestii wykonania, coś przeszkadzało mi w czytaniu. To na minus – na mój odbiór. Odniosłem wrażenie jakby miejscami tekst tracił płynność – jakby porwany. Może przydałoby się budować wątki czy też myśli w szersze akapity. Teraz mi trochę nie odpowiada, ale nie na tyle, żeby zatrzeć dobre wrażenie. Ogólnie wciągający tekst i pomysł – na inną perspektywę. :)

Zgodzę się z komentującymi, że opowiadanie zdecydowanie zasługuje na bib.

 

edit: a, gdzieś tam jest, że glock się błyszczy. Glocki są czarne, z tego conwiem, no chyba że najemnik miał jakiś chromowany na specjalne zamówienie.

Dzięki, Blackburnie za komentarz i nominację  :) Cieszę się, że się podobało i chociaż może głupio to zabrzmi, to jeszcze bardziej cieszę, że zwróciłeś uwagę na ten brak płynności :) Co tu dużo ukrywać,  sama u siebie tego nie potrafię wychwycić, a to jedna z rzeczy, nad którymi wiem, że muszę pracować :)

 

Ostatnio miałam trochę urwania głowy i musiałam przeczytać na raty. Po przerwie wróciłam do opowiadania chętnie i z ciekawością – czyli wciąga ;) Jest klimat (paskudny, ale o to chodzi) i nienachalnie rysowane emocje, są ciekawe postaci. Chociaż, być może przez tę przerwę w czytaniu, trochę się pogubiłam w ich motywach. Chodzi mi głównie o żołnierzy. 

Zgadzam się z uwagą Blacburna o płynności, a także z sugestią, że może radą na to byłyby solidniejsze akapity. Myślę też, że można by dopracować dialogi, bo momentami wypadają mało naturalnie. 

O, jak miło, że zajrzałaś :) A że chętnie wróciłaś nawet po rozłożeniu na raty to w ogóle się ogromnie cieszę. Tych emocji to się trochę bałam, że będzie zbyt egzaltowanie, ale jak widać niepotrzebnie :)

 

Na przyszłość postaram się jaśniej pokazywać motywację, chociaż to wciąż mogą być jakieś ciemne tony ;) Akapity i dialogi też będę mieć w pamięci. Dzięki! :)

 

 

“Ciemne chmury zaległym nad gasnącym horyzontem.“ – Zaległy?

 

“Trzeba było bankierem zostać[-,] albo przedszkolanką“

 

“Gęsty, gorący płynprzepychał się“ – brak spacji

 

“Ciekawe, czy kiedy obce RNA zreplikuje w istocie szarej mózgu“ – zreplikuje się?

 

“– Gdybym chciał ciebie zabić, już byś nie żyła. A to… – Sskinął na sznur – chyba sama rozumiesz.“

 

Brakuje mi choć jednego zdania typu “Wiedziałam, że to szaleństwo, ale nie chciałam stać się zwierzęciem” – w sensie umotywowania, dlaczego bohaterka tak łatwo poddała się woli obcego i amputacji. W ogóle dlaczego tak łatwo mu uwierzyła. Nie kupuję tej sceny.

 

“Potem położył prowizorkę obok“ – Co położył obok…?

 

“Wykręcająca żołądek gorycz już za chwilę po chwili rozgrzała moje wnętrze.“

 

“Od infekcji nie piłam wody[-,] ani niczego nie jadłam.“

 

Podły, mroczny świat, ale interesujący. Nawet podoba mi się nieco odmienna wizja wścieklizno-wampiryzmu, fabuła jest ok, wykonanie w porządku, choć niektóre zdania wydały mi się dość karkołomne. Jest tylko jedna rzecz, która moim zdaniem kładzie to wszystko na łopatki. Niemowlę. Przez kilka dni niesione do laboratorium. Nic nie jadło. No nie. Niewykonalne. Maksymalnie po trzech godzinach masz do czynienia z rykiem, od którego pękają bębenki. I dziecko nie przestanie płakać, dopóki nie dostanie cyca. Będzie ryczeć i spać na przemian, kiedy już od ryku zabraknie mu sił. I tak w kółko. A po kilku dniach będzie po prostu martwe, jak nie z głodu to z pragnienia.

Generalnie jako świeżo upieczona matka nie kupuję motywu, że jednoręka kobita, która w ogóle nie znała się na dzieciach, dała radę choćby raz go przewinąć, nie wspominając o innych czynnościach…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jose, Twoje doświadczenie jest niepokojące…

Ale zasadniczo pewnie masz rację.

Babska logika rządzi!

A sądzicie, że w ogóle przewijała? A jeśli, to w co? Może jeszcze miała zapas pieluch na tydzień? ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Myślę, że skoro była zombie, to mogły jej zgnić uszy i wszelkie wrzaski zwyczajnie jej umknęły. ;)

O, dzięki Jose za wizytę i komentarz :) Poprawki obiecuję nanieść jutro, bo dzisiaj to już tylko z tabletu piszę:) Cieszę się,  że coś tam się Tobie spodobało i spieszę z wyjaśnieniami odnośnie niemowlaka :) Znaczy, w sumie to moja wina, że tekst nie broni się sam, ale mimo wszystko spróbuję go trochę usprawiedliwić  :D Bratem się nie zajmowała, stąd była przekonana, że tego nie potrafi i sama tak o sobie mówiła  (ona w ogóle taka trochę niepewna siebie była,a przynajmniej na tym mi zależało;)), ale to nie znaczy, że nie widziała sposobu, w jaki bratem opiekowali się rodzice i gdzieś tam podświadomie podłapała kilka chwytów. Kolejna sprawa to ta jedna ręka, rzeczywiście,  ciężko,  ale ten wirus zwiększał możliwości jej organizmu,  więc pewnie nie było aż tak trudno jak w przypadku normalnej kobiety. 

 

Ale, szczerze mówiąc,  to ja mam o zajmowaniu się dziećmi jeszcze bardziej mgliste pojęcie od bohaterki, bo nawet nie mam młodszego rodzeństwa  ;) Więc po prostu te trzy, cztery (bo wraz z rozwojem wirusa ona miała się stawać silniejsza, więc w sumie mogła podróżować szybciej ;) dni ominęłam, jakby w domyśle pozostawiając karmienie i tym podobne rzeczy. Poza tym wtedy bohaterka mogła już stracić rozum, ale trzymać się tylko tej jednej myśli,  żeby dziecko uratować. Robić wszystko, żeby osiągnąć ten cel. W końcu, skoro była taka uparta, żeby zachować ludzką duszę, to myślę, że znalazłby sposób na nakarmienie dziecka jedną ręką:) Tak sobie myślę. Ot. Ale obiecuję w przyszłości myśleć więcej:D

Finklo, zapewniam, że moje dziecko ma się dobrze i nigdy nie miało przerwy w karmieniu dłuższej niż kilka godzin ;)

 

Lenah, przydałoby się jednak słowo wyjaśnienia. Na przykład od lekarzy na końcu, w jakim stanie dziecko dotarło do laboratorium. I jednak jakakolwiek wzmianka o przebiegu podróży. W ogóle już się złapałam za głowę jak dziecko zostało na noc w tamtej szopie samo – równie dobrze mogło umrzeć z wychłodzenia i szlag by je na miejscu trafił. A z karmieniem jest taki problem, że najpierw trzeba mieć czym nakarmić, niezależnie od tego, ile ma się rąk ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Coś tam dopisałam drobnym druczkiem ;) Poprawki też już naniosłam. Dzięki jeszcze raz (:

Zdecydowanie umiesz pisać i budować napięcie. Jeszcze lepiej idzie ci z emocjami, opowiadanie jest nimi przepojone, wręcz się je czuje.

Mam jednak wrażenie, że przelewając emocje i klimat, zapomniałaś trochę o logice, która kuleje gdzieniegdzie. Trochę wygląda to tak, jakby zarazić można się było tylko w dzień apokalipsy, bo później to kopią, biją, gwałcą, przeprowadzają zabiegi chirurgiczne i nijak się nie zarażają. Nie ma żadnego uzasadnienia, dlaczego ten dzieciak jest wyjątkowy. Bohaterka dzień po spóźnionych okresie już się martwi, mało wiarygodne. Lekarze po tygodniu od gwałtu wiedzą już, że jest w ciąży i mało tego, kwalifikują dziecko do programu ochronnego, siedmiodniową komórkę? Szybko to wszystko, poza tym nie rozumiem dlaczego bohaterka wspomina często wujka i ciotkę, a tylko raz rodziców. Wspominamy raczej na odwrót, w tekście nic nie wskazuje, że miała złych rodziców albo inny awers do nich.

Sam marsz jest tak długi, że i ja się lekko zmęczyłem.

Jednak moje pierwsze zdanie jest ponad krytykę :) Proponuję tylko bardziej przemyśleć temat na przyszłość lub pisać coś mniej zawiłego, a na pewno będzie chętnie czytane.

Dzięki wielkie za wizytę i komentarz, Darconie! :) Cieszę się, że koniec końców się podobało :)

 

Rzeczywiście, mogłam lepiej przemyśleć niektóre kwestie, żeby nie było żadnych wątpliwości. Ten tydzień zmieniłam na dwa – według Google dziesięć dni to takie minimum minimum, a czternaście to takie o minimum ;)

 

A wujostwo wspominała częściej, bo rodzice zginęli wcześniej, więc z ich stratą zdążyła sobie już trochę poradzić. Świeższa strata, że tak powiem. Ale już więcej nie mówię, tekst powinien się bronić sam(sprytne podsumowanie komentarza wyjaśniającego nielogiczności tekstu :D).

 

Jeszcze raz dzięki! :)

Mam mieszane uczucia. Możliwe że z powodu wciąż uruchomionego krytycznego trybu, skutku ubocznego po dwóch solidnych betach. Opinię obiecałem,więc postaram się ją sklecić tak, byś mogła wyciągnąć jak najwięcej wniosków na przyszłość :)

 

Przede wszystkim tekst wymaga szlifów (mam nadzieję, że Fleur i Rokitnik się nie obrażą ;)). Wiem, że masz trochę nieokiełznane (w pozytywnym sensie) pióro, ale też widzę, jak dużo się uczysz, jak dużo próbujesz, jak bardzo się starasz. Ale styl wymaga nieustannego dopieszczania. Pisz dużo. I radziłbym nie wrzucać wszystkich nowych tekstów. Może co drugi? Źle, kiedy czytelnicy wchodzą tak z butami do wszystkiego, co stworzysz. Zostaw coś dla siebie, dla szuflady, by nie stracić przyjemności z pisania. Zawsze po jakimś czasie można do tekstu wrócić ;)

Przydałoby się rozdzielenie opwiadania gwiazdkami, ktoś już chyba o tym wspominał. Mogłabyś to zrobić jeszcze teraz, bo może zjawią się kolejni czytelnicy. Poza tym całość jest trochę rozwlekła. Znużyła mnie scena amputacji – strasznie długo trwała. Nie chcę być uszczypliwy, ale jak wspomniałaś o przerywaniu skóry właściwej i kolagenowych włókien, to w duchu odetchnąłem, bo przecież mogłaś opisać jak ostrze przechodzi przez kolejne pięć warstw samego naskórka… (Chyba jednak chciałem być trochę uszczypliwy, wybacz :D). 

Coś mi też nie grało w narracji, szczególnie na początku. Nie potrafiłem załapać, w jaki sposób jest snuta ta opowieść. Wspomnienia bohaterki? Zapis myśli? Z jakiej perspektywy czasu i miejsca jest to opowiadane? No i kolejna rzecz, dość konkretna: nadużywasz zdań w pierwszej osobie. Wiem, że taka narracja. Ale niektóre akapity są przepełnione -łam, -łam, -łam, -łam. To monotonne i nużące. Narracja pierwszoosobowa nie jest łatwa. Trzeba to wyczuć, nadać zdaniom rytm. Ogólnie w akapicie nie powinny sąsiadować zdania o podobnej konstrukcji gramatycznej. Warto przeplatać zdania krótkie z dłuższymi, proste ze złożonymi – tak w uproszczeniu mówiąc. Jeśli chcesz jaśniejszego wyjaśnienia, daj znać, napiszę Ci na priv. 

Tu przykład z tekstu:

Wojskowy przykucnął. Coś czarnego błysnęło przy pasku. Lufa pistoletu.

Cofnęłam się.

Zauważył to. Oblizał wargi.

– Chyba nie myślałaś, że zawrócę bez broni?

Cenię sobie krótkie akapity i krótkie zdania, ale tutaj to przegięcie. Z akapitami moim zdaniem trochę podobna zasada* jak ze zdaniami – raz krótsze, raz dłuższe.

*Zasada – umownie mówiąc (żeby ktoś się nie przyczepił, że przecież w pisaniu nie ma zasad…). Ale przyjrzyj się konstrukcji swoich ulubionych tekstów: na poziomie zdań, na poziomie akapitów, rozdziałów. Trzeba czuć rytm. Można to tłumaczyć, ale najważniejsze jest pisać. Duuużo pisać, w końcu samo przyjdzie. 

I jeszcze jedna uwaga do wskazanego fragmentu. Fajne zdanie z tym “błyskiem”. Pobudza wyobraźnię czytelnika, ale ty kalasz to od razu dopowiedzeniem, że chodzi o pistolet. Daj czasem czytelnikowi samemu dojść do wniosku. Podobnie było we fragmencie o krwawych nocach. Moim zdaniem niepotrzebnie dodałaś na końcu akapitu, że noce były krwawe. Czytelnik – na podstawie poprzednich zdań – wywnioskowałby to z samej wzmianki o tym, że słońce było zawsze czerwone. 

Ciekawe, czy kiedy obce RNA zreplikuje w istocie szarej mózgu

Zreplikuje SIĘ. 

Ogólnie rzuciły mi się w oczy te biologiczne wstawki o kolagenie, RNA, skórze właściwej. Albo to:

Przywalenie drapieżcy pistoletem na odlew zawdzięczałam odruchowi bezwarunkowemu.

No, w tym miejscu dygresja o komplikowaniu zdań. Ja preferuję zasadę, że lepiej napisać coś prościej niż nie :D No chyba, że utrudnienie odbioru niesie ze sobą jakieś inne walory: ładne brzmienie, grę słów, dwuznaczność, metaforę. Tutaj jest tylko dziwactwo. Uważaj na to. Bo wiem, że potrafisz sklecać naprawdę piękne zdania, dzięki którym zawsze z ciekawością zerkam do Twoich tekstów i wierzę, że kiedyś będziesz pisała świetnie. Uważaj, by tego nie zatracić. Znajdź równowagę. 

Bo jest w Twojej prozie wiele fantastycznych elementów. 

– To Piotruś.

Bo był takim Piotrusiem Panem, dzieckiem, które nigdy nie będzie miało okazji dorosnąć. Czy jakoś tak. Po prostu. Jak ja.

Musiałem wynotować fakt, że imię jest uzasadnione ;)

Motyw z lusterkiem, zapiski, tajemnica, klimat, w końcu pomysł z nadaniem zombie cząstki ludzkiej duszy – te rzeczy mi się podobały. Historia kojarzyła się mocno z “Drogą”, chyba nawet bardziej z filmem niż książką. Ale doceniam warstwę emocjonalną w Twoim postapo. Mimo to wolę połączenie fantastyki z obyczajówką w Twoim wykonaniu. Nie sugeruj się tym, pisz, co zechcesz, kombinuj, bo może jeszcze mnie czymś zaskoczysz? ;)

– Bo cuda to takie sarkastyczne uwagi, w których jest tak wiele prawdy, że brakuje miejsca na wiarę. – mruknął pod nosem, spoglądając na paznokcie.

Bez kropki po “wiarę”. Brakowało też trochę przecinków; uważaj na nie przy imiesłowach i przy zdaniach, w których przecinek następuje dość szybko, np. tu:

Obserwowałam(+,) jak zawiązuje pętlę.

Są przecież dwa czasowniki (orzeczenia), więc trzeba je jakoś rozdzielić, nie?

Ech, wyszło mi dużo więcej krytyki niż chwalenia. Ale inni już chwalili, więc ktoś musiał zrobić za tego złego. Może do czegoś Ci się przydadzą moje wskazówki i uwagi. 

Ogólnie nie żałuję lektury, ale pozostaję z uczuciem niedosytu. 

Ooo, Fun, jaki piękny komentarz! Mów, co chcesz, ja tam doszukałam się dużo chwalenia (: Ale nie mogę powiedzieć, że nie zauważyłam krytyki, swoją drogą bardzo wartościowej ;)

 

Z tą monotonią się starałam, wierz mi, próbowałam z całych sił :D Ale wiem, że muszę nad tymi -łamami jeszcze sporo poćwiczyć, bo pierwszoosobową narrację lubię najbardziej. Może i trzecia łatwiejsza, ale jakoś nie potrafię opisywać w niej emocji i myśli bohaterów nienaturalnie mi wtedy wychodzą. Tutaj pewnie trzeba po prostu więcej pisać, nawet do szuflady, jak wspomniałeś. W sumie się nad tym nie zastanawiałam, ale rzeczywiście warto czasem zostawić coś dla siebie :) Nie mogę tak w nieskończoność karać świata swoimi wypocinami :D

 

Opowieść jest jako coś w stylu wspomnień bohaterki. Chociaż jak tak teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że mogłam jakoś wykorzystać to jej zarażenie i zrobić jakieś ładne domknięcie wskazujące, że to było jej ostatnie wspomnienie, że to wszystko przypomniała sobie tak, jak człowiek przypomina sobie wszystko “przed śmiercią”… Ale mądry Polak po szkodzie :P

 

Nieokiełznane pióro mówisz – jaki eufemizm na wszechpanujący chaos :D Ale będę pracować, nad tym i nie tylko ;) Poprawiłam, zostawiając tylko te krwawe noce. A z tymi gwiazdkami to nadal nie wiem, możliwe, ze wprowadzę, skoro już trzecia osoba o nich mówi.

 

I dzięki wielkie za komentarz! :)

W sumie się nad tym nie zastanawiałam, ale rzeczywiście warto czasem zostawić coś dla siebie :) 

Polecam. Pisząc dla siebie, ma się więcej odwagi do próbowania nowych rzeczy. Warto zebrać materiał z kilku miesięcy, a potem przejrzeć opowiadania, wybrać te lepsze, a potem zaprezentować większej publiczności. Dostałaś już sporo wskazówek, masz podstawy do szlifowania warsztatu. Pisz dla siebie, poprawiaj dla innych. A raz na jakiś czas spróbuj napisać coś, czego nie pokażesz nikomu innemu, tak dla czystej przyjemności lub po prostu wyrzucenia czegoś z siebie. Takie jest przynajmniej moje doświadczenie. Nie pokazuję wszystkiego, co napiszę. Albo pokazuję paru osobom. Sporo tekstów pisałem czysto treningowo, a spodobały się czytelnikom. Myślę, że pisanie z podejściem “o, napiszę opowiadanie, które dostanie piórko/trafi do czasopisma” może trochę paraliżować. 

To taki trochę paradoks: w trakcie pisania trzeba myśleć o czytelniku, ale jednocześnie mieć go… no, za drzwiami pokoju, żeby nie przeszkadzał :D Robić to i dla siebie, i dla innych. 

Fun, zazdroszczę płodności! Jakbym zbierał materiał z kilku miesięcy, to wyszłoby mi jakieś pół opowiadania. XD

Dużo jest prawdy z kolei w tym, że czytając tutaj na forum nawet teksty nie najlepszej jakości, ale wyłapując w nich błędy, jest się później dużo wrażliwszym na własne usterki. Przynajmniej ja tak mam. ;)

O! Święte słowa, Panie Jasnostronny! Oczy po prostu się przyzwyczajają, że mają widzieć literówki, więc widzą. :-)

Babska logika rządzi!

Na szczęście wakacje już tuż tuż… :) Mam nadzieję, że moje oczy też się przyzwyczają do dostrzegania tych wszystkich literówek i usterek :D

Co Ty wiesz o płodności, chłopie… Przeczytaj wywiad z Sandersonem w NF. Koleś mówi, że pisze 8-10 godzin dziennie. 

Jeszcze jakieś nadzieje na zostanie pisarzem? :D

“Najpierw trzeba być marnym twórcą”

Takie piękne słowa, kiedy się otworzy spis treści :D

Któregoś dnia rzucę wszystko w cholerę i będę pisać po 8-10 godzin dziennie. Obawiam się tylko, że to nadal może skutkować marną połową opowiadania na miesiąc. :p

Wywiad na pewno kiedyś przeczytam, tylko nie wiem jeszcze kiedy, bo mam dość konkretną delikatną obsuwę i ciągle czytam marcowy numer. XD

Wybacz, lenah, za spam. Więcej nie będę!

Może i marna połowa, ale jaka długa będzie… ;-)

Babska logika rządzi!

Jaki tam spam ;)

Połowa w jednym miesiącu, połowa w drugim i opowiadanie gotowe. Jakość się liczy, nie czas ;))

Aby się wypowiedzieć na temat całości twojego opowiadania, trzeba mieć swój własny warsztat pisarski albo tak jak w moim przypadku udawać, że potrafi się pisać post apokaliptyczne utwory. W przypadku funthesystem, który uszczegółowił bardzo wiele wniosków, wypływających jakoby automatycznie w trakcie czytania opowiadania, trudno dodać cokolwiek oryginalnego. Myślę, że twoja wiedza na te tematy jest ukorzeniona w prawidłowych źródłach, na przykład sam pomysł wirusa jest oklepany jak pieczenie “murzynka” w sobotnie popołudnie – w twoim tekście czytając przeżycia bohaterki, miałem wrażenie oglądania filmu “The Omega Man” i sekty oszalałych mutaków :). Prawda, że potrafisz tworzyć bardzo ładne zdania… rozbudowane, bardzo dorosłe spostrzeżenia, które pojawiają się wokół czytającego.

Jedna mała uwaga, co do opisu wyglądu bohaterki oraz innych postaci – zbyt mało, mało… 

Koniec życia, ale nie miłość

Podobało mi się :)

Dzięki Marinerze za wizytę i komentarz (: Cieszę się, że się podobało, a z uwag nad wyraz chętnie wysnuję odpowiednie wnioski i postaram się z nich skorzystać w przyszłości :) Tym bardziej, że lubię takie rzeczy jak opisywanie wyglądu. Właściwie lubię tak bardzo, że czasem aż strach przedobrzyć :D

 

Miło, Anet, że wpadłaś! A że się podobało to już w ogóle wyśmienicie! (:

Nowa Fantastyka