- Opowiadanie: tramindeska - Sam

Sam

Generalnie nie czytam angel fiction, ponieważ wolę wprowadzanie postaci aniołopodobnych w oderwaniu od ciasnej mitologii chrześcijańskiej, ale kiedy tylko zobaczyłam przysłowie “Adam cóż by poradził, gdyby Bóg w raju Ewy nie posadził”, od razu wiedziałam, że ktoś tu chyba wpadł w nieliche tarapaty i chyba coś o tym napiszę :D 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Sam

 – Ale jak to: wyjeżdża? – Adam zawiesił skonfundowane spojrzenie na alabastrowej twarzy Michała.

– Normalnie, wyjeżdża. – Anioł wzruszył obojętnie ramionami. – Pracuje nad czymś i twierdzi, że potrzebuje świętego spokoju. Znając życie, trochę mu to zajmie. Masz się opiekować Rajem jak należy, nie będę cię niańczył. Razem z resztą chłopaków mamy swoje rzeczy do roboty. Osobiście zapewniałem Szefa, że jesteś wystarczająco samodzielny.

– Ho, ho. – Twarz Adama zamieniła się w wielkie, pękate jabłko, kiedy nadęły się jego zarumienione policzki. – I posłuchał, patrzcie państwo archanielstwo!

– Taaa… powiedzmy, że wydawał się być przekonany. – Kąciki ust boskiego wysłannika drgnęły ledwo zauważalnie. – Nie będziesz łaził do Drzewa?

– Już zapomniałem, gdzie ono rośnie, daj mi spokój. Mogę zostać sam, wielkie mi halo.

Sceptyczny wzrok archanioła prześlizgnął się parę razy po dumnie wyprężonym ciele Adama.

– Niech ci będzie. Tylko nie grzeb w rzeczach Szefa, nie dotykaj map, notatek, zestawu do gry w kości, w ogóle łapy precz od wszystkiego, co może się zepsuć, połamać, zniszczyć albo potłuc. Dotarło?

– Oczywiście. – Na ustach mężczyzny rozlał się błogi uśmiech.

– Dam ci znać, jeśli Szef się ze mną skontaktuje. – Michał wyciągnął prawą rękę, by uścisnąć dłoń Adama. – Trzymaj się. – Jego mocny głos zadrżał nieznacznie, podszyty odrobiną niepewności. – Naprawdę cię proszę, nie rób głupstw.

– Spokojna głowa. – Adam pomachał przyjacielowi na pożegnanie. – Zostawiacie Raj w dobrych rękach. Najlepszych – rzekł hardo. Chciał wypaść przekonująco, taka szansa nie nadarza się przecież codziennie. Chyba mu się udało, bo Michał powzdychał jeszcze trochę, a wreszcie odszedł w swoją stronę, zostawiając mężczyznę zupełnie samego. Adam nabrał głęboko powietrza w płuca.

 

*

 

Samodzielność. Ładne słowo. Smakowało trochę jak ananas. Adam szurał językiem po podniebieniu, żeby lepiej poczuć tę słodycz. Miękkość radości łaskotała go po rozbieganych myślach.

Pierwsze wrażenie, jakie wywarła na nim Wolność, opisał skrupulatnie na skrawku starej, nieaktualnej już mapy Raju, którą dostał kiedyś od Szefa. Zabazgrany papier wsunął pomiędzy karty osobistego egzemplarza “Stepów edeńskich” i tam pozostawił wraz z setkami innych notatek, które udało mu się poczynić od początku swego istnienia. Szykował dużą rzecz, prawdziwe dzieło życia, podwaliny dla świeżej filozofii, jedyne w swoim rodzaju kompendium adamizmu. Szef nigdy nie sprezentował mu notesu, więc Adam wciskał pojedyncze karteluszki tam, gdzie mogły czuć się bezpiecznie, w bebechy gotowych już tomisk.

Pewnego dnia trud się opłaci. Dzieło zostanie skompletowane i przyćmi nawet zaśniedziałą klasykę z rodzaju “Archanioła Michała Przypadki”.

Niech no tylko znajdzie się dobra puenta.

 

*

 

Samael nie lubił ciemności. Zbrzydła mu wieczna, kosmiczna noc, pośród atłasu której skrywał się przed oczami Michała i całej reszty jego pożałowania godnej bandy dandysów.

Co prawda nie orientował się dobrze w semantyce grymasów, ale usta wykrzywiły mu się w nieudanej podobiźnie uśmiechu, kiedy bura ćma przysiadła na grzbiecie jego lewej dłoni.

– Bóg poszedł – szepnęło stworzonko. – I nikt nie pilnuje Adama.

– A Gabriel i ten gryzipiórek Michał?

– Chwilowo zajęci.

– W porządku. – Samael wyciągnął w górę smukłe ramiona i przeciągnął się, stękając cicho. – Dziękuję, Israfil.

Ćma kiwnęła puchatą główką, po czym zniknęła na tle ściany nieprzebranego mroku. Samael zwrócił bystry wzrok szarych oczu na malutką gwiazdkę, żółtego karzełka, wokół którego krążyła sobie beztrosko niepozorna, niebieska kulka.

Nudny, mdły Raj. Fuszerka i tandeta, niedorobione, poślednie dzieło.  

Samael otrzepał kolana z gwiezdnego pyłu i ruszył raźno przed siebie.

 

*

 

Adam siedział na plaży i wygrzebywał kijem trylobity z mułu. Samodzielność była w porządku. Samotność już niekoniecznie.

Wcześniej pogapił się trochę na lwy, trochę na niebo, trochę na swoje dłonie. Zanotował kilka ciekawych spostrzeżeń, które dołączył do prywatnego zbioru notatek i na tym skończył się repertuar przygód.

Jego pierś rozsadziło głębokie westchnienie.

– Co robisz, człowieku?

Adam odwrócił się, słysząc za sobą nieznajomy głos. Jego spojrzenie skrzyżowało się z badawczym wzrokiem rudowłosego anioła o wyjątkowo przystojnej twarzy. Obcy nie przypominał z aparycji neurotycznego Michała, wiecznie nadętego Gabriela, ani nawet dobrodusznie uśmiechniętego Israfila. Prawdę mówiąc, robił wręcz doskonałe pierwsze wrażenie w porównaniu z tamtą trójką. Adam podrapał się po głowie.

– Nic – stwierdził po chwili zastanowienia. – Aczkolwiek chciałbym to zmienić. Jestem Adam – dodał uprzejmie, wyciągając rękę w stronę niespodziewanego towarzysza.

– Samael, miło mi.

– Bóg nas sobie nie przedstawił, dziwne.

– Jest zajęty. Ma te swoje… artystyczne wizje. – Samael splunął na ziemię, jego ciało przeszedł dreszcz. – Nie masz tu aby biblioteki? Potrzebuję kilku informacji.

– Mam trochę książek w pracowni Szefa, ale wolę przeglądać jego zbiory. Więcej świeżych materiałów, rozumiesz. – Adam wzruszył ramionami. – Tylko że muszę tam chodzić z opiekunem, bo Gabriel boi się, że coś zepsuję.

– Gabriel? No cudowny opiekun, który całe pieprzone życie nic nie robi, tylko się pindrzy i fagasuje – mruknął cynicznie anioł. W jego lekkim tonie było coś, co przypadło Adamowi do gustu. Jakaś taka… autentyczność? Wolność? Poza tym, Samael mówił prawdę. Ubraną w nieco obcesowe słowa, ale zdecydowanie prawdę.

– Skoro się nie lubicie, to nie dziwota, że o tobie nie słyszałem. – Mężczyzna uśmiechnął się. – Chcesz pogrzebać trochę w pracowni? Z tobą będę usprawiedliwiony.

– Usprawiedliwiony? – Samael parsknął śmiechem. – Ze mną będziesz wybawiony, kolego. – Mrugnął do Adama, odrzucając rude loki za plecy. – Prowadź. Popatrzymy sobie na globusy.

 

*

 

Bóg nigdy nie powinien był zostać Szefem. Jego plan na świat był jedną wielką dziurą fabularną, jednym wielkim nieporozumieniem. Samael przeglądał notesy Stworzyciela z coraz większym poczuciem przygnębienia. Plik notatek z podpisem “O wolnej woli” cały był pokreślony czerwonymi pisakami, nic tam nie trzymało się kupy.

– Adam? Podejdziesz tu na chwilkę? – Anioł przywołał do siebie człowieka krótkim gestem.

– Tak?

– Jak ci się podoba dzisiejszy… samodzielny dzień?

Mężczyzna zmierzwił sobie włosy i westchnął lekko.

– Myślałem, że będzie ciekawiej. Poza tobą i zwierzętami żywej duszy tu nie ma.

– Cóż. Szkoda, że tak przykro podsumowujesz swoje ostatnie godziny spędzone w Raju – zacmokał Samael. Brwi Adama uniosły się w niezrozumieniu.

– Słucham?

– Potraktuj to jako przyjacielską przysługę. – Na wargi anioła wpełzł paskudny uśmiech. Adam otworzył usta, chcąc wyrzucić z siebie pytanie tkwiące na końcu języka. Spojrzenie Samaela nagle przestało mu się podobać, wzbudziło w nim trudny do opisania dyskomfort. Czy w Raju ktokolwiek mógłby chcieć czegoś… złego?

Ostatnia myśl urwała się niespodziewanie, przed oczami mężczyzny zapadła nienaturalna ciemność, przestrzeń jakby straciła kontury, by ostatecznie przeobrazić się w bezkresne Nic.

– Samael? – Adam odchrząknął niepewnie, po czym zamrugał kilkakrotnie. Mrok nie rozwiał się, pracownia nie powróciła na swoje miejsce. Jeżeli wcześniej mężczyzna był sam, to teraz dodatkowo znajdował się absolutnie Nigdzie. – Samael? – Powtórzył wołanie z niekłamaną nadzieją w głosie. Kiedy po kilkunastu minutach żaden dźwięk nie przebił się przez gęstą ciszę, Adam zrozumiał, że radzenie sobie bez niczyjej pomocy nie jest jego najmocniejszą stroną.

 

*

 

Samael przyjrzał się w zastanowieniu setkom ksiąg nagromadzonych w boskiej bibliotece. Redagowanie tego wszystkiego nie miało sensu.

Między jego palcami błysnął żółty język ognia.

 

*

 

Adam szedł powoli przed siebie, choć nie miał nawet pewności, czy w ogóle się porusza. Podświadomie czuł, że cokolwiek mu się właśnie przytrafiło, stało się zupełnie słusznie. Michał mówił kiedyś, żeby nie rozmawiać z obcymi. Obostrzenie to wydawało się Adamowi dziwne, być może dlatego, że w Raju nigdy nie zjawiali się żadni “obcy”.

Wystarczył tylko jeden i proszę, już nieszczęście.

Mężczyzna przyspieszył kroku. Przecież nawet z Nigdzie musi być jakieś wyjście.

 

*

 

Michał widywał Boga w różnych sytuacjach, ale chyba nigdy w takim stanie. Twarz Stworzyciela była ściągnięta w przerażającym grymasie, knykcie tak mocno zaciśnięte, że aż białe.

– Szefie, w porządku? Skończyłeś pracę? – zapytał zaniepokojonym tonem anioł, z trudem dotrzymując kroku Wszechmocnemu. – Znalazłeś coś ciekawego? – dodał, widząc nieduży tobołek przewieszony przez ramię Stwórcy.

– O tak. Znalazłem. Własną głupotę. – Bóg żachnął się i posłał aniołowi wściekłe spojrzenie. – Wystarczyło kilka godzin. Kilka godzin i wszystko bierze w łeb.

– Chyba nie masz na myśli Samaela? – wysapał zadyszany Michał, niemal biegnąc za prującym przed siebie z szaleńczą prędkością Kreatorem. Jedno burknięcie Boga wystarczyło mu za odpowiedź. Westchnął w duchu i poprawił sobie miecz przy pasie.

 

*

 

Okazało się, że nie wszystkie książki były łatwopalne. Ogniem zajęła się tylko niewielka ich część, ale Samaelowi choćby tyle wystarczało, by odczuć pewną dozę satysfakcji. Stał z rękami założonymi za głowę, obserwując dziki taniec płomieni tak długo, aż ostry ból w okolicach barku nie zmusił go do przygarbienia pleców.

– Naprawdę? Naprawdę myślałeś, że ci się uda? – Wzburzony gniewem głos Michała odbił się echem od ścian biblioteki. Anioł powoli zatapiał ostrze swojego miecza w plecach skonfundowanego Samaela.

– Boski żołnierz atakuje od tyłu? Nie potrafię wyobrazić sobie większej hańby – warknął zaskoczony podpalacz, wyciągając sobie ostrze z barku jednym, zdecydowanym ruchem. Zanim Michał zdążył znów na niego natrzeć, rudowłosy anioł wyciągnął zza pasa krótki sztylet, po czym osłonił się nim skutecznie kilka razy.

– Dosyć! – wrzasnął Bóg, wdzierając się do biblioteki jak burza. Podszedł do Samaela szybkim krokiem, odtrącił jego sztylet jakby miał przed sobą muchę, a wreszcie chwycił anioła za kołnierz koszuli i spojrzał prosto w jego metalicznie szare oczy.

– Gdzie jest Adam?

Samael uśmiechnął się szarmancko, pomimo dotkliwego bólu promieniującego z prawego barku.

– Nigdzie – odparł niefrasobliwie.

Oblicze Boga momentalnie skamieniało w wyrazie politowania.

– Dopóki nie nauczysz się lepszych sztuczek, nie masz nawet co marzyć o zostaniu nowym Stworzycielem, Samaelu. – To powiedziawszy, zdjął swój tobołek z ramienia i rozwiązał go ostrożnie. Niedoszły podpalacz przyjrzał się zawartości woreczka i prychnął z zażenowaniem.

– Kolejny człowiek?

Bóg całkowicie zignorował bezczelne pytanie. Pomógł swojemu nowemu stworzeniu wstać, po czym  nachylił się do niego i wsunął mu do ręki nieduży miecz.

– Ewo, idź po Adama, proszę. To taki emocjonalny głuptas, od razu poznasz. Ja i Michał musimy chwilowo pozostać tutaj.

Ciemnowłosa kobieta zacisnęła pewnie palce na rękojeści miecza, wolną ręką poklepała Stwórcę po ramieniu.

– Nie martw się, znajdę go.  

 

*

 

Adam zaczynał powoli oswajać się z myślą, że popełnił prawdopodobnie jedyny i najgorszy błąd swojego życia. Zdarza się.

Zmęczony wielogodzinnym marszem, usiadł wśród nieskończonych ciemności i jęknął z boleścią. Byłby się prawie rozpłakał, gdyby jego uwagi nie przykuł naraz krótki, intensywny błysk światła.

– Michał? Samael? Israfil? Ktokolwiek? – Zmrużył powieki, kiedy oślepiający blask rozlał się po atramentowej czerni.

– Ty jesteś Adam? Daj mi rękę.

– Nie! Nie ufam obcym! – ryknął przerażony mężczyzna, cofając się nieco w stronę cienia. Nieznajoma postać o dziwnych proporcjach ciała podeszła do niego bliżej i podsunęła mu swój miecz pod nos.

– Czy obcy mógłby pożyczyć sobie ostrze Archanioła Michała?

– No… – Adam wahał się chwilę, uciekając wzrokiem na boki. Wreszcie wziął głęboki wdech i chwycił mocno wyciągniętą ku niemu dłoń. Nie miał już wiele do stracenia. – Chyba nie.

– Dzięki Bogu – westchnęła z ulgą nieznajoma postać. – Jestem Ewa. Miło mi cię poznać.

 

*

 

Pracownia wyglądała jak zawsze. Szuflady niektórych komód wisiały smętnie niczym długie, wilcze jęzory, ale poza tym wszystko stało na swoim miejscu. Adam rozejrzał się dokoła półprzytomnie, a kiedy jego spojrzenie zatrzymało się na Bogu, do oczu nabiegły mu łzy.

– O rety… – wydukał ze ściśniętym gardłem. – Przepraszam. Chyba popełniłem głupstwo.

– Nie przepraszaj, to moja wina. Jak zwykle nie potrafiłem wszystkiego dopilnować – odparł Bóg, rozmasowując sobie skronie. – Tyle z mojej wszechmocy – burknął. –  Już nigdy nie rozmawiaj z Samaelem, jasne? Ciebie też się to tyczy, Ewo. Posłałem za nim Michała, ale skubany pewnie znowu zdążył się gdzieś zaszyć.

– W porządku, już po strachu. – Ewa podeszła dziarskim krokiem do Stwórcy i oddała mu miecz, kłaniając się lekko. – Będziemy uważać.

– My? – chlipnął Adam, patrząc na Boga bez zrozumienia.

– Zostawiam ci przyjaciółkę. – Wszechmocny uśmiechnął się słabo. – Za długo byłeś sam. Takie życie nie ma sensu. Wybacz, że dopiero teraz, ale techniczne dopracowanie projektu zajęło mi trochę czasu.

– Ach. W porządku. – Mężczyzna otarł ostatnie łzy, choć podbródek wciąż drżał mu nieco. – Muszę to z siebie wyrzucić. Chodź, Ewa. Pokażę ci, co robię z myślami, kiedy mam ich za dużo w głowie.

– Ajajaj… – Z ust Boga wyrwał się naraz głuchy jęk. – Adam, tak mi przykro… Obawiam się, że twoja część biblioteki zdążyła obrócić się w proch, kiedy Samael usiłował puścić z dymem całą pracownię. Przepraszam, zaraz spreparuję ci jakiś notes.

– Słucham? – Mężczyzna poczuł, jak zaczyna zasychać mu w gardle, a policzki znów robią się chłodne od łez. – Ale… tak długo nad tym wszystkim pracowałem… wszystkie moje przemyślenia, wszystkie wspomnienia, dzieło mojego życia… – Wzdrygnął się, kiedy poczuł, że Ewa dotyka delikatnie jego ramienia.

– Hej – szepnęła. – Rozumiem, że ci przykro, ale uważam, że to nic straconego. – Ku najwyższemu zdumieniu Adama, nowa mieszkanka Raju chwyciła mocno jego dłoń i uśmiechnęła się do niego ciepło. – Napiszemy wszystko od nowa. Razem.

Mężczyzna pociągnął nosem, lekko zbity z tropu. Uśmiech Ewy był śliczny. Dużo bardziej przekonujący niż przesadzony grymas Samaela.

– Jeśli tego chcesz. – Kąciki ust Adama uniosły się nieznacznie. – To może być niezła zabawa.

Koniec

Komentarze

Bardzo fajna historia. Napisana też ładnie :) Puenta kończąca urzekająca na swój sposób :) Nic nie przeszkadzało płynąć przez tekst, a treść przysłowia przedstawiłaś bardzo wiernie – mocno subiektywnie powiem, że aż łaknąłem jakiegoś twistu na koniec ;)

Podsumowując: jest okej i nawet coś grzmotnęło na niebie :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Też nie jestem miłośniczką angel fiction, ale Twój pomysł bardzo mi się spodobał. Lubię takie kawałki odnoszące się do mitologii chrześcijańskiej, która wcale nie jest taka ciasna jak kościół rzymsko – katolicki i kościoły protestanckie twierdzą. Tutaj masz bardziej gnostycyzm odnoszący się do judaizmu i Starego Testamentu.

Podsumowując, bardzo mi się podobało.

NoWhereMan:  Bardzo dziękuję za ciepłe słowa :) Przyznam, że sama też myślałam nad twistem (i w ogóle dość sporym rozwinięciem przygody z perspektywy Ewy), ale to już zabawa pozaprzysłowiowa :D 

Deirdriu: Cieszę się, że się spodobało :) Użyłam troszkę zbyt dużego skrótu myślowego w opisie, bo jednak fakt faktem, że aniołowie to produkt znany z wielu obszarów kulturowych, niemniej jednak mnogość podobnych do siebie interpretacji pociąga za sobą wrażenie takiej właśnie zminiaturyzowanej mitologii, dlatego cenię sobie pozachrześcijańskie, pozaarabskie i pozajudaistyczne podejścia do angelologicznej tematyki :D 

Mi też się bardzo podobało, plastyczny język, ciekawy pomysł, dobra realizacja przysłowia. Wyjątkowo satysfakcjonująca lektura. Pozdrawiam

Hm, mężczyzna w roli naiwniaka i nieudacznika. Kobieta wyzwolona i liderująca. Trochę zbyt groteskowe. Nawet jeśli trzymać się przysłowia.

katia72: Dziękuje pięknie! :D

Darcon: Eee, przekombinowana interpretacja :D Osobiście stoję po stronie Adasia, przecież nie jest nieudacznikiem, każdy popełnia błędy :) Ewa jest na tyle wyzwolona, na ile pozwala jej czas i miejsce akcji, ale nie przypisuję temu żadnej idei, bo generalnie nie lubię wykorzystywać płci jako amunicji do jakichkolwiek ideologicznych starć. Niemniej jednak, dzięki za opinię! :)

Podoba mi się nowe spojrzenie na stary raj. A i wykorzystanie przysłowia zacne. ;)

 

i tam po­zo­sta­wil wraz z set­ka­mi in­nych no­ta­tek… – Literówka.

 

Ewa, idź po Adama, pro­szę.Ewo, idź po Adama, pro­szę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Spodobała mi się postać Adama, w sumie nie wiem, dlaczego, bo to taka sirotka, której zazwyczaj ciężko mi kibicować.  

Generalnie tekścik bardzo sympatyczny. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

“– Jest zajęty. Ma te swoje… artystyczne wizje[+.} – Samael splunął na ziemię, jego ciało przeszedł dreszcz.”

 

“– Ajajaj… – zZ ust Boga wyrwał się naraz głuchy jęk.”

 

“– Ale… tak długo nad tym wszystkim pracowałem… wszystkie moje przemyślenia, wszystkie wspomnienia, dzieło mojego życia… – wWzdrygnął się, kiedy poczuł, że Ewa dotyka delikatnie jego ramienia.”

 

Melduję, że przeczytałam ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Reg, śniąca: Cieszę się, że się podobało, w imieniu głuptasa Adama dziękuję za miłe słowa pod jego adresem :D 

Babole poprawione! :)

No, ten tekst mi się spodobał – jest fabuła, wiadomo, o co chodzi.

Bardzo sympatyczny tekst. Sympatyczny, chociaż ciapowaty, główny bohater. No cóż: “Woman: without her, man is nothing”. ;-)

Zakończenie mogłoby być mocniejsze. Mnie też zabrakło twistu albo łupnięcia.

Babska logika rządzi!

No proszę: sensowna fabuła i mocne dialogi – brawo!

Podobało mi się poprowadzenie historii oryginalną ścieżką – to nie jest prosta trawestacja czy odwrócenie perspektywy, tylko nowa opowieść z ciekawymi elementami. Odpuściłaś drzewo, węża i kuszenie Ewy; wprowadziłaś ciekawy element biblioteki i notatek Adama. Swoją drogą “Chodź, Ewa. Pokażę ci, co robię z myślami, kiedy mam ich za dużo w głowie.“ – wyborne. Jak również boski zestaw do gry w kości. I trylobity.

Bo ananas już bardzo Twój.

Klik!

Podpisuję się pod coboldem. Bardzo zgrabny tekst.

Fruń do biblioteki.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Finkla: Dzięki! Co do zakończenia, tak jak wspomniałam, pod koniec pracy nad kompozycją zaczęłam myśleć o twiście, ale ostatecznie dałam za wygraną, bo mnie limit znaków szczypał ;D 

cobold: Bardzo się cieszę, że tekst przypadł do gustu :D No, nie da się ukryć, że jest troszkę inaczej, “fabularniej”, bo konwencja zwróciła się tu bardziej w stronę fantastyki niż groteski, z którą dawniej byłam mocniej związana niż teraz.  A zestaw do gry w kości jest – pytanie tylko, czy używany ;)

bemik: Dziękuję :) 

 

Chyba już od dawna wszyscy wiedzą, że Bóg gra w kości. ;-)

Babska logika rządzi!

Przeczytałam, komentarz zostawię po zakończeniu konkursu :)

A jak dla mnie było chyba nieco zbyt sympatycznie i różowo :)

Marny ten Bóg, skoro nawet nie potrafi anioła za kołnierz utrzymać i daje mu zwiać :P

beryl: No marny, a w każdym razie na pewno trochę skołowany :D Nikt nie powiedział, że akurat ten Szef jest najlepszym szefem, i że nikt nie poradziłby sobie lepiej od niego :D

W zasadzie też mogę się podpisać pod komentarzem Cobolda. 

Imiona bohaterów znane, ale Ty w pewien sposób tworzysz ich na nowo. Tak samo całą historię. Dodajesz też szczyptę “tego czegoś”. A nawet dwie szczypty. Jest fantastyczność na poziomie elementów, i jest fantastyczność na poziomie słowa (ten ananas!). I przez fantastyczność nie rozumiem fantastyki jako gatunku literackiego. Chodzi mi o tę odrobinę szaleństwa, absurdu, magii, niesamowitości… No “tego czegoś”, co trudno opisać słowami. To samo było już w “Martwych kotach” i odbieram to jako Twój znak rozpoznawczy. 

Jeśli mam się czegoś przyczepić, to przesłodzonego zakończenia. Nie przypasowało, spodziewałem się czegoś mocnego. I to mi się nie spodobało:

warknął zaskoczony podpalacz, wyciągając sobie ostrze z barku jednym, zdecydowanym ruchem. Zanim Michał zdążył znów na niego natrzeć, rudowłosy anioł wyciągnął zza pasa krótki sztylet, po czym osłonił się nim skutecznie kilka razy.

To opis walki? W mojej wyobraźni średnio to wyglądało. Niby można się domyślić, że Michał natarł, ale wolałbym, żeby było to powiedziane jakoś bardziej wprost. A tak, to dziwnie sformułowane. 

Czekam na pełnometrażowe opowiadanie łączące atuty powyższego i “Martwych kotów” ;)

Funie, bardzo ci dziękuję za komentarz! Tym bardziej czuję się teraz złym, podłym ninją-czytelnikiem, bo zawsze z doskoku czytam na telefonie i rzadko kiedy zasiadam do komentarzy, a akurat przy twoich nowych tekstach już jakiś czas temu chciałam się jakoś wysłowić, ale no hm, spokojnie, wyrobię sobie ten nawyk (nigdy wcześniej nie myślałam, że dzielenie się wrażeniami z lektury cudzych tekstów będzie dla mnie takie problematyczne! Tak jakby działa tu trochę nieśmiałość z realnego offline’owego życia, dziwne).

Co do zakończenia, to po raz kolejny się zgodzę, marzył mi się bardziej zadziorny twist, ale nie chciałam odejść od przysłowia, które jest takie właśnie… no, pokrzepiające :D 

I co do walki… to jeszcze mały pikuś, kilka zdanek, ale czasem czuję, że potrzebowałabym takiego mentora, który by mnie krok po kroku nauczył dobrego opisu zbrojnych starć. Mam do tego słabą głowę ;-)

Dla spokoju własnego sumienia porzuć drogę ninja i komentuj (ale widzę, że u mnie już to zrobiłaś) :D 

.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nadrabiam:

 

Sympatyczny tekst. Podoba mi się to, jak piszesz, bo wychodzi Ci lekko i przyjemnie. Mniej mi się podoba fabuła, bo jakoś nie przemówiło do mnie odsyłanie Adama w Nicość (po co Samael to zrobił?), ani wysyłanie Ewy z mieczem, by go przyprowadziła (skąd wiedziała, dokąd iść i jak wrócić?), generalnie też nie przemówiło do mnie w ogóle zachowanie Samaela (po co chciał sfajczyć bibliotekę Boga? Tylko na złość? Dziecinne to jakieś w przypadku anioła, który został strącony z Niebios…). Tak czy owak, czytało się bardzo przyjemnie, miło spędziłam czas ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Sama idea – fajna, natomiast o ile na ogół niedopowiedzenia mi nie przeszkadzają, to tutaj jakoś tak no… wadziły jednak. Joseheim kilka wypunktowała, mnie oprócz tego zastanowiło dlaczego Bóg w ogóle zostawił Adama, gdzie się udał i o co chodziło z Samaelem… Tym niemniej czytało się fajnie, kilka perełek nawet się zdarzyło (”adamizm” rządzi :D no i te trylobity :)). Troszkę żałuję, że nie rozwinęłaś postaci Ewy, bo nieporadny Adam wyszedł całkiem fajnie, więc kobieca bohaterka na pewno też byłaby super. Tylko troszkę jej mało ;) 

Co do stylu – bardzo zgrabnie napisane, żadnych potknięć nie zauważyłam, co tym bardziej wskazuje, że wykonanie super, bo pochłonęłam tekst szybciorem :) Bardzo udane opowiadanie :)

Nie znałem tego przysłowia i, między Bogiem a Ada… prawdą, niespecjalnie przypadło mi ono do gustu. Nieco inaczej natomiast ma się sprawa z opowiadaniem na tym przysłowiu opartym.

Fabuła, jak to już czasem bywa w humorystycznych króciakach, sprawia delikatne wrażenie, że jej planem minimum było wbicie się w konkursowe ramy i zdanie egzaminu na nośnik tego, co w pisaniu naprawdę się dla Ciebie liczyło – forma. A Ty zdecydowałaś się nie robić jakoś wiele ponad to minimum. Co nie znaczy oczywiście, że opowiadanie pod tym względem leży i pokwikuje coraz ciszej. Generalnie, choć wolałbym, żeby interpretacja przysłowia były zdecydowanie bardziej metaforyczna, a nie obrazowa (co się tyczy wszystkich opowiadań zresztą), nie mogę powiedzieć, że żadnej historii tu nie ma. Albo że mi się ta historia nie podobała. Są tu dziury, jakieś nielogiczności, trochę życzeniowości i tak dalej, ale czytelnik zostaje z wrażeniem, że są, bo mogą być, gdyż w gruncie rzeczy nikomu i w niczym nie przeszkadzają. Taka specyfika gatunku. Ważne, że jest lekko, jest zabawnie, jest zupełnie przyjemnie i – co najistotniejsze – jest to wszystko napisane dobrze. A to już samo w sobie wysoko punktuje, bo pisanie w takim stylu, w dodatku okraszone jeszcze nad wyraz ładnymi, miłymi oku zdaniami, nie jest sztuką poślednią, choć pozór może podszeptywać co innego.

Mówiąc krótko, opowieść może i nie urywa niczego, za czym musiałbym później tęsknić, ale lektura – sam akt czytania – sprawiła mi sporo przyjemności, za co dziękuję.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nowa Fantastyka