- Opowiadanie: Dhaumaire - Wyjątkowa zdolność do wpadania w gnój

Wyjątkowa zdolność do wpadania w gnój

Opowiadanie napisane na konkurs wojewódzki. Niestety nic nie wygrało.

Ivarene wpadła w poważne tarapaty. Pozbawiona lepszych opcji, początkująca czarodziejka decyduje się na wyjątkowo ryzykowny rytuał z udziałem świętej sowy – Meanris. Coś się jednak nie udaje i dziewczyna szybko zaczyna odczuwać nie tylko pozytywne, ale i negatywne skutki tego przedsięwzięcia.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Wyjątkowa zdolność do wpadania w gnój

„Wyjątkowa zdolność”

Autorka: Dhaumaire

 

 Ledwie zaczęło świtać, gdy Ivarene mijała Ravashan. Chmury rozwiały się na jakiś czas, pozwalając światu napawać się barwnym wschodem słońca. Na polach zalegała mleczna mgła, trawa przy trakcie lśniła od rosy, a sama ścieżka wciąż przypominała mokradła. Chłód lepił się do twarzy, zaś od wilgoci jasne włosy dziewczyny poskręcały się i zaczęły sterczeć każdy w inną stronę.

 Skarogniady koń szedł stępa, samodzielnie omijając największe błoto oraz dumnie stąpając w kałużach. Ivarene korzystała ze spokoju, wchłaniała go całą sobą, rozkoszowała się ciszą i podziwiała widoki. Co jakiś czas zerkała na przywiązaną do tobołka ptasią klatkę, w której sennie kiwała się święta sowa, Meanris.

Cisza przed burzą, ale dziewczyna cieszyła się, że nie nękały jej wątpliwości.

 Przed południem dotarła do świątyni. Właśnie taką pamiętała ją z ksiąg – choć niezwykle szczegółowe ilustracje oddawały tylko część jej majestatu oraz piękna, którego nie straciła na przestrzeni wielu wieków. Nawet nadgryziona zębem czasu zachwycała.

 Czarodziejka zsiadła z konia, po czym pogładziła go pieszczotliwie. Odwiązała klatkę z sową.

 – Zaczekaj tu, Sena. Niedługo wrócę.

 Zwierzę zajęło się wyskubywaniem trawy, gdy jego właścicielka podeszła do na wpół otwartych wrót.

 Właściwie stwierdzenie, że były otwarte, było poważnym niedopowiedzeniem. Jedno ze skrzydeł po prostu wyłamało się z potężnych zawiasów, zostawiając ziejącą chłodem dziurę, zapadło się do wnętrza świątyni. Spróchniałe, pięknie intarsjowane drewno skrzypiało pod jej krokami, a dźwięk odbijał się echem od wysokich ścian.

 Pomimo niepokojącego półmroku, Ivarene zachwyciła się natychmiast. Przez wielki witraż nad wejściem do środka wpadały kolorowe smugi światła, rzucające blask na obszerny ołtarz oraz piękny posąg kobiety. Pokryte osypującymi się freskami sklepienie podtrzymywały subtelnie zdobione kolumny. Choć przecinały je bruzdy pęknięć, a jedna nawet się zawaliła, wciąż dzielnie unosiły dach świątyni. Niegdyś jasne kafle, teraz pokryte niebywałą ilością kurzu, brudu oraz wwianych liści na podłodze, były gęsto popękane i gdy dziewczyna szła w kierunku ołtarza, zgrzytały i czasem chybotały jej się pod stopami. Wokół stały drewniane ławy dla wiernych oraz modlitewniki – ale całe drewniane wyposażenie nasiąknęło wilgocią i pokryło się mchem i pleśnią. Gdzieniegdzie leżały rozlatujące się, zgrzybiałe księgi lub luźne stronice tak cienkie, że rozpadałyby się w dłoniach.

 Ale to posąg przykuwał największą uwagę. Z białego marmuru i niezwykle szczegółowy – artysta uchwycił jak najdokładniej ułożenie rozwianych włosów, tęskną minę, lekką jak mgła suknię otaczającą smukłe ciało. Starał się utrwalić piękno boskiej Edanamis i częściowo mu się to udało. Jednak nie sposób było oddać je jakimkolwiek ludzkim dziełem.

 Jedna ręka bogini była wysunięta ku górze, jakby próbowała sięgnąć niebios. Druga zaś wyciągnięta do przodu, z rozłożoną dłonią, czekała na to, co człowiek mógł jej ofiarować. Ivarene włożyła do niej ostrożnie opal. Kamień zamigotał w barwnych promieniach biegnących od witraża. Wtedy czarodziejka wyciągnęła zza paska sztylet, postawiła klatkę na ołtarzyku i zmarszczyła brwi. Sowa patrzyła na nią ze smutnym oczekiwaniem, zupełnie jakby poznawała to miejsce. Jakby wiedziała.

 Ivarene przełknęła ciężko ślinę. Wyciągnęła z torby bukłak z wodą, moździerz, miskę oraz związany wstążką pęczek rozmaitych ziół. Czuła na sobie oskarżycielski wzrok Meanris. Spojrzała na ptaka ze zmarszczonymi brwiami i przez chwilę poczuła silną potrzebę wytłumaczenia się, ale zacisnęła usta szybciej niż je otworzyła.

 – Do czego jest ci potrzebna moja moc?

 Sowa nie poruszyła dziobem, ale kobieta była pewna, że słyszała głos. Wzdrygnęła się.

 – Żeby się bronić.

 Ptak wpatrywał się w nią mądrymi oczami, a choć nadal nie poruszył dziobem, w myśli Ivarene wdarło się obce westchnienie.

 – Przed przeszłością?

 – Przyszłością. Ludzie popełniają różne błędy, ale to przyszłość wymierza karę. – Mówiąc to, przeciągnęła sztyletem po wnętrzu swojej dłoni. Skrzywiła się, zaklęła pod nosem, a następnie zacisnęła pięść nad klejnotem w dłoni bogini.

 Obserwowały, jak krew skapywała i ześlizgiwała się po obłości opalu, by potem zebrać się jak kałuża w trzymającej ją ręce.

 – Nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość. – Sowa zaszeleściła skrzydłami, zwracając na siebie uwagę czarodziejki.

Spojrzały sobie w oczy. Kobieta zmarszczyła brwi.

 – Moja już się zaczęła. Wybacz, Meanris.

 Otworzyła klatkę, a sowa nie walczyła, gdy drżącymi rękami wsunęła do niej sztylet.

 – Nie zrobisz tego, jeśli nie będziesz pewna. Rytuał się nie powiedzie.

 Ivarene przełknęła ślinę. Zacisnęła wargi. Ujęła sztylet oburącz… I mocno pchnęła, zaciskając powieki. Odpędziła wyrzuty sumienia, otwierając oczy ponownie, a sowa dalej na nią patrzyła swoimi wielkimi, mądrymi i na wskroś smutnymi oczami. Potem powoli je zamknęła i zwiotczała. Krew kapała na dno klatki.

 Czarodziejka wyszarpnęła sztylet z bezwładnego ciałka i uniosła go nad opalem, pozwalając sowiej krwi nań kapać. Czekała, aż klejnot zanurzył się do połowy w pomieszanej krwi, a następnie uklęknęła. Wzniosła oczy ku posągowi, skrzyżowała nadgarstki i ścisnęła ze sobą dłonie, cicho inkantując zaklęcie. Ściany powtarzały je niezrozumiałym, jeszcze cichszym szmerem.

 Zakończyła zaklęcie donośnie. Tym razem echo wyraźnie za nią powtórzyło, a klejnot w dłoni bogini zaskrzył się obcym blaskiem. Gdy wstała, zauważyła, że wchłonął krew i zajaśniał dziwną poświatą.

Serce biło jej nieznośnie mocno, gdy wyjmowała go z marmurowej dłoni. Był zaskakująco ciepły. Ivarene włożyła go do miski i opłukała wodą, a ta natychmiast zabarwiła się na różowo. Kamień został oczyszczony – tak, jak podawały księgi – więc zamknęła go w medalionie zawieszonym wcześniej na szyi i wsunęła pod szaty.

Medalion delikatnie mrowił w skórę, gdy rozbijała w moździerzu zioła. Mrowił silniej, gdy piła miksturę. Piekł, gdy poczuła pierwsze zawroty głowy. Później, upadając, zdążyła zapamiętać tylko tyle, że czuła, jakby wtapiał się w skórę.

 

● ● ●

 

Pochowawszy Meanris na Cmentarzu Sów za świątynią, Ivarene wskoczyła na konia i puściła go galopem przez zarośniętą ścieżkę. W lesie panował już wieczorny cień, świątynia obrosła w aurę stawiającą włoski na karku dęba.

 

● ● ●

 

Alran całkiem zatonął w mroku, gdy wjechała między pierwsze zabudowania. Obejrzała się nerwowo, ale las został daleko w tyle, a świątynia zdawała się nie gonić jej już swoimi upiornymi ramionami. Udało się – zdążyła. Dokonała rytuału… I uciekła przed zmrokiem i tym, co ów budził w lesie.

Medalion z nasączonym mocą opalem mrowił w pierś.

Koń wkroczył na podwórze karczmy, ale Ivarene nie zdążyła nawet wyjąć stóp ze strzemion, a na podwórzec wyjechało kilku opancerzonych konnych. Szybko zorientowała się, że było ich ośmiu, a jeden miał paskudniejszą gębę od drugiego. Ten z nich, który zatrzymał konia naprzeciwko Seny, uśmiechnął się tak paskudnie, że po plecach kobiety przeszedł zimny dreszcz.

– Sądziłaś, że nie wytropimy cię, jeśli pojedziesz na około? – zapytał drwiąco. – Słabo cię tam uczyli, w tej waszej szkółce.

Ivarene zacisnęła wargi. Opal parzył skórę pod szatą. Nie spuściła wzroku z mężczyzny.

– Mam dość ganiania za tobą w tą i nazad. Teraz mi nie zwiejesz…

Jak szybko powiedział, tak szybko się zdziwił.

Czarodziejka klasnęła i nagle konie mężczyzn wpadły w panikę. Wierzgając jakby stąpały po rozżarzonym węglu, zrzucały z siebie jeźdźców. Sena zarżała, dźgnięta piętami w słabiznę i natychmiast przeskoczyła nad zwalonym z siodła mężczyzną, który jeszcze przed chwilą groził Ivarene. W pełnym cwale wierzchowiec sam skręcił na południe, tłukąc kopytami o pierwsze wybrukowane uliczki miasta, po czym wpadł na rynek. Dziewczyna skierowała go w jedną z dróg, słysząc za sobą salwy wrzasków i bardzo sprośnych przekleństw.

Pędziła, rozganiając na boki ostatnich wracających do domu pracowników oraz płosząc bezdomne zwierzęta. Mijała budynki, jednak zbyt szybko, by się zorientować, jaką ulicą gnała. Wiedziała, że jedzie w dobrym kierunku, gdy cudem udało jej się schylić przed wyrosłym znikąd szyldem znanego sobie szynku.

Pościg grzmiał za nią jak burza.

Zdławionym krzykiem zachęciła klacz, by nie zwalniała, ale Sena rozumiała bez słów. Przesadziła płot, rozbryzgała mokrą ziemię na czyimś podwórku i przeskoczyła kolejne ogrodzenie. Ivarene, odwróciwszy się, zobaczyła tylko ochlapanego błotem gospodarza, rzucającego za nią paskudnymi klątwami.

Las zaczynał się zaraz za miasteczkiem i choć poczuła ulgę, gdy wpadły między drzewa, nie pozwoliła Senie za bardzo zwolnić. Odwróciła się w siodle, rwąc klacz na tyle, na ile pozwalał gąszcz, a następnie wyciągnęła przed siebie ręce. Złączyła dłonie i wymruczała zaklęcie, obracając nimi w dół, by znów się zetknęły.

Krzyknęła ostatni wers inkantacji, zaciskając pięści, a las za nią nagle zgęstniał, zmroczniał i zapętlił się setkami tragicznie wykręconych konarów.

Zyskała trochę czasu.

 

● ● ●

 

Ivarene zatrzymała się dopiero wtedy, gdy koń zaczął chrapać.

Zsiadła z Seny, napoiła ją i puściła na popas. Sama wepchnęła w usta suchą pajdę, a zjadłszy ją szybciej niż zdążyła wyjąć z torby, popiła porządnym łykiem wody. Skupiła się na mapie.

Jeśli po drodze nie straciła orientacji – a o to w plątaninie drzew i krzaków nie było trudno – znajdowała się na zachód od południowych szlaków kupieckich. Po drugiej stronie lasu rozciągało się przedgórze Sannari. Na południu, przed nią, znajdowało się miasto Ivyle… W którąkolwiek stronę by nie pojechała, za plecami miała pościg, a przed sobą jego przyjaciół.

Nie zdążyła nawet wcześniej pomyśleć o tym, co się stało w świątyni. Wiedziała, że musiała przeleżeć kilka godzin nieprzytomna, bo gdy wstała, do zachodu pozostały ze dwie godziny. W tamtym miejscu, dawniej nazywanym Lasem Snów, zachód budził do życia koszmary. Bardzo żywe i bardzo śmiertelne koszmary. Dlatego po przebudzeniu nie miała czasu na śledztwa, musiała jak najszybciej dokończyć rytuał i uciekać. Nie było czasu na zastanowienie, dlaczego straciła przytomność. Wiedziała tylko, że stało się coś niedobrego. Źle wykonała rytuał?

Odpocząwszy, zwróciła wierzchowca na wschód.

 

● ● ●

 

Przedgórze Sannari, czy raczej Księstwo Sannari, dalej przechodziło w wysokie Pasmo Baśni, u którego podnóża przycupnęło kilka miasteczek. Choć Ivarene w zalegającym wokół mroku nie była w stanie ich dostrzec, wiedziała, że powinna udać się do tego charakteryzującego się wysoką wieżą i usytuowaniem tuż przy szlaku, który prowadził do Asynoth – bezpiecznego miejsca, do którego drogę znali nieliczni. Szczęściem stróże pracowali nawet po wzejściu księżyca i w wieży całą noc palono światło.

Obserwowała okolicę, ukryta w krzakach. Jednego była bowiem pewna: pościg rozjechał się tak, żeby ją osaczyć. Była pewna, że nie mogąc ruszyć dalej lasem, rozjechali się w dwóch różnych kierunkach, by patrolować Sannari i zachodnie szlaki, a na koniec, by dojechać do leżącego po drugiej stronie lasu Ivyle.

Nie mogła dłużej zwlekać. Iluzja, jakkolwiek silna, nie była nieograniczona. Trzeba więc było się pospieszyć.

Wróciła po Senę, przeprowadziła ją przez gęsto zarośnięty brzeg lasu i już po chwili wstąpiły na przyleśną ścieżkę, prowadzącą gdzieś daleko przez falisty teren. Ale do leżącej przy szlaku do Asynoth mieściny z wieżą prowadziły jedynie bezdroża.

Ivarene wsiadła na konia, zwracając go łbem do charakterystycznej wieży i popędzając do kłusu. Nie przewidziała jednak, że pościg tak szybko przełamie iluzyjną barierę.

Wydawało jej się, że jest bezpieczna, że wystarczająco zabezpieczyła wschodnią granicę lasu, że fałszywe ślady, które zostawiła, ich odciągną. Ale nie mogła wiedzieć, co ukryli w rękawie. Nie mogła wiedzieć, że jeden z nich był magiem. Nie domyśliłaby się nigdy, patrząc na potężne bary i zakazane gęby, żeby którykolwiek z nich kiedykolwiek zgłębiał czarodziejskie arkana. Toteż kiedy usłyszała za sobą nagle tętent kopyt i odwróciwszy się, zobaczyła pędzących na nią ośmiu olbrzymów, mało nie rzuciła się do panicznej ucieczki. Klacz zatańczyła strachliwie, zarzuciła łbem; kobieta ledwie ją opanowała.

Rozejrzała się szybko i skierowała Senę na południowy wschód. Spłoszonej klaczy nie trzeba było więcej niż delikatne ukłucie pięt w boki, by znów rzucić się galop. Przebiegła ugór pobliskiego gospodarstwa, ścigana groźbami ryczanymi przez dowódcę pościgu, skręciła za dom i wpadła w zagajnik tuż za nim. I natychmiast zwolniła.

Była bezpieczna.

Na tle wczesnoporannego, szarego nieba dostrzegła znajomą sylwetkę. Zimny, porywisty wiatr szarpał jasnymi włosami i bordowym płaszczem jeźdźca. Za nim stali dwaj inni.

 – Kopę lat, Nellei – zawołał blondyn, a jego twarz wyrażała jedynie obojętność.

 Ivarene mimowolnie się uśmiechnęła. Zwolniła konia do kłusu, już nie przejmując się pościgiem.

 – Witaj, Keiren – odpowiedziała, podjeżdżając powoli, gdy z zagajnika wypadł szaleńczo pościg. Ale i ten zaraz się zatrzymał, widząc, że ścigana już nie ucieka.

Rozbrzmiał szyderczy śmiech, jeden z drabów wyciągnął ku niebu dziwacznie poskręcany kostur. Keiren chciał się odezwać, ale nie pozwolił mu krzyk, który dobiegł od strony pościgu:

– To twoi przyjaciele, co, Nellei?! Ochroniarze?!

Kolejna salwa obleśnego, pełnego satysfakcji śmiechu.

– To Rangor cię ściga? Musiałaś wpaść w niezły gnój.

– I to po szyję – dodał jeden z kompanów Keirena, jak Ivarene szybko się zorientowała, wysoka kobieta z łukiem w dłoni.

– Skąd wiesz? – spytała Ivarene, odwracając się z powrotem do przyjaciela.

Mężczyzna uśmiechnął tajemniczo.

– Ty mi nigdy nie zdradziłaś swoich źródeł – odparł z jawną kpiną, sprawiając, że zmarszczyła brwi i mimowolnie się uśmiechnęła. – Bądź uprzejma i zajmij się zaklęciem, Nellei.

Skinął lekko głową w kierunku maga po przeciwnej stronie. Potem wyjechał na przód, widząc, że banda szykuje się do ponownego ruszenia i że na czubku kostura rozjarzyło się niebezpieczne światło. Ivarene skoncentrowała się na nim, ale wciąż słuchała, co z przodu mówił Keiren.

– Sugeruję, panowie, odwrót. To teren księstwa Sannari…

Czarodziejka zmarszczyła brwi.

– …i kobieta, którą ścigacie, została objęta protekcją księcia Asynoth. Ja zaś mam obowiązek doprowadzić ją do księcia bezpiecznie. Możecie jeszcze się odwrócić i odejść, inaczej zostaniecie potraktowani jako bandyci, napadający na gościa księcia.

Ivarene potrząsnęła głową i skupiła się ponownie na blasku kostura oraz wibracjach własnego amuletu. Słyszała, jak kobieta za nią napina cięciwę, słyszała, jak jej towarzysz odpina halabardę. Kątem oka zauważyła, że Keiren również trzymał dłoń na rękojeści miecza. Zaklęcie na kosturze nikło, ale mag był zbyt zajęty tym, co mówił dowódca pościgu, by zauważyć rozwianie energii. Czarodziejka uśmiechnęła się pod nosem.

Kiedy Rangor odwrócił się do nich z powrotem, Keiren wyszarpnął z pochwy ostrze. Łuczniczka prychnęła, a tuż po tym koło ucha czarodziejki świsnęła strzała. W następnej chwili trafiony w pierś Rangor zsunął się z konia i runął na ziemię. Część bandy zawrzeszczała i rzuciła się do przodu, wyrywając z osłon miecze i topory, jeden kusznik próbował wycelować w Keirena, ale we wrzawie nie był pewien, czy nie trafi kogoś ze swoich. Mag zbirów zakrzyczał przeciągle i wykręcił się przeraźliwie, gdy Ivarene puściła magiczne więzy, sprawiając, że zaklęcie obróciło się przeciw niemu.

– Nieźle, siostro! – ryknął halabardnik, przejeżdżając obok niej.

Z drugiej strony minęła ją łuczniczka, tym razem w dłoni dzierżąc długi miecz. Oboje rzucili się do bitki. Ivarene obserwowała, jak ponad tłok wzbiło się czyjeś odcięte ramię i łukiem opadło obok, zaraz podeptane przez konie. Widziała Keirena w samym środku, zaciekle broniącego się przed kolejnymi atakami drabów, widziała łuczniczkę odcinającą komuś głowę, widziała halabardnika, który właśnie wyciągał z czyjegoś brzucha ostrze razem z bebechami. Widziała, jak przed chwilą atakujący, już po chwili musieli się bronić przed wściekłymi ciosami bandy Rangora.

Niewiele myśląc, wzniosła ręce nad głowę, wykonała kilka symboli i krzyknęła zaklęcie. Opuściła gwałtownie dłonie, by za chwilę wycelować je w kierunku bijących się rycerzy. Nikt nawet nie zwrócił na nią uwagi. Ivarene wyszeptała inkantację wzmacniającą, a z ziemi pod ich nogami nagle wystrzeliło kilka pnączy, ściągając dwóch zaskoczonych przeciwników z siodeł, a trzeciego, który najbardziej się opierał, dusząc jeszcze na końskim grzbiecie. Dwóch ostatnich przeciwników dobił halabardnik i Keiren.

Halabardnik splunął, wycierając ostrze broni o spodnie jednego z drabów. Kilka koni, które nie zostały ranione, zgubiwszy jeźdźców, w popłochu popędziło w las. Keiren strząsnął z miecza krew i podjechał do Ivarene, obserwując ją chłodno.

– Nie powinnaś była tego robić – powiedział z niebezpiecznym spokojem.

Ivarene zamrugała, by przywrócić sobie ostrość obrazu, ale nie udało jej się. Uśmiechnęła się słabo. Otworzyła usta, żeby zbyć jego słowa, ale zamiast cokolwiek powiedzieć, zachwiała się w siodle i byłaby spadła, gdyby nie asekuracja przyjaciela.

– Musimy ją zabrać do Asynoth.

 

● ● ●

 

Książę wszedł do pokoju, w którym leżała, witając ją ciężkim westchnieniem. Ku jej zaskoczeniu, był drobnej postury i nie starszy niż czterdzieści lat.

– Wpakowałaś się w poważne kłopoty – zaczął, przysuwając sobie krzesło do łóżka.

Jakby nie wiedziała.

– Co dokładniej Wasza Wysokość ma na myśli? – zapytała grzecznie, walcząc z suchością w gardle.

– Wiesz, że rytuał, którego się podjęłaś, nie zawsze wychodzi tak, jakbyśmy tego chcieli? – Poważny wzrok księcia sprawił, że przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz. Zacisnęła dłonie na kołdrze.

Kiwnęła głową.

– Czasem ciało ludzkie nie jest w stanie przyjąć mocy Meanris…

– Korzystałam z niej ostrożnie – przerwała.

Twarz księcia spięła się w irytacji. Uniósł dłoń, każąc jej milczeć.

– Wiedziałaś, że jesteś słabym naczyniem i mimo to spróbowałaś. Rytuał się powiódł. Ale ty jesteś za słaba, żeby utrzymać tę moc. Jesteś nowicjuszką, Ivarene Nellei, zdolną, ale nowicjuszką. Nawet mentorzy rzadko są w stanie utrzymać tę moc. Rozumiesz? Musimy się tego pozbyć, bo inaczej…

– Umrę?

Książę parsknął. Machnął ręką, marszcząc ze złością brwi.

– Gdybyś miała umrzeć, nie wygłupiałbym się z wysyłaniem ludzi. To by było nawet

lepiej. Nie umrzesz, otóż w tym problem. Staniesz się demonem.

Ivarene gwałtownie uniosła głowę, ale zaraz ją opuściła, wydając z siebie jęk bólu. Spojrzała na księcia wielkimi oczami.

– Nie wiedziałaś – stwierdził z ponurym rozbawieniem, bawiąc się swoimi dłońmi, po czym ciężko westchnął i przetarł twarz. – Na litość boską! Jeśli w księgach brakuje stron, nie wykonuje się rytuałów, które opisują!

Czarodziejka nie wiedziała, co powiedzieć, ale jej wzrok wyrażał tak szczerą skruchę, że księciu zmiękło serce. Pokręcił jedynie głową i wyszedł. Zaraz potem jego miejsce zajął Keiren. Długo patrzył na Ivarene, ściskając ze sobą mocno dłonie. W końcu przeczesał nimi włosy, wzdychając.

– Wiedziałem, że masz talent do wdeptywania w gówno, ale żeby aż tak? – Uśmiechnął się krzywo. – Przerastasz samą siebie.

– Zamknij się – poprosiła. – Myślałam, że to ty nakłoniłeś księcia, żeby objął mnie protekcją. To nie ty, no nie?

– Mmm, nie. Przecież wiesz, że jest wyrocznią, czemu się głupio pytasz? – burknął, ale widząc pełną konsternacji minę Ivarene, westchnął jeszcze raz i pokręcił głową. – Miał wizję. Widział, co robiłaś w tamtej świątyni i że zemdlałaś… A omdlenie podczas tego rytuału to zły znak. Usłyszałem, jak w transie powtarzał twoje imię. Dlatego mnie wysłał. Wiedział, że będziesz uciekała do Asynothu.

Ivarene milczała, analizując informacje.

– Skoro wiesz to wszystko, to pewnie wiesz też, co zamierza ze mną zrobić? – mruknęła, odwracając do niego głowę. Gdy skrzyżowali spojrzenia, nie zdołała ukryć obawy.

Keiren wykrzywił usta w nieprzyjemnym uśmiechu, który nie obejmował oczu.

 

● ● ●

 

Ivarene nie spodziewała się, że skutki rytuału będą widoczne tak szybko, tymczasem już dwa dni później obudziła się z potwornym wrzaskiem, gdy we śnie coś zaczęło przebijać jej plecy od wewnątrz. Kiedy służącym udało się ją posadzić i obsunąć szaty, ich oczom ukazały się krwawiące, podłużne rany. Kilka godzin później z ran zaczęły wysuwać się nagie kości. Te wkrótce zaczęły pokrywać się skórą, a potem pierzem. Ból był tak okropny, że czarodziejka krzyczała do zdarcia gardła. Świątynia była gotowa zanim skrzydła wyrosły, ale Ivarene była niemal nieprzytomna z bólu i wycieńczenia. Jej skóra posiniała, oczy były mętne.

Do kaplicy Asynothu została zaniesiona, bo iść, nawet ze wsparciem, nie dała rady. Tam położono ją na ołtarzu, odgarnięto z twarzy wilgotne włosy, wyciągnięto spod szat pulsujący energią medalion. Książę wyjął z naszyjnika opal i włożył go do srebrnego kielicha. Naczynie podał kapłance po swojej prawicy, a następnie złapał nadgarstek Ivarene i przeciągnął po nim nożem. Kapłanka podłożyła pod jej rękę kielich. Dziewczyna wydawała pełen bólu skrzek, choć to, co czuła, nie umywało się do rozrywających ją od środka rosnących skrzydeł.

Kiedy kielich był pełen krwi, książę zacisnął mocno palce na przegubie Ivarene, a drugą dłoń położył na jej czole. I zaczął modlitwę. A za nim modlitwę powtarzali wszyscy kapłani i kapłanki oraz zebrani w świątyni ludzie. Powtarzali ją także Keiren, łuczniczka i halabardnik. Nikt nie przerwał nawet, gdy z gardła dziewczyny wyrwał się nieludzki skowyt. Tylko Keiren, ruchem głowy przywołany przez księcia, przytrzymywał wierzgającą wściekle czarodziejkę, ale nawet wtedy inkantował.

Kiedy modlitwa zbliżała się ku końcowi, Ivarene nagle wyprężyła się i wrzasnęła przeciągle, tak głośno, że na koniec jej głos zmienił się w ochrypły skrzek. Wytrzeszczone w bólu oczy mało nie wypadły jej z orbit, z rozwartych szeroko ust popłynęła ślina z pianą. Krew w kielichu zabulgotała gwałtownie. Kapłanka, która go trzymała, wylała krew do misy ofiarnej przed ołtarzem.

Opal rozpadł się w drobny pył i zmieszał z krwią. Kapłanka wzniosła dłonie ku niebu. Rozpoczęła pieśń, a z każdym kolejnym jej słowem krew powoli przemieniała się w czarny obłok i rozwiewała.

Ivarene opadła bezwładnie na ołtarz. Skrzydła zniknęły.

Wszyscy zgromadzeni dokończyli pieśń. Czarna chmura całkiem się rozpłynęła. Czarodziejka ciężko oddychała, a z jej oczu powoli sączyły się łzy.

Keiren uświadomił sobie, że sam z ledwością oddycha. Spojrzał na równie zasapanego księcia, puszczając dziewczynę. Kapłanka wykonała nad bezwładnym ciałem kilka znaków, a potem uklęknęła i w ciszy zaczęła się modlić. Książę i Keiren popatrzyli na siebie, zdyszani.

– Nie martw się, chłopcze. Przeżyje – powiedział książę. Uśmiechnął się i rękawem otarł pot z czoła.

Kapłanka dotykała czołem podłogi, bezgłośnie powtarzając błagania do bogów.

 

● ● ●

 

Keiren wszedł akurat, kiedy czarodziejka się obudziła. Choć widział ją w tym stanie już kilka razy, wciąż nie mógł przywyknąć do tego, jak się zmieniła. Nie mógł przywyknąć do kiedyś drobnego, a teraz zakrzywionego, ostrego nosa. Nie mógł przywyknąć do wielkich, złotych tęczówek, dawniej błękitnych i niewinnych. Nie mógł przywyknąć do szponiastych dłoni ani piór, które wyrosły za uszami. Kiedy odwróciła się i spojrzała na niego nieswoimi oczami, przeszedł go dreszcz.

– Nie powiedziałaś, dlaczego Rangor cię ścigał – stwierdził, siadając na krześle.

Ivarene spojrzała w okno. Na jej ustach zagościł kwaśny uśmiech.

– Jak to określiłeś? Mam wyjątkową zdolność do wpadania w gnój. Chyba najlepiej o tym świadczy to, jakim straszydłem się stałam.

Nie mógł się nie zgodzić.

 

Koniec

Komentarze

Przykro mi to pisać, ale opowiadanie niespecjalnie przypadło mi do gustu, bo nie bardzo wiem, o co w nim chodzi. Na wstępie opisałaś pewien rytuał, potem wiele miejsca poświęciłaś ucieczce zakończonej potyczką, by w finale pokazać kolejny rytuał.

Brakło mi celu tych zabiegów. Dlaczego dziewczyna przystąpiła do obrzędu zyskania mocy? Kim byli ścigający ją zbrojni i dlaczego chcieli ją pojmać? Dlaczego czarodziejka uciekała do określonego księstwa? Kim byli ci, których spotkała na granicy? Co działo się po przemianie Ivarene.

Wyjątkowa zdolność do wpadania w gnój, moim zdaniem, nie wygląda jak skończone opowiadanie, a raczej jak fragment czegoś, co może spełniało wymogi wspomnianego konkursu, ale, niestety, nie jest ciekawą i porządnie opisaną historią. Zbyt wiele tu niedomówień i niedokończonych wątków. Brakuje mi jakiegoś wprowadzającego początku, brakuje uzasadnienia dla dalszych wydarzeń, brakuje także satysfakcjonującego zakończenia, brakuje dokładniejszego przedstawienia wszystkich postaci.

Wykonanie, niestety, pozostawia sporo do życzenia.

Mam nadzieję, Dhaumaire, że lektura Twoich kolejnych opowiadań sprawi mi więcej przyjemności. ;)

 

subtelnie zdobione kolumny. Choć prze­ci­na­ły je bruz­dy pęk­nięć, a jedna nawet się za­wa­li­ła, wciąż dziel­nie uno­si­ły dach świą­ty­ni. – Kolumny podtrzymywały chyba strop, nie dach.

 

Wokół stały drew­nia­ne ławy dla wier­nych oraz mo­dli­tew­ni­ki… – Czy aby na pewno stały tam modlitewniki?

Za SJP: modlitewnik «książka zawierająca modlitwy i pieśni religijne»

 

Spoj­rza­ła na ptaka ze zmarsz­czo­ny­mi brwia­mi i przez chwi­lę… – W jaki sposób ptaki marszczą brwi?

 

– Przy­szło­ścią. Lu­dzie po­peł­nia­ją różne błędy, ale to przy­szłość wy­mie­rza karę.Mó­wiąc to, prze­cią­gnę­ła szty­le­tem po wnę­trzu swo­jej dłoni. – Błąd w zapisie dialogu. Winno być: …przy­szłość wy­mie­rza karę – mó­wiąc to

 

Otwo­rzy­ła klat­kę, a sowa nie wal­czy­ła, gdy drżą­cy­mi rę­ka­mi wsu­nę­ła do niej szty­let. – Czy dobrze rozumiem, że czarodziejka wsunęła sztylet do sowy?

 

Me­da­lion de­li­kat­nie mro­wił w skórę… – Raczej: Medalion powodował delikatne mrowienie skóry.

Nie wydaje mi się, by coś mogło mrowić w skórę, tak jak nie mogłoby drętwieć w skórę, cierpnąć w skórę, ani drżeć w skórę.

Za SJP: mrowić «drętwieć, cierpnąć, drżeć»

 

świą­ty­nia ob­ro­sła w aurę sta­wia­ją­cą wło­ski na karku dęba. – Czy dobrze rozumiem, że osobliwa aura postawiła włoski na karku dębu, rosnącego zapewne w pobliżu.

 

Me­da­lion z na­są­czo­nym mocą opa­lem mro­wił w pierś. – Medalion, jak już ustalono, nie mógł także mrowić w pierś.

 

było ich ośmiu, a jeden miał pa­skud­niej­szą gębę od dru­gie­go. – Czy to znaczy, że sześciu pozostałych było urodziwych?

 

miał pa­skud­niej­szą gębę od dru­gie­go. Ten z nich, który za­trzy­mał konia na­prze­ciw­ko Seny, uśmiech­nął się tak pa­skud­nie… – Powtórzenie.

 

– Są­dzi­łaś, że nie wy­tro­pi­my cię, jeśli po­je­dziesz na około? – …jeśli po­je­dziesz naokoło?

 

– Mam dość ga­nia­nia za tobą w i nazad.– Mam dość ga­nia­nia za tobą w  i nazad.

Dopuszczam jednakowoż możliwość, że opancerzony konny nie wyrażał się zbyt poprawnie.

 

Po­ścig grzmiał za nią jak burza. – Co to znaczy, że pościg grzmiał?

 

Iva­re­ne, od­wró­ciw­szy się, zo­ba­czy­ła tylko ochla­pa­ne­go bło­tem go­spo­da­rza, rzu­ca­ją­ce­go za nią pa­skud­ny­mi klą­twa­mi. – O! Widziała, jak gospodarz rzucał klątwy?

 

i za­pę­tlił się set­ka­mi tra­gicz­nie wy­krę­co­nych ko­na­rów. – Na czym polegał tragizm wykręconych konarów?

 

Jed­ne­go była bo­wiem pewna: po­ścig roz­je­chał się tak, żeby ją osa­czyć. Była pewna, że nie mogąc ru­szyć dalej lasem, roz­je­cha­li się… – Czy to celowe powtórzenie?

 

Wy­da­wa­ło jej się, że jest bez­piecz­na, że wy­star­cza­ją­co za­bez­pie­czy­ła wschod­nią gra­ni­cę lasu… – Nie brzmi to najlepiej.

 

mało nie rzu­ci­ła się do pa­nicz­nej uciecz­ki. Klacz za­tań­czy­ła stra­chli­wie, za­rzu­ci­ła łbem… – Jak wyżej.

 

z za­gaj­ni­ka wy­padł sza­leń­czo po­ścig. – Na czym polega szaleńczość wypadu?

 

Potem wy­je­chał na przód… – Potem wy­je­chał naprzód

 

ścią­ga­jąc dwóch za­sko­czo­nych prze­ciw­ni­ków z sio­deł, a trze­cie­go, który naj­bar­dziej się opie­rał, du­sząc jesz­cze na koń­skim grzbie­cie. Dwóch ostat­nich prze­ciw­ni­ków dobił ha­la­bard­nik i Ke­iren. – Piszesz o halabardniku i Keirenie, więc: …dobili ha­la­bard­nik i Ke­iren.

Powtórzenie.

 

Otwo­rzy­ła usta, żeby zbyć jego słowa… – Można kogoś zbyć byle słowem, ale nie wiem jak można zbyć czyjeś słowa.

 

był drob­nej po­stu­ry i nie star­szy niż czter­dzie­ści lat. – Czy ktoś może być starszy lub młodszy od lat?

Proponuję: …był drob­nej po­stu­ry i nie miał więcej niż czter­dzie­ści lat.

 

Wiesz, że ry­tu­ał, któ­re­go się pod­ję­łaś, nie za­wsze wy­cho­dzi tak, jak­by­śmy tego chcie­li? – …tak, jak ­by­śmy tego chcie­li?

 

– Gdybyś miała umrzeć, nie wygłupiałbym się z wysyłaniem ludzi. To by było nawet

lepiej. – Zbędny enter.

 

Ból był tak okrop­ny, że cza­ro­dziej­ka krzy­cza­ła do zdar­cia gar­dła. Świą­ty­nia była go­to­wa zanim skrzy­dła wy­ro­sły, ale Iva­re­ne była nie­mal nie­przy­tom­na z bólu i wy­cień­cze­nia. Jej skóra po­si­nia­ła, oczy były mętne. – Objaw byłozy.

 

I za­czął mo­dli­twę. A za nim mo­dli­twę po­wta­rza­li… – Czy to celowe powtórzenie?

 

Kiedy mo­dli­twa zbli­ża­ła się ku koń­co­wi, Iva­re­ne nagle wy­prę­ży­ła się i wrza­snę­ła prze­cią­gle, tak gło­śno, że na ko­niec jej głos… – Nie brzmi to zbyt dobrze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za komentarz! Przyjmuję wszystko na klatę. Faktycznie, opowiadanie może się takie wydawać i z pewnością takie jest, ponieważ konkurs stawiał ograniczenie do 10 stron maszynopisu. Planuję rozwinięcie pomysłu i przepisanie historii, tym razem bez ograniczeń, tylko tak jak podyktuje mi wena. Dobrze jest jednak poznać opinię kogoś innego, dzięki temu będę wiedziała, co poprawić.

Mam nadzieję, że wersja rozbudowana i z naniesionymi zmianami będzie lepsza. 

 

Błędy sobie przejrzę i popoprawiam; widzę, że sporo rzeczy mi umknęło. Ale tak to jest, jak się tylko samemu sprawdza.

 

Dziękuję raz jeszcze za czas poświęcony na przeczytanie tego niezbyt udanego tworu oraz wskazanie pomyłek.

Pozdrawiam, Dhau.

Mam podobnie jak Reg – wydaje mi się, że pokazujesz słabo połączone sceny. Dobrze byłoby rozwinąć powiązania. Ciekawiło mnie, czym dziewczyna tak podpadła pościgowi.

Do tego opowieść wydaje się raczej sztampowa – nic tutaj się nie wyróżnia, nie zapada jurorom w pamięć. Świat klasyczny, z magią i czarownikami. Motyw niedouczonej czarownicy, która próbuje jakiegoś trudnego zaklęcia też niezbyt nowy (choć częściej to chłopcy podejmują eksperymenty).

Babska logika rządzi!

Dhau, bardzo mi miło, że uwagi okazały się przydatne, że pomogą Ci napisać lepsze opowiadanie. ;D

Mam wrażenie, że może Cię zainteresować ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

Powodzenia!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Widzę, że wiele usterek wskazanych przez Reg, wciąż nie jest poprawionych, a minęło już sporo czasu. 

 

 Czarodziejka wyszarpnęła sztylet z bezwładnego ciałka i uniosła go nad opalem, pozwalając sowiej krwi nań kapać. – sztylet uniosła nad opalem i to z niego kapała krew? Czy na sztylecie było jej na tyle dużo, że opal zanurzył się w kałuży?

 

Wzniosła oczy ku posągowi, skrzyżowała nadgarstki i ścisnęła ze sobą dłonie, cicho inkantując zaklęcie. – bardzo mnie to zaintrygowało. Nie potrafię takiego gestu sobie wyobrazić ani wykonać. 

 

Złączyła dłonie i wymruczała zaklęcie, obracając nimi w dół, by znów się zetknęły. – jak wyżej – nie ogarniam tego – to były w końcu złączone, czy nie? 

 

Przyznaję, że czytało mi się dość trudno. Poza przykładami powyżej szczególnie przeszkadzały mi liczne powtórzenia. Gdy o czymś pisałaś (np. o krwi), to dane słowo pojawia się w każdym kolejnym zdaniu, co nie wygląda dobrze. 

Nie rozwiązałaś głównej zagadki – dlaczego czarodziejka była ścigana. To sprawia, że i ja odbieram tekst jako fragment, a nie samodzielną, zamkniętą historię. 

Postaci, wszystkie, wydają mi się bardzo płytkie, a czasem wręcz sprawiają wrażenie jedynie elementu scenografii – np. ósemka ścigająca bohaterkę. Teoretycznie przynajmniej ich dowódca lub mag (nie wiem nawet kto tam był kim) powinien być nieco lepiej zarysowany. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka