- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Jan Tadeusz

Jan Tadeusz

Autor użył sta­rej kopii ro­bo­czej, tak więc po­ja­wie­nie się opo­wia­da­nia nie ozna­cza końca pro­ble­mów z pu­bli­ka­cją na por­ta­lu. Jed­no­cze­śnie autor nie mógł dłu­żej cze­kać z do­da­niem tek­stu, po­nie­waż każdy na­stęp­ny dzień gro­ził za­pi­sa­niem ko­lej­nych zna­ków poza gór­nym li­mi­tem okre­ślo­nym w kon­kur­sie. Jed­no­cze­śnie uznał, że walka z ogra­ni­cze­nia­mi wa­dli­we­go obec­nie sys­te­mu ope­ra­cyj­ne­go por­ta­lu pa­su­je do fa­bu­ły opo­wia­da­nia.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Finkla, AdamKB, marzan

Oceny

Jan Tadeusz

In­sty­tut Fi­zy­ki Pol­skiej Aka­de­mii Nauk z ze­wnątrz nie wy­glą­da spek­ta­ku­lar­nie, w prze­ci­wień­stwie do tego, co dzie­je się w jego cia­snych mu­rach. Nie­zbyt oka­za­ły bu­dy­nek głów­ny od­dzie­la od ru­chli­wej alei szpa­ler drze­wek i nie­wiel­ki, ogro­dzo­ny par­king. Za nim znaj­du­ją się rzędy ko­lej­nych bu­dyn­ków in­sty­tu­tu tak jak ja pa­mię­ta­ją­cych PRL. Trud­no by­ło­by w nich zna­leźć miej­sce na ogrom­ne la­bo­ra­to­ria, jakie po­ka­zu­je się w fil­mach sen­sa­cyj­nych. Mnie i moim ko­le­gom przy­szło gnieść się w mocno ogra­ni­czo­nej prze­strze­ni i przy każ­dym więk­szym eks­pe­ry­men­cie wal­czyć o to, aby po­mie­ścić całą po­trzeb­ną apa­ra­tu­rę, a potem prze­ci­skać się po­mię­dzy sprzę­tem i me­bla­mi. Tak jak tej let­niej, upal­nej so­bo­ty, choć pra­co­wa­ło nas tylko dwoje.

Dzień był to jed­nak bar­dzo szcze­gól­ny. Po­prze­dza­ły go całe lata przy­go­to­wań – walki z biu­ro­kra­cją, kom­ple­to­wa­nia wy­po­sa­że­nia, a co za tym idzie i zbie­ra­nia fun­du­szy. Tak na­praw­dę moja ka­rie­ra na­uko­wa, w za­sa­dzie całe moje życie pro­wa­dzi­ło do tego mo­men­tu. Dla praw­dzi­we­go na­ukow­ca liczy się wie­dza, do któ­rej za­zwy­czaj do­cho­dzi­my ma­ły­mi krocz­ka­mi, a ten krok miał szan­sę oka­zać się mi­lo­wym.

– Czego spo­dzie­wa się pan po eks­pe­ry­men­cie, pro­fe­so­rze? – Usły­sza­łem głos asy­stent­ki. Anna Sto­krot­na po stu­diach zo­sta­ła dok­to­rant­ką, co nie­zmier­nie mnie cie­szy­ło.

– Tak na­praw­dę, to… nie wiem. – Uśmiech­ną­łem się. – Po­dob­nie jak pan Young świa­tło, prze­pu­ści­my przez szcze­li­ny wiąz­kę elek­tro­nów, aby uzy­skać obraz dy­frak­cyj­ny. Potem włą­czy­my de­tek­to­ry i prąż­ki zmie­nią się w…

– Pro­fe­so­rze!

– …dwie… prze­pra­szam, Sto­krot­ko. – Wła­śnie zo­sta­łem przy­ła­pa­ny na tym, że naj­bar­dziej bły­sko­tli­wej stu­dent­ce, jaką mia­łem, opi­su­ję jedno z naj­prost­szych do­świad­czeń z fi­zy­ki. – Na­tu­ra wy­kła­dow­cy – do­da­łem w uspra­wie­dli­wie­niu.

– Za­zwy­czaj, aby ob­ser­wo­wać zmia­nę ob­ra­zu dy­frak­cyj­ne­go, nie używa się kom­pu­te­rów kwan­to­wych – wska­za­ła ogrom­ny krio­stat, który dawał znać o swo­jej pracy prze­ni­kli­wym szu­mem.

– Pięk­ny, praw­da? – Ze środ­ka su­fi­tu, ni­czym ogrom­ny sta­lak­tyt, zwi­sa­ło kłę­bo­wi­sko me­ta­licz­nych pły­tek, cy­lin­drów i rurek, omia­ta­jąc pod­ło­gę wiąz­ka­mi ko­lo­ro­wych prze­wo­dów. Kie­ro­wa­nie ze­spo­łem, który zbu­do­wał to cudo tech­ni­ki, na­pa­wa­ło mnie dumą. Tego dnia jed­nak naj­więk­sze osią­gnię­cie na­sze­go in­sty­tu­tu, skry­te we­wnątrz prze­myśl­ne­go sys­te­mu chło­dze­nia, było je­dy­nie na­rzę­dziem. – Bę­dzie ul­tra­szyb­kim re­je­stra­to­rem, dzię­ki kwan­to­we­mu splą­ta­niu z de­tek­to­ra­mi.

– Za­mie­rza pan… – jej oczy stały się ogrom­ne – …za­re­je­stro­wać tra­jek­to­rię elek­tro­nów bez wy­wo­ła­nia ko­lap­su funk­cji fa­lo­wej!

– Albo za­re­je­stro­wać, co się da, zanim ten ko­laps na­stą­pi. Spró­bu­je­my być szyb­si od na­tu­ry.

Anna po­trze­bo­wa­ła kilku minut, aby się uspo­ko­ić, więc zro­bi­łem nam kawę. Potem dłuż­szą chwi­lę tłu­ma­czy­łem do­kład­ny prze­bieg eks­pe­ry­men­tu i jej w nim rolę. Nie chcia­łem an­ga­żo­wać więk­sze­go ze­spo­łu, bo nie mia­łem pew­no­ści, czy co­kol­wiek od­kry­je­my.

Do szumu kwan­to­we­go kom­pu­te­ra do­łą­czy­ło bu­cze­nie trans­for­ma­to­rów i pompy próż­nio­wej. Ob­ser­wo­wa­łem na mo­ni­to­rach wzo­ro­we, re­gu­lar­ne prąż­ki in­ter­fe­ren­cyj­ne. Ide­al­ny obraz dy­frak­cji świad­czą­cy o tym, że stru­mień elek­tro­nów wy­strze­li­wa­nych z mo­je­go dzia­ła elek­tro­no­we­go za­cho­wy­wał się jak ty­po­wa fala. Pod­nio­słem do ust fi­li­żan­kę i wzią­łem łyk chłod­nej już kawy. Za chwi­lę miało zda­rzyć się to, na co tak długo cze­ka­łem. Kilka se­kund, po któ­rych ku­bi­ty su­per­kom­pu­te­ra ule­gną de­ko­he­ren­cji. Mgnie­nie oka na spoj­rze­nie za pod­szew­kę rze­czy­wi­sto­ści.

– Włącz! – nie­mal wy­krzy­cza­łem do Anny, a ona na­tych­miast wy­peł­ni­ła po­le­ce­nie. Wszyst­ko za­mar­ło, jakby czas się za­trzy­mał…

 

Chło­dze­nie kom­pu­te­ra, pompa próż­nio­wa, bu­cze­nie trans­for­ma­to­rów – za­awan­so­wa­ny sprzęt zda­wał się, ni­czym wer­ble, akom­pa­nio­wać tej do­nio­słej chwi­li. In­ter­fe­ren­cyj­ne prąż­ki dziel­nie prę­ży­ły się na mo­ni­to­rach. Unio­słem do ust fi­li­żan­kę…

– Aaa! – kawa była go­rą­ca jak lawa, przez co upu­ści­łem na­czy­nie, zdo­biąc swój la­bo­ra­to­ryj­ny far­tuch brą­zo­wą plamą. – A niech to… – po­pra­wi­łem cięż­kie oku­la­ry i z prze­kleń­stwem na ustach ru­szy­łem w stro­nę anek­su ku­chen­ne­go po pa­pie­ro­we ręcz­ni­ki. Nagle świat za­wi­ro­wał i zgasł.

Chwi­lę potem ob­ser­wo­wa­łem z góry, jak Anna przy­tom­nie od­ci­na prąd od trans­for­ma­to­rów, po czym de­li­kat­nie od­cią­ga moje ciało od wy­rwa­nych prze­wo­dów, klęka nad nim, spraw­dza od­dech, puls. Po­wstrzy­mu­jąc łzy, za­dzwo­ni­ła po pomoc i przy­stą­pi­ła do re­su­scy­ta­cji. Obraz za­czął ciem­nieć, by po chwi­li przejść w czar­ną pust­kę. Nadal sły­sza­łem szum kwan­to­we­go kom­pu­te­ra, bu­cze­nie pompy próż­nio­wej i Annę – … dwa­dzie­ścia dzie­więć, trzy­dzie­ści! – Wdech. Drugi. – Jeden, dwa, trzy…

 

***

 

Czu­łem się, jakby wcią­gnę­ło mnie do rury od­ku­rza­cza. Po chwi­li sta­łem w małym po­miesz­cze­niu o bia­łych ścia­nach, przed drzwia­mi z wiel­kim na­pi­sem „Wi­ta­my” i bar­dzo nie chcia­łem przez nie prze­cho­dzić. Jesz­cze nie. Naj­pierw trze­ba po­zbie­rać myśli.

Czy to na­praw­dę się wy­da­rzy­ło? Po­śli­zgną­łem się na roz­la­nej kawie i wpa­dłem w prze­wo­dy do­pro­wa­dza­ją­ce prąd do trans­for­ma­to­ra? Mo­głem, być może, do­ko­nać jed­ne­go z naj­więk­szych od­kryć w hi­sto­rii ludz­ko­ści i zgi­ną­łem tuż przed po­ra­żo­ny prą­dem, jak pie­przo­ny fajt­ła­pa!

– Kurwa ma­aaaać!!! – roz­dar­łem się na całe gar­dło.

Długą chwi­lę za­ję­ło mi uspo­ko­je­nie się. „Wi­ta­my”? Wal­cie się! Wcale nie chcia­łem tu być. Zresz­tą, kto mnie wita i gdzie? Od ukoń­cze­nia szko­ły śred­niej byłem ate­istą prze­ko­na­nym o tym, że śmierć to ko­niec na­szej eg­zy­sten­cji, a tu pro­szę – nie­spo­dzian­ka! Bra­ko­wa­ło jesz­cze ro­ga­te­go dia­bła, po­py­cha­ją­ce­go mnie wi­dła­mi w kie­run­ku kotła ze smołą za prze­kleń­stwo, które mi się wy­rwa­ło… Nie! Nie wy­rwa­ło mi się. Prze­kli­nam, jak je­stem wkur­wio­ny. Jeśli to powód, aby ska­zać mnie na wiecz­ne po­tę­pie­nie, to pro­szę bar­dzo. Mam gdzieś Niebo, jeśli nie można w nim swo­bod­nie oka­zy­wać emo­cji. Na­ci­sną­łem klam­kę, a drzwi roz­war­ły się bez­sze­lest­nie.

Nie tego się spo­dzie­wa­łem. Nie było raj­skich ogro­dów ani pie­kiel­nych cze­lu­ści. Żad­ne­go chóru anio­łów, czy świa­tło­ści wie­ku­istej. Wy­glą­da­ło to ra­czej jak ter­mi­nal ogrom­ne­go lot­ni­ska pod wiel­ką, szkla­ną ko­pu­łą. Za szkłem, na żół­ta­wym nie­bie, wśród po­ma­rań­czo­wych ob­ło­ków, zo­ba­czy­łem ogrom­ną pla­ne­tę oto­czo­ną pięk­ny­mi, lo­do­wy­mi pier­ście­nia­mi.

– Halo! Pro­szę pana! Pro­szę tu po­dejść!

Za nie­wiel­kim biur­kiem kilka me­trów przede mną sie­dzia­ła drob­na, młoda ko­bie­ta i bar­dzo sta­ra­ła się wy­grać z Sa­tur­nem walkę o moją uwagę. Wresz­cie jej się to udało. Pod­sze­dłem. Wy­glą­da­ła na nie mniej zdez­o­rien­to­wa­ną ode mnie.

– Ale co pan tu robi? Skąd się pan tu wziął?

– Też chciał­bym wie­dzieć – od­par­łem cał­kiem szcze­rze. – Chyba umar­łem.

– No tak, ale dla­cze­go tak wcze­śnie? – Blat biur­ka mojej roz­mów­czy­ni oka­zał się ekra­nem do­ty­ko­wym, na któ­rym go­rącz­ko­wo sta­ra­ła się zna­leźć ja­kieś in­for­ma­cje.

– W pełni się z panią zga­dzam. Jeśli gdzieś tu można zgło­sić re­kla­ma­cję, to ja chęt­nie wrócę, skąd przy­by­łem. Mam tam pe­wien eks­pe­ry­ment do do­koń­cze­nia.

– Pro­szę sobie nie żar­to­wać, tam się nie wraca. – Mała blon­dyn­ka w błę­kit­nym uni­for­mie usil­nie wer­to­wa­ła ja­kieś ta­bel­ki na roz­świe­tlo­nym stole. – No tak! – wy­krzyk­nę­ła z za­do­wo­le­niem. – Miał pan się u nas po­ja­wić za dwie go­dzi­ny i dwa­dzie­ścia trzy mi­nu­ty.

Pa­trzy­ła mi pro­sto w oczy z wy­raź­nym wy­rzu­tem.

– Ale to pani ma teraz ja­kieś pre­ten­sje do mnie? – Cała sy­tu­acja wy­da­wa­ła się coraz bar­dziej ab­sur­dal­na.

– No prze­cież jest tu jasno na­pi­sa­ne. O dwu­dzie­stej trze­ciej szes­na­ście, śpiąc w szpi­tal­nym łóżku, miał się pan za­dła­wić ję­zy­kiem.

– Wi­docz­nie nie do­wieź­li mnie do szpi­ta­la – wz­ru­szy­łem ra­mio­na­mi.

– Panie Marku… – za­czę­ła.

– Nie mam na imię Marek – oświad­czy­łem na­tych­miast, po czym na­sta­ła nie­zręcz­na cisza, gdy mie­rzy­li­śmy się wzro­kiem.

– Pan Marek Kwiat­kow­ski – wy­ce­dzi­ła po­wo­li, zer­ka­jąc na blat biur­ka. – Wy­gląd się zga­dza – kon­ty­nu­owa­ła, wi­dząc prze­czą­cy ruch mojej głowy. – To, kim pan jest do cho­le­ry?!

No pro­szę, w za­świa­tach wolno kląć! Nie jest tak źle.

– Jan – ski­ną­łem lekko głową. – Jan Ta­de­usz Polak.

– Co pan robi w ciele pana Kwiat­kow­skie­go? – spy­ta­ła po dłuż­szej chwi­li.

– Nie wiem.

– No, ale prze­cież nie można tak sobie brać czy­je­goś ciała!

– To się wy­da­rzy­ło ra­czej bez mo­je­go udzia­łu.

– Za dwie go­dzi­ny i szes­na­ście minut po­ja­wi się tu pan Kwiat­kow­ski, a ja nie mam dla niego dru­giej po­wło­ki.

– Chcia­ło­by się po­wie­dzieć, nie­zły macie bur­del w tym Ar­cheo. – Nie wiem dla­cze­go, ale ab­surd tej sy­tu­acji za­czął mnie bawić.

– Co? – Mojej ad­wers… Ad­wer­sa­rzy­st­ce? Ad­wer­sa­tor­ce? Ad­wer­sar­ce może? Ja pier­dzie­lę! Nie na­dą­żam za tymi no­wy­mi fe­mi­na­ty­wa­mi. Je­stem fi­zy­kiem kwan­to­wym, a nie po­lo­ni­stą. W każ­dym razie mo­je­mu ad­wer­sa­rzo­wi, choć to ona, a nie on, nie było do śmie­chu. – Bę­dzie pan mu­siał oddać ciało!

– Nie ma mowy. Jak ja będę wy­glą­dał bez ciała?

– W ogóle nie bę­dzie pan wy­glą­dał. Za­wsze ja­kieś pro­ble­my z tymi Po­la­ka­mi – wes­tchnę­ła głę­bo­ko.

– Ale ja nie mó­wi­łem, że je­stem Po­la­kiem. To zna­czy, je­stem, ale mó­wi­łem, że na­zy­wam się Polak.

– Po­dwój­ne nie­szczę­ście. Ja nie wiem, co mam z panem zro­bić. Muszę to zgło­sić. – W tym mo­men­cie jej oczy za­bły­sły, jakby na kon­tak­to­wych so­czew­kach wy­świe­tlił się jakiś obraz. Za­czę­ła po­ta­ki­wać, więc zo­rien­to­wa­łem się, że jest uczest­ni­kiem roz­mo­wy, któ­rej nie byłem w sta­nie usły­szeć. W każ­dym razie w wy­ni­ku tej wi­de­okon­fe­ren­cji moja roz­mów­czy­ni, choć nadal prze­ję­ta, znacz­nie się roz­luź­ni­ła. – No do­brze. Wy­zna­czam panu wi­zy­tę u psy­cho­lo­ga. Tam się pan dowie wię­cej.

– Nie po­trze­bu­ję psy­cho­lo­ga… chyba.

– To stan­dar­do­wa pro­ce­du­ra. Wi­ta­my na Ty­ta­nie i… do wi­dze­nia.

W polu mo­je­go wi­dze­nia wła­śnie po­ja­wi­ło się okien­ko na­wi­ga­cji, jak­bym nosił oku­la­ry z wy­świe­tla­czem. Wy­glą­da­ło na to, że pani zza biur­ka de­fi­ni­tyw­nie za­koń­czy­ła roz­mo­wę, więc nie po­zo­sta­ło mi nic in­ne­go, jak od­wza­jem­nić „do wi­dze­nia” i po­dą­żyć wska­za­ną drogą.

 

***

 

Stwier­dzić, że po­sze­dłem do psy­cho­lo­ga, by­ło­by chyba drob­nym nad­uży­ciem. Zde­cy­do­wa­ną więk­szość drogi po­ko­na­łem, sto­jąc na wbu­do­wa­nym w pod­ło­gę trans­por­te­rze. Mi­ja­łem dzie­siąt­ki ubra­nych w neu­tral­ne, białe kom­bi­ne­zo­ny, rów­nie jak ja zdez­o­rien­to­wa­nych umrzy­ków. Po pra­wej cią­gnął się rząd jed­na­ko­wych drzwi, któ­rych drugą stro­nę za­pew­ne zdo­bił napis „Wi­ta­my”. Przed każ­dy­mi, za nie­wiel­kim biur­kiem sie­dzia­ła jakaś pani w błę­kit­nym uni­for­mie. Swoją drogą, nie dbają tu o pa­ry­te­ty? Zresz­tą, co ja wiem o za­świa­tach? Może anio­ły tak wła­śnie wy­glą­da­ją. Co jakiś czas drzwi się otwie­ra­ły i wy­cho­dził z nich ko­lej­ny, za­gu­bio­ny nie­szczę­śnik.

Z wiel­kiej hali, nie zmie­nia­jąc trans­por­te­ra, wje­cha­łem w sze­ro­ki ko­ry­tarz. Po­wle­ka­ne szkłem ścia­ny spra­wi­ły, że mo­głem się nieco przyj­rzeć wła­sne­mu od­bi­ciu. A ra­czej panu Kwiat­kow­skie­mu – wy­so­kie­mu bru­ne­to­wi o buj­nej czu­pry­nie i sze­ro­kiej szczę­ce. Po­wi­nie­nem tam zo­ba­czyć ni­skie­go, bro­da­te­go, ły­sie­ją­ce­go osob­ni­ka w oku­la­rach jak denka od sło­ików. Pan Bóg dał mi ni­ja­ką twarz i rude włosy, które z cza­sem spier­dzie­li­ły z mojej głowy. Dał też wadę wzro­ku, abym nie na­ba­wił się kom­plek­sów, sto­jąc przed lu­strem. Nie omiesz­kam mu tego wy­po­mnieć, gdy go spo­tkam. Z dru­giej stro­ny, dał rozum, po­czu­cie hu­mo­ru, wdzięk, cha­ry­zmę… Pu­ści­łem oczko do wła­snych myśli.

Wła­śnie sta­ną­łem przed drzwia­mi bez ta­blicz­ki in­for­ma­cyj­nej, za to wbu­do­wa­na w moje nowe oczy na­wi­ga­cja oznaj­mia­ła, że zna­la­złem się we wła­ści­wym miej­scu.

We­wnątrz przy­wi­tał mnie rosły męż­czy­zna w se­le­dy­no­wym gar­ni­tu­rze. Jego sze­ro­ki uśmiech mu­siał być przy­kle­jo­ny do twa­rzy od lat.

– Dzień dobry, panie Ta­de­uszu.

– Janie Ta­de­uszu. Albo po pro­stu – Janie.

– Ach tak? – Uśmiech je­dy­nie na uła­mek se­kun­dy ustą­pił wy­ra­zo­wi za­kło­po­ta­nia. – Ja tu mam, że na­zy­wa się pan Ta­de­usz. – Zer­k­nął szyb­ko w ta­blet trzy­ma­ny w ręku. – Pro­szę, niech pan siada. – Wska­zał jeden z dwóch wiel­kich fo­te­li. Poza nimi w cał­kiem ob­szer­nym po­miesz­cze­niu nie było in­nych mebli. Nawet do­ni­cy z kwiat­kiem. Strasz­nie asce­tycz­ne te za­świa­ty.

– Na­zy­wam się Polak, a Ta­de­usz to moje dru­gie imię. – Za­pa­dłem się w bez­gra­nicz­ną mięk­kość. Ten fotel wy­gry­wał wy­go­dą z każdą sofą, która kie­dy­kol­wiek sta­nę­ła w ga­bi­ne­cie psy­cho­lo­ga.

– A Polak to nie pana na­ro­do­wość? – za­py­tał, sia­da­jąc na­prze­ciw­ko.

– Też. – No, nor­mal­nie mają tu… Ar­cheo. Ta myśl wzbu­dzi­ła de­li­kat­ny uśmie­szek na twa­rzy, a mój roz­mów­ca stu­pro­cen­to­wo to wy­chwy­cił.

– Prze­pra­szam, panie Janie, ale tra­fił pan do nas poza pla­nem i re­cep­cjo­nist­ka mu­sia­ła wpro­wa­dzić dane ręcz­nie. Ja na­zy­wam się Scott Mil­ton i je­stem psy­cho­lo­giem.

– Nie wiem, czy po­trze­bu­ję psy­cho­lo­ga. Za­zwy­czaj do­brze sobie radzę, nawet w bar­dzo trud­nych sy­tu­acjach.

– Oczy­wi­ście. – Sze­ro­ki, pro­fe­sjo­nal­ny uśmiech wciąż go­ścił na jego ustach. – To stan­dar­do­wa pro­ce­du­ra. Ktoś musi ob­ja­śnić no­wo­przy­by­łym, gdzie się zna­leź­li i jak tu wszyst­ko funk­cjo­nu­je, a że czę­sto lu­dzie nie radzą sobie ze śmier­cią, lub z tym, co po niej za­sta­ją, aby unik­nąć za­ła­mań ner­wo­wych, po­wie­rzo­no tę rolę psy­cho­lo­gom.

– Ro­zu­miem. Więc pro­szę wy­ja­śniać, a ja po­sta­ram się nie za­ła­mać.

– Skoro jest pan, jak widzę, w świet­nej for­mie psy­cho­fi­zycz­nej, nie bę­dzie­my owi­jać w ba­weł­nę.

– Niech pan nie owija.

– O, pro­szę! – Mój roz­mów­ca wy­krzyk­nął ra­do­śnie po tym, jak jego ta­blet lekko za­wi­bro­wał. – W sys­te­mie zak­tu­ali­zo­wa­no pana dane. – Za­pa­trzył się w nie przez chwi­lę. – Fizyk. Pro­fe­sor. Świet­nie, to nam uła­twi spra­wę. – Prze­niósł wzrok na mnie. – Naj­kró­cej, jak się da. Po­przez rze­ko­mą śmierć wy­szedł pan z sy­mu­la­cji.

– Oke­eej… – Mimo że teo­ria sy­mu­la­cji nie była mi obca, a sam na­pi­sa­łem kilka ar­ty­ku­łów w Scien­ce na ten temat, po­trze­bo­wa­łem chwi­li, aby tę in­for­ma­cję przy­swo­ić. W sumie nie po­wi­nie­nem być za­sko­czo­ny. Pla­nu­jąc mój ostat­ni eks­pe­ry­ment, bra­łem taką moż­li­wość pod uwagę. Gdyby nie wy­pa­dek z kawą, może nawet zy­skał­bym do­wo­dy na jej po­twier­dze­nie. – Czyli…

– Czyli świat, jaki pan zna, był wy­ge­ne­ro­wa­ny na na­szych ser­we­rach. Teraz znaj­du­je­my się w re­al­nym świe­cie, a pana życie na dobrą spra­wę do­pie­ro się za­czy­na. Czyż to nie wspa­nia­łe?

– A Zie­mia? Nie ist­nie­je?

– Ist­nie­je, choć taką, jaką pan po­znał, była kilka ty­się­cy lat temu. – Służ­bo­wy uśmiech teraz znik­nął z twa­rzy Scot­ta. – Za­zwy­czaj wpro­wa­dzam moich pod­opiecz­nych po­wo­li w nasze re­alia, ale z panem mo­że­my sobie po­zwo­lić na wię­cej. Poza tym roz­ma­wia­my poza ko­lej­ką, więc trosz­kę mi się spie­szy.

– No do­brze. To po co ta sy­mu­la­cja?

– Pod ko­niec dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wieku udało się prze­nieść ludz­ką świa­do­mość z bio­lo­gicz­ne­go ciała do ma­szy­ny. Przez dzie­się­cio­le­cia do­sko­na­lo­no tę tech­ni­kę, a przez na­stęp­ne stu­le­cia do­ko­na­no cał­ko­wi­tej mi­gra­cji ludz­ko­ści do no­wych, cy­ber­ne­tycz­nych po­włok. Dzię­ki nim sta­li­śmy się prak­tycz­nie nie­śmier­tel­ni, a prze­strzeń ko­smicz­na i wszel­kie, do­tych­czas nie­do­stęp­ne dla nas świa­ty sta­nę­ły przed nami otwo­rem.

– To zna­czy, że moje ciało też…

– Za­sad­ni­czo jest to ciało pana Kwiat­kow­skie­go, któ­re­go śmierć mu­sie­li­śmy nieco od­su­nąć w cza­sie, ale tak, to jest ciało cy­ber­ne­tycz­ne. Za­pew­ne za­uwa­żył pan, że nie musi od­dy­chać, nie jest pan głod­ny, ani spra­gnio­ny. Nie usły­szy pan też bicia serca.

– My­śla­łem, że to efekt śmier­ci.

– Jak pan już pew­nie się zo­rien­to­wał, je­ste­śmy na Ty­ta­nie. Może pan po roz­mo­wie ze mną spo­koj­nie wyjść na ze­wnątrz, bez ja­kie­go­kol­wiek kom­bi­ne­zo­nu, po­pły­wać w me­ta­no­wym je­zio­rze, tu nie­opo­dal. Nie udusi się pan. Nie za­mar­z­nie. Nie utopi. Nawet się pan nie zmę­czy.

– Dla­cze­go nie od­czu­wam skut­ków mniej­szej gra­wi­ta­cji?

– Ser­wo­me­cha­ni­zmy w na­szych cia­łach do­pa­so­wu­ją się au­to­ma­tycz­nie do wa­run­ków. Po­zby­cie się bio­lo­gicz­nej czę­ści na­szej eg­zy­sten­cji ma swoje za­le­ty, ale też miało jedną po­waż­ną wadę. Unie­moż­li­wia pro­kre­ację. Droga Mlecz­na cze­ka­ła na za­sie­dle­nie, ale wobec jej ogro­mu ludzi było zbyt mało. Pró­bo­wa­no za­im­ple­men­to­wać w cy­ber­ne­tycz­ne ciała sztucz­ną in­te­li­gen­cję, lecz z braku ludz­kich do­świad­czeń, krę­go­słu­pa mo­ral­ne­go, jed­nost­ki takie nie zy­ska­ły apro­ba­ty spo­łe­czeń­stwa. Wtedy po­wstał pro­jekt Eden i Cen­trum Sy­mu­la­cji na Ty­ta­nie.

Uwa­ża­łem się za by­stre­go, ale i tak cała ta wie­dza po­trze­bo­wa­ła tro­chę czasu, aby za­gnieź­dzić się w moim umy­śle. Uży­wa­no cy­fro­wej kopii daw­nej Ziemi, by tre­no­wać sztucz­ne in­te­li­gen­cje. Wró­ci­ły do mnie słowa psy­cho­lo­ga o tym, że moje życie do­pie­ro się za­czy­na. Pro­fe­sor? Dobre sobie. Wła­śnie się czu­łem jak świe­żo upie­czo­ny ma­tu­rzy­sta przed eg­za­mi­na­mi na stu­dia. Zaraz! Prze­cież ja nawet nie byłem czło­wie­kiem.

– Czyli je­stem SI?

– Jak ja i każdy, kogo pan tu spo­tkał. – Uśmiech, choć tym razem bar­dziej do­bro­tli­wy, wró­cił na usta pana Mil­to­na. – Tym niech pan sobie w naj­mniej­szym stop­niu nie za­przą­ta głowy. Pro­jekt Eden oka­zał się ogrom­nym suk­ce­sem. Wie­lo­krot­ne ba­da­nia wy­ka­za­ły, że ni­czym nie róż­ni­my się od Pierw­szych, poza po­cho­dze­niem, oczy­wi­ście.

– Pierw­szych?

– Uro­dzo­nych na daw­nej Ziemi. – Męż­czy­zna przy­glą­dał mi się przez chwi­lę. – Wy­glą­da na to, że wszyst­ko pan zro­zu­miał, a za­ła­ma­nie ner­wo­we panu nie grozi, więc ja się po­wo­li będę uda­wał do są­sied­nie­go ga­bi­ne­tu na ko­lej­ną roz­mo­wę. Pan może tu jesz­cze tro­chę po­sie­dzieć i wszyst­ko prze­tra­wić. – Męż­czy­zna wstał i ru­szył do wyj­ścia.

– A co potem?

– Za trzy go­dzi­ny stawi się pan przed Ko­mi­sją Re­kru­ta­cyj­ną i do­sta­nie swój przy­dział, zgod­ny z pre­dys­po­zy­cja­mi. Jutro po­win­no być go­to­we wła­ści­we ciało, więc bę­dzie można do­ko­nać trans­fe­ru.

– A nie mógł­bym zo­stać w tym?

– Cóż – uśmiech­nął się sze­rzej. – Pew­nie da się za­ła­twić. Nasza ga­lak­ty­ka jest tak ogrom­na, że pan Kwiat­kow­ski ma nikłe szan­se spo­tkać swego so­bo­wtó­ra. Po­wo­dze­nia, panie Ta­de­uszu! – dodał, wy­cho­dząc.

– Janie! – krzyk­ną­łem do już za­mknię­tych drzwi.

 

***

 

Skoro mia­łem tro­chę wol­ne­go czasu, stwier­dzi­łem, że wy­bio­rę się na spa­cer po po­wierzch­ni Ty­ta­na. Nie mo­głem sobie tego od­mó­wić. Po­sta­wie­nie nogi na obcym glo­bie, to prze­cież ma­rze­nie nie­mal każ­de­go na­ukow­ca, przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o nauki ści­słe. Ob­słu­ga na­wi­ga­cji oka­za­ła się try­wial­nie pro­sta. Wy­star­czy­ło po­my­śleć o kon­kret­nym miej­scu. Szyb­ko zna­la­złem wyj­ście z kom­plek­su kopuł, a na­stęp­nie ru­szy­łem nieco krętą, lecz nie­zmier­nie gład­ką, wy­pa­lo­ną w ka­mie­niu, drogą. Po pięt­na­stu mi­nu­tach mar­szu w dół ska­li­stej do­lin­ki zna­la­złem się nad brze­giem je­zio­ra. Było tu usta­wio­nych kilka sztucz­nych palm. Widać nie tylko mnie bra­ko­wa­ło ro­ślin­no­ści. Skoro nie mia­łem przy sobie ką­pie­ló­wek, po­zo­sta­ło mi usa­do­wić się na jed­nym z le­ża­ków, usta­wio­nych w rzę­dach. Słoń­ce wła­śnie za­szło, lecz nadal było widno. Ogrom­ny Sa­turn od­bi­jał wy­star­cza­ją­co dużo świa­tła. Jego tar­cza, wy­ła­nia­ją­ca się spo­mię­dzy ob­ło­ków, za­pie­ra­ła dech w pier­si. Dech… Tak łatwo od­zwy­cza­ić się od od­dy­cha­nia. Za­sta­na­wia­łem się, jaki przy­dział do­sta­nę. W jaki za­ką­tek ga­lak­ty­ki rzuci mnie los? Jakie nowe świa­ty przyj­dzie mi zo­ba­czyć? Znów czu­łem się młody, pełen ener­gii. Nie od­dy­cha­łem pełną pier­sią.

Z le­żacz­ka wy­go­nił mnie wę­glo­wo­do­ro­wy deszcz. Może to i le­piej, bo roz­ma­rzo­ny i za­pa­trzo­ny w niebo mógł­bym prze­ga­pić ko­lej­ną wi­zy­tę.

 

– Witaj, Janie Po­la­ku. Usiądź, pro­szę.

Sala Ko­mi­sji Re­kru­ta­cyj­nej była spo­rych roz­mia­rów, ale za­ska­ku­ją­co skrom­nie wy­po­sa­żo­na. Usia­dłem we wska­za­nym miej­scu. Na­prze­ciw mnie, w po­dob­nym fo­te­lu, ale na nie­wiel­kim pod­wyż­sze­niu sie­dział czło­wiek w czar­nym, zdo­bio­nym zło­ty­mi wstaw­ka­mi, mun­du­rze. Wy­glą­da­ło na to, że stro­je tutaj były przy­pi­sa­ne do peł­nio­nej funk­cji. W pierw­szej chwi­li po­my­śla­łem, że to tro­chę prze­sa­da na­zy­wać po­je­dyn­cze­go osob­ni­ka ko­mi­sją, ale bły­ski świa­tła w jego oczach uświa­do­mi­ły mi, że nie był sam.

– Wi­dzisz, Janie, twoje po­ja­wie­nie się bar­dzo nas za­sko­czy­ło. Za­zwy­czaj na długo przed przy­by­ciem tu no­wych adep­tów mamy już przy­go­to­wa­ne dla nich przy­dzia­ły. Zda­rza się nawet, że drob­ny­mi in­ge­ren­cja­mi w sy­mu­la­cji po­py­cha­my nie­któ­re jed­nost­ki w kie­run­ku roz­wo­ju, jaki jest nam po­trzeb­ny. Z tobą jed­nak mamy pe­wien kło­pot.

Jaki znowu kło­pot, psia jego… I co? Mam być pierw­szym bez­ro­bot­nym na Ty­ta­nie?

– Je­stem fi­zy­kiem kwan­to­wym. Nie po­trze­bu­je­cie na­ukow­ców? Mając cały wszech­świat do zba­da­nia? Nie bu­du­je­cie stat­ków ko­smicz­nych? No­wych na­pę­dów? Kom­pu­te­rów kwan­to­wych?

– Twoja wie­dza jest bar­dzo spe­cy­ficz­na.

– Jak to? Je­stem fi­zy­kiem. Prze­cież fi­zy­ka wszę­dzie jest taka sama – już wy­po­wia­da­jąc to zda­nie i wi­dząc prze­czą­cy gest re­kru­te­ra, uświa­do­mi­łem sobie, że jest ono błęd­ne. – Fi­zy­ka nie jest taka sama?

– Nie jest – przy­tak­nął. – Będąc we­wnątrz sy­mu­la­cji, ba­da­łeś jej fi­zy­kę z wszel­ki­mi ba­rie­ra­mi, ja­kich tutaj nie mamy. Można po­wie­dzieć, że sta­łeś się wy­so­ce wy­spe­cja­li­zo­wa­nym eks­per­tem w tej dzie­dzi­nie.

Nagle jakby klap­ki opa­dły mi z oczu. No tak! Prze­cież kom­pu­te­ry, na któ­rych dzia­ła­ła sy­mu­la­cja, nawet naj­po­tęż­niej­sze, mu­sia­ły mieć swoje ogra­ni­cze­nia sprzę­to­we. Cała nie­okre­ślo­ność w fi­zy­ce kwan­to­wej mogła być me­cha­ni­zmem oszczę­dza­nia cen­nych za­so­bów. Nie­prze­kra­czal­na ba­rie­ra pręd­ko­ści świa­tła. Sama war­tość tej pręd­ko­ści. Dy­la­ta­cja czasu w jej po­bli­żu. Wresz­cie nie­osią­gal­na ener­gia po­trzeb­na do jej uzy­ska­nia dla czą­stek o nie­ze­ro­wej masie. Jeśli w re­al­nym świe­cie te re­stryk­cje nie ist­nia­ły, to wszech­świat fak­tycz­nie sta­wał się dla ludz­ko­ści do­stęp­ny!

– Prze­cież czu­łeś to od dawna – po chwi­li danej mi na prze­my­śle­nia ode­zwa­ła się po­stać w czer­ni. – Mu­sia­łeś prze­czu­wać. Cały czas dą­ży­łeś do zba­da­nia tych zja­wisk. Po to prze­pro­wa­dzi­łeś ten nie­szczę­sny eks­pe­ry­ment.

– Nie­szczę­sny?

– Do­brze, że sys­tem ope­ra­cyj­ny w porę wy­rzu­cił cię z sy­mu­la­cji.

– Co zro­bił?

– Jak sma­ko­wa­ła ci kawa?

Kawa? Po­wró­ci­ły wspo­mnie­nia sprzed kilku go­dzin. Za­pa­rzy­łem espres­so. Potem roz­ma­wia­li­śmy ze Sto­krot­ką, po­pi­ja­jąc chłod­ną­cy napój. Tuż przed uru­cho­mie­niem sys­te­mu po­mia­ro­we­go wzią­łem łyk z fi­li­żan­ki. Napar był już zimny, a eks­pe­ry­ment się roz­po­czął. Cho­ciaż… nie! Był go­rą­cy, dla­te­go go roz­la­łem!

W fi­zy­ce kwan­to­wej mamy po­ję­cie su­per­po­zy­cji, w któ­rej obiekt jest jed­no­cze­śnie w kilku róż­nych sta­nach, zanim do­ko­na się po­mia­ru, ale to zja­wi­sko wy­stę­pu­je w od­nie­sie­niu do czą­stek sub­a­to­mo­wych, jak foton, czy elek­tron. Schrödin­ger mówił co praw­da o kocie, ale to był je­dy­nie eks­pe­ry­ment my­ślo­wy. Jeśli jed­nak kawa była jed­no­cze­śnie i zimna, i cie­pła, to zgod­nie z hi­po­te­zą Eve­ret­ta, rze­czy­wi­stość roz­pa­dła się na dwie rów­no­le­głe ścież­ki. W pierw­szej do­szło do uru­cho­mie­nia apa­ra­tu­ry ba­daw­czej, w dru­giej po­ra­ził mnie prąd.

– Za­bi­li­ście mnie kawą! – wy­krzyk­ną­łem.

– Nie my. Sys­tem ope­ra­cyj­ny w sy­tu­acji za­gro­że­nia może na mo­ment roz­dzie­lić sy­mu­la­cję na dwa wątki, po czym prze­cho­dzi na ten, w któ­rym spój­ność sy­mu­la­cji nie jest za­gro­żo­na.

– Prze­szedł na tę wer­sję, w któ­rej ja ginę, jak ostat­ni bę­cwał, tuż przed naj­więk­szym osią­gnię­ciem mo­je­go życia!

– Wer­sję, w któ­rej sy­mu­la­cja oca­la­ła, wraz ze wszyst­ki­mi ludź­mi we­wnątrz, nie­świa­do­my­mi two­je­go nie­bez­piecz­ne­go eks­pe­ry­men­tu.

Bu­zo­wa­ły we mnie emo­cje. Odar­to mnie z mo­je­go suk­ce­su. Ode­bra­no ma­rze­nia. Uni­ce­stwio­no, po­zwa­la­jąc my­śleć, że to efekt mojej wła­snej nie­zdar­no­ści. Z dru­giej stro­ny, za­po­bie­gło to ogrom­nej ka­ta­stro­fie, do któ­rej, zgod­nie z moją obec­ną wie­dzą, nie­uchron­nie zmie­rza­łem. Ode­bra­no dziec­ku za­pał­ki…

– Uspo­ko­iłeś się już? – Przed­sta­wi­ciel ko­mi­sji re­kru­ta­cyj­nej wy­ka­zał się cier­pli­wo­ścią i spo­ko­jem.

– Tak, choć wciąż nie ro­zu­miem, dla­cze­go od­by­ło się to w tak bru­tal­ny spo­sób. Dla­cze­go mu­sia­łem umrzeć.

– Prze­cież ży­jesz.

– Tutaj tak, ale tam, na Zie­mii, każda śmierć to tra­ge­dia dla bli­skich.

– To się zda­rzy­ło pierw­szy raz. Au­to­ma­tycz­nie za­re­ago­wał układ bez­pie­czeń­stwa. Sami na po­cząt­ku nie by­li­śmy pewni, co się stało.

– Prze­cież tam we­wnątrz fi­zy­ka kwan­to­wa roz­wi­ja się w naj­lep­sze. Ta­kich, jak ja, bę­dzie coraz wię­cej. Po­zwo­li­cie sys­te­mo­wi ope­ra­cyj­ne­mu wszyst­kich mor­do­wać?

– A co ty byś zro­bił?

– Nie wiem. Ru­szył głową! Sa­bo­to­wał eks­pe­ry­men­ty, pod­mie­niał wy­ni­ki badań, roz­pra­szał uwagę na­ukow­ców, kie­ro­wał ją na inne za­gad­nie­nia… Jest wiele moż­li­wo­ści, tym bar­dziej mogąc ob­ser­wo­wać wszyst­ko z ze­wnątrz i za­wcza­su roz­po­zna­jąc za­gro­że­nia.

Przez oczy mo­je­go dys­ku­tan­ta prze­szła seria roz­bły­sków.

– Ko­mi­sja pod­ję­ła de­cy­zję. Gra­tu­lu­je­my. Twój przy­dział zo­stał za­twier­dzo­ny.

 

***

 

Week­end minął mi na za­akli­ma­ty­zo­wa­niu się w moim nowym, małym apar­ta­men­cie z ogrom­nym oknem na me­ta­no­wą za­tocz­kę i na po­go­dze­niu się z fak­tem, że ska­li­sty Tytan bę­dzie je­dy­nym obcym świa­tem, który od­wie­dzę. Ma­rze­nia o po­dró­żach przez ga­lak­ty­kę ra­czej się już nie zisz­czą. Może kie­dyś uda się wy­rwać gdzieś na urlop. Widok Sa­tur­na tro­chę re­kom­pen­so­wał tę go­rycz.

W po­nie­dzia­łek, w moim nowym, brą­zo­wym uni­for­mie z be­żo­wy­mi wstaw­ka­mi uda­łem się do pracy. Nie było in­nych, wol­nych ko­lo­rów dla no­we­go dzia­łu, któ­re­go byłem pierw­szym i na tę chwi­lę je­dy­nym pra­cow­ni­kiem. Brą­zo­wy? Taki ka­wo­wy ra­czej. Do biura mia­łem trzy mi­nu­ty trans­por­te­rem. Cze­kał tam nie­zmier­nie wy­god­ny fotel, wy­świe­tlacz na całą ścia­nę i biur­ko z do­ty­ko­wym in­ter­fej­sem. Ścien­ny ekran po­dzie­li­łem na kil­ka­na­ście czę­ści, aby móc na nich ob­ser­wo­wać wiele miejsc jed­no­cze­śnie, jak ra­so­wy, pie­przo­ny ochro­niarz. W każ­dym z okie­nek krzą­tał się któ­ryś z moich daw­nych ko­le­gów po fachu. Sami na­ukow­cy, au­to­ry­te­ty świa­ta fi­zy­ki kwan­to­wej, za­ję­ci swo­imi wznio­sły­mi ba­da­nia­mi. A ja mia­łem ich pil­no­wać… sa­bo­to­wać, łamać ka­rie­ry i od­bie­rać ma­rze­nia. Ja pier­do­lę. Po­dob­no byłem ide­al­ny do tej ro­bo­ty. Naj­wyż­szej próby spe­cja­li­sta. Eks­pert je­ba­ny.

Skoń­czy­łem wła­śnie kre­ować awa­tar do in­ter­wen­cji bez­po­śred­nich. Niski, chudy ru­dzie­lec w gru­bych oku­la­rach i bia­łym, la­bo­ra­to­ryj­nym far­tu­chu z plamą po kawie na lewej kla­pie. Przy­szła zmora wszel­kiej maści jed­no­stek ba­daw­czych. Mój strój su­per­bo­ha­te­ra do ra­to­wa­nia sy­mu­lo­wa­ne­go świa­ta. Pan Ta­de­usz.

Koniec

Komentarze

Witaj, Anonimie. :)

 

Gratuluję przezorności. :)

Dzięki za oznaczenie wulgaryzmów. :)

 

Kwestie techniczne i sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):

– … dwie… przepraszam, Stokrotko. – właśnie zostałem przyłapany na tym, że najbardziej błyskotliwej studentce, jaką miałem, opisuję jedno z najprostszych doświadczeń z fizyki. – Natura wykładowcy – dodałem w usprawiedliwieniu. – błędny zapis dialogu?

Nadal słyszałem szum kwantowego komputera, buczenie pompy próżniowej i Annę – …dwadzieścia dziewięć, trzydzieści! – Wdech. Drugi. – jeden, dwa, trzy… – i tu?

– No tak, ale dlaczego tak wcześnie? – blat biurka mojej rozmówczyni okazał się ekranem dotykowym, na którym gorączkowo starała się znaleźć jakieś informacje. – i tutaj?

– Proszę sobie nie żartować, tam się nie wraca – mała blondynka w błękitnym uniformie usilnie wertowała jakieś tabelki na rozświetlonym stole. – No tak! – wykrzyknęła z zadowoleniem. – Miał pan się u nas pojawić za dwie godziny i dwadzieścia trzy minuty. – i tu także?

– Albo zarejestrować (przecinek?) co się da, zanim ten kolaps nastąpi.

Anna potrzebowała kilka minut, aby się uspokoić, więc zrobiłem nam kawę. – gramatyczny/składniowy?

– Okeeej… – Mimo że teoria symulacji nie była mi obca, a sam napisałem kilka artykułów w Science na ten temat, potrzebowałem chwilę, aby tę informację przyswoić. – tu podobnie?

Brakowało jeszcze rogatego diabła, który widłami zapędzi mnie do kotła ze smołą za przekleństwo, które mi się wyrwało… – powtórzenie?

– Ale to pani ma teraz jakieś pretensje do mnie? – cała sytuacja wydawała się coraz bardziej absurdalna. – znowu zły zapis dialogu?

– Widocznie nie dowieźli mnie do szpitala – wyruszyłem ramionami. – i znowu?

 

– Ale to pani ma teraz jakieś pretensje do mnie? – cała sytuacja wydawała się coraz bardziej absurdalna.

– No przecież mam tu jasno napisane. O dwudziestej trzeciej szesnaście, śpiąc w szpitalnym łóżku, miał się pan zadławić językiem. – powtórzenia?

– Pan Marek Kwiatkowski – wycedziła powoli, zerkając na blat biurka. – Wygląd się zgadza – kontynuowała, widząc przeczący ruch mojej głowy. – To, kim pan jest do cholery! – czy ona na końcu nie zadała pytania?

– No (przecinek?) ale przecież nie można tak sobie brać czyjegoś ciała!

– Chciałoby się powiedzieć, niezły macie burdel w tym Archeo – nie wiem dlaczego, ale absurd tej sytuacji zaczął mnie bawić. – kolejny błędny zapis dialogu?

– Podwójne nieszczęście. Ja nie wiem, co mam z panem zrobić. Ja muszę to zgłosić. – W tym momencie jej oczy zabłysły, jakby na kontaktowych soczewkach wyświetlił się jakiś obraz. Zaczęła potakiwać, a ja zorientowałem się, że jest uczestnikiem rozmowy, której nie byłem w stanie usłyszeć. – powtórzenia?

Właśnie stanąłem przed drzwiami bez tabliczki informacyjnej, za to wbudowana w moje nowe oczy nawigacja utwierdziła mnie, że dotarłem we właściwe miejsce. Wewnątrz przywitał mnie rosły mężczyzna w seledynowym garniturze. – i tu?

Mijałem dziesiątki, ubranych w neutralne, białe kombinezony, równie jak ja zdezorientowanych umrzyków. – zbędny pierwszy przecinek?

Albo po prostu (myślnik?) Janie.

– Ach tak? – Uśmiech jedynie na ułamek sekundy ustąpił wyrazowi zakłopotania. – Ja tu mam, że nazywa się pan Tadeusz – zerknął szybko w tablet trzymany w reku. – Proszę, niech pan siada – wskazał jeden z dwóch wielkich foteli. Poza nimi w całkiem obszernym pomieszczeniu nie było innych mebli. Nawet donicy z kwiatkiem. Strasznie ascetyczne te zaświaty. – błędny dialog?

– Oczywiście – szeroki, profesjonalny uśmiech wciąż gościł na jego ustach. – To standardowa procedura. Ktoś musi objaśnić nowoprzybyłym, gdzie się znaleźli i jak tu wszystko funkcjonuje, a że często ludzie nie radzą sobie ze śmiercią, lub z tym, co po niej zastają, aby uniknąć załamań nerwowych, powierzono tę rolę psychologom. – tutaj też?

– Ja tu mam, że nazywa się pan Tadeusz – zerknął szybko w tablet trzymany w reku. – literówka?

– O, proszę! – mój rozmówca wykrzyknął radośnie po tym, jak jego tablet lekko zawibrował. – W systemie zaktualizowano pana dane – zapatrzył się w nie przez chwilę. – Fizyk. Profesor. Świetnie, to nam ułatwi sprawę. – Przeniósł wzrok na mnie – Najkrócej jak się da. Poprzez rzekomą śmierć wyszedł pan z symulacji. – błędny zapis dialogu?

Najkrócej (przecinek?) jak się da.

Mimo że teoria symulacji nie była mi obca, a sam napisałem kilka artykułów w Science na ten temat, potrzebowałem chwilę, aby informację przyswoić. W sumie nie powinienem być zaskoczony. Planując mój ostatni eksperyment, brałem i możliwość pod uwagę. – powtórzenia?

– Urodzonych na dawnej Ziemi. – Zawiesił głos na chwilę, oceniając mnie wzrokiem. – tu z kolei mam wątpliwość, czy to nie gębowe?

Stanięcie na obcym globie, to przecież marzenie niemal każdego naukowca, przynajmniej jeśli chodzi o nauki ścisłe. – celowo taka dziwna forma?

Po kilkunastu minutach marszu w dół skalistej dolinki znalazłem się nad brzegiem jeziora. Było tu ustawionych kilka sztucznych palm. Widać nie tylko mnie brakowało roślinności. Skoro nie miałem przy sobie kąpielówek, pozostało mi usadowić się na jednym z leżaków, ustawionych w kilku rzędach. – powtórzenia?

Jego tarcza, wyłaniająca się spomiędzy obłoków (przecinek?) zapierała dech w piersi.

Jaki znowu kłopot, psia jego… I co? Mam być pierwszym bezrobotnym na Tytanie? – inaczej zapis myśli?

– Wersję, w której symulacja ocalała, wrazwszystkimi ludźmi wewnątrz, nieświadomymi twojego niebezpiecznego eksperymentu. – ze?

– Uspokoiłeś się już? – przedstawiciel komisji rekrutacyjnej wykazał się cierpliwością i spokojem. – znowu błędny dialog?

– To się zdarzyło pierwszy raz. Automatycznie zareagował układ bezpieczeństwa. Sami na początku nie byliśmy pewni, co się wydarzyło. – powtórzenie?

Takich (przecinek?) jak ja, będzie coraz więcej.

 

Tego fragmentu i opisanych w nim odczuć bohatera nie pojmuję – przecież sam namawiał szefa Komisji, aby go wykorzystano i pozostawiono (?):

Weekend minął mi na zaaklimatyzowaniu się w moim nowym, małym apartamencie z ogromnym oknem na metanową zatoczkę i na pogodzeniu się z faktem, że skalisty Tytan będzie jedynym obcym światem, który odwiedzę. Marzenia o podróżach przez galaktykę raczej się już nie ziszczą. Może kiedyś uda się wyrwać gdzieś na urlop. Widok Saturna trochę rekompensował tę gorycz.

 

Tego też nie rozumiem, no przecież sam proponował takie działania, żeby ratować innych fizyków:

W każdym z okienek krzątał się któryś z moich dawnych kolegów po fachu. Sami naukowcy, autorytety świata fizyki kwantowej, zajęci swoimi wzniosłymi badaniami. A ja miałem ich pilnować… sabotować, łamać kariery i odbierać marzenia. Ja pierdolę. Podobno byłem idealny do tej roboty. Najwyższej próby specjalista. Ekspert jebany.

 

 

Brakowało jeszcze rogatego diabła, który widłami zapędzi mnie do kotła ze smołą za przekleństwo, które mi się wyrwało… Nie! Nie wyrwało mi się. Przeklinam, jak jestem wkurwiony. Jeśli to powód, aby skazać mnie na wieczne potępienie, to proszę bardzo. Mam gdzieś niebo, jeśli nie można w nim swobodnie okazywać emocji. – ten fragment mnie rozbawił, jak zawsze każdy z wulgaryzmami. :) Przypominam sobie wtedy przeczytaną przed laty w necie mądrość życiową: „Zostaw przekleństwa tym, którzy mają zbyt ograniczony zasób słów”. :)

 

Pomysł na zakończenie, nawiązujące do tytułu, nawiązującego z kolei do znanej epopei, jest ciekawy, sporo tu zabawnych fragmentów i oryginalnych zwrotów akcji, lecz całość wymaga jeszcze wielu poprawek, do tego nie pojmuję niekonsekwencji w rozumowaniu bohatera od czasu rozmowy z Komisją – uczyniono dokładnie to, co sam proponował, a on się nagle miota i złorzeczy. :)

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

@Bruce

 

Bardzo dziękuję za ekspresową korektę. Nie myślałem, że mogę zrobić tyle błędów w zapisie dialogów. Solennie obiecuję poprawę i oczywiście korzystam.

„Zostaw przekleństwa tym, którzy mają zbyt ograniczony zasób słów” – W życiu zazwyczaj stosuję się do tej rady, ale w pisaniu nie lubię dodatkowych ograniczeń, a unikanie pewnej grupy słów to też ograniczenie. Uważam, że wulgaryzmy mogą stanowić dodatkowe narzędzie, szczególnie przy pierwszoosobowym narratorze, mniej pozbawionym ludzkich reakcji i emocji od trzecioosobowego. Jestem przekonany, że niejednemu portalowiczowi, gdyby na nogę upuścić ciężki przedmiot, wyrwałoby się słowo na „k”, zamiast „ajajaj, jak boli”, mimo szerokiego zasobu słów. W pewnych specyficznych warunkach mogłoby się w myślach pojawić „ja pier…” zamiast „ale jestem skonfundowany”, choć to drugie bezsprzecznie lepiej brzmi.

Teraz co do niezrozumiałych fragmentów. Skoro muszę się z nich tłumaczyć, to jest dla mnie sygnał, że coś poszło nie tak, więc to przyjmuję z pokorą. Mimo to spróbuję się trochę wytłumaczyć.

Jeśli stwierdzimy kategorycznie, że przysłowiową stajnię Augiasza należy posprzątać, to czy automatycznie oznacza to, że będziemy szczęśliwi, gdy ktoś wręczy nam miotłę? Albo z drugiej strony – czy ocalonego z pożaru, który doznał ciężkich poparzeń, należy wysyłać do gaszenia kolejnych, bo przecież wie teraz o ogniu więcej od innych? Można robić coś z poczucia obowiązku, ale wcale nie być z tego powodu szczęśliwym.

 

Bardzo dziękuję za pierwszy komentarz i serdecznie pozdrawiam.

Zanim przeczytam i się odniosę, mam jedno zasadnicze pytanie do Anonima – jakim cudem dodałeś opowiadanie w obliczu kataklizmu, związanego z migracją serwisu? wink

@Szafirowy Smok

 

Użyłem kopii roboczej sprzed kataklizmu.

Tego się obawiałem… sad I trochę zazdroszczę wink

 

No nic, w takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przeczytać Twoje opowiadanie, jak tylko czas pozwoli.

Szczególna wizja przyszłości nauki, szczególna wizja istnienia po śmierci. Nie wszystko zrozumiałam, ale czytało się nieźle, choć wykonanie mogłoby być lepsze. :)

 

– Czego spo­dzie­wa się pan po eks­pe­ry­men­cie, pro­fe­so­rze? – usły­sza­łem głos asy­stent­ki. → – Czego spo­dzie­wa się pan po eks­pe­ry­men­cie, pro­fe­so­rze? – Usły­sza­łem głos asy­stent­ki.

Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

 

– Tak na­praw­dę, to… nie wiem – uśmiech­ną­łem się. → Brak kropki po wypowiedzi. Didaskalia Wielką literą. Winno być:

– Tak na­praw­dę, to… nie wiem.Uśmiech­ną­łem się.

 

dwie… prze­pra­szam, Sto­krot­ko. → Zbędna spacja po pierwszym wielokropku.  

 

– Za­mie­rza pan… – jej oczy stały się ogrom­ne – za­re­je­stro­wać tra­jek­to­rię elek­tro­nów… → Brak wielokropka po wtrąceniu, przed dokończeniem wypowiedzi. Winno być:

– Za­mie­rza pan… – jej oczy stały się ogrom­ne – za­re­je­stro­wać tra­jek­to­rię elek­tro­nów

 

zgi­ną­łem tuż przed po­ra­żo­ny prą­dem, jak pie­przo­ny fajt­ła­pa! – Kurwa ma­aaaać! – roz­dar­łem się na całe gar­dło. → Wypowiedzi dialogowej nie zapisujemy z narracją, dajemy ją w nowym wierszu. A skoro rozdarł się na całe gardło, przydałyby się trzy wykrzykniki. Winno być:

zgi­ną­łem tuż przed, po­ra­żo­ny prą­dem, jak pie­przo­ny fajt­ła­pa!

– Kurwa ma­aaaać!!! – roz­dar­łem się na całe gar­dło.

 

– Widocznie nie dowieźli mnie do szpitala – wyruszyłem ramionami. → Literówka, bo ramionami nie można donikąd wyruszyć.

 

Witamy na Tytanie i … do widzenia. → Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

że dotarłem we właściwe miejsce. → …że dotarłem do właściwego miejsca. Lub: …że znalazłem się we właściwym miejscu.

 

– Jak ja i każdy, którego pan tu spotkał – uśmiech, choć tym razem bardziej dobrotliwy, wrócił na usta pana Miltona. → – Jak ja i każdy, kogo pan tu spotkał.Uśmiech, choć tym razem bardziej dobrotliwy, wrócił na usta pana Miltona.

 

Mężczyzna wstał i ruszył w kierunku wyjścia. → A może zwyczajnie: Mężczyzna wstał i ruszył do wyjścia.

 

Zsiadłem w wygodnym fotelu, podobnym do tego z gabinetu psychologa. Naprzeciw mnie, w podobnym fotelu, ale na niewielkim podwyższeniu siedział człowiek… → Nie brzmi to najlepiej.

 

twoje przybycie bardzo nas zaskoczyło. Zazwyczaj na długo przed przybyciem tu… → Czy to celowe powtórzenie?

 

Zaparzyłem Espresso. → Dlaczego wielka litera?

I ja dziękuję, Anonimie. :) 

No tak, po prostu przyjmuję, że bohater postępował niekonsekwentnie. :) 

Co do wulgaryzmów, jak najbardziej, rozumiem, “wyrywają się” one przy rozmaitych okazjach wielu osobom, zdążyłam się już przyzwyczaić; tutaj po prostu, nawiązując do podanego stwierdzenia z netu, nie był to absolutnie zarzut odnośnie samego tekstu, tylko bardziej – żartobliwe przemyślenie odnośnie zasobu słów naukowca. :) 

Natomiast z dialogami zawsze jest ciężko wyczuć, stąd tylko pytania i sugestie. :)

Pozdrawiam serdecznie. :)

@Regulatorzy

 

Bardzo dziękuję. Opowiadanie zostało wyregulowane ;)

Życzyłbym sobie dostarczyć Ci więcej przyjemności z lektury, ale cóż… Może następnym razem.

Pozdrawiam serdecznie.

 

@Bruce

 

Znałem kiedyś kilku profesorów z PAN i… to było dawno temu, może się zmieniło. :)

Bardzo proszę, Anonimie. Miło mi, że mogłam się przyczynić do regulacji. :)

 

Życzyłbym sobie dostarczyć Ci więcej przyjemności z lektury, ale cóż… Może następnym razem.

Jestem pewna, że będzie jeszcze mnóstwo okazji, albowiem nikt nie pisze tak wiele jak Anonim. ;)

Jestem pewna, że będzie jeszcze mnóstwo okazji, albowiem nikt nie pisze tak wiele jak Anonim. ;)

Aha! To znaczy, że już kilka razy mi się udało ;)

 

Nie inaczej, Anonimie, nie inaczej. ;)

Znałem kiedyś kilku profesorów z PAN i… to było dawno temu, może się zmieniło. :)

laugh

 

Najszczęśliwszy dzień życia to ten, w którym się z nim rozstajemy.

/Fryderyk II Wielki/

 

oraz dodatkowe

Kopię roboczą! Kopię roboczą! Królestwo za kopię roboczą!

Przybyłam, po części wiedziona ciekawością/nadzieją co do możliwości publikowania. Ale to ze starej kopii. No trudno…

Tekst fajny. W pełni rozumiem bohatera. No, mógł się wkurzyć i to parę razy.

Idea analizowania eksperymentu z dwiema szczelinami przy pomocy komputera kwantowego do mnie przemawia.

Doceniam humor.

Przyjemnie się czytało.

 @ Finkla

 

Bardzo dziękuję za miły komentarz i za głos do biblioteki.

Pozdrawiam serdecznie.

Czytało się przyjemnie. To tyle. Pomysł niestety dość wtórny, słownictwo ok, ale nie wyróżniające się zanadto. Plus za niezłe zakończenie.

 

Subiektywne uwagi:

– “instytutu, tak jak ja pamiętających PRL.”,

– niebo w kontekście religijnym piszemy wielką literą.

Klik na Bibliotekę chyba mówi dostatecznie wiele i wyraźnie, jak oceniam tekst.

 @ Szafirowy Smok

 

Bardzo dziękuję za komentarz i poprawki. “Niebo” poprawiłem, ale co do przecinka nie jestem pewien.

 

@AdamKB

Bardzo dziękuję za wizytę, komentarz i głos na Bibliotekę.

 

Pozdrawiam serdecznie.

Witam!

 

Tekst napisany dobrze – dodatkowo jako fizyk doceniam napisanie czegoś o fizyce bez zbytniego naginania fizyki, oczywiście w ramach wyznaczonych przez SF – przecież element fiction musi być :) Jest bohater, który od razu wzbudza sympatię czytelnika – po prostu bardzo ludzki w swoich zachowaniach, więc łatwo było mi “wsiąść mu na ramię” i potraktować go jako przewodnika po świecie.

Jedynym problemem była dla mnie wyjątkowość sytuacji – pierwszy eksperyment, który miał pokazać fizykom, że działają w matriksie… trudno uwierzyć, że wcześniej się to nie zdarzało. Wadą, którą widzę jest to, że z fizyki uczyniono naukę wybraną, która jako jedyna może udowodnić nierealność świata – oczywiście ogromnie cieszę się z uznania fizyki za królową nauk, ale są też inne.

Powyższy akapit to jedynie taka łyżka dziegciu w beczce miodu, bo czytało się świetnie. Jest zwrot akcji i pointa – tu znowu się przyczepię, że przydługi opis zwiedzania Tytana można było częściowo zastąpić dynamicznym opisem sabotażu eksperymentu przez rudzielca, przez co czytelnik sam domyśliłby się, jaka jest nowa praca bohatera. Z drugiej strony obecna wersja jest bardzo klarowna i uniemożliwia czytelnikowi zagubienie się w fabule, więc to również uwaga kosmetyczna.

Pozdrawiam i klikam!

 

@ Marzan

Bardzo dziękuję za tak miły komentarz i oczywiście za klika.

 

Skoro wspomniałeś „rudzielca”, to przyznam się do czegoś – w zamyśle on i jego działalność miały pojawić się w kolejnych opowiadaniach. Asystentka profesora też. Pomysł był troszkę większy, ale skoro trafił się konkurs na temat, to chciałem sprawdzić, czy komuś przypadnie do gustu, czy obok fantasy jest jeszcze miejsce na nieco twardsze SF. Chciałem sprawdzić, czy troszkę więcej fizyki odstraszy, zniechęci, czy może jednak nie. No i mój warsztat – jak widać, trzeba pozbyć się kurzu i rdzy.

Co do głównej roli fizyki – różnice w fizyce wewnątrz symulacji i poza nią miały być osią całej serii. W fizyce kwantowej mamy z jednej strony wiele nieokreśloności, z drugiej swoistą ziarnistość. Plus dosyć poważne ograniczenia. Bardzo mi to pasuje do opisu symulacji.

 

Pozdrawiam serdecznie.

Nowa Fantastyka