- Opowiadanie: nieszpulek - Czarownica

Czarownica

Już raz wrzuciłem tutaj to opowiadanie, ale jako fragment. Teraz je skróciłem i domknąłem. I trochę zmieniłem. Z góry dzięki za krytykę i porady, co można poprawić.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Czarownica

1.

 

Po niebie sunęły burzowe chmury, a trawa porastająca okoliczne wzgórza falowała i przechylała się z szumem do ziemi. Nad wrakiem trójmasztowego statku, który spoczywał w dolinie, krążyła mewa. Z ptasiej gardzieli dobywał się skrzek, zaś czarne oczka badały dziury w pokładzie i szukały schronienia, bowiem od morza dolatywał zapach sztormu oraz obietnica kłopotów.

Znaki natury przykuły uwagę ciemnoskórego czarodzieja. Ponieważ miał stary zwyczaj brania ich pod uwagę, odpuścił sobie spacerowanie i pospiesznie udał się w stronę wieży. Kosztowało to sporo wysiłku, bo maszerując po wydeptanej drodze przebierał krótkimi nogami i dźwigał duże brzuszysko, jednak w tej sytuacji nie mógł zrobić niczego lepszego. Pogoda nie zachęcała do spędzenia wieczoru na dworze.

– Eliksirem zajmę się jutro – zadecydował, po czym pociągnął nosem, robiąc głupią minę. – Wzmocnię go kolejnym owocem mesadeny. To powinno wystarczyć.

Szata z czarnego sukna zaszeleściła szarpana wiatrem, a dłonie potarły o siebie w poszukiwaniu ciepła. Czarodziej spojrzał na wysoką budowlę o ciemnoszarych ścianach, stojącą na pobliskim wzniesieniu, i wyobraził sobie ciepło, które go otuli, kiedy znajdzie się w środku.

Przyjemną wizję przerwał niespodziewany błysk. Huknęło i ziemia zadrżała. Z nieba spadła pierwsza kropla, a po niej kolejne, coraz szybciej i gęściej. Momentalnie ścieżka zrobiła się błotnista i lepka. Mimo to mężczyzna wykrzesał dodatkowe siły i naciągając kaptur jeszcze przyspieszył.

– Pierwsza porcja nie pomoże, ale po drugiej na pewno poczuję się lepiej. – Wzdrygnął się, ponieważ szata przemokła, ciasno przylegając do ciała. Teraz każdy podmuch sprawiał, że na plecach wychodziła gęsia skórka.

Znowu huknęło, tym razem bliżej. Czarodziejowi zadzwoniło w uszach. Z niepokojem spojrzał na wieżę, od której dzieliło go parę kroków. Tuż za nią pokazała się ognista łuna. W jednej chwili zrozumiał, że zapalił się ogród. Poczuł ucisk w okolicach mostka. Musiał działać. Nie ulegało wątpliwości, że jeśli pożar się rozprzestrzeni, szansa na przygotowanie lekarstwa przepadnie.

Biegiem minął budynek, ocierając się o zimne mury. Poślizgnął się na mokrej trawie i zjechał na plecach w dół zbocza. Drzewa płonące za murami ogrodu ujrzał chwilę później, kiedy niezdarnie się podnosił. Odgłos pękania gałęzi sprawił, że serce zabiło mocniej, zaś dłonie mimowolnie zacisnęły się w pięści. Wykrzyczał zaklęcie, lecz ogień nie posłuchał. Spróbował ponownie, znowu bez skutku. Czy stracił magiczne zdolności? Do tej pory nic podobnego się nie wydarzyło.

Zaskoczony wyszarpnął z kieszeni klucze i podbiegł do bramy. Otworzyła się ze zgrzytem, od którego stroszyły się włosy. Wbiegł między drzewa. Po policzkach rozlał się żar, a do nosa wleciał drażniący dym. Ratowanie ogrodu nie miało sensu, ale nadal była szansa na ocalenie mesadeny. Przeskoczył płonący żywopłot i pobiegł w prawo, przecierając łzawiące oczy. Minął gruszę i stanął przed małym krzewem. Ostatnia gałązka już się paliła, lecz wiszący na jej końcu owoc, przypominający agrest, nadal wyglądał zdrowo. Dłoń mężczyzny wysunęła się w jego stronę.

W górze trzasnęło. Czarodziej podniósł spojrzenie i zobaczył spadający konar. Potem chrupnęły kości i zrobiło się ciemno.

 

2.

 

Nadszedł wieczór. Słońce o barwie moreli dotknęło horyzontu, a stojąca na wzniesieniu wieża rzuciła cień, który przeciął dolinę i sięgnął bramy ogrodu. Wokół muru zawirowało powietrze i zakołysała się trawa, zaś w jego obrębie rozległy się szepty. Jak zwykle o tej porze magia wypełniła to miejsce życiem.

Jasnowłosa dziewczyna o imieniu Pino podeszła do ogrodzenia i pogładziła je ręką. W zimnym kamieniu dało się wyczuć puls przypominający bicie serca. Coś podobnego zdarzało się rzadko, ale teraz nie było czasu się nad tym rozwodzić. Pomachała rękami do góry i na dół, żeby rozgrzać mięśnie, po czym wdrapała się na mur i zeskoczyła do ogrodu.

Dziewczęce trzewiki zanurzyły się w ziemi obok dzikiej róży. W tej samej chwili świsnęły gałęzie. Cierniste macki wydłużyły się, oplatając chude kolana i nadgarstki, a parę kolców przebiło jasną skórę, powodując krwawienie. Pino krzyknęła:

– To ja!

 Słysząc znajomy głos, krzew poluzował uchwyt i pozwolił jej się uwolnić. Bez namysłu odskoczyła, przyjrzała się sobie i odetchnęła. Poszarpanej sukience nic nie pomoże, ale powierzchowne rany zagoją się szybko. Szczypały tylko w dwóch miejscach.

– Wszystko w porządku? – Pytanie dobiegło z drugiej strony muru.

– Sam się przekonaj – odpowiedziała.

Zerwał się wiatr. Liście na kasztanowcu zaszumiały, a kolczasty owoc oderwał się od gałęzi i stuknął o ziemię. Dziewczyna obrzuciła go krótkim spojrzeniem, po czym poprawiła zmierzwione włosy i zaczęła się przysłuchiwać, jak drzewa szeptają między sobą chropowatymi głosami. W tym czasie Ramos wspiął się na ogrodzenie, stracił równowagę i runął na ziemię wewnątrz ogrodu. Mocna dłoń przycisnęła leżący kasztan, natomiast usta wyrzuciły przekleństwo. Pino pokręciła głową, dochodząc do wniosku, że byłoby lepiej, gdyby przyszła tu sama.

– Z okna wieży patrzył czarodziej – usprawiedliwił się chłopak, po czym głupio się uśmiechnął.

– To niemożliwe. O tej porze Malepo drzemie – odparła. – Pamiętasz, czego szukamy?

– No pewnie. – Podciągnął rękawy skudłaconego swetra i podszedł do krzewu malin.

– Lepiej tu niczego nie zjadać.

– Nie jestem głupi – odpowiedział, a potem wepchnął do buzi garść owoców.

Machnęła ręką i skierowała się w głąb ogrodu. Ramos oblizał palce i pomaszerował w stronę orzecha. Ponieważ robiło się coraz ciemniej, postanowiła go tutaj zostawić i zająć się poszukiwaniami sama. Czas uciekał, a nie uśmiechało jej się błądzenie po ogrodzie w ciemnościach, ani tym bardziej wracanie do domu z pustymi rękami. Nie w sytuacji, gdy złożyła obietnicę swojemu bratu.

Gdy o nim pomyślała, jej dłonie mimowolnie się zacisnęły, natomiast w głowie pojawiły się pytania, na które trudno było odpowiedzieć: Czy chłopiec miał szansę na ocalenie? Czy nowe lekarstwo pomoże? Ile owoców mesadeny było potrzebne?

– Ustalę to później – stwierdziła. – Póki co nie mam ani jednego.

Skręciła w prawo, ominęła krzak agrestu i wkroczyła między grusze. Tam poślizgnęła się na omszałym kamieniu i stanęła krzywo, prawie skręcając kostkę.

– Kurczę!

Rozległo się chichotanie. Spojrzała dokoła, ale nikogo nie zobaczyła. Właściciel nieprzyjemnego głosu pokazał się dopiero po chwili, gdy wyłonił się zza dużego pniaka i pomachał koślawymi gałązkami, wirując w niezdarnym tańcu. Dziewczyna bez problemu rozpoznała w nim mesadenę, więc przykucnęła i wyciągnęła do niego rękę.

– Podejdziesz? – spytała.

Przez moment sprawiał wrażenie, jakby się zastanawiał, lecz potem zaczął uciekać. Nie była zdziwiona. Właściwie od początku się tego spodziewała. Zdobycie magicznych owoców nie mogło być proste.

Ruszyła za nim. Odbił w prawo. Nie dała rady skręcić jego śladem i wpadła w chaszcze. Powietrze przeciął dźwięk targanego materiału, a skrawek sukienki zatrzepotał na gałęzi tarniny. Mimo to dziewczyna nie straciła zapału i przyspieszyła. Krzaczek ponownie znalazł się w zasięgu. Wtedy jednak zawadziła o korzeń i upadała, aż zadudniło.

– No nie! – Poczuła w ustach smak ziemi.

Splunęła i podniosła spojrzenie. Po mesadenie nie było śladu. Chwilę później dał się jednak słyszeć jej bolesny okrzyk.

 

3.

 

Gdy świadomość powróciła do Malepo, docierające do niego słowa stały się wyraźniejsze:

– Ratuj ogród. Ogród płonie. Ratuj ogród…

Trudno było dopasować znajomy głos do konkretnej osoby, ponieważ mózg jeszcze się nie rozruszał, a już zapanowało milczenie. Wobec tego czarodziej porzucił próbę rozpoznania mówiącego i skupił się na chwili obecnej. Otworzywszy oczy spróbował się podnieść, jednak ścierpnięte nogi nie chciały pracować, wymuszając chwilowy bezruch. Siedząc na kamiennej podłodze, z plecami opartymi o ścianę, mężczyzna rozejrzał się po komnacie. Przytwierdzone do kinkietu świece oblewały pomieszczenie złotym światłem. Na wełniany koc, opadający z krawędzi posłania, wspinała się biała mysz, natomiast ruda kapucynka, która przycupnęła obok regału z książkami, przeglądała stary podręcznik. Dopiero gdy Malepo odchrząknął, małpka oderwała się od lektury i machając ogonem spytała:

– Znowu ten sen?

Z ust czarodzieja nie padła odpowiedź, ale ręce zbadały głowę, aby upewnić się, że gałąź jej nie rozbiła. Powoli stawało się to nawykiem. Kiedy po raz ostatni dobrze mu się spało? Nawet nie potrafił sobie tego przypomnieć.

– Nie martwi cię los ogrodu? – Kapucynka z klapnięciem zamknęła książkę, wskoczyła na krzesło przy biurku i pogłaskała się po brzuchu, który wyróżniał się kolorem mleka na tle rudego grzbietu i łapek.

Mężczyzna zakrztusił się, zasłaniając usta. Do dłoni przylepiła mu się ciepła maź o marchewkowym zabarwieniu. Wytarł ją w szmatę, która leżała pod łóżkiem, po czym na sztywnych nogach podszedł do biurka, gdzie czekał gliniany kubek, napełniony lekarstwem o zapachu cebuli. Cała zawartość znalazła miejsce w baniastym brzuchu.

– Nie ma o czym mówić, prorocze sny wyglądają inaczej. – Malepo odstawił naczynie i oblizał wargi.

– Może przyniosę Wróżebny Atrament? – zapytała małpka, przeskakując z krzesła na biurko.

– Lepiej zajmij się myszą, która weszła na łóżko.

– Jesteś pewny?

– Nie potrzebuję Atramentu, żeby rozpoznać wizję. – Spoglądając przez okno zmarszczył brwi. – Albo wiesz co? Możesz go przynieść. Ja zaraz wrócę.

 

4.

 

Małpka weszła do ciemnej spiżarni, wskoczyła na taboret, odbiła się od niego energicznie i wylądowała na dębowej szafce. W tamtym miejscu, na górnej półce, stała fiolka Wróżebnego Atramentu, w cieniu przypominająca gruszkę. Zamknięty w jej wnętrzu płyn teoretycznie pomagał odczytywać proroctwa.

Rema sięgnęła po flakonik i poczuła mrowienie między łopatkami.

– Dzięki temu stanę się wkrótce pełnoprawną czarownicą – powiedziała i lekko się uśmiechnęła. – O ile Jesionowy Duch mnie nie oszukał.

Po tych słowach wyszeptała zaklęcie, które ćwiczyła przez ostatnie trzy tygodnie. Zawartość fiolki zabulgotała.

 

5.

 

Z oddali dobiegały obelgi i pogróżki mesadeny, a drzewa coraz głośniej szeptały chropowatymi głosami. Pino pomyślała, że jeśli ten harmider nie obudzi czarodzieja, to będzie musiała podziękować Starym Duchom. Teraz jednak trzeba było się spieszyć, dlatego pomasowała obite kolano i ruszyła w stronę wrzeszczącego krzaczka.

Gdy do niego dotarła, zauważyła, że bezradnie wymachuje nóżkami, próbując uwolnić się z objęć dzikiej róży.

– Tego się spodziewałam. – Pokręciła głową.

– Zrób coś, ośle!

– Nie warto było uciekać.

– No pomóż!

Dziewczyna odebrała mesadenie parę owoców podobnych do agrestu, a potem pomogła jej się uwolnić. Naburmuszony krzaczek uciekł z szelestem w głąb ogrodu, tymczasem od strony bramy dało się słyszeć skrzypienie. Pino poczuła w brzuchu ciężar, bo wiedziała, że klucz do furtki posiadała tylko jedna osoba.

Szybkie spojrzenie na ogrodzenie wystarczyło, aby stwierdzić, że przeskok na drugą stronę nie wchodził w rachubę. Czarodziej nadchodził spiesznymi krokami i na pewno by to zobaczył. Co mogła zrobić? Wycofała się i schowała w pobliskie chaszcze, skąd usłyszała wołanie:

– Nie próbuj podkładać ognia!

Nie miała pojęcia, o co chodziło. Nikt nie przyniósł tutaj pochodni.

– I przestań się chować!

Malepo przystanął obok dzikiej róży, odetchnął i omiótł otoczenie gniewnym spojrzeniem. Pino skuliła się i zrobiła krok do tyłu. Pod butem chrupnęła gałązka.

– Słyszałem!

Na dziewczęcym ramieniu wylądowała obca dłoń, a po plecach przebiegły dreszcze.

– Spokojnie. – Ramos kucnął obok przyjaciółki, zabierając rękę z jej kościstego barku. – To ja.

Poczuła ulgę, ale tylko na moment. Za ich plecami strzelił kolejny patyk i poruszyły się krzaki. Malepo obrócił się w ich kierunku i pochylił do przodu, mrużąc powieki.

– Głupia róża. Głupia! – Mesadena ominęła chłopaka i dziewczynę i wyszła na dróżkę. Gruby mężczyzna pogłaskał jej gałązkę.

– Widziałaś intruza, skarbie?  – zapytał.

– Intruza? O tak… Intruz! Widziałam!

– Gdzie?

– Tutaj. Blisko. To głupia róża!

Malepo kiwnął głową, wyprostował się i ruszył dalej, natomiast Pino, ocierając spocone czoło, rozluźniła ramiona i plecy. Wtedy w brzuchu Ramosa zabulgotało. Obrzuciła go zaskoczonym spojrzeniem. Otworzył usta, żeby się usprawiedliwić, ale zanim cokolwiek powiedział, gałęzie się rozchyliły, a między nimi pojawiła się pulchna twarz czarodzieja. Był wściekły.

 

6.

 

Kapucynka wskoczyła na biurko i ze stuknięciem postawiła na dębowym blacie flakonik Wróżebnego Atramentu. Później przeciągnęła się i obrzuciła komnatę niedbałym spojrzeniem. Otoczenie wyglądało prawie tak samo, jak parę chwil temu – świece rzucały pomarańczowe światło, koc opadał z łóżka na podłogę, a spod niego wychylała się zaplamiona szmata. Tylko po myszy nie było śladu. Rema uznała, że zwierzak schował się za regałem.

– Poświęciłem jej czas i nauczyłem eliksirów. Jak się odpłaca? Złodziejstwem! – Malepo wszedł do pomieszczenia, podniósł z podłogi książkę i odłożył na półkę. Małpka spojrzała na niego i cofnęła się o dwa kroki, popychając ogonem kubek. Gliniane naczynie spadło na posadzkę i z łoskotem się rozleciało.

– Czy nie mówiłam, że koszmar może się spełnić?

– Dopóki żyję, ogród będzie bezpieczny. – Czarodziej zabrał z regału pożółkły pergamin i rozłożył go na biurku. Poważna mina sugerowała, że wreszcie przejął się swoimi snami i postanowił użyć Wróżebnego Atramentu.

– Miejmy nadzieję – odpowiedziała Rema.

Przegonił ją na krawędź blatu, otworzył flakonik i wylał jego zawartość na pergamin. Potem schylił się po kawałek kubka i w skupieniu przycisnął go do kciuka. Na podłogę skapnęła wiśniowa kropla. Kolejna wylądowała na plamie Atramentu.

Nic się nie wydarzyło. Małpka pomyślała, że nieprawidłowo rzuciła zaklęcie. W sumie to na co liczyła? Jeszcze nie była czarownicą, a czar był dość trudny. To nie mogło się udać…

Plama zabulgotała. Najpierw nieznacznie, potem całkiem wyraźnie. Wreszcie rozpłynęła się, formując krótki tekst:

 

Nie wierzy w proroctwo, bo prawda go boli

Jutro straci ogród i będzie w niedoli

 

– Jutro?! – Malepo kopnął krzesło, a gdy trzasnęło o podłogę, kopnął ponownie, po czym kucnął, łapiąc się za stopę. Kilka owoców mesadeny wypadło mu z kieszeni i poturlało się pod biurko.

– Spokojnie. – powiedziała Rema. – Wciąż mamy trochę czasu.

Odetchnęła w duchu, widząc, że pomimo marnego rymu czarodziej nabrał się na jej sztuczkę, ale nie dała po sobie niczego poznać. Spokojnym głosem dodała:

– Śniłeś o tym, że twoje czary nie skutkowały, prawda? Będzie ci potrzebna pomoc burzołaka.

– Mam stworzyć potwora?

– A kto inny powstrzyma błyskawicę? – Kapucynka zeskoczyła na podłogę i pomachała ogonem. – Nie ma innego wyjścia.

– Nawet jeśli, wymagałoby to ofiary.

Rema przez chwilę milczała, sprawiając wrażenie, że poważnie się zastanawia, a potem powiedziała:

– Czy przypadkiem nie znamy dzieciaka, któremu i tak zostało niewiele czasu?

 

7.

 

– Ostrzegałam, żebyś niczego nie zjadał!

– Malepo przyłapał nas tylko dlatego, że musiałem po ciebie wracać – odpowiedział chłopak.

– To nie w moim brzuchu burczało!

Obrażony prychnął, obrócił głowę i poczłapał na drugi koniec wioski. Pino odprowadziła go wzrokiem, po czym weszła do domu i odetchnęła, przylegając plecami do drzwi. Ciepłe powietrze, niosące zapach rumianku, napełniło jej płuca i pomogło się uspokoić. Po nieudanej kradzieży bardzo tego potrzebowała.

– Co tak długo? – Pytanie, zadane słabym głosem, doleciało z pomieszczenia znajdującego się na końcu sieni. Dziewczyna odgadła, że uwarzony dla brata eliksir coraz mniej mu pomagał i poczuła ukłucie żalu, bo nie zdobyła ważnego składnika, przez co przygotowanie nowego, obiecanego leku, nie będzie możliwe.

– Pytałem, co tak długo.

W milczeniu pomasowała obolały policzek, naznaczony dłonią czarodzieja, po czym położyła trzewiki przy ścianie i weszła do izby. Pod stopami wyczuła znajomy dotyk sosnowej podłogi.

– Miałeś dzisiaj nie wstawać – powiedziała, przypatrując się dokonaniom młodszego brata. Za progiem leżało przewrócone krzesło, obok kilka drewnianych zabawek, a dalej płatki rumianku i pokruszone liście mięty, które powinny suszyć się nad kominkiem.

– Wcale nie wstawałem – odparł Telimon.

– Bałagan mówi co innego. – Ominęła przeszkody i bez pośpiechu podeszła do łóżka, które stało w rogu pomieszczenia. Smukłe dłonie poprawiły koc o piaskowym zabarwieniu, ale chłopiec powiercił nogami i znowu się odkrył.

– Bałagan kłamie! – oznajmił.

Nie przejęła się tonem jego głosu i pogłaskała go po głowie. Szczerze mówiąc coraz bardziej się o niego martwiła. Czy naprawdę zapomniał, że opuścił posłanie? Podobne sytuacje miały już miejsce. Może to jeden ze skutków choroby? Wolała o tym nie myśleć. Potrząsnęła głową i powiedziała:

– Pora na kolację.

– Chcę malinowe ciasto i…

Nie dokończył, bo przerwało mu skrzypienie drzwi oraz dobiegające z korytarza stukanie butów o podłogę. Spojrzał pytająco na siostrę, ale wzruszyła ramionami. Nie miała pojęcia, kto ich odwiedził. Ktokolwiek to był, postanowiła szybko go odprawić, bo spędzenie wieczoru z bratem było dla niej ważniejsze.

Słysząc ociężałe kroki coraz wyraźniej, obróciła się i zobaczyła przechodzącego przez próg czarodzieja. Mężczyzna stanął na środku izby, odrzucił kaptur na plecy i krzywo się uśmiechnął.

– Muszę przeprosić – powiedział.

Uniosła brwi i uważnie mu się przyjrzała.

– Jeśli chodzi o to, co stało się w ogrodzie…

– Bynajmniej – wtrącił. – Przepraszam, ponieważ zabieram chłopca.

Po tym wyjaśnieniu przesunął leżące na podłodze krzesło i zbliżył się do łóżka. Pino chwyciła go za przedramię. Nie pozwolił się zatrzymać i potraktował ją czarem. Stworzony z ciemnych oparów pyton owinął się wokół jej pasa i sprawił, że zesztywniała. Malepo nie zamierzał jednak na tym poprzestać. Wyszeptał następne zaklęcie, na skutek czego stado kruków wyleciało spod jego szaty i otoczyło dziewczynę, wirując po ciasnych okręgach.

W jednej chwili zrobiło się duszno i zaśmierdziało spalonymi włosami. Podobny fetor towarzyszył każdemu złośliwemu czarowi. Pino zaczęła się pocić. Płuca odmówiły posłuszeństwa, a nogi stały się ciężkie. Coraz szybciej lecące ptaki przestały machać skrzydłami i rozmyły się w powietrzu, jakby stworzono je z dymu. Dziewczyna nie mogła się bronić, bo wąż nadal krępował ruchy. Czując bezsilność, przysłuchiwała się przytłumionemu wołaniu brata. Chciała mu odpowiedzieć, ale nie potrafiła. W głowie się kotłowało. Z tego wszystkiego w końcu straciła równowagę i upadła.

Nawoływania ucichły.

 

8.

 

Na skraju wioski, obok starego jesiona, Rema przystanęła i spojrzała na tarczę księżyca. Srebrzyste światło przebiło się między gałązkami i spłynęło na rudą główkę, po czym oblało trawę i zajaśniało w kropelkach rosy. Przez moment małpka cieszyła się tym widokiem, a potem wspięła się po pniaku do góry i przysiadła na gałęzi.

– Czarodziej niczego się nie domyśla – powiedziała.

– Wróżebny Atrament zadziałał? – spytało drzewo.

– Podobnie jak klątwa koszmaru.

W oddali zaskrzeczała mewa, a po kamienistej drodze nadbiegł kundel o sierści w kolorze smoły. Rema się skuliła. Kudłata psina zaszczekała, pomerdała ogonem i odbiegła, po czym minęła trzy domy, przeskoczyła stertę rybackich sieci i znikła w alejce, do której nie docierało światło księżyca. Dopiero wtedy kapucynka się rozluźniła.

– Podmieniłam zwój czaru przemiany w biurku Malepo. Jesteś pewny, że to wystarczy?

Czekając na odpowiedź przeniosła spojrzenie na chatę stojącą po drugiej stronie wydeptanego szlaku. Była mniejsza od pozostałych, ale wyglądała podobnie, ponieważ miała solidne, kamienne ściany, dach wykonany ze strzechy oraz wysoki komin, z którego ulatywał dym, rozpływający się na tle księżycowego blasku.

– Jeśli czarodziej namaluje runy, które przerysowałaś na fałszywym zwoju, nie stworzy burzołaka, lecz odda ci moc i człowieczeństwo wszystkich osób będących w zasięgu czaru – odparło drzewo. – Gdy to nastąpi, pamiętaj o obietnicy.

Drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem, a gruby mężczyzna, trzymający na rękach chłopca, wyszedł na drogę i popatrzył w gwieździste niebo. Później z głupim wyrazem twarzy pociągnął nosem i pomaszerował w górę drogi, żeby zanieść dziecko do wieży.

– Nie martw się o to – powiedziała Rema, a potem zeskoczyła na ziemię i powoli ruszyła w stronę otwartej chaty.

 

9.

 

Po odzyskaniu świadomości Pino chciała się podnieść, ale ciało odmawiało posłuszeństwa, zmuszając do bezruchu w uciążliwej pozycji. Obity policzek przylegał do podłogi, ścierpnięta ręka leżała pod tułowiem, zaś biodro przygniatało drewnianą zabawkę i pulsowało bólem, który promieniował na okolice brzucha. Nie ucierpiały jedynie oczy spoglądające na wejście do izby w nadziei, że pojawi się wsparcie.

Na to się jednak nie zanosiło. Czas okrutnie się dłużył, a dziewczyna nie mogła nikogo zawołać ani nawet wydobyć słabego głosu. Wobec tej bezradności jej myśli stały się całkiem ponure i umocniły przekonanie, że bratu grozi niebezpieczeństwo. Malepo na pewno planował coś okropnego, inaczej nie uciekałby się do porwania.

– Odwiedził cię czarodziej, co? – Rema niespodziewanie przekroczyła próg izby i skierowała się w stronę szafki. – Ufam, że masz trochę wilczego ziarna?

Rozległo się skrzypienie drzwiczek, a chwilę później o podłogę stuknęła puszka. Kapucynka postawiła ją pod nosem dziewczyny i podniosła wieczko, uwalniając gryzący zapach. Pomimo drapania w nozdrzach Pino wciągnęła powietrze na tyle mocno, na ile mogła, dzięki czemu mięśnie stały się sprężyste i umożliwiły powstanie. Rema skwitowała to skinieniem głowy.

– Chciałam zapobiec temu szaleństwu – oznajmiła, ruszając do wyjścia. – Niestety Malepo uroił sobie, że użyje Telimona do ocalenia ogrodu.

– Użyje?

Wyszły na świeże powietrze. Podmuch wiatru poruszył rąbkiem sfatygowanej sukienki i sprawił, że dziewczynie po ramionach przebiegły dreszcze. Splatając przed sobą ręce skuliła się i obrzuciła spojrzeniem pobliski jesion, którego gałęzie kołysały się w blasku księżyca.

– Wiesz coś o burzołakach? – zapytała małpka.

– Niewiele.

– W takim razie wszystko wyjaśnię!

Pobiegły w stronę wieży. Prowadząca tam droga była wąska i kamienista, zaś po obu stronach, gdzieby nie spojrzeć, rosła wysoka trawa, falująca przy każdym podmuchu bryzy. Chociaż budowla znajdowała się blisko wioski, przed dotarciem na miejsce Rema zdążyła omówić naturę potwora oraz plany czarodzieja, dlatego Pino poczuła wzburzenie.

– Nie ma mowy, żeby Telimon stał się burzołakiem! – Popchnęła drzwi prowadzące do wieży tak mocno, że dębowe skrzydło łomotnęło o ścianę i prawie zerwało zawiasy. – Musimy temu zapobiec!

– Wobec tego nie marnujmy czasu. – Małpka weszła do środka, skoczyła na pierwszy stopień spiralnych schodów oświetlonych pochodniami i skinęła główką, aby Pino zrobiła to samo. Później pognała do góry i znikła jej z oczu. Wtedy dziewczyna otrząsnęła się i ruszyła za nią. Minęła sypialnię, pachnącą starymi podręcznikami bibliotekę oraz zagracone laboratorium, ale mimo że przeskakiwała co dwa stopnie, dogoniła kapucynkę dopiero kiedy ta zatrzymała się na końcu schodów.

Stanęła przed sękatymi drzwiami tłumiącymi głos czarodzieja i popchnęła je energicznie, pod palcami czując chropawe drewno. Za progiem komnaty jej nozdrza podrażnił fetor spalonych włosów. Kichnęła. Ciemnoskóry mężczyzna, stojący pośrodku nieumeblowanego pomieszczenia, obejrzał się i zmarszczył czoło, jednak pomimo zaskoczenia dokończył zaklęcie ze zwoju.

Pod wpływem czaru namalowane na ścianach znaki buchnęły parą i stworzyły pod sufitem chmurę skłębionych stworów podobnych do nietoperzy. Leżący na podłodze chłopiec zadrżał. Małe potworki zaczęły nad nim wirować. Jeden wpadł na drugiego, pisnął i mocniej zatrzepotał skrzydłami. Dziewczynie przeszły po plecach ciarki.

– Przestań! – Skoczyła na Malepo i oboje runęli na posadzkę. Pino poczuła ukłucie w łokciu oraz odrętwienie, które objęło całe ramię i prawą część barku. Czarodziej również ucierpiał. Upadając obok ściany grzmotnął głową o parapet i nabił sobie guza.

Chmara przywołanych nietoperzy rozproszyła się i spadła na wszystkie osoby w pomieszczeniu. Dziewczynie zrobiło się gorąco. Poczuła, jak stwory wgryzają się w jej ręce i nogi, aby pochłonąć energię. Całe ciało stało się ciężkie. Chciała się obronić, ale nie była w stanie. Słabła.

Gdzieś w tle usłyszała śmiech Remy.

– Dobrze, dobrze! Ha, ha. Czuję, że to działa!

Nie potrafiła zrozumieć, co się dzieje. Czuła, że się kurczy. Czuła, że na skórze pojawia się szara sierść. Czuła, że przemienia się w zwierzę. Czy Telimon doświadczał tego samego? Podniosła spojrzenie, ale widok zasłaniało stado skłębionych nietoperzy.

– Braciuszku – szepnęła. – Przepraszam.

Potem zemdlała.

 

10.

Świtało. Od morza dolatywał chłodny wiatr, w oddali skrzeczała mewa. Pulchna kobieta o rudych włosach schodziła ze wzgórza, kierując się w stronę osady. Na rękach niosła trzy małpki: czarną jak kawa, białą jak śnieg oraz szarą jak popiół. Obiecała, że złoży je w ofierze duchowi drzewa.

Było to kłamstwo. Miała wobec nich inne plany.

Duchowi na pewno się nie spodobają.

Koniec

Komentarze

Nieszpulku, czy to opowiadanie wcześniej nosiło tytuł Pino?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tak. Skróciłem o połowę, bo wydawało mi się, że za bardzo zagmatwałem w pierwszej wersji.

Świat szału nie robi, ale nadrabiasz fabułą. Dzieje się, kilka postaci, każda ma swoje cele.

Bohaterowie są gdzieś pośrodku – przeważnie nic nowego, ale małpka dużo wnosi. Nie jest źle, ale gdybyś się zastanawiał, co jeszcze można zrobić, to sądzę, że dałoby się dołożyć jakieś cechy szczególne bohaterom – wzbogacić ich sylwetki.

Napisane bardzo przyzwoicie.

Misie.

Babska logika rządzi!

Misie jak Finkli, ale więcej napiszę jutro. Na razie klikam bibliotekę, żeby mnie kto nie ubiegł. ;)

Dzięki za komentarze, dziewczyny. Zgadzam się co do świata. Wyszedł trochę blado, bez życia. :)

Nie tyle blado, co to wszystko już było. Ot, standardowy świat fantasy numer cztery. ;-)

Babska logika rządzi!

Nawet jeśli pomysł na świat jest wtórny, to uważam, że fantasy w nieco bardziej klasycznym wydaniu też da się stworzyć tak, by czytelnik miał frajdę z opowieści. 

Co do tekstu – jest nieźle. Momentami brakowało mi rytmu zdań, ale przeważały opisy lekkie w czytaniu i sprawnie napisane. Tekst jest spójny, czytelnik się nie gubi, nie ma problemu z wyobrażeniem sobie kolejnych wydarzeń. 

Sam pomysł przypadł mi do gustu, a opowiadanie umiliło czas podróży. :) 

 

Pamiętam, że po lekturze Pino pozostał niedosyt i ciekawość dalszych losów bohaterów. I choć teraz już wiem, co im się przytrafiło, to nie mogę pozbyć się wrażenia, że to nadal nie jest skończona opowieść. Nagły zwrot, jakim jest przemiana wszystkich postaci, budzi ciekawość, co dalej z nimi będzie? Jakie plany ma Rema? No i niesforny Ramos – jego na razie nie dotknęły żadne czary… Jak dla mnie, to tylko początek opowieści i mam nadzieję, że dalszy ciąg nastąpi. ;)

 

jak drze­wa szep­ta­ją mię­dzy sobą chro­po­wa­ty­mi gło­sa­mi. –> …jak drze­wa szep­czą mię­dzy sobą chro­po­wa­ty­mi gło­sa­mi.

 

po­gła­ska­ła się po brzu­chu, który wy­róż­niał się ko­lo­rem mleka na tle ru­de­go grzbie­tu i łapek. –> W jak sposób brzuch może być widoczny na tle grzbietu?

 

Męż­czy­zna za­krztu­sił się, za­sła­nia­jąc usta. –> Czyżby dobrze rozumiem, że zasłonięcie ust spowodowało zaksztuszenie?

 

Na skra­ju wio­ski, obok sta­re­go je­sio­na…–> Na skra­ju wio­ski, obok sta­re­go je­sio­nu

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czytałam wczoraj późno wieczorem i miałam wrażenie, że dość często stosujesz pewne charakterystyczne wyrażenia:

Dłoń mężczyzny wysunęła się w jego stronę.

usta wyrzuciły przekleństwo

jej dłonie mimowolnie się zacisnęły

Z ust czarodzieja nie padła odpowiedź

To tylko przykłady. Jakbyś niekoniecznie chciał napisać po prostu, że ktoś (osoba) coś zrobił, tylko szukał zamienników, przez co czasem wychodziły dziwne konstrukty. Oczywiście, nie ma w tym nic złego, tylko po prostu wydawało mi się, że stosujesz ten chwyt na tyle często, że mnie to wybijało z rytmu. 

Ale chyba wczoraj byłam jakoś specjalnie na to uwrażliwiona, bo jak teraz zabierałam się za komentarz i przeczytałam jeszcze raz kilka fragmentów tego opowiadania, to jakoś mi to już nie przeszkadzało. ;)

Finkla ma rację, że świat nie powala oryginalnością. Należę jednak do tych czytelniczek, którym to nie przeszkadza w ogóle. Nie o świat tu chodzi tylko o historię i bohaterów. A te są ciekawe, dobrze opisane, zajmujące. Fajny tekst.

Ciekawe opowiadanie z fajną, wciągającą fabułą. Trochę gorzej z bohaterami, bo choć każdy ma swój ce, to przydałoby się je wzbogacić o jakieś dodatkowe cechy. Tak natomiast mało się wyróżniają i czasem nie wiedziałem, kiedy mówi czarodziej, a kiedy Pino.

Opisy przyrody fajne, ale mnie się dłużyły. Nie wiem, czy to nie przez to, że czasem lądowały w miejscu, gdzie akcja powinna być bardziej dynamiczna – jak w części numer pięć, tuż po usłyszeniu kroków, a przed dotarciem czarodzieja do ogrodów.

Podsumowując: jest okej, ale bez większych fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Jestem daleki od zachwytów. Przyzwoicie napisane, ale trudne w odbiorze. Musiałem przeczytać dwa razy, bo za pierwszym nie za bardzo załapałem o co chodzi. Konstrukcja fabularna, kwestie dialogowe i niektóre zdania, czy hasła (Jesionowy Duch) też nie pomagały.

Ogólnie, to jest solidna baza, ale mam wrażenie, że skupiając się na szybko idącej narracji w tekściku nie zwróciłeś uwagi, że czytelnik nie wie tyle co Ty.

Ale to tylko moje wrażenie.

Pozdro!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Bardzo mi się podobało. Ciekawe postacie, plastyczne, łatwo je sobie wyobrazić. Dzieci, czarownica i czarodziej w klimatycznej osnowie ogrodu. Zbyt szybki ten finał, porządny wstęp i rozwinięcie potrzebuje czegoś dłuższego. Przeczytałem, że ciąłeś, chyba trochę za mocno :) Brakuje mi z jednego akapitu budującego jeszcze bardziej napięcie. Co nie zmienia faktu, że punkt się należy :)

Dzięki za wszystkie uwagi i komentarze.

 

Zalth, moja Żona miała podobne zastrzeżenia do tego tekstu :)

Czytałam już poprzednią wersję. W tej wpadły mi w oko powtórzenia:

Znaki natury przykuły uwagę ciemnoskórego czarodzieja. Ponieważ miał stary zwyczaj brania ich pod uwagę, odpuścił sobie spacerowanie i pospiesznie udał się w stronę wieży.

Szata z czarnego sukna zaszeleściła szarpana wiatrem, a dłonie potarły o siebie w poszukiwaniu ciepła. Czarodziej spojrzał na wysoką budowlę o ciemnoszarych ścianach, stojącą na pobliskim wzniesieniu, i wyobraził sobie ciepło, które go otuli, kiedy znajdzie się w środku.

Mnie się ta historia podoba, zwłaszcza motyw z małpką.

Ładne, ciekawe zakończenie. Dobrze się czytało :)

Nowa Fantastyka