- Opowiadanie: kchrobak - Kontakt

Kontakt

A co tu dużo pisać, uwa­żam że wcze­śniej czy póź­niej na­stą­pi jakiś kon­takt. Mu­si­my się więc przy­go­to­wać.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Kontakt

– Dzie­sięć w skali To­ri­no, panie pre­zy­den­cie.

– A po ludz­ku?

– Zde­rze­nie jest pewne. Siła eks­plo­zji spo­wo­du­je ogrom­ne znisz­cze­nia. Moż­li­we, że… – Pro­fe­sor Qu­berg przy­gła­dził dło­nią rzad­kie, liche włosy. – Coś ta­kie­go wy­tłu­kło di­no­zau­ry, ponad sześć­dzie­siąt mi­lio­nów lat temu.

– Nie je­ste­śmy jak di­no­zau­ry! – Pre­zy­dent pod­niósł się z fo­te­la.

– Tak, to praw­da. – Na­uko­wiec po­ki­wał głową. – Je­ste­śmy de­li­kat­niej­si…

 

***

 

– Ile mamy czasu?

– Do ko­li­zji po­zo­sta­ło około trzy­sta osiem­dzie­siąt go­dzin.

– No, to do ro­bo­ty. Nikt nie wyj­dzie do domu, do­pó­ki nie roz­wią­że­cie pro­ble­mu. Od­ma­sze­ro­wać. – Ge­ne­rał Chan od­wró­ci­ła się od ofi­ce­ra i wci­snę­ła przy­cisk in­ter­ko­mu. – Chan, ko­cha­nie, zro­bi­ła­byś mi mięty.

– Jasne, pani ge­ne­rał – za­skrze­cza­ło z gło­śni­ka – już za­pa­rzam.

 

***

 

– Aste­ro­ida po­cho­dzi z sys­te­mu Fo­mal­haut.

– A to ma, kurwa, ja­kieś zna­cze­nie? – Pre­zy­dent zde­cy­do­wa­nie nie był w na­stro­ju.

– No… ra­czej nie, ale… – Pro­fe­sor Qu­berg nie był przy­zwy­cza­jo­ny do ta­kie­go trak­to­wa­nia. Na Ha­rvar­dzie nikt by się nie ośmie­lił…

– To mi tu nie za­wra­caj­cie gi­ta­ry. Jakiś po­mysł na roz­wią­za­nie pro­ble­mu?

– Znisz­czy­my ją ła­dun­kiem nu­kle­ar­nym.

– Jak?

– Tak, jak w "Ar­ma­ge­do­nie", tylko le­piej. – Ge­na­rał Ste­vens, dla od­mia­ny, był wy­raź­nie z sie­bie za­do­wo­lo­ny.

 

 

***

 

– Jak to, nie udało się?

– Roz­rusz­nik ge­ne­ra­to­ra fali się za­wie­sił, pani ge­ne­rał. – Po­rucz­nik Chan stała wy­prę­żo­na jakby kij po­łknę­ła. Albo dwa nawet.

– Kurwa! – Ge­ne­rał Chan od­wró­ci­ła się do go­ścia sie­dzą­ce­go na sze­ro­kim, plu­szo­wym fo­te­lu. – Pro­fe­so­r Chan, ja­kieś po­my­sły?

In­da­go­wa­na le­ni­wym ru­chem zdję­ła oku­la­ry, prze­tar­ła je ir­cho­wą ście­recz­ką i za­ło­żyw­szy macki za gło­wo­tu­łów roz­sia­dła się wy­god­niej w fo­te­lu.

– Nie zwy­kłam mówić: a nie mó­wi­łam. Ale… – Skie­ro­wa­ła górne oko w kie­run­ku su­fi­tu. – Chyba nam nie sprzy­ja.

– Nie czas ani miej­sce na re­li­gij­ne dyr­dy­ma­ły. – Ge­ne­rał była za­twar­dzia­łą ate­ist­ką i wszy­scy o tym wie­dzie­li, zwłasz­cza w ro­dzi­nie. – Spie­przył się ge­ne­ra­tor fali gra­wi­ta­cyj­nej, nie pierw­szy już raz zresz­tą. Więc mi tu nie chrzań o opatrz­no­ści, tylko wy­myśl jak to na­pra­wić.

– Chan, bra­cisz­ko. – Pro­fe­sor zde­cy­do­wa­ła się spu­ścić z tonu. – Może wcale nie trze­ba go na­pra­wiać. Olej to. Po­le­ci­my tam znowu za kil­ka­na­ście, może kil­ka­dzie­siąt mi­lio­nów lat, a do tego czasu po­pra­cu­je­my nad apa­ra­tu­rą.

– O nie, Chan. Drugi raz im tego nie zro­bię…

– Daj spo­kój. Ich po­przed­ni­cy już dawno nie ist­nie­ją – brat wtrą­ci­ła się w pół zda­nia – a na­stęp­ni też będą mieli to gdzieś.

– Tu nie cho­dzi o nich. W dupie ich mam. – Ge­ne­rał ze­rwa­ła się na równe macki. – Ale o moją ka­rie­rę! Jak my­ślisz, ile po­zwo­lą mi jesz­cze znisz­czyć cy­wi­li­za­cji, zanim mnie od­wo­ła­ją?

– No to może kon­takt?

– Co?

– Kon­takt. Na­pisz do nich, że po­trze­bu­jesz po­mo­cy. To chyba dość wy­so­ka cy­wi­li­za­cja. Pew­nie po­sia­da­ją już de­tek­to­ry optycz­ne.

Ge­ne­rał opa­dła na fotel, spoj­rza­ła na wciąż wy­prę­żo­ną po­rucz­nik i rze­kła:

– Od­ma­sze­ro­wać.

Gdy za po­rucz­nik Chan za­mknę­ły się pneu­ma­tycz­ne prze­gro­dy, ge­ne­rał Chan spoj­rza­ła spode łba na bratę i, kła­dąc macki na kla­wi­szach, szyb­ko wstu­ka­ła krót­ką wia­do­mość. Za­wa­ha­ła się chwi­lę, ale w końcu wci­snę­ła zie­lo­ny przy­cisk z na­pi­sem "wy­ślij".

 

***

 

Pro­mień do­tarł do Zie­lon­ki o dzie­wią­tej trzy­dzie­ści sześć. Pul­su­ją­cy słup spa­da­ją­ce­go z nieba ognia, który przez dobre dwie mi­nu­ty był wi­docz­ny w pro­mie­niu kil­ku­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów, oko­licz­ni miesz­kań­cy wzię­li za karę boską. Nie wie­dzie­li, co praw­da, za co ta kara, ale to usta­li się póź­niej. Naj­waż­niej­sze, że na­le­żą­ca do Ma­riu­sza Ka­niu­ka, naj­bo­gat­sze­go we wsi go­spo­da­rza, sto­do­ła wraz ze sto­ją­cym w niej cią­gni­kiem, kom­baj­nem bu­ra­cza­nym oraz gra­na­to­wym volks­wa­ge­nem pas­sa­tem, w ułam­ku se­kun­dy spło­nę­ły, po­zo­sta­wia­jąc po sobie je­dy­nie mgli­ste wspo­mnie­nie. Oraz sty­gną­ce jesz­cze przez do­brych parę go­dzin je­zior­ko, wy­peł­nio­ne sto­pio­nym kon­glo­me­ra­tem czę­ści rze­czo­nych po­jaz­dów, uno­szą­cych się w błot­no-mag­mo­wej za­wie­si­nie.

Czyli spra­wie­dli­wość za­try­um­fo­wa­ła.

 

***

 

– Pre­zy­dent Chan, na pierw­szej linii.

Ge­ne­rał wsta­ła od biur­ka i pod­nio­sła słu­chaw­kę. Może to głu­pie, ale za­wsze od­bie­ra­ła te­le­fon od prze­ło­żo­nych sto­jąc na bacz­ność.

– Pani pre­zy­dent.

– Pani ge­ne­rał – za­skrze­cza­ło w gło­śnicz­ku. – Jak spra­wy?

– Wia­do­mość wy­sła­na, cze­ka­my na kon­takt.

– Pro­szę mel­do­wać. A przy oka­zji, Chan chcia­ła was od­wie­dzić. Może jutro?

– Oczy­wi­ście, Chan się ucie­szy.

 

***

 

– To był atak, panie pre­zy­den­cie. – Ge­ne­rał Ste­vens ude­rzył za­ci­śnię­tą dło­nią w stół. – Nie mamy co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści.

– Atak? Co wy mi tu bre­dzi­cie. – Pre­zy­dent krą­żył po ga­bi­ne­cie. – W jakąś za­py­zia­łą dziu­rę, we wschod­niej Eu­ro­pie.

– W Zie­mię, panie pre­zy­den­cie. W Zie­mię!

– Zga­dzam się z ge­ne­ra­łem Ste­ven­sem. – Szef wy­wia­du włą­czył się do roz­mo­wy. – Pro­mień tego, no… eee… la­se­ra, po­cho­dził z aste­ro­idy. Co pan sądzi, pro­fe­so­rze?

Wy­wo­ła­ny przy­gła­dził rzad­kie włosy. Chrząk­nął.

– Zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści, nie można wy­klu­czyć. Jed­nakowoż, nie mamy do­sta­tecz­nej…

– Gówno praw­da. – Szef po­łą­czo­nych szta­bów po­now­nie grzmot­nął pię­ścią w blat. – Dam głowę, że ta aste­ro­ida to za­ma­sko­wa­ny sta­tek, który ma prze­pro­wa­dzić in­wa­zję.

– Nie uważa pan, że to by­ło­by bez sensu? – Pro­fe­sor Qu­berg nie dał się zbić z tropu.

– Co ta­kie­go?

– Wy­sy­łać aste­ro­idę, która le­cieć bę­dzie przez pół ga­lak­ty­ki, by potem, tuż przed ude­rze­niem, zde­ma­sko­wać się pro­mie­niem, tego, jak mó­wi­cie, la­se­ra, choć moim zda­niem pro­mień, który do­tarł do Ziemi jest stru­mie­niem…

– To bez zna­cze­nia. Zo­sta­li­śmy za­ata­ko­wa­ni i mu­si­my się bro­nić.

 

***

 

Ko­la­cja była wy­śmie­ni­ta. Chan po­da­ła mur­kwie w sosie oraz na­dzie­wa­ne se­pul­ki. Chan dawno się tak nie ob­żar­ła i to zwa­żyw­szy, że ku­charz w pa­ła­cu pre­zy­denc­kim też był ni­cze­go sobie. Dzie­ci ba­wi­ły się w ogro­dzie. Chan za­bra­ła Chan, by po­ka­zać jej swą nową ko­lek­cję pciem. Pre­zy­dent Chan roz­sia­dła się na ka­na­pie na patio z cy­ga­rem w jed­nej macce i kie­lisz­kiem wy­śmie­ni­te­go ko­nia­ku w szó­stej.

– I jak spra­wy? – za­gad­nę­ła Chan.

– Nie­źle. Na­wią­za­li­śmy kon­takt.

 

***

 

Ra­kie­ta LC zero jeden wy­star­to­wa­ła z Cape Ca­na­ve­ral o cza­sie. Jej sio­strza­na kon­struk­cja z nu­me­rem zero dwa opu­ści­ła te­ry­to­rium Gu­ja­ny Fran­cu­skiej do­kład­nie sześć minut póź­niej. Trze­ci po­cisk wy­star­to­wał z ka­zach­skie­go Baj­ko­nu­ru. Ro­syj­ska kon­struk­cja róż­ni­ła się już nie tylko nu­me­rem. Na lśnią­cych pły­tach po­szy­cia za­miast ża­ło­sne­go "Last Chan­ce 03", błysz­czał w słoń­cu, bliż­szy ro­syj­skie­mu tem­pe­ra­men­to­wi, czer­wo­ny napis "Железный кулак 01".

Zgod­nie z pla­nem po­ci­ski miały ude­rzyć w aste­ro­idę w od­le­gło­ści około pół­to­ra mi­lio­na ki­lo­me­trów od Ziemi. W naj­bar­dziej nawet opty­mi­stycz­nych za­ło­że­niach, nie spo­dzie­wa­no się, że uda się ją znisz­czyć. Ale nie o to prze­cież cho­dzi­ło.

Po­trój­ne ude­rze­nie po­tęż­nym ła­dun­kiem nu­kle­ar­nym w aste­ro­idę pę­dzą­cą z jedną trze­cią pręd­ko­ści świa­tła mu­sia­ło zmie­nić jej tra­jek­to­rię. Praw­da?

 

***

 

– Pani ge­ne­rał. Ja­kieś no­wi­ny?

– Wszyst­ko w jak naj­lep­szym po­rząd­ku. Zie­mia­nie wy­sła­li nam pomoc. No, może nie do końca taką, o jaką pro­si­li­śmy, ale chyba dys­po­nu­ją niż­szą tech­no­lo­gią niż za­kła­da­li­śmy.

– O, to wspa­nia­le. Ale… z tonu wnio­sku­ję, że mamy jakiś pro­blem.

– Hmm, no tak… – Ge­ne­rał Chan przy­gła­dzi­ła macką czuł­ki. – Im­puls znisz­czył ła­dow­nie. No… i ten… per­kal i pa­cior­ki się roz­sy­pa­ły.

Pre­zy­dent Chan od­wró­ci­ła się do okna. Ner­wo­wo prze­stę­pu­jąc z macki na mackę coś tam do sie­bie mru­cza­ła. Po chwi­li spoj­rza­ła na bratę i zde­cy­do­wa­ła:

– Wra­ca­my! Bez po­dar­ków ta wi­zy­ta nie ma sensu.

 

***

 

– Wy­gra­li­śmy, panie pre­zy­den­cie.

– No, ja myślę.

– I co pan na to, pro­fe­so­rze? – Ge­ne­rał Ste­vens nie po­tra­fił ukryć sa­tys­fak­cji.

Pro­fe­sor mil­czał.

Pre­zy­dent wstał zza biur­ka i pod­szedł do okna. I choć chłop­cy z Se­cret Se­rvi­ce tego nie lu­bi­li, otwo­rzył je na oścież. Po czym wy­chy­lił się odro­bi­nę i wzno­sząc pięść nad głową, krzyk­ną w kie­run­ku wi­szą­cych dziś wy­jąt­ko­wo wy­so­ko chmur:

– I po­wiedz­cie w całej ga­lak­ty­ce, że z Zie­mia­na­mi się nie za­dzie­ra!

– W całym wszech­świe­cie, panie pre­zy­den­cie, w całym wszech­świe­cie.

– Głup­ki – mruk­nął pod nosem pro­fe­sor Qu­berg, mając na­dzie­ję, że nikt go jed­nak nie usły­szy.

Nie­ste­ty, pre­zy­dent miał wy­śmie­ni­ty słuch, więc od razu pod­ła­pał i rzu­cił w kie­run­ku nie­bo­skło­nu:

– W całym wszech­świe­cie, głup­ki!

 

Koniec

Komentarze

Choć pomysł kontaktu, omyłkowo wziętego za atak to nic nowego, udało ci się rozegrać go w wyjątkowo zabawny i świeży sposób. Jest w tym duch hollywoodzkich komedii (zwłaszcza ostatnia scena), doprawiony środkowoeuropejskim humorem (sprawiedliwość zatryumfowała). Aha, i dodatkowy plus za żielieznyj kułak :-) 

Ha, ciekawe jest również to, że zanim zorientowałem się, iż wcale nie chodzi o Chińczyków, zupełnie nie zdziwiło mnie to, że wszyscy nazywają się Chan :-) 

Słowem – bardzo dobry, zabawny szort! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Choć podobne zdarzenia były już opisywane, to Twój Kontakt, Kchrobaku, ujmuje bardzo porządnym wykonaniem, a prezentując humor w bardzo dobrym gatunku, pozwala cieszyć się wyjątkowo zabawną treścią. Szczególnie przypadł mi do gustu opis i podsumowanie tego, co wydarzyło się w Zielonce. ;D

 

i wzno­sząc pięść nad głową krzyk­ną w kie­run­ku… –> …i wzno­sząc pięść nad głową, krzyk­nął w kie­run­ku

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie się podobało :) Ciekawy pomysł z odpowiednią dawką humoru. Jak dla mnie, fragment o Zielonce i końcówka najlepsze :)

:)

Mam luźny tydzień, więc sobie pozwalam nadrabiać zaległości.

A że nic nowego? Ba, podobno wszystko napisał niejaki Shakespeare. I to lata wcześniej, nim my to wymyśliliśmy ;)

A propos Zielonki – umiejscowienie tego wątku, nie jest przypadkowe. Mimo że fikcyjne, to jednak moje okolice – znam te klimaty :)

Czy to jest sygnaturka?

Zielonka to chyba tak bliżej Warszawy niż Białegostoku. No chyba, że o jakiejś podlaskiej nie wiem :) A takie klimaty, to ogólnie są w Polsce powszechne. Nie ma jak to zazdrość :P

Jestem przekonana, że podobnie klimatycznych “Zielonek” znalazłoby się mnóstwo, a Twoja Zielonka, Kchrobaku, reprezentuje je wszystkie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne to, poprawiło mi humor ;D Mariusz Kaniuk jest moim absolutnym ulubieńcem :d Tylko Passata szkoda :(

Verman

Lubię takie… kontakty.

Podobało mi się ;) Plus za pokazanie rosyjskiego i amerykańskiego temperamentu ;) 

Ale fajny szorciak! Bardzo mi się podobało. :)

Humoreska przeczytana. Pozdrawiam.

Tekst przypomniał mi stare opowiadanie “ID 11”, które opublikowano w którymś z Kompendiów Wiedzy Secret Service ;) Zaś Twój tekst, Autorze, jest sympatyczny. Taki w sam raz na dokładkę po czymś ciężkim. Humor przypadł mi do gustu, zwłaszcza te kwestie, które parodiują typowe teksty filmów s-f.

Mam też wrażenie, że to “Chan” to jakaś aluzja do japońskiego dodawania tytułów grzecznościowych na koniec słów.

Technicznie zaś czytało mi się dobrze i płynnie.

Podsumowując: okej, miły pokaz, choć też bez większych fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

No cud malina! Zacny szorciak! Uśmiecha. :)

Przydałaby się edycja tekstu, czyli wypośrodkowanie gwiazdek. No i może jakaś klimatyczna ilustracja.

Dobrze napisana miniatura, ocierająca się, na pewno świadomie, o absurd, groteskę s-f. Niezła dynamika narracji, chociaż jest nieco niepotrzebnych dłużyzn, a pomysł interesujący.

Dobre i biblioteczne, więc klikam.

Pozdrówka.

Podobno w literaturze już wymyślono prawie wszystko i została tylko jakaś tam mała luka dla prawdziwych geniuszy. Cała reszta autorów musi bazować na starych składnikach i pichcić nowe historie w mniej lub bardziej strawne dania, a czytelnicy co raz wcinają odgrzewane kotlety.

Ale ja lubię kotlety.

Dzisiaj udało ci się wysmażyć coś zdecydowanie smakowitego. Lekkostrawne, dobrze przyprawione, okraszone humorem , podlane fabułą i flambirowane akcją.

Bardzo smakowało. :)

Z.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Przeczytałem tekst z przyjemnością. Zabawny i lekki w odbiorze, a przy puencie, szczerze się uśmiałem.

Hej! Mam wrażenie, że ten tekst może być odbierany jako metafora kontaktów… międzyludzkich;) W końcu w naszym pozbawionym obcych świecie nierzadko dochodzi do takich (nie)porozumień;) Czytało się lekko i przyjemnie, bez żadnych zgrzytów i choć z początku nie mogłem jakoś się przekonać, to skończyłem z uśmiechem na twarzy:) A chyba właśnie o to autorowi chodziło:) Dobry tekst, a zakończenie… świetne! I ta śmieszna duma tak charakterystyczna dla naszego (wielkiego) gatunku…

 

Pozdr! 

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Bardzo sympatyczny szorciak. Fajne, symetryczne nieporozumienie.

Oni jedzą sepulki? I to przy dzieciach? Fuj!

Babska logika rządzi!

Uśmiechnęłam się do monitora, bo tak zabawną historię tu opisałeś. W pierwszej chwili też myślałam, że chodzi o Chińczyków i już się chciałam obruszać, ale dobrze że nauczona wcześniejszymi doświadczeniami na portalu, powstrzymałam swój zapalczywy gniew, który wszędzie chciałby szukać niesprawiedliwości i niewrażliwości (są na to jakieś lekarstwa?).

Najbardziej podobała mi się sprawiedliwość (wymierzona oczywiście w najzamożniejszego farmera) i… “bez podarków ta wizyta nie ma sensu” to był ten moment, który mnie rozbroił. 

Co tu dużo mówić, opowiadanie bezsprzecznie zasłużyło na nominację do biblioteki wprawnym wykonaniem i świetnie poprowadzoną historią. Świetna lektura, doskonała na zakończenie wieczoru miłym akcentem. 

który wszędzie chciałby szukać niesprawiedliwości i niewrażliwości (są na to jakieś lekarstwa?).

Podpal stodołę sąsiadowi. Powinno pomóc. ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo, oficjalnie się Ciebie boję ;P

Ojtam, ojtam. Miałam nadzieję, że w Poznaniu nie macie zbyt wielu stodół. ;-)

Babska logika rządzi!

Dzięki za przychylne noty i opinie.

 

@ NoWhereMan

Zacząłem szukać opowiadania, które wskazałeś. I nieco rozczarowany skonstatowałem, że Kompendium Wiedzy Secret Service to nie materiały szkoleniowe służb specjalnych, tylko gazeta o grach komputerowych…

Chan, niestety, nie było aluzją, a prostackim w istocie zabiegiem, mającym na samym początku skierować uwagę gdzieś indziej…

@ rosebelle & Finkla

Obawiam się, że lekarstw na to nie ma… A podpalenie stodoły też da tylko krótką ulgę, bo jak znam życie, to skubaniec ma ubezpieczenie ;)

 

Czy to jest sygnaturka?

tylko gazeta o grach komputerowych…

Ale za to jaka! ;)

Chan, niestety, nie było aluzją, a prostackim w istocie zabiegiem, mającym na samym początku skierować uwagę gdzieś indziej…

Jakiekolwiek była geneza, jeśli przy jej użyciu chciałeś skierować na ten fakt mą uwagę, to Ci się udało :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

@Finkla i @kchrobak → Myślę, że powstrzymam się od podpalania i po prostu siądę w kąciku i poczekam aż ogarnie mnie pełen cynizm i apatia… Ponoć to tylko kwestia czasu ;)

Hmmm. Tak to nie… Może lepiej pilnuj własnej stodoły? ;-)

Babska logika rządzi!

Tak pewnie byłoby najroztropniej ;)

Nie uważa pan, że to byłoby bez sensu. – Profesor Quberg nie dał się zbić z tropu.

Chyba brakuje znaku zapytania po “sensu”.

 

Bardzo dobre, nie mam pytań :) No, może wywaliłbym trochę wielokropków. Ale poza tym czad, przemyślana konstrukcja, dialogi z wyższej półki i w ogóle miodek.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Bardzo przyjemne w lekturze. Udało ci się wpleść tyle nawiązań do rodzimej i zagranicznej klasyki, że jestem pod wrażeniem : ). W dodatku muszę ze wstydem przyznać, że na początku nie do końca zrozumiałem, co zaszło :D. Kiedy wszystko sobie logicznie poukładałem, poziom satysfakcji nawet jeszcze odrobinę wzrósł.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

– Nie jesteśmy jak dinozaury! – Prezydent podniósł się z fotela.

– Tak, to prawda. – Naukowiec pokiwał głową. – Jesteśmy delikatniejsi…

Ten fragment mnie rozbroił :D

 

“– Daj spokój. Ich poprzednicy już dawno nie istnieją – brat wtrąciła się w pół zdania – a następni też będą mieli to gdzieś.” – brat czy brata? Dalej jest odmiana “bratą”, która sugeruje że to forma żeńska…

 

“– Nie czas[-,] ani miejsce na religijne dyrdymały.”

 

“– Nie uważa pan, że to byłoby bez sensu. – Profesor Quberg nie dał się zbić z tropu.” – to pytanie, więc przydałby się znak zapytania.

 

“– I jak sprawy – zagadnęła Chan.” – j.w.

 

“Po czym wychylił się odrobinę i wznosząc pięść nad głową, krzykną w kierunku wiszących dziś wyjątkowo wysoko chmur[-.+:]

– I powiedzcie w całej galaktyce, że z Ziemianami się nie zadziera!”

 

 

Sympatyczna opowiastka. Miło się czytało do śniadania ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Szkoda, tyle dobra nie dojechało. Ech, perkal i paciorki… A kto wie, może i woda ognista była ;-) Lekkie, miłe i sympatyczne.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Duży plus za drobiażdżki: murkwie, perkal i paciorki, ostatnią scenę, i za “Chan zabrała Chan” ;)

Cholera, tekst, który wysłałem na Fantazmaty, miał te same patenty z powtarzającymi się imionami i z wymyślonymi słowami. Na szczęście z zupełnie innym kontekście :D

 

Nie powiedziałbym, że pomysł jakiś wielce oryginalny, ale wykonanie całkiem przyjemne. Nieinwazyjny [hehe] szort, który raczej na dłużej w mojej pamięci nie pozostanie, ale ogólnie w porządku.

No nieźle.

Czytałam kilka dni temu i musiałam ponownie zajrzeć do tekstu, żeby sobie przypomnieć co i jak. Ogólnie rzecz biorąc to nawet mi się podobało:) Poszczególne fragmenty są krótkie i treścią, więc żadnych dłużyzn nie było, co się wyjątkowo chwali przy takim temacie :) Żieleznyj kułak najlepszy :D Ale chwyt ż użyciem jednego imienia też mi się spodobał:)

Temat jednego imienia trzeba będzie zgłębić. Bo sam się zastanawiam, czy to efekt braku wyobraźni w nadawaniu imion u obcej rasy, czy może powszechny nepotyzm? Ale kto tam wie, jak to jest u kosmicznych mątw…

Czy to jest sygnaturka?

Podobały mi się te wszystkie Chan. Mimo że naczytałam się (i naoglądałam) o podobnych kontaktach, to takie zabawne, z humorem przedstawione wersje bawią mnie niezmiennie. Bo poza pomysłem liczy się też forma. 

Jako lekkie czytadełko do pośmiania – bardzo dobra lektura.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Lubię, kiedy ktoś udowadnia, że na zaprezentowanie wysokiego poziomu nie potrzeba masy znaków. Miniatura błyskotliwa, zabawna, pełna smaczków, kontakt przewrotny i pomysłowy. Wiele fragmentów można różnie wiązać i interpretować. Uważam, że to coś więcej niż miła czytanka, choć jeszcze nie ustaliłam w swoim rankingu, na ile. Niewykluczone, że po zastanowieniu będę na tak.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Sorry, Winnetou, jestem na nie.

Nie przeczę, lubię się pośmiać, lubię śmieszne teksty. Twój rolę komedyjki omyłek spełnia doskonale, ale to nie jest piórkowy format. To tak, jakby ktoś przyznał Oscara za piętnasty odcinek sitcomu. Biblioteka – tak, pióro – nie.

Babska logika rządzi!

Wow! [czyt: łał]

Rozważania nad piórkowością mojego tekstu… Poważnie? Już samo to jest nobilitujące.

 

Czy to jest sygnaturka?

Świetnie się bawiłam przy lekturze :))

Pochwały mogłabym słowo w słowo powtórzyć za przedpiśćcami. Pomysł, wykonanie, humor – wszystko super. 

Ja, jakkolwiek również odnajduję tekst przyjemnym, to jednak bez efektu WOW, czy też jakiegokolwiek większego zachwytu. Ot, fajna historyjka, którą fajnie się czytało, ale która nie wywołała śmiechowego tsunami (humor i owszem, z wykrzyknikiem, ale to takie bardziej OCH! niż ACH! jednak ;), nie poruszyła mnie w żaden sposób i nie zachwyciła ani formą, ani treścią. Obawiam się też, że prędzej czy później (prędzej) pamięć o nim przepadnie gdzieś pomiędzy kolejnymi opowiadaniami.

Końcowa cena faktycznie najlepsza, taka trochę… tetralna(?). Bardzo łatwo ją sobie zwizualizować, a gdy już się dokona dzieła, nie sposób się nie uśmiechnąć.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Gdyby dowcipy w całym opowiadaniu były równie pocieszne, co ten finałowy, to być może byłabym na tak. Bo humor to największa zaleta tekstu, ale obecnie jest to dla mnie humorystyczny średniak. Przyjemne czytadełko, o którym szybko zapomnę i przy którym nie śmiałam się zbyt dużo, więc niestety byłam na nie ;)

Tylko nie "Tęcza"!

Podobało mi się :)

Nowa Fantastyka