- Opowiadanie: MrBrightside - Proszę pani, planeta nam się rozpada

Proszę pani, planeta nam się rozpada

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Proszę pani, planeta nam się rozpada

Pod malowniczą, starą posiadłość podjechała taksówka. Zamiast dostojnie przystanąć, dając pasażerom czas, by spokojnie mogli wysiąść, pojazd zakrztusił się i zakaszlał, po czym bez ceregieli się przepołowił. Dwóch mężczyzn wylazło z niego w pośpiechu, poganiając jeden drugiego. Ledwo stanęli na zewnątrz, samochód rozsypał się jakby zbudowano go z piachu, a chwilę później wiatr rozdmuchał jego żałosne szczątki.

Z okien posiadłości scenę obserwowała elegancka, siwiutka kobieta, popijając nektar z pomarańczy. Parsknęła i zeszła z widoku przyjezdnym.

Tymczasem kierowca złapał się za głowę i był bliski płaczu. Resztki dumy nie pozwalały mu jednak szlochać jak małemu chłopcu.

– W dzisiejszych czasach trzeba się było liczyć z tym, że coś takiego nastąpi prędzej czy później – oznajmił pasażer, kontent z faktu, że ocalił cenną walizkę, którą wiózł. – A gdyby nas trafiło na środku drogi? A gdybyśmy byli ciągle w środku? No, niech pan patrzy na jasne strony!

– Ale to było nowe auto! – oznajmił z żałością szofer.

– Masz pan. – Drugi z nich wyciągnął smartfon i przelał małą sumę na konto pierwszego. – Złap sobie taksówkę i jedź do domu.

Kierowca jednak się rozpłakał.

Pasażer zapiął płaszcz, bo jak na złość zawiewało chłodem i pospieszył ku wejściu do posiadłości. Jeszcze nawet dobrze nie zapukał, a drzwi już się uchyliły i wyglądnęła zza nich przeurocza staruszka.

– Jakieś problemy, proszę pana?

– Nie większe niż zwykle.

– Proszę, zapraszam do środka.

We wnętrzu pachniało herbatą, taką prawdziwą, suszoną, a nie syntetyczną lurą dla plebsu, którą sprzedawano w sklepach. Przybyszowi aż pociekła ślinka, gdy podążał za babcią po schodach do jej gabinetu. We wspaniale doświetlonym pokoju zapach jeszcze bardziej zgęstniał i kusił.

– Napije się pan czegoś?

– Może… herbaty?

– Phi, herbaty! Przecież nie będę częstować pana byle czym. Co pan powie na ambro?

– Naprawdę, herbata wystarczy…

– Nonsens! Zakocha się pan w ambro! Piję je co wieczór przed obchodem. To mój autorski przepis.

Gość westchnął ze zrezygnowaniem.

– Co to właściwie jest to ambro?

Staruszka czekała na to pytanie.

– Proszę pana: wino – zaczęła wymieniać – nektar z pomarańczy i mój tajny składnik – przysunęła się, przeszła na konspiracyjny szept – kozie mleko!

Mężczyzna nie był pod wrażeniem.

– Co? Nie lubi pan wina? Mogę panu zamiast tego nalać wódki. Też dobrze smakuje.

– Proszę pani – poważnym tonem podjął człowiek w płaszczu, spiął się na twarzy i nawet wstał z krzesła. – Dość tej kurtuazji. Sytuacja jest bardzo poważna i musi mnie pani wysłuchać. Jestem pułkownik Adam Berg, przysyła mnie wojsko.

Kobieta popatrzyła, jakby mówił do niej po chińsku.

– A ja się napiję. – I nieporadnie otworzyła wbudowaną w ścianę małą lodówkę, by zacząć tworzenie koktajlu od nalania schłodzonego mleka.

– Sama pani widziała, co zaszło na podjeździe. Wysłano mnie tutaj, bo pani pomoc jest najbardziej optymalnym rozwiązaniem w tej coraz bardziej tragicznej sytuacji.

– Samo „optymalnym” wystarczy.

– Słucham?

– Słowo „optymalny” z definicji zawiera w sobie przymiot bycia najlepszym, zatem nie sposób go stopniować!

– Niechże mnie pani nie łapie za słówka, to są ważne sprawy!

– Przepraszam, to silniejsze ode mnie. Gdzie ja postawiłam tę butelkę wina z wczoraj…

– Mam tutaj wszystkie potrzebne foldery dokumentów, uprawnienia, kody dostępu, wszystko! Proszę tylko… – Babinka stanęła do pułkownika plecami. Wojskowy wówczas zrozumiał, że zabiera się do rzeczy od złej strony i westchnął po raz wtóry, by dodać: – niech mi pani naleje tej wódki.

Kobieta aż klasnęła w dłonie, słysząc te słowa.

– Ambro z wódką? Twardy z pana zawodnik!

– Czystej niech mi pani naleje…

Nie była to może w pełni satysfakcjonująca gospodynię decyzja, ale rozpromieniona nagłą zmianą zdania gościa, staruszka wyciągnęła kieliszek i własnoręcznie mu nalała.

– W końcu będziemy mogli porozmawiać jak ludzie.

Pułkownik Berg położył walizkę na mahoniowym biurku, wpisał kod, a potem przyłożył palec do czytnika. Dopiero wtedy zamek puścił.

– Niech pani patrzy. Muszę stąd zabrać konkretne…

Biedak nie zdążył skończyć się wysławiać, a walizka otwierać, gdy cała jej zawartość, jak i ona sama, obróciły się w piach.

– O mój boże! Tylko nie to! – dramatycznie zakrzyknął pułkownik.

– Słonko, odkąd nikt inny nie daje rady zarządzać tym ośrodkiem, jedynym bóstwem w okolicy jestem ja. – Babinka postawiła ambro i wódkę na biurku, pośród piasku. – Wszystkich innych bogów kazaliście odesłać do mnie, nie pamiętasz? Rany, ale mi zrobiłeś burdel na tym biurku!

– Pani nie rozumie! Wszystko przepadło!

– Chyba pan wie, co pan trzymał we własnej walizce. Lećmy z głowy, będzie szybciej!

– Kiedy ja nie wiem… To ściśle tajne było… Miałem otworzyć przy pani…

Kobieta usiadła za biurkiem, sącząc ambro.

– Cóż więc pan proponuje?

Pułkownikowi naraz zachciało się płakać, tak jak i wcześniej jego kierowcy. Przypomniał sobie jednak, że przybył do staruszki z nie lada misją i jako wojskowy powinien trzymać fason. Wódka. Kropla nadziei w zaistniałym dramacie! Łyknął ją na raz, a potem skrzywił się i oczy mu załzawiły.

– Powiedziano mi, że wojsko jest z panią dogadane. W zaistniałej sytuacji liczę na pani pomoc.

Odpowiedziało mu parsknięcie.

– Zgodziłam się pana przyjąć i wysłuchać, ale nic ponad to. Chyba pan nie myśli, że podpisywałam cokolwiek in blanco?

– Dobrze… dobrze. Oto co wiem. Ludzkość została zaatakowana przez obcych, którzy stanęli w połowie drogi do Marsa i strzelają w Ziemię dezintegracyjnymi promieniami. Przypadkowe przedmioty po prostu się rozsypują! – Zamaszyście zgarnął trochę piachu z biurka.

Wiekowa sosna wejmutka, rosnąca przy bramie wjazdowej do posiadłości, jak na zawołanie by potwierdzić te słowa, runęła jak zamek z piasku.

– To naprawdę potworne. – Kobieta upiła łyk ambro.

– Lada chwila zaczną rozsypywać się i ludzie, a to będzie koniec naszej cywilizacji!… – Dostrzegł jej opanowanie. – Zaraz, o co tu chodzi? Nie doświadczyła pani problemów z tymi promieniami?

– Jakoś sobie radzimy. Przejdźmy do sedna. Czego pan ode mnie chce?

– Moi przełożeni doszli do wniosku, że być może nie zdążyła pani jeszcze zakończyć resocjalizacji kilku najnowszych przypadków. Wojsko chciało użyć konkretnego z nich do wymazania kosmitów z naszej rzeczywistości. Bo skoro pani podopieczni potrafią dodawać do niej elementy, to czemu by nie mogli ich usuwać? Ale odkąd dane przepadły… Kontakt z dowództwem, aby je odzyskać drogą tajnych kanałów zajmie zbyt dużo czasu.

– Spokojnie. Chętnie panu doradzę, kto najlepiej nada się do tego zadania.

– Naprawdę?

– To zrozumiałe, wszak sytuacja jest nagląca.

Kierowniczka kompleksu zdążyła podejść do drzwi, gdy jej gość pokonywał rzut depresji.

– Proszę za mną. Musimy zejść do podziemi.

Herbaciany aromat ulotnił się, ustępując miejsca sterylnej woni detergentów. Starsza pani podeszła do masywnej grodzi i przysunęła twarz do czytnika siatkówki.

– Zawsze myślałem, że to miejsce to taki pensjonat dla obłąkanych… A nie więzienie.

– To dom dla szczególnie uzdolnionych, pułkowniku.

Gródź się otworzyła.

– Tylko gdybym pozwoliła moim podopiecznym wejść sobie na głowę, już dawno wdeptaliby mnie w ziemię.

– To rozsądne…

– Tak jak i zbudowanie na tym poziomie trzymetrowej grubości murów.

Weszli do korytarza, po którego obu stronach znajdowały się olbrzymie szyby, ukazujące wnętrza skrytych za nimi pokoi.

W pomieszczeniu po prawej, przed gigantycznym telewizorem zajmującym całą ścianę, siedział chłopiec. Ekran wyświetlał operę w Sydney i niebo nad nią skrzące się od fajerwerków.

– Ten młody człowiek przybył do nas znikąd – oznajmiła kierowniczka.

– Jak to znikąd?

– Z Nigdzie. Taka miejscowość. Nie oglądał pan „Chojraka”?

Małe paluszki zastukały w szybkę.

– Korektorko, znam już na pamięć tę sekwencję!

– Na pewno nie znasz!

Chłopczyk przewalił oczami.

– Po tych niebieskich eksplozjach będą złote girlandy, a potem takie czerwone, wielokrotnie wybuchające.

Pokój rozbłysnął na niebiesko, później na złoto, a w końcu na czerwono. Mina chłopca mówiła w tym momencie wszystko.

– Już ci się Sydney znudziło? Przecież dopiero ci je puściłam, nie dalej jak dziś rano po śniadaniu!

– Nie moja wina, że poskąpili kasy i show był taki krótki!

Staruszka wybrała jakiś kod na konsoli obok szyby i potwierdziła komendę skanem siatkówki. Telewizor wyświetlał inny film, a chłopiec w zachwycie popędził rozsiąść się przed ekranem.

– Proszę. Nowy rok w Melbourne. Ma ci wystarczyć co najmniej do jutra!

– Dlaczego znowu Australia? – Młody człowiek znikąd odwrócił się i teatralnie wykrzywił buźkę.

– Ponieważ jestem teraz zajęta. Oglądaj grzecznie, to ci jutro puszczę chiński nowy rok.

Przekupstwo podziałało, a chłopcu zalśniły oczka i to wcale nie od rozpoczynającego się nad Melbourne pokazu. Pułkownik Berg wpadł w konsternację.

– Przepraszam. – Uśmiechnęła się kierowniczka. – Z jakiegoś powodu bardzo lubi fajerwerki. Ale jeśli trzeba, to potrafi skonstruować i tunel czasoprzestrzenny i jakieś działo orbitalne.

– Może lepiej nie… Jeszcze nas potem wszystkich wysadzi…

Przeszli na drugą stronę korytarza.

– No dobrze. To może ten miły pan?

W dziecięcym, idealnie wysprzątanym pokoiku, przy biurku, siedział chłopiec i z pasją rysował. Nawet nie zauważył, że ktoś podszedł.

– Niech pana nie zwiodą pozory. Może i w rozmowie to jest przemiła istota, ale ta śliczna główka kryje potwornie interesujące pomysły. Słyszał pan może o szeptaczu, który zasiał w umysłach połowy uczniów liceum rozkaz samobójstwa? Albo o miasteczku w USA, którego mieszkańcy nagle zaczęli scalać swoje imiona i nazwiska w aseksualne twory, a potem poprzekształcali się w metaludzi? Tam też była niezła jatka; ponoć jedna kobieta sama załatwiła czterdziestu chłopów! A potem zbudowali wieżę, która…

– Mój boże, to jakiś mały sadysta!

– Toż to wizjoner, pułkowniku! Ale mógł pan nie słyszeć tych historii. To raczej nisza.

– Wymordował setki niewinnych nastolatków!

– Ale w jakim stylu! Zgodzę się; jeśli Miły Pan nadpisze naszą rzeczywistość, kto wie co wylezie zza winkla? Ale czyż to nie ekscytujące?

Gdy odchodzili, chłopiec wreszcie zauważył ich obecność i uśmiechał się na pożegnanie rozbrajająco uroczo. Tymczasem kierowniczka i jej gość przeszli przez drzwi. Potem kolejne. Potem pokonali kilka krętych schodów i otworzyli następne drzwi. Jeszcze jeden korytarz, tym razem trochę dłuższy. Cztery pokoje. A może raczej: cele?

Po prawej tym razem dziewczynka. Brązowe włoski do ramion. Po ręce przechadzał jej się tłusty, włochaty pająk, którego obserwowała w skupieniu. Stała w kloszu ze światła, w nieprzeniknionej ciemności.

– Na tę mówimy Wisienka.

– Czy te dzieci nie mają normalnych imion?…

– Mają, mają. Na Wisienkę mówimy Wisienka, bo to taka wisienka na torcie jednej z poprzednich katastrof. To było coś! Rocznica wybuchu wojny, co miasto to inny szalejący kreator. A ona cały Wrocław duchami zalała – i to przeróżnej narodowości! Jakby tego było mało, przyzwani państwo mówili inwersją, jak mistrz Yoda i byli wrażliwi tylko na pogańskie uroki. Biskupów mało szlag wtedy nie trafił. No, o tym było dość głośno, coś pan powinien słyszeć?

Berg przybliżył się do szyby.

– I dlatego za karę trzymacie ją w takich ciemnościach?

– Och, nie!

Kod, potem skan siatkówki. Pokoik zalało światło, ukazując mrowie pająków kotłujących się na ścianach, meblach, podłodze, nawet na suficie. Wszędzie. Porucznik aż odskoczył od szyby, cudem nie wrzeszcząc.

– Wisienka przeżywa ostatnio fascynację pająkami. Cóż poradzić?

Nie zwracające jak dotąd uwagi na nic prócz włochatych szczękoczułek oczka, posłały teraz kierowniczce rozgniewane i naburmuszone spojrzenie. Pająki nie lubiły światła.

– Już, już. – Staruszka z potulnym uśmiechem wyłączyła lampy. – Angażowanie Wisienki to z pewnością wyzwanie. Ale jeśli nie ona, to może…

– Chwileczkę, proszę pani!

Kobieta zatrzymała się na środku korytarza, zaskoczona.

– Skąd tutaj tyle dzieci? Przecież odkąd pamiętam, to na palcach jednej ręki mógłbym wyliczyć sytuacje, kiedy to dzieci były winne którejś z katastrof. Żadna z ich udziałem nie wydarzyła się ponadto w ostatnim czasie! Miała mi pani pokazać tylko świeże przypadki, przed ukończoną resocjalizacją!

– Ależ proszę pana, wszyscy moi podopieczni ukończyli już tak zwaną „resocjalizację”.

– Tak szybko? Jak to możliwe? Więc gdzie oni są?

– Patrzy pan na nich. Cofam ich z powrotem do wieku dziecięcego, bo tak łatwiej sprawować mi nad nimi pieczę. Jednocześnie tym sposobem nie tracę, a wręcz wzmacniam ich niebywałą wyobraźnię, wszak któż jest bardziej kreatywny niż dzieci? W przeciwieństwie do was, wojskowych, bardzo cenię sobie pomysły moich domowników.

– Przecież tak nie można! Jeśli oni uciekną, zamienią nasz świat w koszmar!

– Dramatyzuje pan, powtarzając histeryczną propagandę zatwardziałych realistów! Czy słyszał pan kiedykolwiek, żeby ktoś stąd uciekł? Jak tu siedzę już nie wiem ile lat, tak nigdy mój system mnie nie zawiódł.

– Ale…

– Zawsze powtarzam, że świat, którym rządzicie, to jest wasz świat i że panują w nim zasady takie, jakie sobie ustalicie. A moje rady dotyczące tak zwanych „szaleńców” to tylko sugestie! Ale niech pan pozwoli, że odwrócę trochę to prawo. Wszak chyba mogę sama decydować o tym, co jest najlepsze dla moich podopiecznych? Lata doświadczenia stoją za mną murem. To złoty środek między resocjalizacją, której wymagacie, a… wolnością ekspresji, którą tak jestem oczarowana.

Adam Berg poczuł, że robi mu się zimno.

– Poza tym ma pan teraz, dzięki mnie, dużo większy wybór. Tyle pięknych umysłów, takich jak Hania!

Jej pokoik znajdował się po przeciwnej stronie terrarium Wisienki. Ładnie umeblowany, pełen zdjęć i ciepłych kolorów. Wewnątrz aż chmarno od dzieci.

– Które z nich to Hania?

– Tamta przy piekarniku. Czyżby znowu piekła ciasteczka?

– Dlaczego ich tu jest tyle? Inne dzieci siedziały same.

– Zmusiła mnie! Zamknęła mnie w budynku o ścianach z oskórowanych ludzi, wyobraża sobie to pan? Musiałam ją wziąć sposobem. Zgodziła się do mnie przyjść, ale tylko z dziećmi, wnukami, mężem i psem! Zaczęłam protestować dopiero, gdy zażądała altanki. No bo gdzie ja bym jej jeszcze tu wstawiła altankę?!

– Oskórowani ludzie? No proszę, kolejna sadystka!

– Nie, nie! Hania jest przekochana, jej kreacje bazują na subtelnej edycji realizmu, dlatego tak trudno było mi ją znaleźć. A to jakiś dziad w słomianym kapeluszu nad jeziorem posyłał panienki do innych światów. A to podpięła się pod gigantyczny projekt wizjonera z Moskwy i rzucała kartkami w Warszawie. A to smażalnia-ryb-widmo nad Bałtykiem kogoś zamordowała. Światotwórstwo pierwsza klasa!

– Brzmi doskonale. Myśli pani, że powinienem ją zabrać?

– To bezpieczny wybór, ale nie mogę panu oddać Hani.

– Dlaczego?!

– Jak już mówiłam wcześniej, radzimy sobie z tymi okropnymi dezintegrującymi wiązkami właśnie dzięki Hani. Pozwoliłam jej kreować rzeczywistość w obrębie posiadłości, co nie dopuszcza do rozsypywania się naszego otoczenia. Jeśli coś dodała od siebie, to trudno. Dlatego proszę nie gadać z żadnymi dziadami znad jeziora, jeśli pan jakichś spotka!

– Jak może pani w takiej sytuacji myśleć tylko o swojej posiadłości? Potrzebujemy tej dziewczynki! Ziemia jej potrzebuje!

– Nie. Potrzebujecie jakiegokolwiek kreatora światów. Hania już jeden kreuje. Znajdzie pan tu kogoś równie zdolnego.

– Jestem pewien…

– Jeśli ją pan stąd zabierze, a wiązka trafi w któryś z tych pokoi, nie muszę panu tłumaczyć, co się może stać. Ludzkość wpadnie z deszczu pod rynnę. A o podwójnym kreowaniu nie ma mowy. Wszak to tylko dziecko!

Kierowniczka ucięła temat, przeszli dalej. Chłopiec śpiący w pokoju, w którym wszystko było zbudowane z wełny. Podeszli do szyby, a dzieciak otworzył oczy. Cała wełna nagle przeistoczyła się w porcelanę.

– Cóż tu się dzieje?! – zapiał porucznik Berg.

– O, Tomek to świetny światotwórca! Tylko… z jakiegoś powodu jego światy są zawsze zbudowane z jednego materiału.

– Och, zatem wykluczone! – Wojskowy już się obrócił, by obejrzeć kolejny pokój.

– Ale realistycznie też potrafi tworzyć! – zaoponowała staruszka. – Pamięta pan aferę ze zdechłymi zwierzętami, które pojawiały się znikąd i wszędzie?

Berg spojrzał na staruszkę jak na kosmitkę, nie kryjąc odrazy, którą zdołała w nim przywołać.

– Oczywiście, że pamiętam. Wyobraża sobie pani moją minę, gdy obudziłem się rano zamiast obok żony, to obok idealnie zachowanej świńskiej tuszy? Przynajmniej nie było mi wtedy do śmiechu!

– Bynajmniej.

– Co?

Kierowniczka skapitulowała.

– Cóż. Osobistych animozji nie przeskoczymy.

– A ten? – Berg w końcu wskazał na chłopca z pokoju naprzeciwko. – Czemu ma siwe włosy?

– Bo podaje się za starszego niż rzeczywiście jest. Jego ostatnia działalność, to raczej robienie żartów, ale raz prawie wywołał bunt androidów podających się za sławnych – żywych i martwych – ludzi!

– Chcę ocalić ludzkość, a nie zastąpić ją maszynami!

– Wybredny pan jest, pułkowniku!

Drzwi. Drzwi. Kręte schody. Znowu drzwi.

Ponownie układ pokoi był podwójny, lecz zamiast kolejnego przejścia na prostopadłej ścianie znajdował się tam jeszcze jeden, olbrzymi pokój.

– Matko jedyna, któż tu pani taką fuszerę odwalił?! Nie dało się zamontować jednych drzwi?

– Och, jesteśmy biednym ośrodkiem. Korzystałam z uprzejmości znajomego, wykańczał po kosztach.

– Te zwisające kable z sufitu to jakiś ostatni krzyk mody w aranżacji wnętrz?

– Kolega musiał przerwać prace, bo pewnego dnia oznajmił, że wyjeżdża w podróż życia na poszukiwanie żony. Od tamtej pory przepadł. Chociaż ciągle mam nadzieję, że kiedyś do nas powróci… – Babinka zamyśliła się przez chwilę. Szybko jednak odgoniła nachodzącą ją nostalgię. – A teraz panu pokażę niebywały przykład pojedynku konstruktorów. Słyszał pan jak biednym wiertnikom na Morzu Norweskim ktoś wmówił, że są na księżycu Saturna? A jak pouciekali z miejsca pracy, zaczęli rozsiewać chorobę prionową? Mało wtedy nie wywołali pandemii!

Dziewczynka po lewej w skupieniu oglądała kreskówkę. Berg przystawił nos do szyby, żeby rzucić okiem na serial. Ujrzał obściskującą się w wyuzdany sposób parę mężczyzn.

– Jakże pani może pozwalać oglądać coś takiego dziesięciolatce?!

– Beatka twierdzi, że oglądanie yaoi ją odpręża.

Naraz dziewczynka chwyciła dwie z rozstawionych na podłodze w stojakach menzurek i przed samymi oczami zaczęła przelewać coś z jednej do drugiej.

– A musi być odprężona, bo konstruowanie broni chemicznych to jej pasja.

Obłok dymu fuknął z menzurki, a gdy się rozwiał, ukazał rozgniewane lico Beatki.

– Możecie już stąd iść? Bo przypadkiem nas wszystkich tu zaraz wysadzę!

– Już, już! – Korektorka pociągnęła porucznika za rękaw ku pokojowi naprzeciwko. – Prawda, że temperamentna? Musiałam tam aż zamontować pancerną szybę, bo tak szalała!

Do kolejnego pomieszczenia naniesiono tyle gałęzi, że trudno było dostrzec ukrytego pomiędzy nimi chłopca.

– Ten tutaj mówi na siebie Wróbelek i z jakiegoś powodu uważa się za ptaka… Znalazł na podwórku dwa piórka i wsadza je sobie…

– Och, tyle mi wystarczy!

– Spokojnie, pułkowniku! Wsadza je sobie do uszu. Domyślnie ma wyjść z tego indiański pióropusz, ale ptaki niechętnie się gnieżdżą w naszej posiadłości. Dwa pióra muszą póki co wystarczyć…

– Proszę pani, czas nas nagli, a pani mi pokazuje dzieciaki, które ostatnio konkurowały o to które wywoła większą pandemię? Bądźmy poważni, na litość boską!

– Właściwie Wróbelek stawiał na masowe halucynacje…

Bergowi niewiele brakowało, by zacząć wrzeszczeć. Kobieta dramatycznie westchnęła.

– Dobrze. Nie pozostawia mi pan wyboru.

Ruszyła w kierunku największego z pokoi. Z dwóch, które po drodze mijali, w lewym tuż przy szybie siedziała dziewczynka. Jej pomieszczenie było bieluteńkie i nieumeblowane, a oprócz lokatorki znajdowały się w nim jeszcze tylko zwisające z sufitu żywe, gadające i strojące miny zwłoki.

– A tej co?

– Tęskni, bo nie może wejść do pokoju, do którego idziemy. Ale Gosi panu nawet nie proponuję. W najlepszym wypadku dostałby pan urojeń od jej uroczo koszmarnych światów.

Truposz wystawił w kierunku nieznajomego nadgnity jęzor. Berg czym prędzej odwrócił wzrok od niepozornej panienki i jej towarzysza, lecz po drugiej stronie korytarza ujrzał… pusty pokój. I aż się zatrzymał.

– Matko jedyna! Jeden pani uciekł!

Prąca naprzód w zaaferowaniu staruszka aż też przystanęła.

– Bartuś? – Uśmiechnęła się. – Mówimy na niego Czad, bo ta mała cholera lubi się ulatniać. A potem odcina prąd w pokojach mieszkańców, którzy go zdenerwują. Ale nie jego chcę pokazać. Panie pułkowniku, oto największa chluba tego ośrodka. Jeśli oni się panu nie spodobają, to nie wiem kto mógłby. Przed panem – Koleżanki!

Tym razem pułkownik wręcz przykleił się do szyby, ogarniając wzrokiem grupkę dzieciaków.

– Ale dlaczego Koleżanki? Przecież tam jest co najmniej ze dwóch chłopców.

– Jak pan słusznie zauważył, nie ma wśród nich parytetu, to i nazwę wybrali choć demokratycznie, to niezbyt sprawiedliwie.

Pięć dziewczynek i jeden chłopiec układali puzzle na środku przestronnej sali. Kolejna dziewczynka siedziała w kącie okopana książkami i zeszytami, zaś jeszcze jednego chłopca zamknięto w szklanej kolumnie sięgającej od sufitu po podłogę i jakby tego było mało – zaklejono mu taśmą usta!

– Czego oni nie wymyślili, pułkowniku. Weroniczka ożywiła rzeźby leśnego dziada i terroryzowała nimi miasteczko. Natalka użyła w tym celu napromieniowanych biorobotów. Tereska pojechała po bandzie. Widział pan kiedyś koziorożca ujeżdżającego smoka? Sabinka stworzyła koszmar wszystkich kolejarzy. Justynka wyrolowała wszystkie ruskie dzieci, które czekały na Dziadka Mroza, zsyłając im Dziadka Psychopatę! Może pan sądzić, że na ich tle Norcio wypada blado, bo handlował tylko krabami i śmiercią, ale…

– Niechże się pani uspokoi!

– A widzi pan dziewczynkę w kącie? To Frania, też niezłe ziółko, być może najgroźniejsza z nich wszystkich! Przypuszczamy, że ona cały czas wymyśla, cały czas kreuje. Podobno nawet nie śpi!

– To jakiś obłęd! – wrzasnął porucznik Berg. Kierowniczka zamilkła, a jej podopieczni przerwali zabawę. Wszyscy wpatrywali się w gościa. – Jedno gorsze od drugiego! I dlaczego pani trzyma tamtego biednego chłopca w jakiejś nienormalnej szklanej kolumnie?!

– Mówi pan o Grzmocie? Och, to bardzo proste…

– Grzmot? Niech zgadnę, spopielił jakiś mały kraj, pustosząc go burzą z piorunami?

Pułkownikowi odpowiedział uśmiech. Taki, jaki dostaje ktoś, kto dopiero wszedł i nie ma pojęcia, o czym toczy się rozmowa.

– Grzmot ma po prostu donośny głos. Ta kolumna powinna tłumić dźwięki, ale najwyraźniej reszcie dzieci nadal przeszkadzało gdy mówił. A mówić lubi…

Jedno z dzieci zastukało paluszkami w szybkę. To chyba Tereska.

– Korektorko, musimy zagłosować, czy nowy świat Frani do czegoś się nadaje.

– Znowu? Przecież wczoraj dopiero głosowaliśmy.

– Tak, ale ona od wczoraj wymyśliła trzy kolejne.

– Jestem teraz zajęta, słonko. Powiedz reszcie, że później zagłosujemy.

Tereska wzruszyła ramionami i pobiegła układać puzzle. Tymczasem pułkownik Berg zbladł zauważalnie, oparł się ręką o szybę, a drugą złapał za pierś, jakby właśnie doznawał zawału.

– Co to ma znaczyć?… – jęknął. – Pani też należy do Koleżanek?! Czy to znaczy… że też kreuje pani takie potworności?!

Kobieta roześmiała się serdecznie, choć jej rozmówcy ani trochę nie było do śmiechu.

– Ależ skąd! Ja tylko sprawdzam, czy to, co stworzyły moje skarby, ma jakiś sens. Gdybym chciała sprawdzać i jednocześnie tworzyć, to proszę mi uwierzyć, że nie nazywaliby mnie Wielką Korektorką, a Chorą Wariatką!

– Ta dziewczynka uważa panią za jedną ze swoich! Jak pani to wyjaśni?!

Wskazała palcem na róg pokoju, gdzie na półce ustawiono rozłożystą paprotkę.

– Widzi pan tamto zielsko? Stare to i brzydkie, ale mam sentyment. Natalka zabroniła Koleżankom się do niego zbliżać, twierdząc, że ruszanie liśćmi w najlepszym wypadku wywoła u nich alergię, a w najgorszym ich pozabija. No więc wchodzę tam co jakiś czas podlewać moją paprotkę. A Koleżanki stwierdziły, że skoro kalam swoją obecnością ich świętą ziemię, to najprościej będzie im uznać mnie za jedną z nich.

Wytłumaczenie było wiarygodne, ale pułkownik już dawno przestał trzymać nerwy na wodzy. Wielka Korektorka naraz posmutniała.

– Pokazałam panu tyle pięknych umysłów, a żaden się panu nie spodobał.

– Takie potwory trzeba trzymać w zamknięciu! Izolować je od świata, żeby go chronić!

Spojrzał z pogardą za szybkę. Niektóre Koleżanki obserwowały go zaniepokojone, inne ufnie wpatrywały się w staruszkę.

– Czegóż pan się spodziewał? Z jakiegoś powodu ich tu jednak do mnie przysłaliście. Poza tym to nie był mój pomysł, zwalczać kosmitów w ten sposób.

– Musi być jakieś inne wyjście… Błagam, obiecała mi pani pomóc!

Zdesperowane oczy porucznika Berga poruszyły serce kierowniczki, która przez moment stała się sceptyczna co do celowości kontynuowania tej wycieczki.

– Proszę za mną, pułkowniku.

Obok pokoiku Koleżanek i za nim biegł wąski korytarzyk, którym staruszka poprowadziła Berga. Otworzyła drzwi – tym razem tylko dwie pary – i oboje stanęli na stalowym podeście rozciągającym się ponad nieokreśloną ciemnością. W mroku ginęły schody prowadzące w dół.

Pułkownik wyczekiwał w przejęciu i napięciu, aż kierowniczka wystuka odpowiednią komendę na pulpicie i zeskanuje siatkówkę. Gdy to nastąpiło, wielkie reflektory poczęły zapalać się jeden za drugim, rozświetlając gigantyczną przestrzeń skrytą w podziemiach posiadłości.

Pokoiki z tak dużej wysokości wyglądały jak mrowie kapsuł z tych śmiesznych, japońskich, kompaktowych hoteli. W większości z nich było ciemno, lecz w niektórych paliły się światła. To właśnie w nich dało się dostrzec dziecięce sylwetki.

– Pułkowniku Berg – zaczęła poważnie Wielka Korektorka – pod opieką mam tu już ponad dwadzieścia tysięcy osób, które przez pana mocodawców zostały uznane za niebezpieczne. Lwia część tego grona nie wyróżnia się niczym szczególnym. Prezentuje umiejętności zdecydowanie poniżej tych panu potrzebnych, choć są wśród nich i tacy całkiem ciekawi. Ale możemy szukać nawet do rana, a obawiam się, że i tak nie znajdziemy nikogo, kto spełniłby pańskie wyśrubowane oczekiwania.

Po krótkiej pauzie wojskowy z duszą na ramieniu przemógł się, by zadać kolejne pytanie:

– Dlaczego?

– Bo szuka pan kogoś, kto zamiast tworzyć, będzie niszczyć. Kto zostawi znany panu świat nienaruszonym. W tym celu musiałby pan pozyskać ludzi zadowalających się tworzeniem z tego, co mają pod ręką. Zabójców. Gwałcicieli. Sodomitów. Rozbójników. Musiałby się pan udać do więzienia, pułkowniku Berg. Ale ilu więźniów by pan nie zwerbował, żaden nie stworzy panu kalki świata, który pan zna. Bo oni nie potrafią tworzyć tak jak mieszkańcy tego kompleksu.

– Cóż nam więc pozostaje?! Dać się zniszczyć kosmitom albo zdać na łaskę szaleńca, którego wybiorę?!

– Szukał pan innego wyjścia, pułkowniku, ale takiego nie ma. Jest tylko mniejsze zło. Każdy z tego ośrodka oddałby wiele, aby jego idea rozprzestrzeniła się po świecie. Dzięki panu to marzenie może się ziścić. A ponieważ wszystko działoby się na waszych warunkach, obie strony byłyby zadowolone. Czyż to nie cudowne?!

– I niby kogo miałbym zabrać? Każdy z tych szaleńców krzywdził w coraz to bardziej porąbany sposób!

– Wszystkich.

Berg wybałuszył oczy, rozdziawił usta i aż się zapowietrzył, słysząc tę odpowiedź.

– Zasięg każdego z nich zawsze pozostawał jedynie lokalny. A pan chce zaatakować statek w odległości połowy drogi do Marsa? Będzie pan potrzebował umysłów ich wszystkich.

– Pani sobie chyba kpi.

Zaniepokojona kierowniczka nie zdążyła odpowiedzieć, gdyż Berg niemal wybiegł z podestu do poprzedniego korytarza, szukając zasięgu dla swojego smartfona. Za salą Koleżanek wreszcie go znalazł.

– Pułkowniku, niech pan zaczeka! – wołała babinka, nie nadążając za żwawym żołnierzem.

– Kowalski? Tu Berg. Zjeżdżajcie tu natychmiast z kapsułą. Zabieramy obiekt do placówki.

– Pułkowniku! – Kobieta zasapała się z wysiłku, do którego nie przywykła. – Cóż pan postanowił?

– Przykro mi, proszę pani. Pani propozycja jest nie do przyjęcia. Nie pozwolę, by ci wszyscy degeneraci stąpali ponownie po naszej wspólnej ziemi i deptali prawa całego świata. W każdym bądź razie zabieram stąd potencjalnie najmniej szkodliwy obiekt. Dziewczynkę. Jak jej tam było? Hania!

– Albo w każdym razie, albo bądź co… Ach, do diabła z tym! Nie może pan! Hania broni naszego ośrodka!

– Z całym szacunkiem, ale tak pani zachwalała każdego z tych kryminalistów, więc niechże ma pani teraz odwagę zaufać któremuś z nich.

– Sama nie da rady! Nie sięgnie swoim umysłem tak daleko w przestrzeń kosmiczną!

– Nasi naukowcy mają leki, stymulatory. Jakoś sobie poradzimy. Tak czy owak, dziękuję za poświęcony czas, Wielka Korektorko.

– Ale tak nie można!

Berg zatrzasnął za sobą drzwi, nim staruszka zdołała krzyknąć za nim coś więcej. Nie miała szans go dogonić, nie w tym wieku. Przystanęła.

Wszystkie Koleżanki, nawet Frania, stanęły w rządku przed szybą, obserwując scenę. Gosia przylepiła rączki do szkła. Beatka z podenerwowania aż rozlała roztwór na dywan, a Wróbelek skrył się pomiędzy gałęziami.

 

***

 

Buciki na niskim obcasie delikatnie stukały o podłogę. W powietrzu dominował kwiecisty aromat detergentu. W sali Koleżanek tym razem na tapecie była gra w jengę. Korektorka podlewała właśnie swoją paprotkę, gdy nagle rozległ się huk. Oto po korytarzu podziemi posiadłości tanecznym krokiem spacerowała zrodzona z księżycowego światła postać i wysadzała jedna za drugą szyby kolejnych pokoi. Gdy zniszczyła ścianę Koleżanek, przystanęła, uśmiechnęła się paskudnie i pognała na niższy poziom z dziesiątkami tysięcy kapsuł.

Dzieci początkowo niepewnie, lecz z każdą chwilą coraz śmielej wynurzały się ze swoich cel. Niektóre patrzyły strwożone na Korektorkę, czekając na to, co powie.

– Śmiało, ruszajcie! Tylko jeden za drugim, bez przepychanek!

Z podziemi wybiegli prawie wszyscy. Staruszka otworzyła drzwi do szklanej kolumny i pomogła wykończonemu chłopcu z niej wyjść. Delikatnie odkleiła mu plaster z ust, ale i tak się krzywił.

– Ała!

– Przepraszam. To było konieczne. Gdybyś się rozgadał, mógłbyś się zdekoncentrować, a wtedy statek obcych by zniknął.

– To budujące, że tak we mnie wierzysz.

– Doskonale ci poszło, Grzmotku.

– Błagam. Tylko mi tu nie grzmotkuj.

– Mogę cię nazywać jak chcesz. Bez ciebie by się nie udało.

– Spójrz na mnie! Stałem się cieniem samego siebie, nie mam siły nawet żeby siedzieć. Wzmacniacz, w którym mnie raczyłaś zamknąć, to jednak trochę za mało, żeby utrzymywać kreację w próżni, prawie że pod Marsem, przez tak długi czas. Do tego cały czas wątpiłem, czy damy radę. Wiesz, że znam się na fizyce jak krowa na sadzeniu ziemniaków.

– To już nieistotne. Kupili to.

– Ale jakim cudem udało ci się wypuścić nas wszystkich? Od początku mówiłem, że oni nie pójdą na twój układ. Nie wypuszczą wszystkich, których tu uwięzili.

– Na szczęście miałam plan awaryjny. Dali się przekonać, że jedyną bezpieczną dla nich opcją jest Hania. Cóż, jeszcze parę lat temu może i by była. Ale nie musieli wiedzieć, że Hania próbuje właśnie zmienić swój styl, tworząc groźniej, brutalniej. Pod każdym względem mocniej…

Mnóstwo białego robactwa rozpierzchło się z pokoju Gosi we wszystkich możliwych kierunkach z prędkością błyskawicy, ujawniając że w środku jednak umieszczono jakieś meble. Dziewczynka dopiero teraz wyszła na korytarz. Spojrzała w stronę Kierowniczki i Grzmota.

– Nie obcinałam paznokci przez miesiąc. Muszą być głodne – oznajmiła Gosia.

– Hej, nie zostawiaj mnie tu! – zawołały za nią żywe zwłoki. – Bo zrobię ci krzywdę!

– Pójdziemy się pobawić? – Gosia spytała chłopca.

Ten wziął głęboki wdech, a potem wypuścił powietrze.

– Ależ jestem zmęczony…

– Znajdź w sobie siłę, mój drogi, wszak zabawa dopiero się zaczyna – rzekła Wielka Korektorka. – Niniejszym tak zwana fantastyka dzisiaj umarła.

– Jak to? – zdumiał się Grzmot.

– Idźcie się bawić, śmiało, nie żałujcie sobie. Bo od dzisiaj to fantastyka stanie się nową rzeczywistością.

Koniec

Komentarze

Spodobała mi się ta koncepcja bardzo. Ciekawie wykreowane postaci, ładnie napisane, momentami zabawne, ale też przynajmniej raz rzuciła mi się w oczy literówka. Jedyne co, to zabrakło mi trochę jakiegoś rozwinięcia losu tych wszystkich postaci, które wykreowałeś. Przez większą część opowiadania po prostu były odliczane (co nie zmienia faktu, że wszyscy byli bardzo ciekawi), ale owa wyliczanka straciła sens przez to, że była sama dla siebie i nic później z tego nie wynikło (oprócz Hani oczywiście).

 

Pod malowniczą posiadłość, wzniesioną w staromodnym, dwudziestowiecznym stylu, podjechała taksówka. – zależy gdzie, ale wiek XX stoi raczej pod znakiem modernizmu, a go chyba trudno nazwać staromodnym :d

 

Gródź się otworzyła. – wydaje mi się, że gródź jest czymś charakterystycznym dla statków, ale nie dla domów.

 

Pokoiki z tak dużej wysokości wyglądały jak mrowie kapsuł z tych śmiesznych, japońskich, kompaktowych hoteli. – Japońskim wynalazkiem są hotele kapsułowe, a nie kompaktowe.

 

A pan chce zaatakować statek w odległości połowy drogi do Marsa? Będzie pan potrzebował umysłów ich wszystkich. – Dlaczego korektorka nie wspomniała o tym na początku? Przecież cały czas proponowała pojedyncze przypadki. Co, jeśli pułkownik zgodziłby się wybrać jednak kogoś innego, niż Korektorka miała w planie, np. Gosię?

 

Nie wiem czy do końca kapuję o co chodzi z tą Korektorką: Wojsko umieściło u niej osoby z nadnaturalnymi umiejętnościami. Tylko dlaczego akurat u niej? I dlaczego nikt tego nie kontrolował?

 

Generalnie na pewno opowiadanie zostanie u mnie w pamięci. No i tytuł – bardzo fajny! Pozdro! :)

Verman

Ślicznie dziękuję za komentarz, Vermanitusie!

Z tą wiecznością masz rację, zmienię. Gródź natomiast zostawię, bo skoro ściany były konkretne, to i drzwi takie powinny być. Wiem także, że hotele są kapsułowe – natomiast słowo “kompaktowy” pasuje, żeby je opisać.

Co do wątpliwości fabularnych – Korektorka nie wspomniała, że potrzeba będzie wielu umysłów do zaatakowania statku, ale nikt także nie mówił, że jeden wystarczy. Pokazywała po jednym, bo tak ich zakwaterowała.

Natomiast również uważam, że postaci są szalenie ciekawe i aż żałuję, że nie mogłem bez szkody dla dynamiki umieścić ich więcej. Czy były odliczane? Może trochę tak, ale przecież pułkownik musiał wybrać idealnego kandydata, prawda? :D

Pozdrawiam!

Świetne opowiadanie. Zazdroszczę talentu :) Te dialogi i postacie… Wszystko wciąga, każe czytać dalej i nim człowiek się obejrzy, już koniec.

Gratuluję :)

Bardzo miło mi to czytać. Dzięki, Annn!

Niezły miałeś pomysł! Czy to prolog kolejnej edycji Fantastów?

Obawiam się, że opowiadanie nie będzie zrozumiałe dla wszystkich, a szczególnie dla tych, którzy niedawno do nas dołączyli, ale jeśli trochę poczytają, to wszystko pojmą. Bo jak sam napisałeś: …od dzi­siaj to fan­ta­sty­ka sta­nie się nową rze­czy­wi­sto­ścią.

Nie będę pisać, kto mieszkał w domu Wielkiej Korektorki, aby nie psuć zabawy innym.

 

Par­sk­nę­ła i ze­szła z wi­do­ku. –> Komu zeszła z widoku?

 

– Ale to było nowe auto! –oznaj­mił z ża­ło­ścią szo­fer. –> Brak spacji po półpauzie.

 

Przy­by­szo­wi aż po­cie­kła ślin­ka, gdy po­dą­żał za ba­bin­ką po scho­dach do jej ga­bi­ne­tu. –> Wcześniej napisałeś o kobiecie: przeurocza staruszka. Kłócą mi się te nazwy, ponadto wydaje mi się, że babinki raczej nie miewają gabinetów. O starej kobiecie powiemy babinka, myśląc o niej ze współczuciem, ba, nawet z politowaniem.

 

pani pomoc jest naj­bar­dziej opty­mal­nym roz­wią­za­niem z tej coraz bar­dziej tra­gicz­nej sy­tu­acji. –> Raczej: …roz­wią­za­niem w tej coraz bar­dziej tra­gicz­nej sy­tu­acji.

 

sta­rusz­ka wy­cią­gnę­ła kie­li­szek i wła­sno­ręcz­nie mu po­la­ła. –> Raczej: …sta­rusz­ka wy­cią­gnę­ła kie­li­szek i wła­sno­ręcz­nie mu na­la­ła.

Polać jest wyrażeniem kolokwialnym.

 

Wie­ko­wa sosna wej­mut­ka, sto­ją­ca przy bra­mie wjaz­do­wej… –> Wie­ko­wa sosna wej­mut­ka, rosnąca przy bra­mie wjaz­do­wej

Drzewa nie stoją, drzewa rosną.

 

Kie­row­nicz­ka zdą­ży­ła po­dejść do drzwi… –> Skąd nagle kierowniczka? Kierowniczka czego?

 

– Nie moja wina, że po­ską­pi­li kasy i show było takie krót­kie! –> Show jest rodzaju męskiego, więc: – Nie moja wina, że po­ską­pi­li kasy i show był taki krót­ki!

 

– Na mó­wi­my Wi­sien­ka. –> – Na mó­wi­my Wi­sien­ka.

 

na pal­cach jed­nej ręki mógł­bym wy­mie­nić sy­tu­acje… –> …na pal­cach jed­nej ręki mógł­bym policzyć sy­tu­acje

Na palcach się nie wymienia.

 

dla­te­go tak cięż­ko było mi ją zna­leźć. –> …dla­te­go tak trudno było mi ją zna­leźć.

 

Prąca na przód w za­afe­ro­wa­niu sta­rusz­ka… –> Prąca naprzód w za­afe­ro­wa­niu sta­rusz­ka…

 

Obok po­ko­iku Ko­le­ża­nek i za nią biegł wąski ko­ry­ta­rzyk… –> Obok po­ko­iku Ko­le­ża­nek i za nim biegł wąski ko­ry­ta­rzyk

 

Gdy­byś się roz­ga­dał, mógł­byś się zde­kon­cen­tro­wa… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Melduję wykonanie korekty usterek, Regulatorko! :D

Prolog czy nie, Beryl obiecuje i obiecuje, a nic z tego nie wynika. Więc tak trochę na rozruch popełniłem to dzieło, gdyż zastój mi się zrobił w wordowskich plikach!

W pełni zrozumiałe, czy też nie, cieszy mnie, że i bez doszukiwania się drugiego dna udało mi się dostarczyć jakąś przyjemność płynącą z lektury, o czym niech świadczą komentarze powyżej.

Niech świadczą i niech przyciągają kolejnych czytelników!

A skoro poprawiłeś, wypada kliknąć. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hehe.

 

EDIT: A na piwie to wszyscy się zarzekali, że nic teraz nie piszą…

Ale Gosi panu nawet nie proponuję. W najlepszym wypadku dostałby pan urojeń od jej uroczo koszmarnych światów.

 

No, se wypraszam!

A ogólnie cudeńko :*

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Coboldzie, mam nadzieję, że to nie śmiech przez łzy. ;_; Na piwie tego tekstu w ogóle nie było w planach. :D Jak wspomniałem już Reg, to to powstało na rozgrzewkę, żeby się zabrać do rozgrzebanych projektów.

 

Dzięki, Emelkali. :D

Ja dziękuję za doborowe towarzystwo.

Tak to się można leczyć.

Przeurocze :) Pewnie miało w głównej mierze służyć sprawieniu rozrywki i swoją rolę spełniło wyśmienicie:) Generalnie czytało się w porządku i z narastającym zaciekawieniem, co do kolejnych postaci, ale uczciwie muszę przyznać, że pierwszy akapit nie wywarł na mnie zbyt dobrego wrażenia. Myślę, że chodzi o to, że robakowi na haczyku zabrakło ładnego wyglądu. Bo był haczyk w postaci rozpadającego sie samochodu i robak – wysiadający mężczyźni,  wyraźnie posiadający jakąś sprawę, ale z bliżej nieokreślonego powodu zabrakło w tym wszystkim większej zachęty.  A z dalej określonego powodu to wydaje mi się, że chodzi o trudne konstrukcje zdaniowe zarzucone już na początku. Wydaje mi się, że kiedy zdania są krótsze i prostsze to czytelnikowi łatwiej to sobie wyobrazić. A przynajmniej mi :P Chociaż im dalej w tekst tym poziom skomplikowania zdań mniej przeszkadzał :)

 

Dobra, tekst dla przyjemności i swoją funkcję spełnił,więc nie śmiem dalej narzekać:) Świetne wszystkie postacie, chociaż przyznam, że Miły Pan pozostaje dla mnie przynajmniej częściową zagadką. Zastanawiałam się czy przymiotnik "miły" został tutaj użyty z uwzględnieniem szczególnego rodzaju życzliwości,  czy też ten ktoś jest tak po prostu, zwyczajnie miły :D Mam dwa typy, ale nie czytałam ich wszystkich tekstów:( Chociaż te hybrydy imion i nazwisk i jatka, w której jedną kobieta pokonała czterdziestu mężczyzn, i wieża skłaniają mnie ku wyborowi tego miłego w bardziej jawny sposób użytkownika :D

 

W sumie to może też istnieć szersze grono postaci, których nie zauważyłam SPOILER bo na przykład paproć została bardzo sprytnie przemycona ;) 

 

We wnętrzu pachniało herbatą, taką prawdziwą, suszoną, a nie syntetyczną lurą dla plebsu, którą sprzedawano w sklepach.

O, jakie to miłe,  że ludzie uznają prawdziwą, suszoną herbatę zamiast zadowalać się synetetyczną lurą dla plebsu. Żartuję. Zawsze mi wtedy przykro, bo uwielbiam herbatę z ekspresówek :D Ale nie mogę nie docenić użycia w jednym zdaniu słów syntetyczny lura i plebs ;)

Dzięki za komentarz, lenah! Masz dużo racji z tym początkiem, ale przyznam się bez bicia, że te haczyki to zawsze mi idą jak po grudzie. Niemniej pokombinuję.

Czy ja wiem, czy Miły Pan to taka tajemnicza postać? Jak sama zauważyłaś – niezbyt. A chciałem się odnieść tylko do jego pierwszego tekstu… :D

Miał być Franek, ale za nic nie mogłem wymyślić alternatywy dla Frani. :D

Nie wiem, czy kojarzysz memy z fanpage’a “brak ironii”, ale tam Tomek nie był przypadkowym imieniem :D

 

No, a opowiadanko fajne, bardzo szybko się czytało. Były żarty mocniejsze (oczywiście najbardziej rozbawił mnie ten na mój temat) i słabsze, ale ogólnie przyjemnie. Myślę, że innym autorom, tak jak i mnie, będzie miło, że ktoś nawiązywał do ich opowiadań :)

Tak, lenah, trafiłem tam, szukając imienia dla Koleżanki zaczynającego się na N. I Nikodem to było jedno z mniej hardkorowych! ;D

Brak ironii szkoda, że już nie istnieje, ale Tomka oczywiście kojarzę. Cóż, skorzystałem z wieloczłonowości Twojego nicku, więc jak nie F, to T. W każdym razie z TYM Tomkiem bym tego nie wiązał. :D

Ubawiłam sie i wzruszyłam, cudne te portreciki Ci wyszły :D

Fajne, bardzo dobrze napisane, a i czytało się szybko. “Miłego Pana” nie rozgryzłem, ale to pewnie wynik mojej wybitnej niedomyślności. Ciekawe żarty, chyba najbardziej spodobał mi się ten o Wróbelku :D Ale ktoś już chyba żartował o piórkach Słowika :)

Ogólnie na plus, dobry i przyjemny tekścik :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Aj waj, spaliłeś sobie opko na fantastów.pl. Szkoda, bo fajnie wyszło.

Bardzo sympatyczny tekst. Oczywiście, część miłości wynika z tego, że umieściłeś w nim nas, ale fabuła też niczego sobie. Końcowy twist zacny. No i rozgryzanie bohaterów daje satysfakcję. :-)

Ech, czemu żeście mi to zaspojlowali w SB? Podłość ludzka nie zna granic…

Babska logika rządzi!

Werweno, Soku, Finklo – dzięki za komentarze. I dzięki wszystkim którzy kliknęli, bo to chyba moja najbardziej ekspresowa biblioteka. :D

Finklo, stwierdziłem, że na kolejną edycję mogę się nie doczekać, więc wziąłem sprawy w swoje ręce. Najwyżej bezczelnie podepnę się pod konkursowego taga! :D

Nawet nie musisz pod konkursowego – jest normalny, bodajże fantaści.pl.

Babska logika rządzi!

O! To podepnę się pod oba. :p

A z takimi tekstami, to myślę, że nie ma co czekać, bo nawiązania się zdezaktualizują. Jeśli konkurs zostanie ogłoszony dopiero za rok, to będą już kolejne piórka, nowe nawyki, kolejni użytkownicy. ;)

Aha, czyli bazowałeś na piórach. Tak się przelotnie zastanawiałam, jaki był klucz…

Babska logika rządzi!

Raczej tak, bo pióra najłatwiej skojarzyć – najwięcej osób czyta. Co nie zmienia faktu, że wpadły też postaci bez piór. :p

Rozgrzewka, rozgrzewką ale poziom należy trzymać. Weźmy pod lupę pierwszy akapit.

Pod malowniczą posiadłość, wzniesioną w staromodnym, dziewiętnastowiecznym stylu, podjechała taksówka. Lecz zamiast dostojnie przystanąć, dając pasażerom czas, by wysiąść, pojazd runął na bruk, bo bez ceregieli się przepołowił. Dwóch mężczyzn wylazło z niego w pośpiechu, poganiając jeden drugiego. Ledwo stanęli na zewnątrz, samochód rozsypał się jakby zbudowano go z piachu, a chwilę później wiatr rozdmuchał jego żałosne szczątki.

“Pod starą, malowniczą posiadłość, podjechała taksówka.” Czy tak nie wystarczy? Ja wiem, budujemy klimat, ale klimat trzeba budować bez zbędnego przedłużania i nużenia czytelnika. Czy ma znaczenie, że styl był dziewiętnastowieczny? Ma to jakieś odzwierciedlenie w dalszej części tekstu? Nie. Więc po co to? A po to, że autor próbuje właśnie zbudować klimat, tylko nie do końca zastanawia się, czy z sensem.

Idźmy dalej, taksówka która powinna dostojnie przystanąć? Czy to jest koń paradny? Zobrazuj mi proszę, jak taksówka dostojnie przystaje :) Pojazd runął na bruk, z jakiejś wysokości? Jeśli stał na bruku, to jak mógł na niego runąć? I znowu, coś się bez ceregieli przepoławia. Bez ceregieli może zrobić ktoś – coś, ale nie sama rzecz w sobie. Jak ktoś wyłazi z samochodu, to raczej kojarzy się z gramoli, powoli, a nie że robi to szybko. Wyskoczyć można szybko z samochodu. Powiem ci, że wstęp mocno mnie zniechęcił i niesmak pozostał do końca, zresztą dalej też trafiały się gafy.

Sam pomysł zacny, ale wiadomo, forumowe historie zawsze przyciągną wzmożoną uwagę :)

 

Ktoś mógłby powiedzieć, że specjalnie się czepiam, wytykam wszystko przesadnie paluszkiem. A ja wrócę do rozmowy, która kiedyś, gdzieś pod jakimś opowiadaniem przeprowadziliśmy. Wiem, jakie są twoje cele i to opowiadanie cię do nich nie zbliża. Do bani taka rozgrzewka, usiądź i napisz coś na poważanie i porządnie, bo wiem że umiesz.

No i dopiąłeś swego! Kropla drąży skałę krzemianową.

Ciekawa koncepcja, która jest główna zaletą opowiadania. Wykreowałeś wiele postaci i zrobiłeś to z gracją. Każda jest oryginalna i intrygująca. Opowiadanie to fascynujący spacer po galerii osobliwości. 

Fabula jest dobrz skonstruowana. Tekst nie nuży, a zakończenie jest odpowiednim zwieńczeniem tego dzieła. Dziwny ten atak kosmitów ;)

Technicznie jest dobrze, opowiadanie czytało się przyjemnie i płynnie. 

Krótko mówiąc – bardzo dobre i opowiadanie zasłużyło na swoje miejsce w Bibliotece. Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Darconie, dzięki za dziegieć, bo masz sporo racji z tym pierwszym akapitem, o czym już wspominałem lenah, ale nie miałem kiedy tego wczoraj ogarnąć. Postaram się uczynić go nieco bardziej zgrabnym. Nie ze wszystkim się jednak zgadzam – pewna nadekspresja w narracji jest elementem przyjętej (dość lekkiej) konwencji i myślę, że ten zabieg konsekwentnie przewija się przez całe opowiadanie, a nie szpeci tylko wspomniany akapit.

I znowu masz rację – to opowiadanie nie jest szczytem ani jakości, ani moich możliwości, ale wnosi powiew odświeżenia, co jest jakimś tam kroczkiem do przodu. Poważne rzeczy też się tworzą – po prostu ta historia nie jest jedną z nich. ;)

 

Coboldzie – ??? :D

 

Pietrku, dzięki za komentarz. Z założenia miało być szybko, sprawnie i bez nużenia, więc cieszę się, że w Twoim mniemaniu osiągnąłem ten cel.

Count również przeczytał i, cholera, spodobało się! Co prawda fabuła przez małe “f”, a akcji do “galopującej” trochę brakuje, ale fajnie i naturalnie wplotłeś użytkowników forum i przekabaciłeś sporą dawkę dobrej próby humoru.

Czytało się lekko i przyjemnie – tylko pierwsze akapity jakieś takie chropawe, za dużo tam chyba zaimków… Ale to drobnostka.

Generalnie wrażenia jak najbardziej pozytywne i chętnie postawiłbym stempel jakości. Oby tak dalej.

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

– A gdyby nas trafiło na środku drogi? A gdybyśmy byli ciągle w środku? No, niech pan patrzy na jasne strony!

 

No ładnie, jakieś podprogowe przekazy, czy co? ;-)

 

Lekkie, uśmiechało, zawiązało i przyjemnie się czytało. yes

Fajne :)

Fajne! Miałam z tym chwilę radochy :) Odgadłam, zdaje się, wszystkich, ale symbolika paproci pozostaje dla mnie nieodgadniona. Jakaś podpowiedź?

Gratki, Jasna Strono. Wyszło ci to opowiadanie, oby te z konkursu były równie dobre :)

Dzięki za kolejne przychylne komentarze. :) Z tym nieszczęsnym wstępem coś tam porobiłem. Może teraz jest choć trochę strawniej.

Kam, jesteś kolejną czytelniczką zwracającą uwagę na paprotkę. Bardzo mnie fascynuje, czego się w niej doszukujecie. :D

Może kwiatu… ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podejrzewam, że paprotka jest po prostu paprotką, kwiatkiem doniczkowym, o który Korektorka musi dbać, regularnie wstępując na teren Koleżanek.

Ale jeśli trzeba się doszukiwać, to Szyszkowy chyba ma liść paproci w awatarze. ;-)

Babska logika rządzi!

Jak lubię teorie spiskowe, tak przykro mi – Finkla trafiła. :D

Ale którym strzałem? ;-)

Babska logika rządzi!

Nie no, każdy dostał uroczego dzieciaczka, to nie zamieniałbym Szyszkowego w paprotkę. To byłoby niemiłe. :p

Fraktalna paprotka ma swój urok. ;-)

Babska logika rządzi!

Ja to w tych tematach od niedawna jestem i nie wiem, o co chodzi ze wspomnianym powyżej konkursem. Na czym to polega? (Mam nadzieję, że Szanowny Autor nie uzna pytania za spam).

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

A czytałeś, jaki konkurs Beryl ogłosił dzisiaj w Hyde Parku?

Babska logika rządzi!

Szanowny Pietrku, co jakiś czas autorzy z forum biorą na tapetę innych autorów z forum, czyniąc z nich bohaterów tekstów. Mi się po prostu nie chciało czekać aż Beryl ogłosi kolejną edycję. :p

To wszystko prawda, za wyjątkiem tego, że bierzecie nie na tapetę, a na tapet.

Za SJP: tapet daw. «pokryty zielonym suknem stół, przy którym toczą się jakieś obrady»

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Matko jedyna! Niech będzie i tapet. :o

Założenia zostały spełnione – tekst wyszedł fajny, lekki, inteligentnie zabawny. Jak to teksty o forumowiczach. Przeczytałem z przyjemnością. Ha, sam mam rozgrzebane opowiadanie, które miało pójść na poprzednią edycję, dwa lata temu. Uparcie teraz zastanawiam się, czy da się tamten pomysł i fabułę dostosować do obecnych układów…

Aha, tak na marginesie, zrobiłem sobie ambro :-)

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Postaw jeszcze ambro na tapet i będziesz miał komplet doznań. ;-)

Babska logika rządzi!

Szalejesz, Thargone! Prawdę mówiąc, przepis jest niewypróbowany – po prostu zmieszałem wszystkie boskie trunki jakie mi do głowy przyszły. :D

Szkoda, że nie mam tapeta :-) A ambro jest spoko. Wersja ze słodkim vermouthem najlepsza ;-)

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dziękuje za odpowiedź :)

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Chichrałem tak, że w pracy zapytali, co oglądam na Youtube ;) Masz plusa za “Chojraka”, ciągle uwielbiam ten serial :) A w Chinach byłem w zeszłym roku, matka-korporacja wysłała. Fajerwerki fajne, ale nie to nadal nie to samo, co wysadzić w powietrze cały Nowy Jork kinetycznym działem orbitalnym ;)

Generalne odczucia miałem takie same jak Hrabia – fabuła przez małe “f”, ale historia na tyle sympatyczna, że się tym nie przejmuję. Czytało się na tyle przyjemnie, że nie zwracałem uwagi na chropowatości.

Podsumowując: pokaz fajerwerków zdecydowanie nie dla wszystkich, ale dla tych, co zrozumieją, na pewno godzien poświęconego czasu.

 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki!

Nie przypominam sobie, żebyś wspominał kiedykolwiek o Chojraku, więc to był totalnie ślepy strzał. Ale jak ładnie pasował w tamtym miejscu. :D

Czytało się dość dobrze – choć mam wrażenie, że opko jest nierówne, sporo fragmentów czytało się naprawdę gładko, żeby za chwilę natknąć się na jakieś mniej szczęśliwe sformułowania czy inne zgrzyty. W ogólnym odczuciu tekst jednak wyszedł lekki, pomysł ciekawy i dość sprawnie zrealizowany – tylko tych pokoi strasznie dużo wyszło, co przy mojej nieznajomości, kto jest kim (przynajmniej częściowej), w pewnym momencie zaczęło nużyć. Właściwie kosmici stali się tylko pretekstem do ukazania postaci – trochę szkoda, bo mogła wyjść z tego pełnokrwista opowieść.

Ale i tak lekturę zaliczam do przyjemnych, szczególnie, przy tej długości tekstu :)

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

Dopiero dziś tu zajrzałam i wciągnęło, że przeczytałam jednym tchem :D Ale dopiero gdy dotarłam do Beatki połapałam się, co tu ukryłeś ;) Choć ta postać Wielkiej Korektorki to od początku z kimś mi się kojarzyła ;) Fajne :D

Dogsdumpling – dzięki za komentarz, zarzuty przyjmuję na klatę. Na pełnokrwiste opowieści jeszcze przyjdzie czas!

Bello, cieszę się, że się podobało. Bo widzisz, boski pierwiastek od początku rzuca się w oczy. :D

Nie wszystkich odgadłam, ale i tak bardzo mi się podobało :) Bardzo udane opowiadanko :)

Dzięki, Katio, miło mi to czytać. :)

Mam straszne luki w opowiadaniach, bo mało dzieciaków rozpoznałem (choć na początku nie załapałem konwencji).

Cóż mam ci powiedzieć? Fajnie pomyślane, zmyślnie posklejane, ładnie napisane. Kawał dobrego tekstu.

Jedyną wadą może być tylko miejscowa hermetyczność dla nie-portalowiczów, ale historia broni się uniwersalnym kontekstem, więc to mało ważne.

Siadaj, 5!

Pozdro!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

To musisz ponadrabiać, Zalth, bo Cię masa ciekawych historii ominęła! Hermetyczność IMO dodaje tylko smaczku równie hermetycznym co ja. :D

Dziękuję za piątkę, panie profesorze, pasek coraz bliżej! *-*

Opowiadanie napisane bardzo interesująco, i zakończenie można chyba nazwać pewnego rodzaju “twistem”, ale mimo wszystko… 80% objętości wypełnia wyliczanka. Źle ze mną, bo od razu zwróciłem uwagę na dziwną pozycję statku obcych – “w połowie drogi do Marsa”… co od strony science jest niemożliwe (albo przynajmniej ekstremalnie trudne) do zrealizowania, ale chyba nie o to w tym tekście chodzi :)

Generalnie – średniaczek.

Pozdrawiam!

 

EDIT: po przeczytaniu dyskusji w komentarzach zrozumiałem, że jest tutaj jakieś drugie dno, do którego nie dotarłem, bo i nie mogłem dotrzeć… wszak nadal jestem nowy.

Także tego :/

Precz z sygnaturkami.

Dno jest takie, że Mr. B wsadził w dziecięce ubranka paru portalowych autorów. ;)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Daj spokój, Kosmito, nie jesteś aż taką świeżynką, żeby chociaż Wielkiej Korektorki nie rozpoznać. :p

Przyjmuję zarzut o wyliczance – godziłem się na przyjęcie takiej konwencji przez samą koncepcję opowiadania. Starałem się, żeby bez poznawania drugiego dna dało się to czytać, ale rozumiem, że mogło nie podejść. Dzięki za komentarz. :)

Wreszcie tu dotarłam. I muszę przyznać, że nieźle się bawiłam :) Jak na opowiadanie o twórcach z portalu – ciekawy pomysł i sporo trafnych spostrzeżeń.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Cieszę się, że dotarłaś i że nie żałowałaś podróży. :D

NIE-SA-MO-WI-TE :)

A najbardziej niesamowita jest ilość tekstów, które musiałeś pochłonąć, żeby napisać to opowiadanie. Odrobiłeś zadanie domowe, no nie?

Sporo radochy mi sprawiłeś, ale też pobudziłeś do refleksji. Masz niezwykle trafne spostrzeżenia, które przemyciłeś w formie inteligentnego żartu:

Każdy z tego ośrodka oddałby wiele, aby jego idea rozprzestrzeniła się po świecie.

– Pokazałam panu tyle pięknych umysłów, a żaden się panu nie spodobał.

– Takie potwory trzeba trzymać w zamknięciu! Izolować je od świata, żeby go chronić!

:)

 

Dla publikujących na tym portalu powinna to być lektura obowiązkowa. Twój tekst jest oczywiście poza (albo może nawet ponad) wszelkimi klasyfikacjami.

 

Przy poniższych fragmentach prawie parskałem śmiechem:

Znalazł na podwórku dwa piórka i wsadza je sobie…

– Och, tyle mi wystarczy!

– Spokojnie, pułkowniku! Wsadza je sobie do uszu.

Mówimy na niego Czad, bo ta mała cholera lubi się ulatniać.

handlował tylko krabami i śmiercią

(…) terroryzowała nimi miasteczko. Natalka użyła w tym celu napromieniowanych biorobotów.

 

Osobiście czuję się zaszczycony, bo to przecież "dom dla szczególnie uzdolnionych, pułkowniku".

 

Pozdrawiam, Miły Pan…

 

Ps. Idę rysować. Kto wie, co wylezie zza winkla. ;)

 

Cieszę się, że i Miły Pan tu dotarł i się ujawnił, bo paru czytelników miało problem z jego identyfikacją. Wszak

Ale mógł pan nie słyszeć tych historii. To raczej nisza.

A szkoda, bo uważam Twoją twórczość, Nimrodzie, za szalenie ciekawą i szkoda, że publikujesz tak rzadko.

Dzięki za tak MIŁY komentarz! :D

Tak, tak, jeszcze świat usłyszy u Panu Miłym ;)

Teraz dopiero wpadłem na wpis Beryla w Hyde Parku i zrozumiałem istotę zamieszania.

Mam jeszcze pewne spostrzeżenie. Nie wiem, czy to miała na myśli Lenah, pisząc, że stosujesz trudne konstrukcje zdaniowe, szczególnie na początku, ale mnie początek też trochę zgrzytał. Wyrywkowo wybrałem kilka zdań i wydaje mi się, że pewne spójniki albo przysłówki psują odbiór:

Pod malowniczą, choć starą posiadłość podjechała taksówka.

Lecz zamiast dostojnie przystanąć, dając pasażerom czas, by spokojnie mogli wysiąść, pojazd zakrztusił się i zakaszlał, po czym bez ceregieli się przepołowił.

Tymczasem kierowca złapał się za głowę i był bliski płaczu.

przelał małą sumę (…) Kierowca jednak się rozpłakał.

Nie wiem, czy to jest sedno problemu. Być może wypowiedzą się osoby bardziej kompetentne językowo, od których tu się aż roi ;)

Hm. Masz trochę racji. Pierwsze dwa bez skrupułów wywaliłem. Trzeci przenosi uwagę czytelnika z Korektorki na Pułkownika, więc jego istnienie wydaje mi się zasadne. Czwarty jest jak najbardziej konieczny i zamierzony, bo chwilę wcześniej kierowca powstrzymywał płacz. ;)

Cholera no, za mały fejm ;]

 

Smaczna, acz nieinwazyjna przystawka przed głównym daniem w postaci Fantastów. Czytało się przyjemnie, znaczy się dobrze napisane, zwrot akcji na samym końcu… Zwrócił akcję, znaczy się zadziałał. Bardzo okej :]

No nieźle.

Kurde, fejm się na pewno zgadza, tylko no nie zmieścili mi się wszyscy do pokoików. Dzięki za komentarz. :)

Biorąc pod uwagę, że prawie nic nie skumałem z nawiązań, całkiem przyjemnie się czytało. Ciężko więcej dodać, bo powieliłbym przedpiśców… Fajny twist na końcu. Tekst faktycznie dość hermetyczny, może kiedyś nadrobię zaległą pracę domową.

Nadrabiaj, nadrabiaj – nawiązania to prawie same piórka. ;)

Dzięki za komentarz.

Zacznę od czepialstwa:

 

“A gdyby nas trafiło na środku drogi? A gdybyśmy byli ciągle w środku?”

 

“– Ale to było nowe auto! – oznajmił z żałością szofer.

– Masz pan. – Drugi wyciągnął smartfon…”

Kto drugi? Drugi szofer? Brak dookreślenia podmiotu.

 

“Jeszcze dobrze nawet nie zapukał” – kiepski szyk

 

“– Jakieś problemy, proszę pana?

– Nie większe niż zwykle.

Proszę, zapraszam do środka.”

 

“– Proszę pani[-.]Ppoważnym tonem podjął człowiek w płaszczu, spiął się na twarzy i nawet wstał z krzesła.” – Zdanie po półpauzie jest ewidentną kontynuacją dialogu.

 

“westchnął po raz wtóry, by dodać[+:] – niech mi pani naleje tej wódki.”

 

“– Słonko, odkąd nikt inny nie daje sobie rady zarządzać tym ośrodkiem, jedynym bóstwem w okolicy jestem ja.” – ew. nie daje sobie rady z zarządzaniem

 

“Wiekowa sosna wejmutka, rosnąca przy bramie wjazdowej do posiadłości, jak na zawołanie by potwierdzić te słowa, runęła jak zamek z piasku.” – Niezgrabne jakieś to zdanie. “by potwierdzić te słowa” wydaje się zbędnym dookreśleniem, poza tym jest powtórzenie “jak”.

 

Słuchaj, ten wojskowy to pułkownik czy porucznik? Bo raz jest tak, a raz tak…

 

“W przeciwieństwie do was, wojskowych, bardzo [+sobie] cenię pomysły moich domowników.”

 

“Przecież wczoraj dopiero głosowaliśmy.” – Kiepski szyk.

 

“Po krótkiej pauzie wojskowy z duszą na ramieniu przemógł się[+,] by zadać kolejne pytanie:”

 

 

Fajny pomysł, naprawdę. Widziałam ten ośrodek i jego podziemie, poszczególne pokoiki i ich niepokojących lokatorów ;) Wprawdzie nie rozpoznałam większej części fantastów, no ale trudno, mój pech. Wielka Korektorka może być dumna, że stworzyła taki azyl dla młodych twórców, a Ty, że stworzyłeś ją ;) Dobra lektura do śniadania.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Hoho, ile się baboli jeszcze ostało! Już coś z nimi robię.

Cieszę się, że się podobało i że odebrałaś tekst jako lekki. “Do śniadania” to wyjątkowo trafne określenie. :D

Tia, jak się do reszty rozpadnie, to obiadu nie będzie. ;-)

Babska logika rządzi!

Ale co Jose przeczytała, to jej. ;D

Fajność! Super pomysł, rozmach, scenografia. Ładnie pokomplikowana fabuła, twistami powyginana i zmyślnie zakończona. "Dom dla szczególnie uzdolnionych" to trafne określenie rzadkiej urody. 

Przyczajony użyszkodnik

Była taka kreskówka “Dom dla zmyślonych przyjaciół pani Foster”. W sumie widzę parę podobieństwo. :D

Dzięki za komentarz, Mechaniszkinie!

Jestem wreszcie :)

 

Przeczytałam jakiś czas temu (no dooobra, dwie godziny przed zakończeniem konkursu :P), ale nie zostawiłam śladu. Życie mnie wcisnęło w podłogę, bywa.

 

Anyway – bardzo mi się podobało. Trochę absurdu, trochę dziwności, ale wszystko w dawce zupełnie strawnej, a wręcz dodającej smaczku całej historii. Bardzo interesujące postacie, szczególnie podobały mi się nawiązania do portalowych opowiadań, choć muszę szczerze przyznać, że nie wszystkie wymienione przez Ciebie czytałam. Co jednak nie zmniejszyło mojej przyjemności podczas czytania.

W dodatku tekst jest “o czymś”, ma przesłanie, całkiem ładne moim zdaniem. I chyba to zaważyło na tym, że właśnie na “Planetę” oddałam głos. Inne opowiadania były bardzo fajne, ale Twoje dotarło gdzieś głębiej (nie drążmy tego tematu :P). Bardzo się cieszę, że miękkosercy beryl podjął słuszną decyzję :)

 

Gratulacje!

Cieszę się, że nietypowe podejście do tematu przypadło do gustu. Dzięki za komentarz. ;)

Nowa Fantastyka