- Opowiadanie: Pietrek Lecter - Sposób na nieśmiertelność

Sposób na nieśmiertelność

Kolejna przygoda Dżentelmena (nie trzeba znać poprzednich opowiadań, ale polecam). Dlaczego życie jest takie krótkie?

Podziękowania dla moich Rodziców, których uwagi były  bezcenne i Bet – ​katii72, PiotrkaSkowronka i slqn. Wszyscy włożyliście dużo pracy, bo tekst jest bardzo długi. Dziękuję za pomoc!

Zapraszam do czytania :)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Sposób na nieśmiertelność

Nuda często doprowadza do działania. Im dłużej trwa, tym większą pobudza kreatywność. Może prowadzić do zbrodni.

 

Każdego można zabić. Trzeba tylko chcieć.

 

Życie jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz, co się trafi.

Winston Groom – Forrest Gump

 

W Porcie Łódź znajdowały się dwie osoby i makabrycznie zmasakrowany trup strażnika z nocnej zmiany. Rozszarpano mu wnętrzności w dziki sposób. Wyglądał jak portret na zniszczonym płótnie, na który ktoś wylał czerwoną farbę.

Abraham z odbezpieczonym rewolwerem przemierzał półmrok. Starał się iść jak najciszej, choć istniało ryzyko, że bestia wyczuje go węchem.

Puste korytarze wypełniała milcząca groza. Owo siedlisko konsumpcjonizmu dziennie odwiedzały setki osób, którym nudziło się w domu, a pensja deformowała im kieszenie. Feralnej nocy kroczyły tam tylko dwie istoty i bynajmniej nie robiły zakupów. Nikłe światło dawał tylko blask księżyca zza okien i poszczególne maszyny, które nawet tak późną porą nie zaznawały odpoczynku. Jedyne dźwięki stanowił ich szum.

Zmysły go zawiodły. Potwór zdołał skoczyć na niego od tyłu. Napastnik przygwoździł człowieka do podłogi. Wytrącił mu rewolwer z ręki. Zaatakowany wił się i szamotał, ale na nic się to zdawało wobec krzepy o wiele potężniejszego celu. Bestia siedziała na jego plecach okrakiem.

W pewnym momencie unieruchomiony przestał się wyrywać. Opadł jakby bezwładny, niczym liść, który tańczył dopóki wiatr nie przestał grać swojej muzyki. Skupiał się ponad miarę. Oczyszczał umysł i wyczuwał otaczającą go energię.

Stwór został wyraźnie zbity z pantałyku i nie do końca wiedział, co począć. Napierał mocniej, a mężczyzna zdawał się tego nie zauważać. Już miał ugryźć, gdy palce ofiary zgięły się w dziwnym geście, bardzo trudnym do powtórzenia i demon zleciał z ciała pchnięty niewidzialną siłą. Znalazł się metr za Dżentelmenem.

Z otaczającej nas magii potrafią korzystać tylko czarodzieje. Jednakże tkwi ona w każdym z nas. Jest jej niewiele i stanowi nieodłączny element naszego organizmu. Można ją wykorzystywać na dwa sposoby: świadomie lub podświadomie. Świadomie użył jej Abraham. Kiedyś go tego nauczono. Kolejna taka zagrywka w nieodległym czasie mogłaby go zabić. Już wtedy odczuł znaczny spadek mocy. Podświadomie czarów używają głównie sportowcy, podróżnicy i pracoholicy. Wysiłek, który wydawałby się ponad możliwości organizmu wykonywany jest właśnie przy użyciu tej cudownej energii. Kiedy kończy się zdolność fizyczna, dalszą drogę umożliwia magia.

Kudomski chwycił rewolwer. Nie był pewien, czy zdoła walczyć dalej. Strzelił prosto w pierś wroga, ale ten tylko się zachwiał. Demon powoli się zbliżał, cicho przy tym powarkując.

Wiedział, że ma do czynienia z mutantem. Problem z nimi taki, że nie znano wielu pewnych faktów na ich temat. Każdy był inny, z reguły cechy ustalał twórca. Często pojawiały się też efekty uboczne, ale to inna kwestia. Dlatego samemu trzeba ustalić sposób na zabicie problemu. Abraham z reguły palił takie zmory, ale kiedyś natknął się na ognioodpornego słonia ze skrzydłami. I czym go tu spalić?

Najpierw postanowił sprawdzić czy ma do czynienia z istotą rozumną. Po prostu zapytał.

– Umiesz mówić?

Przeciwnik zmienił się nie do poznania. Wyprostował się, przestał warczeć, a w jego oczach zaiskrzyła inteligencja.

– A i umiem.

Przemiana lekko zaskoczyła Dżentelmena (nie lubił niespodzianek, wolał kontrolować sytuację), ale też zadowoliła.

– Mogę o imię spytać?

– Daniel.

– Abraham. W swojej pracy mam pewien nieco dziwny zwyczaj. Przed egzekucją lub jej próbą lubię poznawać historie swoich przeciwników. Pan jest wrogiem ciekawym, więc może opowie mi swoje dzieje?

– W zasadzie nie mam nic przeciwko. Dawno z nikim nie rozmawiałem, ze względu na mój wygląd zewnętrzny.

Poszli do kawiarni i z lodówki wyjęli po butelce coca-coli. Takie małe kradzieże nieszczególnie raniły sumienie Kudomskiego. Nikt na nich nie cierpiał. Firma zbytnio nie ubożała, a martwego strażnika nikt do odpowiedzialności nie pociągnie. Usiedli przy stole.

Każdy miał własny sposób na otwieranie butelki. Daniel pozbył się zakrętki zębami i wypluł, a człowiek uderzył w nią aż odskoczyła.

Po chwili milczenia i nawilżania gardeł odezwał się mutant.

– Od czego by tu zacząć? Jestem, jak to się mówi, zombie.

– Niech Bóg świeci nad duszą Georga Romero.

– Kogo?

– Prekursor filmów o zombie, ikona tego typu kina. Nieważne. Dygresja. Opowiadaj dalej.

– Nie będę skupiał się na moim życiu, to nieistotne. – Westchnął ze smutkiem. – Byłem naukowcem. Nie będę zagłębiał się w szczegóły, wątpię, że znasz się na pierwiastkach i tym podobnych.

– Przyznaję się, jestem laikiem w tych tematach. Rzucając szkołę, cieszyłem się, że nie będę musiał przesiadywać na lekcjach fizyki i chemii. W Stowarzyszeniu uczyli mnie tylko rzeczy przydatnych i takich, które rozumiałem. Abym był człowiekiem inteligentnym, z wiedzą, którą rozumiem.

– Wasz program jest dostosowany pod jednostkę?

– Tak. Każdy Dżentelmen ma być dobry w tym, w czym jest dobry i w tym, w czym musi być dobry jako Dżentelmen. Każdy ma swojego nauczyciela i mentora jednocześnie, innego Dżentelmena.

– Fajna ta praca?

– Nie zmieniłbym jej na żadną inną. – W jego oku pojawił się ten jakże dla niego charakterystyczny szelmowski błysk. – Prowadzę życie pełne przygód i niebezpieczeństw. Niewytłumaczalnych wydarzeń, które muszę wytłumaczyć i niepokonanych przeciwników, których muszę pokonać. Większość moich zadań to Mission: Impossible, a jednak nieustannie bawię się w Toma Cruise’a i stawiam im czoła. Jak dla mnie, bycie Dżentelmenem to najlepsze zajęcie pod słońcem. Widziałem rzeczy, którym wy ludzie nie dalibyście wiary.* Ale zagalopowałem się. Wróćmy do twojej historii.

– OK. Jesteś w stanie zachować tajemnicę? A zresztą nieważne. Mam już to w dupie. Zginąłem przy pracy nad nową bronią biologiczną. Wirus się wydostał i zabił cały ośrodek. Z tego, co widzę wnioskuję, że cudem udało im się to opanować i ludzkość dalej istnieje.

Nowa broń biologiczna. A to ciekawe, pomyślał Abraham.

– Co jest po drugiej stronie? – Kudomski miał okazję zadać to odwieczne pytanie jednemu z tych, co tam byli. Jedna z zalet jego zawodu.

– Nie jestem pewien. Chyba wyrwał mnie z Czyśćca.

– Kto?

– Dojdziemy do tego. Nie mogę sobie przypomnieć czasów między jednym pobytem na Ziemi, a drugim. Wyszedłem z ciemności i widziałem. Ale widziałem inaczej niż wcześniej. Kiedy jako człowiek musiałem używać okularów ze śmiesznie grubymi szkłami, teraz widzę wszystko wyraźnie, z najdrobniejszymi szczegółami. Dostrzegam nawet mrówkę ostrożnie zmierzającą do mrowiska. Plamkę na lewym ramieniu twojej marynarki. – Elegant od razu zwrócił ku niej swój wzrok. – I wiele innych niezauważalnych rzeczy. Słyszę każdy najdrobniejszy szept. Szmer każdej maszyny, która pracuje w tym budynku. Twój równomierny oddech i jednostajne bicie serca, które świadczą o twoim nienaturalnym opanowaniu i braku strachu. Mam wrażenie, że jesteś jak maszyna. Zaprogramowana, aby mnie zabić i niezważająca na okoliczności.

– Nie jestem maszyną, ani współczesnym wiedźminem. Jestem po prostu zawodowcem. Pracuję w tej profesji całe życie. Jestem uodporniony na stres związany z zagrożeniem. Mój umysł tak często się z tym stykał, że już to opanował. Nie potrafisz sobie wyobrazić jak często znajdowałem się w sytuacjach bez wyjścia. Kwestia przyzwyczajenia. Śmieciarz, który już tysięczny raz grzebie w śmieciach już się ich nie brzydzi. Prometeusz, któremu orzeł wyjadał wnętrzności, po roku już nie czuł nic. Żołnierz po roku wojny nie zwraca już uwagi na krew i jęki swoich ofiar.

– Born to kill?** – Daniel uniósł brew.

– Nie. Nie zajmuję się tylko zabijaniem. Rozwiązuję po prostu sprawy, z którymi zwykłe jednostki nie mogą sobie poradzić. Znów jednak odchodzimy od tematu. Coś nam nie idzie.

– Do życia powołał mnie James Welminster, oby smażył się w piekle. Sprowadził mnie tu tylko po to, abym cierpiał. Co z tego, że znowu żyję, jeśli w takiej postaci? Jestem już wykluczony ze społeczeństwa. Zakopany i zapomniany.

– Jak tego dokonał? Jak cię przywrócił?

– Nie wiem. Przeprowadził na mnie wiele eksperymentów. Tak naprawdę jadę na jakiejś magii i jedynym moim sprawnym organem jest mózg. – Tym stwierdzeniem potwór podpisał na siebie wyrok.

– Skoro nie podoba ci się życie, to dlaczego ze mną walczysz?

– Co jak co, ale przy tym wynaturzonym grzebaniu we mnie, mój mózg został w pewien sposób uszkodzony. Mam dwie osobowości. Tę, z którą rozmawiasz i Bestię, który przejmuje kontrolę w chwili zagrożenia. Kontroluję to dopóki nie istnieje ryzyko śmierci. Myślisz, że nie próbowałem samobójstwa? Phi. Testowałem już dwadzieścia sposobów. Za każdym razem wtrącał się Bestia. Nic nie poradzę. Pozwoliłbym ci się zabić, ale nie da się.

– Po co Welminster cię przywrócił?

– Z nudów. Ten człowiek się nudzi. Jest nieśmiertelny i nie wie, co z tą nieśmiertelnością zrobić. Więc wymyśla sobie różne rozrywki. Ja jestem tego wynikiem i dowodem. Fascynowałem go. Prowadził obserwacje i badania na mnie. Dopóki go nie znudziłem. Uśpił mnie i obudziłem się gdzieś w lesie. Czysty sadyzm. Nienawidzę takich ludzi.

Ten typ tak ma, pomyślał Dżentelmen.

– Uwielbiają bawić się mniejszymi – kontynuował monolog zombie.

Z opowiadania zmartwychwstałego Abraham wywnioskował, gdzie mieści się jego ośrodek magii. Przy wskrzeszaniu w organizmie trzeba utworzyć takowy, aby utrzymywał przywróconego na tym świecie. Dusza też jest ważna, ale na niej nie da się pracować. To cząstka każdego z nas, która jest niedostępna dla nikogo. Aby zabić takiego umarlaka wystarczy zniszczyć jego ośrodek magii. Proste jeśli się wie, o które miejsce chodzi. Dlatego skuteczne jest palenie. Niszczy się wszystko.

– To wszystko?

– A co pan chcesz więce… – Zamarł ze szkarłatną dziurką w czole. Upadł twarzą na stolik.

Ciało Daniela zabrał ze sobą, ale ochroniarza musieli znaleźć rano. Należał mu się godny pochówek. Kolejna tajemnica, która zaowocuje teoriami spiskowymi. Morderstwo bez kradzieży.

Policja skupi się na życiu prywatnym ochroniarza. Uznają, że to przedziwne zabójstwo zostało popełnione z premedytacją. Ciekawe jaką historię ułożą do tak nieludzkiej masakry.

 

Od tamtej pory Abraham szukał Jamesa Welminstera. Wypytywał kogo trzeba i gdzie trzeba. Nie natrafił jednak na żaden ślad.

Najlepszą pomoc dał mu los. Napad na bank przez osobnika ze skrzydłami. Trwał już od dwóch godzin. Wielki bank w Poznaniu. Przybytek bogactwa i materializmu. Skład pieniędzy, które są przecież największą trucizną jaką człowiek stworzył. Papierki sprawiające, że kręci się Ziemia.

Nieokreślona liczba zakładników. Wiadomo, że duża, ponieważ do ataku doszło w godzinach szczytu.

Mroczny Anioł, jak nazwały go media, znajdował się wraz z zakładnikami w głównej sali. Z wyglądu był zakapiorem. Ta twarz mówiła wszystko. Przestępstwa popełniane od dzieciństwa. Ten człowiek w wieku siedmiu lat pobił do nieprzytomności kolegę, a w wieku dwunastu zgwałcił koleżankę. Jedno i drugie sprawiło mu perwersyjną przyjemność. Nadal pamiętał krew zalewającą twarz tego skurwiela i piski tej zdziry, kiedy ją zaliczał. Nie zasługiwali na nic innego. Złote wspomnienia z młodzieńczych lat. Matka zmarła przy porodzie. Ojciec bił go kiedy tylko odzyskiwał trzeźwość, a i kiedy się napił to lubił obić synka. W wieku dziesięciu lat odkrył papierosy i alkohol. W wieku piętnastu heroinę. W wieku osiemnastu uczucie, gdy nóż gładko wchodzi między żebra słabego frajera. W wieku dziewiętnastu stosunek z kumplami z celi. W wieku dwudziestu radość spowodowaną śmiercią ojca, jedynego członka rodziny i człowieka, którego nienawidził najbardziej ze wszystkich.

Nie nosił koszuli, ponieważ nie mógł założyć żadnego odzienia na tors, ze względu na wielkie białe skrzydła wyrastające z pleców. Jego anielskie pióra pokrywał kurz. Nie pasowały do diabła jakim był. W ręce trzymał pepeszę.

W budynku panowała cisza. Słyszeli tylko chaotyczne działania służb specjalnych na zewnątrz, które nie mogły i nie wiedziały, co zrobić.

Do pomieszczenia wszedł Abraham Kudomski ubrany w zielony garnitur, którego dopełniał kapelusz tego samego koloru.

Terrorysta od razu go zauważył i wymierzył w niego broń.

– Ktoś ty? Ręce do góry! Nie zgadzałem się na negocjatora! I jak tu wszedłeś?

– Nie jestem negocjatorem. Ja nawet nie przychodzę od nich. Jestem Dżentelmenem i specjalizuję się w takich sprawach. Oni nie mają z panem szans.

– A ty masz?

– Chce się pan przekonać?

– Podnieś ręce do góry.

– A jak nie?

Wszyscy trwali w napięciu, a jednak aktorzy pierwszoplanowi zdawali się go zupełnie nie odczuwać. Jakby po raz setny odgrywali spektakl przed widownią, która nigdy go nie widziała.

Kryminalista wystrzelił i trafił egzorcystę pod lewym barkiem. Eleganta odrzuciło do tyłu. Syknął z bólu. Sukinsyn, pomyślał.

– Czego chcesz?! – zapytał zamachowca. W jego głosie dało się usłyszeć ból.

– Jamesa Welminstera.

– Tak się składa, że ja też, więc mamy wspólny interes.

– Co?

– Nie jesteś pierwszym jego wytworem, z którym mam do czynienia. Porozmawiajmy, ale najpierw opuść broń.

– Nie.

– Skoro do czegoś doszliśmy, to chodźmy w inne miejsce. – Postrzelony cały czas uciskał ranę ręką. Takie plamy się nie spiorą.

– To zapewne jakiś fortel. Nie ruszymy się stąd, chyba że na tamten świat.

Wystarczyło, że Mroczny Anioł podczas rozmowy na dłuższy czas stanął w miejscu. Został zdjęty przez snajpera, tylko czekającego na taką okazję.

Dżentelmen chciał uciec, ale stracił zbyt dużo krwi. Sięgnął po swój zapas magii, aby mieć jeszcze czas na odwrót zanim zjawią się służby specjalne i policja. Udało się i odszedł tak jak przyszedł. Z tą różnicą, że tym razem zrobił to szybciej.

 

Udał się do szpitala i opowiedział bajkę o bracie, który trzyma w domu broń oraz bratanku nie wiedzącym, że owa spluwa jest naładowana.

Sprawy Mrocznego Anioła nie dało się zamieść pod dywan. W prosektorium głowili się nad tak dziwnym ciałem, ale do niczego nie doszli. W końcu pochowali go ze skrzydłami. Trumnę zrobiono na zamówienie, co nie spodobało się podatnikom, którzy chcieli, aby amputować to, co niepotrzebne.

 

Szukał dalej, ale szalony naukowiec umiał maskować swoje ślady. Czuł, że trafił na godnego siebie przeciwnika. Abraham podchodził do swojej pracy trochę jak Sherlock Holmes. Cieszył się na starcie z wybitnym umysłem. Na szczęście znowu los podsunął mu trop. Dyrektor Stowarzyszenia Dżentelmenów Walczących, Michał, wezwał go do Rezydencji Dżentelmenów.

W gabinecie pokrytym dębową boazerią i wyściełanym krwiście szkarłatnym chodnikiem stało biurko. Za nim siedział Michał. Przed meblem postawiono dwa krzesła obite skórą. Jedno zajmował jegomość w czarnym garniturze otulony w czerwoną pelerynę świadczącą o pozycji i zawodzie. Głowę zdobiła mu korona ze szczerego złota, ozdobiona szlachetnymi kamieniami we wszystkich kolorach tęczy.

– Dzień dobry – przywitał się Kudomski, po angielsku, jak mu wcześniej kazano.

Odpowiedzieli mu tym samym. Zajął wolne miejsce.

– Wiesz kim ten pan jest? – zapytał go przełożony. Mieli zagranicznego przybysza.

– Nie – przyznał Abraham w tym samym języku.

– Jestem Orlando DiCossa, król Nigdzie – przedstawił się przybysz.

– Abraham Kudomski, Dżentelmen.

– Pan DiCossa chce rzucić światło na twoją sprawę, Abrahamie.

Serce detektywa rozradowało się na tę wieść.

– Otóż niedawno zauważyłem pewien problem – zaczął władca. – W Nigdzie zaczęło przybywać mutantów. Po niedogłębnym sprawdzeniu ksiąg łatwo określiłem, że jest ich więcej niż nam przysyłacie. Zainteresowałem się sprawą. Wszcząłem śledztwo. Niebawem znaleźliśmy sprawcę. Jest nim James Welminster. Po pańskiej minie wnioskuję, że zna pan to nazwisko. Nie mylę się?

– Na szczęście nie – potwierdził Kudomski. – Co z nim?

– Trzymamy go w areszcie. Przybyłem tu, bo uznałem, że chcielibyście o tym wiedzieć i się nie myliłem.

– Co ty na to, Abrahamie? – spytał dyrektor. – Dobrze, że opowiadałeś mi o tym ostatnio.

– Uważam, że trzeba go nam przysłać. Będzie to możliwe?

– Trudne, ale tak. Trzeba by go zahipnotyzować, aby podczas podróży nie zmienił jej celu. Praktykowano to już. Jak pan dyrektor się zgodzi, to załatwione – wyjaśnił władca.

– Jestem za – przytaknął Michał. – Stowarzyszenie będzie wdzięczne.

– Mam jeszcze jedno pytanie, jeśli mogę – ​wtrącił Abraham. – Czemu sam król się do nas fatygował?

DiCossa uśmiechnął się zawiadacko. 

– Chciałem się z tamtąd urwać, choć na chwilę. Fajny ten wasz świat. Bardziej normalny i logiczny.

 

A miało być tak pięknie, jak głosi tekst jednej z piosenek. Zamiast więźnia dostali telegram. Łączność z Nigdzie umożliwiał tylko telegraf.

 

Więzień uciekł. Wyślijcie Dżentelmena.

 

Abraham od razu chciał wyruszyć, a dyrektor udzielił mu na to zgody.

Dostał pokój i porcję narkotyku. Otrzymał go w formie zastrzyku. Ułożył się wygodnie na łóżku i wstrzyknął serum w żyłę.

Skutkiem ubocznym teleportera były halucynacje.

Świat zaczął tracić barwy. Widział jak kolory uciekają oknem. Wkrótce wszystko stało się czarno-białe. Tylko on pozostał normalny. Poczuł się lekko jak bohater starego filmu. Łóżko zaczęło tonąć w podłodze. Leciał na nim w dół i w dół, przemierzając niekończący się tunel. Wokół niego wirowały przedmioty, jak w Alicji w Krainie Czarów. Małżeńskie łoża, sejfy nie do zdobycia, pożądane przez wszystkich banknoty, ukazujące inne światy telewizory, etc. Raz na nos spadła mu prezerwatywa. Zrzucił ją z obrzydzeniem, bo zapewne ktoś jej wcześniej używał. Przechylił się na bok i spojrzał w dół. Zmierzał prosto w paszczę pluszowego misia. W oczach zabawki czaiła się śmierć. Sztuczne zwierzątko go połknęło. Znalazł się na łące emanującej zgodą z naturą. Kicały po niej zające wielkości groźnych psów i koniki polne o gabarytach koni. Chciał, aby to już się skończyło. Spod ziemi wysunęły się czerwone drzwi. Przeszedł przez nie bez większego niepokoju.

 

Wyszedł w pomieszczeniu do bólu przypominającym więzienną izolatkę. Miała wymiary dwa na dwa metry i jedyne wyjście stanowiły stalowe drzwi bez klamki.

Po chwili się odsunęły i wszedł ktoś okuty w pancerz podobny do wynalazku Tony’ego Starka.

– Pan Abraham Kudomski?

– We własnej osobie. – Zapytany ukłonił się żartobliwie.

Podrabiany Iron Man dotknął okrągłej płytki w miejscu ucha i klapa osłaniająca twarz błyskawicznie się podniosła.

– Król na pana czeka.

Weszli do celi wcześniej zajmowanej przez sprawiającego problemy nieśmiertelnego.

– Jak uciekł? – zapytał Dżentelmen.

– Według nagrania z kamery, wyjął ukrytą we włosach spinkę, gdy strażnicy spali. Zrobił z niej wytrych i wyszedł. Zabrał jednemu broń. Przy wyjściu próbował go zatrzymać szeryf McFloy. Niedługo miał wracać do domu. Nie zdążył. – DiCossa posmutniał. Widocznie lubił ofiarę.

– Jest tak bystry, że otworzył zamek za pomocą wytrycha? Tak utalentowany?

– Tak. Zawsze to podejrzewano. Ostatnimi czasy nie udzielał się towarzysko. Zamknął się w tej swojej rezydencji i nikt nie wiedział, co tam robi. Można było tylko snuć domysły. Czegoś takiego nikt nie podejrzewał. Ze względu na tę aurę tajemniczości zwrócono na niego uwagę przy śledztwie.

– Rozumiem.

Wysłannik z naszego świata usiadł na pryczy i rozejrzał się po pokoju. Wskazał na kamerę w tylnym rogu.

– Nagranie pochodzi z tej kamery?

– Owszem.

– A są tu jakieś inne?

– Na korytarzu.

– Czy widać z nich, co jest w celi?

– Nie. Podejrzewa pan coś?

– Tak.

– Co?

– Powiem, jak dowiem się więcej. To tylko hipoteza. Czy mógłbym obejrzeć te nagrania?

– Oczywiście.

 

Nagranie niestety nie zawierało głosu.

James Welminster spokojnie leżał na pryczy. Jego bezruch upodabniał go do trupa.

Był to człowiek niezwykle piękny. Taka uroda mogła wywoływać u drugiej osoby płci męskiej nagłą potrzebę zmiany orientacji seksualnej, a u kobiety wybuch palącego pożądania. Miał niczym nieskalaną twarz obiecującego młodzieńca. Abraham nie widział wcześniej równie przystojnego mężczyzny. Wzbudzał niebywałą zazdrość, bo kto nie chciałby tak wyglądać? Więzień posiadał długie, zadbane kasztanowe włosy. Nie każda kobieta mogła się takimi poszczycić. Jego ubiór wyglądał pedantycznie czysto, choć niezbyt elegancko. Zwykła koszula w kratę i dżinsy.

W południe wszedł jeden ze strażników (Leonardo, jak dowiedział się Kudomski) i przyniósł „odpoczywającemu” zupę. Chyba nikt nie odezwał się słowem, ale film nie był na tyle ostry, aby to określić. Obserwowany zaczął jeść po wyjściu klawisza. Konsumował w siadzie skrzyżnym, odwrócony do nich plecami. Po przybliżeniu obrazu widzieli tylko jego potylicę. Po kilku łykach filmowany przestał się posilać i odłożył miskę na podłogę. Siedział oparty o ścianę z zamkniętymi oczami.

Zapadła ciemność. Nagrywany otworzył oczy i zaczął grzebać we włosach. Wyjął z nich spinkę i jął dziwnie przy niej majstrować. Kiedy ją już poskręcał, podszedł do krat i zaczął dłubać przy zamku. Niestety, dalej widzieli go od tej mniej szlachetnej strony. Gdy przejście się nie otwarło, znowu manipulował przy swoim prowizorycznym kluczu. Po chwili wyszedł na wolność.

Przełączyli kamerę. Teraz oglądali wydarzenia z korytarza. Uciekinier podszedł do stolika przy wyjściu i zabrał wartownikowi broń.

Następny film odgrywał się przy wejściu do komisariatu. Za biurkiem siedział szeryf. Jedyne, co upodobniało go do bohatera westernu, to kowbojski kapelusz. Nosił biały mundur z odznaczeniami. Na widok nieśmiertelnego zerwał się z krzesła i sięgał po broń, gdy padł.

Szybkość z jaką James popełnił morderstwo zaniepokoiła Dżentelmena. Wiedział już, że ten człowiek się nie waha i upewniał w przekonaniu, że trafił na groźnego adwersarza.

Welminster wyszedł z budynku, a król skończył pokaz.

– A co z nagraniami z zewnątrz?  

– Uciekł tak szybko, że nie ma co oglądać – odparł DiCossa. – Przyszło panu coś do głowy po seansie?

– W rzeczy samej. Idę po nitce do kłębka coraz dalej i mam nadzieję wyjść z tego labiryntu.

– Mogę jakoś pomóc?

– Może pan. Potrzebuję informacji.

Siedzieli na krzesłach przy monitorach przypisanych do poszczególnych kamer. Pomieszczenie było niewielkie, przez co trochę duszne. Każdy ekran wyświetlał jakąś część obiektu.

– Niech pan pyta – rzekł władca.

– Zna pan tych strażników?

– Nie.

– A kto może coś mi o nich powiedzieć?

– McFloy mógł. On zajmował się kadrą.

– Ilu jest strażników?

– Sześciu. Dwóch za dnia, dwóch w nocy, dwóch ma wolne.

– Czy mógłbym z nimi wszystkimi porozmawiać?

– Oczywiście.

– Brad i Leonardo pracują normalnie czy zostali w jakiś sposób zawieszeni?

– To tylko ludzie. Popełniają błędy jak wszyscy. Picie na służbie jest złe, ale każdy może popełnić błąd.

– Innymi słowy, nie macie innych w zamian?

– Innymi słowy.

Roześmiali się.

– Wszyscy się znają? – zadał kolejne pytanie detektyw.

– Ze względu na okoliczności, grafik jest czasem zmieniany. Na przykład gdy ktoś jest chory.

– Tu jest dwóch. Gdzie znajdę pozostałych czterech?

– W ich domach. Pete pana zawiezie. Nie trzymamy tu obecnie na tyle groźnych więźniów, aby jeden strażnik nie wystarczył. Jeśli dobrze się orientuję, to siedzi tu dwóch pijaczków i chuligan.

– Najpierw przepytam tu obecnych.

Wartę pełniło dwóch krasnoludów. Pozytywnie wypowiedzieli się na temat swoich kolegów, którzy pełnili służbę owej feralnej nocy, a o Jamesie Welminsterze nie mieli wiele do powiedzenia.

 

Pojechali małym, czerwonym fordem.

Nigdzie wyglądało trochę inaczej niż nasz świat. Mieszkańców nie stanowili tylko ludzie. A jak już, to obdarzeni niezwykłymi mocami. Ulice przemierzały brodate krasnoludy, piękne elfy, wielkouche gnomy i wynaturzone mutanty.

Zabudowania niewiele różniły się od nam znanych. Wykorzystywały w swojej architekturze trochę obcej technologii, ale różnica nie uderzała.

Abraham pomachał czarodziejowi, którego kiedyś tam wysłał. W odpowiedzi zobaczył środkowy palec. Wdzięczność. Serce w człowieku rosło. Widział, że jego praca nie idzie na marne. Pete włączył muzykę. Poszło Despacito, ale Kudomski wpadł w gniew i poprosił o zmianę piosenki. Gdy brodacz zobaczył, że Ed Sheeran też nie podchodzi gościowi, włączył krasnoludzką muzykę ludową. Wyjątkowa wesoła i w ich języku, ale dało się tego słuchać.

– Do czego się bawicie w twojej ojczyźnie? – zapytał kierowca.

– Nie chcesz wiedzieć – odparł ze zgrozą Polak.

 

Leonardo mieszkał w niebieskim bloku. Mieszkanie widocznie prowadziła kobieta – czyste, schludne i zadbane. Na pewno nie zasługa faceta.

– Daliście mu zupę, prawda? Kto ją zrobił?

– Mamy personel kuchenny.  

Żona klawisza przyniosła herbatę. Dżentelmen nie znał tego smaku i z niczym mu się on nie kojarzył. W Nigdzie rosły rośliny bez odpowiedników na Ziemi. Skutek występującej tu w dużych ilościach magii. Pyszna.

– Z tego, co widziałem na nagraniu, to pan przyniósł posiłek.

– Zgadza się, ale do czego pan zmierza? Bez obrazy, ale to zaczyna być męczące.

– Nie uraża mnie to. Ale wysnułem pewną teorię.

– Niewiele interesują mnie pańskie teorie. Skończyliśmy już?

Abraham zdawał się nie zauważać rosnącej irytacji przesłuchiwanego. Wiedział, co ją powodowało.

– Zajmę panu jeszcze chwilę, jeśli to nie problem. Przecież nie ma pan chyba nic do ukrycia, prawda?

– Skądże znowu. Nie życzę sobie takich podejrzeń.

– Więc niech mnie pan wysłucha i oceni czy są prawdziwe. Czy ma pan kopię klucza od celi?

– Nie.

– Więc inaczej – czy miał pan kopię klucza od celi?

– Nie. – Kudomski zbyt długo pracował w swoim zawodzie, aby nie rozpoznać tak mało zdolnego kłamcy.

– Ja podejrzewam, że pan miał. I to nie wszystko. Myślę, że James Welminster opłacił pana. A pan wrzucił mu klucz do zupy. W pewnym momencie przestał jeść. Zapewne, włożył do ust klucz razem z posiłkiem. Potem przez cały czas siedział, nie otwierając ust. Zakładam, że bezpiecznie czekał na okazję, aby go użyć. Spinka miała być tylko przykrywką, aby przekręt z kluczem nie wyszedł. Przecież nie chciał stracić pewnego człowieka w areszcie. Czy zabójstwo szeryfa również zostało zaplanowane?

– Nic nie zaplanowaliśmy. – Oszust zdjął maskę. – Na początku mojej służby skontaktował się ze mną. Wtedy tego nie rozumiałem. Rozumiałem tylko comiesięczne wpłaty na konto i to się dla mnie liczyło. Facet zabezpieczał się na wszelki wypadek. Znaczy no, ja byłem tym zabezpieczeniem. Pewno skurczybyk podejrzewał, że któregoś dnia ciupa mu zagrozi. Gdy zapytałem go, o co chodzi, odrzekł: „Będziesz wiedział w stosownym czasie”. Dokładnie tak powiedział. No i miał rację skurczysyn jeden! Wiedziałem też, że muszę działać błyskawicznie. Tylko mi McFloy’a szkoda, swój chłop.

– Czy Brad wiedział o tym wszystkim?

– Nie. Na warcie wyskoczyłem na półgodziny pod pretekstem zakupów dla żony. Kupiłem u wiedźmy jakiś proszek nasenny i nasypałem go do naszej flaszki.

– Wyszedł pan w trakcie pracy na zakupy?

– Jak już mam mówić wszystko, to przyznam, że robimy tak czasami. Jak szefa nie ma, to pracownicy robią, co chcą. W każdym zakładzie tak jest.

– Gdzie teraz znajduje się James Welminster?

– Nie mam bladego pojęcia. Nie miałem okazji z nim porozmawiać.

– Co mi proponujesz? Jak mam go znaleźć?

– Nie wiem. Nie ja tu jestem Dżentelmenem.

– A jak się kontaktowaliście?

– Jak czegoś potrzebował, to do mnie przychodził. Wyda mnie pan?

– Jestem do tego zmuszony. Postąpił pan źle i na dodatek utrudnił mi pracę. Już go prawie miałem, a pan pozwolił mu uciec.

Na widok morderczej furii w oczach winnego, przemieszanej ze zwierzęcą chęcią ucieczki z potrzasku, dodał:

– Na zewnątrz czeka na mnie Pete. Dołączy pan do tych, których pilnował. Jaka ironia!

– Pozdrów go ode mnie. Nigdzie nie idę.

– A jednak. Zabieram pana.

– Jakim prawem?

– Jestem Dżentelmenem. Jeśli pan nie wie, Stowarzyszenie jest wyższą od was jednostką i mam takie prawo. Rozwiązuję tę sprawę w ścisłej współpracy z królem. Można rzec, że jestem na służbie Jego Królewskiej Mości, jeśli rozumie pan żart.

– W tej sytuacji jakoś mnie to nie śmieszy. – Rzeczywiście wyglądał ponuro.

Zapadła chwila milczenia. Nagle strażnik zerwał się z fotela i pobiegł w stronę drzwi. Ruchem jeszcze szybszym agent wyciągnął rewolwer i wymierzył w uciekiniera. Odbezpieczył, aby ten o tym wiedział. Taki sygnał ostrzegawczy. Bardzo często brzmi jak: „Uważaj, bo mam cię na muszce i nie zawaham się strzelić”.  

Napięcie wyczuwalne w powietrzu. Cieniutka lina, która w każdej chwili może się rozerwać i spowodować gwałtowną reakcję jednego z nich. Nie padło ani jedno słowo. Żona wyszła z łazienki i przyglądała się temu ze strachem. Palec na spuście i ręka na klamce. Kudomski nie zamierzał puścić go wolno, choć cały czas siedział. Wystarczył jeden fałszywy ruch Leonarda i skończyłby z tym.

Winny westchnął i podniósł ręce do góry.

 

Jednym z najciekawszych miejsc jakie w życiu odwiedził Abraham Kudomski, bez wątpienia była rezydencja Jamesa Welminstera. Walały się tam wynalazki o nieodgadnionym przeznaczeniu. Czasem zastosowania szło się domyślić tylko na podstawie kształtu, niejednokrotnie dziwnego lub podejrzanego. Między nogami przeszedł mu wąż z pajęczymi nogami. Nad głową przeleciała mysz ze skrzydłami nietoperza i ukryła się w gałęziach drzewa wyrastającego z podłogi. To miejsce posiadało własny ekosystem. Zajmowały go zwierzątka – krzyżówki i fantazyjne rośliny. Tak wyglądał cały budynek. Na przykład na środku kuchni wyrastał krzak o owocach pokrytych kolcami.

Wszedł do salonu. Na stoliku naprzeciwko fotela leżał rozsypany proszek. Dżentelmen wziął kilka drobin na język. Poznał gorzki i ohydny smak teleportera, od którego zakręciło mu się w głowie. Wywnioskował, że naukowiec uciekł do naszego świata. Raczej nie był to fortel, ponieważ nieśmiertelny rzeczywiście nie mógł pozostać w Nigdzie. Ze względu na wiek i aparycję stał się zbyt rozpoznawalny.

Detektyw zaczynał mieć dosyć tej pogoni. Gra w kotka i myszkę między takimi umysłami to zabawa bardzo długa. W końcu na starcie nad wodospadem Reichenbach też długo czekano.***

Poszedł do Pete’a i przekazał mu, że wraca na Ziemię. Potem wszedł do środka.

Uformował porcję narkotyku w kreskę i wciągnął ją rurką sporządzoną z banknotu dziesięciozłotowego. Opadł na fotel zamroczony.

Świat wokół wirował w zawrotnym tempie. Tylko on i fotel stali w miejscu. Czuł się jak na (pieprzonej) karuzeli. Na placach zabaw powinni przy nich stawiać tabliczki z napisem: WCHODZENIE NA HAJU ZABRONIONE. Pokój stał się zamazany przez zawrotną prędkość. Zamiast mebli widział twarze osób, które odegrały w jego życiu znaczącą rolę. A ponad nimi obserwował go Dawid Lojmek – jego mentor. Dżentelmen, który nauczył go wszystkiego. Poczynając od savoir vivre’u po ich nadzwyczajny fach. Jego spojrzenie było dobre. Skrzyło radością. Wyczytał z niego, że uczeń przerósł mistrza. Dawid powiedział mu kiedyś: „Nie przynieś mi wstydu, ale spraw, że będę z ciebie dumny. Masz zostać najwybitniejszym Dżentelmenem w historii. Posiadasz potencjał i wiem, że potrafisz tego dokonać. Nie zawiedź mnie”. Przyrzekł mu wtedy, że spełni jego życzenie. Lojmek wyglądał na zadowolonego. Chyba uznał, że obietnica została spełniona. Ale to nie koniec. Pracy Kudomskiemu nie brakowało. Oblicza obracały się już zbyt szybko, aby poznać większość z nich, ale James Welminster dał się zauważyć. Abrahamowi zaczynała pękać od tego głowa. Otaczała go wirująca wielokolorowa plama.

Obudził się i zwymiotował całą zawartość żołądka.

 

Stowarzyszenie Dżentelmenów Walczących współpracowało z rządami i instytucjami na całym świecie. Ta przyjaźń pozwoliła na wysłanie listu gończego za Jamesem Welminsterem. Zdjęcie uzyskali z kartoteki policyjnej z Nigdzie. Oskarżony został o bestialskie zamordowanie wielodzietnej rodziny. Na dodatek miał zgwałcić matkę i obie córki oraz skonsumować członki ojca i trzech synów. Wynaturzyli go w celu motywacji ludzi. Każdy chciał, aby skazano takiego degenerata.

Jednak nie na wiele się to zdało. Widziano go w wielu miejscach na całym świecie. Abraham otrzymywał zdjęcie i jakieś szczegóły, po czym stwierdzał, że to ktoś inny. Choć dzięki tej nagonce złapano kilku przestępców.

Gdzie zaszył się nieśmiertelny naukowiec? W Nigdzie mógł mieć z tym problemy, ale nasz świat jest długi i szeroki. Pełen miejsc, w których można się ukryć.

 

Niektórzy uważają bibliotekarzy za ludzi nudnych i z mało ciekawą pracą (chyba, że ktoś oglądał Bibliotekarza). Jednak to właśnie Wielki Bibliotekarz Wielkiej Biblioteki Dżentelmenów odnalazł – zupełnie przypadkiem – kolejny trop. Należy wspomnieć, że ów zbiór zawierał manuskrypty z wiedzą niebezpieczną i niepotrzebną zwykłym ludziom. Oczywiście znajdowały się tu też oryginały wielkich dzieł, takich jak Boska komedia. Ta nieocenzurowana, ale to już tajemnica.

Bogusław podał mu zapisaną kartkę.

– Cóż to? – zapytał Abraham.

– List Oscara Wilde’a do wydawcy. Opowiada o Portrecie Doriana Graya.

– Czy to jest to o czym myślę?

– Nie tylko Stoker wiedział więcej – odparł Bogusław.

– Ci Anglicy byli strasznie wścibscy.

– A najgorszy był Sherlock Holmes.

– Co? – zdziwił się Kudomski.

– Długa historia.

Zasiadł w czytelni obok czarodzieja z czerwonosiwą brodą. Obywatele Podziemia mieli dostęp do większości tekstów.

Poniżej został przytoczony wspomniany list. Niektóre fragmenty, jak początkowy zwrot do adresata, zostały pominięte, ponieważ nie dało się ich odczytać. Inne są owocem domysłów. Na szczęście duża część tekstu się zachowała.

 

Historia opisana w mojej powieści jest oparta na faktach. Z głównym bohaterem przeprowadziłem serię rozmów. Piszę te słowa, aby potwierdzić autentyczność mojego dzieła i skłonić Pana do wydania książki. 

Gray to zmienione nazwisko owego dżentelmena. Nie chce się ujawniać, ale w najgłębszym sekrecie zdradzę, że nazywa się on James Welminster. Może zacznijmy od tego, jak się poznaliśmy. W największej tajemnicy zdradzę Panu i liczę, że nie nadużyje Pan mojego zaufania, że jestem biseksualistą i pederastą. Myślę, że dochowanie sekretu będzie leżało również w Pańskim interesie, jeśli zdecyduje się Pan wydać powieść. Nazwisko autora musi pozostać niezszargane między innymi w celach komercyjnych. Wracając do mojej opowieści, Dorian został moim kochankiem. Podczas naszych spotkań skrupulatnie opowiadał mi swoje dzieje. Uzdolniony malarz oczarowany anielską urodą, która emanowała cudowną energią młodości, namalował jego portret. Jakiś niespotykany czar sprawił, że obraz pojął duszę Doriana. Malowidło starzało się, ponosiło konsekwencje grzechów i odnosiło obrażenia sportretowanego. Sposób na wieczną młodość. Zakochany już artysta zachował dzieło, aby mieć lubego przy sobie do końca życia. Niebawem wyjechał za granicę zabierając magiczny przedmiot. Słuch o nim i dziele zaginął. Jednakże mój przyjaciel nie przejął się tym zbytnio, dopóki zatrzymany proces starzenia i ciągłe zabawy sprawiały mu radość. Zaczął go szukać dopiero, gdy żywot na tym łez padole zaczął go nużyć. Bezskutecznie. Nawet próby samobójstwa kończyły się niepowodzeniem. Ta przerażająca klątwa nieśmiertelności ciąży na nim od setek lat. Pewnie myśli Pan, że zmyślam, albo w głupocie naiwnej uwierzyłem kłamcy. Ale ja widziałem jak przebił swoje serce sztyletem i nie uronił nawet kropli krwi.

Zmieniłem czasy i historię, ponieważ relację kochanka potraktowałem tylko jako inspirację. Mam nadzieję, że Pan mi wierzy i moja powieść pójdzie do druku. 

Z poważaniem,

Oscar Wilde

 

Czy wydawca rzeczywiście uwierzył poecie, czy po prostu uznał, że powieść jest dobra i dlatego dał ją do druku? Tego już się nie dowiemy.

Lektura jednak okazała się bardzo pomocna. Zyskał wiele informacji o przeciwniku, a dodatkowo przeczytał Portret Doriana Graya.

Zasięgnął języka, ale nikt nie wiedział, gdzie znaleźć portret Jamesa Welminstera. Postanowił uciec się do oszustwa.

 

Mówili po angielsku.

– Pan pokaże ten obraz! – niecierpliwił się Dorian Welminster.

– Co pan taki niecierpliwy? – roześmiał się Abraham Kudomski.

– Szukam go dłużej niż pan sobie może wyobrazić!

– Chyba jednak się domyślam… – powiedział, ale takim tonem, że nieśmiertelny widocznie się zaniepokoił. – Ile pan mi oferuje?

– Każdą cenę. Niech pan to wyjmie!

Dżentelmen wziął oparte o ścianę płótno owinięte w brązowy papier. Położył na stole i odwinął. Patrzyli na Wędrowca nad morzem mgły.

– Co to ma być, do kurwy nędzy?! Kto inny miał być na obrazie!

– Ależ to wspaniała postać. Jeden z najwybitniejszych Dżentelmenów. Kiedyś uratował świat. Zginął właśnie w tym morzu mgły, ale to bardzo długa historia. Bardziej interesuje mnie pańska i może wtedy będę w stanie pomóc. Znam na razie tylko pański problem, panie Jamesie Welminster… A może Dorianie Gray?

– Pan jest tym Dżentelmenem, który tak zaciekle mnie ściga?

– Tak. Widzę, że był pan świadomy zagrożenia.

– Żyję tak długo, że taki dzieciak nie może być ode mnie przebieglejszy. Nie patrz tak na mnie, dla mnie jest pan dzieciakiem. Może przejdźmy na ty.

– Może być.

– Nie mogę uwierzyć, że dałem się tak łatwo podejść.

– Jesteś po prostu zdesperowany po kilkuset latach. Nie zrobiłem nic wielkiego. Dałem ogłoszenia z opisem fałszywego obrazu, a ty je zobaczyłeś i postanowiłeś to sprawdzić.

– Ale i tak ci gratuluję. Mało kto potrafiłby powtórzyć twoją sztukę. Jestem w końcu najstarszym człowiekiem na świecie, a i tak mnie przechytrzyłeś. Jednak nie popadaj w samozachwyt – przeczuwałem pismo nosem, bo nigdzie nie dałeś zdjęcia. A ja uznałem, że jako nieśmiertelny nie mam nic do stracenia.  – Powiedział to jednocześnie z dumą i żalem. Abraham zauważył jak jego czujne spojrzenie wodzi po mieszkanku w poszukiwaniu drogi ucieczki lub obrony. – Co teraz zamierzasz zrobić?

– Na razie zamkniemy cię w celi za nielegalne badania i eksperymenty, a potem pomyślimy. Chciałbym ci pomóc  znaleźć obraz, ale nie mogę pozwolić, abyś dalej mnożył mutanty. Wypuszczasz je w świat, a one ogarnięte żądzą zemsty mordują niewinnych ludzi. Ostatnio jeden wykonał napad na bank w pojedynkę.

Jednak duma Doriana była zbyt  wielka, aby przeprosił.

– Forma rozrywki.

Uśmiech na twarzy nieśmiertelnego odbił się powagą na twarzy Dżentelmena.

– Powiedziałeś, że zapłacisz każdą cenę. Skąd masz tyle pieniędzy?

– Nagromadziło się tego przez te setki lat. Najwięcej chyba zdobyłem podczas gorączki złota nad Klondike. Odkryłem ogromne złoże i zostałem milionerem. Zdarzały się też inne okazje. W XIV wieku dokonałem zapomnianej już kradzieży stulecia. Miałem ciekawe życie, ale mam go dość. Jestem kilkusetletnim Forrestem Gumpem. Walczyłem na każdej większej wojnie. Doradzałem władcom. Złamałem więcej serc niż James Bond. Zabiłem więcej osób niż jakikolwiek morderca. W więzieniu odsiedziałem więcej niż jakikolwiek kryminalista i z każdego  uciekłem. Musiałem zmieniać miejsce zamieszkania co kilka lat, aby ludzie nie widzieli, że się nie starzeję. Dopiero w Nigdzie mogłem przestać ukrywać swoje przekleństwo. To jest przekleństwo. Wiesz dlaczego życie jest takie krótkie? Aby się nim cieszyć. Aby wykorzystywać każdą daną nam minutę. Ponieważ kiedy trwa tak długo nie daje takiej przyjemności. Mam czas na wszystko. Skończyły mi się marzenia do spełniania poza jednym – chcę umrzeć. Tak długie życie nie jest pełne emocji jak życie normalnego człowieka, ponieważ wszystko mogę robić powoli. Nigdzie mi się nie spieszy. Lubisz swoją pracę?

– Kocham ją.

– Dlaczego?

– Pomagam innym i ratuję świat. Oglądam rzeczy o jakich normalnym ludziom się nawet nie śni. Jutro stoi pod znakiem zapytania. Prowadzę życie pełne niebezpieczeństw i w każdej chwili mogę zginąć. Ta niepewność czyni je ciekawym.

– Właśnie. Ja nie mogę tego odczuć. Wszystko ciągnie się w nieskończoność i nie mogę zginąć. Kiedyś żyłem nadzieją, że nagle padnę, bo obraz zostanie zniszczony, choćby na drugim końcu świata. Po dwustu latach czekania straciłem i na to nadzieję. Nadzieja umiera ostatnia, a ja i ją przeżyłem. Walczyłem na tylu wojnach i nigdy nie mogłem zostać bohaterem. Bohater coś poświęca i ginie w chwale. Ja nie mam nic do poświęcenia czy zaryzykowania. Żadna kula mnie nie dosięgnie.

Dżentelmen szczerze mu współczuł i chciał pomóc.

– Chyba już skończyliśmy – uznał weteran i przerwał swój monolog o życiu i śmierci. – Mam jeszcze jedno pytanie.

– Tak?

– Czy to ty jesteś autorem tego obrzydliwego listu gończego?

– Tak. Jakoś musiałem cię znaleźć.

– Do widzenia.

Abraham już wtedy wiedział, że będą kłopoty.

Bogacz pokierował się w stronę drzwi i kiedy ignorował ostrzeżenia, kula przeszyła go na wylot. Nie zrobiło to na nim wrażenia. Spróbował otworzyć drzwi, ale były zamknięte.

– Ja mam klucz. Jesteś w pułapce – wyjaśnił członek SDW.

– Przekonamy się.

Welminster rzucił się na śmiertelnika. Spadli na podłogę razem z krzesłem i zwarli się w boju. Siła najmłodszego staruszka świata okazała się nadzwyczaj duża. Jego ciosy bolały, a żadne uderzenia zadawane mu przez agenta nie robiły na nim wrażenia. Oscar Wilde nie kłamał. Tarzali się i wymieniali razy, ale wygrywał Gray, który zamieniał twarz eleganta w krwawą miazgę. Najbardziej Abrahama zabolało uderzenie w niedawno zasklepioną ranę postrzałową. Wargę Kudomski miał rozciętą, oko podbite, policzek napuchnięty, dwa zęby ukruszone i jeden wybity. Przeciwnik za to pozostawał niezmiennie piękny. Młodszy zebrał całą swoją siłę i obrócił wroga pod siebie. Teraz on siedział okrakiem na kochanku znanego poety. Wytrzymywał ciosy w brzuch i wyjął z kieszeni marynarki kajdanki. Z trudem założył je adwersarzowi. Przesunął się na nogi, aby skuty nie mógł go kopnąć, a rękoma dosięgnąć. Czekał aż obezwładniony usiądzie i wsadził mu knebel w usta, po czym zawiązał go mocno z tyłu głowy. Odskoczył i pobiegł do szafy. Gdy wyciągał sznur, przystojniak wstał. Przeciwnik zmierzał w jego stronę, niczym rozwścieczony byk, a on skoczył mu pod nogi i oplótł je szybkimi ruchami.

Teraz James został unieruchomiony. Rzucił go na łóżko i otoczył całego drugą liną, aby nie mógł się w jakikolwiek sposób ruszać.

Gdy to miał za sobą, zajął się swoimi ranami. Kiedy skończył, do drzwi zapukała policja. Jakaś wścibska sąsiadka usłyszała hałasy.

 

Obaj trafili na komisariat, ale to Kudomski wyszedł na agresora. W końcu miał wszystko wcześniej przygotowane. Nie stawiał oporu, więc nie użyli przeciw niemu przemocy. James oskarżył go o usiłowanie zabójstwa. A wcześniej narzekał, że chce śmierci…

Długo w celach nie siedzieli. Abraham dostał pozwolenie na telefon do adwokata, a tak naprawdę zadzwonił do Michała i poprosił o pomoc. Dyrektor użył mocy Stowarzyszenia i policjanci otrzymali odpowiednie instrukcje od kogo trzeba.

Przyjechało po nich dwóch Dżentelmenów i skutego Welminstera zabrali do Rezydencji. Zamknęli go w jednej z cel, których mieli całe piętro. Całą dobę był pilnowany. Nie wiedzieli, co z nim zrobić.

Odpowiedź przyszła do Abrahama podczas posiedzenia na tronie. Umilał sobie ten śmierdzący czas czytając wiadomości i opowiadania na stronie Nowej Fantastyki, które bardzo lubił. I natrafił na artykuł z galerią i rozwiązaniem. Znaleziono kolejną kolekcję nazistowskich zdobyczy, a pośród nich pysznił się portret Jamesa Welminstera.

Nieśmiertelny dał mu pieniądze, a on kupił go na aukcji za kilkaset tysięcy euro.

 

– Dziękuję wam! Po tylu latach! – Dorian płakał na kolanach. W tamtej chwili zniknęła cała jego duma, zastąpiona przez czyste szczęście i radość. Żaden z zebranych w celi Dżentelmenów nigdy nie widział, aby ktoś tak bardzo cieszył się ze śmierci.

Nagle nieśmiertelny w przypływie dzikiej euforii rzucił się i rozdarł płótno po całości. Bardzo zły pomysł, tragiczny w skutkach i widok jakiego się nie zapomina. Każde miejsce zniszczone na obrazie czyli cała postać w zasadzie, zostało natychmiastowo zniszczone na jego ciele. James Welminster dosłownie wybuchł krwią i nic z niego zostało. Dostojni panowie oglądający całą tę makabrę zostali ochlapani wnętrznościami. Resztki zostały porozrzucane po całym pomieszczeniu.

Mimo tak pozbawionej godności śmierci, Abraham miał szacunek do naukowca. Jego inteligencja, spryt i przebiegłość zaimponowały mu. Welminster wyrządzał żywym istotom niewyobrażalne okrucieństwa i sam zginął w jeszcze gorszy sposób.

Wskazał na płynące po podłodze resztki mózgu i rzekł:  

– Panowie, to są resztki mózgu geniusza.

 

*Cytat z Łowcy androidów.

**Nawiązanie do filmu Full Metal JacketUrodzony by zabijać.

***Dla nieznających prozy Doyle’a szczegółowo – to tam odbyło się ostateczne starcie między Sherlockiem Holmesem a profesorem Moriartym.

 

 

Koniec

Komentarze

Fajne.

Nie mamy pojęcia jak jesteśmy szczęśliwi, dopóki tego nie stracimy - Paul Walker Szybcy i Wściekli 6

Miło, że się podobało :)

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Pietrku, czy można ten tekst przeczytać że zrozumieniem bez znajomości innych opowiadań z cyklu?

Bez przeszkód, nawet nie ma nawiązań. To po prostu bohater, o którym piszę opowiadania, ale nie mają większego powiązania. To jak z Jakubem Wędrowyczem ;)

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Tak jak już pisałam na becie, podoba mi się pomysł. Technicznie też nie jest źle, więc mimo, że tekst do krótkich nie należy, z przyjemnością przeczytałam o kolejnej przygodzie Dżentelmena. I lubię w Twoich tekstów, że oprócz akcji można w nich znaleźć również rozważania hmm… moralno-filozoficzne :)

Dreptam nominować do biblioteki :)

Fajnie, to w takim razie niedługo wrócę. Co prawda Jakuba Wędrowycza nie czytałam, bo do Pilipiuka nabawiłam się alergii po kilku stronach jakiejś jego książki, ale wierzę na słowo. ;)

katia72 – ​Dziękuję za nieocenioną pomoc i nominację.

 

ocha – ​Rzeczywiście, do Pilipiuka łatwo się zrazić, ale ja tam przygody egzorcysty i bimbrownika lubię :)

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Widzę, Pietrku, że czerpałeś obficie z literatury, filmu i z czego tam jeszcze czerpać można, skutkiem czego stworzyłeś opowiadanie zajmujące, miejscami zabawne, a jednocześnie na tyle świeże, że przeczytałam je z przyjemnością.

Chciałabym móc kliknąć Bibliotekę, ale z powodu usterek jestem zmuszona wziąć na wstrzymanie.

 

Tam­tej nocy kro­czy­ły tam tylko dwie isto­ty… –> Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

Na­past­nik przy­gwoź­dził czło­wie­ka do ziemi. –> Rzecz dzieje się w pomieszczeniu, więc skąd tam ziemia? Czyżby klepisko zamiast podłogi?

 

Wy­rzu­cił mu re­wol­wer z ręki. –> Raczej: Wy­trącił mu re­wol­wer z ręki.

 

Czę­sto po­ja­wia­ły się też efek­ty ubocz­ne, ale to inna para kwe­stia. –> Co to jest para kwestia?

Czy może miało być: …ale to inna para kaloszy. Lub: …ale to inna kwe­stia.

 

Co jest po drugiej stronie? – Kudomski miał okazję zadać to odwieczne pytanie

jednemu z

tych, co tam byli. Jedna z zalet jego zawodu. –> Zbędny enter.

 

I wiele in­nych nie­zau­wa­żal­nych dla in­nych rze­czy. –> Powtórzenie.

 

Mam dwie oso­bo­wo­ści. , z którą roz­ma­wiasz… –> , z którą roz­ma­wiasz

 

Za każ­dym razem wtrą­cał się Be­stia. –> Za każ­dym razem wtrą­cała się Be­stia.

 

Abra­ham Ku­dom­ski ubra­ny w zie­lo­ny gar­ni­tur, który do­peł­niał ka­pe­lusz tego sa­me­go ko­lo­ru. –> …Abra­ham Ku­dom­ski ubra­ny w zie­lo­ny gar­ni­tur, którego do­peł­niał ka­pe­lusz tego sa­me­go ko­lo­ru.

 

stało biur­ko. Za nim sie­dział Mi­chał. Przed me­blem stały dwa krze­sła… –> Powtórzenie.

 

a dy­rek­tor udzie­lił mu na to zgodę. –> …a dy­rek­tor udzie­lił mu na to zgody. Lub: …a dy­rek­tor wyraził na to zgodę.

 

prze­stał się po­si­lać i odło­żył miskę na pod­ło­gę. –> …prze­stał się po­si­lać i odstawił miskę na pod­ło­gę.

 

Nie trzy­ma­my tu obec­nie na tylu groź­nych więź­niów… –> Nie trzy­ma­my tu obec­nie na tyle groź­nych więź­niów

 

Żona kla­wi­sza przy­nio­sła her­ba­ty. –> Żona kla­wi­sza przy­nio­sła her­ba­tę.

 

W Ni­g­dzie rosły ro­śli­ny nie wy­stę­pu­ją­ce na Ziemi. Sku­tek wy­stę­pu­ją­cej tu w du­żych ilo­ściach magii. –> Powtórzenie.

 

Za­pew­ne wziął do buzi klucz razem z po­sił­kiem. –> Raczej: Za­pew­ne, razem z po­sił­kiem, włożył do ust klucz.

Buzie mają dzieci.

 

Spin­ka miała być tylko przy­kryw­ką, aby prze­kręt z klu­czem nie wy­szedł. –> Raczej: …aby prze­kręt z klu­czem nie wydał się.

 

„Uwa­żaj, bo mam cię na musz­ce i nie za­wa­ham strze­lić”. –> Pewnie miało być: „Uwa­żaj, bo mam cię na musz­ce i nie za­wa­ham się strze­lić”.

 

Cie­niut­ka lina, która w każ­dej chwi­li może się ro­ze­rwać… –> Lina jest gruba z definicji.

 

prze­ka­zał mu, że wraca na Zie­mię. Potem wró­cił do środ­ka. –> Powtórzenie.

 

Po­czy­na­jąc od sa­vo­ir vivre po ich nad­zwy­czaj­ny fach. –> Po­czy­na­jąc od savoir-vivre’u, po ich nad­zwy­czaj­ny fach.

 

obok cza­ro­dzie­ja z czer­wo­no­si­wą brodą. –> …obok cza­ro­dzie­ja z czer­wo­no­-si­wą brodą.

 

Ostat­nio jeden wy­ko­nał napad na bank w po­je­dyn­kę. –> Ostat­nio jeden doko­nał napadu na bank, w po­je­dyn­kę.

 

Pro­wa­dzę życie pełne nie­bez­pie­czeństw i w każ­dej chwi­li mogę zgi­nąć. Ta nie­pew­ność czyni moje życie cie­ka­wym. –> Powtórzenie.

 

– Chyba już skoń­czy­li­śmy – uznał we­te­ran i skoń­czył swój mo­no­log o życiu i śmier­ci. –> Powtórzenie.

 

Bo­gacz po­kie­ro­wał się w stro­nę drzwi i kiedy igno­ro­wał ostrze­że­nia, kula prze­szy­ła go na wylot i prze­dziu­ra­wi­ła drzwi. Nie zro­bi­ło to na nim wra­że­nia. Spró­bo­wał otwo­rzyć drzwi… –> Powtórzenia.

 

Spa­dli na zie­mię razem z krze­słem i zwar­li się w boju na pod­ło­dze. –> Są w pokoju, więc nie ma w nim ziemi.

Proponuję: Spa­dli na podłogę razem z krze­słem i zwar­li się w boju na parkiecie.

 

Ta­rza­li się i wy­mie­nia­li ra­za­mi… –> Ta­rza­li się i wy­mie­nia­li ra­zy

 

Od­sko­czył i po­biegł do szafy. Gdy wy­cią­gał sznur, przy­stoj­niak wstał. Prze­ciw­nik biegł na niego ni­czym roz­wście­czo­ny byk, a on sko­czył mu pod nogi zwią­zał je szyb­ki­mi ru­cha­mi.

Teraz James zo­stał unie­ru­cho­mio­ny. Rzu­cił go na łóżko i ob­wią­zał ca­łe­go dru­gim sznu­rem aby nie mógł się w ja­ki­kol­wiek spo­sób ru­szać. –> Powtórzenia.

 

Jak skoń­czył, do drzwi za­pu­ka­ła po­li­cja. –> Gdy/ Kiedy skoń­czył, do drzwi za­pu­ka­ła po­li­cja.

 

James oskar­żył go o usi­ło­wa­nie za­bój­stwa. A wcze­śniej uskar­żał się, że chce śmier­ci… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

zo­sta­ło na­tych­mia­sto­wo znisz­czo­ne na jego ciele. –> …zo­sta­ło na­tych­mia­st znisz­czo­ne na jego ciele.

 

James We­lmin­ster do­słow­nie wy­buchł krwią… –> James We­lmin­ster do­słow­nie wy­buchnął krwią

 

Jego reszt­ki znaj­do­wa­ły się po­roz­rzu­ca­ne po całym po­miesz­cze­niu.Raczej: Jego reszt­ki zostały po­roz­rzu­ca­ne po całym po­miesz­cze­niu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawe opowiadanie. Podobają mi się nawiązania do literatury (popkultury nie łapię, ale piszesz, że są ;-) ). Niektóre zwroty akcji wydają mi się naciągane – na przykład ucieczka z więzienia i przesłuchanie strażnika, który przyznał się do wszystkiego szybciej niż dziecko przyłapane z ręką w słoiku z cukierkami. Najlepszy motyw z Dorianem i obrazem.

Czasami dialogi brzmiały mi sztucznie.

Gorzej z wykonaniem. Powtórzenia, podmioty Ci uciekają, przecinkologia kuleje…

– Uwielbiają bawić się mniejszymi – kontynuował monolog zombie.

Z opowiadania zmartwychwstałego wywnioskował,

Co jest podmiotem w drugim zdaniu i dlaczego zombie?

Czasem użyteczności szło się domyślić tylko na podstawie kształtu,

Użyteczności czy zastosowania?

Babska logika rządzi!

regulatorzy – Tekst jest długi i mimo ogromu pracy, nie uchronilem się przed błędami. Ale Bestię napisałem specjalnie tak, miał być “on”. Niedługo naniosę poprawki.

 

Finkla – Wiem, że miejscami trochę mi nie wyszło, ale i tak myślałem, że opowiadanie zostanie gorzej ocenione.

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Poprawki już naniesione. Dziękuję za wskazanie błędów!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Ale Be­stię na­pi­sa­łem spe­cjal­nie tak, miał być “on”.

Tak, Pietrku, tyle że cztery zdania wcześniej pisałeś o Bestii ona: Mam dwie osobowości. Tę, z którą rozmawiasz i Bestię, która przejmuje kontrolę w chwili zagrożenia. Kontroluję to dopóki nie istnieje ryzyko śmierci. Myślisz, że nie próbowałem samobójstwa? Phi. Testowałem już dwadzieścia sposobów. Za każdym razem wtrącał się Bestia.

Proponuję, aby ostatnie zdanie brzmiało bezpłciowo: Za każdym razem wtrąca się Bestia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przy “która” podmiotem jest osobowość, a nie Bestia. Potem zmieniłem podmiot.

Dzięki za klika, Reg.

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Ale “który” odsyła do pierwszego pasującego rzeczownika w lewo.

Babska logika rządzi!

Rzeczywiście.

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Zgrabne to opowiadanie. Podobała mi się konstrukcja bohaterów, oraz troszkę ładnie wplecionej, nienachalnej filozofii. Co do strony technicznej, czytało mi się bardzo płynnie. :)

 

Ciekawa kombinacja wielu motywów przywodząca mi na myśl Ligę Niezwykłych Dżentelmenów Alana Moore’a (film to niestety kiepska namiastka komiksu). Spodobał mi się najbardziej pierwszy przeciwnik – Daniel. Przywodził mi na myśl Doktora Jekylla i Mr Hyde’a, a zawsze podobała mi się ta postać :)

Technicznie dla mnie przyzwoicie. Czytałem bez większego potykania się o grudy.

Podsumowując: przyzwoita lektura, z nawet ciekawym pomysłem w tle.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Rossa – Miło, że się podobało.

 

NoWhereMan – Też nie podobało mi się LND :)

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

– Do czego się bawicie w twojej ojczyźnie? – zapytał kierowca.

– Nie chcesz wiedzieć – odparł ze zgrozą Polak.

 

:)))

 

Chwilę trwało, zanim połapałam się w konwencji. Ale potem już poszło gładko. Też bym ponarzekała, za Finklą, że niektóre momenty naciągane (dla mnie przede wszystkim rozmowa z zombiakiem na początku oraz nagłość odnalezienia portretu), ale w sumie nie wiem, czy to właśnie nie elementy konwencji.

Nie podobał mi się fragment, prawie na początku, kiedy opisujesz korzystanie z magii. Nagle mamy niemal wykład, jakiś osobny akapit, jakiś wyjaśniający przypis w środku tekstu. Nie lubię takich zagrań. Podobało mi się natomiast to, że magia ma swoje ograniczenia i nie da się jej używać bez przerwy i bez konsekwencji.

Trudno mi sobie wyobrazić Dżentelmena, bo nie dałeś do tego właściwie żadnych wskazówek – ani jak wygląda, ani w jakim jest wieku.

Podsumowując – fajne, lekko napisane opowiadanie, niektóre żarty naprawdę pierwsza klasa. Rozrywająca lektura. :)

Wygląd Dżentelmena, to ten jeden elementy łączący z poprzednimi opowiadaniami.

 

Wszedł tam nadzwyczaj elegancki Dżentelmen. Nosił drogi, czarny garnitur od Armaniego. Długie, kasztanowe włosy miał idealnie zaczesane do tyłu. Gładko ogolony. Młody i pełny życia.

”Kilka par butów"

 

Niezmiernie cieszę się, że tak bardzo się podobało i dziękuję za klika.

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

No, tak przypuszczałam, że pewnie w jakimś innym opowiadaniu coś na ten temat będzie. Ale nie tu. ;) Rozumiem jednak, bo sama mam problem, jak w kolejnym opowiadaniu z serii przedstawić, choćby pobieżnie, wygląd bohatera, którego przedstawiałam już wcześniej z 5 razy. :)

Miejscami jest problem z przecinkami, o, taki:

Kiedy kończy się zdolność fizyczna[+,] dalszą drogę umożliwia magia.

Nie był pewien[+,] czy zdoła walczyć dalej.

i powtórzeniami: 

Każdy był inny, z reguły cechy ustalał twórca. Często pojawiały się też efekty uboczne, ale to inna kwestia. Dlatego samemu trzeba ustalić sposób na zabicie problemu. Abraham z reguły palił takie zmory, ale kiedyś natknął się na ognioodpornego słonia ze skrzydłami. I czym go tu spalić?

Nie podobały mi się dialogi – raz, że sztuczne, dwa, że od razu wszyscy opowiadają sobie historie życia.

Myślę, że to jest kwestia tego, że nie załapałam konwencji.

Ale i tak czytało się całkiem nieźle ;)

 

Szkoda, że uznałaś dialogi są sztuczne, bo miały być głównym atutem opowiadania. Trudno, nie każdemu się podoba. Dzięki za wskazanie błędów. Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Widzę, że tekst się podoba, nie tylko mnie :) ciekawe kiedy wpadnie piąty klik do biblioteki, bo i bez mojej pomocy stanie się to, prędzej czy później :)

Czy można wierzyć w jakość w świecie zdominowanym przez ilość?

Każda pomoc mile widziana :)

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Pietrek, nie chciałam zrobić Ci przykrości, zazwyczaj podobają mi się Twoje opowiadania. To akurat do mnie nie trafiło.

Wiem i sam myślałem, że opowiadanie gorzej się przyjmie u większości, a po weekendzie brakuje mi jednego punkta. To mi portalowicze niespodziankę zrobili :)

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Kilka uwag ode mnie, żeby mój głos się – chyba – liczył.

 

Ech… szkoda, że nie apgrejdowałeś tekstu prostu z bety, bo tam miałem kilka gotowych uwag, a tak, muszę napisać wszystko od nowa :)

 

Tekst czytałem już pewien czas temu, więc mam nadzieję, że nic nie pomylę.

 

Po pierwsze zombie na początku tekstu – nie dość, że gadające, to jeszcze z sensem :) Bestia podniesiona trochę ponad poziom mięsa armatniego jest u mnie na plus :)

 

Fabuła mi się podobała, może dlatego, że jest zupełnie inna niż w moich opowiadaniach. Ech… Muszę wreszcie zmierzyć się z kryminałem. Czytałem z zainteresowaniem. 

 

Koncepcja nieśmiertelności, jako najzwyklejszego w świecie przekleństwa jest dla mnie bardzo interesująca. Tanatos w wersji max.

Czy można wierzyć w jakość w świecie zdominowanym przez ilość?

Nic nie pomyliłeś :) Apgrejdowałem, ponieważ na liczniku miałem 108 kom.

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Dzięki za ostatecznego klika!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

 

Bardzo mi się spodobało. Szczególnie klimat, który przypominał film Watchmen (polecam), a momentami Sin City. Jak ze starego kryminału. Deszcz, agenci w kapeluszach oparci o ściany, z papierosami i mokrymi gazetami w dłoniach. I z nutką plugastwa i fantastyki. Tak właśnie wyczułem ten tekst, chociaż nie wiem, czy ty też tak to widziałeś.

Na plus wszelkie odniesienia do filmów/książek. No, może za wyjątkiem Despacito. Wiem, że skrytykowałeś, ale mimo wszystko…

Poczułem sporą dawkę absurdu na początku, zaraz po walce. Bo oni tam walczyli, walczyli, a potem… Chodź na colę. Spoko, idziemy. :D

Pomysł ciekawy, dobre zakończenie. Fajna mała intryga z kluczem w zupie.

Postać Dżentelmena wyśmienita.

Na wykonaniu ja tam się za bardzo nie znam, ale ciągle miałem wrażenie, że brakowało przecinków. I to sporo. Ale może nie? Może to ja się mylę…

Ogólnie: super ;)  (jeszcze raz – wyśmienity klimat!!!)

 

Zaatakowany wił się i szamotał, ale na nic się to zdawało wobec krzepy o wiele potężniejszego celu.

Trochę się pogubiłem w akcji. Na końcu zdania na pewno powinien być cel?

Oglądałem oba filmy i w najmniejszym stopniu się nimi nie inspirowałem :) Serio.

Bardzo mi miło, że opowiadanie aż tak przypadło Ci do gustu. A na Despacito mam stwierdzone przez alergologa uczulenie ;) Nie mogłem się powstrzymać…

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Tak czułem, że nie o taki klimat ci chodziło. Ale obrazy z Watchmen i tak ciągle mam przed oczami. Co zostało zobaczone…

Nowa Fantastyka