- Opowiadanie: Rivijczyk98 - Edan

Edan

Ludzie uciekają z zagrożonej wybuchem Słońca - Ziemi. Na jedną z takich “samobójczych” misji dostają się ojciec z synem.
Opowiadanie jest połączeniem fantastyki naukowej z fantasy.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Edan

Wpadam do domu zdyszany. To cud, że udaje mi się wrócić przed dziewiątą, jeszcze chwila i mógłbym skończyć, co najmniej, z oparzeniami drugiego stopnia. Słońce wygląda dziś na wyjątkowo duże, niedługo zacznie topić ostatnie zabezpieczenia. Od trzydziestu ośmiu lat, zaczynając miesiąc po wybuchu jednej z bliższych gwiazd, codziennie staje się znacząco większe i, według mnie, zostało nam około dwóch tygodni życia na Ziemi. Później ci, którym nie uda się uciec, prawdopodobnie zostaną spaleni żywcem. Co prawda od paru lat wysyła się ludzi na samobójcze misje, według projektów szaleńca, żyjącego kilkaset lat temu. Obie opcje są dla mnie równie beznadziejne.

Rzucam płaszcz przeciwsłoneczny na wieszak i przechodzę dalej, do zaciemnionego mieszkania.

– Wróciłeś cały? – pyta się A’va Młodszy.

Zawsze się tak wita, gdy przychodzę z pracy. Ma tak odkąd matka weszła po raz ostatni do domu i nie wypowiedziała słowa.

– Cały, ale było blisko. Osiemdziesiąt stopni, nawet z klimą i w cieniu to nie przelewki. – Siadam przy stole i nalewam nam obu wody. Przeklinam pod nosem brak lodu, ale po wypiciu paru łyków, błogosławię to co mam. Patrzę na Młodszego. – Co robiłeś nocą?

– Nic – odpowiada krótko i wypija łyk wody. – Leżałem i słuchałem muzyki.

Widzę jak spuszcza głowę i stara się ukryć grymas na twarzy. Wiem, że siedział i myślał o matce, ostatnio ciągle to robi, ale się nie przyzna. Trudno mu będzie zrozumieć, że nic nie może przywrócić jej życia. Wyszła o dwie minuty za późno z pracy, słońce zaatakowało dokładnie i boleśnie. Umierała od oparzeń zdecydowanie za długo.

– Okay. Poczekaj chwilę. – Wstaję i podchodzę do płaszcza. Przeszukuję spokojnie kieszenie. Znajduję w jednej zawiniątko, które rzucam chłopcu. Ten łapie je w locie i sprawnie rozpakowuje. To nie jest jednak cel moich poszukiwań, w jednej z kieszeni ukryłem list, aby go nie zgubić lub nie dać szansy potencjalnym złodziejom zabrania go.

– Skąd masz papierówki?

Nie odpowiadam. Coraz bardziej się niecierpliwię, gdy czas mija, a ja nie mogę go znaleźć. Przyznaję się przed sobą, zgubiłem go. Próbuję rozejrzeć się dookoła, ale nagła zmiana światła, sprawia, że nadal nie widzę zbyt dobrze. Słyszę kroki, pewnie A’va zobaczył, że coś jest nie tak i będzie chciał mnie pocieszyć. On jednak przechodzi obok, kieruje się do drzwi, schyla się i podnosi przedmiot moich poszukiwań. Podaje mi go bez wahania, nawet nie zerkając co jest napisane na kopercie.

– Możesz wziąć. – Zawieszam się na chwilę, jakby zapominając co miałem powiedzieć. – I tak chciałem dać ci do przeczytania – mówię i zaczynam chodzić wokół stołu.

Mamy nieduże mieszkanie, w tych czasach nikt już nie potrzebuje ogromnej przestrzeni osobistej, ponieważ, pomimo, że jest tak dużo wolnego miejsca na świecie, nikt nie jest na tyle odważny, żeby z niej korzystać. Wszyscy ludzie skupili się pod ogromnymi betonowymi parasolami częściowo chroniącymi od słońca. Podobno są ludzie, którzy nauczyli się żyć całkowicie pod ziemią, ale mnie wydaje się to trochę niemożliwe.

Widzę jak oczy chłopaka z zawzięciem przeglądają list i z chwili na chwilę lśnią coraz bardziej. Po policzku spływa mu pojedyncza łza.

– … zostali Państwo zakwalifikowani do misji eksploracji Kosmosu i ratowania rasy ludzkiej – czyta na głos. – Termin wylotu ustalony jest na trzynastego lipca bieżącego roku na godzinę dziewiątą dziesięć. Proszę o przyjście wcześniej, w celu… – Nagle urywa i siada na podłodze. Kładę rękę na jego ramieniu, wiem, że ten list jest dla niego drzwiami do dalszego życia.

– Czyli przeżyjemy? – W jego, czerwonych, suchych oczach widzę promień nadziei.

– Tak, co najmniej kilkanaście lat, jeżeli wcześniej dożyjemy czwartku. – Nie brzmi to zbyt dobrze. Nie oszukuję go jednak, staram się pozostać realistą, przez co czasem w tym co mówię, przebija się nuta pesymizmu. Siadam w swoim ulubionym fotelu i zamyślam się, patrząc w przestrzeń. Wydaje mi się, że zasypiam, ale stan letargu nie pozwala mi tego dokładnie określić. Przemieszczam się między snem i jawą, nieświadom tego, co dzieje się po obu stronach.

Odkąd klimat stał się nieznośnie gorący, automatycznie zacząłem więcej odpoczywać, organizm samoczynnie oszczędza energię, aby przeżyć jak najdłużej. Budzę się, tak naprawdę, dopiero gdy potrzebuję napić się wody. Patrzę na zegarek. Spałem trzynaście godzin, czyli, jak szybko kalkuluję w myślach, do odlotu zostały nam niecałe dwadzieścia dwie.

Jak zwykle rano rozciągam się i zapalam papierosa. Zostały jeszcze dwa ostatnie, a później czeka mnie wieczność bez smaku tytoniu w ustach. Rozkoszuję się tym teraz, póki jeszcze mogę. Przy okazji ostatniej chwili odpoczynku wraz z Młodszym oglądam w telewizji wiadomości ze świata. Zgodnie wyznajemy zasadę, że nikt, w trakcie ich trwania, się nie odzywa.

– … informację, że ostatnie dwa kraje Afryki – Zjednoczone Dystrykty Afryki Południowej i Republika Aredanii, zostały wyludnione i przestały istnieć. Podobny los może spotkać niedługo… – Ekran gaśnie i obaj wiemy, że już nie włączy się ponownie. Nie ma sensu płakać ani nad nim, ani nad ludźmi z innego kontynentu. Wziąłem się w garść.

– Czas się zbierać, gdy dotrzemy do SPK, akurat zostanie nam parę godzin na szkolenie i wylot – mówię do A’vy. On tylko kiwa głową i, w ciszy, bierze plecak, w który pakuje najpotrzebniejsze rzeczy. Z największą dokładnością wkłada wodę, trochę ulubionych słodyczy i pamiątki po matce – wszystko co dla niego wartościowe. Ja, do swojego, wkładam niewiele mniej, ale nie porządkuję swoich rzeczy w żaden sposób.

Wychodzimy tuż po zmierzchu i mimo, że słońce wciąż przygrzewa, to jest trochę bardziej znośne. Idziemy betonowymi tunelami, raz po raz mijając innych. Wszyscy piesi zachowują się jak nomadzi – podróżują w skupieniu, na plecach obowiązkowo z bukłakiem wody, usta mając zakryte chustą lub maską. Tutaj jednak grupa ludzi znaczy maksymalnie dwie, trzy osoby, gdy prawdziwych podróżników nie było mniej niż dwudziestu. Kilka razy wydaje mi się, że pod maską kryje się znajoma twarz, ale nie zatrzymuję się, wszystkich traktuję jednakowo. Staram się jak najszybciej wyrzucić z siebie resztki współczucia i wspomnień z tego świata. Gdy zbliżamy się do Świątyni Słońca, serce zaczyna mi bić szybciej. To w tutejszych podziemiach leżą prochy sześciu ostatnich pokoleń mojej rodziny, czterech mojej żony i ona sama. Przejście obok zawsze budziło zbyt wiele wspomnień, niestety jedyna droga do Stacji wiedzie właśnie tędy.

A’va przez całą drogę trzymał się blisko mnie i teraz przeskoczył pod kościół, ciągnąc mnie ze sobą.

– Idziemy po mamę – powiedział stanowczym tonem.

Zdziwiło mnie dlaczego “po”, a nie “do mamy”. Co prawda wizyty w katakumbach były możliwe, niektórzy nawet często korzystali z takiej możliwości, ale raczej nikomu nie przychodziło na myśl, aby okradać groby. Nie udaje mi się skomentować, bo jesteśmy już w środku.

Wnętrze jest obszerne i bardzo jasne, dzięki światłowodom, które jednocześnie usuwają wszelkie promieniowanie i dają światło bez użycia energii. Przy wejściu witamy się z kapłanem krótkim “cześć Słońcu” i, jak najciszej, idziemy do katakumb. Sufit najpierw jest wysoko, ale systematycznie się obniża, tak, że na końcu schodów nie zostaje nam zbyt wiele miejsca nad głowami. Znaleźliśmy się w obszernym korytarzu z ławkami po obu stronach, stojącymi metr od każdej ze ścian. Na ścianach w dwóch rzędach są wgłębienia, w których są małe urny, a na każdej z nich napis w języku przodków Pulvis es et in pulverem reverteris – Prochem jesteś i w proch się obrócisz. Zanim docieramy do interesującego nas grobu, mija trochę czasu. Zastanawiam się po drodze dlaczego A’va chce wziąć ją, od dawna pod postacią proszku, ze sobą w przestrzeń. Może, trzeba ją raczej zostawić na spalenie i niech spoczywa w pokoju w alternatywnej rzeczywistości (jeżeli takowa, po śmierci istnieje).

Jej mogiła, wyróżnia się jedynie datą i imieniem zmarłej. Młodszy bez wahania wkłada urnę do plecaka. Muszę przyznać, że mnie zadziwił, bo mieści się idealnie, nie zostawiając miejsca na nic więcej. Planował to od dawna, nie ma innej możliwości. W ciszy wychodzimy z katakumb, po drodze mijając modlącego się duchowego przewodnika.

Jeszcze przed drzwiami uderza nas fala gorącego powietrza. Na szczęście do stacji transporterów nie mamy daleko – skręcić w lewo za świątynią, trzysta metrów do przodu i dwieście osiemnaście schodków w dół po przejściu przez ogromne, denalowe drzwi. Znaleźliśmy się w kopułowym pomieszczeniu, na środku były dwa tory dla transporterów. Można się ponad nimi spokojnie przemieszczać dzięki schodom, schowanym wewnątrz wzmacnianych, obszernych rur. Resztę hali stanowią niewielkie sklepiki, ukryte w betonowych ścianach.

Panuje tu przyjemny chłód, widzę nawet kilka osób ubranych w lekkie narzuty na plecy. Większość ludzi odpoczywa, spokojnie czekając na transporter, ale bywają tacy, którzy, nie mogąc usiedzieć w miejscu, podróżują, dla rozgrzewki, między jednym, a drugim peronem. Wiele osób trzyma w dłoniach podniszczone książki i wodzi oczami po ich stronach. Na szczęście, jest już niewielu materialistów i dzięki temu przeczytane tytuły lądują na ławkach, skąd można je “pożyczyć” zostawiając inną. Akurat obok miejsca, gdzie siedzimy, leży jedna. Z ciekawości i wszechobecnej nudy biorę ją i przecieram rękawem z pyłu. Nie rozumiem tytułu, jest napisany w obcym języku. Wertuję kartki, książka nie ma obrazków, ale jest napisana w całości w ogólnym języku, więc mimowolnie zaczynam czytać.

Udaje mi się skończyć jeden rozdział zanim przyjeżdża nasz transporter. Postanawiam ją wziąć, najwyżej zostawię ją na następnej stacji. W pojeździe jest jeszcze sporo wolnych miejsc, udaje nam się usiąść na ulubionych na środku pojazdu. Staram się zająć umysł historią z opowiadania. Specyficzny dla horrorów klimat oraz stworzenia nie z tego świata dają mi wyobrażenie o planecie, na której być może wylądujemy – niebezpiecznej, pełnej tajemnic, gdzie brak środków do życia nie będzie naszym głównym problemem.

Do stacji, znajdującej się najbliżej SPK, docieramy na osiem godzin przed planowanym wystrzeleniem w kosmos. Wchodzimy do niewielkiego holu z recepcją i minibarem. W środku krzątają się ludzie, zagubieni tak samo jak my. Staję na uboczu i rozglądam się. Nie trwa to długo, nie mam czasu na ogólne zorientowanie się w położeniu wszystkich ważniejszych miejsc. Młodszy ciągnie mnie do recepcji. Nie oponuję, w międzyczasie, gdy mnie prowadzi, szukam w kieszeniach listu, który jest przepustką do następnych drzwi.

– Witam, czym mogę służyć? – miły głos nagrany sto lat wcześniej, przemawia przez robota stojącego za ladą – Chcą państwo zapewne wybrać się w podróż kosmiczną?

– No co ty nie powiesz… – mruczę pod nosem, co zapewne nie umyka uwadze algorytmów sztucznej inteligencji. Na szczęście zostaje to zdławione przez inną część kodu. Robot wyciąga rękę jak żywa kobieta i czeka.

– Mogę zobaczyć państwa zaproszenie? – Ciągle się głupio uśmiecha, jeszcze chwila i naprawdę z chęcią opuszczę tę planetę. Nigdy nie lubiłem robotów i na całe szczęście nie są one jeszcze aż tak popularne, żeby występować częściej niż w budynkach najważniejszych urzędów. Jeszcze większą radość sprawia mi myśl, że niedługo spalą się wraz z planetą. Podaję jej pismo i czekam, aż algorytm OCR przeczyta tekst, a przewody zamienią go na robotyczną myśl. Trwa to niecałą sekundę, znowu nie mogę się rozglądać. – Panie A’va – spojrzała na mnie – gratuluję dostania się do Kosmicznej misji ratowania ludzkości. Państwa towarzysze czekają już w środku. Proszę przejść dalej drzwiami po waszej lewej. Życzę udanej gwiezdnej przygody.

Na moje szczęście nie czeka na odpowiedź, tylko przechodzi dwa kroki w bok do następnych osób w kolejce. Idziemy w kierunku przejścia, które automatycznie się otwiera i, chwilę po tym jak przez nie przechodzimy, zamyka za nami. Nie mamy już odwrotu – z tej strony drzwi nie ma klamek. A’va znowu chwyta mnie za dłoń i pociąga, niekoniecznie znajduję w tym sens, na pewno bym poszedł, tylko przez chwilę się waham.

– Chodź, im szybciej będziemy mieli to za sobą, tym lepiej. I tak nie ma już drogi powrotnej – mówi do mnie. Nie odpowiadam, idziemy dalej w ciszy przez betonowy tunel, oświetlony tylko słabymi ledowymi paskami. Ciągnie się ledwie kilkanaście metrów, potem zaczynają się schody, za którymi wchodzimy do poczekalni. Siedzi w niej kobieta na oko trochę młodsza ode mnie, ale urodą nie grzeszy ani według mnie, ani mojego syna, wnioskuję to po tym jak na nią patrzy.

– Panowie, A’va i A’va Młodszy, tak? – mówi głos z drugiego końca sali. Po chwili z bocznego korytarza wychodzi istota podobna do człowieka, ale od razu rzucają się w oczy niedociągnięcia. Android ma miejscami przerwaną sztuczną skórę, z której wystają przewody i mechanizmy. Byłby zwykłym robotem gdyby nie prawdziwy mózg, który razem ze sztucznym sercem i przewodami nerwowymi  tworzy nieśmiertelnego stwora.

Na jego pytanie odpowiadamy krótkim skinieniem głowy.

– W takim razie jesteśmy już wszyscy. Panno Edan – mówi i patrzy przez chwilę na kobietę, która powoli wstaje ze swojego miejsca i, domyślając się do czego zmierza gospodarz, chwyta swój plecak. – Proszę wszystkich za mną. Przejdziecie państwo szczegółowe szkolenie survivalowe.

Idziemy do następnego pomieszczenia i dalej przez kolejny tunel, przykryty półmrokiem. W pokoju znajdują się cztery fotele, kształtem podobne do dentystycznych. Od razu przeszywa mnie dreszcz niepokoju.

– Usiądźcie, proszę. Zostawię was tutaj samych. Spróbujcie zasnąć, szkolenie będzie odbywać się poprzez indukcję, dzięki czemu nie będziecie musieli się zbytnio skupiać i będziemy mieli pewność, że niczego nie zapomnicie. – mówi, a jego głos jest monotonny. Obraz zaczyna mi się rozmywać. Energicznie otwieram i zamykam oczy, aby się rozbudzić, ale efekt, paradoksalnie, jest odwrotny do zamierzonego. Z każdym szybszym zamknięciem, coraz wolniej otwieram oczy, aż po jednym z zamknięć nie dam rady już ich otworzyć.

– Niech się pan zrelaksuje, to normalne tutaj, niech się pan nie opiera. – obiecuje. Ja go jednak nie słucham, wydaje mi się to podejrzane i próbuję z całych sił nie zasypiać. Ich technologia przewyższa moje możliwości, przez co ciało i umysł tracą wolę walki – poddaję się.

 

Budzi mnie gwałtowny wstrząs ciała. Otwierając oczy coraz wyraźniej widzę sprawcę przerwania mojego snu – jest nim ten sam android, który nas tu przyprowadził. Rozglądam się po pokoju, Młodszy i kobieta (jak ona się nazywała?) już wstali i zaspanymi oczami obserwują dalsze poczynania istoty.

– Dziękuję wszystkim za współpracę przy szkoleniu. Niestety zdobyta przez was wiedza będzie aktywowana automatycznie, gdy będziecie tego potrzebować. Nie mogliśmy zmieniać waszej autentycznej wiedzy, z powodów etycznych i technicznych, dlatego kombinowaliśmy z reakcjami i postrzeganiem niebezpieczeństwa.

Po jego słowach usilnie próbuję przypomnieć sobie jak najwięcej wydarzeń z życia, o których, jeszcze tak niedawno, chciałem zapomnieć. Przychodzi mi to niezmiernie łatwo i dzięki temu się uspokajam. Przeszukuję swój umysł, na tyle na ile potrafię, ale nie umiem powiedzieć niczego nowego.

Łapię się na zaciskaniu pięści w pozycji obronnej. Stopy opierają się mocniej o fotel, druga dłoń chwyta za oparcie. Odpycham się gwałtownie, doskakuję do szkoleniowca i zaciśniętą pięścią uderzam go tam, gdzie normalny człowiek powinien mieć żołądek. Z tyłu słyszę głośne, kobiece “och”, ale znaczenie tego okrzyku do mnie nie dociera. Przeszywa mnie ból dłoni. O Słońce, jak ja nienawidzę robotów.

– Widzę, że pana zwierzęce zmysły aktywowały się doskonale. Rozpoznaje pan we mnie zagrożenie, które jest w stanie wyeliminować za pomocą zmniejszenia odległości, szybkiego nokautu w postaci uderzenia w czułe miejsce i dobicia. Doskonale. – Kładzie mi mechaniczną dłoń na ramieniu. Czuję uszczypnięcie igiełki i do żyły wpływa mi środek uspokajający. Wiedziony instynktem nie oponuję, mógłbym go przełamać, wiem jak wygrać nierówną walkę z androidem, ale współpraca to jedyna szansa, żeby mój syn się stąd wydostał.

– Możemy przejść dalej? – Cała trójka jak na zawołanie kiwa głową. – Świetnie, proszę za mną – mówi i przechodzi przez te same drzwi, którymi weszliśmy, jednak w poczekalni skręca w inny korytarz.

Jest tu przyjemnie chłodno. Przez betonowe ściany zapomniałem już o gigantycznych rozmiarach słońca, przyzwyczaiłem się do panującego na dworze skwaru.

– Następny przystanek będzie końcem naszego spotkania. Z najważniejszych informacji, które w skrócie miałem wam przekazać… – Android zamyśla się i zatrzymuje przed drzwiami do kapsuły ratunkowej. – Statek nie wymaga waszej interakcji, wystrzelimy was po bezpiecznej do opuszczenia układu słonecznego orbicie. Statek będzie zbierał prędkość dzięki fotonom wysyłanym ze słońca, a później innych gwiazd, w płaszcze słoneczne. Powinniście podróżować z prędkością bliską prędkości światła. Na szczęście, zahibernowani jeszcze na Ziemi, nie będziecie odczuwać dyskomfortu związanego z podróżą. Systemy powinny wybudzić was jeżeli na planecie znajdą atmosferę i pierwiastki umożliwiające wam przeżycie. W przeciwnym wypadku będziecie zahibernowani przez wieczność i jeżeli sytuacja się nie zmieni to za miliard lat dostaniecie zastrzyk uśmiercający, aby wasze dusze spoczęły na… gdziekolwiek znajduje się raj waszej religii.

Po tych słowach otwiera drzwi i wprowadza nas do środka. Pokazuje najważniejsze funkcje. Zaprowadza nas do “biblioteki” – każda z kapsuł ma osobistą encyklopedię wiedzy świata, oczywiście elektroniczną i fizyczną, na wszelki wypadek. Oprócz tego minimalny zapas jedzenia i trochę ziemskiej rozrywki. Jednak najważniejszymi elementami są pomieszczenia hibernacji – bez zbędnego przedłużania wprowadza nas i podaje do wypicia kolejne serum. Ostatnim co świadomie pamiętam jest myśl jak bardzo nienawidzę robotów.

Żyję. To słowo przebija się przez mój umysł. Żyję i jestem tego pewien, tak jak pewien byłem, że nienawidzę androidów, robotów i sztucznej inteligencji. Otwieram oczy i automatycznie wypinam z siebie wszystkie igły, utrzymujące mnie przy życiu podczas hibernacji. Komputer pokładowy pokazuje, że przelecieliśmy osiemdziesiąt milionów lat świetlnych od Ziemi. Ciekawe co działo się w kosmosie przez cały czas. Mamy szczęście, że nie spotkały nas w drodze supernowe, meteoryty lub zderzenia z czarnymi dziurami. Na pewno nikt z nas nie umarł, bo ani A’vy, ani Edan nie ma w ich kabinach, a w oddali słyszę znajomy głos. Przechodzę jeszcze przez całą kapsułę, ale niczego nie zauważam. Moje ciało przyzwyczaja się do wysiłku fizycznego i na nowo uczy się oddychać (przecież minęło ponad osiemdziesiąt milionów lat!).

Nie bez trudu wychodzę z kapsuły ratunkowej. Oślepia mnie światło, a powietrze zapiera dech w piersiach. Muszę usiąść, żeby nie upaść. Zamykam oczy i po raz ostatni przypominam sobie jak wyglądała Ziemia, oczywiście “wcześniejsza”, przed zalążkiem apokalipsy. Drzewa, rzeki, pamiętam wycieczkę do środkowej Rosji, gdy ta, tak się jeszcze nazywała. Nic nie może się równać z widokiem Syberii latem. Ten obraz jest ostatnim, który pamiętam z Ziemi. Inne wyrzuciłem przez osiemdziesiąt milionów lat podróży międzygwiezdnej.

W końcu otwieram oczy, to co widzę przechodzi moje najśmielsze wyobrażenia. Całość może wydawać się podobna, ale to tylko złudzenie, drzewa zamiast liści mają ogromne, zielone owoce zwisające z gałęzi pokrytych łuskami. Z pobliskiej rzeki strzelają wysokie na pięć metrów fale, które, jak za pomocą magnesu, wracają do koryta po wylaniu się. Stworów jest raczej niewiele, zapewne jeszcze się ukrywają. W zasięgu wzroku jest tylko parę zmutowanych zajęcy z półmetrowymi ogonami i uszami sięgającymi do połowy tułowia. Dookoła nie widać śladów zniszczeń po uderzeniu statku kosmicznego. Musieliśmy wylądować już jakiś czas temu, drobne “rośliny” zaczęły pokrywać zewnętrzne partie kapsuły.

Młodszy z naszą towarzyszką siedzą przy ognisku po drugiej stronie. Widocznie spędzili już ze sobą trochę czasu, bo rozmawiają całkiem swobodnie, obierając w międzyczasie tutejsze owoce.

– Myślę, że podczas okrążenia, przez naszą gwiazdkę, środka masy obu gwiazd, znajdujemy się pomiędzy nimi co najmniej siedem,osiem razy. Co dla nas oznacza, że pół “roku” na tej planecie, teoretycznie nie mamy nocy – mówi Edan. Wciąż siedzę przy kapsule i rozglądam się po okolicy, żeby nie wcinać się im w połowie zdania. – Jeżeli od doby nie było tutaj nocy, a gwiazdy pojawiają się po obu stronach nieboskłonu, jestem pewna, że znajdujemy się w wewnętrznej części orbity gwiazd. Gdybyśmy byli na większym promieniu, tor lotu planety byłby bardziej chaotyczny i zapewne spaliłaby się w ciągu kilkuset okrążeń. Na pewno nie jesteśmy w środku ciężkości gwiazd – zrobiłam na szybko trochę obliczeń, ale nie chcę was zanudzać.

Ma bardzo przyjemny głos i chociaż nie do końca rozumiem jej wypowiedź, wychodzę i siadam obok. Zapalam, od ogniska, przedostatniego papierosa, a opakowaniem podsycam ogień. – Znając siebie i tak wam zrobię jeszcze niejeden wykład – dodaje. – Dzień dobry panie A’va.

– Po prostu A’va. Mamy tu spędzić ze sobą całe pozostałe życie, zdecydowanie łatwiej będzie zwracać się do siebie po imieniu. – Podaję jej dłoń. – Widzę, że znasz się na fizyce. – Po raz kolejny się rumieni, będzie trudno przełamać lody i być naprawdę otwartym.

– Na Ziemi zajmowałam się reaktorami jądrowymi. Pewnie dla ciebie to czarna magia, ale fizyka była dużą częścią mojego życia. Mam nadzieję, że podstawowa fizyka nie zmieniła się przez ten czas. – Dla odmiany teraz widzę w jej oczach smutek. Automatycznie sięgam po dziwny owoc i zaczynam go jeść.

– Schodząc na zie… – zacinam się. Czy powiedzenie na ziemię ma ciągle sens? Wszystko przecież jest tu nowe, może wypada zmienić również nazwy? – Schodząc na powierzchnię… – Jednak wyrzucam tamtą myśl z głowy. Z czasem i tak dostanie swoją nazwę, nie trzeba się spieszyć. – Trzeba nazbierać więcej tego palnego… czegoś. – Kończę papierosa, a resztę tytoniu wrzucam do ogniska i jeszcze chwilę delektuję się zapachem, o którym niedługo będę mógł tylko pomarzyć. Wstaję gotów zabrać się do pracy. Zdecydowanie za długo siedziałem bezczynnie. – Chyba zgodzicie się ze mną, że spać można przez pierwsze noce w swoich kapsułach.

Oboje kiwają głową z aprobatą. Biorę z magazynu siekierę i ruszam w kierunku lasu.

Reszta dnia przebiega spokojnie. Nie gromadzimy zapasów, przy takim szczęściu jakim jest wylądowanie obok stałego źródła pożywienia i wody byłoby to marnotrawstwo. Zbieramy głównie drewnopodobny materiał, aby następnego dnia zająć się czymś pożyteczniejszym. Wieczorem, który trwa zaledwie parę minut przez specyficzne ułożenie gwiazd, zamykamy szczelnie drzwi kapsuły i kładziemy się w swoich łóżkach. Sama budowa statku kosmicznego zapewnia nam bezpieczeństwo przed większością znanych typów stworzeń i substancji żrących. Nikt nie ma ochoty na konwersację, po podróży nadal jesteśmy osłabieni, dlatego od razu mówimy sobie dobranoc i idziemy spać.

 

Budzi mnie nieprawdopodobny, ciągle narastający hałas z zewnątrz. We trójkę zrywamy się z łóżek i, jakbyśmy czytali sobie w myślach, wychodzimy sprawdzić co wydaje ten dźwięk. Na zewnątrz jedynym stworzeniem, jakie widzimy, jest ten dziwny zając, który i tak spóźniony, ucieka do lasu. Prawdziwe źródło hałasu objawia nam się po chwili, w najmniej spodziewanym miejscu – na niebie. Pojawia się tam najpierw jako punkt, później wyłania się głowa i cielsko monstrum. Zbliżając się tworzy ogromne fale odrzutowe, planetę nachodzą wstrząsy, a rzeka nie potrafi już utrzymać fal w korycie. Stwór przygląda się nam bardzo długo, a my nie mamy odwagi, żeby się ruszyć. Ma on brodę z macek zarzuconą na plecy, pięcioro oczu, na brzuchu świeci mu, prawie tak jasno jak nasz księżyc, serce. Zamiast nóg posiada obłok dymu, zakrywający końcówkę tułowia. Z całego cielska bije aura, budząca szacunek i strach.

– Więc tak wygląda bóg. – Młodszy odzywa się jako pierwszy i po chwili tego żałuje.

– Arg, ehvoc alet? – krzyczy przybysz. Wydawać się może, że energia wydana na powiedzenie tych słów jest w stanie stworzyć nowy świat, jednak w oddali rozlega się tylko grzmot.

We trójkę wymieniamy przerażone spojrzenia. Nikt się nawet nie domyśla o co może chodzić.

– O wielki i przepotężny. – Zaczynam banalne błagania.

– Zamilcz śmiertelniku z planety Ziemia. Niegodne jest się odzywać, gdy nie wiesz co powiedzieć.

Planeta zaczęła się poważnie trząść, nie daję rady utrzymać się na nogach i upadam. Strach nie pozwala mi wstać, dopiero A’va z Edan mnie podnoszą. Gdzieś z boku wybucha powierzchnia i tony kurzu lecą ku niebu.

– Potrzebuję zapłaty, wyznawców i daniny. Zapłatą jest śmierć, wyznawcami są rozbitkowie, a daniną jest stosowanie się do zasad. Macie czas do zachodu pierwszej gwiazdy. – Po tych słowach, jego oblicze znika za chmurami, które przesłaniają całą planetę, zostawiając miejsce na pokazanie pozycji “słońc”. Ustają też wszelkie kataklizmy, dając nam czas na dyskusję.

Zbieramy się w kapsule i zasiadamy przy stole.

– Nie ma mowy, żebyśmy uciekli – zaczynam mówić. – Co do pierwszego żądania zgłaszam się na ochotnika. – Widzę, że od razu chcą protestować. Pieprzony honor. – Tak, wiem, że też chcecie się zgłosić. Edan, od razu odpadasz. Musi zostać co najmniej jedna kobieta i jeden mężczyzna, nie ma opcji, żeby było inaczej. – Edan nawet nie protestuje, siada z założonymi rękoma i patrzy na nas.

– To dlaczego ty, a nie ja? – pyta Młodszy. – Wiesz więcej ode mnie, masz więcej doświadczenia.

– Jesteś sprawniejszy i silniejszy. Jak już będziecie pod jego opieką, a mam taką nadzieję, będziesz miał okazję uczyć się z tego co przywieźliśmy. Zresztą, nie wiesz tak dużo mniej ode mnie.

– Ale… – próbuje coś powiedzieć.

– Żadnych “ale”. To już postanowione. Co było jako drugie?

Nikt nie odpowiada. Jakby naprawdę chcieli mnie zatrzymać. Dopiero po paru minutach odzywa się dziewczyna.

– Drugą byli rozbitkowie jako wierni, to spełnimy bez problemu. Co za różnica jaka religia, ważne, żeby w coś wierzyć – mówi to jakby nie do końca była pewna swoich słów. Nie dziwię się, skoro jej religią jest nauka. – Trzecim warunkiem były zasady. To też sobie odpuszczamy, cokolwiek powie, będziemy musieli się dostosować, żeby przetrwać.

– To wszystko? – pytam. Chcę załatwić to jak najszybciej, żeby nie przedłużać swojej egzekucji. Zbyt dużo myślenia i mógłbym zmienić decyzję, na niekorzystną dla wszystkich.

– Chyba tak, ma pan… – Edan waha się i po chwili zmienia oficjalny ton, według mojej wskazówki – masz jakieś ostatnie życzenia? – Po głowie przechodzą mi różne myśli, czy nie ma w tym jakiegoś podtekstu, o co mógłbym prosić w świecie, którego nie znamy.

– Przeżyjcie. – Wstaję i wychodzę z kapsuły. A’va patrzy na mnie, ale nic nie mówi. Będzie miał do mnie pretensje, że się poświęcam po raz kolejny.

Monstrum odwraca się praktycznie w tym samym momencie, gdy znowu jestem na zewnątrz.

– Jestem osobą, która się poświęci. – krzyczę z całych sił, nie będąc pewny czy mnie usłyszy. Cały dygoczę i buzuje we mnie adrenalina. Wszystko jakby zwalnia, a ja nie mogę się poruszyć, zapiera mi dech w piersiach. Stwór wyciąga po mnie rękę i gdy czuję jej dotyk – odpływam w nicość.

 

Oddech i umysł wraca mi do normy. Wyczuwam słodki zapach, robię się głodny. Niemożliwe, że żyję, dlatego nie otwieram oczu. Udaję, że wciąż jestem w niebycie.

– Edan, przyniesiesz jakieś informacje o trujących roślinach? – Słyszę w oddali.

A może jednak wróciłem? Otwieram oczy i widzę pochyloną nade mną dziewczynę. Uśmiecha się prawie natychmiast, gdy zauważa, że się obudziłem. Całuje mnie w czoło i wychodzi z pokoju. Rozglądam się i zauważam, że nie jesteśmy w kapsule. Pomieszczenie wygląda jak szałas, tylko jest większe i ma blaszany dach. Ściany zrobione są na pewno z lekko niebieskiego drewna z zielonymi paskami – nie przypominam sobie, żebym widział takie na Ziemi.

Siadam niepewnie na prowizorycznym łóżku i rozglądam się dokładniej. A’va musiał się nieźle napracować, żeby coś takiego zrobić, a ja pewnie byłem nieprzytomny dosyć długo.

– Starszy się obudził. – Słyszę jak dziewczyna odzywa się w drugim pokoju. Wcześniej o tym nie pomyślałem, ale kamień spada mi z serca, że A’va nie poświęcił się za mnie w ostatniej chwili. Słyszę jak biegnie do drzwi i przed nimi się zatrzymuje. Bierze głęboki wdech i dopiero wtedy wchodzi do pokoju. Siada przy mnie, nie robi nic więcej jakby zbierał siły.

– Cześć – odzywa się niepewnie.

– Co się stało? Dlaczego żyję? – Kątem oka widzę, jak Edan opiera się o framugę drzwi i patrzy na nas. Zauważam, że przygryza wargę.

– Dosłownie w ostatniej chwili… Nie wiedziałem, czy mogę, ale przyjął… – Rozkleja się i choćby próbował, nie da rady wydusić z siebie nic więcej. W wypowiedzi wyręcza go nasza niezastąpiona towarzyszka.

– Mieliście ze sobą urnę i jako, że Arcalis, zapamiętaj to imię, bo to nasz nowy bóg, potrzebował śmierci, oddał czwartego członka naszej załogi. Później powiemy ci o zasadach, teraz odpocznij. – Patrzę z niedowierzaniem na A’vę, dla którego niewątpliwie oddanie prochów matki, musiało być ciosem. Przytulam go i trzymam dopóki Edan nie prosi go, żeby zostawił nas samych na chwilę.

– Pracował bez przerwy przez trzy zmiany słońc, nic do niego nie docierało, nic nie mówił, ledwo pił, a później, gdy dowiedział się, że na pewno będziesz żyć, zaczął pracować jeszcze ciężej. Wiesz co obiecał nam Arcalis? Sprowadzi naszych, znajdzie ludzi, żebyśmy przetrwali. Szkoda, że nie widziałeś jak odbudował planetę, zatrzymał nas w czasie, a resztę świata cofnął. Nigdy nie myślałam, że można cofać czas, to takie nierealne. Wiedziałam, że teoretycznie, jeżeli odpowiednio zagnie się czasoprzestrzeń…

W jej głosie słyszę zachwyt, ale zatrzymuję swoje myśli na A’vie. Wiem, że jedyna nadzieja, jaką jeszcze miałem, trafiła w dobre ręce. Nie zwracając uwagi, że Edan ciągle mówi, kładę się i zamykam oczy, aby usnąć jeszcze na pięć minut.

 

– Wstawaj, szybko! – Brutalnie budzi mnie krzyk A’vy. – Musimy się zbierać.

Jeszcze nie do końca rozbudzony, obijam się o ściany zbierając na nowo wszystkie swoje rzeczy. Nie zastanawiam się nawet o co chodzi, po prostu wykonuję polecenie syna. Gdy w końcu wybiegamy na zewnątrz, widzę Arcalisa w takiej samej pozycji, gdy był tu po raz ostatni. Na szczęście, tym  razem planetą nic nie wstrząsa, a rzeka płynie swoim rytmem.

– Śmiertelnicy, moi poddani – zaczyna mówić swoim potężnym głosem. – Przemierzyłem galaktyki i wiem, że wasza rasa wyginęła, a gwiazdom, wokół których krążycie, nie zostało już wiele czasu. Synod przedwiecznych pozwolił mi was przenieść.

Widzę jak, z końcem wypowiadania tych słów, wokół nas tworzy się bańka i cały pozostały świat zatrzymuje swój morderczy bieg przez czas. Czwarty wymiar przenika przez moje ciało, wiedza całego wszechświata leży już w mojej głowie. Nie zastanawiając się, zaginamy czasoprzestrzeń wraz z Arcalisem, który w tych wymiarach jest naszego wzrostu. Podróżujemy pod prąd czasu oraz wbrew przestrzeni. Wszyscy są skupieni tylko na jednym celu, jedynym miejscu we wszechświecie, które znamy.

 

Przystajemy na chwilę, w punkcie, do którego powinniśmy dotrzeć i gdzie już nic nie ma.

– Gdzie jest Ziemia i Niebo, i Słońce, i Księżyc oraz Dzień i Noc? – pyta się Młodszy. W tym momencie, za pomocą słowa rodzi się wybuch energii, która tworzy to co powiedział.

– A’vo Młodszy, od dziś będziesz stał u mego boku, a Ziemia będzie należeć do ciebie, jako do nowego jej boga – mówi Arcalis. Przepełnieni wiedzą wszechświata nie oponujemy. Zamiast tego schodzimy do końca i początku.

Gdy widzę, gdzie się znaleźliśmy, odpalam ostatniego papierosa, ostatnią zapałką i zaciągam się jakbym robił to pierwszy raz. Stara dobra Syberia latem. Chłodna rzeka, ciepły wiatr i sosnowy las w oddali. Przy nim stoi drewniany dom, a nad nim unosi się smużka dymu. Edan idzie, ubrana w wiatr i najpiękniejszą porę roku, przed siebie, byle do przodu. Tak, jak to sobie zapamiętałem.

 

Koniec

Komentarze

Jest jakiś pomysł, chociaż końcówka mnie trochę rozczarowała – to już było.

Mam wrażenie, że kompozycja jest zachwiana – wydarzenia po starcie wydają się najważniejsze, a zajmują mało miejsca.

Faktycznie, raczej samobójczą metodę wybrali. Nie dało się założyć kolonii gdzieś bliżej, na którymś księżycu Jowisza lub Saturna na przykład?

Gorzej z wykonaniem. Myślniki oddzielamy spacjami od reszty zdania. Obustronnie. Interpunkcja niedomaga. Czasami jakaś konstrukcja mi zgrzytnęła.

-Tak, co najmniej kilka lat świetlnych,

Lata świetlne to jednostka odległości, a nie czasu.

Jej mogiła, różni się jedynie datą i imieniem zmarłej.

Jeśli różni, to od czegoś.

(przecież minęło ponad osiemdziesiąt milionów lat!)

A dylatacja czasu?

Babska logika rządzi!

Finkla, dziękuję za opinię. Końcówki nie udało mi się wymyślić lepszej, też wydaje mi się ze to juz gdzie było. Teoretycznie mogliby spróbować wylądować na słońcu i mógłbym wymyślać teraz różne powody dlaczego miałem taki pomysł, a nie inny. Widocznie ludzie stwierdzili, że Jowisz też nie jest bezpieczny. O myślnikach będę następnym razem pamiętał, gdzieś przy czytaniu reguł pisania mi to umknęło (tak jak pewnie sporo innych rzeczy). W miarę możliwości poprawię. Co do lat świetlnych nie mogę się nie zgodzić, chociaż wcześniej chodziło mi o jednostkę, ale teraz widzę, że to źle brzmi. Jeżeli wcześniej mówiłem o mogiłach to się nie liczy? Nie jest powiedziane przecież, że ani licznik, ani bohater się nie mylą, chociaż szczerze nie wiem jak to dobrze zastąpić.

Dobrze i przyjemnie się czyta, choć fabuła moim zdaniem mało oryginalna. Dobrze zbudowany klimat ale puenta rozczarowuje. Rażą niektóre (psuja klimat opowiadania) określenie, np.:

 

humanoid – to raczej ogólne określenie kształtu. Lepiej brzmiało android

 

nieśmiertelnego stwora – wiem, że to metafora, ale brzmi mało technicznie. 

 

skrypt OCR – raczej algorytm 

 

skryptów sztucznej inteligencji – również użyłbym słowa algorytm

 

serum śmierci – pojecie serum kojarzy się raczej z uzdrawianiem niż uśmiercaniem. 

 

przed zalążkiem apokalipsy – apokalipsa użyta tiu jako metafora czy synonim katastrofy jest jak  najbardziej trafna ale zalążek jako początek tej katastrofy wg mnie nie pasuje. Zmienia znaczenie.

 

osiemdziesiąt milionów lat podróży świetlnej. – trudno zrozumieć pojecie podróży świetlnej. prościej byłoby napisać podróży międzygwiezdnej lub międzygalaktycznej.

 

Pozdrawiam. smiley

 

 

 

Z mogiłami wystarczy zmienić “różni” na “wyróżnia”.

Babska logika rządzi!

Mam wrażenie, że pomysł, choć wtórny, dałoby się wykorzystać lepiej i stworzyć opowiadanie bardziej oryginalne. Bo o ucieczce z Ziemi i kolonizowaniu planet napisano już wiele.

Sporo miejsca poświęciłeś sprawom dziejącym się jeszcze na Ziemi, tudzież procedurze związanej z jej opuszczeniem. Brakło mi jednak wzmianki, co decydowało o wyborze konkretnych ludzi.

Lot przebiegł niezauważenie, albowiem cała trójka przespała go.

Brakło mi opisania, co potem. Jeden dzień w nowym miejscu, spędzony w zasadzie na pikniku, to niewiele. Wiem, że coś tam się działo, budowało i organizowało, ale znów nie zostało opisane, albowiem główny narrator, na skutek podjętej decyzji, przez wiele dni był nieprzytomny.

Najbardziej nie podoba mi się, że w nowym miejscu pionierom objawia się bóstwo. Czy naprawdę nie można tych spraw rozdzielić? Czy tak mała jest wiara w człowieka i w to, że potrafi przetrwać, że po to ma wiedzę i rozum, by nie musiał być zależny od jakiegoś osobliwego bytu, który natychmiast niewoli i uzależnia człowieka, od tego czegoś, przed czy mój rozum się buntuje.

Zastanawiam się także, dlaczego w misji ratowania ludzkości biorą udział tylko trzy osoby.

Zawiodło wykonanie – fatalnie, wręcz nieczytelnie zapisane dialogi utrudniały rozumienie tekstu, a przecież w komentarzu do Tuneli podałam Ci link do poradnika; szkoda że nie zechciałeś z niego skorzystać. Do tego dochodzi wiele błędów, różnych usterek i nie najlepiej skonstruowanych zdań, że o zlekceważonej interpunkcji nie wspomnę.

Nadal nie tracę nadziei, że lektura Twoich przyszłych opowiadań będzie znacznie przyjemniejsza.

 

-Wró­ci­łeś cały?– pyta się A’va Młod­szy. Za­wsze się tak wita, gdy przy­cho­dzę z pracy. Ma tak odkąd matka we­szła po raz ostat­ni do domu i nie wy­po­wie­dzia­ła słowa. –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Brak spacji po pytajniku. Narrację należy oddzielić od didaskaliów.

Nadal źle zapisujesz dialogi. Proszę, skorzystaj z poradnika: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Winno być:

– Wró­ci­łeś cały? – pyta się A’va Młod­szy.

Za­wsze się tak wita, gdy przy­cho­dzę z pracy. Ma tak odkąd matka we­szła po raz ostat­ni do domu i nie wy­po­wie­dzia­ła słowa.

 

-Nic od­po­wia­da krót­ko i bie­rze łyka wody. –> Nic od­po­wia­da krót­ko i wypija łyk wody.

 

Cięż­ko mu bę­dzie zro­zu­mieć, że nic nie może przy­wró­cić jej życia. –> Trudno mu bę­dzie zro­zu­mieć, że nic nie może przy­wró­cić jej życia.

 

jakby za­po­mi­na­jąc co chcia­łem po­wie­dzieć.– I tak chcia­łem dać ci… –> Powtórzenie.

 

Po­dob­no są lu­dzie, któ­rzy na­uczy­li się żyć cał­ko­wi­cie pod zie­mią, ale dla mnie wy­da­je się to tro­chę nie­moż­li­we. –> …ale mnie wy­da­je się to tro­chę nie­moż­li­we.

 

-… zo­sta­li Pań­stwo za­kwa­li­fi­ko­wa­ni do misji eks­plo­ra­cji ko­smo­su i ra­to­wa­nia rasy ludz­kiej– czyta na głos. –> – …zo­sta­li Pań­stwo za­kwa­li­fi­ko­wa­ni do misji eks­plo­ra­cji Ko­smo­su i ra­to­wa­nia rasy ludz­kiej czyta na głos.

 

– Czyli przeżyjemy?– W jego, czerwonych, suchych oczach widzę promień nadziei.

-Tak, co najmniej kilka lat świetlnych, jeżeli wcześniej dożyjemy czwartku. –> Obawiam się, że trudno będzie im przeżyć kilka lat świetlnych, bo z tego co wiem, lata świetlne są miarą długości, nie czasu.

Za SJP PWN: rok świetlny «jednostka długości stosowana w astronomii równa odległości, którą światło przebywa w próżni w ciągu jednego roku»

 

– Ekran ga­śnie i oboje wiemy, że już nie włą­czy się po­now­nie. –> Piszesz o ojcu i synu, więc:

– Ekran ga­śnie i obaj wiemy, że już nie włą­czy się po­now­nie.

Oboje to mężczyzna i kobieta.

 

Ja, do swo­je­go, wkła­dam nie­wie­le mniej, ale nie po­rząd­ku­ję ich w żaden spo­sób. –> Ich, to znaczy czego nie porządkuje?

 

Tutaj jed­nak grupa ludzi zna­czy mak­sy­mal­nie dwie trzy osoby… –> Tutaj jed­nak grupa ludzi zna­czy mak­sy­mal­nie dwie, trzy osoby

 

To w tu­tej­szych pod­zie­miach leżą pro­chy sze­ściu ostat­nich po­ko­leń mojej ro­dzi­ny, czte­ry mojej żony i ona sama. –> …czte­rech mojej żony i ona sama.

 

Na wej­ściu wi­ta­my się z ka­pła­nem… –> Przy wej­ściu wi­ta­my się z ka­pła­nem

 

Zna­leź­li­śmy się w ko­pu­ło­wym po­miesz­cze­niu, na środ­ku były dwa tory dla trans­por­te­rów. Można się ponad nimi spo­koj­nie prze­miesz­czać dzię­ki scho­dom, scho­wa­nym we­wnątrz wzmac­nia­nych, ob­szer­nych rur. Resz­tę po­miesz­cze­nia sta­no­wią nie­wiel­kie skle­pi­ki, ukry­te we­wnątrz be­to­no­wych ścian. –> Powtórzenia.

 

pod­nisz­czo­ne książ­ki i wodzi ocza­mi po ich stro­nach. Na szczę­ście, zo­sta­ło już nie­wie­lu ma­te­ria­li­stów i dzię­ki temu prze­czy­ta­ne książ­ki lą­du­ją na ław­kach, skąd można je “po­ży­czyć” zo­sta­wia­jąc inną. Oczy­wi­ście po­wo­li do­cho­dzi­ły no­we-sta­re książ­ki… –> Powtórzenia.

 

Wcho­dzi­my do nie­wiel­kie­go holu z re­cep­cją i mini barem. –> Wcho­dzi­my do nie­wiel­kie­go holu z re­cep­cją i minibarem.

 

mru­czę pod nosem, co za­pew­ne nie unika uwa­dze skryp­tów sztucz­nej in­te­li­gen­cji. –> …mru­czę pod nosem, co za­pew­ne nie umyka uwa­dze skryp­tów sztucz­nej in­te­li­gen­cji.

 

jesz­cze chwi­la i na­praw­dę z chę­cią opusz­czę pla­ne­tę. –> …jesz­cze chwi­la i na­praw­dę z chę­cią opusz­czę pla­ne­tę.

 

-Chodź, im szyb­ciej bę­dzie­my mieli to za nami, tym le­piej. –> Chodź, im szyb­ciej bę­dzie­my mieli to za sobą, tym le­piej.

 

be­to­no­wy tunel, oświe­tlo­ny tylko sła­bym świa­tłem le­do­wych pa­sków. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

scho­dy, po któ­rych scho­dzi­my ko­lej­ne tyle. Wcho­dzi­my do po­cze­kal­ni… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

wnio­sku­ję to po tym jak się na nią pa­trzy. –> …wnio­sku­ję to po tym, jak na nią pa­trzy.

 

Przy­je­dzie­cie pań­stwo szcze­gó­ło­we szko­le­nie su­rvi­va­lo­we. –> Przej­dzie­cie/ Odbędziecie pań­stwo szcze­gó­ło­we szko­le­nie su­rvi­va­lo­we.

 

już wsta­li i za­spa­ny­mi ocza­mi ob­ser­wu­ją dal­sze po­czy­na­nia isto­ty. –> …już wsta­li i za­spa­ny­mi ocza­mi ob­ser­wu­ją dal­sze po­czy­na­nia isto­ty.

 

Z tyłu sły­szę gło­śne, ko­bie­ce “oh… –> Z tyłu sły­szę gło­śne, ko­bie­ce “och

 

zna­cze­nie tego okrzy­ku do mnie nie nie do­cie­ra. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

aby wasze dusze spo­cze­ły na… –> Literówka.

 

Mamy szczę­ście, że spo­tka­ły nas w dro­dze su­per­no­wy, me­te­ory­ty lub zde­rze­nia z czar­ny­mi dziu­ra­mi. –> pewnie miało być: Mamy szczę­ście, że nie spo­tka­ły nas w dro­dze su­per­no­we, me­te­ory­ty lub zde­rze­nia z czar­ny­mi dziu­ra­mi.

 

Na pewno nikt z nas nie umarł, bo ani A’vy, ani Edan nie ma w swo­ich ka­bi­nach… –> Na pewno nikt z nas nie umarł, bo ani A’vy, ani Edan nie ma w ich ka­bi­nach

 

to co widzę prze­cho­dzi moje naj­głęb­sze wy­obra­że­nia. –> …to, co widzę, prze­cho­dzi moje naj­śmiel­sze wy­obra­że­nia.

 

po ude­rze­niu kap­su­ły. Mu­sie­li­śmy wy­lą­do­wać już jakiś czas temu, drob­ne “ro­śli­ny” za­czę­ły po­kry­wać ze­wnętrz­ne par­tie kap­su­ły. Młod­szy z naszą to­wa­rzysz­ką sie­dzą przy ogni­sku po dru­giej stro­nie kap­su­ły. –> Powtórzenia.

 

co naj­mniej sie­dem-osiem razy. –> …co naj­mniej sie­dem, osiem razy.

 

bę­dzie cięż­ko prze­ła­mać lody i być na­praw­dę otwar­tym. –> …bę­dzie trudno prze­ła­mać lody i być na­praw­dę otwar­tym.

 

przez pla­ne­tę na­cho­dzą wstrzą­sy… –> Raczej: …przez pla­ne­tę przechodzą wstrzą­sy… Lub: …pla­ne­tę na­cho­dzą wstrzą­sy

 

rzeka nie po­tra­fi już utrzy­mać swo­ich fal w swoim nur­cie. –> Raczej: …rzeka nie po­tra­fi już utrzy­mać fal w korycie.

Za SJP PWN: nurt 1«strumień wody w środku rzeki płynący z większą szybkością niż pozostała masa wody»

 

Jakby na praw­dę chcie­li mnie za­trzy­mać. –> Jakby napraw­dę chcie­li mnie za­trzy­mać.

 

Bę­dzie miał do mnie wy­rzu­ty, że się po­świę­cam po raz ko­lej­ny. –> Można komuś czynić wyrzuty, ale nie można mieć wyrzutów do kogoś. Do kogoś można mieć np. pretensje/ żal/ urazę.

 

-Eden, przy­nie­siesz ja­kieś in­for­ma­cje o tru­ją­cych ro­śli­nach?– sły­szę w od­da­li. –> – Edan, przy­nie­siesz ja­kieś in­for­ma­cje o tru­ją­cych ro­śli­nach? – Sły­szę w od­da­li.

 

Kątem oka widzę, jak Edan opie­ra się o fra­mu­gę drzwi i pa­trzy się na nas. –> Kątem oka widzę, jak Edan opie­ra się o fra­mu­gę drzwi i pa­trzy na nas.

 

a rzeka bie­gnie swoim ryt­mem. –> Raczej: …a rzeka płynie swoim ryt­mem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jest tutaj pomysł, ale nie wiem, czy nie lepiej byłoby go wykorzystać z dala od tła charakterystycznego dla nurtu “Umierającej Ziemi”. Tutaj po prostu napotkanie boga na innej planecie totalnie mi się nie skleiło. Zwłaszcza, że starasz się w pierwszej części (drugiej też, ale mniej) silić na jako takie przywiązanie do fizyki – i powiem szczerze, słabo to wychodzi. Nie będę się czepiał, bo taga “hard s-f” nie ma, ale jednego nie daruję:

Tak, co najmniej kilka lat świetlnych, jeżeli wcześniej dożyjemy czwartku.

Mam nadzieję, że wiesz, że lata świetlne to jednostka odległości? ;) Jeśli tak, to owo zdanie brzmi dziwnie. Jeśli nie, to biada, biada…

Masz także tendencję do zachwaszczania tekstu zaimkami oraz przymiotnikami. Sam mam taką tendencję, ale warto z nią walczyć, bo męczy czytelników. Na przykład tutaj:

Budzi mnie nieprawdopodobny, ciągle narastający hałas z zewnątrz.

A przecież można powiedzieć, że “obudził mnie rosnący hałas z zewnątrz”. 

Technicznie jest słabo i to ono najbardziej ciągnie opowiadanie w dół. Zapis dialogów do kapitalnego remontu – na końcu komentarza znajdziesz przydatne linki. Do tego interpunkcja, powtórzenia. I takie kwiatki:

szkolenie survivalowe

Tutaj nie wiem, czy taki zapis jest poprawny. Na pewno jednak wybił mnie z rytmu czytania.

Podsumowując: pomysł okej, ale zarżnięty wykonaniem. Brak fajerwerków. Chwytaj przydane linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję wszystkim za wytknięcie błędów, które zauważyliście i szczególne zwrócenie uwagi na ten z latami świetlnymi (wiedziałem, że to jednostka odległości… nie wiem co we mnie wstąpiło, żeby napisać to tak, a nie inaczej i dlaczego nie zauważyłem tego błędu ani razu przy poprawianiu) i interpunkcją. Opowiadanie pod względem prostych błędów poprawię, chociaż już wiem, że całościowo też nie zachwyciło.

Imiona Ava i Edan dużo zdradzają :) Duży zgrzyt logiczny zaraz na samym początku: skoro w dzień praktycznie nie da się wytrzymać i trzeba nosić płaszcze przeciwsłoneczne a wyjście dwie minuty później z pracy może zabić, czemu oni w nocy śpią a w dzień funkcjonują, zamiast ten cykl odwrócić? Toż nawet obecnie w krajach położonych bliżej równika między 12 a 16, gdy słońce najsilniej operuje, wszelakie życie zamiera, w pracy jest siesta itd. Część z Arcalisem zupełnie do mnie nie trafiła, nie lubię rozwiązań dosłownie w stylu deus-ex-machina, zwłaszcza że po imionach się spodziewałam takiego właśnie rozwiązania i nijak mnie nie zaskoczyło.

Bellatrix, nigdzie nie jest powiedziane dokładnie, że Wszyscy żyją systemem dzień-noc. Co więcej we fragmencie:

To cud, że udaje mi się wrócić przed dziewiątą.

godzina nie jest zbyt późna, tak samo jak godzina wylotu:

Termin wylotu ustalony jest na trzynastego lipca bieżącego roku na godzinę dziewiątą dziesięć.

Jedynym wyjątkiem jest dotarcie do Stacji, który odbywa się od około godziny 11, ale przebiega pod “parasolami”.

 

Rozumiem, że fabuła nie zaskakuje, może następnym razem wyjdzie lepiej i bardziej Ci podpasuje ;)

Fragment: “

Patrzę na zegarek. Spałem trzynaście godzin, czyli, jak szybko kalkuluję w myślach, do odlotu zostały nam niecałe dwadzieścia dwie.

Jak zwykle rano rozciągam się i zapalam papierosa.” – sugeruje, że jednak w nocy śpią a rano wstają i idą do pracy :) stąd wniosek o systemie dzień-noc. Godzina “dziewiąta” w sumie nie mówi, czy to ranek czy wieczór. Natomiast “jak zwykle rano” mówi dużo więcej.

Niekoniecznie musi zawsze rozciągać się i palić papierosa zawsze, gdy wstaje, ale może jedynie, gdy wstaje w godzinach powszechnie przyjętych za poranne. Ewentualnie w definicji bohatera “rano” to moment, w którym rozpoczyna swój cykl dnia.

Nowa Fantastyka