- Opowiadanie: mateusz.szopka - Butelki

Butelki

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Butelki

“Butelki”

 

-Pan do kogo?

-Ja skorzystać z usługi.– Odpowiedział chudy blondyn w podartym płaszczu.

-My tu nie oferujemy żadnych usług.– Oznajmił grubas ziewając i kreśląc coś w notatniku.

-Proszę mnie nie robić proszę pana, przecież wiem.

-Dobra, dobra młody. Ile ty masz w ogóle lat?– Zapytał patrząc na chłopaka spode łba.

-19.

Grubas parsknął śmiechem i odpowiedział.– Nie wierzę, spadaj stąd..

-A jednak.– Z pełnym tryumfu głosem odrzekł chudzielec i przyłożył prawo jazdy do okienka ciecia.

-I co teraz?!

-15…– Wymamrotał w jego stronę. Chłopak uśmiechnął się pod nosem i wyjął banknoty.

-Zdrówka dziadku!- Krzyknął w jego stronę i otworzył mosiężne drzwi na końcu hallu.

Powietrze było przesiąknięte perfumami copacabana i haatric. Drażniły drogi oddechowe jak zapach palonego ciała. Lampa na środku baru dawała hipnotyzująco-żółte światło. Ciemne drewno obite było klasycznie w ciemne skóry. Przy ścianach stało parę ławek. Liczyły się głównie tylko stołki barowe przy blacie. Nie słychać ludzkiego głosu– jedynie pękające bąbelki w kuflu, brzdęk szkła stukającego o ladę, bzyczenie muchy przy wejściu, a w głębi ciche odgłosy jakiegoś mellow jazzu. Chudzielec zajął stołek obok stałych bywalców. Zamówił piwo, odpalił papierosa. Słuchał pękających bąbelków piany i tytoniu zamieniającego się w żar, a następnie w popiół. Bąbelki, spalany papieros, cicho grający jazz, brak ludzkiego głosu– wszystko było na swoim miejscu. Chudzielec pewnie nigdy by stamtąd nie wyszedł, gdyby nie kobieta. Zawsze zabierają mężczyzn w inne miejsca, kiedy o to nie proszą. Podeszła do lady by wypić drinka i od razu zauważyła, że jest tu ktoś nowy.

-Zgubiłeś się?– Zapytała.

-Chyba tak.– Odpowiedział. Rozglądając się po lokalu dodał:– Spodziewałem się czegoś lepszego po 7 i 3/4…

-Masz na myśli ruchanie do obłędu, kąpiel w szampanach, krany z których wypływa whisky? Pomyliłeś części. -Powiedziała kręcąc głową.

-Części?

-Tak. To jest część trzecia. W czwartej nigdy nie byłam ani nie znam nikogo kto stamtąd wrócił. Druga jest za drewnianymi drzwiami, a pierwsza jest zawsze w trakcie remontu.

-Druga to ta, gdzie się pije i rucha?

-Tak.

-Może mnie oprowadzisz?

-Niestety kochanie, ale nie mogę. Mój czas już tam minął. Poza tym wolę zapomnieć.-Westchnęła i zapaliła papierosa.

-Mogę się zaciągnąć?– Zapytał chudzielec.

Kobieta wyciągnęła rękę w jego stronę. Jeszcze raz chciał usłyszeć trzaskanie żaru.

Wydawało się, że drzwi ważą ponad tonę. Dawało się jednak je popchnąć naciskając na nie całym ciężarem ciała. Mężczyznę otaczał mrok, a drogę przez moment oświetlała lampa z trzeciej części. Wraz z przejściem progu poczuł się jakby młodziej. Miał większy apetyt na alkohol, czuł, że musi dotknąć uda kobiety, poczuć aksamitność jej skóry. Szedł przed siebie. Nagle droga zakręcała w prawo, a tam migotały czerwone iluminacje. Chudzielec wkroczył w purpurę i po paru krokach zobaczył prężące się pod ścianami kobiety, które wręcz pragnęły, aby ten do nich podszedł i traktował je jak swoje dziwki. Biło od nich pragnienie spełnienia z bolesną rozkoszą każdej zachcianki. Patrzyły na niego spod karnawałowych masek czarnymi, pustymi oczyma. Zdawały się być przerażające lecz zwabiały ku sobie jak syreni śpiew zagubionych żeglarzy. Kontynuując spacer dotarł do rozwidlenia z tabliczkami: “baseny” i “labirynt”. Z dala słychać było muzykę. Orientacyjnie stwierdził, że to po lewej. Przyjdzie jeszcze pora na labirynt. Miał ochotę popływać.

Z każdym krokiem muzyka stawała się coraz głośniejsza. Bass piosenki sprawiał, że wnętrzności chudzielca wibrowały równie mocno jak membrana głośnika. Czuł dokładnie jak podskakuje mu żołądek, płuca, a całe ciało zamienia się w jedną wielką galaretę. Wyszedł z korytarza i znalazł się w wielkiej jaskini, zasilanej czterema basenami– z szampanem, whisky, winem i morzem wódki. Czuł się przez moment nieswojo tak jakby ktoś przez cały czas go obserwował.

-Cześć Karol!- Krzyknął męski głos za plecami. Chudzielca przepełniło przerażenie. W jednym momencie poczuł mimowolne nagromadzenie w głowie pomysłów kim jest obcy. Czy to możliwe, żeby ktokolwiek kogo zna przychodził w takie miejsce? Powoli obrócił się, a jego oczom ukazał się stary znajomy z podstawówki.

-Cześć Andrzej. Co tutaj robisz?– Powiedział zmieszany.

-Dobrze się bawię, a ty? Oh! Wybacz moją nieuprzejmość. Poznajcie się!- Krzyknął szczerząc zęby w uśmiechu niczym reporter telewizyjny. Za jego pleców wynurzyły się dwie długonogie blondynki. Uśmiechały się w stronę Karola jak stewardessy.

-Poznaj Adę i Paulinę.

-Cześć.– Odpowiedział, walcząc, by mimowolnie nie spojrzeć w podłogę. Chudzielec podał rękę Adzie lecz Andrzej targnął kobietę za ramię i jednym, skutecznym ruchem ją odciągnął.

-Co za różnica. Przecież tutaj możesz mieć każdą.– Karol w osłupieniu oglądał całą sytuację. Z żalem patrzył jak Ada i Paulina oddalają się i giną w nieoświetlonej części jaskini.

-To naprawdę jest magiczne. Pomyślałbyś kiedyś, że spotkamy się w miejscu o jakim zawsze marzyliśmy?– Zapytał Andrzej.– Wszystkie pragnienia i zachcianki w jednym miejscu i czasie.

-Ta…

-Papierosa?

-Jasne.– Odpowiedział Karol.

-Idziemy do baru?

-Czemu nie.

Usadowili się na kamiennych stołkach pomiędzy czterema basenami.

-2 kieliszki.– Powiedział barmanowi Andrzej. Ten podsunął im i zapytał co piją.

-Wódka.

-Niech będzie.

Barman jednym ruchem zapełnił dwa kieliszki. Karol spojrzał na szkło.

-Czas wychylić.– Pomyślał. Spojrzał na Andrzeja i zapytał.– Za co?

-Za caco.

-Wypili i stuknęli szkłem o bar. Karol spojrzał na ladę.

– Co jest z nimi nie tak? – zapytał i wskazał na kieliszek. Wyglądały jak nietknięte. – Dolewałeś?

-Nie. Wszystko jest w porządku, pełne jak zawsze.

 

Razem z Andrzejem, wypili parę głębszych i czuł jak mrowienie drażni jego nogi.

-Jeszcze jednego? – Rzucił Andrzej.– Źle wyglądasz przyjacielu.– Klepnął go po plecach i uśmiechnął się zdradziecko z szaleństwem w oczach.

-Może popływamy?– Zapytał Andrzej. Utkwił wzrok w basenie z szampanem, gdzie 3 kobiety i mężczyzna bawili się nago. Nagle nad głowami rozbrzmiał zegar. Równo 12 gongów.

-No… W końcu ćpanie.– Powiedział z ulgą Andrzej.

-Co?!

Na salę z czterech stron weszły grupki mężczyzn. Każdy z nich, łysy i umięśniony, trzymał naczynie pełne białego proszku. Było ich tyle ile grup bawiących się na sali. Mężczyźni zacierali ręce, a kobiety szeptały między sobą z ekscytacją. Tylko Karol zdawał się być oszołomiony. Patrzył na całe zajście z marmurową miną. Misa gruchnęła o blat, a biały proszek przy zderzeniu nieco się wysypał.

-Co to ma być? – Zapytał chudzielec marszcząc brwi. Andrzej oblizał palec i zanurzył w kopcu. Następnie przetarł dziąsła i mlasnął z rozkoszą.

-Koka. Lepsze niż najlepsza dupa. Chcesz trochę?– Wyjął kartę kredytową i bez pytania uformował dwie kreski długości długopisu. Wyciągnął następnie 2 banknoty i zwinął w rulony.

-Masz.

-Nie chc…

-Masz!

Karol wziął banknot, a Andrzej jednym, precyzyjnym ruchem wyczyścił swoją działkę jak odkurzacz. Chudzielec próbował gdzieś zawiesić wzrok lecz jego próbę ratunku przerwało szturchnięcie.

-Dawaj.

Niepewnie przyłożył banknot do dziurki w nosie. Dalej było już tylko prościej.

 

Ciepło, mrowienie, nadczłowiek. Zapomnienie o alkoholu. Zmiana wódki w wodę. Wiwat. Oklaski. Kolejne kreski. Kolejne kolejki. Bezwstydność. Wariacja. Szaleństwo. Papierosy. Kobieta. Rozmowa.

-Kim jesteś?

-Mężczyzną w podartym płaszczu, a ty?

-Kobietą.– Powiedziała. Po czym zaczęła świdrować Karola swoimi ciemnymi oczami. Podsunęła się jeszcze bliżej. Położyła rękę na jego udzie. Założyła nogę na nogę.– Twoją…– Szepnęła mu do ucha, a następnie zbliżyła swoje usta do jego.

-Chodźmy gdzieś, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzać.

Chudzielec złapał dziewczynę za wcięcie w talii i pełnym tryumfu krokiem skierował się w kąt jaskini. Po drodze minęli Andrzeja, który głębokim rechotem odprowadzał ich pod sam skraj celu. Tam kobieta pchnęła go do ściany. Ten wpił się ręką w jej ciemne włosy i zaczął obmacywać. Pupa, talia, piersi, nogi. Odwrócił ją i położył na plecach. Rozpiął zamek sukni, zdjął koronkowe stringi i zaczął pieścić oralnie. Wzdychania wywoływały pulsowania w środku jego ciała. Miał wrażenie, że zaraz wybuchnie i zacznie krzyczeć. Ta jednak odepchnęła go. Zaczęła zdzierać z niego czarny podkoszulek. Następnie ściągnęła spodnie razem z bokserkami, a członka powoli wepchnęła do ust. Fala euforii przeszyła mięście chudzielca i zdawało mu się, że zaczyna drętwieć. Trwał tak w bezruchu, czekając na następną decyzję kobiety. Karol rozejrzał się po sali. Tam gdzie zdołał sięgnąć wzrokiem panoszyły się zwierzęta w wymarzonych godach. Jęki, okrzyki, pokazy siły i przerażającej żądzy, napędzane białym proszkiem. Wszyscy w jaskini byli nadzy. Na ich twarzach pojawiły się czarne, karnawałowe maski. Czuł się jak uczestnik jakiegoś pierwotnego rytuału, jak szaleństwo napływa mu do kącików oczu i parzy. Pomimo ogromnej ekstazy obrzydzenie zaczęło przejmować władzę nad jego odruchami. Członek chudzielca stawał się coraz twardszy, wewnątrz siebie czuł coraz większe napięcie, jakby naprężała się jakaś struna, która w końcu ma pęknąć.

-Przestań! – krzyknął odpychając jej głowę z krocza. Kobieta świdrowała go pustymi oczami.

-Co się stało? – zapytała oblizując usta. Karol w przerażeniu zapiął pasek, wcisnął przez głowę podkoszulek i pognał w stronę baru, potykając się po drodze parokrotnie.

-Kieliszek! Szybko!

-Śpieszy się gdzieś panu? Ma pan na picie całe życie.– Odrzekł zaznaczając słowo "życie" głośno i wyraźnie.

-Po prostu daj i nalej wódki.

Karol wypił dwie kolejki pod rząd i obejrzał się za siebie. Mężczyźni wskakiwali do basenu z rozbiegu i chlapali kobiety. Szampan spływał po ustach, pośladkach, piersiach. Andrzej wymachiwał do niego z daleka w geście zdziwienia, dlaczego nie bawi się ze swoją zdobyczą. Nagle jakaś blondynka zaczęła wsadzać mu język do gardła i zapomniał o istnieniu kolegi. Grupka ludzi obok Andrzeja zaczęła pić szampana z szaleńczą szybkością. Następnie przyszła kolej na whisky i wino. Kobiety ocierały się o ich członki. Im więcej Karol widział, tym większe obrzydzenie czuł do tego miejsca. Zbierało mu się na wymioty.

-Od jak dawna tu siedzisz?– Zapytał barmana.

-Całe życie, sir. Odkąd pamiętam.– Odpowiedział przecierając szmatką kieliszek.

-Jak ci na imię?

-Filip, sir.

-Ok, Filip. Masz papierosa?

-Już podaję, sir.– Odrzekł, po czym podał mu cienkiego skręta i przygotował zapalniczkę. Karol podsunął ku niej fajkę i buchnął dymem w neonówkę na szczycie baru.

-Filipie. Powiedz. Jak mam stąd wyjść?

-Obawiam się, że to niemożliwe, sir.

-Dlaczego?

-Nie ma stąd wyjścia, sir.

-Filip…– Uśmiechnął się.– Jesteś naprawdę śmiesznym gościem, ale proszę…– Przystanął, spojrzał w oczy barmanowi, a następnie dodał powoli.– Nie wkurwiaj mnie.

-W porządku, sir.– Odpowiedział i umilkł.– Jest podobno jedno wyjście, ale nie każdemu się udaje. W sumie to nie znam nikogo, komu to się udało.

-Do rzeczy.– Ponaglał zniecierpliwiony Karol.

-Trzeba przepłynąć morze, sir.– Powiedział ściszając głos.– Na pewno nie chce Pan zostać, sir?

-Do widzenia Filipie.– Ogłosił niespokojnie Karol i szybko wypił dwa kieliszki.

 

Chudzielec zaczął zdejmować ubrania i rzucać je na leżak. Następnie wbiegł na pomost i stanął na krawędzi desek. Z nostalgią wpatrywał się w fale bijące o pomost. Czuł jakby jego serce przestało bić. Nogi sztywniały lecz gdy się ich dotknęło były miękkie jak skorupka budyniu. Oczy wpatrywały się w dal jakby przepełnione myślami, choć te porzucił w kieliszkach i kokainie przy barze.

Karol schylił się i zamoczył palca w tafli wody. Zimna jak diabli.

-Kto trzyma na imprezie ciepłą wódkę?– Pomyślał i spróbował uśmiechnąć się pod nosem.

-Pierwszy raz, prawda?– Karol usłyszał głos, po czym zauważył cień. Odwrócił się i zobaczył schludnie ubranego starca, wyłaniającego się zza białej kolumny.

-Waldemar.– Powiedział po czym bez pytania uścisnął rękę chudzielca.– Nie musisz się przedstawiać. Jesteś nowy!- Dodał z ekscytacją.

Stanął obok Karola i tak jak on wpatrywał się w srebrzystą poświatę morza.

-Ktoś oprócz mnie w nim pływał?

-Każdy tutaj musi się nauczyć pływać. Prędzej czy później.– Odpowiedział.

Karol spojrzał w stronę starca– stał wsparty o laskę z uśmiechem muszkietera. Nagle krzyki w jaskini zaczęły być coraz głośniejsze. Chudzielec zdezorientowany jeszcze raz objął wzrokiem jaskinię. Wszyscy w jednym momencie przestali cokolwiek robić i odwrócili się w jego stronę.

-Karol, chodź się napić!- Wołali mężczyźni.

-Karol, zapalimy? Karol, cho na kreskę!

-Karol, zatańczysz ze mną? Chce poczuć jak twardnieje!- Krzyczały kobiety głosem pełnym rozkoszy. Wszystkie osoby na sali wstały. Wciąż wołając biegli w kierunku pomostu. Karol przyglądał się wszystkiemu w bezruchu. Wziął głęboki oddech i zrobił krok naprzód– w przepaść.

Za sobą widział tylko pomost. Wynurzył się i zaciągnął powietrzem. Wódka wraz z tlenem dotarła do płuc. Zanurkował siłą powstrzymując kasłanie. Płynął, płynął, płynął. Poczuł, że przestał przemieszczać się tak zwinnie jak przedtem. Mrowienie drażniło głowę i nogi. Spojrzał w tył. Tylko pomost i ciemność. Wódka zaczęła napływać do jego ust. Kąt widzenia stawał się coraz mniejszy, na oczy zachodziła coraz gęstsza mgła. Zaczął bezwiednie spadać jak czarny kamień wrzucony do oceanu. Otwarte oczy palił alkohol, mrowienie nie dawało spokoju. W tym momencie marzył tylko o końcu. Tak jak torturowany marzy o śmierci, tak on zapijaczony pragnął tego samego. Kiedy było już niemal całkowicie ciemno uderzył o dno, a szkło rozbitych butelek wzniosło się do góry niczym gwiezdny pył. Otoczyły go niczym pierścienie Saturna. Zamknął oczy.

 

-Halo!? Czy Pan mnie słyszy?! Halo!- Krzyczała lekarka .

Karol czuł się jakby zrzucono mu na głowę kowadło, a kończyny odzyskały niedawno możliwość ruchu. Śmierdział spleśniałym ziemniakiem. Podniósł ciężką jak ołowiany odlew głowę i poczuł jakby ktoś wylał mu na głowę fryturę.

-Co mi? Ja…– Wybełkotał.

-Jak pan będzie nadal tyle pływać po barach to sfermentujesz pan jak ziemniak!- Syknęła przez zęby oddziałowa. Prawą część górnej wargi ciągle falowała w geście pogardy.– Następnym razem przyślę zakład pogrzebowy.– Dodała, po czym odwróciła głowę i trzasnęła drzwiami.

Muszę się stąd wydostać. -Pomyślał. Odłączył całą aparaturę i wyszedł. Zjechał windą na parter. Prawie wpadł na sanitariuszy, wiozących jakiegoś nieprzytomnego pijaka. Minął recepcję. Wszystko szło gładko. Uśmiechnął się pod nosem. Przed nim już tylko wielkie mosiężne drzwi. Ciężko idą.-Pomyślał. Naparł na nie całym ciałem. Znalazł się w ciemnym korytarzu.

-Dziwne. Jakbym tu kiedyś był.– Pomyślał. Powoli szedł naprzód. Z daleka było słychać cichy dźwięk saksofonu. Następnie pianina. Z nią wchodzi trąbka. Za zakrętem migały hipnotyzujące żółte światła. Poczuł drażniący zapach. Szybko zorientował się, że to Copacabana i Haatric. Ciemne drewno obito klasycznie ciemnymi skórami. Brak ludzkiego głosu i brzęczenie muchy– wszystko było na swoim miejscu.

Koniec

Komentarze

Źle zapisujesz dialogi. Tutaj kilka wskazówek.

Liczby w dialogach powinno się zapisywać słownie.

Wołacze, Mateuszu, należy oddzielać od reszty zdania przecinkami.

 

Dużo błędów technicznych utrudniało mi lekturę. Fabularnie nic specjalnego, wszak pętle czasowe wałkowano już do znudzenia, a tutaj nie pojawia się nic zbytnio oryginalnego. Do tego stylistykę wybrałeś tak wulgarną, że momentami aż niesmaczną – i nie widzę ku temu za bardzo powodu.

Nie zgodzę się z MrBrightside, stylistyka jest według mnie adekwatnie wulgarna do miejsca, w którym się znalazł główny bohater. Strona techniczna opowiadania rzeczywiście do poprawy, głównie styl, przebudowa niektórych zdań. Trochę “byłozy” miejscami, nietypowe określenia związane z czynnością palenia papierosów itd.

Niemniej – ogólnie jest nawet na plus. Nie przekreślałbym tego tak szybko. Rzeczywiście historia nie jest jakoś szczególnie oryginalna, ale klimat dekadencji skontrastowany z desperacją bohatera pokazany nieźle. Chociaż moim zdaniem główny bohater zbyt szybko się poddaje – wypalenie piekielnymi rozkoszami nastąpiłoby chyba trochę później. Akcja przyspiesza wraz z ilością wypitego alkoholu i dawką przyjętych narkotyków, co dodaje wiarygodności opowiadaniu.

Nie odbieram zakończenia jako pętli czasowej sensu stricte. Raczej jako symboliczną klamrę, ukazującą niemożność ucieczki z miejsca udręki.

Całość to jakiś symbol, ale nie odczytuję go zbyt dobrze.

Piekło? Alkoholizm? Uzależnienie od “rozrywkowego trybu życia”?

Ta diabelska dekadencja wyszła Ci całkiem przyzwoicie autorze, aczkolwiek strona techniczna wymaga jeszcze pracy.

O stronie technicznej wiem. Napisałem to parę lat temu, ale mam do tego opowiadania sentyment. Silver tobie udało się to odczytać choć w paru aspektach poprawnie. Zapraszam do czytania pozostałych opowiadań, pozdrawiam.

Mateuszu, jeśli sprawisz, że to opowiadanie będzie napisane w sposób umożliwiający jego normalne czytanie, a nie przedzieranie się przez tekst, wrócę tu i przeczytam je.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uwagi w zasadzie podobne do tych przy pierwszym tekście, więc tylko pokażę na przykładzie, jak to powinno wyglądać. Czemu nie poprawiasz wskazanych błędów?

-[ spacja ]Pan do kogo?

-[ spacja ]Ja skorzystać z usługi.[ spacja ]Oodpowiedział chudy blondyn w podartym płaszczu.

-[ spacja ]My tu nie oferujemy żadnych usług.[ spacja ]Ooznajmił grubas[,] ziewając i kreśląc coś w notatniku.

-[ spacja ]Proszę mnie nie robić[,] proszę pana, przecież wiem.

-[ spacja ]Dobra, dobra[,] młody. Ile ty masz w ogóle lat?[ spacja ]Zzapytał[,] patrząc na chłopaka spode łba.

-[ spacja ]19Dziewiętnaście.

Grubas parsknął śmiechem i odpowiedział.:[ spacja ]– Nie wierzę, spadaj stąd..[albo jedna kropka, albo trzy]

-[ spacja ]A jednak.[ spacja ]Z pełnym tryumfu głosem odrzekł chudzielec i przyłożył prawo jazdy do okienka ciecia.

Tekst tak najeżony błędami naprawdę źle się czyta. Dbaj o czytelników.

Babska logika rządzi!

Niedobrze, Mateuszu, że publikujesz słabe opowiadanie sprzed kilku lat. Sentyment, sentymentem, ale co ma to wnieść mnie – czytelnikowi i Tobie – Autorowi. “Druga strona wszechświata” jest trochę lepsza, więc jakiś tam progres jest, zobaczymy jak “Jezus”. Opublikowałeś bowiem wszystko na moim dyżurze.

Mateuszu, nie potrafisz ubrać w słowa tego, co chcesz przekazać. To poważny problem, nad którym musisz dużo pracować. Dam Ci kilka przykładów zdań w “krzywym zwierciadle”, w których domyślałem się sensu, ale nijak go one nie miały.

Drażniły drogi oddechowe jak zapach palonego ciała.

Perfumy tak drażnią zapachem? Naprawdę?

Ciemne drewno obite było klasycznie w ciemne skóry.

Skoro było obite, to skąd wiadomo, że pod spodem jest drewno? W ogóle jakie drewno? Boazeria, meble, drzwi?

Liczyły się głównie tylko stołki barowe przy blacie.

Jak stołki mogą się liczyć? Tak jak liczą się ludzie Tony’ego Soprano, czy inni mafiosi?

Nie słychać ludzkiego głosu– jedynie pękające bąbelki w kuflu, brzdęk szkła stukającego o ladę, bzyczenie muchy przy wejściu, a w głębi ciche odgłosy jakiegoś mellow jazzu. Chudzielec zajął stołek obok stałych bywalców. Zamówił piwo, odpalił papierosa. Słuchał pękających bąbelków piany i tytoniu zamieniającego się w żar, a następnie w popiół. Bąbelki, spalany papieros, cicho grający jazz, brak ludzkiego głosu– wszystko było na swoim miejscu.

To przykład “pięknej’ grafomanii. Powtórzenia, przedziwne metafory i pokrętne opisy zwyczajnych sytuacji (tytoń), na koniec, wszystkie na swoim miejscu. :( I tak można przytaczać do samego końca.

Jedyne, co jest dobre w tym opowiadaniu, to pomysł, zjechany jednak słabym, leżącym wręcz na łopatkach, wykonaniem. Nie odbieraj tego, jako “pastwienia się” nad Tobą, Mateuszu. Coś dobrego w opowiadaniu znalazłem, w poprzednim też, zobaczymy jak będzie w trzecim. Ale winien Ci jestem szczerość, by z opka na opko nie rosła Twoja irytacja iż nikt nie klaszcze po ich lekturze.

 

 

Nowa Fantastyka