- Opowiadanie: Wicked G - Topos/Logos Dolor

Topos/Logos Dolor

Ogromne podziękowania dla Deirdriu za betę (Vespazian niestety się nie ujawnił). Obraz, który stanowił główną inspirację, powinien być łatwy do odgadnięcia, ale jest jeszcze drugi, trochę bardziej ukryty :)

Do posłuchania: Sorrow – Reverie » Sheol

Wersja 1.1  – poprawione literówki i błędy techniczne

Wersja 1.2 – kolejne poprawki techniczne

Wersja 1.3 – kolejne poprawki techniczne

Wersja 1.4 – poprawione usterki techniczne

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Topos/Logos Dolor

Dlaczego?

Każdy zadawał to pytanie, wielu próbowało odpowiedzieć, nikt nie robił tego prawidłowo.

Na zewnątrz pogrążony w mroku, zakurzony i zagracony pokój. Wewnątrz nieustający, paraliżujący niepokój. Haton nie był w stanie uporządkować ani domu, ani umysłu.

Nic już nie potrafił. Pójść do pracy, znaleźć przyjaciół, cieszyć się życiem. Wszystko zapadło się pod przygniatającym ciężarem nawracającego bólu. Kolaps grawitacyjny cierpienia w osobliwość rozpaczy.

W chwilach takich jak te, w środku nocy, gdy Haton leżał na łóżku z wygniecionym materacem, pod przepoconą kołdrą, przez jego głowę przelewały się setki negatywnych odczuć. Żałował, że wcześniej nie odkładał pieniędzy, by teraz móc zafundować sobie lepszą terapię. Zamiast znaleźć partnerkę i założyć rodzinę, wolał gnić przed telewizorem lub komputerem, a teraz jest sam jak palec.

Fibromialgia. Za nią przyszły stany lękowe i depresja. Medykamenty przepisywane przez lekarzy na niewiele się zdawały. Wybłagana u agencji ubezpieczeniowej renta ledwo wystarczała na nie i jedzenie.

Czekał tylko na moment, w którym ból w końcu przeważy strach przed śmiercią i da mu odwagę potrzebną do popełnienia samobójstwa. Przestał wierzyć w jakikolwiek ratunek. Wiara… Właśnie. Podobno dawała ukojenie, ale nie potrafił się do niej zmusić. Wyższy cel? To brzmiało dla niego jak kpina. Świat – miejsce pełne kataklizmów i chorób, w którym kruche, podatne na okaleczenie istoty, nawzajem mordują się i pożerają, by przetrwać. Stwórca tego wszystkiego był szalony, zły, albo po prostu zmyślony, a nieustanna trwoga czujących gatunków wynikała z figla spłatanego przez zjawisko samoorganizacji.

Haton wstał z łóżka. Ucisk w łokciu nie dawał mu spać, zresztą opuszczenie jawy już dawno nie przynosiło odpoczynku. Zawsze budził się tak samo zmęczony jak wcześniej. Podszedł do okna i spojrzał na księżyc w pełni wiszący nisko nad szarymi, betonowymi blokami. Czytał kiedyś o tym, że można zapomnieć o bólu poprzez medytację, skupienie myśli na jednej czynności lub obiekcie. Miał jednak zbyt słabą wolę, aby to osiągnąć. Tamtej nocy postanowił spróbować jeszcze raz. W bladym blasku Srebrnego Globu tkwiło nieodparte piękno. Starał się zapomnieć o objawach choroby i tylko podziwiać naturalnego satelitę Ziemi.

Przyglądał się kraterom i morzom. Oddychał miarowo, najgłębiej jak potrafił. Powoli nadchodziła ulga. Od dawna nie czuł się tak dobrze.

Chodź tutaj.

Haton wzdrygnął się ze strachu. Usłyszał te słowa głośno i wyraźnie. Dobiegały z zewnątrz, z oddali. Z Księżyca…

To było szalone. Mężczyzna zaczął zastanawiać się, czy nie zwariował. Co dziwne, mimo iż stan skupienia został przerwany, ból nie powrócił. Za to nawoływanie nie ustawało.

Przyjdź. Zostaw wszystko i idź.

Błogość stawała się coraz intensywniejsza, niemal ekstatyczna. Haton tracił kontrolę, nie mógł już dłużej się opierać. Otworzył okno, usiadł na parapecie i przerzucił nogi na drugą stronę. Zrobił pierwszy krok w stronę lśniącej tarczy na niebie.

Kroczył dwadzieścia metrów nad ziemią, jego stopy opierały się o powietrze pewnie niczym o głaz. Patrzył przed siebie. Nawet nie zastanawiał się, co umożliwiało maszerowanie w przestworzach. Po prostu pragnął dotrzeć do kogoś, kto się z nim skomunikował.

Minął ułamek sekundy i jego wzrok nie był już skierowany na księżyc, lecz na betonowy parking. Magia prysła. Spadał, wrzeszcząc na całe gardło. Kontakt z dachem terenówki przyniósł dawnego towarzysza: ból, który przeszywał całe ciało, jednak o wiele mocniejszy. Przynajmniej tym razem nie trwał zbyt długo.

 

***

 

Co się stało?

Morze spowiły mgły, a słońce zajaśniało nietypowym, złocistym blaskiem. Mekera zbliżyła się do brzegu. Rozbijające się o piasek fale omywały jej bose stopy, delikatna bryza mierzwiła burzę miodowych loków. Nadchodziły zmiany.

Przestrzeń uległa zakrzywieniu. Miasta, góry oraz lasy, jeszcze niedawno skryte za horyzontem, wznosiły się razem z całą powierzchnią lądu, na którym spoczywały. Niebo zanikało, powoli pochłaniane przez kolejne połacie rozciąganej ziemi. Świat wywracał się na drugą stronę.

Mekera przypuszczała, co było tego przyczyną. Musiało zajść coś kluczowego, by cała rzeczywistość zatrzęsła się w posadach. Przemiana Struktury na nowo definiująca znany jej świat.

Poczucie obowiązku popchnęły Mekerę do poszukiwania odpowiedzi. Istniało jedno miejsce, w którym mogła potwierdzić swe domniemania. Wzbiła się w powietrze, formułując myśli w wolę, a wolę w prawdę, tak, jak nauczył ją onegdaj stary mędrzec, po czym pofrunęła w kierunku źródła wiedzy.

Sunęła tuż nad pomarszczonym morzem, przebijając się przez białe obłoki pary. Wierzyła, że jeszcze nie jest za późno, że zmiany są odwracalne. Gdyby sfera, na której żyła Mekera, jej bracia, siostry, i inne stworzenia, uległa ewersji, światło słońca zostałoby odcięte, a życie upływałoby pod znakiem absolutnego mroku. Poza tym, samoprzecięcia powierzchni towarzyszące procesowi mogły przynieść nieprzewidziane konsekwencje. Ta wizja przerażała, mroziła krew w żyłach, ale jednocześnie dawała Mekerze siłę do działania.

W końcu odnalazła pola Sześcianów Wyroku. Tajemnicze i odrażające obiekty unosiły się na słonej wodzie. Bryły utkane z ciała, splecionych organizmów przypominających węże o ludzkiej skórze. Każda z części składowych była w jakiś sposób połączona z innymi. Gdy jeden element obumierał, wszystkie pozostałe podążały jego śladem. Tkanka zaczynała gnić, rozpadała się na nici Kodu wytworzonego przez Absolut. Zazwyczaj wężowe istoty wyrażały niezłomną wolę przeżycia, czasem jednak silny bodziec z zewnątrz ją łamał i sprawiał, że same się uśmiercały. Pozostałe wstęgi Kodu pozwalały wykryć to wydarzenie.

Mekera dostrzegła martwy Sześcian i podfrunęła do niego. W powietrzu unosił się odór rozkładu, lecz nie powstrzymał niewiasty przed pochwyceniem rozbitego w pył mięsa w dłonie. Powoli odczytywała ciągi cząsteczek stworzonych z pierwiastków, które były zaś stworzone z cyfr. Nie mogła ich dostrzec. Odszyfrowywała je samym pragnieniem poznania, a zdolność tę traktowała jako dar Absolutu.

Przypuszczenia okazały się słuszne. Zarówno Śmierć Sześcianu, jak i transformacja świata została wywołana przebiciem Struktury przez inteligentną istotę.

Mekera w głębi duszy poczuła, że musi odnaleźć ten byt. Spojrzała na niebo, które mogło całkowicie zniknąć za dzień lub dwa, i w myślach przywołała tytuł nadany jej niegdyś przez Absolut.

Mekera Łączniczka.

Choć zawsze tego się obawiała, nie mogła uciec. Nadszedł czas na rozbicie własnego ciała i podróż do Struktury. Powoli jej piękna postać rozwiewała się wraz z bryzą.

 

***

 

Czy ja umarłem?

– A co to ma za znaczenie? – Odpowiedź nadeszła niespodziewanie szybko. – Istotne jest to, że tutaj trafiłeś.

Haton rozejrzał się dookoła. Znajdował się w wyjątkowo dziwnej przestrzeni. Pod stopami miał idealnie płaską powierzchnię złożoną z czarnych i białych figur geometrycznych, nieustannie zmieniających liczbę i długość swych boków. Nad nią, w pustce koloru cynobru unosiły się obiekty, których próby zrozumienia przyprawiały o mętlik w głowie. Hiperboloidy, małpie siodła i parasole Whitney'a były jednymi z najprostszych. Oprócz tego byty niepostrzegalne za pomocą zmysłów, czyste idee wnikające prosto do umysłu: funkcje matematyczne, zbiory danych, grupy, grafy, aksjomaty nieznane ludzkim naukowcom.

– Co to za miejsce? Niebo? Piekło? – zapytał Haton, mając w pamięci ostatnie wydarzenia.

– Znów patrzysz przez pryzmat śmierci – odrzekł stojący tuż obok niego człowiek w złotej masce kruka. – Wy, ludzie, tak bardzo się jej lękacie. Nie chcecie wypuścić z rąk obiecanego czasu istnienia, bo wierzycie, że czeka was coś dobrego. Ale z drugiej strony… Możecie napotkać cierpienie jeszcze większe od dotychczas doświadczanego. Czyste prawdopodobieństwo. Przerwanie linii życia jest darem, który je zeruje.

Haton zaczął dokładnie przyglądać się nieznajomemu. Był wyższy od niego, a swą obecnością wzbudzał pewien niepokój. Jego długa, czarna szata z kapturem sięgała aż do samego podłoża. Głos obcego brzmiał zupełnie inaczej niż ten, który kazał mu podążać w stronę księżyca.

– Ty mnie wołałeś?

– Nie. To ty. Słyszałeś samego siebie. Zapragnąłeś tu być, oto więc przybyłeś.

– Ja chciałem tylko… żeby przestało boleć.

Przynajmniej to się udało. Czuł się bardzo lekko na duszy i ciele, jakby zaraz miał zacząć lewitować.

– Kim jesteś? – spytał Haton.

– Uosobieniem Struktury. Alegą – odparła postać w masce. – Za chwilę wszystko stanie się jasne, spokojnie. Struktura to filar każdego ze światów. Miejsce, w którym zapisana jest wszelka matematyka. Źródło praw dla rzeczywistości.

– Nie rozumiem. – Haton pokręcił głową. – Albo rozumiem, lecz nie potrafię sobie tego wyobrazić.

– Nie musisz – poinformował Alega. – Chodź, pokażę ci kilka… istotnych rzeczy.

 

***

 

Gdzie on jest?

Mekera pojawiła się w Strukturze, powoli asemblując swe ciało. Kod z Sześcianu Wyroku zawierał pewne informacje o śladach prowadzących do miejsca przebywania istoty, która wywołała przemianę rzeczywistości. Wystarczyło tylko za nimi podążać. Jednak Struktura była nieskończona, a czas płynął tu w abstrakcyjny sposób.

Musiała podążać za zapachem strachu, cokolwiek miałoby to znaczyć. Przypuszczała, że będzie on dość łatwy do wyczucia. Strukturę rzadko odwiedzały śmiertelne stworzenia, a tylko one znały pojęcie lęku. Mekera uniosła się ponad bezkresną planszę. Tutaj było to nawet prostsze niż w Ireti. Sunęła przez labirynt zagmatwanych powierzchni, nieustannie zmiennych, zaginających się, rozrywających i na powrót spajających.

Niewiasta rozmyślała nad tożsamością intruza. Czy był to potężny mędrzec przywiedziony przez ciekawość? A może władca, który zapragnął kontroli nad innymi światami? Mogła spodziewać się każdego.

Strach. Ta obrzydliwa, śmierdząca idea wypełniła jej umysł, delikatnie szarpnęła jej ciałem. Źródło fetoru znajdowało się gdzieś blisko. Mekera spojrzała w dół, pod nią rozciągał się las brył o ostrych krawędziach. W myślach błagała Absolut, by pozwolił jej powstrzymać intruza albo nakłonić go do zmiany zamiarów.

 

***

 

Co to jest?

Haton czuł się zagubiony. Niezdolność do pojęcia otaczającego go uniwersum wprawiała w przerażenie. Psychiczny dyskomfort zastąpił fizyczny ból. I tak źle, i tak niedobrze.

Alega pokazał mu wszechświat zawierający Ziemię. Był to dziwny obiekt, nie większy niż kompaktowy samochód, mieniący się kolorami, których Haton nigdy wcześniej nie widział. Uosobienie Struktury twierdziło, że ludzie określiliby to jako przestrzeń Calabiego-Yau, lecz ta nazwa nic nie mówiła Hatonowi.

– Jak to możliwe, że dostałem się do tego miejsca z mojego świata? – Wiedza, Haton pragnął wiedzy, bo tylko ona mogła ocalić go od szaleństwa.

– Każda istniejąca rzecz jest w pewien sposób powiązana ze Strukturą – wyjaśnił Alega. – Sposób, w jaki jest zapisana informacja, to łącze pomiędzy Nią a zawartymi w Niej światami. W przypadku istot żywych to kod genetyczny. Zazwyczaj nie opuszcza on swojego uniwersum i ulega degradacji przy śmierci, lecz czasami może przedostać się tutaj w nienaruszonej formie. Miałeś niebywały przywilej tego doświadczyć, i to jako pierwszy z twej rzeczywistości.

– Czy to oznacza, że zostanę tu na zawsze? – zapytał Haton z trwogą w głosie.

– Na zawsze? Nie – zaprzeczył człowiek w złotej masce. – I w Strukturze możesz obrócić się w pył. Ale niczego się nie obawiaj. Niebyt to czysta przyjemność.

Haton nie potrafił temu przytaknąć. Każda komórka jego ciała buntowała się na myśl o końcu istnienia, choć świadomość powoli miała już dosyć udręki.

– Chciałbyś wrócić, prawda? – Alega dobrze znał jego myśli. – Doskonale rozumiem. Czuję, jak twój mózg buntuje się przeciwko temu, co do niego dociera. Może jednak powinieneś wykorzystać okazję i jeszcze trochę wydłużyć… tę wycieczkę?

Mężczyzna nie znalazł w sobie odwagi, by się sprzeciwić. Przestrzeń Calabiego-Yau odpłynęła gdzieś w dal, zaś Alega i Haton wkroczyli w miejsce usiane foremnymi bryłami.

– Te… klocki – Haton długo szukał mądrze brzmiącego słowa, lecz nie potrafił go odnaleźć – to też światy?

– Tak, chociaż niektóre z nich są zbiorami chaotycznych danych. To raczej nie mieści się w twojej definicji świata.

Obaj zamilkli. Ziemianin kroczył wytrwale za Alegą, rozglądając się dookoła. Sześciany, czworościany, dwudziestościany. Jedne połyskiwały blaskiem mającym w sobie coś z boskości, inne były zupełnie matowe. Nagle człowiek w złotej masce zatrzymał się.

– Stój – polecił. – Ktoś chce się z nami spotkać.

Haton usłuchał i zastygł w bezruchu. Po chwili z cynobrowej pustki przyleciała młoda kobieta. Delikatnie wylądowała tuż obok nich, stawiając bose stopy na planszy z wieloboków.

– Odnalazłam cię – rzekła, odgarniając z twarzy kosmyk włosów. – Jesteś powodem, dla którego mój świat stoi na krawędzi zagłady.

– Mekera Łączniczka. – Alega powitał ją tytułem. – Znów przybyłaś targować się z prawdopodobieństwem?

Nastąpiło coś niebywałego. Uosobienie Struktury zaczęło się przemieniać. Z człowieka w masce kruka stało się unoszącą się nad podłożem kulą złocistego światła, by po chwili na powrót przybrać ludzką postać. Transformacje następowały cyklicznie, raz niemal natychmiastowo, raz nieco rozwleczone w czasie.

– W jakim celu ten ktoś przebił się do Struktury? – zapytała Mekera.

– Cel? Zbyt często się go doszukujesz, Łączniczko – stwierdził Alega. – Już samo nazywanie mnie Absolutem to spore nadużycie. Ten ktoś ma na imię Haton. To zwykła zagubiona dusza, która uciekła tutaj przed bólem. Zmiany w Ireti to tylko efekt uboczny, a nie zamierzone działanie.

– Co? – Haton był mocno skonfundowany. – Jakie zmiany, ja nic nie zrobiłem! Ja nawet nie chcę tutaj być, po prostu podążałem za czyimś… za swoim – poprawił się – głosem. To szaleństwo, to nie może dziać się naprawdę!

Ziemianin ukląkł i złapał się za głowę. Mekera podeszła bliżej i położyła dłoń na jego ramieniu.

– Spokojnie, o nic cię nie obwiniam – powiedziała. – Wierzę w to, że pragnąłeś dobrze. Czy da się w jakiś sposób odwrócić ewersję Ireti? – spytała Alegę.

– Owszem – odrzekło Uosobienie, wciąż płynnie przechodzące od uczłowieczonego wyobrażenia Hatona do abstrakcyjnej wizualizacji Mekery. – Ale raczej się wam nie spodoba. Jego cierpienie jest powiązane z kształtem waszego uniwersum. Gdy medytacja wyzwoliła go od bólu, Ireti uległa przemianie. Hlaatsi, jak nazwałabyś to ty, efekt motyla, jak nazwałby to on. Jeśli chcesz ocalić ojczyznę, musisz sprawić, by Haton cierpiał do ostatnich chwil żywota. Brzmi okrutnie, lecz Strukturze obce są wasze emocje. Zna tylko dane i ich transformacje.

Haton nigdy nie był tak przerażony. Miał ponieść mękę, by ocalić inny świat? Piekielnie tego się bał, chciał uciekać w popłochu, lecz lęk sparaliżował mu mięśnie. Modlił się, żeby to był tylko zły sen. Mekera uklękła tuż przy nim i spojrzała mu prosto w twarz.

– Nie mam żadnego prawa do tego cię zmuszać – oznajmiła. – Mogę tylko prosić. Sfera, która stanowi cały mój świat, wywraca się na drugą stronę, przez co niedługo zostaniemy odcięci od światła. Jestem najpotężniejszą istotą, która ją zamieszkuje, ale i tak zbyt słabą, by samodzielnie temu zapobiec. Być może niektórym z nas uda się to przetrwać, lecz zostaniemy skazani na udrękę w ciemnościach. Zrozumiem, jeżeli odmówisz. Masz swoje życie, pewnie podobne do mojego, jak mniemam po zbliżonej fizjonomii. Rodzina, cele, marzenia.

Nie posiadał nic z tego, i to nagłe uświadomienie uderzyło go niczym młot. Nie chciał bólu, z całych sił pragnął go ominąć. Lecz ból czekał go także i na Ziemi. Przebywanie w Strukturze, gdzie czuł się obcy, osaczony przez niezrozumiałe koncepty, również nie napawało optymizmem.

Zastanawiał się i zastanawiał, tępo spoglądając na zmiennokształtne figury na planszy. Pozostali milczeli. Uratować świat przed… wywróceniem się na drugą stronę? To brzmiało niedorzecznie. Lepiej cierpieć za brednie, czy za absolutne nic, tkwiąc samotnie w czterech ścianach?

– Nie mam nikogo bliskiego ani niczego cennego – odezwał się Haton. – Moje życie to parodia dyktowana przez nieuleczalną chorobę. Może opowiesz mi o swoim świecie, Mekero? Przekonasz mnie, że ta ofiara będzie coś warta?

– Mój dom, Ireti, to niewielkie uniwersum – zaczęła Łączniczka. Czas grał na jej niekorzyść, lecz nie była w stanie nic z tym zrobić. – Składa się tylko z jednej, pustej w środku planety krążącej wokół gwiazdy i zamieszkanej przez istoty podobne do mnie. Nasz żywot upływa na pracy w celu zapewniania pożywienia i schronienia, a wolne chwile spędzamy w kontakcie z naturą. Potrafimy posługiwać się magią. Ireti zdaje się być bardzo mocno powiązana nie tylko ze Strukturą, ale i z innymi wszechświatami. Absolut wybrał mnie jako Łączniczkę, opiekunkę Ireti, dzięki czemu mogę swobodnie przedostawać się do Struktury.

– To jej wierzenia, nie obiektywna prawda – skomentował Alega. – Struktura nie posiada woli, a jeżeli coś się dzieje, to wyłącznie dlatego, że tak być musi. Czczenie mnie jest bezcelowe.

– Dziwne. – Haton uśmiechnął się pod nosem. – Dlaczego rozumiem każde jej słowo, skoro pochodzimy z zupełnie obcych sobie miejsc?

– Język idei to tutejszy język urzędowy – zakpił Alega. – Każda myśląca istota nim włada.

Nastała cisza. Lód strachu, który skuwał umysł Hatona, powoli pękał. Jeśli to, czego doświadczał, było tylko iluzją, nie miał się czego obawiać. Jeśli rzeczywistością, poświęcenie stanowiło trafny wybór.

– Czy w Ireti jest księżyc?

– Tak – odparła Mekera, nieco zaskoczona pytaniem.

– Zatem spraw, żebym cierpiał, i oglądajcie go aż do końca świata.

Łączniczka poczuła głęboką ulgę, choć jednocześnie współczuła Ziemianinowi jego losu.

– Dziękuję. Twój czyn nigdy nie zostanie zapomniany – rzekła.

Zastanawiało ją, w jaki sposób ma sprawić, by Haton poczuł ból. Po prostu go zabić? Nagle z labiryntu brył wyłoniła się siatka tesseraktu. Osiem sześcianów jaśniejących złotym blaskiem.

– Cóż za koincydencja – powiedziało Uosobienie Struktury. – Krzyż. Uniwersalny symbol cierpienia. Chyba wiecie już, co dalej czynić.

Alega w postaci kuli światła oddalił się. Haton podniósł się z planszy, podszedł do hipersześcianu i stanął do niego plecami. Strach na powrót zagościł w jego umyśle, lecz z całych sił starał się go powstrzymywać.

Może męczarnie ludzi jednak miały sens? Może każdy człowiek to zbawiciel jakiegoś świata, podtrzymujący rzeczywistość przez dźwiganie ciężaru trwogi? Czy ktoś, kto pierzchał przed bólem, zostawał buntującym się Atlasem? Haton nie chciał już dłużej uciekać. Nadszedł czas stanąć twarzą w twarz z fatum.

– Zrób to – wyszeptał.

Mekera z trudem przekształciła wolę w prawdę. Mężczyzna uniósł się na wysokość spojenia krzyża i nieznana siła przygwoździła go do tesseraktu. Nie wydał z siebie okrzyku, nie trysnęła krew, na twarzy nie pojawił się grymas bólu. Cierpiał wewnątrz siebie.

Czuł rozrywane ścięgna, pękające kości, skręcany żołądek, żar trawiący skórę. Wszystkie stracone szanse, rozczarowania i porażki zapisane w pamięci przelatywały przed jego oczyma. W głębi duszy błagał: Pozwól mi zejść!, lecz jego usta nawet nie drgnęły.

Mekera patrzyła na milczącą, żałosną osobę w zmechaconej piżamie, która przez okrutne zrządzenie losu musiała ponieść mękę za jej świat. Ten moment zdawał się trwać wieczność. W końcu Haton wydobył z siebie słowa:

– Jest łatwiej… gdy to ma jakiś cel.

I wyzionął ducha, a jego ciało rozdarło się na wstęgi Kodu.

 

***

 

Inspektor Amit Marti w całej swojej karierze jeszcze nigdy nie spotkał się z tak dziwnym przypadkiem. Na początku zgłoszono zniszczenie mienia. Ktoś zdemolował nissana patrola stojącego na niestrzeżonym parkingu, zgniatając cały dach. Teren niestety nie był monitorowany. Pojazd pokrywała spora plama krwi. Biegli stwierdzili, że zniszczenia zostały spowodowane przed upadek człowieka ze znacznej wysokości.

Jakiś czas potem policja dostała informację o zaginięciu Hatona Erdoza, który zamieszkiwał blok położony około sto metrów od parkingu. Jego lokum pozostało w nienaruszonym stanie. Jedynym niepokojącym elementem było otworzone na oścież okno. Co więcej, próbki DNA pobrane z samochodu i z nieruchomości zgadzały się.

Hatona Erdoza nigdy nie odnaleziono. Po jakimś czasie sprawę umorzono.

 

***

 

Ireti powoli wracało do normy. Gdy Mekera powróciła do ojczystego świata, powierzchnia planety zbliżała się do przecięcia z przeciwległym biegunem, a do środka wklęsłego obszaru dostawał się jedynie wąski snop światła. Na szczęście proces ewersji uległ odwróceniu, a w jego wyniku nikomu nic się nie stało. Łączniczkę zastanawiało, jakim cudem to w ogóle się udało. Ląd rozciągnął się do niebotycznych rozmiarów, a nie uległ zniszczeniu, zupełnie jakby był z gumy. Upatrywała w tym ręki Absolutu, choć ten pewnie jak zwykle zaprzeczyłby świadomemu udziałowi. Czasami myślała, że Uosobienie Struktury lubi bawić się z pomniejszymi istotami.

Opowiedziała swemu ludowi o poświęceniu Hatona, którego od razu okrzyknięto Świętym. Była wdzięczna za jego ofiarę. Nawet jeśli za chwilę coś znów miałoby zagrozić Ireti, wykupił jej mieszkańcom chociaż kilka cennych chwil życia. Momentów radości i smutku, z których tak trudno zrezygnować.

Koniec

Komentarze

Dobre. Odważny tekst, niezły rozmach idei. Pojechałeś, IMO.

Doceniam również wartość edukacyjną – o parę rzeczy musiałam spytać wujka Gugla. ;-)

Masz trochę literówek.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Bre. Odważne. Nie pojechałeś, tylko pofrunąłeś – niczym Mekera. Ów lot w rejony filozoficzno-mistyczne uważam za udany, bo klimat, który (lecąc) stworzyłeś, mnie wciągnął. A zaangażowanie czytelnika to sprawa podstawowa.

Ciotkę Guglotkę spytałem o Fibromalgię, a potem zostawiłem w spokoju. Nie muszę wiedzieć, co to są te parasole. Gdy wszystko skończy się jak myślałem, wsyp mnie do ziemi.

Technicznie napisane na tyle dobrze, że nie ma sensu się czepiać, a wszelkie odstępstwa od standardu można uznać za lokalny koloryt. Literówek na tyle mało, że – cholera – komu to przeszkadza. Może tylko popraw unoszenie się do góry, bo maślaność tego masła jest jednak nieco nazbyt ordynarna. Niech Twoje góry (zagapiłeś się tutaj podwójnie) i inne elementy krajobrazu unoszą się jakoś inaczej.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Tu byłem.

Bardzo dobry tekst, wciągający, porządnie napisany – ​jestem bardzo usatysfakcjonowana z lektury. Powodzenia w konkursie :)

Dziękuję za przeczytanie, biblioteki i komentarze :)

Poprawiłem te usterki, które udało mi się wychwycić, i “unoszenie się do góry” wskazane przez Jeroha.

Fajnie, że naukowe smaczki się podobały. Topologia to mój ulubiony dział matematyki, niestety jest piekielnie trudny, dlatego znam go bardziej przez pryzmat ciekawostek niż usystematyzowanej wiedzy.

Z ciekawości zapytam, jakie macie typy obrazów, które stanowiły inspirację? I czy ktoś domyśla się genezy imienia Alegi? :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

No, najbardziej by mi pasował Corpus Hypercubus. Ale Chrystus świętego Jana od Krzyża też by się nadał.

Babska logika rządzi!

Znakomite. Naukowe, a i tak czytało się bez większych przeszkód (choć wujek Google pomagał). Wciągający klimat, który tworzy wyśmienitą historię. Ciekawe zagłębienie się w filozofię.  Celowość i bezcelowość świetnie przedstawione. Satysfakcjonujące zakończenie. Niewiele błędów. Zdolnie napisany tekst, który po prostu płynie. Interesujące wykorzystanie obrazu. Tylko nie wiem skąd ten tytuł. Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

“Topologia smutku” tak bardziej na nasze? Nie znam narzecza, tylko pojedyncze słowa.

Babska logika rządzi!

Dziękuje, ale słowa w stylu “topologia” to nie moja bajka. Wolę jednak język Mickiewicza, Sienkiewicza, Sapkowskiego, Pilipiuka, etc. Tym się nie bawię.

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Raczej “bólu” niż “smutku”.

A od końca? Myśmy w szkole przerabiali taki utwór “Stabat Mater dolorosa”. Mieliście to na lekcjach?

Jak by nie patrzeć – łacina. A Sienkiewicz łaciny w “Trylogii” (ha, znowu “logos”) używał. Sapkowski w swojej chyba też. Nie kijem go, to pałką, Pietrku. :-)

Babska logika rządzi!

Nawet nie wychwyciłem, że to łacina. Choć kilku zwrotów się nauczyłem, a głównie od Sapkowskiego.

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Bo “Topos” i “Logos” wyglądają na grekę. :-)

Babska logika rządzi!

I to mnie zgubiło!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

A może jednak topika, że tak dorzucę się do dyskusji ;)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

No tak, skoro mamy tutaj topos mesjasza, to też pasuje.

Wicked G, podejrzewam, że wyprowadziłeś go z alegorii.

 

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Jak już Wicked wie, mam problem z oceną opowiadania, bo treść mnie niezwykle poruszyła, ba, nawet nasunęła całkowicie osobiste wspomnienia. Jest to cenne i pokazuje, że chyba nie umiem się zdystansować do tekstu. Nadal jestem pod wielkim wrażeniem wizji, która dla mnie jest absolutnie cudowna. Uwielbiam takie naukowo-metafizyczne wycieczki.

Deirdriu, jeszcze raz dziękuję :) I podziękowania za kolejne komentarze i biblioteki.Odnośnie tytułu – początkowo był topos jako topik, potem wrzuciłem dodatkowo logos, żeby wyszła topologia. Dodatkowo "Logos" to nawiązanie do Mejsasza jako Słowa Wcielonego.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Hmm, przyznam szczerze, ze nie przypadam za tego typu tekstami. Jakieś struktury, obiekty, no, po prostu nie wiem o co chodzi. Ale, Wicked, udało ci się w tym tekście oddać cechę charakterystyczną dla chyba całej twórczości Dalego, to jest przestrzeń. I to mi się bardzo podobało. Fajnie, gdyby decyzja (niełatwa przecież!) bohatera podlana była odrobiną wątpliwości, bo w sumie decyduje się on i cześć, pozamiatane. A przecież Chrystus w Ogrójcu to cała osobna historia. Trochę niezręczności językowych gdzieś tam zostało, ale przyjdzie regulatorzy i naprostuje, co ja się tam będę wygłupiał:)

Ode mnie klik.

Czterowymiarowe potwierdzenie o przeczytaniu tekstu. Dwa wymiary z ekranu, trzeci w domyśle i czwarty w formie informacji ;).

Dziękuję za przeczytanie i komentarzę oraz bibliotekę :D

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Przykro mi, Wickedzie, ale nie umiem odnieść się do tego opowiadania. Owszem, czytało się całkiem nieźle, bo zadbałeś o należyte wykonanie, ale cały czas miałam wrażenie bycia obok tekstu. Przeczytałam komentarze, ale nie pomogły mi one w zrozumieniu istoty dzieła.

 

tak, jak na­uczył ja oneg­daj stary mę­drzec… – Literówka.

 

ga­piąc się w prze­mie­nia­ją­ce się fi­gu­ry na plan­szy. po­zo­sta­li mil­cze­li. – Postawiwszy kropkę, następne zdanie rozpoczynamy wielką literą.

 

choć jed­no­cze­śnie ża­ło­wa­ła losu Zie­mia­ni­na. – Można komuś współczuć z powodu jego losu, ale czy można czyjegoś losu żałować?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak już tak pojechałeś i pofrunąłeś, to dofruń do biblioteki :)

Bardzo ciekawa wizja – to u Ciebie zresztą spotykam często. A tym razem w dodatku nie zabrakło ciekawych elementów fabularnych – interesujących postaci, dylematu, wyboru, interakcji. I warsztatowo ładnie, płynnie, plastycznie. No, kawał dobrej roboty! :)

Dziękuję za przeczytanie, komentarze i bibliotekę :) Błędy poprawiłem. Szkoda, Reg, że przekaz nie miał dostatecznej jasności. Chodziło o poszukiwanie sensu cierpienia i konfronatcję ludzkiego poczucia sensu i moralności z obojętnym, "matematycznym" wszechświatem.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Myślę, Wickedzie, że skoro wszyscy chwalą opowiadanie, jego przekaz jest zapewne dostatecznie jasny. :)

Problem w tym, że mnie w ogóle nie przyszłoby do głowy szukać sensu cierpienia, szukałabym raczej sposobu, by przestać cierpieć. A ponieważ sprawy matematyczne zawsze były mi mocno obojętne, więc też nie mieszałabym ich z ludzkim poczuciem sensu i moralności. :(

Mam nadzieję, że może kiedyś uda mi się dojrzeć i przeczytać ze zrozumieniem Twoje przyszłe opowiadania. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zacne :) 

Stań się, kim jesteś.

Przywiodła mnie tu matematyka. Jak zawsze wolałem algebrę, to poddałem się tutejszej geometrii. Dobrze opisany też przypadek depresji. Kiedy człowiek, jego samotność i własne myśli, są najgorszym wrogiem. Plus też w odniesieniu tego do religii i wiary. Szkoda tylko, że tak krótko – ale ja po prostu lubię poczytać czasem nadmiar filozofowania.

Ale… mimo wszystko, subiektywna niechęć do tak mocnej metafizyki sprawiła mi nieco problemów. Nie lubię takich połączeń – twardej matematyki i tego nieszczęsnego absurdu. Dlatego też, podając przykład, wyszedłem z poczuciem bycia oszukanym po ostatniej scenie filmu Interstellar. Tam odbiłem się od konceptu (o ile dobrze pamiętam) pięciowymiarowej miłości…

Poddałem się surrealizmowi, ale mój umysł uparcie kojarzył wiedzę i fakty, przez co sam sobie psułem odbiór Twojego tekstu.

Poniższe uznać można za narzekanie. Bynajmniej. Twój tekst ruszył we mnie którąś z wewnętrznych strun. Poczułem, że próbujesz mnie oszukać, uwieść metafizyką i wypluć gdzieś w przestrzeni nieograniczonej niczym fantazji. Nie. Tak łatwo się nie poddam!

Bruździ mi w głowie trochę ten "pusty" świat, Ireti. Co wypełnia środek, pustka? Jeśli tak, to przy okazji bliskości nie tylko słońca, ale i księżyca planety, to boję się, że ta planetka po prostu by implodowała. W ogóle, skoro jej mieszkańcy boją się żyć w ciemności, to niech znajdą sobie sztuczne źródło światła. Mogą wyczarować. Samolubna menda z tej Mekery.

O ile prawa fizyczne są tam tożsame naszym. Matematyka matematyką, fizyka (pomiędzy wszechświatami) nie musi być aż taka uniwersalna. :)

 

Nie mogłem zrozumieć znaczenia słowa ewersja. W kontekście opowiadania – inwersja?

 

Pozostaje mi jednak fundamentalne pytanie – dlaczego? Po co Haton miał cierpieć? Czemu akurat on, czy tak jak to Absolut wspomniał – zwykły traf prawdpodobieństwa? Ślepa matematyka struktury wybrała go na "mesjasza"?

Nie umiem przekonać się do efektu Motyla, bo miałem kiedyś tęgą rozkminę – załóżmy, że istnieją wszechświaty równoległe. Załóżmy, że w jednym z nich entropia wynosi zero, nastąpiła śmierć cieplna wszechświata i nie dzieje się w nim ZUPEŁNIE nic (trochę mi teraz ta idea nie pasuje, przez pojawiające się teorie piany(?) kwantowej). I nagle do tego świata zostaje teleportowana z zewnątrz pewna ilość informacji – coś się stanie?  

 

Jak widzisz – raczej mi się podobało. ;)

Choć po pierwszym czytaniu skrzywiłem się. Podszedłem do tekstu drugi raz i zrozumiałem trochę więcej. I dzięki temu miałem okazję powalczyć z opowiadaniem nieco dłużej i w całej tej matematycznej zagwozdce szukać sensu i drugiego dna. To w tekstach lubię – dzięki!

Sunęła tuż na pomarszczonym morzem,

 

Za chwilę wszystko stanie jasne, spokojnie. – czy nie zabrało tu się?

 

Muszę ten tekst przetrawić. Z jednej strony nawet widziałam elementy tworzące Strukturę, cierpienie, moralne wybory, ale z drugiej, nie potrafię tego objąć całościowo. Ani poczuć w żaden sposób. Zbyt abstrakcyjnie jak dla mnie, a abstrakcja i ja nie mamy po drodze. 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję za przeczytanie, komentarze, oceny i nominację do piórka :)

 

@Reg

Często cierpienia nie da się załagodzić, albo jest bardzo trudno to uczynić. Według mnie wtedy najczęściej w głowie rodzą się pytania o sens, swojego rodzaju zarzuty wobec świata.  Skąd matematyka połączona z sensem życia? Wybrałem matematykę jako reprezentację praw natury, które umożliwiły powstanie czujących istot, a zatem powstanie cierpienia. Można obwiniać o to przypadek: “Znów przyszłaś targować się z prawdopodobieństwem?”, można determinizm (chociaż te słow niekoniecznie interpretowałbym jako przedstawienie determinizmu, raczej wyrażenie akceptacji tego, że coś się stało, i przedstawienie bezsensu dywagacji typu “co by było, gdyby” oraz doszukiwania się przyczyny zdarzenia): “Struktura nie posiada woli, a jeżeli coś się dzieje, to wyłącznie dlatego, że tak być musi.”, albo nawet obie te rzeczy na raz, gdyż według niektórych są kompatybilne. Alega nie daje jednoznacznej odpowiedzi bohaterom. Pod koniec akcji mamy przejście z “czystych” rozważań na temat sensu do pragmatyki: Skoro jest tak, a nie inaczej, to co zrobić, by wykorzystać to jak najlepiej z ludzkiego widzenia? Co w konkretnej sytuacji uczynić, by wybór okazał się dobry z punktu mojego sumienia?

 

@stn

Fajnie, że tekst pobudził twoją ciekawość i refleksje.

 

Nie lubię takich połączeń – twardej matematyki i tego nieszczęsnego absurdu. Dlatego też, podając przykład, wyszedłem z poczuciem bycia oszukanym po ostatniej scenie filmu Interstellar. Tam odbiłem się od konceptu (o ile dobrze pamiętam) pięciowymiarowej miłości…

Ja z kolei uwielbiam mieszać naukę i jakieś abstrakcyjne, często niedorzeczne koncepcje, bo ogólnie bardzo lubię kontrasty :) Do Interstellar niestety się nie odniosę, bo nie oglądałem.

 

ruździ mi w głowie trochę ten "pusty" świat, Ireti. Co wypełnia środek, pustka? Jeśli tak, to przy okazji bliskości nie tylko słońca, ale i księżyca planety, to boję się, że ta planetka po prostu by implodowała. W ogóle, skoro jej mieszkańcy boją się żyć w ciemności, to niech znajdą sobie sztuczne źródło światła. Mogą wyczarować. Samolubna menda z tej Mekery. O ile prawa fizyczne są tam tożsame naszym.

Tamten świat funkcjonował na zupełnie innych zasadach. Utworzenie sztucznego słońca było poza zasięgiem możliwości Mekery, w końcu to o wiele trudniejsze zadanie niż latanie. Poza tym, obawiała się nieprzewidzianych okoliczności podczas procesu ewersji.

 

Nie mogłem zrozumieć znaczenia słowa ewersja. W kontekście opowiadania – inwersja?

https://en.wikipedia.org/wiki/Eversion

To kalka z angielskiego. Samo słowo oznacza wywrócenie kształtu na drugą stronę bez tworzenia “zmarszczek” (crease). W języku polskim słowo “ewersja” jest używane w rozumieniu fizjoterapeutycznym (to coś związanego ze stawem skokowym), stwierdziłem więc, że mogę też użyć w matematycznym.

 

Pozostaje mi jednak fundamentalne pytanie – dlaczego? Po co Haton miał cierpieć? Czemu akurat on, czy tak jak to Absolut wspomniał – zwykły traf prawdpodobieństwa? Ślepa matematyka struktury wybrała go na "mesjasza"?

Ostatnie zdanie jest prawdziwe. Istnieje prawdopodobieństwo zdarzeń, zawsze zachodzi jedno (przynajmniej w ujęciu makroskopowym), Skoro coś się stało kiedyś, to tak być musi teraz, i dywagowanie nad przyczyną/alternatywnymi wersjami nie jest potrzebne. Nie jest to przeznaczenie – przed zajściem wydarzenia było wiele opcji, ale rzeczywista stała się tylko jedna.

 

Nie umiem przekonać się do efektu Motyla, bo miałem kiedyś tęgą rozkminę – załóżmy, że istnieją wszechświaty równoległe. Załóżmy, że w jednym z nich entropia wynosi zero, nastąpiła śmierć cieplna wszechświata i nie dzieje się w nim ZUPEŁNIE nic (trochę mi teraz ta idea nie pasuje, przez pojawiające się teorie piany(?) kwantowej). I nagle do tego świata zostaje teleportowana z zewnątrz pewna ilość informacji – coś się stanie?  

W przedstawionym w tekście świecie fizyka i pojęcie entropii są ograniczone “wewnętrznych” wszechświatów (ludzkiego, może występuje też w innych, chociaż na Ireti nie obowiązywała). Struktura jest tak jakby poziom wyżej od nich, to coś w stylu świata idei Platona. “Struktura to filar każdego ze światów. Miejsce, w którym zapisana jest wszelka (zatem nie tylko ludzka) matematyka. Źródło praw dla rzeczywistości.” Efekt motyla użyłem tu też raczej nie w sensie ściśle naukowy, a raczej w znaczeniu metaforycznym: z pozoru nic nie znaczące zdarzenie ma ogromny wpływ na jakiś inny obszar.

 

@Śniąca

 

Dzięki za łapankę, poprawiłem.

 

Finkla odgadła pierwszy obraz – Corpus Hypercubus. Ktoś spróbuje zgadnąć drugi? Nie jest to Chrystus św. Jana od Krzyża.

Aha, ktoś odgadnął genezę imienia Alegi? :)

 

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Dziękuję za przeczytanie, komentarze, oceny i nominację do piórka :)

Ależ proszę. Mam nadzieję, że tym razem się uda. :-)

Alegi – totalnie bez sensu, ale to anagram słowa “legia”. ;-)

Mnie w trakcie lektury jakoś bardzo przelotnie skojarzyło się z alefem.

Babska logika rządzi!

Dziękuję, Wickedzie, za wyłożenie sprawy. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Chodziło mi o “Alega”, nie wiem, dlaczego napisałem w odmienionej formie :D

 

Skojarzenie dosyć słuszne.

ALfa + omEGA.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Czyli kolejne nawiązanie do klimatów religijnych?

Babska logika rządzi!

“…spojrzał na Księżyc w pełni…” – księżyc małą literą

 

Błogość stawała się coraz intensywniejsza, niemal już ekstatyczna. Haton tracił kontrolę, nie mógł już dłużej się opierać.

 

“Sunęła tuż na pomarszczonym morzem” – nad

 

“…nie powstrzymał niewiasty przed pochwyceniem rozbitego w pył mięsa w swe dłonie.” – Jeśli już to w jej dłonie, a nie w swe, ale w ogóle lepiej po prostu: w dłonie.

 

“W myślach błagała Absolut, by pozwolił jej powstrzymać intruza[-,] albo nakłonić go do zmiany zamiarów.”

 

“Zazwyczaj nie opuszcza on swojego uniwersum i ulega degradacji przy śmierci, lecz czasami może on przedostać się tutaj w nienaruszonej formie.”

 

“Haton wysłuchał i zastygł w bezruchu." – Raczej: usłuchał

 

“Miał ponieść mękę, by ocalić inny świat?” – Dziwnie mi brzmi “ponoszenie” męki…

 

“– Nie mam nikogo bliskiego[-,] ani niczego cennego”

 

“dzięki czemu mogę swobodnie przedostawać się do struktury.” – Struktury

 

“Mężczyzna uniósł się na wysokość spojenia krzyża[-,] i nieznana siła przygwoździła go do tesseraktu.”

 

“Łączniczkę zastanawiało to, jakim cudem to w ogóle się udało.”

 

 

Interesująca koncepcja powiązania między jednym człowiekiem a całym światem. Koniec końców to jednak nie moja bajka. Gdyby tekst był dłuższy, czytanie byłoby dla mnie uciążliwe. Także przeczytałam, pokiwałam głową i po namyśle stwierdzam, że opowiadanie jest ok, ale do większych refleksji mnie mimo wszystko nie skłoniło.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

@Finkla

Zgadza się.

 

@Joseheim

Dziękuję, za przeczytanie, komentarz i łapankę. Błędy poprawiłem. Nie zgodzę się tylko z “poniesieniem męki”, ta fraza często pojawia się w tekstach religijnych, występuje też w “Świętoszku” Moliera.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Rozumiem, dlatego tylko napisałam, że dziwnie mi brzmi, nie że uważam to za straszny błąd ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Hej :)

 

Miał jednak zbyt słabą wolę, by to osiągnąć.

– dla urozmaicenia można użyć – aby, żeby ;)

 

– Co to za miejsce? Niebo? Piekło? – zapytał Haton, mając w pamięci ostatnie wydarzenia, a mianowicie upadek i trzask łamanych kości.

– słowo mianowicie zgrzyta jak piach w zębach – oficjalne i zupełnie niepotrzebne przypomnienie.

Czy był to potężny mędrzec przywiedziony przez ciekawość? A może władca, który zapragnął kontroli nad innymi światami?

– a jak do tego ma się strach. Ktoś potężny raczej by nie czuł strachu…

Mężczyzna uniósł się na wysokość spojenia krzyża i nieznana siła przygwoździła go do tesseraktu.

– dla mnie niepotrzebne powtórzenie już użytej nazwy, która dla większości jest obca. Raz wystarczy ;)

 

Tekst mocno metafizyczny przez co niełatwy do odbioru. Nie jest to mój konik i generalnie stronię od takiej psychodeliki, ale nie mogę nie docenić adekwatność tekstu do konkursu :)

 

Co do spaw stylistycznych to standardowo dla Twoich tekstów pojawiło się kilka pompatycznych zwrotów, które zawsze kłują mnie w oczy. Wiem, że tak piszesz, ale ja się nie umiem przemóc. Nic na to nie poradzę, bo psują mi tzw. podniosłość chwili. Gdy zaczynam się wczuwać w klimat, rozumieć bohatera, a nawet łapać pewną więź z nim… Jeb! „Podziwiać naturalną satelitę Ziemi”. Nie Księżyc, a satelitę. Słowa suche, techniczne i zimne – jak z podręcznika do fizyki. Wieź się zrywa, emocje wyparowują, a tekst przestaje być dla mnie naturalny. Staje się tylko tekstem…

 

Jeszcze psychologia bohatera, a konkretniej specyfika jego zachowania-reakcji na otoczenie i sposób manifestacji uczuć, nie zawsze była dla mnie naturalna. Nazbyt teatralna, trochę przesadzona. W jednym akapicie jest przerażony, a w drugim podśmiewa się pod nosem i na chłodno zastanawia się nad sprawą, która bezpośrednio nie odnosi się do jego problemu – język Mekery. Poza tym zbyt łatwo dał się przekonać…

 

Ale to tylko odczucie pojedynczego czytelnika. Nic czym należałoby się specjalnie przejmować. Nie aż tak bardzo, bo sama wymowa opowiadania o celowości cierpienia jest bardzo fajna. Chociaż dwa ostatnie fragmenty niepotrzebnie rozpraszają jego wydźwięk/brzmienie.

– Jest łatwiej… gdy to ma jakiś cel.

 

Jednym słowem Twoje opowiadanie oceniam jako bogatą wizję tego co nieuchwytne, zahaczające o niezrozumiałe, a jednocześnie bliskie temu co można zobaczyć na własne oczy w obrazach Salvadora.

 

Pozdrawiam

Czwartkowy Dyżurny

Pasowałby mi tu jeszcze obraz ‘Geopolitical child watching the birth”. Tekst imho świetny, mnie wplecenie matematyki bardzo odpowiadało i świetnie oddawało klimat twórczości Dalego – totalny surrealizm z matematyczną logiką. Pod koniec tylko zrobiło się trochę za bardzo dosłownie – niepotrzebne te porównana do Chrystusa, wymowa samego obrazu jest bardzo silna i tekst na koniec o cierpieniu, które ma sens.

Dziękuję za kolejne komentarze :)

 

@Blacktom

Dwie pierwsze poprawki uwzględniłem.

Co do trzeciej – strachu nie czują tylko szaleńcy. Nawet najpotężniejsze jednostki o wielkich dokonaniach mogą odczuwać trwogę w nowych, nieprzewidzianych sytuacjach.

W przypadku czwartej użycie tego słowa miało na celu uniknięcie powtórzenia.

Wiarygodność psychologiczna bohaterów nigdy nie była moją mocną stroną. Może dlatego, że sam nie jestem psychologicznie wiarygodny :D Pozostaje nad tym popracować.

 

@Bellatrix

Cieszę się, że się spodobało. Obraz rzeczywiście pasuje, ale wzorowałem się akurat na innym :) Konkurs na odgadnięcie drugiego obrazu pozostaje nierozstrzygnięty.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

To bardzo dobry tekst. Przeczytałem go z przyjemnością, mimo dość trudnej tematyki pełnej geometrycznych i przestrzennych przekształceń.

 

Jedyne co mnie wybijało z rytmu to pojęcia zarezerowowane dla znawców tematu, takie jak parasole Whitney czy Przestrzeń Calabiego-Yau. Rozumiem, że to smaczki dla wybranych, a bardzo zainteresowani znajdą rozwiązanie w google. Mimo wszystko fajnie by było, gdybym nie musiałbym posiłkować się internetem by w pełni zrozumieć tekst. Chociaż to może tylko moje narzekanie ;)

Tymczasowy lakoński król

Dziękuję za przeczytanie i komentarz, OneTwo :) Fajnie, że się spodobało.

Co do pojęć naukowych – tłumaczenie ich w tekście oznacza ryzyko infodumpingu, a przypisy tutaj nie wyglądają zbyt dobrze, dlatego zdałem się na dociekliwość czytelników i korzystanie z zasobów internetu.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Na zewnątrz pogrążony w mroku, zakurzony i zagracony pokój. Wewnątrz nieustający, paraliżujący niepokój.

Ała.

 

Nie chciał bólu, z cały sił pragnął go ominąć.

Zastanawiał się i zastanawiał, tępo gapiąc się w przemieniające się figury na planszy.

Oj, kiepsko to wygląda.

 

Przeczytałem tekst. Przeczytałem część komentarzy. Niektórzy wspominali w nich o filozofii. Inni o matematyce. Cóż, nie znam się ani na jednym, ani na drugim. Mam trochę jak Reg, gdyż czuję się zdezorientowany po tej lekturze. Być może pojąłem zbyt mało. Wybór, który postawiłeś przed Hatonem odebrałem jako naprawdę mocny punkt tego opowiadania; podobnie Absolut ze swoimi chłodno-logicznymi poglądami. Kapłanka spodobała mi się dużo mniej, wypadła tak jakoś nijako.

Cierpienie Hatona jako wybawienie obcego wymiaru to kapitalny pomysł. Stąd moje zdziwienie, gdy bohater wziął i umarł na tym krzyżu – jakże ma cierpieć, skoro nie żyje? Myślałem, że Absolut odeśle nieszczęśnika z powrotem do jego mieszkania.

A propos pospolitych nazw pisanych wielką literą – naiwnie poszedłem tym tropem i wyguglałem czym jest “Alega”. Najpierw wyszukiwarka usłużnie zapytała, czy chodzi mi o “algę”. Gdy odparłem, że nie, wyskoczyła jakaś wioska o tej nazwie w Samoa Amerykańskim. :D

Na sam koniec jeszcze – upchałeś w tekście dużo dziwnych nazw, żadnej nie tłumacząc, a w komentarzu sugerując, że liczyłeś, że czytelnik je sobie co najwyżej wygugla. Cóż, ja też pewnie mógłbym machnąć tekst, wrzucając doń tyle medycznego bełkotu, że bez dyplomu nie podchodź, ale chyba nie chciałbym sobie tak drastycznie zawężać grona odbiorców. Parę słów wyjaśnień to jeszcze nie infodump.

Pozdrawiam!

Dziękuję za przeczytanie i komentarz, MrBrightside :)

 

Na zewnątrz pogrążony w mroku, zakurzony i zagracony pokój. Wewnątrz nieustający, paraliżujący niepokój.

Ała.

To powtórzenie to celowy zabieg. Pozostałe 2 sugestie uwzględniłem.

 

Cierpienie Hatona jako wybawienie obcego wymiaru to kapitalny pomysł. Stąd moje zdziwienie, gdy bohater wziął i umarł na tym krzyżu – jakże ma cierpieć, skoro nie żyje? Myślałem, że Absolut odeśle nieszczęśnika z powrotem do jego mieszkania.

Alega w tekście wspomina, że aby Ireti zostało uratowane, Haton musi cierpieć do końca swojego żywota. Nie precyzował, jak długo ten żywot ma potrwać. Cierpienie bohatera jest powiązane z innym wszechświatem, ale nie jest to prosta zależność “jeśli Haton istnieje i cierpi = Ireti ma stabilną formę”. Bolesna śmierć stanowi kulminację cierpienia, zapisuje je w historii na wieki.

 

Na sam koniec jeszcze – upchałeś w tekście dużo dziwnych nazw, żadnej nie tłumacząc, a w komentarzu sugerując, że liczyłeś, że czytelnik je sobie co najwyżej wygugla. Cóż, ja też pewnie mógłbym machnąć tekst, wrzucając doń tyle medycznego bełkotu, że bez dyplomu nie podchodź, ale chyba nie chciałbym sobie tak drastycznie zawężać grona odbiorców. Parę słów wyjaśnień to jeszcze nie infodump.

Użycie tych pojęć w suchej, niewytłumaczonej formie wg mnie potęguje przedstawienie Hatona jako zagubionego, nie za bardzo wiedzącego, co się dzieje:

 

Nad nią, w pustce koloru cynobru unosiły się obiekty, których próby zrozumienia przyprawiały o mętlik w głowie. Hiperboloidy, małpie siodła i parasole Whitney'a były jednymi z najprostszych.

 

Uosobienie Struktury twierdziło, że ludzie określiliby to jako przestrzeń Calabiego-Yau, lecz ta nazwa nic nie mówiła Hatonowi.

Również pozdrawiam :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Alega w tekście wspomina, że aby Ireti zostało uratowane, Haton musi cierpieć do końca swojego żywota. Nie precyzował, jak długo ten żywot ma potrwać. Cierpienie bohatera jest powiązane z innym wszechświatem, ale nie jest to prosta zależność “jeśli Haton istnieje i cierpi = Ireti ma stabilną formę”. Bolesna śmierć stanowi kulminację cierpienia, zapisuje je w historii na wieki.

Ach, teraz wszystko jest jaśniejsze. Z jakiegoś powodu zrozumiałem to tak, że dopóki cierpi, Ireti ma się dobrze; brak cierpienia to niszczenie tamtego wymiaru, nawet nie w skali czasowej 1:1, bo tekst sugerował, że chwila oddechu bohatera to początek agonii obcego świata, jakieś zmiany klimatyczne, itd. Z tego powodu logicznym dla mnie było, że kapłanka chce utrzymać cierpienie jak najdłużej.

Ale Twoja wersja też ma sens. :D

Specyficzny (bo i taki być powinien), dobry i bardzo klimatyczny tekst. Możliwość istnienia różnych światów zainteresowała mnie bardziej, od kiedy zacząłem oglądać trzeci sezon Twin Peaks, tutaj zostało to przedstawione w filozoficzny i ciekawy sposób. Dobrze się spisałeś, Wickedzie. Największy plus ode mnie za klimat. Wczułem się w świat przedstawiony, widziałem postacie, rozumiałem je. Fajne :)

Za późno zorientowałem się, że wkleiłeś sugerowaną muzykę. Ja czytałem przy tym, jeśli Cię to interesuje ;)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Podobało mi się :)

Początek i opis cierpień Hatona jakoś nieszczególnie mnie porwał, ale im dalej w tekst, tym lepiej i to w przyroście geometrycznym. Tak od momentu, gdy Haton zaczął iść w powietrzu, miałeś sto procent mojej uwagi. Końcówka to już ogólnie bardzo dobry motyw, gdy łączysz motyw cierpienia i ocalenia. Nie za bardzo kupuję tylko motywu, że krzyż to uniwersalny symbol cierpienia. W świecie chrześcijańskim na pewno, ale czy dalej to już dyskusyjne. Tym niemniej rozumiem czym się tutaj kierowałeś, więc i czepianie jest raczej takie na siłę :)

Z innych rzeczy – spodobał mi się Absolut i jego podejście do wszystkiego. Niby obojętny, ale w rzeczywistości coś tam próbuje robić. Tak to przynajmniej odebrałem.

Podsumowując: bardzo dobra opowieść z wątkami filozoficznymi, które mi nawet podeszły. Definitywnie zagrzmiało :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję za przeczytanie, komentarze i nominację :)

 

@soku

Ten Kalus Schulze też mi pasuje. Ciekawy projekt okładki.

 

@NoWhereMan

Nie za bardzo kupuję tylko motywu, że krzyż to uniwersalny symbol cierpienia. W świecie chrześcijańskim na pewno, ale czy dalej to już dyskusyjne.

Powiedzmy, że ten komentarz nie wziął się z próby ukazania obiektywnej prawdy odnośnie kultury człowieka, ale jako podniesienie tego symbolu do rangi metafizycznej, czegoś transcendentnego. 

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Ciężka sprawa. Może zacznę od tego, że niektórzy w komentarzach mówią o filozofii, o metafizyce, a ja zastanawiam się, czy aby na pewno rozumieją te słowa. Zastanawiam się też od dłuższego czasu nad tobą, Wickedzie, bo jesteś nierozstrzygalną, jak dotąd, zagadką. Nie wiem, czy twoje wizje są bardziej w stylu narkotycznego bełkotu (co wcale nie sugeruje zażywania naprawdę), religijnej narracji, kosmologiczno-ezoterycznej fantazji czy scjento-okołofilozofo-kreacjonizmu. Tak mieszasz, tak niepojęte, pod względem struktury, tworzysz hybrydy, że ja, człek od wielu lat maltretowany pewną nieufnością do idei, racjonalizmem, logiką, pesymizmem, a wręcz pogardą dla wyższych instancji i subiektywnych irracjonalnych wynaturzeń w kwestiach światopoglądowych, po prostu rozkładam bezradnie ręce :D Z jednej strony to jest genialne, z drugiej – ma dokładnie ten sam szablon, co opowiadanie, które nominowałam, a uwiodło mnie w wielu aspektach, których tutaj nie odnalazłam. A szablon ten to kreacja, która wymyka mi się z ram, i uważam ją za nieco bezwładną. Próbujesz diagnozować człowieka – robić to, co tak wielu myślicieli, że po ośmiu latach filozofii nadal nie znam nawet połowy ich wypocin – i robisz to w takim kompletnie nieznanym mi stylu, że nie umiem do niczego tego porównać. A znam tyle teorii! Może jesteś jedyny w swoim rodzaju, ale nadal nie mam do ciebie zaufania w twojej twórczości. Mimo że potrafię ją docenić. Brakuje mi tu takiego ostatecznego przekonania. I bohaterów z krwi i kości, zamiast z czystych idei. Wiem, że dziwnie brzmię, ale tak też brzmi twoje opowiadanie :P Jest jakby potencjałem, który potrafisz opisać (jak?!), ale niezamienionym w materialny byt. Jak raczkujący Bóg, jak ocean Solaris :D Przedziwny z ciebie autor, Wickedzie :D Chyba powinieneś jeszcze więcej zaufania dać sam sobie. Kojarzysz mi się z Dukajem, chociaż praktycznie nie mogę go czytać, a ciebie czytać mi łatwiej. Przeważnie nie mogę go czytać, ale wiem, że ma genialny umysł, i takie przebłyski wykazujesz w niektórych opkach również ty.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Może zacznę od tego, że niektórzy w komentarzach mówią o filozofii, o metafizyce, a ja zastanawiam się, czy aby na pewno rozumieją te słowa.

Naz – proszę to jakbyś i Ty miała kłopoty ze zrozumieniem czym jest metafizyka . Bardzo ogólne, ale adekwatne :p

Naprawdę, Blacktom, uczysz ojca dzieci robić? :P “Tekst mocno metafizyczny” to mógłby być tekst z zakresu filozofii (naukowy i prenaukowy), badający byt na metafizycznych podstawach.  Wicked tego nie robi, a wręcz krytykuje pewne zagadnienia, tyle że są to zagadnienia raczej z zakresu ontologii, a nie metafizyki.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Hm… a ontologia to już nie filozofia?

Może zacznę od tego, że niektórzy w komentarzach mówią o filozofii, o metafizyce, a ja zastanawiam się, czy aby na pewno rozumieją te słowa.

Wicked tego nie robi, a wręcz krytykuje pewne zagadnienia, tyle że są to zagadnienia raczej z zakresu ontologii, a nie metafizyki.

Robi się ciekawie :D

Odwołałam się do twojej wypowiedzi, bo chyba przez to, że użyłeś (IMO źle) słowa metafizyczny, wtrąciłeś się teraz w temat. Nikt nie mówi, że ontologia to nie filozofia, mówię, że metafizyka to nie ontologia. I że tekst nie jest metafizyczny.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

…niektórzy w komentarzach mówią o filozofii, o metafizyce, a ja zastanawiam się, czy aby na pewno rozumieją te słowa.

Przepraszam, ale nie zrozumiałem wymowy tego zdania… Czyli ci co mówią o metafizyce i filozofii to niesłusznie podejrzewają tekst o takie zapędy?

Jako (chyba) jedyny filozof na tej sali, sugeruję jedynie, by rozważniej traktować słowa z tejże dziedziny :P Wicked filozofuje w potocznym tego słowa znaczeniu, a nawet zahacza o pewne kwestie interesujące także badaczy rzeczywistości. Przede wszystkim jednak dokonuje luźnego kreacjonizmu, bo jest twórcą fantastyki. I to IMO dość szalonym, wizjonerskim ;D A filozofia to w wielu swych odsłonach całkiem ścisła i, niestety, kanoniczna (posługująca się kanonem) nauka. Wicked pisze na przykład: – Język idei to tutejszy język urzędowy – zakpił Alega. – Każda myśląca istota nim włada. ← taki konstrukt jak “język idei”, którym ktoś się posługuje (a idea jest wszak, jeśli pójść najprostszym tropem platońskim, niematerialna i pośrednia), z pewnością zainteresowałby filozofów analitycznych, ale ów wickedowy pomysł nie odnosi się konkretnie do danego modelu idei w filozofii, więc analityczni idą gdzie indziej. Albo: – To jej wierzenia, nie obiektywna prawda – skomentował Alega. Obiektywna prawda to bardzo ważne zagadnienie w filozofii i w każdym modelu musi istnieć wyjaśnienie co to niby ma być prawda (a ogółem prawda nie istnieje – ten koronny argument należy obalić, jeśli w ogóle chcieć stworzyć własną teorię) i co to ma być niby obiektywna (obalić: człowiek nie jest w stanie osiągnąć idei obiektywności). Ale Wicked używa tego w formach potocznych, podobnie jak pojęcia woli (które ma tyle znaczeń w filozofii… jaka wola, grecka, schopenhauerowska, nietzscheańska?). On sobie ustala, jak to w fantastyce, znaczenie słów, albo podaje je w rozumieniu intuicyjnym.

Oczywiście nie jestem nieomylna, a opowiadanie czytałam wieczorem. No i człowiek tyle lat siedzący w jakiejś dziedzinie robi się drażliwy, gdy na nią schodzi ;) A jak raz w miesiącu do czegoś się nie przyczepię, to znak, że jestem chora. I ty sam wkładasz kij w mrowisko ;D

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

No cóż, lubię patrzeć jak mrówki biegają w feromonowym szale zagrożenia… ;D

 

Dzięki za jednoznaczne wyłożenie stanowiska. Ciekawe co na to inni “filozofujący filozofowie” na sali? Bo ja, jako “niefilozof” (raptem historyk w spoczynku) przyjmuję do wiadomości zagadnienie i postaram się wyciągnąć lekcyjkę, czym jest filozofia… dla filozofa ;)

 

Dzięki Naz :)

 

Dzięki za obszerny komentarz, Naz :)

 

Nie wiem, czy twoje wizje są bardziej w stylu narkotycznego bełkotu (co wcale nie sugeruje zażywania naprawdę), religijnej narracji, kosmologiczno-ezoterycznej fantazji czy scjento-okołofilozofo-kreacjonizmu.

Być może jest to mieszanka wszystkiego :) Jestem zdania, że autor, chcąc czy nie chcąc, przelewa na papier część swojej osobowości i sposobu spoglądania na świat, a zarówno odmienne stany świadomości, jak i religia oraz duchowość miały spory wpływ na mnie.

 

Brakuje mi tu takiego ostatecznego przekonania. I bohaterów z krwi i kości, zamiast z czystych idei.

Bohaterów z krwi i kości możesz nie uświadczyć, bo niestety do tych krwi i kości czuję niechęć. Rozczarowanie kształtem wszechświata i rzeczywistością jest jednym z powodów, dla których piszę. Może dlatego często w moich utworach logika kuleje, bohaterowie podejmują absurdalne decyzje, a zakończenia to Deus Ex Machiny – nie potrafię zrozumieć zasad rządzących prawdziwym światem, więc nie przenoszę ich do tekstów.

 

Kojarzysz mi się z Dukajem, chociaż praktycznie nie mogę go czytać, a ciebie czytać mi łatwiej. Przeważnie nie mogę go czytać, ale wiem, że ma genialny umysł, i takie przebłyski wykazujesz w niektórych opkach również ty.

Miło mi to widzieć :)

 

Wicked filozofuje w potocznym tego słowa znaczeniu

Sądzę, że to trafna diagnoza. Wolę tak, bo nie posiadam dostatecznej wiedzy, by czynić to na formalnym poziomie :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Pierwszy tekst tak wyraźnie inspirowany konkretnymi obrazami. Właśnie: inspirowany a nie wykorzystujący detale, czy dopisujący historię do obrazka. Pełna, samodzielna, logiczna kreacja świata, oparta na istniejącym dziele (dziełach) sztuki. Obrazy Dalego są dla Ciebie źródłem natchnienia ale nie przesłaniają Twojej własnej wizji. W efekcie powstało opowiadanie, które może spokojnie funkcjonować poza ramami konkursu.

Motywy medyczne i motywy religijne to tematy które sam lubię łączyć. Czego mi zabrakło w Twoim opowiadaniu? Siły rażenia w wykorzystaniu tych elementów. Cała para poszła w tworzenie świata, a problem cierpienia i śmierci wypadł trochę słabo. Za szybko i za łatwo się to wszystko skończyło. Gdybyś poszedł w tym kierunku co Dan Simmons, krzyżujący ojca Dure na drzewie teslowym…

Dziękuję za udział w konkursie.

Dziękuję za przeczytanie i komentarz, Coboldzie :)

 

Cała para poszła w tworzenie świata, a problem cierpienia i śmierci wypadł trochę słabo. Za szybko i za łatwo się to wszystko skończyło. Gdybyś poszedł w tym kierunku co Dan Simmons, krzyżujący ojca Dure na drzewie teslowym…

Z początku planowałem napisać tekst przesiąknięty opisami cierpienia, o pesymistycznym wydźwięku, jednak w trakcie procesu twórczego powstało coś o trochę słodszym zakończeniu. Dlaczego poszło szybko i łatwo? Być może Ktoś nad tym czuwał.

 

Ujawnię przy okazji drugi obraz, który stanowił oparcie tekstu – to “Galacidalacidesoxyribonucleicacid”

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Widzę, że udało Ci się umiejętnie połączyć naukowość, odrealniony, oniryczny klimat oraz nawiązującą do malarstwa Dalego wizję. I jeszcze spoić to wszystko w logiczną, nieprzegadaną całość. Za to wielkie brawa, choć przyznam, że odpowiedź na pytanie "dlaczego Haton" wydała mi się niby dobra, ale jednak jakaś taka zbyt prosta. "Bo tak", bo efekt uboczny, tak akurat wynikło ze Struktury – w ten sposób można wytłumaczyć właściwie wszystko. A czytelnik chciałby jednak dowiedzieć się, co czyni głównego bohatera głównym bohaterem. Choć z drugiej strony można uznać, że zastosowałeś odwrotną taktykę: z przypadkowej postaci Haton staje się herosem właśnie z powodu decyzji, jaką podejmuje na samym końcu.

 

Poruszyłeś kilka interesujących kwestii. Dobrze, że sporo pytań pozostaje jednak otwartych i że uniknąłeś przegadania i nużących, mało odkrywczych wywodów. Wydaje mi się, że problem cierpienia zamknąłeś zbyt prosto, a "być może każdy z nas jest zbawicielem jakiegoś świata" brzmi w sumie nieco naiwnie no i szkoda, że bohater tak łatwo podejmuje decyzję. Choć trzeba przyznać, że nad tym wszystkim góruje najlepsza postać tekstu – fantastyczny Absolut, który swoim relatywizmem pozwala złapać dystans do pojawiających się w tekście rozważań i nieco rozmywa pojawiające się łopatologie. 

 

Zastanawiam się, czy celowo nawiązałeś do teologicznej koncepcji Chrystusa-logosu.

 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Dziękuję za komentarz, Mirabell :)

 

Choć trzeba przyznać, że nad tym wszystkim góruje najlepsza postać tekstu – fantastyczny Absolut, który swoim relatywizmem pozwala złapać dystans do pojawiających się w tekście rozważań i nieco rozmywa pojawiające się łopatologie. 

W sumie tę postać najbardziej polubiłem, więc fajnie, że według ciebie wyszła najlepiej.

 

Zastanawiam się, czy celowo nawiązałeś do teologicznej koncepcji Chrystusa-logosu.

Tak, to było celowe nawiązanie.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Pomysł był mocny, żeby nie powiedzieć, że mocarny. Ciekawa, nawet jeśli pewnym stopniu moralizatorska idea w odpowiednio fantastycznym opakowaniu. Wpadnięcie tekstem w aspekty wielowymiarowości to był znakomity pomysł na samo opowiadanie w dalowskiej konwencji. Opisywanie niewyobrażalnego to wspaniałe wyzwanie, którego efekty siłą rzeczy muszą leżeć blisko abstraktu.

Ale mam wrażenie, że to jest właśnie to, co nie wypaliło. Zabrakło mi tutaj mięsa. Zabrakło mi cudownych opisów i obrazów, które połaskotałyby mi ten flak pod kopułą. A tutaj, niestety, gęsto oparłeś opisy o samą ideę nieopisywalnego, co skutkowało obrazami w stylu „a tutaj obiekt, którego panie drogi, nie można sobie nawet wyobrazić”. Zabrakło tego, co przebłyskiwało przy opisie „Sześcianów Wyroku”. Tam było dobrze, może jeszcze nie idealnie, ale przemawiało, dawało kapkę tego soku, którym opowiadanie w takiej rzeczywistości powinno ociekać.

W efekcie otrzymujemy słowa, takie jak przestrzeń Calabiego-Yau, czy hipersześciany. Słowa, a nie obrazy – czyli odwrotnie do tego, czego jako juror oczekiwałem po konkursowych tekstach. Miałeś niepowtarzalną okazję budować w głowach czytelników własne spojrzenie na rzeczy, na które nie da się spojrzeć jednolicie czy jednoznacznie, czy bardziej – stworzyć mi w głowie kształt, którego nie można dostrzec wyłącznie wzrokiem. W tym jest piękno słów, że można nawet więcej niż na obrazie.

Tak więc zawiodło to, co mogło być creme de la crem tekstu. Mógł być cudowny abstrakt z próbą wyjaśnienia niewyjaśnialnego, a było niewyjaśnialność jako wymówka od opisu samego w sobie.

Mniejszy zarzut mam do dialogów. Albo brzmiały sztucznie (co może być pochodną samej konwencji), albo brakło w nich, znowuż, mięsa. Mnogość wielokropków zastępujących punkty, gdzie można było uderzyć soczystą narracją; bardzo anglojęzycznie prowadzona narracja – na zasadzie, powiedział, wyjaśnił, odpowiedział – wszystko to bez ruchu w przestrzeni, bez wykorzystania rekwizytów, które sam sobie przecież budowałeś; wreszcie wszystko skrótowe i pospieszne, brak przemian, zwykły sznurek prowadzący od początku do beznamiętnej decyzji głównego bohatera.

I nawet jeśli sporo z tego można by wyjaśnić konwencją biblijną, to mnie rzecz niestety nie przekonała. Zwłaszcza, jeśli emocje (zwłaszcza początkowe akapity) wydały mi się ciężkie w sposób napuszony. To było takie rycie po mieliźnie tematu. Ale to może ja jestem bezduszny? :P

 

I nawet jeśli cały komentarz jest przepełniony marudzeniem, to opowiadanie nie jest złe. Ja zwyczajnie bardzo nie lubię niewykorzystanego potencjału, a ty go miałeś tutaj tyle, że hej! Druga rzecz, że ten potencjał znikąd się nie wziął :).

Dziękuję za komentarz, Mały Słowiku :)

 

bardzo anglojęzycznie prowadzona narracja

Być może wynika to stąd, że ostatnio czytam sporo literatury w tymże języku/ Poza tym, lubię oszczędność w didaskaliach.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Chyba dla nikogo nie jest tajemnicą, że tekst bardzo mi się spodobał.

Przede wszystkim przemówiła do mnie obrazoburcza idea, którą znalazłam w tekście: każdy może być Chrystusem. Co więcej – uważam, że Twoje opowiadanie lepiej wyjaśnia pomysł zbawienia świata przez ukrzyżowanie niż robi to Katechizm.

Do tego o kilka rzeczy musiałam spytać Wujka Googla, więc tekst miał dla mnie również walor edukacyjny. Chociaż, gdyby te pojęcia matematyczne wyjaśnić bardziej przystępnie… Może wcale by nie stracił?

Różnie postrzegany absolut też Ci się udał.

Jestem na TAK, znaczy.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za miłe słowa i głos, Finklo :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Odważny pomysł, niezła abstrakcja, ale nie wywołało we mnie większych emocji. Mimo że niektóre dialogi jak ten:

– Mekera Łączniczka. – Alega powitał ją tytułem. – Znów przybyłaś targować się z prawdopodobieństwem?

bardzo mi się :)

Dla mnie to opowiadanie to trochę niewykorzystany potencjał. Absolut był zbyt magiczny i teatralny, bym umiała go traktować poważnie. Za dużo mieszania nauki z niewiadomoczym magią. Natomiast sam koncept – miodzio. Gdyby to rozegrać lepiej, to mógłby być wbijający w fotel tekst.

Tylko nie "Tęcza"!

Dziękuję za przeczytanie i komentarz, Tenszo :)

 

Absolut był zbyt magiczny i teatralny, bym umiała go traktować poważnie.

Fajnie, że udało mi się stworzyć postać wywołującą ambiwalentne odczucie wśród czytelników. Zawsze lubiłem to, w jaki sposób odbiorcy różnie oceniają bohaterów utworu.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Nie potrafię ocenić tekstu, ale zostawię ślad, że tu byłem. Gratuluję nominacji. :)

Trochę nietypowo, bo zacznę od pewnego komentarza i mojego doń stosunku. Może mi wybaczysz takie podejście, Wickedzie, choćby z tego względu, że nieco przesunie ono w czasie wiadro z zawartością, której nie chcesz mieć na głowie, a której ja Ci na głowę wylewać wcale nie mam chęci ni ochoty, ale którą i tak wylać muszę – taka misja.

No dobra, to do rzeczy:

Jako (chyba) jedyny filozof na tej sali, sugeruję jedynie, by rozważniej traktować słowa z tejże dziedziny :P

Osobiście uważam, że filozofem człowiek się rodzi, a nie zostaje – ot, taka tam moja filozofia.

Dziękuję za uwagę, wracam do tematu.

 

Nie wiem, czy mam coraz bardziej wybrakowany gust, czy coraz bardziej zatwardziałe serce (tudzież dupsko), ale Twoje opowiadanie jest kolejnym w tym miesiącu, o którym mógłbym powiedzieć (i powiem): historia eleganio przedstawiona, ale nie ruszyła mnie zupełnie.

No bo, niestety, poza tym, że czytało się dobrze – a nawet więcej niż dobrze: zupełnie przyjemnie – opowiadanie do mnie jakoś nie raczyło przemówić zbyt wyraźnie.

Z początku nawet była w tym pewna moc – cierpienia bohatera opisałeś na tyle sugestywnie, że zrobiło mi się chłopa żal i byłem ciekaw, dokąd porywają go tajemnicze głosy – ale zaczęła się ona wytracać już po pierwszych gwiazdkach, gdy przerzuciłeś ciężar opowieści na ramiona Mekery. No, a potem to już z górki prosto na rzyć: trochę “magii”, trochę filozofii, w sumie zrozumiały, choć nie do końca logiczny mesjanizm – za szybko to wszystko poszło, by było wiarygodne – i kolejny bóg na kolejnym krzyżu (w dodatku, podobnie do Tego Naszego, W Trójcy Jedynego, w jakimś sensie naprawiający własne błędy, więc i poświęcenie w tym wszystkim zupełnie niepełne. Nie mówiąc już o tym, że Haton miał ułatwiony wybór, skoro w jego życiu nie było niczego ani nikogo, dla kogo warto by dalej znosić cierpienie. Oddać za kogoś życie – albo po prostu się poddać – wiedząc, że to nie Ty najbardziej na tym ucierpisz – to dopiero jest wyzwanie). Tyle.

(wiem, że upraszczam wszystko wręcz po chamsku, ale naprawdę żadnej większej głębi; czegoś, co by mnie naprawdę zaciekawiło, poruszyło albo zmusiło do poważniejszych refleksji tutaj nie znajduję)

Zdecydowanie za mało tego dobrego, żeby ruszyć takiego starego, wrednego cynika jak ja. Nawet, jeśli wziąć pod uwagę, że opowiadanie rzeczywiście robi wrażenie pod względem, nazwijmy to, wizualnym: świetne, plastyczne opisy, interesujące, inteligentne dialogi (bodaj najmocniejszy punkt programu), całkiem ciekawa koncepcja z matematyką jako źródłem wszelkiego porządku (chyba znów trochę uprościłem), no i generalnie dobry, czytelny styl.

(W kółko powtarzam te frazy ostatnio i powoli zaczyna mi brakować konceptów, jak to wyrazić, by chociaż z pozoru brzmiało choć trochę oryginalnie, więc sorry za tą sztampę).

Poza tym mam pewne wątpliwości co do sensu całej tej historii. Pomijam już fakt, że zastosowany tutaj przez Ciebie efekt motyla jest dla mnie tak bardzo naciągany, że trąci imperatywem narracyjnym, (choć nie mogę go, oczywiście, wykluczyć – tu by się jednak przydało jakieś rozwinięcie, uzasadnienie, ciąg przyczynowo -skutkowy), ale większe moje wątpliwości budzi coś innego: do Struktury zaczęło wabić Hatona magiczne wołanie i… i tu wszystko się zaczyna sypać. No bo popatrz: z jednej strony mamy matematykę jako źródło praw dla wszystkich wszechświatów, a matematyka jest raczej niezmienna (choć omylna, z tego, co kojarzę), szczególnie w wypadku, gdzie oddziałuje na wszystko z taką precyzją, że choroba jednego człowieka ma kolosalny wpływ na istnienie zupełnie obcego świata. Więc przypadek Hatona, to, że dostał się tam za pomocą medytacji (bardziej wyglądającej mi na jakąś magię jednak) musiałby być błędem, tudzież złamaniem lub odchyleniem od tych praw. A to zdaje się niemożliwe. Można by rozważyć drugą, chyba jeszcze mniej logiczną opcję: ktoś po coś go tam ściągnął. Tylko kto? Alega? Po co? Wszak zaprzeczył własnej inwencji. Poza tym to się nie klei, bo obecność człowieka w Strukturze okazała się pomyłką, której konsekwencje koniecznie należało zniwelować. Tak więc, idąc tym tropem, dochodzę do wniosku, że Haton musiałby znaleźć się w Strukturze tylko po to, by przez fakt, iż znalazł się w Strukturze, nastąpił grożący zagładą Mekerze i jej ziomkom błąd w systemie, który ten sam Haton mógłby potem naprawić, umierając. Zupełnie bez sensu… chyba, że Alega zabawił się bohaterem, dając mu szansę na znalezienie sensu w cierpieniu i śmierci. Jeśli jednak wierzyć zapewnieniom samego zainteresowanego, Absolut jest jedynie bezstronnym obserwatorem, co kładzie całą tą teorię na łopatki (choć są przesłanki, że być może nie warto wierzyć w to, co gość tam sobie mamrocze). Poza tym Alega musiałby okazać się albo wszechwiedzącym, który z góry przewidział, jak zachowa się bohater (co też mi nie do końca współgra – wszak emocje są mu obce, a tutaj musiały mieć ogromny wpływ na decyzję bohatera), albo egocentrycznym, najprawdopodobniej zupełnie znudzonym szaleńcem, który dla własnego jakiegoś widzi mi się postawił na szali życie wszystkich mieszkańców Ireti, nie wiedząc przecież, czy Haton zgodzi się dla nich poświęcić życie.

Cytując klasyka: jak się nie obrócić – dupa zawsze z tyłu. Najprościej byłoby wyjść z założenia, że kłania się tu moja matematyczne upośledzenie i przypadek Hatona jednak da się uzasadnić nie łamiąc przy tym żadnych niedających się złamać praw, ale na ten moment widzę zbyt wiele niejasności i sprzeczności, by uznać takie rozwiązanie za sensowne. Zresztą, nawet jeżeli, to i tak raczej nie zmieni mojej opinii o historii, którą tutaj opowiadasz – jest ładna, ale, niestety, nie trafiła do mnie zupełnie.

 

Przepraszam, że kazałem Ci tyle czekać na komentarz.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dziękuję za przeczytanie i chyba najdłuższy komentarz :) Nie musisz za nic przepraszać, w końcu jesteśmy tu hobbystycznie, nie służbowo :)

 

Cóż mogę powiedzieć, cieszę się, że styl okazał się być dla ciebie dobry, a zwłaszcza dialogi, bo ten element poprzednio mocno kulał.

 

Dlaczego w tym opowiadaniu nie ma logiki? Życiem rządzą różne prawa i zależności, ale schodząc do źródła zawsze odnajdujemy bezsens, niekończącą się serię pytań “Dlaczego?”, więc człowiek narzuca sobie jakiś cele – to chciałem ukazać. Zmusić czytelnika do spojrzenia na istnienie jako chaos, serię obrazów, w której ciąg przyczynowo-skutkowy jest mocno zaburzony.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Nowa Fantastyka