- Opowiadanie: El Lobo Muymalo - Zyski i straty

Zyski i straty

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy

Oceny

Zyski i straty

Było dobrze po północy, kiedy w końcu dotarłem do karczmy. W świetle latarni, przy wejściu, rozmawiało kilku ludzi. Zsiadłem z konia.

– Sallagarad – zawołałem.

Tak jak się spodziewałem, Sallagarad był pijany. Kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się szeroko, szczerząc zęby, i padł mi w ramiona, choć bardziej przez problemy z równowagą niż wielką miłość. 

– K… kopę… lat… – wybełkotał.

Szczerze mówiąc, bardziej byłoby mi na rękę, gdyby był teraz trzeźwy, ale po gorzale przynajmniej nie był wrednym chamem. Tak jak zazwyczaj.

– Sallagarad – powiedziałem, starając się uśmiechnąć. Poklepałem go po plecach i poprowadziłem dalej od karczmy, poza obręb światła. Zniżyłem głos. – Lepiej żebyś wytrzeźwiał szybko, stary pierdzielu, bo jest złoto do zgarnięcia. Dużo złota.

– O-o-o-o-o! – Jęknął przeciągle i otworzył szeroko oczy. Dziwnie wyszczerzył zęby. – N… nic się… nie zmieniłeś…, ch…chciwy kutasie.

Uśmiechnąłem się. W zasadzie miał rację. 

Ale on też kochał pieniądze. Zarobił w życiu tyle, że mógłby już być bogaczem, gdyby, rzecz jasna, jeszcze bardziej nie kochał gorzały. Nie był, mówiąc oględnie, najbardziej godnym zaufania człowiekiem, jakiego spotkałem na swojej drodze, ale nie miałem wielkiego wyboru. Potrzebowałem ludzi.

Poza tym, ja też nie byłem takim człowiekiem.

– Kasztelan Ravve – powiedziałem szeptem, bardziej dla dodania dramatyzmu niż tajemnicy. – Łowcy niewolników porwali mu córkę.

Sallagarad spojrzał mi w oczy niemalże trzeźwo. Otarł usta wierzchem dłoni.

– Ten sssskurwiel… – mruknął. – Ile daje za odbicie?

– Nie mamy jej odbijać. Mamy dostarczyć okup. I mówię ci, bracie, dostaniemy za to więcej złota, niż damy radę unieść.

Albo, jeśli sprawy przyjmą zły obrót, sczeźniemy na palach. Tego już mu nie powiedziałem. Po co psuć dobre wrażenie? Zresztą na pewno się domyślał. Nasz fach odznaczał się niewielką tolerancją dla porażek.

– I co ty na to? Widzę po oczach, że masz ochotę.

Żebyś, kurna, wiedział, że mam. – Sallagarad wyszczerzył zęby w uśmiechu. Potem odwrócił się i krzyczał do przypadkowych ludzi, żeby przyprowadzili mu konia.

 

***

 

– To jest ten twój mistrz długiego miecza? – jęknął Sallagarad. – Chyba kpisz.

Na ławce obok szopy siedział wysoki na prawie cztery łokcie, barczysty człowiek z długimi czarnymi kudłami na głowie i taką samą brodą. Strugał małą figurkę z drewna i mówił do siebie. Obok niego, na ławce, stał już rząd wyrzeźbionych wojowników z mieczami i włóczniami. Nieopodal kręciła się przygarbiona starsza kobieta z włosami przyprószonymi siwizną. Kiedyś musiały być tak kruczoczarne, jak u tego mężczyzny.

– To jakiś wioskowy pomyleniec – syknął mi do ucha Sallagarad.

– Witaj, Brakka – powiedziałem. Brodacz podniósł wzrok.

– Ja jestem Tragga – powiedział powoli, przeciągając słowa tak bardzo, że można było zasnąć słuchając jednego zdania. – Tam jest Brakka. – Wskazał ręką na prawo.

Zza rogu domostwa wyłaniał się drugi mężczyzna, wyglądający identycznie jak ten siedzący na ławce. Kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się szeroko, szczerząc białe zęby.

– Ara-anze! – zawołał, tak samo irytująco przeciągając sylaby. Podszedł i uściskał mnie swoimi wielkimi łapskami, mocno, aż nie mogłem złapać tchu. Potem odsunął się i spojrzał na mnie, cały czas z wielkim uśmiechem na twarzy. – Jak się miewasz, przyjacielu?

– Doskonale – odparłem. – Mam nadzieję, że lubisz złoto?

Brakka zmarszczył czoło i podrapał się po swojej wielkiej głowie.

– Raczej tak – powiedział w końcu. Sallagarad patrzył na niego z pogardą i niedowierzaniem.

– To dobrze. – Zniżyłem głos. – Jest robota. Będzie niebezpiecznie, możemy zginąć, ale jeśli nam się uda, to…

– Kogo bijemy? – przerwał mi Brakka.

– Nikogo. Negocjujemy. Z pewnym cechem kupców ze stepu.

– Łowcy niewolników! – krzyknął Brakka. Starsza kobieta podniosła na nas wzrok. – Dobrze… Dobrze! – Znów podrapał się po głowie i zamyślił. – Tylko powiem mamie.

 

***

 

Oczy.

Duże i zielone, szeroko otwarte.

To było pierwsze, co zobaczyłem, wchodząc do sali oświetlonej zawieszonymi przy ścianach pochodniami. Pośrodku niej stał długi stół, a u jego szczytu drewniane krzesło. 

Oczy należały do jasnowłosej dwórki w zielonej sukni. Po latach spędzonych na pustyni w towarzystwie osób urodą przypominających, nie przymierzając, gargulce, jej gładka skóra i zaokrąglone kształty wydawały mi się wyjątkowo kuszące. Nie przestawała się we mnie wpatrywać, więc zgiąłem się w ukłonie i kilka razy zawinąłem dłonią w powietrzu, próbując wyglądać dwornie. Zachichotała. Uśmiechnąłem się i puściłem oczko. 

– Gdzież to nasz kasztelan, piękna pani? – zapytałem.

Zachichotała znowu.

– Zaraz tu będzie.

– Jak ci na imię, o kwiecie wiosenny? – Nie wiedziałem, czy ten komplement ma sens, ale przebywanie na wojnie w towarzystwie ordynarnych facetów nie sprzyja rozwijaniu uroku osobistego.

Dwórka odwróciła głowę. Spojrzałem w tym kierunku co ona. Do sali wchodziło trzech ludzi. Dziewczyna skłoniła się im i wyszła.

Najwyższy z przybyłych miał długie siwe włosy i nosił szkarłatny płaszcz z jedwabiu, narzucony na wełnianą tunikę. Jeden z towarzyszących mu mężczyzn, niski i krępy, powiedział zaskakująco cienkim głosem:

– Panie, przybyli najemnicy.

Kasztelan Ravve spojrzał na nas i prawie niezauważalnie skinął głową. Zrobiliśmy to samo.

– Podczas powitania jaśnie pana należy oddać pokłon – zrugał nas cienki głos. Udawałem, że nie słyszę.

Jaśnie pan spojrzał na nas i skrzywił się. Sprawiał wrażenie, jakby zazwyczaj nie zadawał się z takimi jak my.

– Zazwyczaj nie zadaję się z takimi jak wy – powiedział. Usiadł na krześle u szczytu stołu i westchnął ciężko. – Ale nie mam wyboru.

Nie zaprosił nas, żebyśmy usiedli. Zresztą nie było na czym.

– Jak już zapewne wiecie z plotek, moja córka, Aleka, została uprowadzona… – Odetchnął głęboko. – Przez tak zwanych łowców niewolników. Pod wodzą Sakkary Łysego.

Już na samym początku pojawił się problem. Sakkara Łysy znany był w całej Południowej Rubieży i to nie ze swojej wspaniałomyślności. Nie chodziło o to, że jego ludzie gwałcili i mordowali, to akurat nie było niczym niezwykłym wśród łowców niewolników. Rzecz w tym, że Sakkara nie bał się nikogo, królów, książąt, czy tym bardziej niewydarzonych kasztelanów z małym zamkiem i wielkim ego. Jeśli groził, że zabije dziewczynę, to tak właśnie zrobi, niezależnie od tego, kto jest jej ojcem.

– Aleka – ciągnął kasztelan – wybrała się, wyobraźcie sobie, na przejażdżkę konną z moim przyszłym zięciem. – Kasztelan mówił wolno, z wysiłkiem. Miałem wrażenie, że stara się nie wybuchnąć płaczem albo gniewem. Albo jednym i drugim. – Niestety, została wówczas uprowadzona, a umiłowany zięć mój postradał życie. Uprzednio wykrwawiwszy się. Uprzednio utraciwszy genitalia. W wyniku kastracji za pomocą szabli.

Spojrzałem na Sallagarada. Skurwiel uśmiechał się. Zbyt wiele lat spędziłem z nim na pustyni, żeby nie wiedzieć w czym gustuje.

– Dlaczego nie wyślesz z okupem swoich zaufanych ludzi? – zapytałem.

Celowo pominąłem słowo "panie". Kasztelan spojrzał na mnie z wyrazem napięcia na twarzy, ale chyba chwilowo zrezygnował z zakucia mnie w dyby.

– Już to zrobiłem. Ale mój poseł wrócił za zamek pozbawiony dwóch istotnych rzeczy: złota oraz głowy. Oczywiście, ludzie Sakkary twierdzą, że to nie oni i wciąż żądają zapłaty. Żeby mnie zmotywować przysłali mi jej palec.

Zakląłem pod nosem. Kasztelan zasępił się i zamilkł.

– Nie ukrywam – podjął po chwili – że wolałbym posłać tam chorągiew, sprowadzić te szczury na zamek i, jak każe obyczaj, udekorować nimi pale. Zresztą pewnie tak zrobię, kiedy tylko Aleka będzie bezpieczna. Tymczasem jednak łowcy obiecali, że zabiją ją, jeśli przyślę ze złotem więcej niż trzech ludzi. 

– Skąd wiesz, że nie spotka nas los taki sam jak twojego posła? – zapytałem, choć w zasadzie znałem już odpowiedź.

Kasztelan uśmiechnął się samymi ustami.

– Nie mam żadnej pewności. Dlatego wynajmuję was. Mała strata. Zresztą… Jesteście takimi samymi gnidami jak oni, więc tuszę, że się dogadacie.

 

***

 

Plan był prosty. Nie dlatego, że proste plany są najlepsze, ale dlatego, że nie mieliśmy czasu na przyzwoite rozpoznanie. Jedziemy na Wichrowe Wzgórze, zostawiamy złoto, zabieramy dziewczynę i już nas nie ma. Moja żołnierska dusza krzywiła się na taką lekkomyślność, ale nie mieliśmy wyboru. Zresztą zawsze z jakiegoś powodu zakładałem, że wszystko pójdzie po mojej myśli. Czasem nawet miałem rację.

Samego Sakkary Łysego nie było na Wichrowym Wzgórzu, był na to za sprytny. Nie mógł mieć pewności, czy naszym prawdziwym celem nie jest puszczenie w jego kierunku bełtu z kuszy i, tym samym, wyświadczenie przysługi całej Południowej Rubieży. Zamiast tego przysłał kilku swoich przydupasów. Zapewne znali swojego wodza zbyt dobrze, żeby przyszło im do głowy uciekać z jego złotem.

Wichrowe Wzgórze było bardziej pagórkiem niż wzgórzem. Z jego szczytu, w kierunku południowym, rozciągał się widok na bezkresne stepy. Ku północy ciągnęło się ciemne pasmo wzgórz, będące granicą Południowej Rubieży. Szczyt był płaski, zwieńczony sporą skałą, w której ziała wielka dziura, będąca wejściem do jaskini. Przed jaskinią dogasało ognisko, a obok stało pięć niskich koni o grubych nogach. Wszystkie czarne lub ciemnogniade. 

Na spotkanie przybyło pięciu łowców niewolników. Wyglądali na zaprawionych w bojach, przebiegłych, bezwzględnych skurwysynów. Parszywe mordy patrzyły na nas z nienawiścią. Jeden z handlarzy, najwyższy i brodaty, nosił naszyjnik zrobiony z ludzkich uszu, przewleczonych przez kawałek dratwy. Żeby przeżyć spotkanie z takimi ludźmi musisz być jeszcze bardziej przebiegłym i bezwzględnym skurwysynem. 

Łowcy musieli właśnie wracać z polowania, bo było z nimi jeszcze dwanaściowo niewolników, młodzi mężczyźni i kobiety oraz jeden siwy starzec. Więźniowie klęczeli z rękoma związanymi za plecami i brudnymi workami założonymi na głowy. Dało się słyszeć szepty i pochlipywanie. Siwy rzęził głośno. Dwóch handlarzy stało przy jeńcach z nahajami w rękach. Usłyszałem świst, a potem trzask, kiedy skórzany bicz spadł na głowę starca. Więzień jęknął, przewrócił się i zarył twarzą w trawę. Miałem to w dupie, nie przyszedłem tu ratować świata, tylko zarobić trochę złota. Słyszałem, jak Brakka przeklina pod nosem. W przeciwieństwie do Sallagarada, miewał czasem te swoje uniesienia serca. Miałem nadzieję, że załatwimy sprawę i odjedziemy stąd, zanim zrobi coś głupiego.

Najwyższy łowca, z długą czarną brodą i naszyjnikiem z uszu, stanął przed nami i oparł ręce o biodra. Dwóch jego pomocników czekało z tyłu, z rękami na rękojeściach szabel. 

Uśmiechnąłem się najszerzej jak potrafiłem, szczerząc zęby. 

– Witajcie, wojownicy – powiedziałem. Bądź miły, a będą mili dla ciebie, prawda?

Brodaty splunął mi pod nogi.

– Złoto – powiedział z dziwnym akcentem. Domyśliłem się, że raczej nie zostaniemy najlepszymi kumplami.

– Najpierw dziewczyna.

Brodaty odwrócił się i powiedział coś do człowieka z nahają w swoim dziwnym języku. Tamten złapał pod pachy jedną z klęczących kobiet, podniósł ją gwałtownie i popchnął w naszą stronę. Brodaty złapał ją zaraz przed tym, jak miała wyrżnąć o ziemię i popchnął do mnie.

– Złoto.

– Chwila, chwila. Muszę sprawdzić towar.

Ściągnąłem worek z głowy dziewczyny. Wyglądała jak siedem nieszczęść. Ledwie zasklepione rozcięcie na łuku brwiowym, podbite oczy, twarz umazana błotem i krwią. Rozbita warga. 

Skurwysyny. 

Poczułem, jak ogarnia mnie wściekłość. Miałem ochotę odwrócić się i uciąć brodatemu łeb.

Opanowałem się w porę. Dziewczyna była blondynką, zgodnie z opisem. Pozostałość po palcu serdecznym u jej prawej ręki owinięta była brudnym płótnem, przesiąkniętym zaschniętą krwią. Nie byłem dumny z tego co robię, ale z powrotem założyłem dziewczynie worek na głowę. Jeszcze nie wiedziałem, czy chcę, żeby wiedziała gdzie jedziemy.

Zdjęliśmy z koni sakwy ze złotem. Podzieliliśmy je wcześniej na trzy części. Po pierwsze ze względu na wagę, a po drugie żeby w razie jakiejś draki nie stracić wszystkiego. Rzuciliśmy worki brodatemu do stóp. Łowca kazał jednemu ze swoich ludzi zajrzeć do nich. Kiedy tamten wyprostował się i kiwnął głową, brodaty uśmiechnął się. Zobaczyłem zęby wyglądające jak blanki na murze.

– Idą – powiedział i machnął ręką, jakby odganiał muchę.

Kiedy odwróciliśmy się plecami do łowców i ruszyliśmy do koni, pozwoliłem sobie pomyśleć, że chyba nam się udało. Właśnie wtedy wszystko zaczęło się pierdolić.

Najpierw usłyszałem z plecami krzyk młodej kobiety. Potem błaganie. Potem śmiech mężczyzny. Potem znowu błaganie. Płacz. Trzask bata. Krzyk. Płacz. Błaganie.

Starałem się nie zwracać uwagi. Niestety Brakka zatrzymał się i odwrócił. Położył mi na ramieniu swoją wielką rękę i spojrzał w oczy.

– Wodzu – powiedział. – Odwróć się.

Na szczycie wzgórza pięciu łowców klęczało wokół kogoś leżącego na ziemi. Ktoś leżący na ziemi wierzgał nogami, krzyczał i piszczał. Po chwili, zdzielony nahają i przyciśnięty łapskami, przestał wierzgać, i krzyczeć. Wciąż jednak piszczał.

– Co wy robicie? Zmiatamy stąd – warknął Sallagarad.

– Wodzu, nie możemy ich tak zostawić – powiedział Brakka. Wielkolud był tak wrażliwy, że aż mnie czasem wkurwiał. Zdecydowanie za dużo czasu spędzał z matką.

– Nie możemy się mieszać – odparłem. – Może być ich tu więcej. Zamknij się i wsiadaj na konia.

Zanim skończyłem mówić, Brakka dobył już długiego miecza i pędził w kierunku kotłowaniny. Zakląłem pod nosem, zostawiłem dziewczynę i pobiegłem za nim.

– Puśćcie ją! – zawołał Brakka.

Łowcy podniesli się z ziemi. Nie wyglądali na zadowolonych. Ktoś leżący na ziemi łkał pod brudnym workiem na głowie i czołgał się przed siebie. Handlarze niewolników wyjęli szable. Było już za późno, żeby się wycofać. Zresztą Brakka nie wyglądał, jakby miał mnie posłuchać.

– Musicie wypuścić wszystkich – Starałem się mówić wyraźnie, żeby mnie zrozumieli. Usłyszałem za plecami przekleństwo Sallagarada.

Pięciu na trzech, niedobrze. Nie miałem żadnego asa w rękawie ani nawet więcej pieniędzy do wykupienia jeńców. Jedyne co mogłem zrobić, to kłamać i obiecać, że wrócimy tu ze złotem, jeśli ich wypuszczą. 

Oczywiście nie uwierzyli. I słusznie, ja sam bym nie uwierzył. Dlatego zacząłem im grozić. Powiedziałem, że obetniemy im nogi i zostawimy ich tu, a po zmroku zejdą się wilki i zjedzą ich żywcem. Wątpiłem, żeby ci ludzie bali się śmierci, więc musiałem wymyślić coś ekstra. Nie byli też jakoś wyjątkowo cierpliwi, więc wtedy się zaczęło.

 

Poszło szybko.

Brakka stał już wcześniej w pozycji bojowej, z klingą oparta o prawe ramię. Dlatego, kiedy herszt łowców skoczył do przodu, wywijając szablą, wielkolud tylko ciął z ukosa. Naszyjnik spadł na ziemię, a uszy rozsypały się w trawie. Zaraz za nim o ziemię rymsnęła głowa z długą czarną brodą, a po niej ciało sikające krwią z przeciętej szyi. Przez moment wierzgało nogami w ostatnich konwulsjach. Z miecza Brakki kapała krew.

Łowcy cofnęli się o kilka kroków, mląc przekleństwa. Jeden z nich złapał łuk, napiął cięciwę i wypuścił strzałę, ale przeleciała pomiędzy nami. Potem zrobił to po raz kolejny i tym razem pocisk otarł się o bok mojej głowy. Poczułem coś mokrego na policzku. 

Łowca rzucił łuk na ziemię i popędził do koni.

– Ucieka! – wrzasnąłem, ale nic już nie mogliśmy zrobić. Zaatakowało nas trzech pozostałych, wściekle tnąc szablami w desperackiej próbie ujścia z życiem. Skrzyżowałem miecz z bronią jednego z handlarzy i naparłem całym ciałem, jednocześnie wkładając nogę w zgięcie jego kolana. Przewrócił się na plecy, a ja wylądowałem na nim. Usiadłem okrakiem na jego klatce piersiowej. Złapałem uzbrojoną rękę za przedramię tak, że nie mógł mnie sięgnąć ostrzem szabli. Uderzyłem w twarz głowicą miecza. Potem znowu i znowu. Nie obchodziło mnie gdzie trafiam, chciałem tylko wyrządzić jak najwięcej szkód. Za każdym razem głowica uderzała z głośnym mlaśnięciem. Za piątym lub szóstym razem coś chrupnęło. Podniosłem się i, stojąc okrakiem nad obalonym łowcą, uderzyłem z góry, rozłupując mu czaszkę.

Rozejrzałem się za uciekinierem. Był już jakieś pięćdziesiąt kroków od nas, galopując w dół zbocza. Złapałem leżący na ziemi łuk, wyjąłem strzałę z porzuconego kołczanu i napiąłem cięciwę. Strzała poszybowała po lekkim łuku i trafiła jeźdźca w plecy. Musiała się wbić, bo widziałem, jak drzewce kołysze się w rytm galopu konia. Ale łowca utrzymał się w siodle i coraz bardziej się oddalał. Wypuściłem jeszcze jedną strzałę, ale wbiła się w ziemię kilka kroków za nim.

– Sallagarad! – wrzasnąłem. – Na konie! Gonimy go!

– Nie ma szans – odparł Sallagarad, wycierając zakrwawiony miecz o tunikę martwego łowcy.

– Wodzuuuu!

Obejrzałem się. Córka kasztelana leżała na ziemi. Brakka klęczał przy niej. Z ramienia dziewczyny sterczało drzewce strzały.

– Bardzo krwawi – mówił Brakka, wielkim kciukiem uciskając tętnicę. – Nie wiem, czy…

– Zamknij się – warknąłem. – Sallagarad! Bandaże!

Wiedziałem, że jeśli nie załatamy dziewczyny na czas, będzie po niej. Docisnąłem bandaż do rany wokół strzały. Kiedy zaczął przesiąkać, przyłożyłem na niego drugi.

Bandaże nasiąkały szybko. Aleka zamknęła oczy. Po chwili było już po wszystkim.

 

***

 

Całe ręce miałem we krwi. Trudno było stwierdzić, czy należała do łowcy niewolników, córki kasztelana, czy do mnie. Pewnie do każdego po trochu.

Pomacałem swoje lewe ucho. Przestało krwawić, ale było wyraźnie krótsze niż prawe. Nie byłem już najprzystojniejszym najemnikiem w Południowej Rubieży. Nie żeby robiło mi to jakąś większą różnicę, kiedy nadzieją mnie na pal.

– Widzisz, kurwa, co narobiłeś?

Sallagarad doskoczył do Brakki i wrzeszczał na niego. Z całej siły popchnął go w pierś, ale Brakka nawet nie drgnął. Patrzył na Sallagarada obojętnie, z wysokości czterech łokci.

– Zasrany wielkoludzie, przez ciebie nie mamy złota i pójdziemy na pal! Zadowolony jesteś z siebie, dobroczyńco?

– Daj spokój – powiedziałem. – To moja wina.

Sallagarad odwrócił się na pięcie, dobył miecza i rąbał leżące wokół martwe ciała handlarzy. Po jednym z ciosów klinga utknęła tak niefortunnie, że przewrócił się, próbując ją wyszarpnąć.

Wstał i podszedł do mnie, dysząc ciężko.

– Kiedy tu dotrą? – zapytał.

– Niedługo – odpowiedziałem. – Nasza śmierć to dla nich teraz sprawa honoru.

– Na co czekamy? Ruszajcie się.

– Jeśli wrócimy czeka nas pal.

– Ujdziemy w lasy. Znam ludzi, którzy mogą nas ukryć.

Milczałem. Wiedziałem, że nie spodoba mu się to, co powiem. Unikałem jego wzroku.

– Zabieramy wszystkich jeńców – powiedziałem w końcu. 

Sallagarad milczał. Wciąż oddychał głośno. Przełknął ślinę.

– Nie ma sprawy – powiedział po chwili. – Rozetniemy im więzy i puścimy ich wolno.

– Szybko ich wyłapią i zatłuką. Muszą iść z nami.

– Rozumiem – powiedział Sallagarad. – Dziewka nie żyje, czujesz się winny. Rozumiem. Naprawdę. Ale chyba ci się pojebało w tym twoim durnym łbie, jeśli myślisz, że możesz im pomóc. Co zrobisz, kiedy pojawi się Sakkara z całą zgrają? Dasz radę im wszystkim?

– Mamy kilka koni – powiedziałem cicho. – Ujdziemy. A oni – wskazałem na niewolników z brudnymi workami na głowach – nawet nie wiedzą gdzie uciekać. Uda się, zobaczysz.

 

 

Zbierając porzucony oręż wokół ogniska i w jaskini udało nam się wyposażyć sześciu mężczyzn w szable i okrągłe tarcze. Dwie kobiety, które wydawały się najsilniejsze, otrzymały łuki. Niestety nigdy nie strzelały. Wśród niewolników było dwóch żołnierzy. Poza nimi nikt nie miał doświadczenia w boju, za to wszyscy słaniali się na nogach z ran i wyczerpania. 

Mieliśmy też siedem koni na piętnaście osób. Byliśmy zbyt powolni, żeby uciekać i zbyt słabi, żeby się bronić. Nie była to do końca armia, z którą mogłem podbić świat, ale musiała wystarczyć.

Siedziałem na jednym z koni z Sallagaradem. Brakka wziął na siodło drobną dziewczynę, żeby zwierzęciu serce nie pękło od ich łącznej wagi. Reszta niewolników również dosiadła koni po dwie, a w jednym przypadku trzy osoby.

Ruszyliśmy w kierunku wzgórz na północy. Dobrą stroną naszej sytuacji było to, że wystarczyło, żebyśmy przekroczyli granicę Południowej Rubieży. Tam łowcy nie odważyliby się zapuścić. Złą natomiast, że musieliśmy dotrzeć tam przed nimi.

 

– Niedługo nas dogonią – powiedział Sallagarad. – Jaki mamy plan?

– Sakkara wie, że przysłał nas kasztelan. Ale nie wie, że dziewczyna nie żyje. Pomyśli, że wracamy na północny wschód, do zamku. A my odbijemy na zachód. Nie może przeszukać całego stepu. 

Kiedy sam siebie usłyszałem poczułem się lepiej. Może rzeczywiście mieliśmy jakieś szanse ujścia z życiem.

– Łucznik widział co trafił – żachnął się Sallagarad. – Ale może masz rację. Jeśli nie wytropią nas po śladach kopyt.

– Nie sądzę. Dawno nie padało, ziemia jest sucha. Zresztą najpierw na pewno pognają w stronę zamku.

Mówiłem pewnym głosem, ale wcale nie byłem przekonany, że mam rację. Co innego mogłem zrobić?

 

***

 

Noc już prawie zapadła, a my wciąż byliśmy żywi. Przez całą drogę nie zauważyliśmy ani śladu łowców niewolników. Czyżby rzeczywiście pognali na wschód?

Przed zapadnięciem zmroku w oddali zamajaczyło przed nami wzgórze. Sterczały z niego na wpół zawalone ruiny wieży. Wydawały się czarne na tle szarzejącego nieba.

– Raag-Saar-Verbatul – powiedział Brakka. – Po naszemu Wieża Zapomnianego Snu.

– Ale ktoś wymyślił.

– Dlaczego nie widzieliśmy jej wcześniej? – zapytał Sallagarad. – Nie ma żadnych lasów ani wzgórz po drodze.

– Od dłuższego czasu teren cały czas opada, choć na tyle łagodnie, że mogłeś nie zauważyć – powiedział Brakka. – Tak naprawdę od kilku godzin znajdujemy się w kotlinie skręcającej na zachód. Za załomem kotlina rozszerza się w okrągłą dolinę. Wieża stoi na jej środku. Widzimy ją teraz, bo pokonaliśmy łuk terenu. Została wybudowana z zamysłem ukrycia jej przed wzrokiem nieprzyjaciół nadciągających z południa ku Królestwom Północy.

Na niebie pojawiały się pierwsze gwiazdy. Mogliśmy po nich nawigować i jakoś posuwać się naprzód, ale ludzie byli ranni i wyczerpani, a konie zmęczone od dźwigania podwójnego ciężaru.

Mogliśmy też zatrzymać się w ruinach i poczekać do świtu.

– To zbyt oczywista kryjówka – powiedział Sallagarad. – Jedyna taka w promieniu wielu mil. Sakkara od razu się domyśli, że tu jesteśmy. Myślę, że zna step jak własną kieszeń.

– Nie, jeśli ruszył na wschód, a na to wygląda, bo inaczej już bylibyśmy martwi. Mamy sporo czasu zanim się zorientuje, że wybraliśmy inna drogę. Przed świtem ruszymy dalej.

Istniała oczywiście możliwość, że ktoś doniósł łowcom, gdzie jesteśmy, ale po drodze nie spotkaliśmy żywej duszy, nie licząc kołujących w powietrzu kruków.

 

Nasza smutna kompania powlokła się w stronę wieży. Dziewczyna siedząca przed Brakką w siodle spała z opuszczoną głową i kiwała się w rytm kroku konia.

– Wiecie, co mówią o tej wieży? – spytał Brakka szeptem.

– Daruj sobie – żachnąłem się. – Nie będziemy błąkać się po ciemku.

– Mówią – Brakka kontynuował niezrażony – że wydobywa z człowieka jego prawdziwe oblicze.

– Bzdura – odparłem. – Po co do tego jakaś wieża? Przecież nasze prawdziwe oblicze widać na co dzień. Chcesz mi powiedzieć, że kiedy taki, na przykład, Sakkara Łysy wejdzie to tej wieży, to okaże się, że kocha kwiaty i małe puchate zwierzątka?

Brakka nie odpowiedział, a ja byłem zbyt zmęczony, żeby roztrząsać pierdoły.

 

***

 

Oczy.

Duże i zielone.

Szeroko otwarte. Wpatrzone we mnie. Czupryna ciemnych włosów. Czerwone usta uśmiechają się. Dziewczyna w zielonej sukni śmieje się i tańczy. Podchodzi, bierze mnie za ręce. Podnosi moją dłoń i całuje. Jej usta są miękkie. Zbliża swoją twarz do mojej. Rozbita warga. Sine oko, na wpół przymknięte. Krew spływa po gładkiej skórze. Włosy są teraz jasne, białe jak śnieg. Usta poruszają się. Zabiłeś mnie.

– Wodzu.

– Zabiłeś mnie.

– Wodzu!

Otworzyłem oczy. Miałem to obrzydliwe poczucie, że cały jestem mokry od potu. Nad sobą zobaczyłem twarz obrośniętą czarnymi kudłami.

– Wodzu – powtórzył Brakka. – Nie jest dobrze.

Całe moje ciało było zesztywniałe i niemiłosiernie bolały mnie plecy, ale jakoś podniosłem się z ziemi. Wśród rozsypujących się ruin dawni niewolnicy budzili się do życia. Słońce ledwie wychynęło ponad horyzont. Resztki murów wieży rzucały długie cienie.

Wyjrzałem przez wyłom w murze. U stóp wzgórza kręciły się kupy ludzi. Wszyscy uzbrojeni w szable, włócznie i okrągłe tarcze. Wielu miało też łuki.

Zakląłem. Jakim cudem znaleźli nas tak szybko?

– Sprawdzałeś, jak w innych kierunkach? – zapytałem.

– To samo – odpowiedział Brakka. – Otoczyli nas. I jest jeszcze coś.

Nie chciałem tego słyszeć.

– Sallagarad zniknął. Zabił dwóch z naszych. Zabrał trzy konie i złoto. 

Patrzyłem, jak w dole łowcy niewolników nawołują się i ustawiają w grupach. Wyjrzałem przez dziury w murach wieży jeszcze w kilku miejscach. Byliśmy otoczeni. Na oko było ich ze dwie setki.

Rozkazałem ludziom ukryć się za murami. Lada chwila mogły spaść na nas strzały. A potem…

Brakka chodził za mną krok w krok. Kiedy w końcu odwróciłem się do niego, żeby kazać mu obserwować wschodnią stronę, zobaczyłem, że w oczach miał łzy.

– Aranze – powiedział. – Zabiją nas, prawda?

Poklepałem go po ramieniu.

– Trzymaj się, przyjacielu.

– Aranze – łkał Brakka. – Ja się nie boję śmierci. Ja wiem, że sam się prosiłem. Tylko, że… Nie pożegnałem się z mamą. Ona nie wie, że nie wrócę do domu.

– Zaufaj mi, bracie. Twoja mama będzie dumna, kiedy dowie się, że broniłeś niewinnych.

Brakka usiadł na ziemi i ukrył twarz w ramionach. Po chwili podniósł głowę i powiedział:

– Wąskie gardło.

– Co?

– Całe to wzgórze jest bardzo skaliste. Do wieży prowadzą tylko dwie wąskie ścieżki. Jedna ta, którą my weszliśmy. Druga od północy. Obie szerokie najwyżej na dwóch ludzi. Jeśli je obstawimy…

Zniwelujemy ich przewagę liczebną. Wszystkim nie damy rady, ale…

– Brakka – powiedziałem. – Obiecaj mi, że zabijesz tylu, ilu zdołasz. Dla mamy.

 

***

 

Ktoś, kto zbudował tę wieżę, wiedział, co robi. Wystarczyło zejść nieco w dół zbocza, by dotrzeć do miejsca, gdzie ścieżka biegła między wysokimi na kilkanaście łokci skalnymi ścianami. Była bardzo nierówna i wyboista, a przy tym tak wąska, że rozkładając ręce na boki dotykałem skał po obu jej stronach. Po kilkudziesięciu krokach skręcała w lewo i znikała za załomem. Podobnie wyglądała na południowym wschodzie, gdzie udał się Brakka. Żeby pójść inną drogą, wojownicy Sakkary musieliby wspinać się po stromych skałach.

Wziąłem ze sobą trzech mężczyzn uzbrojonych w szable i okrągłe tarcze. Trzech pozostałych dołączyło do Brakki. Świeżo upieczone łuczniczki obiecały strzelać z ruin wieży przez wyłomy w murze. Pozostali więźniowie nie byli w stanie walczyć. Moja armia była gotowa do bitwy. Dziesięciu przeciwko dwóm setkom. Koniec końców, przynajmniej po śmierci mógłbym posłużyć komuś za materiał na opowieść.

 

Sakkara zdecydowanie nas zlekceważył.

Najpierw, zza załomu skały, kilkadziesiąt kroków przed nami, wychynęli łucznicy. Nie śpiesząc się, unieśli łuki i wypuścili strzały. Moi towarzysze zasłonili się tarczami, a ja, z braku takowej, za nimi. Pociski w większości przeleciały nad naszymi głowami. Ze dwa odbiły się od tarcz. 

Łucznicy wystrzelili jeszcze raz. Tym razem bardziej celnie. Groty zastukały o tarcze. Ktoś zaklął. Jedna ze strzał uderzyła mnie w ramię, ale odbiła się od kolczugi. Jeśli ktoś został ranny, to nie dał tego po sobie poznać.

Łowcy znów napięli łuki. Do tej pory mieliśmy szczęście, ale w końcu nas powystrzelają.

– Do tyłu – powiedziałem. – Cofamy się do wieży.

Osłaniając się tarczami, ruszyliśmy wstecz, krok po kroku. Łucznicy wypuścili strzały. Jeden z moich ludzi jęknął i ukląkł na prawe kolano. Po chwili się podniósł. Ja dostałem w kolczugę, ale znowu wytrzymała.

Po chwili byliśmy już na tyle daleko, że znaleźliśmy się za na płaskim szczycie wzgórza, na początku ścieżki. Znikła cała nasza przewaga wynikająca z wąskiego gardła.

O to im chodziło.

Łucznicy wystrzelili znowu. Byliśmy już na tyle daleko, że strzały były mało celne, ale wciąż zmuszały do osłaniania się tarczami. Pomyślałem, że mają idealny moment na szturm. Wtedy usłyszałem głos rogu.

Zza łuczników wybiegło kilkunastu zbrojnych ludzi. Pędzili ku nam i wrzeszczeli dziko. Łucznicy wypuszczali strzały ponad ich głowami, zmuszając nas do skulenia się pod osłoną tarcz. Za kilka chwil łowcy wbiegną tu, otoczą nas i wyrżną w pień. Potem pójdą do wieży i zrobią to samo z łuczniczkami i rannymi. Na końcu zajdą od tyłu drużynę Brakki. Zabiją nas od razu, czy będą zdzierać skórę? Co zrobią z kobietami?

Wrzeszcząc i wywijając szablami, łowcy pędzili ścieżką w górę. 

Było tylko jedno wyjście. Pieprzyć to, pomyślałem, i tak już jesteśmy trupami. 

– Naprzód! – wrzasnąłem, popychając ręką mężczyznę przede mną. – Szybko! Naprzód!

Jeden z moich nie ruszył się z miejsca. Stał sparaliżowany osłaniając się tarczą. Pozostali dwaj popędzili ze mną w dół ścieżki. Jeśli uda nam się uderzyć na łowców zanim miną wąskie gardło, możemy jeszcze narobić im kłopotów. 

Kiedy biegliśmy, łucznicy wystrzelili po raz kolejny. Mężczyzna obok mnie przewrócił się i poturlał do przodu, jakby zawadził nogą o korzeń. Poczułem uderzenie grotu w osłonięte kolczugą ramię. Inna strzała przeleciała ze świstem blisko mojej głowy. Liczyłem, że symetrycznie skróci moje drugie ucho. Coś wbiło mi się w udo. W ogóle nie bolało. Miałem nadzieję, że strzała nie przecięła czegoś ważnego, bo chciałem jeszcze trochę powalczyć.

Zderzyliśmy się z łowcami dokładnie w miejscu, gdzie ścieżka była najwęższa, bo dodatkowo skalna ściana była tam wybrzuszona. W końcu szczęście się do nas uśmiechnęło. Rychło, kurwa, w czas.

Wybiegłem przed mojego towarzysza, skoczyłem i całym ciężarem ciała spadłem na nadbiegającego przeciwnika, uderzając barkiem w jego tarczę. Łowca zachwiał się, stracił równowagę i runął w tył, wpadając na kolejnego. Dwóch wrogów przewróciło się, dopiero trzeci zdołał utrzymać się na nogach. 

Ciąłem gdzie popadnie. Pierwszy łowca wciąż gramolił się z ziemi, więc odrąbałem mu stopę. Drugim ciosem rozpłatałem udo. Stanąłem na jego plecach, żeby dopaść następnego, zanim się podniesie. Właśnie klęczał i już miał wstawać. Ciąłem z ukosa, znad prawego barku. Rozprysły się kółka kolczego czepca, chroniącego boki jego głowy. Siła ciosu rzuciła nim na skalną ścianę. Oparł się o nią, wciąż klęcząc.

Łowca, na którego plecach stałem, wierzgał i jęczał. Tymczasem trzeci wróg w kolejce był już lepiej przygotowany. Zasłaniając się tarczą od razu pchnął włócznią, celując w moją klatkę piersiową. Zrobiłem pół obrotu w prawo, jednocześnie zbijając drzewce krótkim ruchem miecza. Lewą ręką złapałem za włócznię i pociągnąłem do siebie. Mój przeciwnik w pierwszym momencie dał się zaskoczyć i, nie chcąc puścić broni, wysunął prawe ramię daleko w przód. Wciąż trzymając drzewce, krzyżując ręce, ciąłem mieczem z góry. Łowca wrzasnął, kiedy jego przedramię, z dłonią zaciśniętą na włóczni, spadło na ziemię. Z kikuta ręki tryskała krew.

Wykorzystałem jego oszołomienie. Zaparłem się barkiem o jego tarczę i pchnąłem mocno. Kiedy pod moim naporem łowca zrobił krok w tył, odsunąłem się i kopnąłem z całej siły, posyłając go w dół. Stracił równowagę i wpadł na kolejnego przeciwnika.

Łowców ogarnął zamęt. Ten z obciętą ręką wrzeszczał, kręcił się i sikał krwią dookoła. Stojący za nim kamrat próbował atakować, ale nie mógł mnie dosięgnąć zza spanikowanego towarzysza.

Rąbnąłem mieczem z góry. Ostrze ześliznęło się po hełmie rannego i trafiło go w bark. Zatrzymał się na chwilę, a wtedy kopnąłem go w tułów. Runął do tyłu, na swojego towarzysza. Tamten mimowolnie odwrócił ode mnie wzrok i spojrzał w dół. Złapałem miecz obiema rękami i pchnąłem, celując w jego twarz. 

Rzadko pchnięcie wychodzi tak doskonale. Musiałem zaprzeć się nogą o klatkę piersiową łowcy, żeby wyszarpnąć klingę z jego czaszki. Człowiek z odciętą ręką chodził na czworakach i wrzeszczał. Pozostali krzyczeli i przepychali się między sobą. W końcu pognali w dół ścieżki. Skoczyłem za nimi i uderzyłem ostatniego końcem klingi w hełm, ale pobiegł dalej. Dałem spokój, kiedy zniknęli za załomem ściany. Odwróciłem się i zobaczyłem, jak mój towarzysz dobija rannych. Rąbał niemiłosiernie, wkładając w to całą nagromadzoną wściekłość.

Sakkara zdecydowanie nas zlekceważył

 

Łowcy wycofali się jednocześnie z obu stron, co stwierdziłem, kiedy wróciliśmy do ruin wieży. Brakka już tam był. Pot posklejał jego długie włosy w kosmki, a kolczugę obryzgała krew. 

– Ale im daliśmy, co, wodzu? – zawołał na mój widok. Skurwiel dobrze się bawił. Nikt z jego pomocników nie zginął, ale jeden był ciężko ranny. Kwestia czasu.

– Napijcie się, jest jeszcze trochę wody – powiedziałem. – I wracamy na miejsca. Zaraz wrócą.

 

Słońce stało w zenicie. Przyjemnie było poczuć ciepłe promienie na zmęczonym ciele. Na niebie nie było ani jednej chmury. Ze szczytu wzgórza rozciągał się niesamowity widok na rozległy step. Gdyby nie czekała nas śmierć, mógłby to być całkiem ładny dzień. 

Wtedy znów pojawili się łowcy. 

Wychynęli zza skalnego załomu. Tym razem było ich tylko trzech. Przyszli uzbrojeni, ale nie mieli tarcz ani łuków. Jeden z nich niósł nad głową włócznię z zatkniętym na niej ciemnym kształtem.

– Rozmawiać! – zawołał któryś.

To coś nowego.

Spojrzałem na mojego towarzysza. Zobaczyłem w jego oczach iskrę nadziei. Nie znał łowców niewolników tak dobrze jak ja, ale przynajmniej dzięki temu przez chwilę poczuł się lepiej.

– Chodźcie tu! – zawołałem.

Łowcy ruszyli niepewnie w górę ścieżki. Ten z włócznią miał nagi tors, był wysoki i żylasty. Przed nim szedł drugi, niższy i bardziej krępy, w hełmie z czepcem kolczym i czarnej kolczudze. Za nimi jeszcze jeden, też w stalowym hełmie i pancerzu. Ściskał kurczowo szablę i co chwilę spoglądał na leżące na ścieżce trupy.

Kiedy się zbliżali, zobaczyłem, że na włócznię nabili ludzką głowę. Trudno było określić rysy twarzy, bo wymazana była błotem i krwią. Zatrzymali się kilka kroków od nas, poza zasięgiem broni. 

Łowca opuścił włócznię. Złapał głowę za włosy i rzucił nam ją do stóp. 

Należała do Sallagarada. Oczy wciąż miał półotwarte.

Krępy odezwał się:

– Pan nasz, Sakkara, Łysym zwany, każe przekazać, że gardzi zdrajcami.

Wyglądało na to, że Sakkara z poselstwem przysłał tego najbardziej uzdolnionego lingwistycznie. Poseł patrzył na mnie z pogardliwym uśmieszkiem, jakby oczekiwał jakiejś reakcji. Może liczył na to, że widok obciętej głowy Sallagarada poruszy mnie. Wystraszę się, zmięknę, a może nawet padnę na kolana i będę błagał o litość. Widać było, że nie znał się na ludziach. Nie docenił, jak bardzo jestem pojebany.

– Wam zaś – podjął łowca, wyraźnie rozczarowany klapą swojego przedstawienia – Sakkara obiecuje wolność i nietykalność, jeśli tylko niewolników oddacie, którzy to prawowicie do niego należą, a potem broń złożycie i swoją drogą odejdziecie.

Udawałem, że się zastanawiam.

– W przeciwnym razie – dodał poseł – czeka was śmierć w męczarniach.

Chciało mi się śmiać. Widocznie łysy skurwiel doszedł do wniosku, że nie opłaca mu się tracić ludzi, żeby nas zabić. Wyjdzie taniej, jeśli sami oddamy się w jego ręce. Nie wierzyłem w ani jedno słowo posła. Gdyby Sakkara zostawił nas przy życiu po tym, co mu zrobiliśmy, stałby się pośmiewiskiem w całej Południowej Rubieży. Szybko zmieniono by mu przydomek na Sakkara Pizda albo coś w tym guście.

Mój towarzysz złapał mnie za ramię i spojrzał mi w oczy. 

– Nie możesz nas zostawić – szepnął. – Nie pójdę znowu do niewoli. Wolę umrzeć w walce.

Uśmiechnąłem się.

– Ja też, przyjacielu. Ja też.

 

***

 

Sakkara musiał się nielicho wkurwić, bo szturm nastąpił zaraz po tym, jak posłowie zniknęli z pola widzenia. 

Łowcy uderzyli wściekle. 

Rąbałem z całej siły. Ciała zabitych zatarasowały wąską ścieżkę. Kolejni wspinali się po trupach swoich towarzyszy i skakali na nas z góry. Odbijałem ciosy i kontratakowałem, ale było ich za dużo. Coraz bardziej opadałem z sił i coraz częściej mnie trafiali. Dostałem w hełm, aż zadzwoniło mi w uszach. Potem szabla rozcięła kolczugę na moim barku. Włócznia uderzyła w żebra, kiedy to skuliłem się i zostałem popchnięty do tyłu tarczą. Nie upadłem tylko dzięki temu, że mój towarzysz broni stał za mną i podtrzymał mnie. Sam ciął też wrogów zza mojego ramienia i kilku z nich pozbawił palców.

Miejsce każdego zabitego łowcy zajmował następny. Tłukłem po hełmach i tarczach, kopałem i wrzeszczałem. W końcu musiałem zacząć się cofać.

Ciąłem w przód, ponad tarczą, z samego nadgarstka. Trafiłem kogoś w oko końcem miecza. Złapał się rękami za twarz, wypuszczając szablę. Wtedy poczułem silne uderzenie w korpus. Spojrzałem w dół. Zobaczyłem drzewce włóczni wciśnięte w kolczugę. Cały grot musiał tkwić w moim brzuchu. W ogóle nie czułem bólu, ale nagle pociemniało mi w oczach i osunąłem się na kolana.

– Aranze!!! – usłyszałem nad sobą. Potem dobiegł mnie szczęk mieczy.

Nie mdlej, kurwa.

Kolejny cios spadł na mój hełm. Zadudniło mi w głowie. Chciało mi się rzygać. Słyszałem, jak wrzeszczy mój kompan, a potem jeszcze ktoś inny. Metaliczne odgłosy zderzających się kling, huk ostrzy rąbiących tarcze.

Oparłem się o miecz i podniosłem na nogi, ale zaraz znowu przewróciłem. Przed moimi oczami wirowały czarne plamy. Osunąłem się na plecy. Wiedziałem, że muszę wstać, ale byłem tak straszliwie zmęczony… 

Ktoś złapał mnie za nogi i ciągnął. Znowu oberwałem kilka razy, już nawet nie czułem gdzie. Gdyby nie kolczuga dawno byłbym porąbanym kawałkiem mięsa. Cały czas ktoś mnie ciągnął po ziemi. Widziałem nad sobą zakrwawione twarze łowców i słyszałem ich triumfalne okrzyki. Przed oczami raz po raz robiło mi się ciemno. Część mnie pragnęła, żebym wreszcie stracił świadomość i przestał czuć.

Chyba tak rzeczywiście się stało. Śniło mi się, że słyszę głosy rogów.

Potem usłyszałem śmiech. Krzyki, szczęk broni. Znów róg. I znowu śmiech.

– Wodzu! – Ktoś potrząsał mnie za ramiona. – Wodzu, mam nadzieję, że nie umarłeś, głupio by było.

Otworzyłem oczy. Brakka wyglądał przerażająco. Cała twarz czerwona od krwi, a przy tym zęby wyszczerzone w szerokim uśmiechu.

– Szlag… – jęknąłem i odpłynąłem w ciemność.

 

 

***

 

Oczy.

Duże i zielone.

Wpatrzone we mnie.

Delikatny dotyk na moim ramieniu. Lekki uśmiech drobnych warg.

– Wyżyje – zawyrokował tubalny głos.

Otworzyłem oczy. Bolało mnie wszystko. Nad sobą widziałem bielony sufit. Podniosłem głowę i zobaczyłem dziewczynę w białej sukience z lnu. Ciemne loki opadały na spalone słońcem czoło.

Za nią stał rosły mężczyzna, łysiejący, z zakolami. 

– Poszczerbiony jak ta lala – powiedział do kogoś siedzącego obok mnie – ale wyżyje.

Odwróciłem głowę. Brakka siedział na zydlu i uśmiechał się szeroko.

– Witamy wśród żywych, wodzu.

Opadłem na łoże. Podnoszenie głowy było strasznie męczące. 

– Możesz mi… Co się stało?

– Chłopy z Rubieży mieli dość – powiedział Brakka. – Ginęły ich córki i synowie. Twój druh ze wzgórza to, swoją drogą, przyszły zięć tego tu oto miłościwego gospodarza. Wstawił się za tobą, bo w pierwszej chwili chcieli cię zarąbać toporem.

– Sami uderzyli na łowców?

– Królowi jakoś się nie spieszyło, więc zrobili porządek. Zrzucili się, ile kto miał, i opłacili zaciężną chorągiew. Ech, szkoda, że zemdlałeś. Zobaczyłbyś, jak ich napieprzali. Serce rosło.

– Sakkara?

Brakka prychnął.

– Łysol jest za cwany, zawsze zdąży zbiec, jak ten szczur. Ale teraz szybko nie wylezie z nory.

– Gospodarzu.

– No?

– Skąd wiedzieliście, gdzie będą łowcy? Królewska armia nie mogła ich wytropić na tym przeklętym pustkowiu.

– My już dawno chcieli ich wybić. A teraz los nam sprzyjał, bo przyjechał tu taki jeden. Myślelim, że znaczy pan jakiś, bo konno i w zbroi, tak jak i wy. Obłęd miał w oczach, a łeb cały we krwi umazany. Mówił, że pod starą wieżą draka się szykuje.

– Przedstawił się?

– Tak. Salegarat. A że my mieli akurat zaciężników gotowych…

Dziewczyna wyszła z izby. Gospodarz też odwrócił się do drzwi.

– Gospodarzu.

– No?

– Nie puszczajcie córy do takich jak ja.

Gospodarz przez chwilę milczał, jakby nie wiedział o co mi chodzi. Potem kiwnął głową i wyszedł.

– Brakka?

– Aha?

– Co z niewolnikami? Przeżyli?

– A jakże. Siedmioro. Chcieli tu przyjść i ci podziękować, ale gospodarz zabronił, boś jeszcze słaby.

– Brakka.

– No?

– Popytaj, czy za któregoś jest nagroda.

Koniec

Komentarze

Nie przepadam za opowieściami, w których główną atrakcją jest walka, ale muszę wyznać, że to opowiadanie przeczytałam nawet z pewną przyjemnością. Historia niby prosta – ot, trzeba uwolnić córkę kasztelana z rąk porywaczy – jednak potrafiłeś przekazać ją w całkiem zajmujący sposób, a nawet udało Ci się okrasić całość szczyptą specyficznego humoru. Szkoda tylko, że zabrakło fantastyki.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia. Usterki, błędy i literówki skutecznie utrudniały czytanie.

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą równie ciekawe, ale lepiej napisane i bardzo fantastyczne. ;)

 

To było pierw­sze, co zo­ba­czy­łem, wcho­dząc do sali oświe­tlo­nej za­wie­szo­nym przy ścia­nach łu­czy­wem. –> Przy ilu ścianach zawieszone było jedno łuczywo?

 

Jeden z to­wa­rzy­szą­cych mu męż­czyzn, niski i przy­sa­dzi­sty… –> Ktoś przysadzisty jest także niski.

 

Łowcy mu­sie­li wła­śnie wra­cać z z po­lo­wa­nia… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

było z nimi jesz­cze dwu­na­stu nie­wol­ni­ków, mło­dzi męż­czyź­ni i ko­bie­ty… –> Skoro byli mężczyźni i kobiety, to: …było z nimi jesz­cze dwanaścioro nie­wol­ni­ków

 

Siwy rzę­ził glo­śno. –> Literówka.

 

Bądź miły, a będa mili dla cie­bie, praw­da? –> Literówka.

 

Kiedy tam­tem wy­pro­sto­wał się i kwi­nął głową… –> Literówki.

 

Zmia­ta­my stąd– wark­nął Sal­la­ga­rad. –> Brak spacji przed półpauzą.

 

Zresz­ta Brak­ka nie wy­glą­dał, jakby miał mnie po­słu­chać. –> Literówka.

 

Pię­ciu na trzech, nie do­brze. –> Pię­ciu na trzech, niedo­brze.

 

Jeden z nich zła­pał za łuk, na­piął cię­ci­wę… –> Jeden z nich zła­pał łuk, na­piął cię­ci­wę

 

na­par­łem na niego całym cia­łem, jed­no­cze­śnie wkła­da­jąc nogę w zgię­cie jego ko­la­na. Prze­wró­cił się na plecy, a ja wy­lą­do­wa­łem na nim. Usia­dłem okra­kiem na jego klat­ce pier­sio­wej. Zła­pa­łem jego uzbro­jo­ną rękę za przed­ra­mię tak, że nie mógł mnie się­gnąć ostrzem sza­bli. Ude­rzy­łem go w twarz gło­wi­cą mie­cza. –> Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

Zła­pa­łem za le­żą­cy na ziemi łuk… –> Zła­pa­łem le­żą­cy na ziemi łuk

 

Pa­trzył na Sal­la­ga­ra­da obo­jęt­nie, wy­so­ko­ści czte­rech łokci. –> Literówka.

 

Ale chyba ci się po­je­ba­ło w tym twoim dur­nym łebie… –> Literówka.

 

Przez całą drogę nie za­uważ­li­śmy ani śladu łow­ców nie­wol­ni­ków. –> Literówka.

 

– Ra­ag-Sa­ar-Ver­ba­tul– po­wie­dział Brak­ka. –> Brak spacji przed półpauzą.

 

Zo­sta­ła wy­bu­dow­na z za­my­słem ukry­cia… –> Literówka.

 

Łucz­ni­cy wy­strze­li­li jesz­cze jedną salwę. –> Czy można wystrzelić salwę z łuku?

Za SJP PWN: salwa 1. «jednoczesny wystrzał na komendę z wielu karabinów lub armat» 2. «wybuch śmiechu, braw itp.»

 

Osła­nia­jąc się tar­cza­mi, rusz­li­śmy wstecz… –> Literówka.

 

Wy­ży­je za­wy­ro­ko­wał głos gruby i tu­bal­ny… –> Głos tubalny jest gruby z definicji.

Za SJP PWN: tubalny «o głosie, dźwięku: głośny i niski»

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Historia prosta, ale ma w sobie tę magię, jaką trzymają proste sesje rpg o pójściu do celu. Droga się komplikuje, postacie giną. Ładnie rysujesz bohaterów, nawet jeśli nie mają oni jakichś szczególnych cech, które wybijają ich ponad standardy fantasy. Samo uniwersum też jakieś nieszczególne, brakowało w nim czegoś charakterystycznego.

Trochę też nie kupuję zachowania kasztelana. Wynajmuje zbirów, bo za pierwszym razem się nie udało. Nie prościej było wynająć specjalistów z jakiejś szanowanej gildii albo okrytych sławą najemników (a przynajmniej takich, co są honorowi i zadanie wykonają, choćby nie wiem co). Tymczasem on najmuje zbirów nieszczególnych i do tego bezczelnych. Serio, między “nabiciem na pal” a “daniem sobie ubliżać przez byle chłystków” są jeszcze baty, kije, groźby :/ Trochę ten szlachcic wyszedł na pokrakę i idiotę w moim guście.

Walki opisałeś dobrze, czytałem je gładko. Czasem tylko miałem wrażenie, że bohater za dużo myśli podczas potyczki – a to zauważa sporo szczegółów u przeciwnika, a to szybko podjęta decyzja przez zastosowanie długiego zdania dla mnie, czytelnika, staje się wyprawką filozoficzną (dobra, przesadzam, ale im dłuższe zdanie w walce, tym większy efekt literackiego “bullet time”). Generalnie jednak czytałem opisy walki z zadowoleniem.

Sam tekst ma grudy, ale nie przeszkadzały mi jakoś mocno w czytaniu.

Podsumowując: jest okej, ale koncert fajerwerków jakoś nie wybija się szczególnie. Tym niemniej tekst wart klika :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Solidny kawał fantasy z klasycznym naparzaniem się mieczami :) Aczkolwiek zabrakło czegoś, co wyróżniłoby historyjkę na tle wielu podobnych. Nie kupuję wysyłania 200 wojów za kilkoma niewolnikami i trzema najemnikami. Nie kupuję, że po pierwszej potyczce, Łysy chciał pertraktować – powinien puścić wszystkich do szturmu i wygrać. Nie przekonał mnie też główny bohater, taki niby dobry skurwiel. Myślę, że zabrakło głębszej myśli nad ta postacią. Tak samo jak Sallegarad, który ich okrada, zabija dwóch niewolników, a potem łaskawie donosi wybawicielom o nich. No i jakim cudem najpierw dociera do zaciężnych, a potem ginie z ręki Łysego? Coś tu mocno nie gra.

Co z więźniami? Przeżyli?

– A jakże. Siedmioro. Chcieli tu przyjść i ci podziękować, ale gospodarz zabronił, boś jeszcze słaby.

Tego nie rozumiem, o jakich więźniów chodzi? Jeżeli to niewolnicy, dlaczego nazywasz ich więźniami? Jeżeli ocaleni łowcy niewolników, dlaczego mieliby chcieć za coś dziękować?

 

Znalazło się kilka usterek, ale jak na długość tekstu nie widziałem tego wiele.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Reg – dziękuję, poprawione. Cieszę się, że jakąś przyjemność sprawiło :)

 

NoWhereMan – dzięki za klika i uwagi. Co do kasztelana – wynajmuje ludzi takich, a nie innych bo zdaje sobie sprawę, że zadanie jest bardzo niebezpieczne, a może nawet beznadziejne, skoro jeden z jego ludzi wrócił bez głowy. Jak mówi – jeśli zginą będzie to “mała strata”. Dodatkowo, ci najemnicy może nie są zbyt honorowi, ale za to podejmą się takiego zadania, jakiego nikt inny nie chce. Byle zarobić.  Niemniej myślę, że masz rację i mogłem to przedstawić lepiej.

 

Skull – dzięki za uwagi. Co do pertraktacji:

Widocznie łysy skurwiel doszedł do wniosku, że nie opłaca mu się tracić ludzi, żeby nas zabić. Wyjdzie taniej, jeśli sami oddamy się w jego ręce.

Innymi słowy, Łysy dokonał rachunku – nomen omen – zysków i strat, i postanowił pertraktować, bo – jako "biznesmen" – nie chciał tracić ludzi i liczył, że najemnicy sami się poddadzą. Oczywiście miał miażdżącą przewagę, ale wiedział, że zanim ich zabije, sam straci wielu ludzi. Wypuszczenie najemników żywych było oczywistym blefem, co stwierdza bohater. Nie mógł też tak łatwo rzucić do ataku wszystkich, bo walka odbywała się w wąskim przejściu.

 

Co do dwustu wojów na trzech najemników, to zacytuję klasyka: "Mają rozmach, sk…isyny" ;)

A tak na poważnie: tylu ludzi było potrzebne, żeby otoczyć wzgórze i nie pozwolić bohaterom uciec.

 

Chodziło oczywiście o niewolników, poprawione.

 

Pacierza i herbaty nie odmawiam.

A ja się cieszę, El Lobo Muymalo, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No dobra, a gdzie tu jest fantastyka? Nie mogłeś chociaż rozwinąć wątku niezwykłej wieży?

Fajnie, że naparzance towarzyszy jakaś fabuła, jakiś przekaz.

Babska logika rządzi!

Mogłem. ;) Następnym razem będzie fantastyczniej.

Pacierza i herbaty nie odmawiam.

Trzymam za słowo. :-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka