- Opowiadanie: mateusz.szopka - Druga Strona Wszechświata

Druga Strona Wszechświata

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Druga Strona Wszechświata

 

Druga strona wszechświata”

-Andus!-zawołała matka.– Mamy dla ciebie prezent na dwudzieste czwarte urodziny!- Przebierała palcami jakby nie mogła się doczekać, by w końcu to z siebie wyrzucić.

-Kupiliśmy ci bon na odmóżdżanie!- Dodał ojciec i stanął obok żony, trzymając białą jak papier rękę na jej ramieniu. Uśmiechali się od ucha do ucha i patrzyli z ekscytacją na Andusa. Ich białe, robocze kombinezony podkreślały tylko albinoską rasę. Albinosi powstali poprzez zainstalowanie tarczy słonecznej zamiast atmosfery– blokowała wszelkie ciepło i światło z zewnątrz.

-Dziękuję! Jesteście najlepszymi rodzicami z całej dzielnicy!- Andus odrzekł i rzucił się pełen podniecenia w ramiona rodziców.

Rodzina Karmali mieszkała w dzielnicy A22B. Zajmowali przydzieloną im ogromną kapsułę o powierzchni 8m2. W rejestrze byli zapisani jako majętna gromada prorobotników. Żyli w robotniczej idylli codziennie pakując i segregując uran w pobliskiej fabryce. Mieli szczęście, że trafili do dzielnicy z klimatem Europy lat ’10. Niektórzy go tyle nie mieli i wykluwali się w obszarach równikowych nawiedzanych przez tropikalne burze. Temperatura w dzielnicy A22B wynosiła najczęściej 21 stopni Celsjusza. Podwyższała się tylko, gdy generator antymaterii się psuł. W zasadzie tak wyglądał tylko oficjalny komunikat. Naprawdę tracił on swoje pole magnetyczne, bo w państwie strażnik włącznika umarł i pole się wyłączyło. Trzeba było nieustannie trzymać palec na włączniku. To bardzo szlachetna i wymagająca praca. Adepci stanowiska ochrony włącznika przechodzą specjalne szkolenie i tylko nieliczni je kończą.

Życie ludzkie zaczęło się robić coraz bardziej kruche. Andusowi zostało może z 12 lat życia. Ma zaczątki chorób serca, a jego mózg zbytnio się zagrzewa. Gdyby nie prezent od rodziców to za 2 lata byłby poddany wygnijaniu. Zamieniono by go na nawóz ekstrakcyjny dla kolejnych pokoleń, tak żeby oni również zachorowali podobnie. To bardzo pożyteczny mechanizm. Wymyślił go Milton Friedman w wieku 180 lat. Ludzki konsumpcjonizm– owoc jego 90 lat badań. Władza nie dopuszcza w ten sposób do przeludnienia planety. Powody zakażeń łączą się w prosty schemat. Jedne państwo obwinia za dużą liczbę zgonów to drugie. Następnie umawiają się na wojny, ponieważ lud jest wściekły i niestabilny. W walkach ginie określona liczba osób, a państwa utrzymują handel bronią zwalczając recesję. Waluta krąży, bezrobocie spada od przymusowej służby wojskowej, rozbudza się solidarność ludu. Wszyscy są szczęśliwi i wszyscy kochają państwo.

-Odmóżdżanie to nowe życie, nowa recepta na szczęście!- W domu Karmali rozbrzmiał głos syntezatora w soczewce– wszyscy je nosili. Okrągłe szkiełko napędzane uranem ułatwiało krótki żywot, tak jak odmóżdżanie. Rodzina w ciszy, z zaangażowaniem jadła skompresowane proteiny. Siedzieli w trójkę przy sterylnym, białym stole. Rodzice byli spokojni i pogodni. Ziało od nich nudą i wydawało się, że to neutralne, białe plamki na tle kapsuły. Przeżuwali jeszcze ostatnie kęsy ciapki, a gdy skończyli ojciec zdematerializował stół. Zniknęły również przezroczyste krzesła uformowane z powietrza. Wszyscy członkowie gromady zaczęli spadać na dół. Lecieli na ziemię a mimo to zamknęli oczy i wyglądali jakby nie liczyli na twarde lądowanie. Położyli się w locie tak jak w trumnie i w ostatniej chwili, centymetr nad ziemią, zatrzymała ich aeropodłoga. Światło halogenu oświetlało ich twarze nienaturalnie białym światłem. Nagle rozbrzmiał niski głos w soczewce: „Dobranoc”. Karmale błogo leżąc z zamkniętymi oczami odpowiedzieli tym samym.

Andus wstał razem z gromadą bardzo późno. Na soczewce widniała godzina 9:00. Dzisiaj nikt z trójki nie poszedł do pracy. Czuli dziwną pustkę jakby stracili cenny dzień z życia. Jakby przeszli pół pustyni, wrzucili wiadro do studni z wodą, a okazałoby się, że ta dawno wyschła. Stali w bezruchu w kapsule i patrzyli się na siebie nawzajem. Ojciec na matkę, matka na Andusa, Andus na ojca i zmieniali się tak przez następne dwie godziny. O 12 syn miał już podróżować w lewiatanie do Riboenu. Tam wziąć taxpsulę i dojechać do dzielnicy X22X. Następnie przejść pod dwoma głównymi kanałami powietrznymi i przez próg Brainwash Company.

-Synu. Jest 11. Już czas.– Powiedział ojciec, a drzwi kapsuły się otworzyły. Matka przy wyjściu uśmiechnęła się i dodała : „Chyba nie chcesz się spóźnić, co?”

Miejsce postoju lewiatana było dosłownie puste. Pojazd stał, gotowy do odjazdu, w tunelu pola siłowego. Granicą pola był kamienny klif. Andus spojrzał z podziwem na lekko niebieską powłokę. Nigdy nie widział jej z tak bliska. Podszedł do krawędzi i spojrzał w dal. Za polem wirował kosmiczny sztorm, a cząstki zmieszanego ze srebrem eteru wirowały jak pył wypuszczony z różdżki maga po wypowiedzianym zaklęciu.

-Za kilka godzin będziesz już po drugiej stronie.– Powiedział ojciec krocząc w stronę syna.

-W twoim wieku moim marzeniem było pojechać do Riboenu i się odmóżdżyć. Zarabiałbym niemałe pieniądze i był dość zdrowy. Teraz zostały mi może 2 lata. Bardzo się cieszę, że to będziesz ty.– Dodał z uśmiechem.

-Ale dlaczego tato?– Rzekł patrząc na mężczyznę z podziwem.

-W końcu jesteś najgłupszym dzieckiem w naszej dzielnicy.– Andus stał lekko zmieszany i patrzył na ojca z wdzięcznością. Chwilę konsternacji przerwał dźwięk uruchamianych silników. Ojciec spojrzał na czas w soczewce i powiedział : „Oho. Już 11:59”. Następnie przytulił syna. Miało to jednak schematyczny i czysto bezemocjonalny wydźwięk. Uścisk trwał niemal sekundę.

-Żegnaj Andusie. Pokaż im jak bardzo potrafisz być głupi.– Powiedział ojciec z wzruszeniem i dumą. Andus wszedł na schodki lewiatana i odwrócił się, by spojrzeć na nich po raz ostatni. Ci machali do niego jak nakręcone lalki i sprawiali wrażenie zmechanizowanych stworów. Chłopak wszedł do środka pojazdu, a kopuła lewiatana zamknęła się za nim z hukiem.

Andus Karmal znajdował się w długim korytarzu w kształcie zera. Ściany były pokryte błyszczącą, różową tkanką mięśniową. Uszu chłopaka co chwilę dochodziły niskie i głębokie pomruki. Słyszał je bardzo wyraźnie, a jego twarz, wygięta w grymasie, wyglądała na bardzo niespokojną. Zapach pomieszczenia był sterylny, przez co czuł się trochę jak w domu. Zaczął pewniej kroczyć na przód. Soczewka wskazywała mu na mapie drogę do pomieszczenia oddalonego o 500 metrów na południowy wschód. Ściany lewiatana zapadały się i uwypuklały jak oddychające płuca. Dało się wyczuć od nich bijącą, nieznaną siłę witalną. Andus skręcił w ciemny korytarz z lewej strony i zobaczył palące się w oddali halogeny. Jego bezszwowe pantofle wydawały gładki, rytmiczny dźwięk, kiedy zbliżał się do źródła światła. Na środku pomieszczenia lewitowały dwa połyskujące fotele w kształcie cyfry 8. Na jednym z nich siedziała nieruchomo czarnowłosa dziewczyna z fryzurą obciętą jak od garnka. Andus podchodził do pustego siedziska niepewnym krokiem. Następnie wgramolił się i dopasował do kształtu siedzenia.

-Kim jesteś?– Nieznajoma odwróciła głowę i zapytała.

-Andus Karmal. Pochodzę z dzielnicy A22B i żyłem w gromadzie prorobotników. Obecnie kieruję się do Riboenu.– Odpowiedział z dumą.

-Co cię tam kieruje?

-Powiedz jak się nazywasz, to się dowiesz.-Chłopak spoważniał i zadarł głowę.– To niegrzeczne się nie przedstawić.– Dodał.

-Kraya, Kraya Ajak.– Powtórzyła.– Dzielnica A22A.

-Też jadę do Riboenu. Zobaczę tam swoją matkę.-Dodała podekscytowana.

-Twoja matka jest w Riboenie, a ty pracowałaś w mieście?– Zapytał zdzwiony podniesionym głosem. Przypadki takich gromad nigdy się nie zdarzały, więc dla Andusa była to bardzo szokująca informacja.

-Nie. Jadę do seansarii.– Odparła niefrasobliwie.

-Co to jest seansarnia?

-To miejsce, gdzie płacisz za obcowanie ze zmarłymi. Za każdy czas spędzony z nimi oddajesz taki sam kawałek swojego życia.

-W końcu zobaczę matkę!- Wykrzyknęła, splatając dłonie i przykładając je do swojego policzka. Od Krayi biła błogość. Była tak intensywna, że nawet Andus ją poczuł. Coś jednak nie dawało mu spokoju w rozumowaniu dziewczyny.

-A skąd wiesz, że to naprawdę będzie twoja matka?– Odparł z wątpliwością

-Tak powiedziała soczewka. Zapłaciłam za tą informację 200 nadgodzin segregacji.-Odpowiedziała z podirytowaniem i założyła protekcjonalnie ręce na klatce piersiowej.

-Imponująca liczba.

-A skąd pochodzi ta informacja?

-Prosto z bazy danych Państwa chłoptasiu.

-Ojeju… Przepraszam.-Zmieszany siedział i zaczynał drgać.-Proszę nie pisz w raporcie o mojej wątpliwości.-Błagał ją z rozbieganym wzrokiem.

-Jak mi powiesz gdzie się udajesz, to nie doniosę.

-Do odmóżdżarni.-Powiedział Andus z wyższością i odwrócił głowę w przeciwną stronę od Krayi. Ta znieruchomiała patrzyła z niedowierzaniem na mięsistą ścianę naprzeciwko. Zazdrość wzbierała się w ciele dziewczyny tak, że nie mogła wydobyć z siebie słowa. Po chwili obydwoje położyli się łagodnie na fotelach. Andus z lekko zdziwioną miną, a Kraya z nieruchomą. Zapadli w letarg i usnęli.

Obudził ich głęboki głos dobywający się jakby zewsząd : „Cel osiągnięty. Wylądowaliśmy w Riboenie. Proszę opuścić lewiatana”. Zdezorientowani pasażerowie, wybudzeni automatycznie przez hibernator, popatrzyli dookoła co się dzieje.

-Pora wstawać.-Powiedziała podekscytowana Kraya. Stanęli na podłodze, a fotele wciągnęła mięsista tkanka podłogi. Dzięki soczewce bezproblemowo doszli razem do włazu wyjściowego, a ten uchylił się, gdy postawili nogę na podeście. Ich oczy zalał blask nieznanego dotąd światła. Przysłaniali oczy dłońmi w osłupieniu, a z każdym centymetrem bardziej uchylonego włazu czuli, że temperatura się zmienia. Powietrze na zewnątrz przecinały ze świstem podłużne kapsuły, a powietrze było rześkie i drażniło ich nozdrza. Przed nimi stała pokaźna, blaszana platforma z nakreślonym okręgiem. Niezdecydowani i rozkojarzeni postanowili w niego wejść. Innej możliwości nie widzieli– wokół tylko kanały powietrzne i przepaść, a w oddali idealnie zrobotyzowane miasto. Wraz z pierwszym dotknięciem nakreślonej sfery swoimi wygładzonymi pantofelkami zobaczyli krótki błysk i znaleźli się w zupełnie innym miejscu.

-Kraya.-Szepnął jej dyskretnie do ucha.-Dlaczego oni są tacy czarni?

-Nie mam pojęcia.-Odpowiedziała równie osłupiała jak jej towarzysz. Przed ich oczami ukazało się morze żółtych, okrągłych taxpsul. Hałas był nie od zniesienia. Powietrze wirowało wokół silników i świszczało tak, że białe głowy przybyszów pulsowały jak serce po triathlonowym wyścigu. Przy każdej z nich stał czarnoskóry mężczyzna, wyłupiasto patrzący na przybyszów. Byli cali czarni, a jedynym kontrast stanowiły oczy, które wyglądały jak dwie krople białej farby w nieskończonym zbiorniku smoły. Andus i Kraya stali w bezruchu analizując co powinni zrobić.

-Andus.-Szepnęła niepewnie Kraya.

-Tak?-Przeciągnął wyraz zdezorientowany.

-Może pójdziesz ze mną do seansarnii? Stamtąd już będziesz miał blisko do Brainwash Company.

-Jasne.-Odpowiedział szybko. W tym momencie Kraya pobiegła na prawo, a Andus tuż za nią. Czarnoskórzy roześmiali się kręcąc głowami. Następnie wrócili do rozmów, a ich rechot i świst silników powoli zanikał w uszach nowo przybyłych.

-O, to tutaj.-Kraya stanęła przed małym, prostokątnym budynkiem ozdobionym srebrnymi szpicami. Cała konstrukcja połyskiwała w dziwnym, lekko żółtawym świetle, a na środku widniał napis „SEANSARNIA”.

-Chodź.-Powiedziała i wystawiła rękę czekając na Andusa. Ten pochwycił ją z pewną dozą wstydu i razem nacisnęli przycisk otwierający drzwi. W środku panowała niemal nieprzenikniona ciemność. Jedynie fioletowe światła aeropodłogi iluminowały i dotykały ich sylwetek. Brodzili po korytarzach jak we mgle– ich soczewki nie wyświetlały żadnej mapy. Szli w półmroku, aż w końcu wymacali masywne drzwi. Andus czuł jakby za nimi mieszkała nostalgia we własnej osobie. Smutek i zawód, miraże i zjawy dawało się jakby wywęszyć. Nawet powietrze pachniało inaczej. Kraya nacisnęła przycisk i drzwi zaczęły się otwierać. Spod nich zaczął ulatniać się dym. Ku zaskoczeniu Andusa był on neutralny i bezzapachowy, a gdy dosięgał poziomu jego oczu wszystko przezeń widział. Rzeczywiście fizycznie istniał, ale sprawiał wrażenie wytworu wyobraźni. Kraya westchnęła zachwycona i lekkim krokiem weszła do środka. Tuż za nią Andus, któremu coś w środku mówiło, żeby jednak nie dał się w to wciągnąć. W ogromnym, ciemnym pomieszczeniu poprzedzielanym kolumnami leżało stado ludzi. Jedni płakali i ściskali białe zjawy kształtu ludzkiego. Inni natomiast siedzieli naprzeciwko upiorów i patrzyli się na nich takim samym wzrokiem jak Kraya w lewiatanie po usłyszeniu słowa : „odmóżdżanie”.

Dziewczyna odnalazła skrawek wolnego miejsca i usiadła po turecku– Andus obok niej. Ta wyjęła zza kombineznu kryształ i trzasnęła nim o ziemię. Nagle pył marblitu powoli zaczął przeradzać się w mgłę. Stawała się coraz obszerniejsza, aż w końcu przerodziła się w całkiem ludzką postać robotnicy z dzielnicy A22A. Na twarzy Krayi zaczął malować się szaleńczy uśmiech, a zjawa otulała ją swoją mglistą poświatą. Andus siedział w bezruchu i obserwował całe zjawisko. Dziewczynę przepełniała ekstaza, a krzyki jej euforii koszmarnie rozrywały głowę chłopaka. Czuł, że musi stąd wyjść, bo za chwilę wybuchnie.

-Kraya.-Powiedział niespokojnie i wysunął rękę, by puknąć w ramię dziewczynę. Śmiertelnie się bał, ponieważ aby tego dokonać musiał najpierw przebić się przez mgłę zjawy. Zdecydował się pchnąć dłoń i ku jego zdziwieniu jedyne co poczuł to śliski, roboczy kombinezon. Zdziwiony otworzył oczy i zobaczył, że zjawa zachowuje się jak hologram. Ruchy magicznej mgiełki schematycznie się powtarzały. Spojrzał na leżące resztki kryształu i ujrzał perfidnie wydzielane światło przez urządzenie.

-Kraya.-Puknął ją jeszcze raz.-To hologram. Chodźmy stąd. Przykro mi.-Dodał z zawodem. Ona jednak nie reagowała i tuliła się euforycznie do zjawy. Dała się omamić fałszem, a jej zmysły umarły– zupełnie jak jej matka.

Andus stał niespokojnie na ulicy przed seansarią. Nie rozumiał dlaczego soczewka, a przede wszystkim państwo ich okłamało. Postanowił wrócić pod miejsce postoju lewiatana. Nie wiedział gdzie jest, a tylko tą drogę znał. Wolał mieć pewność, że będzie w odmóżdżarni na czas. Była godzina 18:00 i ku zdziwieniu Andusa źródło lekko żółtawego światła słabło, a wiatr zaczął nieregularnie dmuchać.

Przez całą drogę wmawiał sobie, by nie bać się tych czarnoskórych nieznajomych.

-Są z Riboenu. Na pewno mi nic nie zrobią.-Myślał z nadzieją. Szedł dalej odczuwając na skórze zmianę temperatury– miał gęsią skórkę. Niespokojnie włożył rękę pod kombinezon i poczuł wypustki.

-Co się ze mną dzieje? To pewnie jakaś choroba mózgu. Muszę się śpieszyć. Zostało mało czasu.– Pomyślał. Po czym przyśpieszył kroku.

Na postoju czekało na niego niezmącone czarno-żółte morze taxpsul. Stanął pośrodku placu i zaczął im się przyglądać. Ci zareagowali tym samym. Szybko ruszając głową na wszystkie strony uznał, że nie ma co wybrzydzać w pojazdach i podbiegł do pierwszego lepszego. Czarnoskóry mężczyzna wsiadł po nim i odpalił silniki.

-Dokąd lecimy?-Zapytał murzyn

-Dzień dobry. Andus Karmal. Dzielnica A22B. Pochodzenie miasto. Cel Brainwash Company.-powiedział stukając słowami jak z karabinu.

-Spokojnie albinosku.-Odrzekł kierowca.-Brainwash, tak?

-Tak.-westchnął.-Albinosku?-Zapytał z irytacją.-Co to ma znaczyć?

-Jesteś białasem z niebieskimi oczami. Pracowałes przy przerzucaniu uranu. Czy nie mam racji?

-Skąd to wszystko wiesz?

– Widzisz. Nie masz takiej świadomości, ale jesteś chomikiem w kołowrotku. Żyjecie po 40 lat, kiedy my potrafimy nawet dożyć dwusetki. Andus zszokowany siedział obok czarnoskórego, patrząc się na budynki, które mijali.

-Zupełnie nowy świat. Co albinosku?-powiedział i zaśmiał się szyderczo.

-Byłem z jedną dziewczyną w seansarni i zdarzyło się coś, czego nie mogę zrozumieć. Powiedziała, że kupiła w soczewce informacje na temat tego miejsca. Miała nawet kryształ.– Ciągnął zdenerwowany.– Miała być tam jej matka, a to tylko nędzny, świecący hologram.

-No proszę. Ktoś tu zaczyna w końcu coś rozumieć.

-Co masz na myśli?– powiedział Andus, patrząc niespokojnie na czarnoskórego.

-Wszystko ci wyjaśnię..– Skupiony odrzekł. Chwilę jeszcze próbował sobie przypomnieć imię albinosa.-Andus!- Dodał.

-Daj mi tylko gdzieś zaparkować taxpsulę.

Lecieli przez kanał powietrzny w milczeniu– Czarnoskóry uważnie rozglądał się za zaułkiem, gdzie mogliby porozmawiać, a Andus Karmal oglądał pieczołowicie swoje białe ręce. W pewnym momencie szarpnęło pojazdem i skręcili w lewo. Kierowca włączył tryb postojowy, obrócił się w stronę chłopaka i łypał na niego białkami od góry do dołu.

-Jestem Biyombo.-powiedział i mlasnął ustami.– Naprawdę chcesz się dowiedzieć o co w tym wszystkim chodzi?

Pasażer intensywnie myśląc patrzył na wszystkie strony po czym kiwnął głową aprobująco.

-Pierwsza zasada: Nigdy nie ufaj państwu. Państwo to obelżywy stwór. Nie dba o ciebie, o mnie ani o nikogo innego. Każdy przywódca państwa walczy z każdym. Trzymają was w niewiedzy i hodują jak króliki, a potem zadowalają praniem mózgu, żebyście tylko pracowali ciężej i ciężej. Odczuwasz zmiany temperatur i wiatru? Spójrz w górę.– Biyombo patrząc w przeszklony sufit pojazdu wskazywał palcem na niebo.– To jest słońce.

-Gdzie jest pole siłowe?– Nerwowo zapytał Andus.

-Nie ma żadnego pola siłowego. Efekt ocieplania planety spowodował, że musieliśmy zacząć budować platformy z miastami. Riboeon jest największą. Nigdy nic nie widziałeś ani nie zobaczyłeś. Żyłeś pośród kształtów zbudowanych z tego samego materiału, w tym samym kolorze i przerzucanego uranu. Jesteś cały biały tylko dlatego, żeby było was łatwiej odróżnić.

Andus czuł, że słabnie. Biyombo też to zauważył, ale nie przestawał mówić do chłopaka. Albinos nie wytrzymał i zemdlał.

Robotnika w białym kombinezonie obudziły płaskie ciosy Biyomba.

-Ej. Młody!-Krzyczał i potrząsał jego białą głową.

Andus zaczął mrugać oczami, a murzyn przestał go ocucać.

-Chcesz zobaczyć coś prawdziwego? Coś czego ani miasto ani państwo, czy nadpaństwo ci nigdy nie da?

Andus usiadł otumaniony i zaczął przygryzać paznokcie.

-Tak.– Odpowiedział patrząc się w oddalone wieżowce.

-W porządku.– Odparł i uruchomił silniki.

Taxpsula wykonała zamaszysty skręt i znowu mknęli przez kanał powietrzny.

Nagle Biyombo zwolnił i niebezpiecznie przybliżył się do oszklonego wieżowca.

-Co robisz?– Nadpobudliwie zapytał albinos.

-To co widzisz to twoje wymarzone Brainwash Company.-Odparł odwracając się głową w stronę pasażera.

Brainwash Company był ogromnym budynkiem sięgającym na 3 kilometry w górę. Pojazd znajdował się na wysokości około półtorej kilometra. Andus przybliżył się twarzą do szyby tak, aby zobaczyć co dzieje się w środku. W pomieszczeniu pracowały 3 taśmy produkcyjne– zupełnie tak samo jak przy przerzucaniu uranu. Przy pierwszej stały setki ludzi ustawionych w kolejkę do bramki kontrolnej. Na prowadnicę wszedł człowiek żółtej karnacji i z wahaniem, czy podjął właściwą decyzję, patrzył się na maszynę tuż przed nim. Ta znienacka unieruchomiła go. Uwięzionny zaczął szybko i nieregularnie oddychać. Machina wysunęła ze swojego ramienia skalpel i dokładnym, jednostajnym cięciem nacięła, a następnie zerwała skórę na głowie żółtego człowieka. Po tym schowała ostrze i wysunęła piłę obrotową. Tak samo precyzyjnie odcięła kość czaszki więźnia i wyrzuciła do kosza. Potem drugie ramię wbiło strzykawkę w jego mózg i wstrzyknęło cały płyn ze zbiornika. Uwięziony znieruchomiał i otworzył nienaturalnie szeroko oczy. Andus miał wrażenie jakby z żółtego uleciały jakiekolwiek emocje. Mrugnął parę razy oczami niedowierzając w to co widzi, po czym przeniósł swój wzrok na drugą część procesu. Ludzie jechali na taśmie z mózgami na wierzchu, a gdy dotarli do kolejnego ramienia maszyny, ta wyciągała im mózg i wrzucała do szklanego kosza– był cały upaprany mętnym płynem, a organy zaczynały się powoli rozpływać. Na trzeciej stacji kolejne ramię maszyny wkładało chip w miejsce móżdżka, a każdy opuszczający to miejsce zachowywał się jak nakręcana na kluczyk lalka. Wszyscy po zabiegu mieli zamiast uśmiechów wymuszone szczękościski.

-Zabierz mnie stąd. Szybko!- Andus krzyknął z dłońmi na ustach, hamującymi wymioty. Biyombo szarpnął za drążek kierujący i zlecieli na dół.

Andus oddychał nerwowo.

-Tak to właśnie wygląda.-Powiedział Biyombo z wzrokiem utkwionym w jakiś odległy, nieokreślony punkt.

-Pokażesz mi to co miałeś mi pokazać?-Zapytał wymęczony.

-Tak, ale najpierw daj soczewkę.

-Andus zdjął z oka soczewkę i podejrzliwie oddał czarnoskóremu. Ten gwałtownie walnął w nią pięścią i wyrzucił za okno.

-Co ty robisz?! Nie!- Ryknął albinos wpadając w furię.

-Uspokój się głupcze. W soczewce jest nadajnik. Wiedzą gdzie jesteś i co robisz, a chyba nie chcesz, żeby nas znaleźli tam gdzie właśnie idziemy?

Andus jeszcze dyszał po wybuchu, ale opanował emocje i przyznał Biyombo rację, potrząsając aprobująco głową.

-Chodźmy więc.

Szli przez długi, ciemny kanał, stukając o czarną, kamienną podłogę gładkimi pantoflami. Miejsce było bardzo wilgotne. Ze ścian kapały krople wody. Biyombo skręcił w prawo i nagle stanął

-To już? To mi chciałeś pokazać?– Zawiedziony zapytał Andus.

Biyombo tylko się uśmiechnął, eksponując swoje śnieżno-białe uzębienie. Następnie stuknął 3 razy w ścianę i obydwaj zaczęli zapadać się pod ziemię. Albinos lękliwie zaczął wymachiwać rękami i spoglądać na czarnoskórego. Po chwili zaczęli zwalniać, a światło powoli wypełniało pomieszczenie, w którym stali. Podłoga gruchnęła o ziemię, a oczom Andusa ukazało się pełno prostokątnych rzeczy o różnych rozmiarach. Miały nieznany dotąd dla niego kolor i fakturę. Podeszli powoli do jednego z nich i zaczęli wpatrywać.

-To jest obraz. Prawda, że piękny?– Powiedział wskazując na prostokąt z podobizną kobiety. Andus wpatrywał się skupiony w obraz i po pewnym czasie zaczął dostrzegać smukłe kontury twarzy, tajemniczy uśmiech i czarujące włosy, które opadały na ciemną suknię damy. W oddali dojrzał gładki, harmonijny krajobraz otoczony drzewami i zawiłymi, udeptanymi ścieżkami. Całość sprawiała, że albinos na chwilę oderwał się od rzeczywistości i wyczuł piękno nałożonych po arcymistrzowsku kolorów.

-Ciesz się póki jeszcze został nam czas.– Zakomunikował ponuro Biyombo. Andus spojrzał na towarzysza, ale jego twarz zupełnie nie odzwierciedlała tego co właśnie wypowiedziały jego usta. Stał z założonymi rękoma, uśmiechając się tajemniczo jak dama na obrazie.

-Dlaczego póki mogę?

-Dzisiaj wybuchnie księżyc.-Odparł z wzrokiem wbitym w podłogę. Świdrował ją i nie miał odwagi spojrzeć na chłopaka.

-I co się stanie jak wybuchnie?– Z dziecinnym rozgorączkowaniem zapytał Andus.

-Ziemia straci grawitację i wszyscy przepadniemy w bezkresną otchłań nieważkości. Wszystko to co widzisz zostanie stracone. Książki stracą swoich właścicieli, obrazy będzie podziwiać eter. Może zostaną wchłonięte przez czarną dziurę, albo wylądują u kogoś, kto dostrzeże to niezrozumiałe dla wielu piękno. Będziemy mieli dużo czasu na takie rozmyślania.– Wyjaśnił Biyombo

-Idealne. Wszystkie są idealne…– Wyszeptał jeszcze rozglądając się po całej sali.

Andus Karmal zaczął stawiać lekkie kroki, suwając się po podłodze. Natrafił na czarny, okrągły obiekt z małą dziurką w środku.

-Co to jest?

-To płyta winylowa z muzyką.-Odparł Biyombo. Następnie podszedł i włożył ją do gramofonu. Włączył urządzenie i puścił ramię z igłą w ruch. Płyta zaczęła się kręcić, a ze starych, brązowych głośników zaczęły rozbrzmiewać aksamitne dźwięki fortepianu.

-To Chopin.– powiedział i zaczął wymachiwać ręką w rytm muzyki jak dyrygent.

Andus stał przed urządzeniem i patrzył się bezsilnie z zaciekawionymi oczami jak dziecko, które dopiero co uczy się chodzić. Jak istota przecierająca nowy szlak, nie wiedząca co czeka na nią za rogiem.

Muzyka przepełniała nutami każdy zakątek sali, a Andus kolejno obserwował rzeczy, które leżały na ziemi, drewnianych szafach i komodach.

-Już czas. Zostało nam 30 minut.– Rzucił w stronę albinosa. Ten stał z niezwykłym żalem jakby zabrano mu nową, urodzinową zabawkę, na którą czekał cały rok. Biyombo ruszył przed siebie i otworzył wielkie drewniane drzwi. Za nimi chłopak widział tylko wieżowce, przemykające taxpsuly i czuł wirujący wiatr we włosach.

-Usiądź.– Powiedział czarnoskóry i wyciągnął zza ubrania drewnianą fajkę. Następnie wyjął woreczek pełen gliniastej substancji. Andus siedział zamyślony i patrzył w księżyc. Biyombo nabił fajkę i przystawił do drugiego końca zapalniczkę. Wciągnął chmurę dymu.

-Co to jest?

-Haszysz. Żywica, która niegdyś pochodziła z Turcji.

-Co to daje?

-Zobaczysz.-Powiedział z pełną dymu buzią i podał fajkę Andusowi Karmalowi. Ten przystawił ją nieśmiało do ust, podpalił substancję i zaciągnął się dymem. Zaczął się krztusić jednak pokaźna ilość została w jego płucach. Kolory powoli stawały się żywsze, a jego powieki cięższe. Czuł ciarki na ciele, a ciepło przeszywało go na wskroś. Siedział razem z Biyombem uśmiechnięty.

-Miło było cię poznać Andusie Karmalu z dzielnicy A22B.-Powiedział przyjaźnie Biyombo, po czym usłyszeli huk. Obydwaj spojrzeli się przed siebie i zobaczyli jak księżyc wybucha dzieląc się na pół. Z odłamków powstał dysk pyłu jak ten, który krąży wokół Saturna.

 

 

Koniec

Komentarze

Właściwie to, co piszę, mogę przypisać do wszystkich dzisiejszych tekstów jakich wstawiłeś. Fabuła jakaś jest, ale to raczej szkic pomysłów, nierzadko zbytnio udziwnionych (jak Księżyc przecięty wpół eksplozję). Część ma potencjał, ale złe wykonanie nie pozwala z nich cokolwiek wycisnąć.

Bo najgorsze jest wykonanie techniczne, pełnie niepoprawnie zapisanych dialogów, liczb, złej interpunkcji. Dlatego przed napisaniem i wrzuceniem nowych tekstów przeczytaj poniższe linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Jest jakiś zaczątek pomysłu, ale skrzywdzony wykonaniem.

Stworzyłeś jakiś świat i niecierpliwisz się, żeby o nim opowiedzieć. A to trzeba z wyczuciem. Nie infodumpy, tylko szczegóły przemycane od czasu od czasu, w tle jakiejś akcji. Albo mądrzejszy wtajemniczający nowego – jak Murzyn z Andusem (ta część wypadła lepiej).

Nie kupuję idei, że wybuch Księżyca spowoduje zaniknięcie grawitacji na Ziemi. Mnóstwo różnych katastrof – prawda. Ale nie grawitację – to jedno z podstawowych oddziaływań w fizyce, dlaczego ma zależeć od satelity przy jakiejś planecie. No i po wybuchu pierścień nie utworzyłby się tak szybko – jakaś siła musi te tony rozłożyć dookoła Ziemi. A tu podobno grawitacja zniknęła. ;-)

Popatrz sobie w książkach, jak wygląda tekst. Myślniki oddzielamy od reszty zdania spacjami. Obustronnie. “Murzyn” pisze się dużą literą. Interpunkcja leży i kwiczy. Powtórzenia i różne inne błędy. Na zasobem słów też warto popracować.

Zajmowali przydzieloną im ogromną kapsułę o powierzchni 8m2.

W beletrystyce liczby raczej piszemy słownie. I unikamy skrótów, przynajmniej takich jak metry kwadratowe.

Pojazd znajdował się na wysokości około półtorej kilometra.

Kilometr jest rodzaju męskiego.

eksponując swoje śnieżno-białe uzębienie.

Bez dywizu. Jeden kolor, jedno słowo.

Babska logika rządzi!

Jakiś pomysł był, ale został zamordowany bardzo złym wykonaniem. W pełni zgadzam się z zarzutami NoWhereMana i Finkli, a od siebie dodam, że najtrudniej brnęło mi się przez koszmarnie zapisane dialogi. Inne usterki też nie ułatwiały lektury.

 

Zaj­mo­wa­li przy­dzie­lo­ną im ogrom­ną kap­su­łę o po­wierzch­ni 8m2. –> Zaj­mo­wa­li przy­dzie­lo­ną im ogrom­ną kap­su­łę o po­wierzch­ni ośmiu metrów kwadratowych.

Liczebniki zapisujemy słownie, nie używamy skrótów i symboli. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

tra­fi­li do dziel­ni­cy z kli­ma­tem Eu­ro­py lat ’10. –> Co to znaczy?

 

Jedne pań­stwo ob­wi­nia za dużą licz­bę zgo­nów to dru­gie. –> Jedno pań­stwo ob­wi­nia za dużą licz­bę zgo­nów to dru­gie.

 

Wszy­scy człon­ko­wie gro­ma­dy za­czę­li spa­dać na dół. –> Masło maślane. Czy można spadać na górę.

 

Za­pach po­miesz­cze­nia był ste­ryl­ny… –> Co to znaczy? Na czym polega sterylność zapachu?

 

Za­czął pew­niej kro­czyć na przód. –> Za­czął pew­niej kro­czyć naprzód.

 

dziew­czy­na z fry­zu­rą ob­cię­tą jak od garn­ka. –> Można obciąć włosy, ale fryzury się nie obcina.

 

Za­pła­ci­łam za in­for­ma­cję 200 nad­go­dzin se­gre­ga­cji. –> Za­pła­ci­łam za in­for­ma­cję dwieście nad­go­dzin se­gre­ga­cji.

 

Za­zdrość wzbie­ra­ła się w ciele dziew­czy­ny… –> Za­zdrość wzbie­ra­ła w dziew­czynie

 

Po chwi­li oby­dwo­je po­ło­ży­li się ła­god­nie na fo­te­lach. –> Chyba miało być: Po chwi­li oby­dwo­je po­ło­ży­li się wygodnie na fo­te­lach.

 

Za­pa­dli w le­targ i usnę­li. –> Obawiam się, że nie można zapaść w letarg i usnąć.

 

Sta­nę­li na pod­ło­dze, a fo­te­le wcią­gnę­ła mię­si­sta tkan­ka pod­ło­gi. –> Powtórzenie.

 

Po­wie­trze na ze­wnątrz prze­ci­na­ły ze świ­stem po­dłuż­ne kap­su­ły, a po­wie­trze było rześ­kie… –> Powtórzenie.

 

Przy każ­dej z nich stał czar­no­skó­ry męż­czy­zna, wy­łu­pia­sto pa­trzą­cy na przy­by­szów. –> Można mieć wyłupiaste oczy, ale nie można patrzeć wyłupiasto.

 

Byli cali czar­ni, a je­dy­nym kon­trast sta­no­wi­ły oczy… –> Literówka.

 

a tylko drogę znał. –> …a tylko drogę znał.

 

-Do­kąd le­ci­my?-Za­py­tał mu­rzyn –> Do­kąd le­ci­my? – za­py­tał Mu­rzyn.

 

Pra­co­wa­łes przy prze­rzu­ca­niu uranu. –> Literówka.

 

Andus zszo­ko­wa­ny sie­dział obok czar­no­skó­re­go, pa­trząc się na bu­dyn­ki, które mi­ja­li. –> Andus, zszo­ko­wa­ny, sie­dział obok czar­no­skó­re­go, pa­trząc na bu­dyn­ki, które mi­ja­li.

 

Pań­stwo to obe­lży­wy stwór. –> Na czym polega obelżywość państwa?

 

Od­parł od­wra­ca­jąc się głową w stro­nę pa­sa­że­ra. –> Można odwrócić głowę w czyjąś stronę, ale nie można odwrócić się głową.

 

Po­jazd znaj­do­wał się na wy­so­ko­ści około pół­to­rej ki­lo­me­tra. –> Po­jazd znaj­do­wał się na wy­so­ko­ści około pół­to­ra ki­lo­me­tra.

 

Uwię­zion­ny za­czął szyb­ko i nie­re­gu­lar­nie od­dy­chać. –> Literówka.

 

do­kład­nym, jed­no­staj­nym cię­ciem na­cię­ła… –> Brzmi to fatalnie.

 

eks­po­nu­jąc swoje śnież­no-bia­łe uzę­bie­nie. –> …eks­po­nu­jąc swoje śnież­nobia­łe uzę­bie­nie.

 

wło­żył ją do gra­mo­fo­nu. Włą­czył urzą­dze­nie i pu­ścił ramię z igłą w ruch. –> Nie mógł puścić w ruch ramienia z igłą, bo w gramofonie porusza się/ obraca się płyta, nie ramię.

 

Oby­dwaj spoj­rze­li się przed sie­bie… –> Oby­dwaj spoj­rze­li przed sie­bie

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, Mateuszu.

Pomysł podobał mi się gdzieś do połowy. Ciekawie zarysowałeś świat, bon na odmóżdżanie oryginalny. :) Choć niekoniecznie chciałbym taki dostać. :) Później emocje opadły, czytałem, czytałem i zastanawiałem się, czy gdzieś już tego nie widziałem. No tak, Matrix, czarnoskóry Morfeusz i blado skóry Neo. Oczywiście to duże uproszczenie i nie chcę Cię odzierać ze znośnego pomysłu, ale dalej było już bardziej sztampowo, a mniej oryginalnie.

Trzymają was w niewiedzy i hodują jak króliki, a potem zadowalają praniem mózgu, żebyście tylko pracowali ciężej i ciężej.

-Chcesz zobaczyć coś prawdziwego? Coś czego ani miasto ani państwo, czy nadpaństwo ci nigdy nie da?

To zdania, które szczególnie mi się nie podobały. Wiesz, trzymanie w niewiedzy, hodowanie, kłamstwo państwa, to wszystko było.

Początek jednak jest ciekawy i znalazłem w nim kilka smaczków.

-Za kilka godzin będziesz już po drugiej stronie.– Powiedział ojciec krocząc w stronę syna.

-W twoim wieku moim marzeniem było pojechać do Riboenu i się odmóżdżyć.

-Żegnaj Andusie. Pokaż im jak bardzo potrafisz być głupi.– Powiedział ojciec z wzruszeniem i dumą.

To są zdania znacznie lepsze. 

To wszystko jednak jest rzeczą gustu. Jednemu spodoba się początek, drugiemu koniec. Czytając mój komentarz do tego momentu możesz co najwyżej wzruszyć ramionami. Bo nic z tych słów definitywnego nie wynika.

Dlatego teraz będzie konkret – główny bohater, a raczej “główno-boczny”, bo Andrus w żadnym wypadku nie jest ani protagonistą ani antagonistą – jest nikim. Nic sobą nie wyraża, coś mówi, to prawda, ale nie poznajmy go zbyt dobrze, nie wynaturza się zbytnio, ot, naiwniak jakich wiele. I ja bym go nawet kupił, ale nie jako głównego bohatera. Dokładając do niego przerysowanego Biyombo i mamy sztampowy duet. 

Podsumowując, zacząłeś ciekawie i intrygująco, zjeżdżając później w schematy i szablony. Mój głos jest pół na pół.

Pozdrawiam.

Nowa Fantastyka