- Opowiadanie: Architekt Chaosu - Nie opuszczę cię aż do wygaśnięcia kontraktu

Nie opuszczę cię aż do wygaśnięcia kontraktu

EDIT. Pomyliłem plik z zapisem. Zamieściłem tutaj wersję nieoczyszczoną z większości błędów wskazanych w becie (wszystko przez tytuł, miałem w “I nie opuszczę...” zamiast w “Nie opuszczę...”).

Opowiadanie zostało poprawione.

_ _ _ _ _ _ _

 

Wszystkie błędy są moje i tylko moje. Mam nadzieję, że opowiedziałem tę historię uczciwie i twórczo.

 

Chciałbym podziękować betującym i oddać im obiecane uwielbienie i chwałę. c:

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Nie opuszczę cię aż do wygaśnięcia kontraktu

Siedzę sam, w ciasnej celi. Płomień świecy drga pod wpływem powiewu wiatru. Jej blask oświetla wnętrze pomieszczenia, w którym się znajduję. Przede mną biurko i sterta papierów, za mną proste, twarde łóżko. Na ścianie okno, za drzwiami straż. Ot, zwykła prostota sprzyjająca pracy, której nawet teraz nie mogę przerwać. A gdy napiszę swój ostatni list, wypalę się jak ta świeca. Przerwałem i podniosłem wzrok znad kartki. Poczułem, że i tak ciasny pokój zaczyna się zmniejszać, kurczyć. Jakby ściany zsuwały się ku sobie. Coś jakby… w pokoju pojawił się jeszcze ktoś. Odwróciłem się.

Na łóżku leżała postać w długim, ciemnym płaszczu. Zdjęła kaptur, widząc, że się odwróciłem. To był mężczyzna w średnim wieku, lecz jego ciało przypominało zwłoki kilkudniowego trupa. Słyszałem o takich, za dużo magii przepłynęło przez niego. Na początku czujesz zawroty głowy, później krztusisz się krwią i wypluwasz zęby a na końcu wybucha ci serce. On wyglądał, jakby za chwilę miało to nastąpić – skóra pokrywająca jego głowę i dłonie była półprzezroczysta i lśniła nieprzyjemnym woskowym połyskiem. Natomiast oczy miał zapadnięte i zmatowiałe.

– Cześć! – powiedział cicho. – Jestem Ether. Czekaj, nic nie mów! Sam wszystko zgadnę. Za szczeniaka podrzucono cię do tej Akademii Magów, w której się właśnie znajdujemy. Zostałeś przyjęty, to jest pewne. Gdybyś nie miał mocy, zostałbyś po prostu strażnikiem. Gdybyś miał – po zakończeniu nauki dostałbyś laskę czarnoksiężnika i poszedł w świat. Niestety, po kilku latach okazało się, że jesteś chaotykiem, masz o wiele większą moc niż przypuszczali, a ty nie potrafisz jej kontrolować. W dniu, w którym się ona objawiła pewnie kogoś zabiłeś. Zapewne teleportowałeś gdzieś tylko połowę ciała albo wywróciłeś flakami na drugą stronę. Zgaduję, że stało się to dzisiaj i właśnie cię zgarnęli,  teraz napiszesz ostatni list, a oni – przerwał na chwilę – cię unieszkodliwią.

Kiwnąłem lekko głową, przybysz miał rację we wszystkim.

– Powiedzmy – rzekł zmęczonym głosem – że jestem tutaj, aby cię uratować – wyjął zza pasa jeden zwój. – Mam tutaj kontrakt. Jest pewna organizacja, która byłaby zainteresowaną twoją kandydaturą. Stawiasz podpis, a ja bezpiecznie cię stąd wyprowadzam – rozejrzał się po celi – bo chyba właśnie tego chcesz. Wyjdziemy stąd, wykonam trzy inne zlecenia, abyś przekonał się i zrozumiał, czym się zajmujemy i co możesz dostać. Pod koniec pójdziemy do szefa i moja rola się zakończy. Jeśli zrezygnujesz w trakcie, wracasz tutaj – ponownie się rozejrzał – czego chyba nie chcesz.

Kiwnąłem głową, a on podsunął mi zwój, na którym było napisane dokładnie to, co powiedział.

– Ale jak ty właściwie do cholery chcesz mnie stąd wyprowadzić? – zapytałem.

– Tak jak wszedłem. – Uśmiechnął się. – Ale wybacz, streszczajmy się. Jestem strasznie zmęczony.

– Wiesz, że nie mam zbyt dużego wyboru?

– Wiem – uśmiechnął się szerzej.

– Nie powiesz mi co to za organizacja ani czym się zajmujecie?

– Postaram się wytłumaczyć po drodze – odparł krótko. – Podpisujesz?

Podpisałem.

– Świetnie! – wykrzyknął. – A teraz obiecuję, że nie opuszczę cię aż do wygaśnięcia kontraktu. Szkoda, że nie jesteś jakąś ładną brunetką – westchnął smutno.

Przybysz wyjął zza pasa kilka kolejnych zwojów i powiedział:

– Teraz czas na zlecenia, co wolisz? Może wybierzemy się na Wschodnie Wybrzeże nawrócić paru orków? Dobrze ich wychowamy, damy im nadzieję, wyślemy z powrotem do dzikich pobratymców, by szerzyli dobrą nowinę, zakładali sekty, szykowali spiski, podważali morale, a potem głosili klęskę ich wielkiego władcy! Tak… to może zachwiać porządkiem nawet całego kontynentu! Oczywiście, jest także pełno kamieni, z których trzeba wyciągnąć miecz albo mocno zawiązanych węzłów do przecięcia.

– Mmm… – powiedziałem cicho. – Możemy po prostu stąd wyjść?

Ether parsknął śmiechem i podszedł do ściany naprzeciw drzwi. Wyjął z sakiewki mały, świecący klejnot i zaczął rysować na murze skomplikowane symbole. Kamień pozostawiał głębokie rysy, które wypełniało blade światło.

– Wyobraź sobie świat – zaczął – w którym każda z istot byłaby dla nas wszechpotężna, byłaby bogiem. Umiałyby posługiwać się magią tak jak my oddychamy. Byłyby długowieczne i miały… uznajmy, sto zmysłów. Teraz wyobraź sobie, że jedna z tych istot zrobiła coś złego, coś, czego odkupieniem nie może być śmierć. Jej pobratymcy wysłali ją do świata marności i kruchości, świata bólu i pogardy, świata istot o pięciu zmysłach, do nas – uśmiechnął się. – Ale, aby zadawać jej dalsze cierpienie, pozostawili pewne… połączenia do ich świata. Aby wygnaniec mógł czuć, co utracił. Ta istota – ciągnął dalej – jednak cholernie się nudzi. Dlatego założyła naszą organizację i udziela nam swoich mocy.

Gdy Ether uznał, że rysunek jest już kompletny, położył na nim dłoń, a ściana zaczęła znikać.

– Korytarze – ciągnął dalej – to jeden z ciekawszych pomysłów. Możemy się dostać, dokąd tylko chcemy, jedynym ograniczeniem jest długość drogi i to, co spotkamy w środku. Plan jest całkiem prosty – salka, korytarz, salka, korytarz. Lecz im dalej idziesz, tym więcej pojawia się rozgałęzień, a niektóre z pomieszczeń mogą być nawet całymi miastami. Gorzej, gdy pomylisz drzwi lub się zgubisz. Ale spokojnie, ze mną nic ci nie grozi.

* *

Wyszliśmy przez utworzoną lukę do długiego korytarza. Dotknąłem ściany. Surowy mur z nieobrobionych kamieni, od którego bił przyjemny chłód. Żadnego mchu czy porostów na zaprawie, nic, nawet zapachu stęchlizny. Było nawet całkiem jasno dzięki blaskowi dnia sączącemu się przez niewidoczne otwory pod sufitem.

– Dlaczego nie uczycie swoich kandydatów od początku tylko chodzisz i wyłapujesz takich jak ja? – zapytałem.

– Bo jesteśmy leniwi. Oczywiście, mógłbym cię uczyć o cierpliwości nie pokazując w ogóle magii przez pierwszy rok. Moglibyśmy chodzić od wioski do wioski i żebrać o jedzenie. Albo zabraniałbym zaklęć, bo istnieje równowaga, której nie wolno naruszyć. Ale to wszystko już jest za tobą.

Nie odpowiedziałem, bo zauważyłem, że zbliżamy się do końca korytarza. Przed nami znajdowały się zwykłe, drewniane drzwi z metalowymi guzami. Nie były zabezpieczone żadną klamką czy kłódką. Ether lekko je pchnął, a one otworzyły się bezgłośnie.

* *

Brodziliśmy po kolana w wodzie, z której wystawały małe, karłowate drzewka.

– Spokojnie, to tylko iluzja – powiedział widząc moje zdziwienie. – To normalnie tak nie wygląda. Zwykle to po prostu kamienne salki. – Spojrzał na zwój –  Przyszliśmy odwiedzić mojego przyjaciela, Moriana. Dla pewności załóż to, gdy się zacznie. – Podał mi amulet.

– Co się zacznie? – zapytałem, lecz nie odpowiedział.

Gestem dłoni zatrzymał mnie w miejscu i sam ruszył dalej.

– Witaj stary przyjacielu! – wykrzyknął.

Na te słowa tafla wody wystrzeliła i z jej wnętrza wyleciał wielki kłąb dymu. Momentalnie rozwiał się a w jego miejscu unosił się smok. Ciemne skrzydła uderzały co chwilę w powietrze, stalowe pazury zaciskały się, a z czarnej, pokrytej łuską paszczy buchał ogień na przemian z parą.

Założyłem amulet. Wszystkie odgłosy stały się przytłumione, a ja poczułem się jakbym został zamknięty w bańce.

Ether błyskawicznie przemienił się w identycznego, lecz złotego smoka i rzucił się na przeciwnika.

Miotali się w gwałtownych skrętach, kłapali zębami, wzlatywali w niebiosa, by po chwili spaść nagle i rzucić się na siebie. Ether wzleciał nagle, by po chwili rzucić się na Moriana z wyciągniętymi szponami, zwalając się na niego. Czarna krew kapała wielkimi kroplami w wodę. Morian wyrwał się, aby wylądować i zmienić postać. Przeistoczył się w człowieka, w takim samym, lecz w o wiele bardziej zniszczonym płaszczu. Mój przewodnik upadł zaraz obok niego. Pojedynek się nie zakończył.

Przeciwnik zaczął przybierać na masie, aż kilkukrotnie przewyższał Ethera. Wielką, zakończoną pazurami dłonią uderzył go, a ten straszliwie ryknął z bólu, jednak już po chwili wystrzelił parą dodatkowych ramion i jeszcze jedną, i jeszcze. Osiem nowych par wpiło się w większego przeciwnika.

Odskoczyli i wrócili do swojej normalnej postaci, a w ich dłoniach pojawiły się noże. Okrążali się wolno, ostrożnie stawiając stopy, nie spuszczali z siebie wzroku. Po chwili skoczyli ku sobie, błyskawicznie zadając ciosy. Przez chwilę nie mogłem ich rozpoznać, wyglądali identycznie. Jeden ciął z góry, w twarz, drugi odwrócił głowę, sam dźgając z dołu, w brzuch. Obaj wymienili kilka szybkich cięć i odskoczyli. Drugim razem krążyli wokół siebie dłużej, to skracając, to zwiększając dystans. Jeden z nich sparował cios przedramieniem, okręcił się i z mocą wbił szpic głęboko w pierś. Przeciwnik nie wydał głosu gdy zwycięzca wyciągnął spokojnie ostrze z rany. Nóż wypadł z dłoni ugodzonego. On sam zwalił się na ziemię. Dopiero teraz poznałem, że Ether wygrał. Zerwał z szyi medalion i wrócił spokojnym krokiem. Gestem kazał mi zdjąć amulet.

– Gotowy na kolejne zadanie? – powiedział z uśmiechem, chociaż na jego twarzy widziałem coraz większe zmęczenie a ubranie było osmalone i ochlapane krwią.

Ponownie zaczął rysować przejście, lecz teraz ręka mu drżała. Wkroczyliśmy w ciemność i zaczęliśmy iść korytarzem.

* *

Tym razem to ja pchnąłem drzwi. Wewnątrz było zimno, przejmująco zimno, nic nie byłoby w stanie ogrzać tego pomieszczenia. Dodatkowo czułem, jak ciemność w której się znajdujemy, oblepia mnie, wkrada się pod ubranie, przeszywa. Ułożyłem ręce, aby przywołać zwykły ognik, którego blask rozproszyłby mrok, ale Ether uciszył mnie machnięciem ręki i wskazał odległy punkt. Musiałem przez chwilę przyzwyczajać wzrok zanim dostrzegłem, że to małe, ledwo tlące się ognisko. Grzała się przy nim jakaś nieruchoma postać, grubo owinięta płaszczem.

– Ten tutaj – powiedział cicho Ether – rozgniewał parę osób. To zwykły złodziej, który posługiwał się magią. My mamy po prostu wziąć rzecz, którą zabrał. Biedak starał się uciec, ale ktoś silniejszy zdążył go dopaść. To jego kara, jednoosobowe piekło. Wyobraź sobie, że tutaj trafiasz. Masz laskę, która rozświetla noc, lecz nie potrafi przebić tej ciemności, masz księgę, grimuar pełen zaklęć, które tutaj na nic się nie zdadzą. Błąkasz się od ściany do ściany szukając wyjścia, którego nie ma. W końcu zauważasz, że gonią cię cienie. Możesz przed nimi uciec, ale jak długo? Ten nieszczęśnik znalazł rozwiązanie – magiczny ogień, pożogę, która spalała zarówno papier, jak i jego umysł, wspomnienia. Otwierał księgę i wyrywał po stronie. Wyrywał, zaklęcie po zaklęciu, wspomnienie po wspomnieniu. I spalał je doszczętnie. Spójrz na tę księgę, która obok niego leży. Jak niewiele stron mu zostało. A gdy spali już wszystko… rozszarpią go.

– Teraz czas na twoją próbę, mój uczniu – powiedział łagodnie. – Przy ognisku leży sakiewka. Wyjmij z niej medalion. Ja będę cię ochraniał.

– Sam mówiłeś, że magia tutaj nie działa. Jak zamieszasz mnie ochronić? – zdziwiłem się. – I dlaczego to ja mam iść?

– Bo otworzyłeś drzwi – odpowiedział i wystawił dłoń. Pojawił się na niej mały ognik. Mag z wyczuciem to dmuchał w niego, to poruszał palcami. Płomień robił się coraz większy, formował w słup, który po chwili uderzył z impetem o sufit.

– Wasza magia tutaj nie działa – powiedział i zamknął dłoń, a płomień zniknął. – Idź – pogonił mnie.

Wolnym krokiem ruszyłem w stronę ogniska, dopiero teraz dostrzegłem, że tam gdzie kończył się blask, tam zaczynały się rozmazane sylwetki, które szczelnie otaczały krąg. Gdy się zbliżyłem – kilka z nich rozpłynęło się robiąc mi przejście.

Pochyliłem się obok nieznajomego, patrząc czy się nie poruszy. Widziałem jedynie pustkę w jego oczach i delikatnie unoszącą się pierś. Włożyłem powoli rękę do sakiewki. Momentalnie ból przebiegł ku moim barkom i wniknął w pierś odbierając oddech. Wypełniło mnie lodowate zimno i na chwilę przestałem widzieć. Mimo to, w dłoni nie było nic, jedynie ciemność.

Osunąłem się na kolana i patrzyłem jak cienie otaczające ognisko, cofają się i kurczą, aby po chwili urosnąć i szarpiąc się, nacierać w moją stronę.

Poczułem jak w dłoni pojawia się drobny, zimny przedmiot. Nie musiałem jej otwierać, by wiedzieć, że to amulet.

W mroku uformowała się mała, błyszcząca linia, zupełnie niepodobna do tej, narysowanej przez Ethera. Rozszerzyła się i powiększyła niczym rozdarcie w niebie i ziemi, niczym podarta kurtyna, oddzielająca światy. Przez nie buchnęła ciemność, a potem cienie. Coraz więcej cieni.

Ether, otoczony jaskrawym białym światłem, wykrzyknął coś gwałtownie, a jego dłoń zapłonęła blaskiem. Szczelina zamknęła się, a cienie, które przeszły uciekły w ciemność pomieszczenia.

Chwiejnym krokiem wróciłem do maga, byłem wyczerpany.

– Co to za cienie? – zapytałem.

Nie odpowiedział.

– Co to za cienie? – zapytałem ponownie.

– Panuje wojna. Wiesz o tym. Sam przecież szkoliłeś się u jednej ze stron. My próbujemy chwytać się wszystkiego. Potrzebujemy sojuszników.

– Słyszałem o takim więzieniu! Zmyliła mnie historia o twoich korytarzach. Czy naprawdę mogliśmy zawędrować aż do krainy umarłych?

Nie odpowiedział.

– Cienie to wszystkie osoby, które tamten zabił, a teraz szukają odkupienia – mówiłem dalej. To wy lub ta istota to zrobiliście. Nie można naruszyć równowagi, wprowadzacie do naszego świata ciemność. Te… duchy będą wolne, gdy ich ofiara zginie. Będą się błąkać a z czasem zaczną atakować ludzi, oszalałe, nienawidzące wszystkiego co żyje.

– Nie mogę. Nie pójdę z tobą dalej – ciągnąłem. Nie można naruszyć równowagi. – powtórzyłem jeszcze kilka razy.

– Rozumiem. Wiesz co to oznacza? – spytał spokojnie.

– Tak. Zabierz mnie stąd.

Ponownie narysował i tak jak poprzednio – bez problemu weszliśmy przez wyrwę.

– Pamiętaj o nas – powiedział z uśmiechem i odszedł, w ciemność korytarza.

– Będę. – I przeszedłem w swoją stronę.

* *

Siedzę sam, w ciasnej celi. Płomień świecy drga pod wpływem powiewu wiatru. Jej blask oświetla wnętrze pomieszczenia, w którym się znajduję. Przede mną biurko i sterta papierów, za mną proste, twarde łóżko. Na ścianie okno. Ot, zwykła prostota sprzyjająca pracy. Przerwałem pisanie i podniosłem wzrok znad kartki. To uczucie jakby… w pokoju pojawił się jeszcze ktoś. Odwróciłem się.

Na łóżku leżał Ether, lecz bez kaptura. Wyglądał na tak samo zmęczonego jak poprzednio, ale nie postarzał się.

– Cześć! – powiedział cicho. – Kto by przypuszczał, że cię nie zabiją, lecz wykorzystają twoją ogromną moc? To chyba było oczywiste… Teraz awansowałeś, zostałeś arcymagiem, gratuluję. Ile to lat minęło?

– O kilka za dużo, jeśli dalej chcesz mnie stąd wyciągnąć.

– Och, spokojnie, ja tym razem po prostu wykonuję kontrakt – powiedział i zerwał się z łóżka.

Nie zdążyłem zareagować, gdy zbliżył mi do głowy rozpaloną jaskrawym światłem rękę. Wszystko wybuchło. Widziałem jedynie płonącą biel. A potem wypaliłem się, jak ta świeca.

Koniec

Komentarze

Są tu ciekawe pomysły. Ta wspomniana istota, korytarze. Tylko mam wrażenie, że do końca nie wykorzystałeś potencjału. Ot, bohater błąka się niczym Dante z Boskiej Komedii po dziwnym wymiarze, który okazuje się ichnią wersją krainy umarłych/piekła. I w zasadzie tyle.

Na plus końcówka. Spodobało mi się, że bohater odmówił i nawet na dobre mu to wyszło. No, prawie ;)

Uniwersum ma w sobie coś niezwykłego, ale za mało tego pokazałeś, bym mógł w pełni to docenić. Ale niektóre z tych urywków wyglądają smakowicie :)

Podsumowując: jest okej, ale bez fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Cześć!

Dzięki za komentarz. Miło, że Ci się podobało. c:

 

Mam pomysł co do tego uniwersum, ale wymagałoby to o wiele więcej czasu i umiejętności, niż mam…

Niech żyje zielona Grenlandia!

Obawiam się, Architekcie, że nie pojęłam, co miałeś nadzieję opowiedzieć. Zupełnie nie trafiła do mnie historia o wędrowaniu korytarzami, urozmaicona walką i opisem odbierania złodziejowi tego, co ukradł. Nie wiem, kim są narrator i Ether, nie wiem, co i dlaczego wydarzyło się na końcu. :(

 

Sie­dzę sam, w cia­snej celi. Pło­mień świe­cy drga pod wpły­wem po­wie­wu wia­tru. Jej blask oświe­tla wnę­trze po­miesz­cze­nia, w któ­rym się znaj­du­ję. – Skąd wiatr w celi?

Ostatnie zdanie zbędne – czy wspomniana świeca mogła oświetlać inne wnętrze, niż wspomniane w pierwszym zdaniu?

 

lecz jego ciało przy­po­mi­na­ły zwło­ki kil­ku­dnio­we­go trupa. – Literówka.

 

póź­niej plu­jesz krwią i wy­plu­wasz zęby… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Po­wiedz­mypo­wie­dział zmę­czo­nym gło­sem… – Powtórzenie.

 

– Tak jak wsze­dłem – uśmiech­nął się.– Tak jak wsze­dłem.Uśmiech­nął się.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Dla pew­no­ści załóż to, gdy się za­cznie. – podał mi amu­let. – Postawiwszy kropkę, nowe zdanie zaczynamy wielką literą.

 

wzla­ty­wa­li w nie­bio­sa, by po chwi­li spaść nagle i rzu­cić się na sie­bie. Ether wzle­ciał nagle w górę… – Powtórzenie. Masło maślane. Czy mógł wzlecieć w dół?

 

cho­ciaż na jego twa­rzy wi­dzia­łem coraz więk­sze zmę­cze­nie a jego ubra­nie… – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

Mo­men­tal­nie ból prze­biegł ku moim bar­kom i wnik­nął w pierś od­bie­ra­jąc od­dech. Wy­peł­ni­ło mnie lo­do­wa­te zimno i na chwi­lę prze­sta­łem wi­dzieć. Mimo to, w mojej dłoni nie było nic, je­dy­nie ciem­ność. Osu­ną­łem się na ko­la­na i pa­trzy­łem jak cie­nie ota­cza­ją­ce ogni­sko, co­fa­ją się i kur­czą, aby po chwi­li uro­snąć i szar­piąc się, na­cie­rać w moją stro­nę. Po­czu­łem jak w mojej dłoni… – Nadmiar zaimków.

 

Prze­rwa­łem pi­sa­nie i pod­nio­słem swój wzrok znad kart­ki. – Zbędny zaimek. Czy istniała możliwość, by podniósł cudzy wzrok?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj Reg!

 

Zawsze gdy widzę Twój komentarz, ogarnia mnie ambiwalencja. Z jednej strony czuję radość, że wskażesz mi błędy, a z drugiej smutek, bo wskażesz mi błędy… c:

Oczywiście nie pozostaje mi nic innego jak schylić głowę Pogromczyni i poprawić błędy usterki.

 

Pozwolisz, że postaram się opowiedzieć Ci tę historię prościej? Wyślę w wiadomości prywatnej.

Niech żyje zielona Grenlandia!

Och, Architekcie, błędy to za dużo powiedziane, raczej trochę usterek. :)

Jasne, że pozwolę, nawet się ucieszę! ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja też poproszę, nie załapałam końcówki :(

To i dla mnie kopia wyjaśnień, sztuk jeden. Poproszę.

Mam wrażenie, że więcej wyjaśnień na temat świata mogłoby pomóc.

Babska logika rządzi!

No dobra. Ruszyło mnie sumienie, że biedny autor łaknie komentarza jak kania dżdżu.

Tytuł rzucił mi się na oczy jak jeszcze był na becie i wydawało mi się, że to będzie jakaś futurystyczna opowieść o instytucji małżeństwa ;) toteż fantasy z dwoma facetami się nie spodziewałam ;)

Na początek: skąd powiew wiatru w celi? Skąd narrator wiedział, że na jego łóżku zmaterializował się mężczyzna, w dodatku w średnim wieku, skoro jego ciało wyglądało jak przeleżały trup?

"jestem tutaj, aby cię uratować – wyjął zza pasa jeden zwój. – Mam tutaj kontrakt." – powtórzenie tutaj.

Czemu mag, którego nie dziwią wybuchające serca ani gadające "zwłoki" jest taki zdziwiony, że ktoś go chce wyciągnąć z celi bez użycia drzwi?

Samo podpisywanie kontraktu nasuwało skojarzenia paktu z diabłem za duszę – nie wiem, czy słusznie :)

"– Ale jak ty właściwie do cholery chcesz mnie stąd wyprowadzić? – zapytałem." – widać, że zapytał. Jeśli określenie nie wnosi nic konkretnego, to lepiej je pominąć, dialog wtedy brzmi bardziej naturalnie, niż najeżony zapytał/powiedział/uśmiechnął się/itd.

Pomysł z korytarzami i salkami jako czymś w rodzaju 'równoległych światów' mi się podobał. Szkoda, że nie został bardziej rozwinięty, bo tu było ładne pole do popisu wyobraźni. Złodziej spalający księgę, by odgonić cienie brzmiał bardzo plastycznie (scena walki w poprzednim 'świecie' podobała mi się mniej). Nie zrozumiałam tylko, czemu nie odebrano mu skradzionego amuletu od razu, zanim go w tę celę wrzucono.

Ten fragment jest mocno niejasny:

"Cienie to wszystkie osoby, które tamten zabił, a teraz szukają odkupienia – mówiłem dalej. To wy lub ta istota to zrobiliście. Nie można naruszyć równowagi, wprowadzacie do naszego świata ciemność. Te… duchy będą wolne, gdy ich ofiara zginie. Będą się błąkać a z czasem zaczną atakować ludzi, oszalałe, nienawidzące wszystkiego co żyje." – wcześniej było, że to złodziej a nie morderca. "wy lub ta istota" – znaczy kto? Czemu oszalałe duchy mają kogoś atakować?

"Siedzę sam, w ciasnej celi." – skoro siedzi w celi, to sugeruje to, że jest uwięziony, jak na początku. Stąd m.in. moje niezrozumienie końcówki.

"Wyglądał na tak samo zmęczonego jak poprzednio, ale nie postarzał się." – znaczy, dalej wyglądał jak trup po kilku dniach rozkładu? ;)

Czemu Ether w końcówce wykonywał kontrakt? Wcześniej wyglądało na to, że jest bardziej zleceniodawcą niż zleceniobiorcą.

Plus dla bohatera, że nie ratował swojej skóry, tylko wrócił do celi. Niejasne, czemu na początku był przekonany, że go zabiją, bo posiada 'zły typ mocy' a na koniec się okazuje, że jednak został arcymagiem. To dlatego, że odbył wędrówkę i wybrał 'dobrze'? Jeśli tak, to warto gdzieś to zaznaczyć.

Mam nadzieję, że tym razem komentarz uznasz za zadowalający ;)

Zgadzam się z Bellatrix, fragment mocno niejasny jest mocno niejasny :) Podobała mi się klamra kompozycyjna i prawy główny bohater. Pomysł z korytarzami interesujący. Ze wszystkich usterek najbardziej w oczy rzuciła mi się ta:

– Wasza magia tutaj nie działa – powiedział z wyższością. – zamknął dłoń a płomień zniknął. – Idź – pogonił mnie.

No, przydałoby Ci się wzbogacenie wiedzy w zakresie pisania dialogów :)

Scena ze złodziejem bardzo dobra, mogłeś się pokusić o więcej takich.

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

W pierwszej chwili nie byłem pewny, czy to nie jest jakaś mała prowokacja, bo strasznie drewniane to opowiadanie, ale po przeczytaniu całości obraz stał się wyraźniejszy. Oj dużo łupiesz na komputerze… Dużo.

@Natarela

Dziękuję, że uznałaś parę pomysłów za interesujące. c:

Błędy mogę poprawić następnym, lepszym opowiadaniem?

 

@Darcon

Dziękuję, że przeczytałeś. Mógłbyś rozwinąć ostatnie zdanie?

Niech żyje zielona Grenlandia!

Architekcie, no cóż, zawsze jest bardziej elegancko, gdy starasz się zostawić za sobą jak najlepsze opowiadania – a nuż kiedyś dorobisz się złotego piórka i ktoś będzie chciał przeczytać wszystkie Twoje działa? Spalisz się ze wstydu :) Poza tym to świetna okazja do poćwiczenia. Ale zrobisz jak chcesz :)

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

Mam takie wrażenie, że inspirację czerpałeś z gier komputerowych, może nie samego pomysłu, ale całości i stylu wykonania.

Nie sądziłem, że to ma aż takie znaczenie…

Mimo wszystko szkoda, że według Ciebie, wyszło drętwo.

Niech żyje zielona Grenlandia!

To tylko jedna opinia, nie zrażaj się.

Podobało mi się. Tekst może nie jest do końca dopracowany pod kątem językowym (trochę Ci zrzędziłem podczas betowania, co nie? ;)), ale sama historia jest ciekawa i niebanalna. No i duży plus za zakończenie.

Przypadł mi do gustu także wątek ze złodziejem, choć moje skojarzenia co do inspiracji nieco rozbiegły się z rzeczywistością. ;)

 

Ode mnie 5/6. :)

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Nowa Fantastyka