- Opowiadanie: Madej90 - Nowe koło

Nowe koło

Podobno do trzech razy sztuka. Przepisałem to opowiadanie, bo wcześniej spotkało się z zarzutami o niezrozumiałość. Postanowiłem przekonać się, czy od tego czasu nauczyłem się czegokolwiek w kwestii odpowiedniego prowadzenia historii.

Niech będzie wiadomym, że zwalniam dyżurnych z obowiązku czytania.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy II, Użytkownicy III

Oceny

Nowe koło

1.

Z otchłani dociera do mnie, że bolą mnie nogi. Parzą i pieką. Z trudem odwracam głowę, żeby spojrzeć za siebie. Na betonie ciągną się krwawe ślady stóp. Na jednym końcu tego czerwonego tropu jestem ja, na drugim – odklejone podeszwy ostatnich trampków na świecie.

Schodzę z tej cholernej, nagrzanej jak patelnia ulicy w stronę na wpół zawalonego bloku. Bez trudu zdejmuję z zawiasów przerdzewiałe drzwi. Kryję się w chłodnym cieniu burej klatki schodowej. Nie widać żadnych pułapek, żadnych przetrząśniętych szaf w pierwszym mieszkaniu, do którego wchodzę. Wygląda na to, że jest tu wystarczająco bezpiecznie.

Trafiam na kawalerkę przez jej środek przechodzi tekturowa ścianka, dzieląca mieszkanie na dwa mniejsze. Oba wyglądają jak więzienne cele – szare, odrapane, betonowe ściany i taka sama podłoga. Tylko wielki fotel, wokół którego ktoś postawił wiele różnokolorowych świeczek psuje to wrażenie.

Siadam i przyglądam się poranionym stopom. Wyciągam kawałek szkła z pięty. W plecaku mam pudełeczko z potwornie cuchnącą mazią. Ma właściwości lecznice, ale przede wszystkim przeciwzakaźne. Dokładnie wcieram breję w rany, potem zakładam opatrunek.

Rozsiadam się wygodniej, ale moje myśli nie pozwalają mi odpocząć. Myślenie o przyszłości powoduje potworne migreny, ale muszę wspominać. Jak długo szedł…em w szoku przed siebie? Pamiętam krew tryskającą z czyjegoś brzucha. Rozdzielanie się i to, że niosłem kogoś na rękach. Mózg na bruku, a potem nic.

Oddycham ciężko, cały oblany potem. Głowa boli tak nieznośnie. Ściągam kurtkę i rzucam ją na oparcie fotela. Koszulka przemokła, nadaje się do wyżęcia. Idę do łazienki, żeby opukać bojler. Wciąż jest w nim woda.

Później, już umyty, nie potrafię opanować swojej obsesji, nie podejść do lustra. Wielu ocalałych nie potrafi w ogóle się z tym zmierzyć. Najpierw z niemożliwym do uniknięcia chwilowym przerażeniem. Nie jest się samym, ktoś obserwuje. Mózg wie, że to nieprawda, że ten drugi człowiek nie może być prawdziwy. Przecież jest tylko odbiciem. Tylko, że już nikt nie potrafi rozpoznać w tym odbiciu samego siebie, tak samo, jak nie umie przypomnieć sobie swojego imienia, ani niczego innego.

Większość woli po prostu nie patrzeć. Niektórzy wierzą, że to nie my, ale złe duchy. Ja robię to zawsze kiedy mam okazję. Wodzę wzrokiem po każdym szczególne, każdej zmarszczce. Przesuwam opuszkiem palca po szorstkiej skórze. Może jest mi łatwiej, bo nikt nie wygląda, jak ja. Może to kwestia zagadki.

Dwie trzecie twarzy, w tym prawe oko, nos, ucho oraz sporą część skalpu, zakrywa metalowa płyta, trzymana w miejscu pasami. Gołe kable łączą ją z nasadą czaszki, a także z wąskim czarnym grzebieniem wystającym z lewej skroni. Być może są to gogle. Może kryje się pod nią rana. Nie wiem, bo nie mogę tego zdjąć.

Odwracam głowę od lustra. Wyruszę o zmroku. Słońce już kryje się za najwyższymi wieżowcami. Owijam stopy szmatami, notując w pamięci, żeby rozglądać się za butami. Zostało mi jeszcze trochę czasu, dlatego siadam z powrotem w fotelu. W kieszeni kurtki noszę stare zdjęcie, zgięte na cztery, dobrze ukryte.

Mówią, że tak naprawdę na zdjęciach są ludzie. Po prostu nasze mózgi ich ignorują, nie pozwalają niczego dojrzeć. Nie wiem czy to prawda, dla mnie to tylko pusty, szary pokój. Na środku stoi krzesło. Ta fotografia to jedyna pamiątka jaką mam, choć nie często na nią patrzę. Jest moja, jestem pewien, bo mam ją przy sobie od zawsze.

Chowam ją starannie. Czas ruszać dalej, w dół ulicy, między podupadłe, puste budynki, straszące w półmroku odrapanymi betonowymi szkieletami, przez które hula wiatr. Z powrotem w stronę cywilizacji.

Nie wiem czemu idę. Nie wiem dlaczego trzymam to zdjęcie w kieszeni. Nie wiem czemu właściwie robię cokolwiek. Nie wiem, dlaczego się nie poddaję.

2.

Zawieszenie jęczy pokutnie, kiedy wchodzę na zrudziałą maskę półciężarówki. Rozciąga się stąd dobry widok na wyznaczany zbitymi z blachy domami labirynt ciasnych, brudnych uliczek prowadzący do pękatej ruiny dużego biurowca.

Powoli schodzę z wiaduktu po trzeszczących drewnianych schodach pod baldachim brzęczących kabli. Ognie w koksownikach mamią z zaułków, jak ogniki na bagnach. Mijam młyn oraz stosy drewna, mijam szeroki plac, mijam zwodzone mosty, mijam tory. Buty zapadają się w lepkie błoto. Po lewej dwóch mięśniaków tłucze się ze sobą w otoczonym drewnianą palisadą ringu, chroniących ich przed kręgiem spoconych, spragnionych krwi facetów. Krzyczących, tupiących, wiwatujących.

Skręcam w gąszcz wydeptanych w miękkiej ziemi ścieżynek pomiędzy straganami. Moje nozdrza atakuje zabójcza mieszanina wszystkich możliwych zapachów. Rozpruty, przerobiony na bar tramwaj kusi neonowymi światłami, ale idę dalej. Mam wiele rzeczy do załatwienia. Informacji do sprzedania – kartografowi, rolnikom, handlarzom.

Krążę od meliny do meliny, cały czas obserwowany przez oczy ukryte za nieprzejrzystymi maskami, śledzony przez lufy ich karabinów. Chronią to miejsce, ale ich mowa ciała mnie drażni, sprawia, że cały się jeżę.

Wchodzę pod poszczerbione żebra szklanego molocha, w korytarze wypełnione mrugającymi światłami starych żarówek, ostrymi kolorami reklam i szyldów. Wszystko oplata pajęczyna kabli. Ludzie podłączeni do tej sieci siedzą pod ścianami oraz w ślepych zaułkach nieruchomi, prawie niewidoczni.

Wentylacja skrzypi i trzeszczy. Ktoś bawi się owiniętym w drut kolczasty kijem. W okół pachnie smażonym mięsem oraz fermentacją. Ou siedzi na stołku za kontuarem, opromieniona różowym blaskiem wiszących za nią wielkich liter ledwo trzymających się wysmarowanego farbami budynku.

– Satar – mówi, kiedy podchodzę bliżej. – Jednak jesteś z powrotem.

– Żywy nawet.

– Asb! – woła. – Masz gościa.

Wielkie, pomarańczowe cielsko schodzi ostrożnie po schodach. Twarz, wyglądająca zawsze tak, jakby jej właściciel był pogrążony w wielkim smutku, unosi się. Przeszywa mnie spojrzenie najbardziej ludzkich oczu jakie znam. Orangutan stuka mnie w ramię poznaczoną bliznami ręką. Nie widzieliśmy się już zbyt długo.

– Dzięki za pomoc, Ou. – Kiwam jej głową.

– Tylko nie gub go więcej. To nie schronisko.

– Na pewno nie darmowe. – Kładę przed nią pęczek zwiniętych plastikowych rurek. – Zatrzymaj go jeszcze na godzinę. I nie dawaj mu już nic do picia. Słyszysz, Asb? Żadnego chlania.

– Idziesz do Ariela? – Ściąga rurki pod ladę.

– Wiesz, że nie pozwoli Asbowi wejść ze mną.

– Dobrze. – Machnęła ręką. – Może zostać.

Ruszam więc na spotkanie z najważniejszą osobą w obrębie wielu, wielu kilometrów. Na audiencję u króla ruin.

Schodzę pod ziemię, do pogrążonego w ciemności tunelu. Gdzieś tutaj stoi strażnik. Słyszę jego oddech, głośny jak sapanie miecha. Brzmi młodo. Od samych schodów staram się iść tak, żeby mnie słyszał, licząc że dzięki temu w nerwach nie zastrzeli mnie.

– Stój gdzie jesteś! – woła łamiącym się w falset głosem.

– Poświeć latarką, dzieciaku. Spójrz na tą zupełnie normalną twarz. Poznajesz mnie teraz?

– Tak.

– No to mnie przepuść. Ariel na pewno już wie o moim cudownym powrocie. Z pewnością mnie oczekuje.

Młodziak odchodzi, żeby nawiązać połączenie ze swoim dowódcą, a mi pozostaje stać samemu w ciszy i półmroku. Wraca, by zaprowadzić mnie do małego, wąskiego prywatnego pociągu. Po chwili pojazd rusza. Powoli, zgrzytając i jęcząc. Przyspiesza równomiernie, wpadając w coraz mocniejsze wstrząsy, gotowy w każdej chwili się rozpaść. To jak jazda trumną na szynach, trwający cholernie długo rozedrgany koszmar. Wreszcie jednak, zatrzymujemy się.

Stację, na której wysiadam oświetlają zaledwie trzy lampy, tuż nad niepozornymi drzwiami. Siedzą przed nimi dwie osoby. Śpiący strażnik oraz jednoręka kobieta. Patrzy prosto na mnie, uśmiechnięta krzywo, z karabinem na kolanach.

– Jednak żyjesz.

– Ja też jestem zawiedziony – odpowiadam. – Mogę?

– Czeka na ciebie.

Staję w progu długiego, prawie pustego betonowego pokoju. Głównym źródłem światła jest wąskie okno w kształcie krzyża. Przed nim stoi wielkie, przeżarte przez korniki biurko, a za nim siedzi nisko siwowłosy człowieczek o zapadłych policzkach i chorych oczach, z głową otoczoną aureolą papierosowego dymu. Moje kroki dudnią, gdy idę przez to królestwo szarości.

– Twój widok mnie raduje, Satarielu. – Nie patrzy w moją stronę, jest pochylony, zagubiony w myślach. – Nawet twoja… małpa dalej żyje. A nasze drogi zaopatrzeniowe są teraz bezpieczne.

– Nie pozostaną bezpieczne na długo.

– Nie. – Obraca się, skinieniem dłoni wskazując mi krzesło. – Ale po to mamy takich jak ty. Coraz mniej, prawda. Ale znajdą się nowi.

– Albo twoje małe miasto wymrze. Deszcz zmyje wszystkie nasze śmieci i posiecze budynki aż zamienią się w kamienie. Spod betonu wyrosną drzewa i ktoś nowy dostanie okazję, żeby zrujnować samych siebie wojną.

– Twoje ciepłe słowa i wsparcie są dla mnie zawsze bardzo cenne, Satarielu. Obawiam się jednak, że nie będziesz miał okazji do odpoczynku, jeszcze nie teraz.

– Słucham. – Wzdycham ciężko.

– W fabrykach na północy umierają ludzie. Umierają paskudnie. Nie mogę tego zadania powierzyć innemu Czuwającemu. Brakuje im twojego sprytu.

– Załatwię to.

– Dobrze. Twój dług będzie wtedy prawie spłacony. – Ariel wysuwa głowę w moją stronę, mierząc spojrzenia z obcym sobą odbitym krzywo na metalowej powierzchni mojej „twarzy”. – Zamierzasz zostać z nami, kiedy już będziesz wolny?

– Nie wiem. Tutaj się obudziłem. – Masuję skroń. – Tutaj jest wszystko, co znam. Wszystko z wyjątkiem jednego pokoju na starym zdjęciu. Może pójdę go szukać, a może zostanę.

– Jesteś bystry, Satarielu. Podejmiesz słuszną decyzję.

– Być może. Zacznę śledztwo od zadania kilku pytań komuś kto zna dużo odpowiedzi.

– A mówisz mi to, bo?

– Potrzebuję szybkiego środka transportu.

3.

Patrzę na pokryte gęstą pajęczyną pęknięć kafelki, o które opieram głowę. Przez wyrwę nad wanną wlewa się światło, opromieniając setki drobin kurzu dryfujących w powietrzu. Czekam na kroki. Gdy już je słyszę, gdy łączy się z nimi odgłos cichej rozmowy, odklejam policzek od ściany. Wszystkie dźwięki nikną, gdy wkładam do uszu watę. Podnoszę obrzyna z umywalki i bez celowania naciskam spust.

Otworzone w tym momencie drzwi prawie wylatują z zawiasów, a przekraczająca próg noga odrywa się od ciała i zalewa wszystko dookoła krwią.

Ja też osuwam się na posadzkę. Powoli, plecami stykając się ze ścianą, trochę jakbym się topił. Kolejne pociski wyrywają dziury nad moją głową. Łazienka zamienia się w pylisty przedsionek koszmaru. W końcu kanonada ustaje. Wyciągam zatyczki.

– …dalej, sprawdź! – wrzeszczy ktoś piskliwym głosem. Kobieta.

– Co?! – odpowiada jej towarzysz.

– Co?!

Zapada cisza, ale potrafię sobie wyobrazić ich gorączkowe próby porozumienia się na migi. Spoglądam na leżące przed wejściem zwłoki. Na jego szczęście śmierć przyszła szybko, wraz z kulą jego przerażonego kumpla.

Kumpla, który właśnie rusza do środka. Dźwięki znów nikną pod watą. Wiem, że mam czas, że tamten ledwo widzi w tym pyle. Podnoszę się niespiesznie i wpakowuję mu porcję śrutu prosto w twarz. Z głowy gangstera nic nie zostaje. Krew i mózg zbryzgują kafelki, zęby i kawałki czaszki sypią się na ziemię.

Puste gilzy upadają na podłogę i toczą się pod rozbitą wannę. Nakarmiony nowymi nabojami obrzyn zamyka się z trzaskiem. Oddycham równo, wyobrażając sobie, jak powietrze przepływa z jednego płuca do drugiego, a potem myję ręce, dokładnie. Kiwam głową do faceta w stłuczonym lustrze. Przechodząc na korytarz, starannie omijam rosnące szybko czerwone kałuże. Dziewczyna czeka na mnie, oparta o zniszczony automat z napojami.

Asb wychodzi z zza rogu, trzymając na ramionach dwa trupy. Na migi przekazuje mi, że pozostali są jeszcze daleko.

– To co teraz? – pyta dziewczyna, odgarniając włosy. Ma na imię Raz i nic, co dzieję się w okolicy nie uchodzi jej uwadze.

– Znikamy stąd.

Zeskakujemy po schodach pożarowych na otwarty plac, gdzie czeka mój motor oraz pojazd bojowy, przystosowany do prowadzenia przez ciężkiego orangutana. Wyjeżdżamy na drogę przy ostrych warkotach silników, niosących się echem po martwym kompleksie. Nie ma tu już prawie nic ze starej jezdni, ale grunt jest dobrze ubity oraz równy. Szybko docieramy do szumiących pól rzepaku, granicy której ewentualny pościg nie odważy się przekroczyć. Tutaj zaczynają się ziemię Ariela.

Zabieram ją od razu na miejsce, gdzie wciąż jeszcze leży ostatnie odkryte ciało. Dłonie leżą na betonowej podłodze, stopy ułożono wraz z rządkiem butów obok drzwi. Reszta siedzi na kanapie, wpatrzona w sufit.

Raz wychodzi na zewnątrz, żeby zapalić papierosa. Staję przed nią z założonymi rękoma. Oświetla ją wąska kolumna światła zza moich pleców. Ta jasność przesyca skórę, tak że właściwie rozbija jej twarz na dwie części pomiędzy którymi jest tylko oślepiająca nicość.

– Co wiesz o sprawcy? – Rozcięte słońcem usta wypuszczają kłąb siwego dymu.

– Obrażenia wskazują, że jest wysoki, leworęczny, silny jak muł. Raczej tutejszy. Żadna ofiara nie nosi śladów wskazujących, żeby się bronili. – Zaciskam dłoń w pięść. Powoli rozprostowuję palce. – Zatem przypuszczalnie to ktoś im znany.

– Przychodzi mi do głowy trzech ludzi. Zapiszę ci ich nazwiska. Ale żaden z nich nie jest kimś, kto jest w stanie robić takie rzeczy.

– Przekonamy się.

4.

Sunę między górami złomu, w tle warkoczą silniki napędzające taśmy transportujące jeszcze więcej złomu. Syczą pompy, woda łomocze o stare blachy, zniszczoną elektronikę. Setki ludzi przetrząsają cmentarzysko starego świata w poszukiwaniu czegoś, co można jeszcze uratować.

Razem z Asbem podchodzimy do kierownika zmiany. Daję mu do ręki kartkę z imionami od Raz.

– Ambriel powinien tu teraz być, ale podobno jest chory.

– Gdzie mieszka?

– W baraku 12B.

Baraki wyglądają jak na wpół zagrzebane w ziemi larwy z metalu. W jednym takim mieszka w ciasnocie i stęchłym powietrzu po pięćdziesięciu ludzi. Ciągną się długimi rzędami przez place oraz parkingi, od jednej fabryki do drugiej. Większość mieszkańców nie przebywa tu dobrowolnie.

Tabliczka na najbliższym z budynków głosi „150A”. Mamy przed sobą daleką drogę. Ruszamy w stronę wielkich bliźniaczych kominów. Panuje tu niemal taka sama cisza, jak na pustkowiach, ten sam rodzaj zastygnięcia.

Po lewej mijamy antropomorficznego robota. Jest zepsuty, jedynie chodzi w koło, żeby podnosić pudełko, a potem odłożyć je w tym samym miejscu i znów je podnieść.

Wreszcie docieramy do służącego za drzwi kartonu z napisem „12B”. W środku panuje ciemność i duchota.

Ambriel siedzi w kącie, wciśnięty za łóżko. Mówi w nieznanym mi języku. Na czole ma świeżo wycięte zero lub być może koło, trudno powiedzieć. Symbol jest krzywy, wykonany na ślepo.

Klękam przed nim, pstrykając mu palcami tuż przed nosem.

– Wszystko się zjebało – szepcze, tym razem zrozumiale dla mnie. – Nie tak to miało wyglądać.

Uderza mnie z jaką łatwością używa czasu przeszłego. Patrzę mu w oczy, ale nie widzę w nich szaleństwa, tylko szok i smutek.

– Ambriel?

– To nie moje imię. – Marszczy brwi. Pociąga nosem. – Śmierdzisz benzyną, rdzą. Czy sny mogą mieć zapach?

– Nie sądzę.

– Tak. To nie sen.

– Dlaczego zabijasz?

– Nie, nie. To nie ja to zrobiłem. To było… moje ręce nie były moimi rękami. A potem się obudziłem, naprawdę obudziłem. Jak masz na imię?

– Satariel.

– Jak masz naprawdę na imię?! – Krzyczy nagle. Jest na granicy histerii.

– Nie mam innego imienia.

– Nie, nie, nie! To były imiona we śnie! To było tylko w moim śnie! Ariel i to, że nam się nie udało przywrócić wszystkiego do beżu, to był tylko mój koszmar! Prawda?

– Obawiam się, że Ariel, jego miasto i wszystko inne jest wspólnym koszmarem wszystkich żyjących.

– Czyli… O Boże… – Zaczyna czołgać się w stronę wyjścia. Wymiotuje zaraz na progu, wstrząsany potężnymi torsjami. – Zabiłem… zabiłem…

– Sześcioro ludzi?

– To było… wiedziałem, że to nie ja tego chcę, ale nie mogłem tego powstrzymać… Ktoś używa technologii kukiełek.

– Czego znowu?

– Co? Ach. T-to broń. Narzędzie kontroli i manipulacji. – Przez jego twarz przebiega fala tików. Źrenice się rozszerzają. – Mieliśmy dokonać restartu. Coś musiało zakłócić działanie i przerwać proces, a teraz ktoś mnie odnalazł. Słuchaj! Ktokolwiek to jest musi zostać znaleziony. – Stuka w ranę na czole, krzywiąc się z bólu. – Albo wszystko się powtórzy.

Zaczyna się ślinić, kaszleć. Nie umiera, po prostu zanika w nim wszelka świadomość. Staję za nim i jednym płynnym ruchem skręcam mu kark.

5.

– Znajdź mi odpowiedzi, Satarielu – mówi Ariel, niedbałym ruchem ręki odsyłając mnie na tą przeklętą wyprawę. Niech go szlag trafi.

Na północ od jego enklawy, za zapadłym mostem nad wyschniętą rzeką, żyje bardzo wiele małych grup. Mnożą się tam liczne religie, a także bandy, które na nich żerują. Ktoś tutaj musi wiedzieć coś o człowieku posiadającego pozornie magiczne umiejętności.

Oczywiście, nie ma nic za darmo. Asb rachuje właśnie kości zbyt agresywnym szabrownikom. Ja muszę wykonać bardziej delikatne zadanie.

Skręcam w jedną z bocznych uliczek, gdzie odnajduję nienaruszone schody pożarowe, prowadzące na dach. Stamtąd, poprzez zdewastowane biura złamanego wieżowca, śmierdzące pleśnią i gnijącym papierem, docieram w miejsce dające dobry widok na całą okolicę. Dysząc ciężko po wspinaczce, siadam pod murkiem. Składam wyciągnięty z plecaka karabin, a potem kładę obok głowy wiatromierz.

Kiedy serce przestaje już walić, jak szalone, mogę wreszcie spojrzeć na świat przez szkiełko lunety.

W dole, na sporym placu, stoi kilka niskich domów z drewna, blachy oraz śmieci. Łączą je ze sobą ciągnące się po ziemi kable prowadzące do wyłączonego w tej chwili generatora. Jest tam ich trzech, może czterech, jeśli ktoś zajmuje kibel po lewej.

Pokrętła stukają rytmicznie, kiedy nakładam poprawki na wiatr i odległość. Reguluję oddech. Celuję w ubranego w kamizelkę kuloodporną mężczyznę, siedzącego przy rozkładanym stoliku.

Wdech i długi wydech. Naciskam spust powoli, pozwalam żeby strzał mnie zaskoczył. Kula wgniata mu pierś i wyrywa spory kawał mięsa z pleców. Krew rozbryzguje się po kartonach za nim. Jeden z jego kumpli instynktownie kryje się za ceglanym murkiem.

To go nie ochroni. Muszę tylko znaleźć jakiś punkt zaczepienia – lustro, albo padający cień. Zamiast tego dostrzegam kawałek stopy i kolana. Wymierzam tam gdzie powinien być tułów. Łuska z brzękiem spada na posadzkę, w murze zieje dziura, a ciało ląduje bezwładnie na ziemię.

Trzeci pocisk przebija kartonowe drzwi wychodka. Po chwili dołem zaczyna spływać jucha. Zostaje tylko jeden. Władzę nad nim przejmuje zwierzęcy strach, zaczyna po prostu uciekać, byle dalej. Nacisk na cyngiel zwiększa się stopniowo, aż wreszcie słyszę huk, karabin szarpie mi się w dłoniach. Uciekinier wzlatuje niezgrabnie w powietrze i leci w rów, jak szmaciana lalka.

Bez pośpiechu schodzę na dół, żeby przeszukać te domy. W środku śmierdzi zepsutym mięsem i starym potem. Okazuje się, że mam przed sobą prawdziwe wyzwanie – prawdziwe srocze gniazda. Nagromadzenie wszystkiego, co posiada w ich oczach wartość, aż po sufit, od ściany do ściany. Gdzieś tutaj muszę znaleźć małe, drewniane pudełko z odciśniętą w farbie dłonią dziecka. Zajmuje mi to trzy godziny.

Asb czeka na mnie przed windą do Pustelni, używając głowy zamiast piłki. Patrzy na mnie z wyrzutem za opóźnienia. Jakoś mu to wynagrodzę.

Jazda na górę jest długa i nudna, wypełniona skrzypami oraz coraz głośniejszą muzyką. A przynajmniej tym, co ludzie z Pustelni nazywają muzyką. Grają ją na kawałkach blachy, klockach drewna, do której przybili struny gwoźdźmi, butelkach z wywierconymi dziurami.

Docieramy wreszcie na szczyt, w serce wielkiej konstrukcji, narośli z drewna, gliny i papieru. Kształtem przypomina gniazdo os. Na poziomie dachu mieszkają muzykanci, rolnicy, ludzie szukających chociaż tymczasowego schronienia. Wyżej, na nie łączących się ze sobą stelażach żyją pustelnicy, poświęcający całe życie medytacji nad naszą stratą.

Idę wyznaczoną przez ciężkie łojowe świece ścieżką do Fanuela. Siedzi przed ogromną misą, z której podnosi się para. Gładzi siwiejącą brodę, jego przekrwione oczy obserwują uważnie każdy mój ruch. Kładę przed nim odzyskane pudełko.

– Może będę w stanie odpowiedzieć na twoje pytania, Sat. Ale nie możesz zostać tu ani chwili dłużej, niż potrzebuję, by na nie odpowiedzieć.

– Im szybciej, tym lepiej.

– Mówią, że w lesie na wschodzie mieszka człowiek, który może zobaczyć twoją duszę. Że woła w snach do tych, którzy mieszkają wystarczająco blisko, by słyszeć.

– Mam uwierzyć, że mieszka tam czarodziej.

– Twoja wiara nic mnie nie obchodzi, powinieneś być za to wdzięczny. Ale inni wierzą. Nie mam dla ciebie lepszego tropu, kolego. Wynoś się stąd już. Obca aura przeszkadza w medytacjach.

Poza Fanuelem nikt nie chce ze mną rozmawiać. Ten „czarodziej” to mój jedyny trop. Zatem na wschód.

6.

Staję przed na wpół spaloną drewnianą chatą krytą gontem. Pożar musi być świeżym wydarzeniem, sądząc po tym, że wiatr wciąż przetrząsa po okolicy masę popiołu. Ze środka wychodzi przygarbiony staruszek. Pomarańczowe futro i ogromne rozmiary pierwsze przyciągają jego uwagę.

– Co to jest?! – krzyczy słabo, cofając się o krok.

– Małpa. Ma na imię Asbiel. Ja jestem Satariel. Przybywamy z miasta, z zachodu. Macie tu jakiegoś przywódcę? Szukam… – Przerywam, bo widzę jak na mnie patrzy. Nie, właściwie nie na mnie. Na moją metalową maskę.

– M-mamy – odpowiada po zbyt długim milczeniu. – Musisz spotkać p-pana Lighta.

– Kogo? – Unoszę brwi. Prawdziwe nazwisko. Zaledwie dzień drogi od miasta i chyba już mam przed sobą cel moich poszukiwań.

– Starego Człowieka. Pana Lighta. – Palce mu drżą. – Musisz się z nim spotkać. W tamtą stronę!

Wzruszam ramionami, ale razem z Asbem udajemy się we wskazanym kierunku. Do osoby, która może wreszcie odpowiedzieć na wszystkie moje pytania.

Przed nami wije się przez las wydeptana ścieżka. Kiedy idziemy, przyglądam się drzewom. Są młode, ledwo odrastają od ziemi. Daję im pięć lat. Dziwi mnie, że nigdzie nie widzę śladów ognia, który tak się obszedł z domem staruszka. Nagle ściółka pod naszymi nogami przechodzi w zerwany beton. Zatrzymujemy się raptownie, mając przed sobą głęboką rozpadlinę, wyglądającą jak dolina. Środkiem płynie rzeka, biorąca swoje źródło w pękniętej rurze.

Oślepia mnie światło, odbijające się od paneli słonecznych, którymi pokryto spadziste dachy wszystkich budynków. Pomiędzy nimi krząta się bardzo dużo ludzi, wyłapuję z tłumu ewidentnych strażników. Oraz kamery, wiele kamer. Nie umiem ocenić czy mają zapewniać mieszkańcom ochronę, czy ich pilnować.

Wkrótce już wszyscy się na nas gapią, ale też niemal od razu rozstępują, wskazując w ten sposób drogę. Zbliżamy się do znajdującego się częściowo na powierzchni tunelu. Po schodach z gruzu wkraczamy do środka, prosto w ciemność.

– Tędy! – Głos dobiega z oddali… jest jakby znajomy.

Asb warczy, obnażając kły. Przypomina, że powinienem być czujny. Dziękuję mu mignięciem.

Trafiamy do oświetlonego rozwidlenia, zaadaptowanego na mieszkanie. Skórzane fotele, telewizor, długie regały pełne książek. A pośrodku tego wszystkiego stoi mężczyzna z głową oplecioną kablami. Zza jego uszu wyrastają anteny. Wszędzie rozpoznam tą technologię, to wykonanie. Widzę dzieło tych samych rąk za każdym razem, kiedy spojrzę w lustro.

– Bracie. – Ściska mnie. – Nareszcie przybyłeś. Pan Light na ciebie czeka. Twoja… małpa może tu zaczekać.

– Nie jest moja. – Odsuwam go od siebie. – Ani niczyja inna. A my nie jesteśmy braćmi.

– Jeszcze – odpowiada uśmiechem, który nie dociera do oczu. – Niech kolega się rozgości.

Asb daje mi znać, że stanie na warcie, ja podążam za nowym przewodnikiem z ręką na kaburze. Przed nami kolejna komora. Mój rzekomy brat staje przed włazem, daje znać, że mam wejść sam.

W środku stoi wielkie łóżko, a w nim leży jakiś człowiek. Głowa oparta na poduszkach wydaje się mieć twarz pozbawioną rysów. Tak naprawdę jedynym, co nie jest zupełnie bez wyrazu jest prawa ręka – pomarszczona i chuda. Mięśnie zupełnie zaniknęły, cała kończyna nadaje się już tylko do amputacji. Więc to jest ten cały „Stary Człowiek”. Wygląda jak śmierć, taki jest blady. Odzywa się do mnie w jakimś niezrozumiałym języku, wykrzywiając przy tym wargi. Przywołuje mnie skinieniem głowy.

Podchodzę bliżej. W uszach narasta mi szum, przez który coraz trudniej się skupić. Strasznie ciemno tu się robi…

– Zatrułeś mnie czymś? – syczę. Kręci głową, a ja nie wiem czy to dlatego, że też mnie nie rozumie, czy jednak to coś innego.

Dociera do mnie, że to, co teraz słyszę to efekt ogłuszenia wybuchem. Granatem odłamkowym, chociaż nie wiem skąd miałbym to wiedzieć. Dłoń mnie swędzi. Mam tam wygojoną od dawna bliznę po kawałku metalu. Bolą mnie żebra, oberwałem śrutem nosząc kamizelkę kuloodporną.

Karuzela doznań jest tak oszałamiająca, że dopiero teraz dostrzegam wpatrzone we mnie oczy. Łapię Lighta za przedramię, a on za moje. Wtedy zderzam się z pociągiem.

– Rozumiesz mnie teraz, kapitanie?

– Tak… sir. – Ocieram czoło.

– Dobrze, możecie iść teraz spać, kapitanie. Porozmawiamy jutro.

Otrząsnąłem się, wstałem i zasalutowałem. Potem wyszedłem, wywalając się zaraz w korytarzu. Zapadła ciemność.

7.

Wywrzaskuję rozkazy do radia. Konwój pojazdów opancerzonych zatrzymuje się z piskiem opon. Wysiadam na wpół ogłuszony przez ryk zamontowanych na dachach kaemów.

– Dwadzieścia trzy, tu sześćdziesiąt pięć, dotarliśmy na miejsce, odbiór! – przekrzykuję potworny chaos wielokalibrowej orkiestry. Odwracam się do moich ludzi. – Dalej, ładować rannych i spieprzamy!

Witryna sklepowa tuż przed nami eksploduje, odłamek szkła wbija mi się w dłoń. Odpowiadamy ogniem, waląc we wszystkie strony, we wszystkie okna i we wszystkie dachy.

Chłopaki latają z noszami, podtrzymują lżej rannych. Nagle głowa jednego z nich pęka, gdy przygniata go zrzucony z dziesiątego piętra wentylator. Podrywam karabin i po chwili zabójca spada na ziemię.

Kolejny pocisk z wyrzutni rakiet wysadza jakiś sklep. Ostatni ranny zostaje zapakowany do wozu.

– Spierdalamy! – Kładę jeszcze jednego wroga i pakuję się do wozu. – Jedziemy!

Konwój rusza dalej, ostrzeliwany ze wszystkich stron. Szyba pęka z trzaskiem, czuję jakby koń kopnął mnie w pierś. Z trudem łapię oddech.

– Sir! – Kierowca odwraca się lekko w moją stronę. – Skąd oni dostęp do takiej broni?

– Z naszych rozbitych oddziałów! – Zasypuję podłogę stosem łusek. Przeładowuję szybko i wznawiam ostrzał. Celów nie zabraknie. – Skręć w lewo, w pięćdziesiątą!

– Tak jest, sir!

Wjeżdżamy do w miarę bezpiecznej strefy. Rano oczyścili ją zmasowanym rajdem śmigłowców i poprawili napalmem.

– Sześćdziesiąt pięć, zgłoś się. – Dobiega z radia.

– Tu sześćdziesiąt pięć, jestem, kurwa, trochę zajęty, odbiór!

– Tłum kieruje się w waszą stronę, odbiór.

– Ja pierdolę! – Walę pięścią w sufit. Raz, drugi. – Jakie rozkazy, odbiór?

– Utrzymać pozycję aż do przybycia wsparcia.

Zatrzymujemy się na skrzyżowaniu. Rozkazuję ustawić pojazdy w krąg, celować we wszystkie strony. Lżej ranni też. Broń i amunicja ciężej rannych rozeszła się po tych, którzy najbardziej jej potrzebowali.

Czekamy w milczeniu, słysząc tylko dalekie wrzaski i łomoty. Ziemia drży coraz mocniej. Zza zakrętu wylewa się opętana furią horda. Wykrzywione twarze, rozświetlone oczy. Gniew niemal pozbawił ich rozumu. Przewracają się wzajemnie byleby móc jako pierwsi wypruć z nas flaki.

Uderza w nich tajfun ołowiu. Wybuchają pierwsze granaty. Horda zostaje rozerwana na strzępy, staje się prawie niewidoczna zza czerwonej mgły. Niektórzy odpowiadają niecelnym ogniem. Inni po prostu biegną w naszym kierunku. Rzucamy w nich cały zapas wszystkich ładunków wybuchowych, zanim sami znajdziemy się w polu rażenia. Nie przerywamy ogłuszającej kanonady.

Nie powstrzymuje to jednak wyjącej fali przyboju przed zderzeniem z nami. Zmywają nas z kręgu, prosto w ciemną toń. Wokół rozchodzi się tysięczne grzmienie stóp na maskach pancernych wozów. Do głosu dochodzą teraz kolby, pięści, noże i ciężkie buciory. Ktoś zdarł mi hełm, całą twarz mam zbryzganą ciepłą jeszcze posoką. Bark boli przeraźliwie, odbierając rozum. Mam złamane chyba wszystkie palce.

Wszystko kończy się nagle. Jakby ktoś wyciągnął nam głowy spod wody. Większość chłopaków przeżyła, chociaż każdy jest ranny. Podchodzę do nich i sprawdzam czy się trzymają. I im dłużej idę tym bardziej jestem pewien, że nikt tak naprawdę nie ocalał. Coś w nas pękło.

Wszyscy jesteśmy martwi. Widzę to w ich oczach, odbijających obraz setek zabitych przez własne wojsko cywili. Ofiar wojny, o którą nie prosili. Wykorzystanych jako bezmyślna broń. Wychodzę poza kordon, żeby nikt nie zauważył mojego stanu. Inaczej zupełnie się rozsypią.

Stoję tak, oddychając ciężko, nie mogąc się pozbierać. Wtedy go zauważam. Ma może dziewiętnaście lat. Urwało mu nogi w kolanach, kule poszarpały rękę na strzępy. Umiera, a jednak gdy tylko mnie zauważa, próbuje się na mnie rzucić. Wyciągam pistolet, klękam przy nim i strzelam.

Na ziemię spadają pierwsze krople deszczu, rozmywając wszystko. Ciągną za sobą smugi. Leje jak z cebra i wszystko znika, zamienia się z powrotem w niewyraźną plamę niczego.

Chciałbym tu już zostać…

Widmowe kleszcze zaciskają się na moim żołądku, gdy idę betonowym korytarzem w towarzystwie dwóch pustookich mumii. Podobno nazywają ich tak, bo wyciągnięto im mózgi, żeby nie można ich było kontrolować. Nie wiem. Dowództwo nic już nam nie mówi. Traktuje wszystkich jak króliki doświadczalne.

Mijamy setki nieoznaczonych czarnych drzwi. Zabrano mnie z bazy w środku nocy, nikt nie powiedział gdzie lecimy. Po wilgoci i duszności powietrza mogę tylko zgadywać, że to bunkier.

Wchodzimy do wygłuszonego pomieszczenia pełnego naukowców. Zza siwej zasłony papierosowego dymu dostrzegam całe metry kabli, długie rzędy komputerów oraz sporą kadź.

– Podpisał pan wszystkie dokumenty, kapitanie? – pyta łysiejąca pani profesor, nie odrywając wzroku od ekranu monitora.

– Zgadza się.

– Proszę się rozebrać i wejść do kadzi. A wy możecie iść. – Pstryka palcami na mumie.

Robią mi jeszcze kilka krótkich testów. Mówią, że mogę doświadczyć halucynacji lub ponownie przeżywać świeże wspomnienia. Boję się, boję się tak bardzo, że pozostaję na granicy omdlenia. Igła powoli zbliża się do mojego oka, ogarnia mnie poczucie nieważkości. Z oddali dobiega mnie jeszcze głos:

– Przygotować się do rozpoczęcia procedury…

Z mozołem wchodzę po rozciągniętych w nieskończoność schodach prastarej kamienicy. Deski skrzypią pod naporem moich ciężkich butów. Czuję się jak w pustce – tylko ja, skrzypienie i kolejne piętra, jedno po drugim, wszystkie takie same i tak samo źle oświetlone. Farba odpadła dawno temu, ukazując zzieleniały tynk i wyblakłe graffiti. Wreszcie, po wieczności w zawieszeniu docieram na ostatnie piętro i skręcam w długi, śmierdzący moczem i rzygowinami korytarz.

Mijam kolejne odrapane drzwi, starając się ignorować dochodzące zza nich jęki i trzeszczenie łóżkowych sprężyn, lub odgłosy ostrych kłótni. Nie ma to jak w domu.

Zatrzymuję się przed wejściem do ostatniego mieszkania, z wahaniem sięgam do klamki. Wreszcie chwytam ją i przekręcam, wchodzę do środka. Nic się nie zmieniło, nic. To ciągle ta sama, zniszczona kawalerka, pozbawiona mebli, wody i ciepła. Niedługo to się zmieni.

Stąpam po betonie – podłogę dawno temu rozebraliśmy, żeby mieć z czego robić prowizoryczne ogniska – przechodząc do maleńkiej kuchni. Mama śpi na jedynym ocalałym krześle, głowę ciężko opiera na piersi, tak że jej policzek styka się z policzkiem mojej trzyletniej siostrzyczki. Żal mi je budzić, ale mam niewiele czasu.

Rozpoczynamy procedurę za dziesięć…

Najpierw chrząkam lekko, a gdy to nie działa, zbliżam się i delikatnie nią potrząsam. Mama otwiera niechętnie oczy, podnosi na mnie wzrok i widzę jak jej źrenice rozszerzają się ze zdumienia. Z głupim uśmiechem staję na baczność, strzelając obcasami i salutuję.

– Pani generałowo.

– Panie kapitanie… – Głos drży jej lekko. – Synku…

– Mamo, nawet byś nie uwierzyła… chodzi o to, że… – Nagle zdaję sobie sprawę, że brakuje mi słów. Wszystko miałem zaplanowane, ale nie umiem się tego trzymać, teraz, patrząc jej w oczy. – Dostałem awans. Mam nowy przydział. Nie mogę ci zdradzić szczegółów, ważne że zapewni wam to lepsze warunki. Armia da wam nowe mieszkanie, daleko poza zasięgiem kukiełek.

– Mój Boże – Jej ciałem wstrząsa szloch, a ja wrzeszczę na siebie w duchu, że nic nie umiem na to poradzić. – Nowy przydział… zgodziłeś się na jakieś eksperymenty, prawda? Jak twój ojciec. I gdzie teraz jest?! No gdzie?!

– Mamo, spokojnie. Proszę, spokojnie. To nie to samo. Zobaczysz. Zabieram was w tej chwili.

– Tak od razu?

– Tak. Weź wszystko i idziemy na dół. Tam czeka na was kierowca. Potem przez jakiś czas nie będziemy się widzieć. – Nerwowo obracam głowę w stronę drzwi, choć przecież wiem, że nikogo tam nie ma. Sięgam pod koszulę i zrywam nieśmiertelniki z szyi. – Weź je i zatrzymaj razem z moim zdjęciem. Daj mi je jeśli… gdy się spotkamy. Chodź szybko!

Zaczynamy procedurę. Pierwsza dawka!

Biorę siostrę na ręce, a matka biegnie spakować kilka drobiazgów, żałosne resztki naszego dawnego życia. Uśmiecha się do mnie nieśmiało, ruchem głowy wskazuje wyjście.

Wtedy jej twarz zaczyna pękać, jak porcelana. Mama rozpada się na kawałki, które po upadku na podłogę zamieniają się w drobną szklaną kaszkę. Z przerażeniem patrzę na moją siostrę. Dziecko, które trzymam ma głowę pokrytą gładką skórą, bez oczu, włosów, czy choćby jednej zmarszczki. Nie jest moją siostrą, tak ja to coś na podłodze nie jest moją matką. Upuszczam dziecko, a to natychmiast zaczyna się topić, przekształcać w szarą masę.

Druga dawka!

Cofam się, wychodząc z tego ponurego miejsca, rozpływającego się na moich oczach w nic nieznaczącą mgłę. Zamykam drzwi, staję w miejscu. Moją głowę wypełnia tylko pustka. Wychwytuję krzyki i wybuchy, gdzieś na granicy słyszalności, ale z każdym uderzeniem serca znaczą one dla mnie coraz mniej.

Marszczę czoło, próbując się skoncentrować, przypomnieć sobie skąd biorą się te dźwięki, ale moja pamięć jest jak zbite lustro, ukazujące wszystko nie takim, jakim być powinno.

Trzecia dawka, panowie!

Stoję przed wejściem do ostatniego mieszkania, z wahaniem sięgam do klamki. Trzymam ją tak przez chwilę, zawieszoną w powietrzu, po czym cofam. Nie wiem co to za miejsce, nie wiem po co tu przyszedłem. Odwracam się i idę na dół.

8.

Wszystko mnie boli, głowa najbardziej. Jestem zupełnie odrętwiały, jakby odcięty od ciała. Podniesienie ręki i otworzenie oczy kosztuje mnie wiele wysiłku. Nade mną saletra oraz pleśń tworzą mozaiki na żebrowanym suficie tunelu. Wciąż jestem w kanałach, a pod plecami zaczynam wyczuwać kanapę. Asb śpi na fotelu. A na podłodze leżą zwłoki.

Po antenie za uchem poznaję, że to ten, który tu mnie przywitał. Spadam sztywno na podłogę, żeby przyjrzeć się bliżej. W dzikiej zamieci, jaka ogarnia mój umysł na chwilę widzę imię, które zaraz znika pod śniegiem. Znam go, znałem od wielu lat.

Ma puls, ale gdy świecę mu w oczy moją latarką, nie reaguje. Jego twarz jest jedną wielką, broczącą krwią opuchlizną. Prawa ręka złamana w trzech miejscach i wyczuwam poważny uraz kręgosłupa. Nie mam ochoty dokładnie dowiadywać się o czym świadczy wielka czerwona plama w okolicach krocza. Asb musiał go zaatakować, kiedy straciłem przytomność po wyjściu z komory. Zaatakował go tak, jak tylko orangutan by potrafił, wbijając go w śpiączkę.

Podejście do lustra przy ścianie nie jest proste, ale z każdym krokiem idzie mi się coraz łatwiej. Po drodze przywołuję w myślach obrazy, które w ciągu stanowią moje hasło. Mogę teraz odkleić maskę. Spod metalu wydobywa się cichy syk.

Zniekształcenia i blizny po postrzale same w sobie mogłyby wzbudzić w człowieku dreszcze, ale w połączeniu z czernią rozlanej szeroko oparzeliny sprawiają, że nawet mi trudno patrzeć moim zdrowym okiem. Paskudne piętno zamieszek po krachu, który ostatecznie poderżnął gardło gospodarce. Pamiętam tamtą noc. Pamiętam kilka innych nocy i niewiele więcej.

Budze Asba, razem idziemy do włazu, za którym śpi Light. Zostanie po tej stronie z karabinem, w razie czego rozszarpie tego „Starego Człowieka” na strzępy.

Siadam na krześle, które zabrałem z drugiego pokoju. Witam mojego gospodarza obrzynem wetkniętym pod brodę. Teraz przyglądam się temu blademu widmu z przeszłości, zastanawiając się czy go znam.

– Witaj, kapita… – mówi. Przerywam mu, wkładając gnata do ust.

– Żadnych sztuczek, żadnego pierdolenia. – Odbezpieczam. – Nie wiem czego używasz, możesz mieć i wszeczpy, a i tak nie będzie się to równało doustnej dawce śrutu. Czegokolwiek spróbujesz, będę szybszy.

Znów wgniatam mu obie lufy w krtań.

– Nie musisz…

– Zadaję pytania, ty na nie odpowiadasz. Wyraziłem się jasno?

– Wyraziłem… – powtarza za mną. – Odblokowałem cię. Przypomniałeś sobie.

– Powinienem być wdzięczny? – parskam.

– Tak.

– Nie prosiłem o to. Nie chciałem wtedy i nie chcę teraz – syczę. Coś się zmienia, przez ułamek sekundy wygląda, jakby się zdziwił. – Z tą twarzą nie powinieneś nigdy wchodzić w hazard. To taka przyjacielska rada.

Tylko milczy.

– Dobrze, zacznijmy od tego kim jesteś. – Siadam wygodniej.

– Przybyszem z przeszłości. – Wzrusza sprawnym ramieniem. – Wysłanym, by odbudować przyszłość.

Jeszcze zanim zdąży zacząć jakiś głupi monolog, łamię mu nos kolbą.

– Nie wiem czy się zgrywasz czy tracisz rozum, ale mam nadzieję, że to pomoże ci trzymać się rzeczywistości. Kim jesteś?

– Twoim cholernym dowódcą! Zahibernowanym pod ziemią w oczekiwaniu na odpowiedni moment. Nie mogliśmy powstrzymać resetu, jedynie go odwrócić.

– A potem na odległość zmuszać ludzi do morderstw?

– Jeden z twoich podkomendnych się zbuntował. Pali i zabija. Musiałem jakoś zwabić resztę z was, żebyście mi pomogli!

– Wyglądam jakbym chciał ci pomóc?

– Jeśli nie mnie to komu? Ja… jestem cywilizacją.

– Pamiętam trochę cywilizację. – Zaciskam zęby. – Potrzebuję lepszego argumentu.

– Bez naszej interwencji ludzie zamieniliby się z powrotem w jaskiniowców! Beze mnie nigdy nie odbudują tego, co straciliśmy przez tą wojnę! Mieliśmy ruszać na podbój gwiazd, a ten buntownik chce, żebyśmy dalej ryli w ziemi, jak świnie.

– Chcesz tylko oświecić nas swoim blaskiem, co, Light? – parskam.

– Jesteś jego dowódcą. Będzie chciał z tobą rozmawiać. Wtedy z pewnością przekonasz się, że mam rację.

Nie jestem pewien na ile Light rozumie sytuację, w której się znalazł. Prawdopodobnie mógłbym powiedzieć mu prosto w twarz, że się nie zgadzam i po prostu nie przyjąłby tego do wiadomości. Ale być może ten buntownik, kimkolwiek jest, będzie w stanie wyjaśnić mi, co się dzieje.

9.

Wyciągam z kieszeni pogięte, wielokrotnie składane zdjęcie. Wciąż jest puste… nie jestem pewien czego oczekiwałem. Nawet nie wiem, czy to, co sobie przypomniałem wydarzyło się naprawdę. Może to tylko pusty pokój i krzesło jednego z tysięcy wyglądających identycznie mieszkań. Może są wspomnienia, które lepiej zostawić w spokoju.

Kucam nad strumykiem, żeby obmyć głowę zimną wodą. Czuję, jak wielka dłoń dotyka mojego ramienia. Asb siada obok mnie, wpatrując się w toń. Wzdycham z zaciśniętymi powiekami i fotografią przyciśniętą do czoła. Potem je chowam. Podnoszę karabin i plecak.

Jeszcze dalej na wschód od wybudowanego przez Lighta miasteczka jest posiadłość na wzgórzu. Trudno ją dostrzec między drzewami. Ściany porasta gęsty bluszcz, a dach zniknął pod warstwą mchu. Mimo tego z jakiegoś powodu zwą to miejsce Żółtym Domem.

Po drodze w górę, śladem zawiniętej jak serpentyna rzeczki, trafiamy na siedzącego na kamieniu mężczyznę, przeraźliwie brudnego i bladego, jak śmierć. Podchodzę bliżej, a on dalej zdaje się mnie nie widzieć.

Ożywia się nagle, kiedy przechodzę po jego prawej.

– Wody… wody… – stęka.

To jeden z tych, którym po resecie zupełnie przemieliło mózgi. Paskudne przypadłości, których nie dało się leczyć. Chwytam go za kark i obracam, tak żeby jego mózg mógł zarejestrować istnienie pobliskiej wody. Rzuca się w nią, prawie rozbiwszy sobie głowę. Jestem po jego lewej i w tej chwili przestaję dla niego istnieć.

Asb rzuca mu jeszcze coś do jedzenia, tak żeby zobaczył. Ścieżka prowadzi nas dalej, obok grającej w szachy pary. On nie ma ręki, ona próbuje właśnie położyć pionka w powietrzu.

– Szach! – krzyczy. Jest niewidoma, ale zdaje się nie przyjmować tego do wiadomości.

Jesteśmy już prawie na miejscu. Coraz więcej tu ludzi, z najróżniejszymi problemami. Pełną gamą. Nigdy nie sądziłem, że w ogóle żyje ich aż tylu

Razem z Asbem przepychamy ogromne drzwi posiadłości. Ściany po drugiej stronie patio są podziurawione jak sito. Ktoś pojawia się na schodach.

– Kapitanie, witaj w Żółtym Domu! – Uśmiecha się promiennie, rozpościerając ręce w teatralnym geście.

– Naprawdę wolałbym, żeby nikt mnie już tak nie nazywał, sierżancie… – Podchodzę bliżej. – Ciekawi cię może, co mnie tu sprowadza?

– Bardzo, ale możemy porozmawiać na balkonie z ładnym widokiem, co ty na to, kap… ee, no. – Chwyta się za ceglastą gębę i pociera.

– Opowiem po drodze. – Asb daje znać, że się porozgląda, ja wchodzę na kilka pierwszych stopni. – Jestem tu aby odrąbać ci głowę. Masz jednak szansę przekonać mnie, żebym tego nie robił.

– Postaram się. – Prowadzi mnie na wielki balkon, na którym stoją dwa leżaki.

Siadamy, nie patrząc na siebie, zamiast tego kontemplując krajobraz. Dotykam palcami białej nieprzejrzystej siatki, która zakrywa teraz pół mojej twarzy. Tak, jak wcześniej maska, pozwala mi widzieć martwym okiem. Nie wzbudza za to strachu, nie jest narzędziem żołnierza.

– Wiesz, że odpowiednio manipulując jedzeniem można wywołać znaczący wzrost agresywności? Bakterie w naszych flakach mogą sprawić, że zamienimy się w brutalnych psycholi.

– Dobrze to o nas świadczy, prawda? – odpowiadam z rękami za głową.

– Tak… Używaliśmy tego, żeby terroryzować wrogie terytoria zdziczałymi psami. Później wpadliśmy na lepsze sposoby kontroli i wróg też wpadł na podobne, aż w końcu nikt nie mógł powiedzieć kto jest kim.

– Skoro są takie dobre, dlaczego byłeś w stanie się zbuntować?

– Bo Light jest politykiem, a nie naukowcem. Myślisz, że skąd wzięli się ci wszyscy biedni ludzie na dole? Nieudane próby, ja też. Pierwszy z nas jakiego spotkał i się pomylił. Pokazał mi za dużo. I tobie chyba też.

Wyciągam z kieszeni zdjęcie, obracam je między palcami.

– Rzeczywiście zabiłeś tych ludzi, o których mi mówił.

Obraca się w moją stronę.

– Tak. Przybywa tu bardzo wielu uchodźców z tych wszystkich kultów. Bardzo wielu ludzi z gór, szukających prądu i czystej wody. Chciałem ich odstraszyć.

– Dlaczego? Dlaczego nie pozwolić mu odbudować starego świata?

– Dobrze wiesz czemu! Pamiętasz, tak jak ja! Pamiętam ich wszystkich, pamiętam kiedy kazałeś nam robić kordon i kiedy ich wszystkich zabiliśmy. Pamiętam jak musiałem wydać rozkaz zbombardowania promów z uchodźcami. – Po policzku spływa mu łza.

– Tym razem może być inaczej.

– Tamten świat rozpadł się w gówno. I znowu się w nie rozpadnie, jeśli się go przywróci. Może bez pomocy Lighta i tak wrócimy w to samo miejsce, może znowu zrobimy wszystkie te rzeczy, za które chcieliśmy odpokutować w tym oddziale. Ale przynajmniej jest jakaś szansa.

– Trzeba tylko zabić Lighta?

– Mam krew na rękach i ty masz krew na rękach. Co to dla nas, jeszcze je trochę ubrudzić? Żeby inni mogli je zachować czyste?

Wstaję, kręcę się przez chwilę z ręką na kaburze. Jak ja bym chciał go po prostu zabić. Jebać prawdę, zabrałbym stąd Asba i wrócił do normalności. Do bycia pierdolonym Satarielem – zwykłym facetem na końcu świata. Nie było ulic pełnych trupów, nie było błędnych kół, ani całego tego gówna.

Ale teraz jest i już tego nie zmienię. Mogę za to zapobiec kolejnym takim sytuacjom, upewnić się, że nikogo więcej to nie spotka. To tylko dwa naboje, potem upewnię się, że cała technologia zostały zniszczona. Będę mógł zapomnieć. Tylko czy to cokolwiek zmieni?

Staję przed balkonowymi drzwiami z ręką na kaburze. Z wahaniem sięgam do klamki. Trzymam ją tak przez chwilę, zawieszoną w powietrzu.

Koniec

Komentarze

Co by tu napisać… Tekst ma bardzo podobne cechy do Melodii Chaosu. Jest klimat, barwnością przypominający nowe Fallouty, ale jednak trochę mroczniejszy. Świetne opisy wewnętrznych przeżyć głównego bohatera, ciekawe postaci, naturalizm opisów. Kuleją natomiast dialogi, które przez deficyt didaskaliów wybijają czytelnika z rytmu, no i problem jasności przekazu. Plus technikalia: zgubione przecinki, trochę powtórzeń, złe końcówki. PS. Jak tam powieść, dalej poprawiasz, czy wysłałeś już gdzieś?

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Dzięki za przeczytanie :D

Mam pewną awersję do przesadnych opisów przy dialogach, której chyba za bardzo tym razem pofolgowałem. Mógłbyś ewentualnie rozwinąć co masz na myśli przez niejasność przekazu?

A powieść wysłałem do kilku wydawców i już jakiś czas temu straciłem nadzieję, że ktokolwiek mi odpowie. Mówi się trudno, za jakiś czas spojrzę na nią świeżym okiem i będzie trzeba spróbować ponownie.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Nie ujęło mnie. Nie przepadam za tematyką wojskową, a tu nic, tylko się rąbią. Nie bardzo rozumiem, do czego dąży bohater. Ktoś mu kazała rozwiązać problem, więc idzie, zabija kilku ludzi. A co ma do tego pudełko z odciskiem dziecięcej dłoni? Jakoś ciąg scenek wydaje mi się rwany, nie bardzo widać, że kolejna wynika z poprzednich.

Interpunkcja utyka.

niedbałym ruchem ręki odsyłając mnie na tą przeklętą wyprawę.

Tę wyprawę.

Babska logika rządzi!

Czyli jednak nie do końca powiodło mi się naprawienie błędów poprzedniej wersji :/ Tym razem wydaję mi się, że wiem, gdzie leży problem. Ciąg logiczny pchający bohatera z miejsca do miejsca wymaga poziomu wiedzy o świecie przedstawionym, na który nie do końca pozwoliłem. A jak się do tego doda skróty myślowe, to znowu wychodzi zbyt chaotycznie.

W każdym razie dzięki za poświęcenie czasu na przeczytanie :)

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Poczekaj na inne opinie, mogło być tak, że nie ujęło Finkli, bo ona nie lubi militariów, nie chciała się babrać we flakach, nurkować we krwi, a właśnie tam schowałeś wyjaśnienia.

Babska logika rządzi!

Dzięki, ale przy moich utworach wolę trzymać się myślenia, że wszystko jest moją winą, dopóki nie pojawią się decydujące dowody na to, że jest inaczej.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Hmm. Zdrowe podejście. Dopóki nie stanie się nadmiernie frustrujące. ;-)

Babska logika rządzi!

Przyjemny tekst postapokaliptyczny. Nieźle opisujesz walki, ale od czasu do czasu brakuje im polotu. Sądzę, ze to przed olbrzymią ilość przymiotników w tekście. Jak są strażnicy w tłumie, to są “ewidentni”, jak pojazd to “zrudziały” i tym podobne. Na dłuższą metę to niestety męczy, bo moja wyobraźnia co chwila musi uzupełniać szczegóły. Kres w “Galerii złamanych piór” sugerował, by bawić się skojarzeniami czytelników i myślę, że możesz to tego się odwołać. Przywołać jakiś znany powszechnie obraz postapokalipsy, a potem tylko poprawiać co ważniejsze elementy krajobrazu.

Fabuła przyzwoita, spodobała mi się postać wyszkolonego orangutana. Tak jak pisałem – przeczytałem z lekkim zmęczeniem, ale było okej. Całkiem ładny koncercik fajerwerkowy. Klik będzie :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za przeczytanie i fajnie, że się podobało :) Mam z przymiotnikami “syndrom Lovecrafta” – tutaj jest to bardzo stonowane, w innych tekstach zdarza mi się użyć dwóch przymiotników pod rząd. Pociąga mnie coś w takich barokowych opisach i nie umiem się zdecydować, czy powinienem to tonować czy nie…

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Przykro mi, Madeju, okazuje się, że niewiele pojęłam. Nie udało mi się dociec, o co chodzi w opowiadaniu, nie wiem, kto z kim walczy i dlaczego.

Mam natomiast wrażenie, że kiedyś już coś podobnego czytałam, niejasno pamiętam scenę z matką i siostrą bohatera, niezwykle podobną do opisanej w tym opowiadaniu.

 

Z ot­chła­ni do­cie­ra do mnie, że bolą mnie nogi. Parzą i pieką. –> Z jakiej otchłani? Czy nie czuł bólu wcześniej i nagle go sobie uświadomił?

 

Roz­sia­dam się wy­god­niej, ale moje myśli nie po­zwa­la­ją mi od­po­cząć. My­śle­nie o przy­szło­ści… –> Czy oba zaimki są konieczne? Powtórzenie.

 

Jak długo szedł…em w szoku przed sie­bie? –> Czy to celowy wielokropek? Jeśli tak, to brakuje spacji po nim.

 

nie po­tra­fię opa­no­wać swo­jej ob­se­sji, nie po­dejść do lu­stra. Wielu oca­la­łych nie po­tra­fi w ogóle… –> Powtórzenie.

 

Prze­su­wam opusz­kiem palca po szorst­kiej skó­rze. –> Prze­su­wam opusz­ką palca po szorst­kiej skó­rze.

Opuszka jest rodzaju żeńskiego.

 

choć nie czę­sto na nią pa­trzę. –> …choć nieczę­sto na nią pa­trzę.

 

be­to­no­wy­mi szkie­le­ta­mi, przez które hula wiatr. –> Raczej: …be­to­no­wy­mi szkie­le­ta­mi, wśród których/ między którymi hula wiatr.

 

mijam tory. Buty za­pa­da­ją się w lep­kie błoto. –> Skąd i od kiedy bohater ma buty?

 

Po lewej dwóch mię­śnia­ków tłu­cze się ze sobą w oto­czo­nym drew­nia­ną pa­li­sa­dą ringu, chro­nią­cych ich przed krę­giem spo­co­nych, spra­gnio­nych krwi fa­ce­tów. –> …w oto­czo­nym drewnianą pa­li­sa­dą ringu, chro­nią­cym ich

 

W okół pach­nie sma­żo­nym mię­sem oraz fer­men­ta­cją. –> Wokół pach­nie sma­żo­nym mię­sem oraz fer­men­ta­cją.

 

Spójrz na zu­peł­nie nor­mal­ną twarz. –> Spójrz na zu­peł­nie nor­mal­ną twarz.

 

mi po­zo­sta­je stać sa­me­mu w ciszy i pół­mro­ku. –> …mnie po­zo­sta­je stać sa­me­mu w ciszy i pół­mro­ku.

 

Głów­nym źró­dłem świa­tła jest wą­skie okno w kształ­cie krzy­ża. Przed nim stoi wiel­kie, prze­żar­te przez kor­ni­ki biur­ko, a za nim sie­dzi nisko si­wo­wło­sy czło­wie­czek… –> Czy dobrze rozumiem, że biurko stoi przed oknem, a człowieczek siedzi za oknem.

Co to znaczy, że człowieczek siedzi nisko?

 

Asb wy­cho­dzi z zza rogu… –> Asb wy­cho­dzi zza rogu

 

jesz­cze leży ostat­nie od­kry­te ciało. Dło­nie leżą na… –> Powtórzenie.

 

– W ba­ra­ku 12B. –> – W ba­ra­ku dwanaście B.

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

że wiatr wciąż prze­trzą­sa po oko­li­cy masę po­pio­łu. –> …że wiatr wciąż roz­trzą­sa/ roznosi/ rozsiewa po oko­li­cy masę po­pio­łu.

 

Wszę­dzie roz­po­znam tech­no­lo­gię… –> Wszę­dzie roz­po­znam tech­no­lo­gię

 

Igła po­wo­li zbli­ża się do mo­je­go oka, ogar­nia mnie po­czu­cie nie­waż­ko­ści. Z od­da­li do­bie­ga mnie jesz­cze głos: –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

Budze Asba… –> Literówka.

 

– Nie wiem czego uży­wasz, mo­żesz mieć i wszecz­py… –> Literówka.

 

nie od­bu­du­ją tego, co stra­ci­li­śmy przez wojnę! –> …nie od­bu­du­ją tego, co stra­ci­li­śmy przez wojnę!

 

Mam krew na rę­kach i ty masz krew na rę­kach. Co to dla nas, jesz­cze je tro­chę ubru­dzić? Żeby inni mogli je za­cho­wać czy­ste? –> Żeby inni mogli swoje za­cho­wać czy­ste?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A wiesz co, Reg? Przy scenie z matką też mi coś dzwoniło. Ale reszty już nie rozpoznawałam.

Babska logika rządzi!

Finklo, przejrzałam twórczość Madeja i okazuje się, że dwa lata temu obie czytałyśmy opowiadanie Bez przeszłości.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Napisałem w przedmowie, że opowiadanie nie jest zupełnie nowe, choć pewnie trzeba było być bardziej konkretnym. Uznałem, że mogę wrzucić je ponownie jako nowy tekst, ponieważ przepisywałem je akapit po akapicie, zachowując często tylko sam sens i nic więcej. Jeśli czujecie się pokrzywdzone i podstępem zwabione do ponownego czytania to przepraszam. Nie miałem takiego zamiaru.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Nie no, czytałam przedmowę, uprzedziłeś, więc luzik.

Babska logika rządzi!

Ależ, Madeju, w przedmowie byłeś wystarczająco konkretny i niczego nie musisz sobie wyrzucać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cóż, dziękuję za rozwianie moich obaw :)

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Nowa Fantastyka