- Opowiadanie: Darcon - Parszywa dziewiątka - Misja "Dobre słowo"

Parszywa dziewiątka - Misja "Dobre słowo"

 

Szykuje się potężna zabawa!

Osobom o słabych nerwach doradzam wypicie szklanki melisy, a łatwo wpadającym w dobry humor, przełknięcie jedzenia przed czytaniem, żeby się nie udławić ;)

Dodatkowo serwuję Wam pikantny smaczek – w opowiadaniu użyłem oryginalnych wypowiedzi użytkowników, część z nich delikatnie modyfikując, aby pasowały do przyjętej konwencji. Niektóre mogą przejść do klasyki portalu (oryginalne, nie moje) ;)

Utwór jest fikcją literacką i nie ma na celu kogokolwiek urazić, a wręcz przeciwnie, rozbawić :)

 

Żałuję z całego serca, że nie udało mi się upchnąć więcej osób.

Przyjemnej lektury!

 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Parszywa dziewiątka - Misja "Dobre słowo"

Gmach Nowej Fantastyki wyróżniał się swoim ogromem na tle innych budynków. Żaden nie był tak solidny, potężny i jednocześnie nowoczesny. Każdy chciał się tu zahaczyć, wsunąć chociaż palec i polizać. Posmakować, jak smakuje gloria i sława. Oficjalnie dostęp miał każdy, ale ciężko było się przebić i tylko garstka tak naprawdę się liczyła.

Najważniejsze głowy w korporacji zajmowały ostatnie piętra, ich biura sąsiadowały z hangarem platform desantowych, który obejmował lwią część dwóch ostatnich kondygnacji. W jednym z takich biur stał Głównodowodzący, spoglądał z niesmakiem na leniwie krążących po hangarze żołnierzy, wszyscy należeli do elitarnego oddziału „Loża”.

– Spójrz na te hieny… Każda z nich tylko czyha na moje miejsce! – eMCep zacisnął pięści ze złością, a na czole zaczęła pulsować mu wielka żyła. – Parszywa dziewiątka!

– Mówisz o Loży? – zapytał mężczyzna, stojący obok Dowodzącego.

Miał szpakowate włosy i orli nos. Wielka blizna na policzku i stalowy szkielet od pasa w dół jasno mówiły, że to weteran.

– A o kim innym, DiJet Jajniku! – zirytował się eMCep, a obiektyw wbudowany w miejsce prawego oka, zmieniał ogniskową i dostrajał ostrość cały czas. – Zaczynają panoszyć się jak u siebie! Zaproponowali własną ocenę piórek! Wyobrażasz sobie?!

– Sam się zgodziłeś.

– Nie miałem innego wyjścia. Moja pozycja jest ostatnio trochę osłabiona – grymas niezadowolenia wykrzywił mu twarz. – Muszę się okopać i trochę wzmocnić. Żeby nie ten ćwok, wiele rzeczy nie wyszłoby na jaw, tfu! Nie wyjdzie! Nie wiem skąd czerpie informacje i gdzie jest przeciek, ale się dowiem.

– Masz na myśli Darnocy? – zdziwił się DiJet Jajnik. – To „nobody”.

– Nie taki nikt… Dużo wie, za dużo. Na razie dostał ode mnie propozycję. Muszę mu jakoś zatkać gębę.

– Posłałeś już po niego – raczej stwierdził, niż zapytał DiJet.

– Tak, powiedz Bazylowi, żeby go wpuścił.

 

Szedłem holem na najwyższym piętrze gmachu Nowej Fantastyki i rozpierała mnie duma. Niewielu widziało ten korytarz, a tylko kilkoro wchodziło tam, dokąd właśnie zmierzałem. Wiedziałem, że trafiłem w czułą strunę Głównodowodzącego eMCepa, a teraz złożył mi taką propozycję! Udawałem, że się waham, niech nie myśli, że pójdzie mu ze mną tak łatwo.

Dotarłem do drzwi i klapnąłem sobie. Moje wbudowane, interaktywne gogle ściemniły obraz. Byłem z nich dumny, prawdziwe dzieło nowoczesnej technologii, kosztowały mnie majątek, ale teraz nikt nie widział tak dobrze, jak ja. Nie wiem, kiedy przysnąłem, ale gdy poczułem szarpnięcie za ramię, od razu przyjąłem pozycję bojową. Przede mną stał malutki człowieczek z twarzą zupełnie jak z japońskiej kreskówki. Był cały ubrany na czarno, także paznokcie i usta miał pomalowane w tym kolorze. Kolejny dziwoląg, ale mało tu takich? Machnął, wskazując mi drzwi.

 

– Sie ma, ziomale! – krzyknąłem, sygnalizując w ten sposób mocne wejście.

Chudy gostek z wielką szramą na gębie, którego dolną połowę ciała stanowił metalowy szkielet, tylko lekko się uśmiechnął. Głównodowodzący siedział za wielkim biurkiem. Nie podniósł wzroku, przeglądał coś na holograficznych ekranach. Miał na sobie wojskową bluzę i czarny płaszcz, wbudowany w oczodół obiektyw buczał cicho podczas pracy. Łysy łeb lśnił w światłach ekranów.

Animek bez słowa wskazał mi miejsce przed biurkiem. Usiadłem i wygodnie rozłożyłem się w fotelu. Po pięciu minutach uszedł ze mnie animusz, po kolejnych dziesięciu siedziałem już wyprostowany.

– Mówiłeś coś, głąbie? – eMCep skierował na mnie spojrzenie, dostosował ogniskową obiektywu i wykrzywił gniewnie brew jedynego oka.

– Nie… – bąknąłem.

– Przemyślałeś sobie moją propozycję? – Głównoleniuchujący odchylił się w bujanym fotelu.

– Tak! – Przełknąłem ślinę, bo jakoś nagle zaschło mi w gardle. – Jest tylko jeden problem.

– Jaki? – eMCep zmarszczył brew jeszcze bardziej.

– Nikt na mnie nie głosował – powiedziałem niepewnie. – Więc mimo waszego poparcia, chyba nie zostanę członkiem Loży…

– Niech cię o to głowa nie boli. – Głównoględzący wstał i podszedł do okna. – Bazyl się tym zajmie, tu kliknie, tam pstryknie, prawda Bazyl?

– Sie wie, szefie!

– O wszystkim mnie informujesz, mam wiedzieć o każdym pierdnięciu i czkawce w zespole. Raporty ślij do Bazyla, on mi je przekaże. – Splótł ręce za plecami i patrzył nienawistnym spojrzeniem na coś w hangarze. – A teraz, zjeżdżaj!

 

***

 

Gdy schodziłem na płytę desantową, denerwowałem się trochę. To moje pierwsze spotkanie z Lożą „face to face”. Nie wiem, czego mogłem się spodziewać. To była elita, najlepsi z najlepszych. Mnie, żuczkowi, może być między nimi ciężko. Zaraz po wejściu poczułem silny podmuch wiatru. Hangar od strony wlotowej był całkowicie otwarty, a powietrze na tej wysokości było znacznie chłodniejsze, niż na dole. Na zewnątrz, w strefie podejścia, wydziałem leniwie przelatujące chmury.

W moją stronę ruszyła kobieta o długich i bujnych czerwonych włosach. Lewe oko (lub tylko pusty oczodół) przesłaniała czarna przepaska. Krok miała sprężysty, a figurę kształtną, lecz nie grubą. Przypominała mi „Zdradzoną czarodziejkę”. Tyle że za tamtą nie poruszała się wielka, biomechaniczna macka wbudowana w plecy i kręgosłup. Czarna i złowroga maszyneria, musiała mieć ze trzy metry długości.

– Cześć, jestem Fifka. – Wyciągnęła do mnie dłoń.

– Cześć Pipka. – Odwzajemniłem uścisk.

– Hmmm, powiedziałam Fifka. – Jej macka zafalowała złowrogo. – Sprawdź w słowniku, co znaczy pipka, możesz się zdziwić.

– Wiem, to miał być żart – próbowałem się uśmiechnąć.

– No, to mnie nie powalił – twarz wykrzywił jej grymas dezaprobaty.

Obserwowałem czujnie biomechaniczne ramię, lepiej dmuchać na zimne. Nie wiadomo, co może babie do łba strzelić.

– Hej! – dobiegł mnie czyjś głos zza pleców.

Odwróciłem się, w naszą stronę zmierzał prawdziwy żołnierz. Objuczony sprzętem od stóp po głowę, ledwo było widać twarz i ręce zza tego żelastwa.

– Jestem, WhoIMan! – Podniósł wysoko dłoń w powitalnym geście. – Cześć, Nowy. Jaką masz broń? Dezintegrator fotonowy, ręczna wyrzutnia pocisków termicznych, granaty atomowe, działko pocisków termosłownych, unicestwiator mózgów?

– Mam to! – Wyciągnąłem z pochwy miecz, moją dumę. – „Dobre słowo”, tak go nazwałem.

– I żadnej broni palnej?! – Gość był wyraźnie zawiedziony. – Nawet boltera?

– Nie, nagie ostrze mi wystarcza.

– Coś tam nim grzmotniesz, ale bez fajerwerków! – podsumował WhoIMan. – Fajne masz patrzałki. Wbudowane?

– Tak, wpięte bezpośrednio w aferentne włókna nerwowe.

Facet pokiwał głową z podziwem.

– A te dwa kijki, co ci wystają zza pleców?

– To klasyczne katany… – Zawiesiłem głos na chwilę. – „Ostateczność” i „Kara”.

– Nadchodzi Gaz – Fifka wskazała szczupłą żołnierkę.

Kobieta szła lekko i zwinnie, biła od niej pewność siebie. Miała włosy w dwóch kolorach, białym i różowym. Widać było, że jest zaprawiona w boju. Na torsie nosiła specjalny korpus z pasem wzmacniającym, przy którym wisiał zaczepiony miotacz gazów i ognia. Jej lewe ramię całkowicie spowijał pancerz, zapewne wspomagający i ochronny zarazem.

– Uważaj na słowa, nawet jedno, nieopatrznie rzucone i po tobie. – Fifka zrobiła jednoznaczny ruch dłonią pod gardłem.

– Sie masz, Nowy. – Długonoga klepnęła mnie w ramię. – Jestem Gaz, jak leci?

– Ech… – Pomny na słowa Fifki, intensywnie zastanawiałem się, co powiedzieć, żeby przeżyć. – Ech!

– Mmm, małomówny jesteś… – Stanęła bliżej. – Lubię takich, nie ma nic gorszego niż ględzący od rzeczy facet. Dobra, trzym się. Pogadamy później!

Klepnęła mnie jeszcze raz na odchodne i ruszyła w stronę sprzętu. Dopiero wtedy wypuściłem powietrze z płuc. Jeszcze chwila i bym się udusił!

– Ale się spiąłeś, Nowy – zaśmiała się Fifka. – Jaką ty masz w ogóle ksywę?

– Darnocy – mruknąłem.

– Dobra, Darzenocy, tam śpi Drzemiąca. – Wskazała mi wzgórek łachów leżący na torbach wojskowych. – A ten olbrzym, co gada z Bazylem, to BlackToy.

Wielkoluda zauważyłem już wcześniej. Rzucała się w oczy ta wielka góra mięsa. Ubrany był w czarny, wojskowy pancerz i równie czarny hełm, na którym miał osadzone dwa, wielkie rogi. Nosił pas z bolterem, a w prawej dłoni młot bojowy. Lewę ramię to prawdziwy majstersztyk, stanowiła je wbudowana i sterowana mięśniami potężna piła łańcuchowa.

– Miałeś mnie wpisać na listę i znaczek dać, tak? – Góra mówiła coś do małego. – Że jestem dyżurnym.

– Znaczek mają tylko starzy członkowie Loży – tłumaczył Bazyl.

– Jak to??? – Olbrzym był wyraźnie rozczarowany, wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać. – Ale wpiszesz mnie na listę, okej?

– Okej. – Bazyl zrobił kwaśną minę i zaczął się ulatniać. – Zadzwonimy do ciebie.

– Ale ja nie mam telefonu – zauważył BlackToy.

– Okej, okej – rzucił już z daleka mały Animek.

Fifka rozejrzała się po hangarze.

– Dobra, muszę iść, niedługo wylatujemy. – Skupiła wzrok na drużynie. – Trzeba znaleźć pozostałą część załogi i spakować jeszcze parę gratów. Nara.

– Nara – odpowiedziałem już jej plecom.

 

Hangar był wielki, a i tak jedną czwartą powierzchni zajmowała w nim platforma desantowa. To na niej wyruszała Loża do walki z „Pismokami”. To była zbieranina typów różnej maści, ale w przeważającej części żółtodziobów, którzy mienili się pisarzami. Trafiali się też bardziej doświadczeni przeciwnicy, pseudoelokwentni, często używali słów, których nie rozumieli. Dodać do nich szczyptę oszołomów, kilka garści samozwańczych artystów, czy zwyczajnych trolli i dostajesz mieszankę iście wybuchową.

Nie powiem, już nie mogłem się doczekać pierwszej akcji. Załoga pakowała się, a obsługa uwijała przy platformie i sprzęcie. Od dawna byłem przygotowany, więc starałem się teraz nie przeszkadzać. Rozejrzałem się po hali, w jednym z rogów zobaczyłem jakiś posąg. Zaciekawiony podszedłem bliżej, jak nic musiał to być pomnik jakiegoś weterana i muszę przyznać, był porządnie wykonany. Przedstawiał żołnierza w mundurze z poprzedniej epoki, kiedy nie było jeszcze tylu wynalazków. Co prawda czas naruszył już pomnik, ale nadal wyglądał imponująco. Zastanawiałem się, z jakiej skały go wy…

– Mogę ci w czymś pomóc, chłopcze? – powiedział posąg.

– Dżizus! – krzyknąłem, odskakując w popłochu. – Ale mnie przestraszyłeś! Myślałem, że to skamielina!

– Próbujesz być zabawny, Nowy? – Żołnierz wstał, a z jego kombinezonu posypało się mnóstwo pyłu. – Jestem Cobył.

– Cześć. – Uścisnąłem mocno wyciągniętą dłoń. – Darnocy. Żartowałem, ale chyba na razie z żartami nie trafiam.

Musiałem coś powiedzieć, miałem się przyznać, że mało nie zlałem się w gacie?

– Ja z zasady nie znam się na żartach. – Chwycił nie mniej zakurzony plecak. – Chodź, niedługo startujemy.

Gdy dotarliśmy do grupy, okazało się, że brakuje jeszcze dwójki Lożowników.

– Hej, Fifka! – zawołałem do liderki. – A gdzie jest Dominatorka?

– Nie widziałeś jej jeszcze? – Dziwnie na mnie spojrzała. – To czeka cię niespodzianka! Dziewczyna robi wrażenie… Musisz jeszcze chwilę poczekać. Siedzi w swojej norze na platformie. Zapewne wylezie z niej, jak ruszymy.

Został więc tylko jeden, rozejrzałem się i wtedy go zobaczyłem. Młodego chłopaka, ubranego na sportowo. Miał na sobie obcisłe granatowe spodenki, białą, równie obcisłą koszulkę na ramiączkach, skarpetki frotte i białe trampki. Na głowie nosił kowbojski kapelusz, a na brzuchu pas z dwoma rewolwerami. Nic więcej, żadnych kamizelek, kombinezonów, czy sprzętu wspomagającego. Musiał być szybki, skoro radził sobie bez biomechanizmów. Maszerował dziarskim krokiem prosto na mnie.

– Jestem FunnyTheMan! – Młody walnął się pięścią w pierś.

– No widzę, widzę – odpowiedziałem nie bez zaskoczenia.

– To najbardziej wyważony strój spośród tych, którymi się z nami podzieliłeś. Wyważony w sensie proporcji między materiałem, kolorem i (nie bójmy się tego słowa) szykiem – powiedział Cobył gdzieś zza moich pleców.

Spojrzałem na posąg, myśląc, że robi sobie jaja, ale Dziadek Czas naprawdę był wniebowzięty!

– Dziękuję, Cobyło. – Chłopak nie zaszczycił starego nawet spojrzeniem. – Ty jesteś Nowy? Nie wyglądasz na mózgowca.

Młody udawał bystrzaka. Już go miałem pacnąć, ale w ostatniej chwili się powstrzymałem. Nie znam jeszcze tutejszych zwyczajów.

– Jestem Darnocy. – W odpowiedzi ścisnąłem mocno jego rękę. Skrzywił się lekko.

– Parę masz… Zobaczymy, jak się sprawdzisz. Powiedziałbym, ruszaj do boju, w huku i znoju!

– Czyżby legendarny tekst dla wszystkich? – wyszeptał Cobył, ciągle zapatrzony w chłopaka.

 

***

 

– Dobra, ekipa! Zwijajcie manele! Za kwadrans widzę startującą platformę! – DiJet Jajnik nadciągał na swoich stalowych nogach. – Dosyć tych powitań.

Tak naprawdę krzyczał w powietrze, drużyna była już gotowa. WhoIMan sprawdzał drugi raz kilkanaście sztuk swojej broni. Młody FunnyTheMan kręcił na palcach rewolwerami. Gaz kocim susem wskoczyła na platformę. Stary Cobył już dawno na niej znieruchomiał i znowu wyglądał jak posąg. Obudziła się też Drzemiąca. Okazało się, że pod stertą tobołków spała całkiem niezła dziewczyna. Krótko ścięte włosy, prawdziwa wojskowa fryzurka. Ładna buźka i zawadiacki uśmiech. Wystarczyło, by wzbudzić moją sympatię. BlackToy rozglądał się jeszcze za Bazylem, ale ten mu gdzieś uciekł. Fifka szturchnęła mnie w ramię.

– Nie bój żaby, Nowy. – Mrugnęła do mnie. – Poradzisz sobie, wierzę w ciebie. Inni też uwierzą.

– Dzięki. – Wyprostowałem się dumnie, słowa otuchy były mi teraz potrzebne.

– Pamiętaj, gadaj dużo, ale z sensem. Pismoki to lubią, chociaż rzadko kiedy doceniają. – Wzruszyła ramionami i odgarnęła z twarzy bujne, czerwone włosy. – Kiedy trzeba, tnij, nie można się zbytnio cackać. Mamy odsiewać tych, którzy rokują, reszta do wycinki. A to niestety przeważająca większość.

– Zapamiętam sobie. – Wskazałem swój miecz. – „Dobre słowo” radzi sobie z takimi.

– Zabawne, tak samo nazywa się nasza misja – zawołała, wchodząc na platformę Drzemiąca.

 

Olbrzymim pojazdem bujnęło na starcie. Zaparłem się mocniej na nogach. Ciężka maszyna uniosła się na wysokość kilku metrów i powoli ruszyła przez hangar. Silniki zawyły potężnie, nabraliśmy przyśpieszenia i wylecieliśmy z hangaru na pełnej prędkości. Czyste niebo oślepiło mnie na moment, ale gogle szybko dostroiły przepuszczalność światła na optymalny poziom. Odwróciłem się, usłyszawszy jakiś hałas. To śluza ładowni otworzyła się z głośnym zgrzytem, a z wnętrza wyszła olbrzymia maszyna krocząca.

– Ja pitolę! – rozdziawiłem gębę z wrażenia.

– Robi wrażenie, co? – głośno zarechotał BlackToy.

Korpus maszyny wykonano z nieznanego mi materiału, miał średnicę przynajmniej pięciu metrów. Osadzony był na ośmiu stalowych odnóżach, każde dwa razu dłuższe, niż sam korpus. Na środku siedziała, a raczej wbudowana była ona, Dominatorka! Zbliżyła się powoli.

– A więc tak mnie sobie wyobrażasz, Darzenocy. – Spojrzała na mnie z niezadowoleniem.

Miała śnieżnobiałe włosy splecione w gruby, sterczący do góry warkocz. Widoczna połowa ciała obleczona była w lateksowy gorset, chroniony stalowym pancerzem.

– To wygląd raczej stereotypowy i mdły. – Jej dłonie cały czas wystukiwały zadania na panelu kontrolnym maszyny. – Przykro mi to pisać, ale przeczytany fragment znużył mnie okrutnie i w żaden sposób nie zachęcił do poznania dalszego ciągu. Wykonanie pozostawia sporo do życzenia. Błędy i liczne usterki utrudniają lekturę, a wiele zdań wymaga poprawienia.

– Dominatorko, twoje uwagi są zawsze dla mnie bardzo cenne. – Zawołałem niespeszony słabą oceną już na początku. – Staram się, by w każdy kolejnym opku było mniej błędów. A sam pomysł, cóż, to kwestia gustu.

– Cieszę się, Darzenocy, że uznajesz uwagi za przydatne. – Na jej wiśniowych ustach pojawił się uśmiech. – W takim razie doczytam to opowiadanie do końca i pozostaję z nadzieją, że twoje kolejne opowiadania będą coraz lepsze.

 

Zielona dżungla pod nami była przepiękna. Jednak w miarę upływu czasu, dziewicza zieleń przerzedzała się i coraz częściej pojawiał się ugór i wypalona ziemia. Potem było już tylko bagno, a w nim czekały na nas Pismoki. Wyły i chodziły jak w transie, zbierały się w grupki, albo biegały pojedynczo, chaotycznie. Czasami atakowały siebie nawzajem. Przełknąłem ślinę, może wcale nie będzie tak łatwo, jak myślałem.

– Drużyna, schodzimy! – ryknęła Fifka.

– Ruszaj, Nowy! – BlackToy sprzedał mi solidnego kopa.

Przeleciałem przez barierkę i wylądowałem plackiem w błocie. Zakrztusiłem się i podniosłem zabłoconą twarz, gogle oczyściły się same. Reszta ekipy właśnie lądowała na ziemi. Dominatorka błyskawicznie zapuściła się w tłum przeciwników. Poczułem, jak coś unosi mnie do góry.

– Wstawaj, Nowy! – Fifka postawiła mnie na nogi i wypuściła z macki. – Nie przyleciałeś tu leżeć i wypoczywać. Bierz się do roboty.

– Tak jest! – krzyknąłem i wyciągnąłem „Dobre słowo”.

 

Początkowo trzymałem się drużyny, chciałem poobserwować i się wprawić. Dominatorka była z innego świata. Tempo, z jakim przerabiała Pismoków, było naprawdę imponujące. Brała delikwenta w odnóża, obracała i szybko poprawiała słowa. Klient obleczony w pajęczynę poprawek odchodził lub pozostawał w transie przez dłuższy czas. Bardzo szybko zniknęła nam z oczu.

Fifka wywijała głównie macką. Albo waliła gościa, który padał martwy lub nieprzytomny, albo wyłapywała budzących nadzieję i wrzucała na platformę z przeznaczeniem do działu bibliotecznego. Ciągle coś tam mruczała pod nosem, ale dzieliła nas zbyt duża odległość i nie rozróżniałem słów.

Cobył i Gaz ruszyli pewnie swoimi ścieżkami, zniknęli mi z oczu równie szybko, jak Dominatorka, więc nie bardzo wiedziałem gdzie i jak działają. Podejrzewałem, że uwijali się przy bardziej rokujących Pismokach.

BlackToy wymachiwał młotem jak cepem. Nieźle mu to wychodziło, ogłuszał opornych, a przydatnych zaganiał pod platformę. Następnie brał zebraną grupkę i wrzucał na pokład. Ryczał przy tym jak prawdziwy bawół.

Drzemiącej nigdzie nie widziałem, pewnie zadekowała się na platformie i znowu spała. WhoIMan wolno zaczynał. Zanim powyciągał te wszystkie bomby i granaty… Za to nie przepuścił żadnego gada bez skontrolowania. Pomiędzy tych, którzy nie rokowali, wrzucał granaty ogłuszające, a resztę sortował i oznaczał tylko sobie znanym kodem.

Przypomniałem sobie o raporcie dla Głównopodejrzliwego i wdrapałem się na niewielkie wzgórze, żeby lepiej wszystkich widzieć. Patrzyłem, jak ekipa rozproszyła się po terenie. Przeciwnicy nie mieli szans, tego byłem pewien. Gdzie tylko pojawiał się Lożownik, następował zamęt i panika, ale żołnierze szybko ją opanowywali.

– Juhu! – zapiszczał FunnyTheMan i ruszył w tłum, wymachując pistoletami.

Trzeba przyznać, że miał młody jaja. Strzelał szybko i celnie. Poruszał się w tym błocie jak na parkiecie i ani jeden Pismok nie podszedł do niego bliżej niż na kilka metrów. Jeśli, któryś stał jeszcze po pierwszym strzale, to chłopak szybko poprawiał drugim, po którym żaden się już nie podnosił.

W końcu ruszyłem do akcji i ja. Wybrałem na początek mniejszą grupę i zaatakowałem. Opierali się krótko, kilka uderzeń płazem, kilka odciętych kończyn i był spokój. Rozochocony ruszyłem dalej.

– Niosę wam „Dobre słowo”! – krzyczałem. – Nie opierajcie się, bo i tak mnie nie powstrzymacie!

Kilku próbowało atakować, rzucać we mnie elokwentnymi zestawami słów, ale nie dałem się zwieść. Szybko wyprowadzałem cięcia, mój miecz w mgnieniu oka pokrył się czerwienią. Raniłem, nie zabijałem. Mieli szansę się poprawić, każdemu trzeba ją dać. Przystanąłem, żeby złapać oddech. Już miałem ruszyć dalej, gdy ogarnął mnie niepokój.

– Nieee znaaasz sieee! – potworny ryk wypełnił mi głowę aż do granicy bólu.

Odwróciłem się błyskawicznie. Kilkadziesiąt metrów ode mnie padła bez czucia Drzemiąca, a nad nią stał olbrzymi Pismok-troll. Miał jakieś osiem metrów wzrostu, głowę wielkości połowy ciała i równie wielką, rozdziawioną teraz gębę. Ruszyłem biegiem w ich stronę. Znałem taki pomiot. Na pewno miał na plecach małe skrzydełka, które jeśli podciąć, gad padał na glebę bez życia. Próbował mnie chwycić, ale z biegu wszedłem w ślizg i przemknąłem pod jego wyciągniętymi łapskami. Gdy byłem już za nim, podciąłem mu ścięgna w zgięciach nóg. Zaryczał przeraźliwie, próbując się odwrócić, upadł jednak na kolana. Tego dokładnie się spodziewałem. Tyle że dalej czekała mnie niespodzianka. Nie miał skrzydełek, tylko uczepionych na plecach kilkunastu Pismoków. Dawały mu prawdopodobnie energię życiową. Syknęły ostrzegawczo, gdy mnie ujrzały, ale ja już ruszyłem i ścinałem ich po kolei.

– Wrrauuu! – zawył olbrzym i walnął pięściami o glebę.

Uderzenie było jak małe trzęsienie ziemi i zbiło mnie z nóg, ale szybko poderwałem się do góry. Skoczyłem na trolla i walnąłem go płazem miecza w ucho. Stęknął, a z małżowiny popłynęła mu krew. Padł jak długi tuż obok Drzemiącej. Pismoki puściły cielsko i skoczyły w moją stronę. Wyprowadzałem cięcia błyskawicznie i celnie, odcinałem ramiona, nogi, trafiałem tak, aby wyeliminować. Jednak hien nadciągało coraz więcej, a mnie coraz trudniej było się bronić. Nie wiem skąd i kiedy pojawił się opancerzony, mały troll. Nieopatrznie trafiłem mieczem w wąskie zagłębienie na jego skorupie. Broń utknęła, szarpnąłem, by ją wyciągnąć, ale wtedy inny gad walnął głazem w miecz i ostrze pękło. Odrzuciłem bezużyteczną rękojeść. W ruch poszły pięści, tyle że wrogów było coraz więcej i więcej. Skakałem obok nich, robiłem uniki. Padali, a na ich miejsce pojawiali się kolejni, wzywani wyciem pobratymców. Spychali mnie coraz bardziej w defensywę.

– Kurwa! – ryknąłem sfrustrowany. – Dosyć tego cackania się!

Wyciągnąłem moje katany i wyprowadzałem cięcia tak, aby zabić. Unik i doskok, a następnie cięcie i kolejne. Przewrót, kolejne cięcie, podskok i dwa cięcia z góry. Cięcie, cięcie i znowu cięcie. Wyeliminowałem pięciu, dziesięciu, nie miałem już miejsca na swobodne ruchy, chodziłem po trupach. Cały czas starałem się mieć za plecami nieprzytomną dziewczynę. Otarłem pot z czoła, głośno sapnąłem i znowu natarłem, a raczej broniłem się. Wyprowadzałem ciosy tak szybko, że ledwo było widać ruchy. Ranni wyli, zabici padali, ale reszta parła dalej. Pomyślałem, że padnę i ja…

I wtedy nadeszła pomoc. Piła mechaniczna zaryczała, a pierwszy rząd Pismoków gruchnął jak łan zboża. BlackToy machnął ręką obleczoną w młot i połamał gnaty trzem kolejnym ścierwom.

– Ha, Nowy! – zawołał. – Nieźle sobie poczynasz! Już myślałem, że nie będę ci potrzebny.

Stanęliśmy plecami do siebie, pomiędzy nami leżała Drzemiąca, a my walczyliśmy. Nie wiem, jak długo odpieraliśmy ataki, ale przeciwników nie ubywało. Za każdym trupem pojawiała się kolejna, wrzeszcząca bestia.

– Nie chcę cię martwić, Darzenocy. – Wielkolud odwrócił się nieznacznie w moją stronę. – Ale chyba z tego nie wyjdziemy.

Miał rację, wrogowie otaczali nas ze wszystkich stron, a nasze siły były na wyczerpaniu.

– To dobry dzień, by zginąć, BlackToyu! – uśmiechnąłem się upiornie.

– W rzeczy samej, Nowy! – ryknął olbrzym. – Nie marnuj już sił na gadkę…

I wtedy, gdy już myślałem, że zginiemy, usłyszałem strzały z rewolwerów. To FunnyTheMan zmierzał do nas wielkimi susami, zdejmując celnie przeciwników przed nami. Zaraz po tym nastąpiły wybuchy w tylnych szeregach przeciwnika. Wiedziałem, że to WhoIMan nadciąga z odsieczą. Jak spod ziemi pojawił się Cobył. Uniósł do góry płonącą żyrafę i kilkunastu Pismoków poszło za nim jak w transie. Dzięki temu zyskaliśmy możliwość na lepsze ustawienie szyków. Czyżby miało nam się udać?

 

Na niedalekim wzgórzu stała, przyglądając się walce, Fifka. Widziała, że jatka była nieziemska, ale to nie podniosło jej pulsu nawet o dziesiątkę. Obok pojawiła się Gaz. Odpaliła miotacz ognia i ruszyła powoli w stronę walczących.

– Zaczekaj! – Fifka złapała ją za ramię. – Poradzą sobie.

– Jesteś pewna? – Kobieta powątpiewała. – Cienko to wygląda.

– Jestem. – Czerwonowłosa patrzyła ze spokojem na szalejącą załogę. – Nie tylko Nowy i BlackToy tam szaleją, to cała świeża krew w naszej załodze. Niech się chłopcy lepiej poznają, szybciej staniemy się monolitem, jakim powinna być Loża.

– Jak chcesz. – Gaz opuściła miotacz i przyglądała się bitwie. Po jakimś czasie spojrzała gdzieś w bok. – Dobra, idę po Domi. Wygląda na to, że miałaś rację.

Zrobiła kilka kroków i obejrzała się jeszcze w stronę Fifki.

– Może jednak będą się do czegoś nadawać.

Kobiety mrugnęły do siebie porozumiewawczo.

 

Gdy szala zwycięstwa nadal nie potrafiła przechylić się na żadną ze stron, FunnyTheMan wyrzucił w górę jakieś kartki. Od razu pochwyciło je kilkadziesiąt gadów, a po chwili dołączyły do nich kolejne. Tym sprytnym zagraniem chłopak odciągnął ich od nas, dzięki czemu uporaliśmy się z pozostałymi. W końcu padł ostatni Pismok i zrobiło się cicho. Może nie całkiem, nadal dyszeliśmy jak stare parowozy. BlackToy podniósł z ziemi jedną z kartek.

– Co to, kurwa, jest? – Przetarł krew z twarzy i odczytał napis „Mordor”. – Pocztówka?!

Wzruszyłem ramionami. Pochyliłem się nad dziewczyną.

– Hej, Drzemiąca! Słyszysz mnie?

– Nadal jest nieprzytomna. – Nade mną pojawił się WhoIMan. – Czekaj, pomogę ci.

Zanim się obejrzałem, dał jej z liścia.

– Grzmotnąłem dwa razy – westchnął. – Ale bez fajerwerków.

Dziewczyna ocknęła się.

– Cholera… Zaskoczył mnie – wykrzywiła twarz z niezadowolenia. – Zrobił mnie jak dzieciaka.

– Nie martw się, każdemu może się zdarzyć. – Pocieszył ją Cobył, który zdążył właśnie wrócić.

– Jestem! – krzyknął młody Funny.

– Szybko się uwinąłeś. – Zdziwił się WhoIMan.

– To był pomysł na krótką akcję. Dobrze, że wypalił.

– Dzięki, chłopaki. – Drzemiąca dźwignęła się z pomocą BlackToya. – Następnym razem będę bardziej uważać.

– Czekaj, wezmę cię na barana. Nie dasz rady iść.

Zanim zdążyła odpowiedzieć, olbrzym wrzucił ją sobie na ramiona.

– Nieźle się spisałeś, Nowy – morda śmiała mu się od ucha do ucha.

– Ty jeszcze lepiej, BlackMłocie. – Skinąłem z szacunkiem. – A twój pomysł z płonącą żyrafą… Miazga, Cobył!

– Chciałem wprowadzić jakieś zasady – odpowiedział Stary skromnie. – Zasady są ważne.

– Nieźle ci wyszło! – zaśmiał się FunnytheMan. – Szli równiutko jak w transie. Cholera, sam polazłem za tobą na końcu! Ha, ha!

– Twoje pocztówki, Funny, szacunek. – Cobył klepnął młodego w ramię. – Przedni pomysł, ale bez bombek WhoIMana długo byśmy tak nie pociągnęli.

– Wybuchło tu i tam! Znakomita robota, panowie. – Mister Bombka objął mnie i młodego za szyję. – To była świetna walka!

– No dobra! – zawołała z góry Drzemiąca. – Jak już skończyliście z tą wazeliną, to sobie trochę pośpiewajmy!

Zanuciła dziewczyna melodię i całą powrotną drogę śpiewaliśmy wszyscy skoczne piosenki.

 

***

 

Po kilku tygodniach miałem wszystkiego serdecznie dość. Każdy kolejny dzień był trudniejszy i nie z powodu ciężkich walk, ale dręczącego mnie, cholera, sumienia. Zżyłem się z ekipą, a eMCep domagał się raportu. Unikałem kontaktu z Bazylem, jak tylko mogłem. Gdy się pojawiał, ja zaraz znikałem. Wiedziałem jednak, że to nie będzie trwać wiecznie. W końcu po kolejnej akcji, gdy wszyscy siedzieli w kantynie, nie wytrzymałem (zawsze byłem nadpobudliwy).

– eMCep zrobił ze mnie szpicla! – wyrzuciłem to w końcu z siebie. – Mam was szpiegować i donosić o każdym nieregulaminowym postępowaniu czy słowie. Dowiedziałem się, że nie czyta tekstów i wykorzystałem to, jako kartę przetargową. Tylko dlatego dostałem się do Loży. Ale ja nie potrafię donosić, więc pewnie za chwilę nie będziecie już musieli się ze mną męczyć.

– eMCep nam nie ufa? – Drzemiąca nie kryła zdziwienia. – To niemożliwe, przecież on jest jeden, niepowtarzalny i sam wszystko czyta, nikt nie robi tego za niego i nie odrzuca tekstów po odsiewie. Nie mógłby nam tego zrobić!

– Śmiała teza. A może nawet oszczerstwo?! – FunnyTheMan zerwał się i wymierzył we mnie palec. – To narzekanie na Cepnara robi się już nudne. Jak ktoś jest naprawdę dobry, to w końcu jakoś się przebije. I czego właściwie ma bać się eMCep? Ciebie? Nie wierzę!

Reszta milczała, trawili to, co powiedziałem. Bałem się, że mnie znienawidzą.

– Ech. Odkrywasz Amerykę, Darzenocy, ale to jest okey, ponieważ tę Amerykę trzeba odkrywać przed ludźmi wciąż na nowo – odezwała się Gaz, a ja poczułem przypływ nadziei. – Każdy szanujący się szef musi mieć swego uchola. Jak nie ty, to ktoś inny.

– Ty mu wierzysz, Gaz?! – Drzemiąca podniosła się z miejsca.

– Ja też wierzę Nowemu – to Cobył odezwał się cicho, gdzieś z końca kantyny. – Może to tępak, ale szczery.

– To jest nasz tępak! – ryknął BlackToy. – Loża składa się z dziewiątki i ta dziewiątka cholernie dobrze teraz wygląda!

Byłem Bykowi wdzięczny, w ogóle wszystkim, nawet tym, co mi nie wierzyli. Za szczerość.

– Proszę, proszę… Co my tu mamy? – W drzwiach kantyny stał eMCep. – Jakieś nieformalne spotkanie?

Zapadła głucha cisza. Każdy patrzył gdzieś pod nogi. eMCep wszedł władczym krokiem i stanął na środku kantyny.

– Chyba nie wierzycie temu głąbowi? – Wodził wzrokiem po ludziach, mnie nie uraczył spojrzeniem. – Czy zawiodłem was kiedyś? Dostajecie przecież piórka, czegóż chcieć więcej?!

– A propos piórek – wtrąciła się Fifka. – Jeśli chodzi o ciebie, nie dałeś żadnego od kilku miesięcy.

– Jestem zawalony robotą – Głównościemniający wykrzywił twarz w grymasie. – Poza tym, nie muszę się wam tłumaczyć!

– A my nie musimy cię słuchać – odparował WhoIMan.

– Coś ty powiedział?! – Rozsierdził się eMCep. – Lepiej nie podskakujcie! Bo nie zobaczycie nie tylko piórka, ale nawet dudka! A ciebie już nie ma, Darniecny!

– Jebać to.

– Co?!

– Jebać twoje piórka, powiedziałem. – BlackToy skrzyżował ręce na piersiach.

– Ciebie też już nie ma, kupo mięsa!

– Mnie też możesz wyrzucić. – Podniósł się FunnyTheMan. – Jeden przeciw wszystkim, wszyscy przeciw jednemu.

Ekipa z niedowierzaniem spojrzała na chłopaka.

– I ty, Brutusie? – Głos eMCepa zadrżał.

– Nie jestem jakimś cwelem w prześcieradle. – Funny walnął się w pierś. – Jestem FunnyTheMan!

– Albo tępak, to znaczy Darnocy zostaje, albo wylatujemy wszyscy. – Obok młodego stanął Cobył.

Po chwili podniosła się Drzemiąca, za nią Fifka i reszta. Stali hardo, wpatrzeni w Głównodowodzącego. W drzwiach kantyny pojawił się DiJet Jajnik. Ruszył, klekocząc, w naszą stronę.

– Wzywają cię na górę – powiedział do eMCepa.

Cep spojrzał na niego, później z powrotem na nas.

– Dobrze więc. – Poprawił ostrość obiektywu, zlustrował dokładnie każdego z nas. – Chcecie się męczyć z tym cymbałem, proszę bardzo! Tylko żeby żadne z was nie przychodziło później na skargę!

Odwrócił się i wyszedł, DiJet ruszył za nim. Drużyna westchnęła wyraźnie z ulgą, zaczęli klepać się po plecach i nie patrzyli już na weterana. Ten zatrzymał się po kilku krokach. Odwrócił się w moją stronę, a na jego twarzy zagościł przelotny uśmiech. Zasalutował niedbale. Odpowiedziałem mu tym samym. Znikł po chwili w drzwiach kantyny.

– Jesteście tego pewni? – Nie usłyszeli mnie. – Jesteście pewni swojej decyzji?!

Umilkli.

– Tak było trzeba – odezwała się Fifka.

– Jesteś jednym z nas! – dodał BlackToy i walnął mnie w plecy.

Wypuściłem głośno powietrze. Podchodzili kolejni, ściskali za ramię, uśmiechali się. Na końcu podszedł Cobył.

– Dzięki. – Ścisnąłem jego dłoń.

– Wiesz, Nowy. – Spojrzał na mnie poważnie. – Nie zrobiłem tego ze względu na ciebie.

– Tak, wiem. Zasady.

– Właśnie…

Rozsiedliśmy się z powrotem przy stołach. Ktoś skoczył do baru po kilka piw. Siedziałem i przyglądałem się drużynie. Ustawiłem gogle na najlepszą przejrzystość, ale po chwili zmatowiłem je z powrotem. Nie musiałem ich widzieć, żeby lubić. Owszem, były gdzieś tam drobne nieporozumienia, różnice zdań, ale ceniłem tych ludzi. Za uczciwość i autentyczność. Za czytanie i uwagi. Za codzienną walkę.

Pomyślałem, że to dobry czas na zawieranie pierwszych trwałych przyjaźni, odwróciłem się w stronę Gaz.

– Fajny ten kombinezon. – Pokiwałem głową z respektem. – To nie jest standardowy przydział. Szyty na zamówienie, czy kupiony w Zar-że?

– Ty, Nowy. – Kobieta rozejrzała się po sali, czy ktoś słucha naszej rozmowy. – Nie za dokładnie wyregulowałeś te gogle?!

– No, ba. Ma się to oko – kontynuowałem niezrażony. – Okulary też stajlowe, to zerówki?

– Kolego drogi, nie podoba mi się twoja gadka ani trochę. IMO infantylnie podciągasz pod nawijkę głupawy sraczkomedialny (tak nazywam gadki dla idiotów) i przekaz o tej sztuce. Ta sztuka była oszałamiająca i refleksyjna tak wisząc na wieszaku w Zar-że. Jak ją zobaczyłam, to z przejęcia drżały mi ręce. Takie żarty sorry, nie śmieszą mnie. Powiedz, że nie zrozumiałam wielkiego dowcipu, połechtaj mnie, bo jestem z tego dumna. Zresztą, nie musisz nic mówić, bo i tak do ciebie już nie zagadam. I nie zniechęcam się! Zapominam, jaki tutaj nick się kryje. O, już nie pamiętam! – Gaz zarzuciła włosami i odwróciła się w drugą stronę.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o budowanie pierwszych przyjaźni… Skwasiłem się. Nic, trzeba będzie poprawić dowcip.

– Słuchaj, Darnocy. – Fifka podeszła i usiadła obok mnie. – Hmmm, a ten twój nick, to z jakiegoś konkretnego powodu?

– Właśnie! – wtrąciła Drzemiąca. – Ja też jestem ciekawa…

Koniec

Komentarze

Po takiej zachęcie, jaka zaistniała w przedmowie, nie można było nie przeczytać! 

Nie zawiodłem się. Uczynienie z samego siebie głównej postaci było dobrym posunięciem. Nie marnowanie objętości na przedstawianie milijona mniej lub bardziej charakterystycznych użytkowników również. 

I w ogóle słodko było. Promilitarnie, podniośle, ba, patetycznie nawet. Zupełnie jak w propagandowych, wojennych filmach. Agent, stanąwszy do śmiertelnej walki ramię w ramię z inwigilowanymi nawraca sie, doświadczając akceptacji, przyjaźni, braterstwa, a na końcu wszyscy robią misia. Sama słodycz! I nie naigrywam się, bo to mi się podobało. Zwłaszcza, że była to słodycz doprawiona humorem. 

Właściwie to szkoda tylko, że co po niektóre pismoki, zwłaszcza potężne trolle, nie zostały potraktowane z nicka… 

P. S.

Kompletnie nie interesuje mnie, skąd wziął się pseudonim głównego bohatera ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Obserwowałem czujnie biomechaniczne ramię, lepiej chuchać na zimne.

Dmuchać na zimne.

 

Bardzo szybko zginęła nam z oczu.

Zniknęła.

 

Wyczuwam wątek propagandowy przed zbliżającymi się wyborami. XD

Sympatyczne opowiadanie. Osobiście wstrzymałbym się z takim suchym wymienianiem postaci, jakie zastosowałeś – albo przynajmniej poskąpiłbym detali ich wyglądu, które w większości były raczej nieistotnym dodatkiem. Jakiś krótki dialog pomiędzy i od razu fragment wyglądałby lżej.

Znowu Naz i Finkla występują w jednej scenie, coś musi być na rzeczy. :o I chociaż było zabawnie, to sorry, Darcon, ale bailoutowy tekst rozbawił mnie trochę bardziej. :p

Witam panowie, cieszy mnie Wasz pozytywny odbiór. Wiem MrB, że nasze poczucia humoru trochę się różnią ;) Jak suche, jakie suche! Suchy to były sam nick, nie nick :)

Jest dobrze, Darcon. Jest bardzo dobrze! <dźwięk solidnego klepnięcia w plecy>

 

Nie rozczarowałem się, a cały czas mam w pamięci poprzedni popis z cyberpunkowego konkursu, i za to Ci dziękuję. Przednia rozrywka :)

 

Co prawda nieco stonowałeś żart, ale dalej jest szybko i celnie. To, co najmocniejsze (poza doskonałą kreacją Black Toya – zdziwiłbyś się gdybyś zobaczył metr siedemdziesiąt pierwowzoru ;) ) to przełożenie faktycznych realiów i bolączek forumowiczów na opowiadanie w klimatach s-f. To nie podlega dyskusji i nie ma wątpliwości, że sceneria i wydarzenia to nasze forum, a nie jedynie zachowania i postaci wzorowane na forumowiczach, a osadzone gdzie bądź. Mam nadzieje, że konkursowe jury będzie o tym fakcie pamiętać :)

 

Jeszcze jedno. Obiecaj mi tylko, że tekstu nie usuniesz ;)

 

Pozdrawiam :)

Żart należało stonować, w końcu sporo pań to czyta (przynajmniej na to liczę) i tak, forum i forumowiczów troszkę już poznałem ;)

Gdzie tylko pojawiał się Lożownik, następował zamęt i panika, ale żołnierze szybką ją opanowywali. – jakaś fajna broń, ta szybka :) 

 

Zanuciła dziewczyna melodię i całą powrotną drogę śpiewaliśmy wszyscy skoczne piosenki.

Hahaha! Nie chciałbyś słuchać mojego śpiewu w rzeczywistości :) 

 

Uśmiałam się od pierwszych zdań, ubawiłam nieziemsko. I wzruszyłam niesamowicie, mój rycerzu z “Dobrym słowem” za pasem :) 

Pięknie wykorzystałeś portal i to, co się na nim działo/dzieje. Troll, krzyczący “Nieee znaaasz sieee!” – rewelacja :) 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Uwaga, znalazłem tajne przez poufne zdjęcie WholeMana!

Znalezione obrazy dla zapytania ivan weaponry

Nie podchodzić, gryzie! Kobiet jednak nie bije, to zwykłe oszczerstwa, Drzemiącej by w ten sposób nie potraktował! ;)

Aha i dwie katany na plecach to kiepski pomysł – cholernie trudno się wyciąga miecze z tej pozycji. Testowałem ze znajomymi Wikingami :)

Sam tekst przyjemny, takie pulp fiction, gdzie zawarłeś ostatnie wydarzenia portalowe z dodatkiem znanych tekstów wyszczególnionych użytkowników. Nie powiem – wiele z nich mi się spodobało w tej konwencji. Chyba najbardziej dialog z Dominatorką. No i kombinująca Fifka ;)

Podsumowując: przyjemny pokaz fajerwerków w wersji pulp. Taki akurat do obiadu (tak, czytałem ostrzeżenie). No i chyba znamy Twój głos, Darconie, w nadchodzących wyborach :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Śniąca, wiedziałem, że Ci się spodoba :) Niektórzy to się rozumieją w kilku słowach ;)

NoMan, wiem, że trudno :) Ale wiesz, to “Ostateczność” i “Kara”. Niestety, dowiedziałem się, że nie będę mógł głosować na siebie! ;)

Znalezione obrazy dla zapytania old soldier monument

Jako przedstawiciela Pismoków, urzekła mnie Twoja historia :D!

Skrzyżowanie czterech pancernych, Hansa Klossa, “Kill Billa” i “Żołnierzy kosmosu”. Mocne!

Nie wszystkie smaczki łapię, bo i nie wszystkie komentarze czytam, ale ogólnie pasuje. A to wyszukane , niespotykane powszechnie słownictwo i śmiałe zestawienia – “cwel w prześcieradle” np. ;).

I parę uwag:

– nie ma czegoś takiego jak “gruba figura” – raczej, hm… “opływowa” ;);

 – “od stóp po głowę” – niby poprawnie, ale właściwsze jest “od stóp do głów”;

– “Na torsie nosiła specjalny korpus” – coś tu chyba nie tak;

– “to na niej” – powinno być “to z niej”.

 

A teraz czekaj z drżeniem na boginię :).

rocktime.pl - zapraszam na moją audycję we wtorek o 19.

Dwie katany? Kupel z bractwa rycerskiego w kwestii walki dwoma mieczami kiedyś powiedział, że najlepiej, to rzucić jednym w przeciwnika.

Ale nie ma co katany kruszyć, bo to taka konwencja. :)

Początkowo musiałem zajrzeć do spisu loży, bo wstyd się przyznać, ale miałem trudności z rozszyfrowaniem nicków. :P

Fajna portalowa łupanka. :)

Sith Happens!

Coboldzie, oszczędny komentarz, wiadomo, jak to weteran… :)

Staruchu, kobieta opływowa jednak mi nie pasuje :) To na niej też wydaje mi się na miejscu, na platformie wylatywali do walki. Dzięki za komentarz :)

Zalth, fajnie, że zajrzałeś :)

Co do dwóch mieczy, Zalth, NoMan, polecam zobaczyć to (od 4:17):

“Dwa miecze w akcji!”

I nie mówicie, że nie wygląda widowiskowo :)

Hehe, “Troya”? Może i widowiskowe, ale przecie to Hollywood!

Mi te katany nie przeszkadzają, a tekst rzuciłem bo mi się przypomniał. Przecież nie będę czepiał się realizmu w tym opowiadaniu. C’mon!

Sith Happens!

Skoro już pojawiają się podobizny Parszywej Dziewiątki, Darconie, to sorki, ale nie mogłem się powstrzymać:

 

Warkocza brakuje, ale co tam. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ładnie, ładnie, tylko czy aby nie za młoda? ;)

E tam… Wygląd elementów biologicznych o niczym nie świadczy. Skoro można zamontować się w cielsku bojowego robopająka, to i wyglądać młodo też… 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

No, sympatyczny tekścik. :-) Taka naparzanka to nie całkiem w moim stylu, ale że o znajomych postaciach, to czytało się przyjemnie. Przyznam, że podobało mi się przedstawienie mojej postaci. Fifkę mogłabym polubić. Ładnie wykorzystałeś typowe powiedzonka.

Panowie, fajne zdjęcia wklejacie. Ale jeszcze nie ma wszystkich! ;-)

Babska logika rządzi!

Kurczę, a mnie niestety rozbawiło tylko trochę. Szkoda że wyjątkowość postaci w dużej mierze opiera się na rozbudowanym wyglądzie i broni a mniej na cechach charakterystycznych. Za to pismoki przypadli mi do gustu bardzo – może dlatego, że więcej jest o ich zachowaniu niż wyglądzie :P

 

"Punctuation is used to indicate delivery, not to conform to the rules of grammar". Sarah Kane

Doceniam pomysł i niezłe zrelacjonowanie sceny pogromu, ale obawiam się, że nie pojęłam sensu walki z Pismokami. Rozumiem zwalczanie trolli, ale Pismoki? Wszak z Pismoków wyłonili się wszyscy opisani Lożownicy – no, może znalazłyby się wyjątki. ;)

Nie można odmówić Ci wyobraźni, dzięki której postaci nabrały niezwykłych cech i wielkiej mocy. Dobrze jednak, że ich wypowiedzi świadczą, iż niezbyt się oddalili od rzeczywistości. ;)

 

Po­sma­ko­wać, jak sma­ku­je glo­riachwa­ła. –> Powtórzenie. Gloriachwała znaczą to samo.

Proponuję: Pokosztować, jak sma­ku­je glo­ria/ chwała/ uznanie.

 

a tylko kil­ko­ro wcho­dzi­ło tam, gdzie wła­śnie zmie­rza­łem. –> …a tylko kil­ko­ro wcho­dzi­ło tam, dokąd wła­śnie zmie­rza­łem.

 

od razu sta­ną­łem w po­zy­cji bo­jo­wej. Przede mną stał ma­lut­ki czło­wie­czek… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

ani jeden Pi­smok nie zbli­żył się do niego bli­żej niż na kilka me­trów. –> Powtórzenie.

Proponuję: …ani jeden Pi­smok nie podszedł do niego bliżej niż na kilka me­trów.

 

zawył ol­brzym i wal­nął pię­ścia­mi o zie­mię.

Ude­rze­nie było jak małe trzę­sie­nie ziemi… –> Powtórzenie.

 

Od razu po­chwy­ci­ło je kil­ka­dzie­siąt gadów, a po chwi­li do­łą­czy­li do nich ko­lej­ni. –> …a po chwi­li do­łą­czy­ły do nich ko­lej­ne.

 

Fun­ny­The­Man ze­rwał się i wy­mie­rzył we mnie pal­cem. –> Fun­ny­The­Man ze­rwał się i wy­mie­rzył we mnie pal­ec.

 

Ru­szył, kle­ko­cząc w naszą stro­nę. –> Umiał klekotać w określona stronę?

Proponuję: Ru­szył, kle­ko­cząc, w naszą stro­nę. Lub: Klekocząc, ruszył w naszą stronę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kurczę, Dogsdumpling ;) Wydawało mi się, że ująłem całkiem sporo cech charakterystycznych i właśnie wygląd każdej z postaci to także cechy charakterystyczne, nie jest on przecież przypadkowy.

Naparzanka musiała być Finklo, jeśli chodzi o użytkowników portalu, jak widzisz jestem monotematyczny :)

Droga Reg, błędów na szczęście jest niewiele :) I w komentarzu nie pojawiają się znane powiedzonka, znaczy się, opowiadanie i postacie względnie trafione ;)

 

Dobijam bibliotekę. Sympatyczna lektura, może tylko naparzanka trochę się przeciągnęła. Fajne użycie cytatów, podobało mi się :) Nie miałam problemu z rozpoznaniem nicków. No i samo odwzorowanie bohaterów ciekawe.

 

Uwagi:

To moje pierwsze spotkanie z Lożą „face to face”. – Po co angielski, skoro można to samo tymi samymi słowami po polsku?

 

– To najbardziej wyważony strój spośród tych, którymi się z nami podzieliłeś. Wyważony w sensie proporcji między materiałem, kolorem i (nie bójmy się tego słowa) szykiem – powiedział Cobył gdzieś zza moich pleców.

W dialogach raczej nie powinno używać się nawiasów.

 

– Ale wpiszesz mnie na listę, okey?

– Okey. – Bazyl zrobił kwaśną minę i zaczął się ulatniać. – Zadzwonimy do ciebie.

– Ale ja nie mam telefonu – zauważył BlackToy.

– Okey, okey – rzucił już z daleka mały Animek.

Nie ma takiego słowa :) Po polsku jest okej, po angielsku – okay. 

Okej, poprawiłem “okej” ;) Angielskie powiedzenie bardziej mi się podoba. Nawiasy zostawiłem ze względu na cytowane fragmenty, chciałem zachować jak najwięcej oryginału :)

Kusiło mnie, żeby Cię uwzględnić, młoda ;) To znaczy dyskusję gdzieś tam z pod mojego tekstu ;) Ale po jurkowaniu jakaś się poważna zrobiłaś i odpuściłem :)

W takim razie cieszę się, że miałeś wystarczająco dużo niepoważnego materiału, by mnie nie uwzględniać, bo dyskusji pod Odcieniami miłości nie wspominam dobrze :)

To znaczy dyskusję gdzieś tam z pod mojego tekstu ;)

Klik. 

Oj, zupełnie niepotrzebnie, krajanko… Ileś tam lat życia więcej przekłada się na większe inne doświadczenie życiowe. Pozdrawiam serdecznie.

Cytują mnie przed zdobyciem sławy… *_* Całe szczęście, że ledwie pamiętam, o co chodziło ;)

Wstająca republika podobała mi się trochę bardziej, ale tekst fajny, odważny. I jaka wpływowa Loża, aż strach.

Oh, wait… ]:->

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Ech… Ech! ;)

Batalistyczna ta Loża. Ogólnie dobrze się czytało i kilka razy uśmiechnęło. Niezłe.

Bardzo fajny pomysł. Z humorem i nawiązaniami. Nieźle napisane. Tekst jest batalistyczny, ale nie męczy tym. Ciekawe przedstawienie naszego portalu :)

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Blackburn, Pietrek, fajnie, że się podobało. Pozdrawiam :)

– Nie miałem innego wyjścia. Moja pozycja jest ostatnio trochę osłabiona[+.]gGrymas niezadowolenia wykrzywił mu twarz.

 

“– No, to mnie nie powalił[+.]tTwarz wykrzywił jej grymas dezaprobaty.”

 

“Na torsie nosiła…” – Jakoś dziwnie brzmi tors w odniesieniu do kobiety.

 

“Na pewno miał na plecach małe skrzydełka, które jeśli podciąć, gad padał na glebę bez życia.” – To zdanie jest moim zdaniem niegramatyczne.

 

“– Jesteś pewna? – Kobieta powątpiewała. – Cienko to wygląda.

– Jestem. – Czerwonowłosa uśmiechnęła się, pewna swego.”

 

“– Szybko się uwinąłeś[-.]Zzdziwił się WhoIMan.”

 

“– Nieźle się spisałeś, Nowy[+.]mMorda śmiała mu się od ucha do ucha.”

 

“– Twoje pocztówki[+,] Funny, szacunek.”

 

“I czego właśnie ma bać się eMCep?” – właśnie czy właściwie?

 

“– Ja też wierzę Nowemu[+.]tTo Cobył odezwał się cicho, gdzieś z końca kantyny.”

 

“– Jestem zawalony robotą[+.]gGłównościemniający wykrzywił twarz w grymasie.”

 

Widzę, że lubisz bohaterom “wykrzywiać twarze w grymasie”…

 

“– Coś ty powiedział?! – Rozsierdził się eMCep.” – w tej formie “rozsierdził” małą literą. Zdanie zaczynałoby się wielką, gdybyś zmienił szyk: eMCep się rozsierdził… To znaczy w tym wypadku małą, bo imię eMcepa zaczyna się od “e”, ale rozumiesz zasadę ; p

 

“Ma się te oko” – to oko

 

“głupawy sraczkomedialny (tak nazywam gadki dla idiotów) i przekaz o tej sztuce.” – co to jest sraczkomedialny i przekaz? ; )

 

 

Doceniam pomysł, fajna idea z tymi codziennymi walkami z Pismokami. Jest parę smaczków (osobliwie ostatnia przemowa Gaz mi przypadła do gustu XD). Ale zmęczyła mnie ta bojowa oprawa, prawdę mówiąc. No i nie ukrywam, że uczynienie samego siebie głównym bohaterem/narratorem wydaje mi się… takim tanim zagraniem ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Hej, Jose. Część błędów poprawiłem, resztę dialogów muszę jeszcze sprawdzić, wydają mi się czynnościami “gębowymi”, czyli z małej litery.

Co do sracza i przekazu to trzeba pytać Gaz, znaczy Naz, to jej słowa :) Ale ja, jako bohater, tanim chwytem? Znaczy wybielam się czy coś? Bo nie bardzo kumam :) Dobrze, że doceniasz parę rzeczy :)

Pozdrawiam.

Bardzo fajnie wykorzystałeś smaczki i cytaty z pierwowzorów postaci :o) Szczególnie spodobały mi się akcje z płonącą żyrafą i pocztówkami – to pamiętam najlepiej, a przeczytałam tekst kilka dni temu. 

Płynna narracja, z werwą i polotem. I pomysł fajny. Podobało mi się, pomimo, że wyleciałam z tej Loży :P

To jest, jak wspomniałem, fikcja literacka Werwenko. Tak naprawdę nie mam jeszcze ustalonego pełnego składu Loży do głosowania. Miło, że się podobało :)

Fajny konkurs, aż chciałoby się więcej opowiadań, bo to kolejne, przy którym się pośmiałem. 

Było sporo trafnych spostrzeżeń odnośnie portalu, jedne bardziej błyskotliwe, inne mniej. Chyba z dotychczasowych opowiadań Twoje jest najbardziej zakorzenione w obecnej sytuacji na stronie.

 Najbardziej rozbawił mnie Blacktom pytający o plakietkę. Mocno pośmiałem się też ze swojego alter ego. Cytaty portalowiczów – miodzio, choć absurdalnie wsadzone. Cytat Naz na koniec potwierdza, że najlepsze teksty pisze samo życie.

Akurat to, że umieściłeś siebie w roli narratora, postrzegam za plus. Widać dystans i autoironię; nie sądzę, jak Jose, że to tanie zagranie. Myślę, że to sztuka napisać o sobie tak, żeby to był najbardziej wyważony strój, spośród tych, którymi się z nami podzieliłeś. Wyważony w sensie… ;)

Trafiło się parę warsztatowych byków, ale czytałem na telefonie. Oprócz klasycznych niewidzialnych przecinków, w którymś akapicie dziwnie pomieszałeś czas przeszły z teraźniejszym. O, nawet znalazłem:

Gdy schodziłem na płytę desantową, denerwowałem się trochę. To moje pierwsze spotkanie z Lożą „face to face”. Nie wiem, czego mogłem się spodziewać. To była elita, najlepsi z najlepszych. Mnie, żuczkowi, może być między nimi ciężko. Zaraz po wejściu poczułem silny podmuch wiatru. Hangar od strony wlotowej był całkowicie otwarty, a powietrze na tej wysokości było znacznie chłodniejsze, niż na dole. Na zewnątrz, przez strefę podejścia leniwie przelatywały chmury.

Ale ogólnie to dobra robota. Będę miał zagwozdkę przy głosowaniu. 

Liczyłem, że będziesz miał dystans do swojej postaci. :)

Akapit jeszcze sprawdzę.

Świetny pomysł :)

Bardzo podobały mi się sprawnie wkomponowane powiedzonka Lożowników i elementy portalowego życia – żyrafy, pocztówki, piórkowe sprawy… Żałuję trochę, że nie dodałeś więcej takich smaczków, bo niezwykle zgrabnie Ci to wyszło. Sceny walki opisane fajnie, tylko sama siekanka odrobineczkę za długa, ale może marudzę, bo jestem niewiastą i wolę kwiatki i jednorożce :P

No i te Pismoki – ha, ha :) W punkt, Darconie, w punkt!

Z kwestii technicznych – gdzieś tam z przecinkami coś było nie halo, rzuciły mi się też w oczy powtórzenia, szczególnie słowa “być” i “mieć”, ale zasadniczo nie mam większych zastrzeżeń :)

Osadzenie siebie w roli narratora, podobnie jak funowi, przypadło mi do gustu, bo nie czułam tutaj żadnego samozadęcia ani pójścia na łatwiznę.

Bardzo dobra robota, mocny konkursowy tekst!

 

Tak, Pismoki wpadły do głowy znienacka i tak już zostało :) Cieszy, że się podobało. Przyznam się Iluzjo, że dawno czytałem (w części) Twój tekst, ale ja zupełnie nie znam się na poezji :(

Ja też się nie znam :D

Poproszę o wizualizację biomech jajka weterana :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

W archiwach coś się uchowało. ;)

 

 

Głowa jajka i będzie jak złoto!

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Jeśli chodzi o bohaterów – najbardziej podobał mi się powyższy dj Jajko (spójrz, aż zapłonął z dumy na awatarze powyżej). Ciekawy pomysł na uczynienie z mc czarnego charakteru. Z lożą wyszło trochę gorzej, bo jest tu postaci sporo. Oparcie ich kreacji na cechach fizycznych podobało mi się średnio, ale na szczęście w dialogach są dobre momenty (szczególnie Reg błyszczy, Finkla też czasami). Fabuła za to to jakieś wyższe poziomy absurdu, choć wątek Twojej przemiany chwyta za serce.

Dziękuję Zygfrydzie, chociaż Ty jeden się wzruszyłeś…

:)

Dj-u, to jest głowa po przejściach, choć wiem, że gładkiej byś chciał. :)

Tekst jakoś przeszedł obok mnie, ale nadrobiłem i muszę przyznać, że bawiłem się przednio. Opowiadanie chwyta od pierwszych akapitów, akcja jest żywa a postacie wyraziste. Warsztatowo poprawnie, choć w kilku miejscach przyuważyłem nieprawidłowy zapis dialogów i jakiś tam brak przecinka przed wołaczem.

Na minus z pewnością muszę zaliczyć: monotonię. Tempo tego tekstu, i jego akcja, są tak jednostajne, że momentami trochę nużą. Paradoksalnie, przeczytałem szybko i sprawnie, co zadaje kłam tym słowom, ale przy analizie na to Countowi wyszło.

Narracja z własnej perspektywy udana – dzięki wiarygodności zyskałeś na immersji, aż pożałowałem, że zrezygnowałeś z głosowania do loży (mógłbyś namieszać i byłoby ciekawiej ;P). Trochę szkoda, że nie zawarłeś większej ilości użytkowników (naturalnie Counta, co będę udawał, że mnie to nie obchodzi ;)), ale również innych, aktywnych. Mogłeś kogoś umieścić po stronie Pismoków, też byłoby zabawnie :)

Doceniam również nawiązania do aktualnych wydarzeń/afer/dyskusji na portalu – to cenne i rzeczywiście sprawia, że Twoje opowiadanie dotyczy Fantastów 2017, a nie ogólnie: fantastyka.pl.

Reasumując – udane opowiadanie, przy którym spędziłem kilka przyjemnych chwil. W pamięci raczej na długo nie zostanie, ale zabawa przednia. Dzięki.

 

Tyle ode mnie. Na koniec jedna uwaga:

Trafiali się też bardziej doświadczeni przeciwnicy, pseudo elokwentni, często używali słów, których nie rozumieli.

Według TEJ zasady, łącznie. Warto wiedzieć na przyszłość :)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Hej, Count.

Tak, to miała być “szybka akcja”, szczerze mówiąc nie rozważałem zmiany tempa, a może trzeba było. Poszukam jeszcze tych wołaczy. Co do większej ilości uczestników to bałem się limitu znaków, który sobie ustaliłem. Wiesz, jak się przekracza 40k, to grono czytelników maleje z każdą dziesiątką. Co do Pismoków, to nie odważyłbym się nikogo postawić po tamtej stronie. :) Każdy żart ma granicę i mógłbym już nie być taki śmieszny, stawiając kogoś po “gorszej” stronie. ;) Pseudo poprawiłem, chociaż sam nie byłem pewny.

Fajnie, że wpadłeś.

 

Hej, hej :)

Ja uważam, że byłoby ciekawie, gdyby każdy pisał teksty na ten konkurs czyniąc narratorem i bohaterem (acz niekoniecznie głównym) samego siebie. Bardzo bojowy tekst. Wyszło nawet, nawet. Szczególnie podobały mi się odniesienia do portalu (pocztówki, plakietka, cytaty). Acz jeśli już musiałeś przekręcać nicki (prawdę mówiąc nie wiem, dlaczego tak wielu uczestników tak chętnie to robi), to naprawdę musiałeś robić ze mnie Bazyla? Traf chciał, że mieliśmy tutaj takiego trolla :)

Oczywiście, że tak. Bazyl był oczywisty. Jeśli śmiać się (szyderczo, choć z przymrużeniem oka), to ze wszystkich. :) A z trollem, cóż, dzięki tej wiedzy, myślę, że nick brzmi teraz jeszcze lepiej. :)

Rozpocząłbym opka dialogiem, najlepiej między jakimiś obrońcami (wolności wypowiedzi, wyświechtanych haseł nowego kółka wzajemnych wielbicieli, albo odrzuconych i już niekochanych – bany) a ważnymi osobami, z którymi trzeba się liczyć …w którym można zawrzeć garść informacji do posmakowania ulubionego ciągu dalszego. Np.: dokonania przewrotu, albo wręcz rewolucji. 

Niestety wstęp jest przegadany, niespójny. Trzeba na początku dokonać wyboru, albo wojskowi, albo korporacja. Satyrycznie jak najbardziej, ale rys charakterystyczny dla wybranej formacji musi zostać zachowany. 

 

Przykład, tak na kolanie:

Dzisiaj jest wielki dzień Nowej Fantastyki! Baczność panienki, o 8.00 rozpoczynamy Dzień Rekruta! Kapelan Beryl wygłosi kazanie o tym, jak wolny świat podbije grafomaństwo z pomocą Boga i kilku trollis! Bóg lubi trollis, bo zabijamy wszystko, co staje na naszej drodze! On gra w swoje gry, a my gramy w nasze! Aby wyrazić nasz szacunek dla takiej potęgi Loży czujemy się w obowiązku zapełniać niebo świeżymi rekrutami! Nowa fantastyka była tutaj, zanim przyszli trollis! Możecie zatem oddać swe serce Loży, ale wasza dupa należy do redakcji Nowej Fantastyki! Rozumiecie, dziewczynki?

To mógłby być niezły kontekst opowiadania: budowania oddziałów trolli NF, którzy chronią starego porządku rzeczy. Władza nigdy nie bierze udziału w walkach liniowych. Od tego mają stado baranów, którymi manipulują propagandą, strachem albo marchewką. Dlatego warto było zasygnalizować szarże, albo stanowiska, które dają wymierne korzyści. Wplótłbym jakiś wątek skandalu obyczajowego, molestowania+mobbying, kobiety są wdzięcznymi bohaterkami tego typu insynuacji. Np.: Kobiety Deprawatorzy, którzy preferują młodych chłopców, w celu łechtania i całowania…(fetyszyzm) prawej stopy ( niby że są prawe i sprawiedliwe) itd. 

Satyra sama w sobie jest pojemnym i skutecznym narzędziem do walki z władzą, ale musi być przerysowana i niejednoznaczna, bo zainteresowanie odbiorcy stanie pod znakiem zapytania, ze względu niską atrakcyjność oraz ewentualną przynależność do jednej ze stron konfliktu. 

 

edit: literówki

 

 

 

S.Lem: „Nikt nic nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina”.

Dialog na początek to ciekawy pomysł, kiedyś się do tego przymierzę. Zgadzam się też z ostatnim akapitem, choć satyra niejednoznaczna to cienka linia, mógłbym przeszarżować. Dlatego też nie wchodził w grę żaden skandal obyczajowy. Tutaj tylko pozornie można żartować o wszystkich i o wszystkim. Co zaś się tyczy pomysłu na Lożę, pozostaję przy swoim. Nie opisuję jej w tym opku jako władzy, ale “najlepszych z najlepszych”. Coś jak drużyna Arnolda w Predatorze. :)

Dobrze, że wpadłeś.

Spoko, ale z pisania się nie utrzymasz, tylko hobby, dla zabicia czasu, czy w celach terapeutycznych. Jedyna słuszna droga dzisiaj jest związana rynkiem rozrywki elektronicznej, dla pisarzy jest furtka w postaci pisania scenariuszy, albo tworzenia tła fabularnego dla mikropłatności. Digitalizacja twórczości sprzyja monetyzacji usług. Nie ma innej drogi. 

S.Lem: „Nikt nic nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina”.

Tak, jako hobby, fajnie byłoby wydać kiedyś książkę, chociażby jedną. Scenariusze też badam, tylko że filmowe, a tu kręci się właściwie “swoje” pomysły, przynajmniej w Polsce.

Tak naprawdę różnica w wydaniu książki przez klasyczne wydawnictwo a selfpublishing wynika tylko z możliwości dystrybucyjnych. Najważniejszy jest właściwy marketing, samo ułożenie na półce w empiku czy matrasie nie zapewni sukcesu. Dlatego debiutantów zachęcam do połączenia sił i wydanie antologii za własne pieniądze. Dobry redaktor + relacje na rynku portali i może się udać. Nie zapominajmy też o samych utworach, nie mogą być od sasa do lasa, nie wspominając o warsztacie literackim. Sądzę, że 5-6 osób o przyzwoitych umiejętnościach jest w stanie stworzyć całkiem sensowny zbiorek opowiadań. Mogą wzajemnie się wspierać, dokonując weryfikacji, poprawek. Na rynku jest sporo wartościowych i chętnych osób do pomocy, którzy zawodowo zajmują się korektą, redagowaniem tekstów. Do tego można dołączyć grafików, ilustratorów. Im więcej zaangażowanych osób, tym większe szanse na realizację projektu, bo prace można rozsądnie podzielić. Po składaniu wszystkiego w jedną całość, warto zastanowić się nad bezpłatną reklamą, czyli nie tylko portale tematyczne, ale ogólnopolskie. Takie inicjatywy są chętnie opisywane, jako wspólne przedsięwzięcia ludzi pozytywnie zakręconych. Proponować książkę, jako nagrodę w konkursach i poszukać sponsorów medialnych.

Na koniec dystrybucja, klasycznie to bagno, bo dystrybutorzy nie dość, że zjadają praktycznie cały zysk, to jeszcze nie płacą w terminie, i mają w głębokim nosie promocję pozycji, nawet jak zapłacisz za dodatkową ekspozycję. 

Lepszym i bezpieczniejszym rozwiązaniem jest produkcja w modelu print on demand. Jest zamówienie, przedpłata (jak na allegro) drukujemy i wysyłamy. Koszt całego przedsięwzięcia, przy nakładzie 5-10k egzemplarzy powinien zamknąć sie w kwocie 10-12 zł/ szt. A co najważniejsze, inwestycja jest realizowana etapowo, głównie ze sposobu dystrybucji i nie obciąża tak portfela. 

Albo skorzystać zpropozycji, jakie daje współpraca z Amazon. Niestety barierą wejścia na szersze wody jest język angielski. Jest subtelna różnica między polskim gettem a rynkiem anglosaskim. Może zastanów się nad współpraca z tłumaczami, sporo studentów anglistyki szuka zajęcia i nie są tak pioruńsko drodzy jak zawodowi tłumacze. Ryzyko zawsze jest w jakości tłumaczenia, wtedy koniecznie jest znalezienie kogoś (native speakera) jako weryfikatora tekstu. 

Jak widać samodzielność jest niezwykle pracochłonna, ale zdanie się na łaskę wydawnictwa ma jeszcze inny mroczny aspekt: umowę licencyjną, którą debiutanci podpisują prawie w ciemno, a potem płaczą, że zaprzedali duszę diabłu :))

S.Lem: „Nikt nic nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina”.

Walnąłeś niezły pomysł ze zbiorową antologią. Na pewno do rozważenia. Jeśli chodzi o publikacje, myślałem raczej o e-bookowo. Mają kilka możliwości wydawniczych, można dopasować do swoich możliwości i chęci. Wspólna antologia mówisz… Dobry pomysł, dobry.

Tylko mała sugestia, jak się już dogadacie, to zawrzyjcie umowę, która reguluje nie tylko kwestie stricte finansowe (koszty, zyski) , ale także prawa autorskie, wycofanie się z projektu, zakres prac itd. Unikniecie awantur, ludzie są bardzo drażliwi post factum. 

Projekt radziłbym też trzymać w tajemnicy, dopóki nie będzie wszystko dopięte. Raczej ogłoszenie o naborze autorów jest niewskazane, z powodu ego, co łatwo było zauważyć po emocjonalnych zachowaniach pod moimi wpisami. 

edit: ktoś też musi ponieść odpowiedzialność za dobór tekstów. Absolutnie odradzam jakieś demokratyczne wybory utworów. Kompletna porażka. Lepiej się zdać na osobę spoza “układu”. 

S.Lem: „Nikt nic nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina”.

O tak, bo w Polsce antologie opowiadań debiutantów schodzą szybciej niż karp na promocji w Lidlu ;) Jakim cudem nikt na to jeszcze nie wpadł? Naprawdę doskonały pomysł, Chołoto, co my byśmy bez ciebie zrobili :)

Proszę bez wycieczek osobistych. 

S.Lem: „Nikt nic nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina”.

A ja zadam dość dziwne pytanie, ale w dobie Internetu chyba na miejscu – po co właściwie “wydawać” papierowo, skoro obecnie można zrobić samemu e-booka i rozesłać go po znajomych, albo umieścić plik do ściągnięcia za darmo przez sieć?

Skoro koszty wydania, promocji, dystrybucji wersji papierowej są na tyle wysokie, by – patrząc realistycznie – nie istniała racjonalna perspektywa zysku, to czy nie lepiej zwyczajnie odpuścić? Co to zmienia, że ktoś coś “wydrukuje”? Można wydrukować samemu i rozdawać na rynku. Tyle że to koszty.

A jak ktoś lubi wersję papierową? Drukarka jest praktycznie w każdym domu…

Kluczem jest marketing, reszta to szczegóły

S.Lem: „Nikt nic nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina”.

Odrobina sarkazmu tu i ówdzie jak widzę :) jaka tam wycieczka osobista!

I wszyscy znają się na procesie wydawniczym (też dołożę swoją cegiełkę sarkazmu). Bo akurat dj się zna :)

I tak – antologie generalnie, nie tylko debiutantów, sprzedają się słabiej.

 

Bez nieprawdopodobnego zaangażowania się osobistego, ogromnego czasu pracy na stworzenie, wyprodukowanie i wypromowanie własnego produktu, jakim jest książka wyjdzie z tego jeden wielki bzimp. Pracujesz na etacie? Oj, czasu może zabraknąć…

 

 

Tak naprawdę różnica w wydaniu książki przez klasyczne wydawnictwo a selfpublishing wynika tylko z możliwości dystrybucyjnych. Najważniejszy jest właściwy marketing, samo ułożenie na półce w empiku czy matrasie nie zapewni sukcesu.

Oj, unikałbym tutaj takiego płynnego przejścia z drukowania książek za pieniądze ludzi, wierzących w “wydawanie książek” do możliwości dystrybucyjnych, bo mieszamy systemy walutowe, delikatnie mówiąc.

Drukarnie selfpubowe zarabiają na drukowaniu i nie zajmują się promowaniem książek, bo to, co robią, nie jest promowaniem książek.

Promowaniem i wydawaniem książek zajmują się wydawnictwa, za własne pieniądze.

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

@dj Jajko

Nic nowego, ani odkrywczego, kto i na czym zarabia. Pisałem o tym wcześniej. Wiedzy na temat książek, ich dystrybucji nie zdobyłem z postów Dj Jajko :)).

 

@silver_advent

Oczywiście. Dla debiutantów jest jedną z najłatwiejszych dróg publikacji dla szerszego kręgu odbiorców. 

 

S.Lem: „Nikt nic nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina”.

Pomysł na zbiorową antologię nie jest niczym nowym. Kilka osób z portalu publikowało w czymś takim, były też chyba pomysły na zebranie opowiadań i opublikowanie ich jakoś razem. Żadna z tych rzeczy nie odniosła spektakularnego sukcesu. A niektóre nawet nie doszły do skutku. 

Zresztą idea “zbiorowej antologii” to ta sama idea, dla której powstają nowe czasopisma i e-ziny. Wystarczy spojrzeć na ich popularność, by się przekonać, że Polacy są dość oporni na polskie nowości, w tym debiutantów. 

Podziały etniczne nie znajdują uzasadnienia. Polacy to i tamto…Podobna refleksja dotyczy tezy o sukcesach antologii debiutanckich. Aktualnie nie mam dostępu do rzetelnych statystyk, ale czy przypadkiem nie jest też tak, że znani autorzy borykają się z tymi samymi problemami? Czy wszystkie książki jakie ukazują się na rynku polskim odnoszą spektakularne sukcesy? Czy Sapkowski odniósł jakikolwiek sukces poza wiedźmińską sagą? Geralt z Rivii jest takim współczesnym Hansem Klossem, którego autor związał się na wieczność z pisaniem scenariuszy dla aktora jednej roli. Ciekawe czy poczytamy o przygodach Wiedźmina na Czarnym Lądzie, albo w kosmosie? :))

Ale dość złośliwości, według raportu PwC w Polsce w najbliższych latach dobrze będą się sprzedawać książki dla profesjonalistów, zwłaszcza w wersji elektronicznej. Przyniosą wydawcom w 2020 r. o ponad 60 proc. więcej przychodów niż w roku bieżącym. Analitycy szacują, że między tym i 2020 rokiem cały rynek książki w Polsce skurczy się o 8–10 proc. 

Najszybciej będzie oczywiście rósł w tym czasie rynek książek elektronicznych. Wydatki na takie publikacje zwiększą się do 2020 r. aż o 72 proc. i sięgną 88 mln dol. (tylko 13 proc. wszystkich przychodów wydawniczej branży ze sprzedaży książek). 

Globalnie dużym rozczarowaniem okazały się natomiast, przynajmniej na razie, serwisy subskrypcyjne dla czytelników książek. Pod koniec 2015 r. z amerykańskiego rynku zniknął jeden z takich serwisów – Oyster, który działał na zasadzie Spotify czy Netfliksa – za stałą miesięczną opłatę oferował czytelnikom dostęp do ogromnego zasobu e-booków. W Stanach Zjednoczonych wciąż działają w tym modelu wprawdzie takie platformy jak Kindle Unlimited Amazona czy Scribd, ale pomimo przystępnej ceny (mniej niż 10 dol. miesięcznie) będą one miały słabą rynkową pozycję, dopóki wydawcy nie zaczną na nich w końcu udostępniać aktualnych bestsellerów. 

Jednak internetowa sprzedaż książek jest jednym z niewielu kanałów dystrybucyjnych książki drukowanej, który odnotował stały wzrost wartości w ostatnich latach. Księgarnie internetowe oferują nie tylko nowe tytuły, ale także tytuły nie będące już w ofercie księgarskiej. Sprzedaż publikacji elektronicznych nadal podlega 23-procentowemu opodatkowaniu, pomimo deklaracji ze strony rządu o obniżeniu stawki do 5 proc, jak w przypadku publikacji drukowanych. Oprócz wydawców, którzy odpowiadają za rozwój wolumenu dostępnej na rynku oferty cyfrowej, największy ciężar operacyjny za budowę rynku, w tym przede wszystkim poprzez edukację w zakresie e-czytelnictwa i promocję książek cyfrowych, spada na platformy wyspecjalizowane w sprzedaży e-książek. 

Warto zaznaczyć, że konkurencja między dystrybutorami w najmniejszym stopniu dotyczy obecnie cen e-książek. Znacznie większe znaczenie, zwłaszcza z punktu widzenia klientów, ma szerokość i atrakcyjność oferty, jej dostępność, serwis oferowany przez sklep, w tym dostępne systemy płatności. Narzędzia marketingowe wykorzystywane do kreacji sprzedaży mają na celu zwiększyć zasięg sieci dystrybucyjnej. Przedmiotem konkurencji są też koszty obsługi sprzedaży, czyli marże dystrybutorów.

Spróbujmy zidentyfikować negatywne zjawiska. Jak łatwo zauważyć punkt ciężkości przenosi się nieubłagalnie w stronę internetowego kanału sprzedaży. Tradycyjne księgarnie pomału znikają z runku. Podobnie z typowymi usługami dystrybucyjnymi. Powszechny dostęp do globalnej informacji skraca się łańcuch zależności. Stąd tak wielki boom wydawnictw epub, oferujących konkurencyjny (również tańszy) i profesjonalny zakres usług, w tym selfpub.

Trudno nie pokusić się o prostą diagnozę. Rynek wydawniczy próbuje reagować na zmieniające się otocznie w sobie tylko znany sposób, podlegający utartym schematom. Błędna droga, która prowadzi donikąd. Nie można przenieść całego procesu wydawniczego bez zmiany dogmatów. Dlaczego sprzedaż książek jest utożsamiana ze spadkiem czytelnictwa? Czym jest w ogóle czytelnictwo? Jest to proces społeczny, polegający na zaspokojeniu estetycznych, intelektualnych, naukowych, informacyjnych i rozrywkowych potrzeb ludzi, poprzez przyswajanie przekazywanego pisemnie dorobku ludzkich myśli, uczuć czy wiedzy. 

Jaka jest różnica pomiędzy drukiem papierowym a treścią elektroniczną, także multimedialną w powyższym kontekście? Żadna. Zmienił się tylko nośnik. Beletrystykę papierową w dużej mierze zastąpiły gry komputerowe, które ewoluowały w kierunku rozrywki interaktywnej. Wniosek nasuwa się sam: „czytamy” nawet więcej, niż kiedyś, bo oprócz „beletrystyki elektronicznej” pochłaniamy masę danych z Internetu, zamiast wertować książki specjalistyczne, albo nawet podręczniki. Zatem jak należy rozpatrywać wydanie książki, antologii młodych i nieznanych autorów? 

Nie wiem, czy jest zainteresowanie prowadzeniem dyskusji, bo ilość wpisów jest zatrważająco niska z powodu strachu przed wykluczeniem z grona starych bywalców, którzy „rzondzom jak chcom” . 

 

S.Lem: „Nikt nic nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina”.

Nie wiem, czy jest zainteresowanie prowadzeniem dyskusji, bo ilość wpisów jest zatrważająco niska z powodu strachu przed wykluczeniem z grona starych bywalców, którzy „rzondzom jak chcom”.

– Zainteresowanie jest, tylko temat publikacji był wałkowany już klika razy. Jest nawet aktualizowany przez jednego z użytkowników wątek “gdzie publikować”. Zamiast mnożyć offtopy w różnych miejscach i narzekać na brak zainteresowania proszę przejrzeć Hyde Park, Chołoto.

Sith Happens!

Oho, czyli pochłanianie nagłówków na fejsie w tempie poniżej 2 sekund na leada – z którego oczywiście wyciągamy wnioski, bez zagłębiania się w treść, to zrównujemy z czytaniem.

Świetnie :)

Przeczytam uwaznie później i sobie podyskutuję – nie bojem się wykluczenia!

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Dyskutujcie do woli, bo temat ciekawy. Fun, nadal uważam, że wspólna antologia (debiutantów) to dobry pomysł, ale marketing jest ważny, w każdej postaci, nie tylko ten przez duże “M”.

Darconie, ale kto by to kupił? Jeśli ktoś jest zainteresowany debiutantami, to może sięgnąć po czasopisma i e-ziny, często darmowe. Poza tym antologie różnych autorów mają to do siebie, że są często nierówne: jedne opowiadania znacznie lepsze od innych. Dotyczy to nawet zbiorów pełnych “znanych nazwisk”. 

Wielu, Funie. Czasopism nie kupuję żadnych, e-ziny jeszcze kilka tygodni temu nie wiedziałem, że istnieją. Książek papierowych mam kilka półek. Dobra okładka, ciekawy marketing, fajne czarno białe ilustracje w środku itp. Dobrze “wymasowany” produkt klient kupi, tak jak kupuje oczyma wiele innych rzeczy, a wiadomo, że jak już kupi, to będzie zadowolony jeśli chodzi o treść, prawda? ;)

Wątpię, że wielu kupi. Ale nie mam żadnych dowodów, nie wiem, jaki był nakład takich antologii (np. “Na nocnej zmianie”), jaka sprzedaż, jaki marketing, nie znam badań rynku itd. Po prostu gdyby nie portal, nie dowiedziałbym się o takich inicjatywach. A nawet jakbym się dowiedział, to wątpię, że bym kupił. Z prostego powodu: czeka na mnie dużo sprawdzonych książek (przez innych) i sprawdzonych autorów (przeze mnie).

Zobaczymy, jak pójdzie wiedźmińskim “Szponom i kłom”. 

Zobaczymy, dj właśnie trzyma egzemplarz :)

Choć akurat tutaj to specyficzny produkt – hasło “wiedźmin” jest własną marką i ciekawe, czy pójdzie, jak wiedźmakom przystało.

Ale nakładu nie znam.

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Nim polecicie offtopem po bandzie zapytam:

*Ile antologii debiutantów zostało wydanych w Polsce w ostatnich latach?

**Które wydane antologie sprzedały się najlepiej? ( nie debiutantów)

 

edit: wszystkie zamieszczane teksty objęte są CC, wyrażam zgodę na bezpłatne kopiowanie i rozpowszechnianie pod warunkiem podania źródła: Chołota z portalu NFcheeky

 

 

 

 

 

S.Lem: „Nikt nic nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina”.

szlachetny Beryl już się czai…

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

 

edit: pisarz – zawód luksusowy

 

“Płytki rynek oznacza szybsze wyczerpywanie się potencjału nowości. Jeśli książka „nie siądzie” na rynku w ciągu trzech miesięcy od premiery, istnieje bardzo małe prawdopodobieństwo, że dobrze się sprzeda”

 

“Na razie autorzy dostali w Polsce dodatkowe, choć raczej symboliczne źródło honorariów w postaci opłat za tzw. wypożyczenia biblioteczne. “

 

”Na samodzielne drukowanie swoich książek, bez pośrednictwa wydawcy, decydują się dziś jedynie blogerzy, którzy wcześniej zbudowali ogromny zasięg swoich blogów i sami są w stanie swoje książki – głównie poradniki – błyskawicznie wypromować i dystrybuować bezpośrednio wśród fanów. To właśnie doświadczenie w dystrybucji i promocji uzależnia najbardziej autorów od wydawców. ”

 

“dobrzy autorzy, również debiutanci, którzy rozumieją potrzeby czytelników, są na wagę złota. Niska rentowność w biznesie powoduje, że 15 procent ceny detalicznej to maksymalna kwota, którą wydawcy są w stanie zapłacić autorowi."

 

EDIT2: dlaczego piszemy coraz głupsze opowiadania?

 

edit3: czy tak wygląda rynek wydawniczy w Polsce? 

 

 

 

 

S.Lem: „Nikt nic nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina”.

Nowa Fantastyka