- Opowiadanie: zrywoslaw - June

June

Opowiadanie zajęło pierwsze miejsce w konkursie czasopisma SOFA i ukazało się w kwietniowym numerze tejże.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

June

Przedział osobowy trząsł się niemiłosiernie, gdy wojskowy lądownik z pełną prędkością wchodził w nasyconą dwutlenkiem węgla atmosferę Cerbera-4. W miarę pokonywania kolejnych kilometrów hałas wewnątrz stawał się coraz bardziej intensywny i nieznośny. Uderzające o pancerz odłamki zawzięcie raziły cienkie poszycie. Baterie przeciwlotnicze nieustannie pruły w nieboskłon na powitanie nieproszonych gości.

 Przypięci pasami do wyprofilowanych plastikowych foteli żołnierze Pierwszej Dywizji Kosmiczno-Desantowej Intergalaktycznej Kompanii Górniczej oczekiwali w napięciu momentu, w którym będą mogli opuścić rozżarzoną metalową trumnę. Strach przed nagłą śmiercią potęgowała świadomość, że w każdej minucie setki towarzyszących im identycznych kapsuł znikały w kulach ognia, trafione przez artylerię wroga.

Kapral Nicolas Novitzky prawie odgryzł sobie język, kiedy swobodny lot transportera został nagle wyhamowany przez silniki manewrowe. Jaskrawoczerwone lampki w suficie zmieniły kolor na intensywną żółć – sygnał, że do osiągnięcia poziomu gruntu pozostała minuta. Piechociarze odpięli klamry i wstali raźno z twardych siedzeń. Każdy z nich dźwigał ponad sto pięćdziesiąt kilogramów wyposażenia, a ciążenie planety przekraczało jedenaście metrów na sekundę do kwadratu. Dzięki jednak wspomaganiu zintegrowanego z pancerzem egzoszkieletu ich ruchy były sprężyste i dokładnie skoordynowane.

– Gotowić się, świnki! – W słuchawkach osobistych komunikatorów zagrzmiał dziarsko głos sierżanta Mattisa. – Za czternaście sekund znajdziemy się w piekle, ale to my będziemy tam rozdawać ostatnie namaszczenie! – Uniósł w górę swój plazmowy karabin. Zawtórował mu chór bojowych okrzyków.

Transporter osiadł gładko, prawie niewyczuwalnie, w strefie lądowania. Lampki zamigotały na zielono i trap uderzył z łoskotem o nawierzchnię planety, wzniecając przy tym ciemną chmurę drobnego pyłu. Szturmowcy zbiegli z platformy i rozłożyli się w ćwiczoną do znudzenia na księżycowym poligonie formację.

 Gdzie okiem sięgnąć na dobre rozszalała się zacięta bitwa. Z tysięcy lądowników, niczym wygłodniała szarańcza, wysypywały się legiony kosmicznej infanterii. Miotane przez obie strony różnobarwne strumienie pocisków rozświetlały powierzchnię skalistego globu śmiercionośną feerią. Odważni mężczyźni i harde kobiety ginęli taśmowo. Jedni polegli efektownie w asyście wybuchów i wylatujących w górę ton skał. Inni natomiast odchodzili niezauważenie, znienacka przeszyci zagubionym promieniem.

Gdy Novitzky postawił stopę na pylistym podłożu, głowa biegnącego przed nim szeregowego, trafiona celną wiązką plazmy, eksplodowała krwawym rozbryzgiem.

– Kryć się! – ryknął sierżant. Kapral, szukając schronienia dopadł wielkiego czarnego głazu.

Oddział nie zdążył na dobre oddalić się od kapsuły desantowej, a już został nakryty celnym ogniem. Ktoś z przeprowadzających rekonesans wywiadowców nie naniósł na mapy wszystkich umocnień, a za jego błąd płaciła teraz krwią Pierwsza Kosmiczno-Desantowa! Ludzkie błędy korygowane były jednak przez orbitujące nad planetą statki, które monitorowały rozwój sytuacji. Dzięki otrzymanemu sygnałowi Novitzky wyświetlił na wizjerze generowany w czasie rzeczywistym izometryczny obraz pola walki. Ukazywał on lokalizację każdego z członków oddziału oraz wskazywał położenie linii bunkrów broniących dostępu do zyskownych kopalń – celu ich natarcia.

Pracodawca kaprala, czyli Intergalaktyczna Kompania Górnicza, od dawna ostrzył sobie zęby na tę skalistą planetkę, krążącą wokół czarnej dziury. Koncesja na wydobycie jej drogocennych, wartych tryliardy kredytów surowców stanowiła własność Międzyplanetarnego Konsorcjum Wydobywczego, które za żadną, oferowaną oficjalnie i pod stołem cenę nie chciało odstąpić złóż. Nie posiadając odpowiedniej technologii i tak nie potrafiło wykorzystać w pełni potencjału planetoidy. Przypominając bardziej psa ogrodnika niż dochodową korporację, MKW nie miało zamiaru przyczynić się do wzrostu cen akcji największego konkurenta.

Wykorzystawszy wszelkie dostępne formy perswazji, IKG postanowiła nie czekać na zakończenie trwającej dziewięćdziesiąt dziewięć lat dzierżawy. Chcąc przejąć glob, zanim ten zostanie pochłonięty przez pobliską osobliwość, zdecydowała się na rozwiązanie siłowe. Stosując taktykę czynów dokonanych, zarząd przedsiębiorstwa doszedł do wniosku, że przynajmniej do czasu ewentualnego rozstrzygnięcia sporu przed Wszechświatowym Sądem Arbitrażowym kopalnie muszą pracować na ich rzecz pełną parą.

Novitzky namierzył najbliższy bunkier. Wyciągnął z ładownicy naprowadzaną laserowo z kosmosu rakietę penetrującą i podpiął ją do karabinu. Zaakceptował najbardziej optymalną trajektorię i nacisnął spust. Ciągnąc za sobą białą wstęgę spalin z miniaturowego silniczka rakietowego, pocisk pomknął w stronę schronu i wbił się w kilkumetrową betonową skorupę. Musiała minąć dłuższa chwila zanim granat dotarł na wystarczającą głębokość. Eksplozja mikroładunku termojądrowego rozpruła strop i zalała okolicę oślepiającym białym światłem. Fala uderzeniowa była na tyle silna, że skalna bryła, za którą schował się kapral, przesunęła się o kilka centymetrów.

– Naprzód! – rozkazał Mattis i członkowie plutonu wyskoczyli z kryjówek, ostrzeliwując chaotycznym ogniem pozostałości schronu. Rozłożeni w luźną tyralierę gnali przed siebie popędzani kolejnymi dawkami adrenaliny. Wstrzykiwane przez inteligentny pancerz do krwioobiegu podrasowane nanotechnologią hormony pozwalały stłumić w żołnierzach instynkt samozachowawczy i przemienić ich w nieustraszone maszynki do zabijania.

Kapral ustawił przełącznik na ogień ciągły i walił przed siebie bez opamiętania, niczym mityczny wikiński berserker. Zapamiętały w bitewnym szale, nie zwrócił nawet uwagi, gdy trzech biegnących przed nim najemników prawie równocześnie wtargnęło na pole minowe.

Pierwszy z nich został wyrzucony na kilka metrów w górę, kręcąc w powietrzu kozły, podczas gdy jego nogi – urwane – odleciały każda w inną stronę. Padając na ziemię, zanim zemdlał, wciąż jeszcze próbował się ostrzeliwać. Kolejny miał mniej szczęścia, bo ładunek, na który nastąpił, był o większej mocy. Ciało zostało rozerwane na setki krwawych ochłapów. Ostatni pechowiec zdołał odskoczyć, nim zapalnik uruchomił pułapkę. Runął na brzuch w miałkie podłoże tak niefortunnie, że nadział się klatką piersiową na sąsiednią minę. Eksplozja rozczłonkowała jego ciało na kilka większych fragmentów, które padły rozrzucone na znacznym obszarze.

Novitzky tuż przed strefą śmierci poślizgnął się na leżącej mu na drodze ręce poległego. To otrzeźwiło go na tyle, że zdołał ukryć się w najbliższym leju. Po chwili dołączyli do niego sierżant Mattis oraz kilku innych szturmowców, a wśród nich jedyna kobieta w plutonie – starsza szeregowa June. Kapralowi na moment mocniej zabiło serce i nie było to bynajmniej efektem bitewnego stresu.

– Psie syny. Nieźle się zabezpieczyli. Nici z pierwszego miejsca i premii – warknął zniesmaczony dowódca. – A wylot szybu jest prawie na wyciągnięcie ręki – dodał zawiedzionym tonem.

– Ja bym tego tak nie określiła – syknęła poirytowana June. – Jakieś pięćset metrów do hałd. A dam sobie rękę uciąć, że tam też czekają na nas niespodzianki.

– Nie kracz, bo jeszcze przyjdzie ci zapinać stanik stopami, a z tego, co widziałem na unitarce, daleko ci do fakira – odparował Mattis. – Nie widziałaś, co się stało z Rogersem, Hanem i tym trzecim? No, jak mu tam było, temu z krzywym nosem?

– Rostolnikow – przypomniał Novitzky, wycierając płytę pancerza z krwi towarzyszy broni.

– Niech mu Przestrzeń będzie domem! I gdzie, do jasnej cholery, są te zasrane czołgi? Miały lądować zaraz po nas! Centrala, odbiór! – Sierżant darł się co sił, aby przekrzyczeć zgiełk bitwy.

– Uwaga! Rakieta! – zawołał któryś z pozostałych ukrywających się żołdaków. Nie było zbyt wiele czasu na reakcję. Zaalarmowani piechociarze mogli się co najwyżej skulić, zasłaniając odruchowo głowy rękoma. Pocisk bez trudu odnalazł cel i wbił się w sam środek transzei.

Kapral Mikołaj Novitzky poczuł tylko, jak jego dźwignięte mocą wybuchu ciało wyleciało w górę. Przez ułamek sekundy, zanim ogarnęła go ciemność, żałował, że dał się złapać na zachęcającą do zaciągu reklamę. Dla niego pierwsza w życiu bitwa właśnie się zakończyła.

***

Świadomość wracała powoli. Pierwszym jej symptomem była niepohamowana chęć podrapania się po swędzącym palcu prawej stopy. Nie mógł jednak poruszyć ani zdrętwiałymi nogami, ani ścierpniętymi rękoma. O podniesieniu się też nie było mowy, widocznie przypięto go do łóżka. Wolno otworzył powieki, ale nic nie dojrzał, opatulony nieprzeniknioną ciemnością. Po chwili złowił uchem cichy szum jakichś maszyn, jakby pomp. „Szpital?” – rozważał. To przypuszczenie uspokoiło go nieco i ponownie zapadł w sen.

Po przebudzeniu wciąż tkwił w pozycji horyzontalnej zatopiony w gęstym mroku. Próbował się poruszyć, szarpnął ciałem, ale bez rezultatu. Więzy skutecznie krępowały wszelkie ruchy.

– Kto tam? – usłyszał znajomy głos Mattisa. Słowa wypowiadał bez przekonania, brakowało w nich typowej dla niego swady.

– Sierżancie, to ja, Novitzky. – Z gardła kaprala wydobył się tylko wyduszony szept.

– Jesteśmy w niewoli?

– Wydaje mi się, że raczej w lazarecie – uspokoił go Novitzky.

– To dlaczego tu jest tak ciemno? Czy ja oślepłem?! I dlaczego nie mogę się ruszyć? – Mattis wyraźnie zaczynał wpadać w panikę.

– Spokojnie, panie sierżancie. Na pewno niedługo włączą światło. Pewnie lekarze myślą, że jeszcze śpimy.

Jakby na potwierdzenie jego słów sufit rozjaśnił się mdłym blaskiem. Novitzky obracał głową, chcąc rozeznać się w sytuacji. Zauważył, że przykryty jest białym prześcieradłem, podobnym do tych, którymi zasłaniano zwłoki. Znajdowali się w niedużym pomieszczeniu o bielonych ścianach, pod którymi stało kilka łóżek z aparaturą podtrzymującą życie. Kapral był pewny, że leżały tu jeszcze inne osoby, ale ze swojej pozycji nie mógł ich dostrzec.

Znajdujące się naprzeciw niego drzwi otworzyły się. Zamiast spodziewanego medyka próg przekroczył młody mężczyzna w dopasowanym czarnym garniturze z błyszczącej tkaniny. Towarzyszył mu postawny jegomość ubrany w biały kombinezon, zapewne pielęgniarz. Nieznajomy podszedł do kaprala. Usiadł przy łóżku na przysuniętym przez sanitariusza krześle, założył nogę na nogę i zaczął wpatrywać się w rannego.

– Kim pan jest i gdzie my w ogóle jesteśmy? – zapytał Novitzky.

– Właśnie! – krzyknął Mattis gdzieś z drugiego końca sali.

– Spokojnie. Dmitrij, cuć pozostałych, bo nie mam zamiaru się powtarzać.

Dryblas, wprowadzając fachowo jakiś preparat do rurek od kroplówek, szybko uporał się z zadaniem. Po chwili rozbrzmiały jęki kolejnych budzących się pacjentów.

– Odpowiadając na pańskie pytania – zaczął nieznajomy – pozostajecie wciąż na Cerberze-4.

– Wygraliśmy? – wtrącił się Mattis. Na chwilę odzyskał dawną werwę.

– Kopalnie zostały przejęte, ale nie to nas w tej chwili interesuje – odparł oschle gość, marszcząc czoło. – Zatem do rzeczy. Nazywam się Salomon Grossbaum z kancelarii Grossbaum, Synowie i Wspólnicy. Reprezentuję Intergalaktyczną Kompanię Górniczą. Przyszedłem oznajmić państwu, że oficjalnie zostaliście uznani za poległych.

– Jak to?! To jakaś pomyłka! Przecież wciąż żyjemy! – zaprotestował stanowczo Mattis.

– To nazywa pan życiem? Dmitrij, uświadom panu sierżantowi jego sytuację.

Kapral uniósł głowę. Zobaczył, jak przywołany mężczyzna podniósł coś z regału i ruszył w jego kierunku. W rękach trzymał szklany pojemnik, w którym znajdowała się tylko głowa Mattisa! Z szyi sierżanta wychodziły setki cienkich jak włos przewodów i cewek, biegnących do respiratora. Grossbaum wyciągnął z teczki lusterko i przystawił do naczynia. Mattis wybałuszył oczy i gdyby miał płuca, na pewno zaparłoby mu dech.

– Sam pan widzi, że pański stan jest krytyczny.

– Ubezpieczenie pokryje implanty! – bronił się Mattis gniewnie.

– I tu przechodzimy do następnego punktu. – Gość zerknął na wyświetlacz notatnika. – Wasze polisy pokrywają uszczerbek na zdrowiu do poziomu dwudziestu pięciu procent. Wszyscy doznaliście obrażeń przekraczających ten limit.

– A ja? – Kapral wpadł w panikę.

– Proszę bardzo. – Adwokat osobiście ściągnął prześcieradło, odsłaniając pozbawiony rąk i nóg kadłubek Novitzky’ego. – Chciałbym wspomnieć jeszcze o aneksie do kontraktu. Punkt trzydziesty, paragraf ósmy zobowiązuje rekrutów do należytego dbania o powierzony sprzęt oraz zdania go w stanie nienaruszonym po zakończeniu zadania. W przypadku jego utraty lub uszkodzenia nakłada się kary umowne. Z racji tego, że wasze wyposażenie uległo całkowitemu zniszczeniu, zostaliście obłożeni grzywną w wysokości pięciuset tysięcy kredytów. Każdy z osobna. – Ostatnie słowa prawnik wyraźnie zaakcentował.

– To jakiś absurd! Przecież oficjalnie nie żyjemy! – zaoponował któryś ze współpoległych.

– Na mocy obowiązującego prawa szczątki zabitych stały się własnością pracodawcy. Resztki waszych ciał utrzymywane są w stanie żywotności wyłącznie z funduszy IKG tak długo, aż selekcja wyłoni te z nich, które przejawiają perspektywy dalszego ich wykorzystania.

– Jakiego wykorzystania? – Pojemnik z głową Mattisa wciąż spoczywał w rękach pielęgniarza.

– To zależy od decyzji komisji.

– A te, które się nie zakwalifikują? – drążył dalej sierżant.

– Zostaną zutylizowane. Ale na mnie już czas – pożegnał się Grossbaum i wyszedł. Słoik z głową Mattisa wrócił na półkę.

Okazało się, że w sali przebywały jeszcze trzy osoby, z których każda w momencie wybuchu znalazła się w pechowym leju. Starszy szeregowy Pierre Giffard odniósł obrażenia nieco mniejsze niż Novitzky, po utraconych kończynach pozostały mu groteskowe kikuty, którymi wymachiwał komicznie w momentach wzburzenia. Obok niego leżał szeregowy Errikson, mężczyzna monstrualnej postury, ale „za życia” człowiek, do którego najlepiej pasowało staromodne określenie „poczciwy”. Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że wyszedł z bitwy prawie bez szwanku, bo czym był deficyt prawej ręki wobec koszmaru, który przeżywał sierżant? Takie właśnie wrażenie odniósł Novitzky, gdy olbrzym po raz pierwszy usiadł na leżance. Jego początkowe zachowanie wzbudziło jednak spory niepokój wojennych inwalidów. Szeregowy bowiem zakrył twarz wielką dłonią, po czym wstał energicznie, zrywając wbite w niego wężyki, i zaczął bezładnie obijać się o ściany. W amoku potrącił nawet półkę, na której spoczywała głowa dowódcy. Słój zakolebał się niebezpiecznie i prawie zleciał na posadzkę. Co dziwne, Errikson nie wydobył z siebie w tym czasie żadnego dźwięku. Wreszcie potknął się i przewrócił tuż obok Novitzky’ego. Odsłonił przy tym metalową wstawkę w miejscu, w którym wcześniej znajdowała się jego twarz. Siermiężna proteza obejmowała prawie całą głowę, a jej projektant nie przewidział w niej miejsca ani na oczy, ani na uszy. Zamiast ust wstawiono tylko niewielką kratkę.

– Mój Boże! On jest ślepy i głuchy! – pisnął przerażony Giffard.

Palce zszokowanego szeregowca przez przypadek zetknęły się z policzkiem Novitzky’ego. Reagując na nowy bodziec, z delikatnością nieprzystającą do aparycji właściciela obmacały dokładnie facjatę kaprala. Errikson uspokoił się po chwili i z wyciągniętą do przodu jedyną ręką wrócił na swoje miejsce.

Trzecim lokatorem izolatki okazała się June. Z nią wybuch obszedł się dosyć łagodnie, ponieważ zachowała prawą rękę i lewą nogę. Natomiast podmuch musiał trafić wprost w jej twarz, wbijając w skórę setki ostrych odłamków z potłuczonego okularu hełmu. Blizny na szczęście nie rozmyły szczegółów jej wyglądu. Wciąż rozbrajała Novitzky’ego zawadiackim podbródkiem, a oczy zachowały drapieżny blask.

Kondycja psychiczna Mattisa z biegiem czasu pogarszała się coraz bardziej. Był pewien, że tajemnicza komisja skieruje go na eutanazję. Towarzysze zdawali sobie sprawę, że jego podejrzenia miały podstawy. Mimo to June próbowała jakoś go pocieszyć, choć nadaremnie. Po etapie gniewu, w trakcie którego przeklinał wszystko i wszystkich, a w szczególności Intergalaktyczną Kompanię Górniczą, którą uważał za winną swojego kalectwa, przyszła pora na próby pertraktacji. Sierżant prosił o ostatnią szansę i połączenie go nawet z robotem górniczym. Zapewniał, że swoją ciężką pracą spłaci dług zarówno za pancerz, jak i za najtańszy choćby surogat ciała. Gdy nikt nie raczył odpowiedzieć na jego prośby i błaganie, popadł w głęboką depresję. Godzinami sprawiał wrażenie, jakby spał, a gdy otworzył oczy, błądził dookoła nieobecnym wzrokiem. Do końca pobytu już się nie odezwał. Nawet gdy w końcu przyszli po niego dwaj pielęgniarze, jakby odlani z jednej formy, nie protestował.

Po odejściu sierżanta członkowie jego plutonu zintegrowali się jeszcze bardziej i wzajemnie podnosili na duchu. Kapral spędzał długie godziny na rozmowach z Pierre’em. Okazało się, że mieli ze sobą dużo wspólnego. Obaj pochodzili z peryferyjnych planet oraz urodzili się w rodzinach wielodzietnych jako najmłodsze dzieci. Prywatna armia była dla nich jedynym sposobem, aby uciec z zatęchłej prowincji.

June natomiast rzadko przyłączała się do męskich pogaduszek. Od momentu przebudzenia była wycofana i małomówna. Zniknęła gdzieś ta energiczna dziewczyna, do której należał niepobity rekord dywizji w strzelaniu na dystansie dziesięciu kilometrów. Novitzky obawiał się szczególnie o jej psychiczne samopoczucie. Przerażała go perspektywa, że dziewczyna podzieli los Mattisa. Po czasie doszedł do wniosku, że skorupa, w której się zamknęła, była ostatnia szalupą powstrzymującą ją przed pogrążeniem w odmętach obłędu. Wolał jej nie naruszać, toteż wzbraniał się przed próbami szczerej rozmowy, które kobieta mogła odebrać jako natarczywe.

Jako jedyna posiadająca palce, June często przesiadywała z Erriksonem i opuszkami gładziła wewnętrzną część jego dłoni. Pomimo metalicznej maski można było wyczuć, że sprawiało to wielkoludowi wielką przyjemność, a zarazem było jedynym dla niego sposobem kontaktu z rzeczywistością. Subtelny i intymny charakter tego obcowania bardzo zbliżył ich do siebie. Novitzky poczuł nawet ukłucie zazdrości, ale szybko zrozumiał, że dzięki tym seansom więzienie, w którym został zamknięty jego kompan, wydawało się Erriksonowi mniej straszne.

Barczysty szeregowy dał się z kolei zaprząc do pomocy przy unieruchomionych Novitzky’m i Giffardzie. Prowadzona przez kobietę wielka ręka pomagała im usiąść i obracała oszpecone korpusy, aby nie dostali odleżyn. Przez cały okres pobytu w celi nie zjawiła się żadna osoba z personelu medycznego, która skontrolowałaby stan ich zdrowia. Gdyby nie przeszkolenie medyczne June, nie byliby w stanie odpiąć się od pustych kroplówek.

Gdy drzwi otwarto po raz kolejny, na drodze strażników w białych kombinezonach stanął Errikson. Nie zdziałał wiele. Porażony paralizatorem, padł nieprzytomny i został wywleczony za nogi.

June bardzo przeżyła zniknięcie milczącego towarzysza. Przez długi czas nie odezwała się ani słowem i popadła w swoisty letarg. Gdy wreszcie przerwała milczenie, podniosła wtopioną wcześniej w poduszkę zapłakaną twarz i zaszlochała:

– Już nie wytrzymam dłużej… Niech w końcu po mnie przyjdą…

Novitzky miał ochotę podejść do niej, ale jedyną rzeczą, na którą mógł sobie pozwolić, to tępo wpatrywać się w sufit. Nie było już Erriksona i jego pomocnej lewicy.

Nie musieli długo czekać na przybycie bezwzględnych konwojentów. Jak zwykle zjawili się bez żadnej zapowiedzi. Novum było to, że jeden z nich złapał Novitzky’ego i przeniósł na przyholowane łóżko, drugi tymczasem posadził June na wózku inwalidzkim.

Przez chwilę jechali wspólnie jasnym korytarzem, po czym zostali rozdzieleni. Novitzky był pewien, że już na zawsze. Pielęgniarz wjechał z nim do niewielkiego gabinetu. Żołnierzowi wstrzyknięto jakąś substancję, po której zapadł w głęboki, pozbawiony snów sen.

***  

Po otwarciu powiek pierwszą rzeczą, którą zobaczył, była twarz Grossbauma.

– Wrócił pan już do siebie? – Prawnik pochylił się nad kaleką.

Novitzky, wciąż jeszcze otumaniony, instynktownie dźwignął się na łóżku i usiadł. Dopiero gdy powróciła mu zdolność kojarzenia faktów, uświadomił sobie, czego właśnie dokonał. Uniósł nowe dłonie na wysokość oczu. Niepowleczony atrapą skóry system elektrycznie wspomaganych tłoków imitujących ścięgna nie był szczytem kunsztu protetycznego. Podobnie z nogami. Najważniejsze jednak, że mechanizm reagował na wysyłane z mózgu komendy. Musiała minąć chwila, aby kapral na nowo nauczył się chodzić.

– Mam nadzieję, że nacieszył się pan już swoimi nowymi kończynami? Jeśli tak, proszę usiąść. – Adwokat nie krył zniecierpliwienia. Musiał być świadkiem niezliczonej liczby podobnych sytuacji, aby nie wykazywać zrozumienia. – Gratuluję. Przeszedł pan pomyślnie pierwszą część testów.

– Co się stało z kobietą, którą zabrano razem ze mną? – wyrwało się Novitzky’emu.

– Jej los nie powinien stanowić przedmiotu pańskich dociekań – odpowiedział formalistycznie jurysta. – Co do pana, zostanie pan przeniesiony na oddział ogólny, gdzie odbędzie proces adaptacji i poczeka na przydział. Od teraz identyfikowany pan będzie po numerze, który został wytatuowany na czole wraz z kodem kreskowym. – Novitzky natychmiast przejechał metalowymi palcami po łysinie. Protezy nie miały wbudowanych żadnych receptorów, toteż na skórze głowy poczuł tylko zimno metalu.

– Zgoliliście mi włosy?! – Podniósł się, wzburzony.

– Tatuaż trzeba było umieścić w widocznym miejscu.

Novitzky’ego zakwaterowano w obszernej sali, zastawionej rzędami piętrowych łóżek. Wśród tłumu podobnych mu bezwłosych mężczyzn i kobiet próbował odszukać członków swojego oddziału. Niestety, bez rezultatu.

Pewnego razu zawędrował do nieznanego ciemnego korytarza. Zaskoczył go fakt, że udało mu się, nie będąc przez nikogo niepokojonym, dotrzeć tak daleko. Dopiero gdy drogę zastąpiła mu przypominająca wielkiego pająka stalowa bestia, zląkł się nie na żarty.

– Co tu robisz? – zapytała znajomym głosem. Novitzky próbował zasłonić oczy przed światłem wydobywającym się z umieszczonego na odwłoku górniczej maszyny reflektora. Z powodu braku skóry na dłoniach nie zdało się to na wiele.

– Ja tylko… – odparł niepewnie. – Sierżant Mattis?

– Novitzky?

Blask przygasł na tyle, że intruz mógł dostrzec umieszczoną z przodu odwłoka głowę przełożonego.

– A jednak udało ci się! – zawołały radośnie ludzkie usta. – Przyznam się, że nie wierzyłem w ciebie, ale pozytywnie mnie zaskoczyłeś. Jak podoba ci się moje nowe ciało? – Wiertła umieszczone na przedniej parze odnóży zawibrowały złowieszczo.

– Robi wrażenie. Czy to prawda, że wciąż znajdujemy się na Cerberze-4?

– Raczej w jego wnętrznościach. – Sierżant błysnął swoim specyficznym humorem, co oznaczało, że odzyskał emocjonalną stabilność. – A właściwie w jednej z kopalni. Muszę już wracać do pracy, bo powrót z zaświatów sam się nie opłaci.

– Czyli możliwy jest wykup? – zawołał za odchodzącym Mattisem Novitzky.

– Musi być! Przecież gdyby nie był, to nic nie miałoby sensu. – Krocząc ociężale, mechaniczny stawonóg zanurzył się w ciemność.

W Novitzky’ego wstąpiła nowa nadzieja. Skoro taki beznadziejny przypadek jak Mattis zasłużył na łaskę firmy, to innym na pewno też się udało. To tylko kwestia czasu, zanim natknie się na któreś z nich. Razem na pewno obmyślą plan, który pozwoli im uniknąć losu sierżanta.

Mijały jednak kolejne doby i nie spotkał nikogo z oddziału. Obawiał się, że przydział może nastąpić lada moment i w związku z tym szanse na spotkanie malały z każdą bezczynną chwilą. Już prawie stracił nadzieję, aż pewnego razu w stołówce, pochylony nad owsianką, złowił w długiej kolejce do bufetu znajomą twarz.

June drobiła niezdarnie kroczki wraz z posuwającym się korowodem. Proteza nogi musiała być źle dopasowana, bo wyraźnie kulała.

– June… – Novitzky impulsywnie złapał mechanicznymi palcami za nadgarstek organicznej ręki dziewczyny. Taca wypadła jej na podłogę, a zawartość naczyń zachlapała lepkim rozbryzgiem nogawki jej pomarańczowego drelichu. Kobieta popatrzyła na niego mętnym wzrokiem. – Jak się cieszę, że jesteś – dodał entuzjastycznie.

– Szybciej tam! – Garbatego mężczyznę, z którego pleców wystawały zbyt duże sztuczne kręgi, wyraźnie zirytował zastój. Kapral nie zwracał uwagi na zamęt, który spowodował, i wciąż wpatrywał się w June z utęsknieniem, czekając na jej odpowiedź, która nie nadchodziła.

Dopiero na widok zmierzających ku nim dwóch rosłych pielęgniarzy wycofał się, speszony, do zajmowanego wcześniej stolika. Mężczyźni chwycili niestawiającą oporu June pod ramiona i wyprowadzili. Novitzky nie spuszczał z nich wzroku, aż zniknęli za zamkniętymi drzwiami.

Kapral nie potrafił uwierzyć, że najtwardsza babka, jaką znał, kompletnie się rozsypała. Czy może było to wynikiem ingerencji w jej osobowość tutejszych oprawców? Oparł łokcie o blat i skrył twarz w dłoniach, aby nikt postronny nie zauważył jego szklistych oczu. Jaki czeka ją teraz los? Czy jeszcze się zobaczą? Pytania kłębiły się w jego głowie.

Wówczas zaczął nad sobą rozmyślać. Co z nim było nie tak? Obezwładniające go od jakiegoś czasu bezradność i oportunizm zmieniły go w cień siebie. Zastanawiał się, kiedy stracił tę energię, którą czuł w sobie, przystępując do rekrutacji na kurs dla kosmicznych kondotierów. Dlaczego w trakcie drugiego spotkania z Grossbaumem nie skręcił karku temu paskudnemu robalowi z modną fryzurą? Dlaczego wreszcie, gdy weszli pielęgniarze i zabrali June, nie chwycił za stolik i nie przyrżnął im w te łyse łby? Trzasnął pięścią w stół. Siedząca obok kobieta, której mózg widoczny był pod przeźroczysta kopułą sztucznej kości ciemieniowej, łypnęła na niego z naganą.

W jego sercu brakło już miejsca na więcej sentymentów. Zapałał czystą, pierwotną nienawiścią i w rezultacie poczuł się jak nowo narodzony. Przypływ tego szkaradnego uczucia w pewnym sensie oczyścił go wewnętrznie z nagromadzonych złogów psychicznego rozmemłania. Chciał się zrehabilitować. A jedyna ku temu droga wiodła poprzez zemstę na IKG, która go oszukała, bezprawnie uwięziła i chciała uczynić niewolnikiem. Uwolni też June, która została mu tak bezceremonialnie odebrana. Wpierw jednak musiał się stąd wydostać.

Marsz ciemnym tunelem dłużył się w nieskończoność. Novitzky’ego czasem dopadało wrażenie, że w ogóle nie porusza się naprzód. Jedynie skrzypienie sunących po płaskiej ścianie palców informowało, że w ogóle się przemieszcza. W końcu gładka monotonia ustąpiła miejsca szwargotowi chropowatości, a po niedługim czasie mrok zaczęła rozpraszać delikatna poświata. Mężczyzna zwolnił kroku, bo świetlny punkt stawał się coraz wyraźniejszy, a uszu doszedł znajomy dźwięk metalicznego stąpania wielu odnóży. Novitzky zatrzymał się, oślepiony snopem mocnego światła.

– Ty znowu tutaj? – Mattis nie krył zdziwienia. – Czego tu szukasz?

– Ciebie. Potrzebuję przysługi, sierżancie.

– Masz już przydział? – zapytał nieufnie Mattis.

– Jeszcze nie. I właśnie o to chodzi. Potrzebuję skafandra. – Novitzky starał się być jak najbardziej stanowczy. – Zdążyłeś na pewno już dość dobrze poznać sztolnie, więc mam nadzieję, że znasz drogę na powierzchnię.

– Od razu na powierzchnię? A co cię tam tak ciągnie, kapralu? – Mattis był coraz bardziej podejrzliwy.

– Wolność.

– Tam jej nie znajdziesz, mój drogi. Na górze czeka na ciebie tylko pył i skały. – Mattis udawał człowieka pogodzonego z losem.

– I transportowce wywożące urobek – nie poddawał się Novitzky.

– Chcesz uciec stąd ukryty w stercie kamieni? – zakpił sierżant. – Też mi plan. A miałem cię za rozsądnego. Ja bym próbował dostać się do statku ekipy telewizyjnej, która właśnie przybyła robić reportaż.

– Skąd o tym wiesz?

– Fajna ruda laska przeprowadziła nawet ze mną wywiad! – Mattis wyszczerzył się w chełpliwym uśmiechu.

– Nie powiedziałeś jej prawdy? – zdumiał się Novitzky.

– Jakiej prawdy? Moja prawda jest taka, że po bitwie została ze mnie tylko głowa! Już dawno powinienem nie żyć.

– To – Novitzky wskazał na mechaniczny korpus – nie jest prawdziwym życiem. Zamienili cię w zniewolonego potwora.

– To jest przynajmniej stabilna praca i nikt już do mnie nie strzela.

– Nie tęsknisz za światem?

– A co ja miałem z tego świata? – Przednie odnóża sierżanta wykonały dziwny gest, przypominający wzruszenie ramion. – Ale ciebie mogę zrozumieć. Jesteś młody, odważny, a do takich należy świat. Zasługujesz na drugą szansę. Wskakuj, podrzucę cię do wyjścia. Po drodze zahaczymy o magazyn.

***

Powierzchnia przyjęła kaprala dobrze znanym, ciemnoszarym, lunarnym krajobrazem. Po stoczonej niedawno bitwie nie było już śladu. Wszelkie jej pozostałości skwapliwie usunięto, robiąc miejsce dla torowisk i platform startowych.

– Statek telewizji znajduje się w tamtym kraterze – poinstruował Mattis. – Jakieś trzysta metrów stąd.

– Nie wiem, jak ci dziękować, sierżancie.

– Nie musisz. Może się jeszcze spotkamy, na tym lub na tamtym świecie. – Mechaniczny pająk odwrócił się i niezdarnie poczłapał z powrotem w głąb tunelu.

Novitzky miał spore problemy z szybkim poruszaniem się. Bez pomocy egzoszkieletu z wielkim trudem pokonywał znaczną grawitację, za którą współodpowiedzialna musiała być niedaleka czarna dziura. Sprawy nie ułatwiała też gruba warstwa pyłu, która sięgała do kostek. Sztywny materiał, z którego wykonano roboczy skafander, również znacznie ograniczał ruchy. Wszystkie te trudności spowodowały, że wspinaczka ku szczytowi niewielkiego stożka kosztowała go wiele wysiłku. Kilka razy musiał nawet zrobić sobie przerwę, aby złapać oddech.

W trakcie jednego z takich postojów usłyszał donośny dźwięk syreny alarmowej. Obrócił się. Z tunelu, z którego wcześniej wyszedł, wychynęła samotna postać i szybkim tempem zmierzała w jego kierunku. Novitzky zebrał wszystkie siły i z jeszcze większą zaciętością zaczął forsować wzniesienie. Nie zdało się to na nic, bo pogoń nieubłaganie się zbliżała.

Stanąwszy w końcu na szczycie, zobaczył na dnie krateru niewielki statek z logiem ogólnogalaktycznej telewizji. Już przymierzał się do zjazdu z sypkiego stoku, gdy silna dłoń złapała go za ramię i powaliła na plecy. Otarł zakurzony wizjer hełmu. Stał nad nim, okuty w wojskowy pancerz, wartownik. Kapral spojrzał w widoczną za pleksiglasową przyłbicą znajomą twarz. Rozgoryczony tym, co zobaczył, wyszeptał cicho:

– June, dlaczego…

 

Koniec

Komentarze

Gratuluję pierwszego miejsca w konkursie, kawał dobrej roboty! ;D

Czytało mi się bardzo miło i ciekawie – ogólnie nawet scena lądowania i późniejszego desantu mi się podobały, chociaż zwykle nie przepadam za takowymi :d Na pewno mocną stroną są dialogi – zwłaszcza w pierwszej części w wykonaniu Novitzky’ego i Mattiasa – zabawne, dosadne i w punkt ;D

“drobnego pyłu” – wydaje mi się, że jeśli coś jest pyłem, to z definicji jest tez drobne (oczywiście w odniesieniu do odpowiedniej skali, ale nie spodziewam się akurat w tym zdaniu pyłu międzygwiezdnego ;D)

Mam wrażenie, że rzuciły mi się też w oczy błędy w interpunkcji, ale nie będę szukać, poza tym się nie znam ;D

Ogólnie jak najbardziej na plus!

Verman

Dołączam się do zachwytów :) Bardzo fajne, wciągające opowiadanie. Opisy czyta się sprawnie, nie mówiąc już o świetnych dialogach. 

Wcale się nie dziwię, że dostałeś za nie pierwsze miejsce :) Gratuluję i życzę kolejnych sukcesów :)

Czerpiąca z tego co w sci-fi najlepsze, pozornie kameralna historia opowiedziana z dużą wprawą i talentem, czyta się jednym tchem, całość bardzo wciąga. Ładnie zarysowałeś skądinąd znane dobrze fanom sf realia, problem głównego bohatera angażował, końcówka pożegnała czytelnika ukłuciem smutku. Naprawdę fajna rzecz!

Niezły tekst, spodobało mi się przesłanie.

Jak świat światem każda armia dymała swoich żołnierzy jeszcze boleśniej niż oni baby w podbijanych wsiach. Ładnie opisałeś, jak może to wyglądać w przyszłości.

Początek mnie trochę nudził, bo nie lubię walk, ale potem już było tylko lepiej.

Babska logika rządzi!

Na wstępie gratuluję sukcesu :)

Tekst ciekawie prowadzi fabułę oraz całkiem nieźle rozgrywa puentę. Można powiedzieć, że w iście świętogajowym stylu – ze wszystkimi zaletami i wadami tego podejścia.

Na plus definitywnie bohater i jego pragnienie wolności. Spodobała mi się też duszna atmosfera uwięzienia, bezduszność działań korporacji (choć ma tez i swoje wady – o tym za moment) oraz całkiem niezła dynamika walk. No i puenta :)

Ale są też niedociągnięcia, mocno widoczne dla fana militarnego s-f, jakim jestem. Walkę prowadzisz po hollywoodzku, dynamicznie – to na plus. Ale niestety razem z tym przychodzi obraz taktyk rodem z Drugiej Wojny Światowej, nierzadko wprost z ZSRR (w co akurat ładnie wkomponowują się nazwiska części bohaterów). Szarża piechoty, szerokie tyraliery, brak zasłon dymnych, zwiadu czy gardzenie życiem żołnierzy – no, nie jest to definitywnie obraz nowoczesnej wojny.

Sama bezduszność korporacji, choć uzasadniona fabularnie, jest niezwykle problematyczna. Bo stawia jedno pytanie: czemu ktoś chciałby dla nich pracować? Są takie rzeczy, których żadna kasa nie wynagrodzi. A możliwość zostania niewolnikiem może nie być warta ryzyka. Nie wspominając o negatywnym “PiaRze”. Sądzę, że po akcji na Cerberze-4 firma długo nie znajdzie wykwalifikowanego personelu wojskowego do swoich operacji.

taktykę czynów dokonanych

Raczej strategię. Taktyka da zwycięstwo w bitwie, ale to strategia pozwoli je wykorzystać do wygrania całej wojny.

Podsumowując: dobry tekst o zajmującej fabule, ale niepozbawiony niedociągnięć. Raz czy dwa coś wybuchło na niebie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Bardzo porządnie napisane opowiadanie, ale nie zdołało pozostawić po sobie szczególnych wrażeń. Niezbyt zajęła mnie początkowa walka, a los ocalałych, wykorzystywanych przez Kompanię Górniczą okazał się tak osobliwy, że ledwo mieści mi się w głowie. Szkoda tylko, że uczucie Novitzky’ego do dziewczyny przetrwało.

 

Przez ca­łych okres po­by­tu w celi… –> Literówka.

 

Dla­cze­go w trak­cie dru­gie­go spo­tka­nia z Gross­bau­mem nie skrę­cił karku temu pa­skud­ne­mu ro­ba­lo­wi w mod­nej fry­zu­rze? –> …ro­ba­lo­wi z modną fryzurą?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Gratuluję wygranej w konkursie! :)

Początkowo opowiadanie raczej mnie nie wciągnęło – nie przepadam za opisami walk, a choć pojawili się jacyś bohaterowie, cały ten początek wydał mi się taki jakiś bezosobowy, trochę odpychający przez te wszystkie korporacje, politykę i gospodarkę. To zupełnie nie moje klimaty.

Po pierwszym zwrocie zrobiło się znacznie ciekawiej, nietypowa sytuacja, w której znaleźli się bohaterowie, zaintrygowała mnie. Pojawiły się jakieś interakcje, relacje. Nawet szkoda, że ten epizod przebywania w “sali chorych” opisałeś tak z dużego obrazka, bo pewnie dałoby się tutaj wycisnąć więcej emocjonalnego mięsa ;) Zabrakło mi trochę odczuwalnej paniki, lęku – zwłaszcza u głównego bohatera.

Kolejny zwrot przynosi wreszcie działanie bohatera i robi się jeszcze ciekawiej. Od momentu, w którym Novitzky dostaje nowe ciało, czytało mi się najlepiej. Bardzo dobra scena w stołówce. Chociaż to powtórzenie psuje nieco efekt ;P :

 

Taca wypadła jej na podłogę, a zawartość rozchlapała się na podłodze.

 

Wyłapałam też pewną niekonsekwencję. Piszesz, że:

 

(…) przejechał metalowymi palcami po łysinie. Protezy nie miały wbudowanych żadnych receptorów, toteż na skórze głowy poczuł tylko zimno metalu.

 

Zatem nieadekwatny wydaje się ten fragment:

 

Jedynie skrzypienie sunących po płaskiej ścianie palców informowało, że w ogóle się przemieszcza. W końcu gładka monotonia ustąpiła miejsca nieprzyjemnej chropowatości

 

Nie ma receptorów, więc nie czuje gładkości i chropowatości.

 

Ogólnie, bardzo porządne opowiadanie, poza początkiem czytałam z przyjemnością :)

 

Cieszę się, że się podobało, nawet tym, którzy po pierwszych akapitach, które nie przypadły do gustu dobrnęli do końca wink

Wszelkie uwagi są nad wyraz cenne i ze wszech miar słuszne.

 

Nie ma receptorów, więc nie czuje gładkości i chropowatości.

 Chodziło mi bardziej o dźwięk metalowych palców sunących po tych fakturach.

Werweno, zgodziłabym się ze Zrywosławem – w rękawiczkach da się odróżnić gładką nawierzchnię od chropowatej. Tak mi się wydaje.

Babska logika rządzi!

Ok, łapię, w sumie ma to sens. Zazgrzytalo mi, ale nie będę się upierać że mam rację :)

Przeczytałam z przyjemnością, a co do oceny, to wypada się jeno zgodzić z większością opinii, przede wszystkim NoWhereMana. Tekst solidny, napisany bardzo dobrze, obrazowo, sugestywnie, puenta należycie gorzka. A zarzuty – o ile nieludzkość działań korporacji da się przełknąć (cholera wie, jakie normy etyczne będą społecznie akceptowalne w przyszłości) to taktyka działań wojska, rodem z filmowych "Żołnierzy kosmosu", choć niezwykle efektowna, kompletnie nie przystaje do nowoczesnego (a tym bardziej futurystycznego) pola walki. I nie tylko ze względów technologicznych, ale finansowych – w warunkach wojny prowadzonej przy użyciu nowoczesnych technologii, to właśnie żołnierz jest – parsdoksalnie – najkosztowniejszym elementem. Traktowanie ich jak mięsa armatniego jest zwykłym topieniem pieniędzy w błocie. Albo w pyle.

No i jeszcze eksplozja mikroładunku termojądrowego. Żaden ze mnie ekspert, ale wydaje mi się, że prawa fizyki mocno ograniczają możliwości miniaturyzacji samej głowicy, jak i mocy wybuchu. Energia, potrzebna do zainicjowania reakcji termojądrowej też z powodzeniem wystarczyłaby do rozpirzenia wszystkich bunkrów w okolicy na raz. Marnowanie jej na jeden, stosunkowo niewielki wybuch, przypomina ten odcinek Top Gear o staruszkach, gdy do napędzania fotela bujanego użyto pięciolitrowego silnika V8…

Ale dosyć marudzenia, wszak, jak pisałam, tekst mi się podobał. Dobre tempo, kilka refleksji, nieźle skonstruowani bohaterowie. Szczególnie spodobał mi się Mattias, pogodzony z losem, w ciele kombajnu górniczego…

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

I to jest porządne opowiadanie SF :) Już twoje konkursowe podobało mi się, ale to jest znacznie lepsze. Dobrze przedstawione lądowanie desantu, nie przytłaczasz tą akcją, nie ma natłoku informacji, kończysz kiedy trzeba. Trochę patosem poleciałeś z odważnymi mężczyznami i hardymi kobietami, ale co tam, jedno słabe zdanie łatwo się przełyka. Dalsza, psychologiczna część jest równie porządna, całość opowiadania trzyma poziom i bardzo mi się podobała. Masz u mnie ostatni punkt do biblioteki, jeśli nie wyprzedzi mnie jakiś piórkowicz.

Aha, tytuł do dupy.

Z tytułem racja. Nic nie mówi, a niepotrzebnie kojarzy się z czerwcem.

Babska logika rządzi!

Tytuł do bani.

Nie jestem fanką SF, nie znoszę zbyt długich scen batalistycznych, ale… przebrnęłam przez początek, a potem było coraz lepiej. Sądzę, że fani gatunku mogą czuć się usatysfakcjonowani, jeśli nawet mnie się podobało.

Dokładam ostatniego klika.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Z tytułem racja. Nic nie mówi, a niepotrzebnie kojarzy się z czerwcem.

Mnie się skojarzył z Beatelsami :) Za dziecka wymiawiałem tytuł “Hey, Jude” jako “Hey, June” :)

No i jeszcze eksplozja mikroładunku termojądrowego.

Wbrew pozorom, Thargonie, Wujek Sam eksperymentował z atomową bazooką :) Efekt okazał się niepraktyczny – w kwestii wielkości wybuchu praktyczniejsze był zwykłe ładunki. Istniało także zagrożenie dla używającego ją żołnierza (zbyt bliskie trafienie to pewna śmierć albo od eksplozji albo radiacji). Teoretycznie miał służyć do niszczenia dużych grup piechoty oraz skażenia terenu.

W przyszłości pewnie można by zmniejszyć zasięg minimalny (bo pancerze, ochrona ABC), ale nadal rodzi się pytanie – po co? Jeśli starcza kostka cudownego-środka-wybuchowego, po co wstawiać atomówkę? Zresztą artyleria lądowa, orbitalna, albo lotnictwo uzyskałoby ten sam efekt. A koszt pocisku mniejszy :)

Inna sprawa, że nie byłby to raczej pocisk termojądrowy (a więc działający na nuklearnej fuzji), ale raczej atomowy (opierający się na rozpadzie). Te pierwsze miałyby za dużą moc.

Ręcznych granatów atomowych dzisiaj jeszcze nie próbowano produkować (byłby z tym problem), ale w przyszłości to kto wie? Tylko znowu pytanie – po co? ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Wujek sam eksperymentował z atomową bazooką…

A tak, wiem, ale tam chodziło o minimalny możliwy ładunek muklearny, o mocy jakejś pół kilotony, czy coś… Tak jak piszesz dalej, eksplozja termojądrowa to coś zupełnie innego. Do odpalenia reakcji termojądrowej używa się eksplozji materiału rozszczepialnego. Znaczy, trzeba użyć atomówki jako zapalnika jeszcze większej atomówki. Można by też, w sumie, użyć jakiegoś lasera o wystarczająco dużej mocy… Ale nie widzę, jak całe to ustrojstwo miałoby się zmieścić w podwieszanej pod karabinem rakiecie. Masa krytyczna i tak dalej. Nie mówiąc o tym, że nie sa się "zminimalizować" eksplozji termojądrowej. Zatem Eksplozja mikroładunku termojądrowego sensu raczej nie ma.

Z resztą, jak napisałeś – po co? 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Gratuluję wygranej!

Znakomity pomysł i wykorzystanie uniwersalnego tematu jakim jest wykorzystywanie żołnierzy przez armię.  Jeśli interesują Cię takie tematy, to polecam posłuchać zespołu System Of A Down. Oni często się tym zajmują. Pomysł z odratowaniem żołnierzy w celu dalszego ich wykorzystania był strzałem w dziesiątkę. W pająku Mattisie było coś przerażającego. 

Inaczej sprawy mają się z wątkiem tytułowej June. Słabo wypada na tle całej historii. Jest bardziej poboczny i nie znaczący niż to było zamierzone. Gdzieś tam się przewijała, on ją chyba kochał, ale nie widać w tym bardziej zarysowanych emocji. Czegoś mi tu brakuje.

Technicznie jest dobrze. Napisane bez zarzutów, czytało się dobrze.

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Moim celem było zmieszczenie w opowiadaniu (nie tak znowu długim) jak największej ilości kalek charakterystycznych dla s-f, aby tekst stał się w jakimś sensie reprezentatywny dla konwencji, stąd pewnie nacisk położony w pierwszej części na efektowność pola walki, zamiast na efektywność.

Wszystkie uwagi biorę na klatę wink

Hej :)

 

Strasznie dobrze się czytało. Opis desantu nie zanudził (chociaż prawdę powiedziawszy trzeba lubić takie klimaty – rozwiązania taktyczne, militarne zabawki, bitewny humor…) i został świetnie wykorzystany do wprowadzenia w tło wydarzeń – ja przynajmniej nie odczułem zgrzytów i gładko przechodziłem przez kolejne wyjaśnienia/informacje wplecione w fabułę.

 

Korporacyjne postrzeganie człowieka, gdzie ciało dawno straciło swoje sacrum, a moralność nie istnieje wobec korporacyjnych celów. Ile jesteś watr człowieku? Tyle ile pokrywa twoje ubezpieczenie. Obyś zawsze czytał co podpisujesz… Bardzo cyberpunkowo. Co prawda klasycznie, wręcz sztampowo, ale do tego typu klimatów mam słabość ;)

 

No i puenta. Ofiara bezdusznej machiny staje się katem – siłą napędową swojego zniewolenia i odczłowieczenia. Dobrze… ale niestety nie bardzo dobrze :/

 

Wszystko ze względu na jeden szczegół, który osłabia emocjonalna siłę przekazu. Novitzky jest najemnikiem, June jest najemnikiem… Z tego powodu jakiekolwiek rozważania o prawdziwym życiu i zamianie w zniewolonego potwora wybrzmiewają nieco dziwnie… Dlaczego? Bo to właśnie najemnik jest zniewolonych wojną/walką na właśnie życzenie (ba, nie zawsze dla pieniędzy), i to właśnie najemnik nie ma bladego pojęcia o prawdziwym życiu (dom, żona, dzieci i pies).

 

W związku z tym puenta bardziej pasowałaby do żołnierza poborowego, przymuszonego do walki, albo człowieka, który zaciągnął się w imię ideałów, aby boleśnie przekonać się, że jest jedynie towarem, mięsem albo i nawet nie (mój kochany cyberpunk ;), że jego uczucia nie mają znaczenia…

 

No chyba, że u podstaw najemniczej kariery kaprala leżał naprawdę dobry powód, którego nie jestem wstanie wymyślić, aby choć trochę poczuć współczucie dla najemnego „psa”. No może umierający bliski wymagający leczenia… Sama kasa do mało ;)

 

Co do tytułu to może nie najlepszy, ale nikt nie powie, że niewłaściwy. Wszak jest bezpośrednio powiązany z puentą ;)

 

Mimo braków opowiadanie naprawdę dobre. Gratuluję zwycięstwa i publikacji :)

 

Pozdrawiam

Czwartkowy Dyżurny

"wzniecając przy tym ciemną chmurę drobnego pyłu.” – drobny pył? Masło maślane.

 

"– Kryć się! – ryknął sierżant. Kapral, szukając schronienia dopadł wielkiego czarnego głazu.” – ciekawe co by zrobili żołnierze gdyby nie rozkazał. ;)

 

"Zaakceptował najbardziej optymalną trajektorię i nacisnął spust.” – najbardziej optymalna? Hmm… a może być mniej optymalna? ;)

 

"Od teraz identyfikowany pan będzie po numerze, który został wytatuowany na czole wraz z kodem kreskowym” – kod paskowy jest popularnym elementem sf, ale mam wątpliwości co do tego pomysłu, jeśli zna się zasadę działania czytników. Skóra jest elastyczna i zmieniały by  się grubości i krawędzie pasków i odstępów między nimi. Sceptycznie podchodzę to tego pomysłu, a nawet sądzę że jest niewiarygodny. 

 

Mocnym elementem opowiadania jest fabuła – no że jest. Sceny batalistyczne mało wiarygodne, na mój odbiór. Sytuacja, w jakiej znaleźli się okaleczeni, wydała się groteskowa, ale nawet mi się spodobała. Ogólnie opowiadanie czytało się nieźle.

 

 

Nowa Fantastyka