- Opowiadanie: El Lobo Muymalo - Nocny etat

Nocny etat

Napisane dziesięć lat temu, kiedy byłem jeszcze młody i zdolny. Eksperymenty w laboratorium gone wrong. Bardzo jestem ciekaw Waszej opinii.

 

PS. Osoby obeznane w medycynie/biologii proszę o wyrozumiałość. ;)

 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Nocny etat

19.31 

 

Ciało leżące na szpitalnym łóżku miało żółtawy kolor. Oczy były otwarte, pozbawione tęczówek. Szymon Pietrzak, szef ochrony, wzdrygnął się.

– Co wy tu właściwie robicie? – zapytał stojącego obok naukowca, doktora Pardeckiego, oglądającego pod światło fiolki z różnokolorowymi cieczami.

– W zasadzie to trochę tajemnica. – Uśmiechnął się doktor. – Testujemy metody usprawniania ustroju.

– Usprawniania ustroju? – Pietrzak spojrzał na pokrytą kilkoma długimi bliznami głowę i klatkę piersiową.

– Zlecenie Sztabu Generalnego. Badamy możliwości wzmocnienia ludzkiego organizmu poprzez zmiany w kodzie genetycznym.

– Znaczy: odporność na postrzały?

– Tak. Ale także metody rozwijania zdolności fizycznych.

– Chcecie zbudować terminatora? – Uśmiechnął się krzywo.

– Coś w tym guście. 

Szefowi ochrony nie podobało się to miejsce. Sala była spora, miała może dwanaście na dwanaście metrów. Na stołach przypominających kuchenne szafki stał duży i mały mikroskop, dwa komputery, palety z metalowymi narzędziami i stojaki wypełnione fiolkami. Idealnie białe ściany wydawały się tu pasować, ale posiadały jedną okropną cechę: doskonale znać na nich było ślady krwi. Plam było wiele, zwłaszcza na wysokości jakiegoś metra od podłogi. Kiedy zwracał na to uwagę naukowcom, ci tylko uśmiechali się lekko i wzruszali ramionami. Mimo wszystko, było to normalne laboratorium.

Ale i tak mu się nie podobało.

– Najnowsza technologia pozwala nam nie tylko dokonywać zmian w kodzie genetycznym, ale też sprawić, że realne zmiany zachodzą zdumiewająco szybko. Niemal natychmiast – poinformował doktor Pardecki.

– Przerażające.

– Fascynujące.

– Czy on… żyje? – zapytał Szymon wskazując ciało ruchem głowy.

– Skądże – odparł szybko doktor. – Badania są tylko teoretyczne. Ale może kiedyś, za, powiedzmy, dwadzieścia, trzydzieści lat, uda się dokonać takich rzeczy na żywym organizmie. – Naukowiec wziął do ręki skalpel o długim, szerokim ostrzu i pochylił się nad ciałem. Na jego ręce lśnił srebrny zegarek. Pietrzak nie uważał się za wrażliwego człowieka, ale ta sytuacja napawała go niepokojem. Dziwnym i lekkim, ale dokuczliwym.

Doktor Pardecki wbił ostrze noża w biceps martwego mężczyzny i wykonał długie, gładkie cięcie w kierunku łokcia. Dopiero po chwili z rany wypłynęła gęsta, niemalże czarna ciecz. Pardecki rozchylił palcami brzegi cięcia, sięgnął po fiolkę z jasnozielonym płynem i wlał zawartość w głąb rany.

– Dlaczego to jest czarne? – zapytał Pietrzak ze skrzywioną miną.

– Zmieniliśmy skład krwi. Zamiast erytrocytów wprowadziliśmy do ustroju taksaminę i…

– A po ludzku?

– Jest to efekt uboczny wzmocnienia ośrodkowego układu nerwowego. Gdyby ten człowiek żył, byłby niezmiernie trudny do zabicia, że się tak wyrażę.

Szef ochrony spojrzał na zegarek. Za kwadrans dwudziesta.

– Dobra, kiedy indziej pogadamy – rzucił. – Idę zobaczyć co u chłopaków.

 

Szymon nie chciał przyznać się przed Pardeckim do lęku, jaki budziły w nim eksperymenty. Już od niemalże dwóch lat pracował tu jako szef systemu bezpieczeństwa, a wciąż nie mógł przyzwyczaić się do myśli, że manipuluje się tu ludzkimi ciałami. Nawet jeśli były to ciała martwe. Zwłaszcza ten nowy projekt budził u niego nieokreślone, złe przeczucia. Kiedyś śniło mu się nawet, że siedzi w nocy sam w recepcji, a z głębi korytarza wychodzi zmaltretowane, pocięte skalpelami ciało i patrzy na niego oczami pozbawionymi tęczówek. Nie był człowiekiem, którego ponosiłaby wyobraźnia, a mimo tego odczuwał pewną ulgę, kiedy lekarze zapewniali go, że eksperymenty prowadzone są na zmarłych i mają charakter wyłącznie poglądowy. Czysto teoretyczny.

Szymon stanął przed masywnymi drzwiami z szybką z grubego, kuloodpornego szkła na wysokości twarzy. Pracownicy w sali monitoringowej zdawali się sumiennie wykonywać robotę. Chłopak, Kamil, siedział z rękami pod brodą, uważnie śledząc zapis kilkunastu kamer przemysłowych. Aneta nalewała kawy do kolorowych kubków. Na stoliku stał talerzyk z kilkoma kawałkami kruchego ciasta. Drzwi były zamknięte. Względy bezpieczeństwa. Pietrzak wcisnął przycisk powiadamiający. Właściwie nie różnił się on od zwykłego dzwonka przy wejściu do domu. Usłyszał krótkie buczenie i drzwi odblokowały się. Wszedł do środka.

– Jak leci? – rzucił.

– W porządku. Cholera, jak oni mogą tyle pracować?

– No cóż, każdy robi to co lubi.

– Kawy, szefie?

Szef ochrony spojrzał na dziewczynę, trzymającą w ręku niebieski kubek. Mimowolnie popatrzył jej w oczy. 

Jezus Maria, ona nie ma tęczówek! 

Poczuł jak włosy jeżą mu się na głowie, a po plecach przebiega dreszcz. Ręce zrobiły się mokre od potu.

– Szefie?

Nie, Boże, tu jest po prostu słabe światło i rozszerzyły jej się źrenice. Ale aż tak bardzo? Czy to normalne?

– Co? Nie, dziękuję – powiedział Szymon, dyskretnie wycierając spocone dłonie o spodnie. – Idę dalej, trzymajcie się – rzucił i wyszedł na korytarz. Oświetlenie korytarza było bardzo jasne, ściany śnieżnobiałe. Jak w laboratorium.

 

22.20

 

Zupki chińskie są jednak ohydne, pomyślał wkładając talerz do zlewu i odkręcając kurek. Nie miał tego dnia wiele do roboty. Alarmy, kamery i systemy wykrywania nieproszonych gości były zaprogramowane i przetestowane. Teraz cała jego praca polegała na nadzorowaniu kilkorga, maksymalnie ośmiorga podwładnych i wyłapywaniu ewentualnych usterek systemu zabezpieczeń. Postanowił wykonać jeszcze jeden obchód. Robił to jednak bardziej z chęci zamieniania z kimś choć paru słów niż skrupulatności. Chciał też zajrzeć do laboratorium. Wiedział co tam zastanie, ale uświadomienie sobie, że wszystko jest pod kontrolą uspokoiłoby go nieco.

Doktor i jeden z jego asystentów krzątali się gorączkowo wokół ciała, które było teraz ustawione pionowo na czymś w rodzaju metalowego stojaka. Różnokolorowe pęki kabli podpięte były do karku i klatki piersiowej martwego mężczyzny. Szafki i ściany zaplamione były ciemnoczerwoną, niemalże czarną krwią. Na podłodze leżało coś podobnego do defibrylatora. Głośne buczenie generatora prądu dobiegało z rogu pomieszczenia.

– Co tu się dzieje? – zapytał Szymon nieswoim głosem. Czuł jak narasta w nim przerażenie. – Co wy wyprawiacie?

Nikt nie raczył mu odpowiedzieć. Naukowcy zajęci eksperymentem nie zwracali na niego uwagi. Szef ochrony zrezygnował z próby nawiązania rozmowy i wrócił na korytarz. Postanowił po raz kolejny odwiedzić salę monitoringu.

Zszedł schodami na parter. Ruszył korytarzem, przeszedł obok zamkniętej teraz stołówki i skręcił w korytarz po prawej. Ta odnoga, w ramach programu oszczędności, oświetlona była tylko słabym światłem nielicznych żarówek. Jego uwagę przykuł mały przedmiot leżący na podłodze. Z daleka wyglądał na kawałek parówki pozostawiony przez niechlujnego klienta stołówki. Podchodząc bliżej Szymon przekonał się, że jest to kawałek palca. Wciąż była na nim srebrna obrączka. Szef ochrony podniósł wzrok i dostrzegł kolejny, większy przedmiot leżący w głębi korytarza. Zbliżając się doń czuł, jak serce zaczyna mu łomotać. Wyjął z kabury swojego walthera P-99.

Ręka. Ludzka, wyrwana ze stawu łokciowego ręka. Nadgryziona. Umazana żółtawą, kleistą mazią. Podłoga wokół niej nosiła ślady krwi. Świeże.

Korytarz był cichy i ciemny. Szymon starał się myśleć trzeźwo, ale czuł, że nie jest w stanie długo walczyć z narastającym przerażeniem. Co mogło się tu wydarzyć? Napad? Chyba tak, cóż innego mogłoby to być. Może jakiś wypadek w tym cholernym laboratorium? Ale skąd ręka wzięłaby się tutaj?

Wypadek w laboratorium.

Zdawało mu się, że słyszy cichy jęk. Rozejrzał się, ale nic nie zobaczył. Odgłos zdawał się dobiegać zza rogu.

– Jest tam kto? – zawołał, po czym ruszył naprzód.

Pod szklanymi wahadłowymi drzwiami, twarzą do podłogi, leżał asystent doktora Pardeckiego. Wokół niego szybko rosła kałuża ciemnej krwi. Chłopak miotał się w drgawkach, bezskutecznie próbując podnieść się z podłogi. Jego prawa ręka była wyrwana w stawie łokciowym. Brakowało mu prawej stopy. Obok głowy leżały okulary ze zbitymi szkłami. Szymon ukląkł przy nim i próbował obrócić na plecy, ale zakrwawiony kitel wyślizgiwał mu się z rąk. Asystent jęczał coraz głośniej. Po chwili Pietrzak wyłonił z tych dźwięków słowa:

– Zabij mnie!

– Wszystko będzie dobrze – skłamał. Nie mogło być dobrze. – Sprowadzę pomoc. Doktora Pardeckiego.

– N… – jęknął chłopak. – Nie… idź tam… Zabij.

– Daj mi minutę – rzucił Szymon i otworzył szklane drzwi. Prowadziła tędy chyba najkrótsza droga do laboratorium. 

Biegł korytarzem w stronę schodów prowadzących na piętro, kiedy do jego umysłu wdarła się myśl: "Śmierć. Uciekaj stąd, zanim będzie za późno". Zatrzymał się. "Ten chłopak nie uległ wypadkowi. Nie okaleczył go człowiek. Uciekaj". Zawahał się. Od podziemnych garaży, gdzie stały wszystkie samochody pracowników laboratorium dzieliło go raptem dwieście metrów. Nie więcej niż czterdzieści sekund biegu. “Uspokój się, debilu” zganił się. "Chyba nie wierzysz w te swoje durne sny". Już miał zerwać się do biegu kiedy usłyszał dźwięk.

Kroki. Powolne, ostrożne stąpanie.

Stąpanie bosych stóp. Dokładnie za jego plecami. Odwrócił się i zamarł.

Stał przed nim nagi mężczyzna. Jego ciało miało żółtawy kolor. Głowa i klatka piersiowa pokryte były długimi, ciemnymi bliznami.

Oczy były nienaturalnie duże i nie posiadały tęczówek.

Szymona ogarnęło przerażenie. Nie był w stanie uczynić najmniejszego ruchu. Oczy, które widywał w koszmarach, wypełniały teraz cały jego umysł. Dziwny człowiek zbliżył się. Pietrzak poczuł odór zgnilizny i ten zapach ocucił go trochę.

– Stój – próbował krzyknąć, ale z jego ust wydobył się tylko szept. Mutant zbliżał się. Mięśnie jego twarzy wciąż owładnięte były pośmiertnym stężeniem i wyglądał, jakby odczuwał straszliwy ból. Wyciągnął ręce do przodu i sięgnął nimi do szyi szefa ochrony. Ten uniósł pistolet i wystrzelił. 

Impet pocisku szarpnął mutantem do tyłu, ale go nie obalił. Szymon strzelił jeszcze kilka razy, ale stwór ciągle trzymał się na nogach. Z dziur po kulach opornie sączyła się gęsta, czarna krew, przypominająca raczej galaretę niż płyn. Pietrzak wycelował w głowę i opróżnił magazynek. Dopiero teraz mutant upadł bezwładnie na plecy. Szef ochrony rzucił się biegiem w kierunku schodów, wsuwając do gniazda zapasowy magazynek. Dopadł schodów i zaczął wbiegać na górę. Obrócił się. Korytarz za nim był pusty. Ruszył znów naprzód, kiedy jakiś ciężar spadł mu na barki i obalił go. Wypuścił z ręki pistolet, który upadł kilka stopni niżej. Zimna, oślizgła ręka zacisnęła mu się na karku. Druga wciskała mu palce do oczu i unosiła głowę do góry. Zaczął wrzeszczeć. Spróbował sięgnąć do pistoletu, ale zabrakło mu kilku centymetrów, środkowym palcem czuł już zbawienny chłód metalu. Dłoń na karku zaciskała się powoli, ale nieprzerwanie, jak stalowe imadło. Zakończone długimi paznokciami palce wbijały się w oczy, powodując przeszywający ból. Szymon zaczął się szarpać usiłując zrzucić z siebie napastnika. Na szczęście mutant nie był cięższy od przeciętnego człowieka. W pewnym momencie szefowi ochrony udało się tak skręcić tułów, że jego prawa dłoń dosięgła chwytu walthera. Skierował broń do tyłu tuż nad swoją głową i nacisnął spust.

Poczuł przeraźliwy ból w uszach. Huk wystrzału ogłuszył go całkowicie. Krzyczał, starając się dać upust bólowi i nacisnął spust jeszcze dwa razy. Ucisk zimnych rąk na jego głowie zelżał. Szymon szarpnął się z całych sił i zrzucił z siebie napastnika. Spojrzał na niego i skrzywił się odruchowo. W twarzy mutanta było kilka dziur, wypływała z nich czarna maź. Jedna z nich znajdowała się w miejscu jego prawego oka. Z czaszki stwora zaczynał wypływać jasnoszary mózg. 

Mutant zrobił kilka chwiejnych kroków w jego kierunku. Szymon uniósł pistolet. Stwór błyskawicznym ruchem przejechał paznokciami po jego dłoni. Pietrzak z wrzaskiem upuścił broń. Podrapana ręka gwałtownie krwawiła. W ranie tkwił ułamany kawałek szarego paznokcia. Szymon nie mógł zgiąć trzech palców, mutant musiał przeciąć mu ścięgna.

Pietrzak uległ panice. Obrócił się i ruszył sprintem po schodach w górę, a potem dalej korytarzem. Przeczuwał, był pewien, że za chwilę poczuje uderzenie od tyłu. Modlił się, żeby się mylił.

 

22.35

 

– Szybko, tutaj! – szepnął doktor Pardecki otwierając drzwi. – Tu będziemy bezpieczni.

Szymon wpadł do pomieszczenia. Doktor zatrzasnął drzwi, które zamknęły się z głośnym sykiem. Żeby otworzyć je od zewnątrz, trzeba było wpisać siedmiocyfrowy kod.

Pomieszczenie okazało się magazynem laboratorium. Stało tu mnóstwo skrzyń z metalu i tworzyw sztucznych, pustych słoików i probówek. A także żółto-czarne beczki ze znakiem zagrożenia promieniotwórczego. Oprócz doktora Pardeckiego znajdowała się tu jego asystentka, ciemnowłosa i śmiertelnie wystraszona Beata Fijałkowska. Bodajże.

– Co wyście narobili? Teoretyczne eksperymenty, tak? – krzyknął Szymon. Adrenalina wciąż buzowała w jego organizmie.

– To nie nasza wina! – odparł Pardecki. – Nie mamy pojęcia, co się stało. Wszystkie testy wykonywaliśmy na trupach!

– No i macie wasze trupy! Ktoś potrafi mnie opatrzeć?

– Tak – powiedziała asystentka. Podeszła do Pietrzaka, kazała mu usiąść i zaczęła oglądać jego rękę. Skrzywiła się na widok szarego brudnego paznokcia tkwiącego w ranie. Na ścianie wisiała metalowa skrzynka z dużym czerwonym krzyżem. Kobieta wyjęła z niej apteczkę pierwszej pomocy.

– Słyszeliśmy strzały – powiedział doktor. – To ty?

– Tak.

– Zabiłeś go?

– Ledwo drasnąłem. Jest piekielnie wytrzymały. Trzeba by go chyba rozwalić na kawałki.

– Taki miał być… Co mamy teraz zrobić?

– Cholera wie. Chyba najlepiej zrobimy dzwoniąc na policję. Jest tu telefon?

Nikt nie odpowiedział.

– No to pięknie – westchnął Szymon. – A gdzie jest najbliższy?

– W kuchni. To całkiem blisko. Przy odrobinie szczęścia za minutę zawiadomimy policję i wszystko się skończy… Panie Pietrzak?

– Kamil i Aneta.

– Co?

– Zostali w sali monitoringowej.

Doktor zaklął szpetnie. Jego asystentka wpatrywała się w Szymona z napięciem.

– Trudno – powiedział Pardecki. – Może P5 ich nie znajdzie. Nic im nie będzie. Zaraz zawiadomimy policję.

– Muszę po nich iść.

– Zwariowałeś? – krzyknął doktor, zapominając o formalnym sposobie zwracania się do szefa ochrony. – To na parterze. Nie możesz szwendać się po budynku!

Ale Szymon wstał już z podłogi i spoglądał na drzwi, jakby rzucając im wyzwanie.

– Idziecie ze mną? – zapytał. Doktor Pardecki wlepił wzrok w podłogę i nie odpowiedział. Kobieta pokręciła głową.

– Niech pan zostanie – nalegała. – Nic im nie będzie. Pójdziemy do telefonu i wezwiemy pomoc. Za piętnaście minut będzie tu policja.

– Dobra, wy idźcie zadzwonić. Ja pójdę na dół. Potem wracamy tutaj i czekamy na pomoc.

Cała trójka niemalże podskoczyła, kiedy na korytarzu rozległ się huk wystrzału. Po nim drugi i trzeci. W drzwiach pojawiły się trzy dziury. Błyskawicznie przylgnęli do ścian. Padły jeszcze dwa strzały, a potem zaległa cisza.

– Co to jest, kurwa… – szepnął doktor.

Kolejna kula przebiła drzwi pod dużo ostrzejszym kątem i utkwiła w ścianie kilka centymetrów od głowy Pardeckiego. Rozległ się kolejny huk, ale tym razem w drzwiach nie powstała dziura. Pocisk musiał zrykoszetować od metalowej powierzchni. 

Szymon zobaczył, jak na szarych spodniach trzęsącego się doktora powstaje ciemna plama. Ktoś na korytarzu strzelał nadal, trafiając raz bliżej, raz dalej od naukowca. Nagle Pardecki krzyknął i osunął się, przyciskając dłonie do swojego boku. Spod jego palców wypływała krew. Szymon chciał do niego podejść, ale obawiał się kolejnych strzałów. Kiedy po minucie nadal panowała cisza, szybko podbiegł do doktora. Asystentka wyjmowała już bandaże z apteczki.

– Gdzie cię trafił?

– Tu. W bok.

– Wątroba?

– Chyba nie. Myślę, że się wyliżę. Ale boli jak diabli. – Na potwierdzenie tych słów wrzasnął wniebogłosy, gdy Fijałkowska spróbowała odsłonić miejsce zranienia. 

 

22.50

 

Wciąż panowała cisza. Szymon uznał, że nie może dłużej czekać.

– Idę po nich – oznajmił. – Po drodze zatelefonuję. Czekajcie tu na mnie. 

– Nigdzie się nie wybieram – powiedział słabo doktor.

– Ja pójdę do telefonu. Tak będzie szybciej – stwierdziła Fijałkowska. – Poradzi pan sobie sam, doktorze? To tylko kilka minut.

– Jasne – mruknął Pardecki. – Nic mi nie będzie.

Szymon czuł jak jego serce zaczęło nagle bić mocniej i szybciej. Kiedy stanął przed podziurawionymi drzwiami miał wrażenie, że zaraz rozsadzi mu pierś. 

A może jednak zostać?

Pójść tylko do telefonu? To tak blisko.

– Więc jak, panie Pardecki?

Powoli wyciągnął rękę i otworzył drzwi. Uchyliły się bezgłośnie. Ostrożnie wyjrzał na korytarz. Nie zauważył śladów niczyjej obecności. Beata wyszła za nim.

– Powodzenia – szepnęła i skierowała się w prawo. On ruszył w lewo.

 

22.53

 

Zdawało mu się, że chociaż z całych sił starał się zachowywać jak najciszej, każdy jego krok wydawał dudniący odgłos słyszalny w całym budynku. Jednocześnie co chwilę sam coś słyszał i spoglądał za siebie. Nie zobaczył jednak niczego podejrzanego.

Nie miał pojęcia kto albo co strzelało do nich z jego własnego pistoletu, ale przeczuwał najgorsze. Był pewien, że była to jego broń, w końcu tylko on w całym laboratorium nosił pistolet. Chyba że policja już przyjechała i wzięła ich za mutanta. W takim razie może powinien zacząć krzyczeć, hałasować, aby szybciej go odnaleźli? Nie, lepiej nie.

 

 

22.57

 

Drzwi do sali monitoringowej były zamknięte. "To chyba dobry znak", pomyślał. Zajrzał przez szybkę i odetchnął z ulgą. Wszystko wyglądało jak zwykle. Tym razem to Aneta wpatrywała się w monitory, a Kamil parzył kolejną kawę. Dziewczyna ziewnęła szeroko. Ta scena wydała się Pietrzakowi nierzeczywista i piękna zarazem. Ślad dawnego, bezpiecznego świata, który – dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę – kochał, a który utracił zaledwie kilka godzin temu. Wyciągnął palec w stronę przycisku powiadamiającego.

I zamarł.

Po lewej stronie sali monitoringowej stał nagi mężczyzna. Jego głowa i klatka piersiowa pokryte były długimi sinymi bliznami. Kamil i Aneta nie widzieli go jeszcze, zajęci swoimi sprawami. Chłopak nie widział, jak mutant podchodzi do niego od tyłu i wyciąga ręce w stronę jego szyi. 

Szymon wcisnął przycisk. Strażnicy odruchowo odwrócili się, by spojrzeć na drzwi i wtedy ujrzeli niezidentyfikowanego, dziwnego człowieka, który musiał ukrywać się tutaj od długiego czasu. Na początku zdawali się nie wiedzieć co się dzieje. Patrzyli zdezorientowani to na stojącego przed nimi nagiego mutanta, to na krzyczącego i tłukącego pięścią w szybę Pietrzaka. Dźwiękoszczelne drzwi całkowicie tłumiły głos. Po krótkiej chwili Aneta ruszyła w stronę wejścia, aby wpuścić szefa do pomieszczenia. Wtedy nastąpił atak.

Mutant złapał ją obiema rękami za szyję i rzucił na biurko. Gorąca woda rozlała się z przewróconego elektrycznego czajnika. Kamil rzucił się jej na pomoc, tłukąc napastnika pięściami po plecach. Mutant rozluźnił uchwyt na szyi dziewczyny, odwrócił się do Kamila i uderzył go pięścią w twarz. Z rozbitego nosa trysnęła krew, a chłopak poleciał kilka metrów w tył uderzając z wielką siłą w ścianę. Osunął się na podłogę. Aneta zerwała się i skoczyła do drzwi. Wyciągnęła rękę w kierunku klamki. W tym samym momencie mutant złapał ją za włosy i odciągnął w głąb pomieszczenia. Prawą ręką znów chwycił za szyję. Kciukiem lewej dłoni sięgnął do oka i nacisnął. Stojący za drzwiami Szymon nic nie słyszał, ale widział jej krzyczące, szeroko otwarte usta. Spod palca napastnika wypłynęła przezroczysta ciecz. Mutant przyłożył dziewczynie kciuk do drugiego oka.

Kamil wstał z podłogi. Złapał stojące przy biurku krzesło i od tyłu grzmotnął nim mutanta. Mebel rozpadł się na kawałki, ale napastnik nawet nie drgnął. Przycisnął kciuk do twarzy Anety. Następnie puścił ją i dziewczyna opadła bezwładnie na podłogę. Kamil próbował bronić się, zadając ciosy rękami, ale mimo to mutant zupełnie bez wysiłku zdołał złapać go lewą ręką za gardło. Przyciągnął Kamila i obrócił plecami do siebie. Prawą dłonią chwycił pod brodę i pociągnął. Z zadziwiającą łatwością mutant oderwał głowę od tułowia. Krew trysnęła obficie, zalewając ściany, biurka i podłogę. Bezgłowe ciało wiło się spazmatycznie na posadzce. Potwór skierował się w stronę okaleczonej dziewczyny. Żółtawe palce oplotły się wokół jej szyi.

 

 

23.11

 

– Boże, zaatakował pana?

Szymon spojrzał na swoje dłonie. Z potłuczonych dłoni, którymi bezskutecznie próbował rozbić kuloodporną szybę, płynęła krew.

Krew.

Nie odpowiedział. 

Upewnił się, że drzwi są dobrze zamknięte i z westchnięciem opadł na podłogę obok Pardeckiego, siedzącego z plecami opartymi o ścianę. Doktor zdawał się czuć znacznie lepiej. Można było nawet odnieść wrażenie, że jest w dobrym humorze.

– Nie przyprowadził ich pan? Co się stało? – zapytał.

– Zadzwoniliście? Po policję?

– Niestety, telefony nie działają – powiedziała Beata Fijałkowska. – Opatrzę panu rękę.

Ledwo widocznie pokręcił głową.

– Musimy uciekać – powiedział cicho. – Na dół. Do samochodów.

– Lepiej poczekać do świtu – stwierdził Pardecki. – W końcu ktoś na pewno tu przyjdzie i zawiadomi odpowiednie służby.

Pietrzak spojrzał na niego gniewnie.

– Przestań pieprzyć! – warknął. – Masz szczęście, że nie widziałeś, co ten wasz teoretyczny eksperyment zrobił młodym! Moim podwładnym! Nie będziesz musiał śnić o tym po nocach!

– Tylko spokojnie. To jedyne wyjście. Nie uda nam się dotrzeć do parkingu. 

– Nie wiem czy się uda. Ale właśnie TO jest jedyne wyjście. Jeśli tu zostaniemy, zabije nas.

– Zgadzam się – poparła go asystentka. – Ale będziemy musieli przejść przez cały budynek.

 

23.25

 

Korytarz był cichy i pusty. Szymon westchnął i wyszedł za drzwi. Za nim podążał Pardecki, a na końcu Fijałkowska. Szli w kierunku schodów prowadzących na parter. Doktor trzymał się zaskakująco dobrze. Szymon chciał, żeby szedł w środku, w razie gdyby potrzebował pomocy, ale Pardecki zachowywał się, jakby wcale nie był ranny. Szedł żwawo, wymachując ramionami. Pietrzakowi zdawało się nawet, że słyszy, jak naukowiec nuci pod nosem.

Przed wyjściem Szymon przeszukał pomieszczenie, dziwiąc się samemu sobie, że nie zrobił tego wcześniej. Ku swemu zaskoczeniu w kącie znalazł grubą metalową rurkę ponad metrowej długości. Ucieszył się, ale zaraz zdał sobie sprawę, że jeśli nie dał rady poważnie zranić mutanta bronią palną, to tym bardziej nie zrobi tego zwykłym kawałkiem stali, zwłaszcza, że mógł teraz posługiwać się tylko jedną ręką. Nie pozostawało mu jednak nic innego.

Dotarli do drzwi laboratorium. Nie były zamknięte. Starając się nie zastanawiać na tym, kto lub co je otworzyło, Pietrzak ostrożnie zajrzał do środka. Liczył na znalezienie czegoś lepszego do obrony. Szansa natknięcia się na mutanta w laboratorium zdawała się nie być większą niż na korytarzu, nie uważał więc tego za nadmierne ryzyko.

– Jest tu coś, co mogłoby go zabić? – zapytał wskazując ręką rząd fiolek z różnokolorowymi płynami. Doktor wyjął naczynko z ciemnoniebieską cieczą. 

– Myślę, że to wystarczy – powiedział. – Trzeba tylko przelać to do strzykawki i zaaplikować bestii.

– Co to jest?

– Cóż, jeśli coś to panu mówi, to areoksyna gruczołowa.

– Nie, nic mi to nie mówi. Jest tego więcej?

– Niestety, obawiam się, że to ostatnia fiolka.

Nie znaleźli nic więcej. Noże, piły do cięcia kości i skalpele wyglądały groźnie, ale nie nadawały się do walki. Opuścili pomieszczenie i ruszyli dalej.

 

 

23.40

 

Zeszli na parter. Jak dotąd nie było śladu po mutantach. Kierowali się szerokim korytarzem na wschód, w kierunku windy zjeżdżającej do podziemnych garaży. Tam wystarczyłoby znaleźć swój samochód, odjechać i nigdy nie wracać do tego miejsca.

Na ścianie wisiał telefon. Beata mówiła, że linia nie działa, ale nie potrafił powstrzymać się przed przekonaniem się o tym samemu.

– Może już coś z tym zrobili – mruknął i podszedł do aparatu. 

Huk wystrzału. Telefon rozleciał się na kawałki.

Szymon odwrócił się. Beata Fijałkowska celowała do niego z pistoletu.

Jego pistoletu.

Doktor Pardecki rzucił się na nią, łapiąc ją za rękę i kierując broń do góry. Pistolet wystrzelił. Asystentka odepchnęła naukowca i wycelowała w niego. Nacisnęła spust, ale rozległ się tylko suchy trzask iglicy. Przed momentem wystrzeliła ostatni nabój. Wyciągnęła ręce do Pardeckiego i złapała go za szyję. W tym momencie jednak Szymon z całej siły uderzył ją metalową rurką w kark. Fijałkowska puściła doktora i upadła na kolana. Zanim zdołała się podnieść Szymon ponowił cios, trafiając ją w twarz. Trzymał broń jedną ręką, zanim więc zdążył zamachnąć się ciężką rurką asystentka wstała i uderzyła w niego ciałem, obalając go na posadzkę. Szymon wypuścił rurkę. Beata wyciągnęła w kierunku jego oczu dłoń z rozłożonym środkowym i wskazującym palcem. Pietrzak złapał jej rękę, ale nie dał rady przytrzymać jej całkowicie i palce cały czas zbliżały się do jego gałek ocznych. Spojrzał w oczy asystentki. Nie posiadały tęczówek. Zdrową ręką wymacał strzykawkę w swojej kieszeni. Wyjął ją, wbił igłę w udo Fijałkowskiej i wtłoczył całą zawartość. Asystentka znieruchomiała, otworzyła szeroko oczy. W tym momencie do walki wrócił Pardecki. Podniósł z podłogi rurkę, zamachnął się szeroko i z całej siły uderzył Fijałkowską w potylicę. Rozległ się gruchot pękającej czaszki, trysnęła szara substancja mózgu. Asystentka upadła, wydając jęczący odgłos. Kiedy zaczęła podnosić się na kolana, Pardecki uderzył ją jeszcze raz. Stanął okrakiem nad leżącym ciałem i masakrował głowę mutanta, aż została z niej tylko krwawa miazga wymieszana z odłamkami kości i szarym mózgiem. Wreszcie naukowiec rzucił drąg na i oparł dłonie o kolana, dysząc ciężko.

Szymon powoli podniósł się. W jego umyśle panowała pustka. Przeżył zbyt wiele, żeby być w stanie trzeźwo myśleć.

Przeżył.

Jak długo jeszcze? Śmierć bawi się ze mną, pomyślał. Powinna była przyjść już dawno temu.

– Chyba mamy go z głowy – stwierdził doktor. – W porządku?

– Powiedzmy – odparł Szymon. – To też wasza sprawka? Mogą przyjmować czyjąś postać?

– No cóż, pracowaliśmy nad czymś takim, ale nie spodziewałem się, że efekt będzie tak… Oszałamiający.

– Tak, naprawdę oszałamiający. Co w takim razie stało się z twoją prawdziwą asystentką?

– Nie mam pojęcia. Chyba nie chcesz jej szukać?

Szymon zawahał się. Może powinni wrócić się i ją odnaleźć? Jeśli nawet spotkała mutanta, mogło udać się jej uciec. Może ukrywa się gdzieś, nie wiedząc, że niebezpieczeństwo minęło.

Minęło? A potwór w sali monitoringowej? Czy zdołałby tam wejść? Czy może to drugi osobnik, który zakradł się tam wcześniej? Teraz wyszedł i nadal grasuje po budynku. Nie, powiedział do siebie Pietrzak. Ryzyko jest zbyt duże. Wezwie policję, wojsko czy cokolwiek będzie trzeba tak szybko jak to możliwe. W tej chwili jednak nie może pomóc nikomu. Nikomu poza sobą. Jeśli zginie, nie będzie z niego żadnego pożytku.

– Twoja rana – powiedział wskazując na bok doktora.

– Co?

– Nie boli już?

– Trochę. Widać dźgnięcie nie było groźne.

– Dźgnięcie?

Doktor zamilkł.

– To znaczy postrzał – powiedział po chwili. – Idziemy?

– Jasne – mruknął Pietrzak.

 

 

23.52

 

Szymon wcisnął przycisk przywołujący windę. Odczekali kilka minut, aż wreszcie rozległ się dźwięk przypominający sygnał mikrofalówki. Weszli do środka i Pietrzak nacisnął przycisk oznaczony numerem -2. Nie odczuli ruchu windy. Dwuskrzydłowe drzwi rozsunęły się bezgłośnie. Za nimi był krótki korytarz. Na ścianie wisiał aparat telefoniczny. Na końcu korytarza znajdowały się kolejne drzwi, a obok nich konsola ze skanerem służącym do odczytywania obrazu siatkówki oka. Szymonowi to zabezpieczenie przy wyjściu do podziemnego parkingu wydawało się zbyteczne, ale zarząd nie chciał słyszeć o jego usunięciu. Widać ludzie na górze mieli ku temu swoje powody.

– Otwórz je – polecił Pietrzak. – Ja zadzwonię na policję.

Podniósł słuchawkę. Usłyszał serię pojedynczych sygnałów. Wybrał numer.

Usłyszał miły głos policjantki i nagle połączenie zostało przerwane. Zaklął cicho i spróbował jeszcze raz. Na próżno. Sygnał zamilkł. Ze złości trzasnął słuchawką o ścianę. Kawałki plastyku rozprysły się wokół. Trudno, pomyślał. Zadzwoni na policję z pierwszej budki telefonicznej, na jaką trafi, kiedy tylko stąd ucieknie. Odwrócił się do drzwi. Wciąż były zamknięte.

– Dlaczego ich nie otworzyłeś? – zapytał Pardeckiego.

– Nie kazałeś mi. Myślałem, że jeszcze nie chcesz wchodzić.

– Jak to nie kazałem? Mówiłem o tym minutę temu.

– Nic nie słyszałem.

Szymon westchnął i zbliżył oko do czytnika. Rozległ się krótki elektroniczny dźwięk i drzwi uchyliły się odrobinę. Za nimi znajdował się rozległy garaż, oświetlony zawieszonymi tu i ówdzie lampami. Stało tam tylko sześć samochodów. Szymon mógł z tego miejsca zobaczyć swojego białego volkswagena polo, w połowie skąpanego w żółtym świetle.

– Będziesz prowadził – powiedział do Pardeckiego. – Nie poradziłbym sobie z moją ręką.

– W porządku.

Podeszli do samochodu, wciąż jeszcze podejrzliwie rozglądając się wokół. Szymon przekazał Pardeckiemu klucze i obaj wsiedli do auta. Naukowiec zapalił silnik, włączył reflektory i pojazd potoczył się w kierunku wrót garażu. Pietrzakowi zdawało się, że na dźwięk silnika z głębi laboratorium zbiegają się hordy mutantów.

 

 

0.01

 

Nad wyjazdem z garażu umieszczona była fotokomórka i wrota uniosły się automatycznie, kiedy samochód się zbliżył. Przebyli kilkudziesięciometrowy podjazd. Opuścili garaż i znaleźli się na wąskiej asfaltowej drodze, prowadzącej przez las i łączącej się po dwóch kilometrach z drogą główną. Niebo było nieskazitelnie czyste, świeciły na nim tysiące gwiazd. Byli poza laboratorium. Byli bezpieczni.

Doktor Pardecki rozpędzał samochód i po chwili jechali już po wąziutkiej szosie wśród drzew z prędkością dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Szymon odetchnął głęboko, starając się rozluźnić. Czuł niewysłowioną radość, miał ochotę wyskoczyć z samochodu i krzyczeć ze szczęścia, choć rozumiał, że to co zobaczył nie pozwoli mu łatwo zasnąć przez kawał czasu. Spojrzał na Pardeckiego. Naukowiec zdawał się zrelaksowany i zadowolony. Uśmiechał się do siebie.

– Udało się, zrobiliśmy to – powiedział kierowca. Szymon pokiwał głową.

– Ale ja muszę zrobić coś jeszcze – dodał cicho doktor i zanim do Szymona dotarły jego słowa, naukowiec szarpnął kierownicą w prawo i skierował samochód wprost na przydrożne drzewo. Pietrzak zobaczył czarny pień rosnący w żółtym świetle reflektorów.

 

 

0.13

 

W ustach poczuł smak krwi. Językiem wymacał ułamane kawałki zębów. Ból głowy rozsadzał mu czaszkę. Spróbował poruszyć nogami, ale w ogóle ich nie czuł.

Jakby były odcięte.

Spojrzał na swoją prawą dłoń, w którą wcześniej zranił go mutant. Brakowało jej kciuka i palca wskazującego. Z trudem, przezwyciężając ból karku, odwrócił głowę.

Doktor Pardecki siedział na swoim miejscu i wpatrywał się w niego nieruchomo. Cała jego twarz pokryta była ciemną krwią. Zmiażdżony nos był jak wielki krwiak.

Oczy nie miały tęczówek.

Szymon Pietrzak nie mógł się poruszyć. Podniósł głowę i spojrzał na rozgwieżdżone niebo, kiedy zimne palce oplotły się wokół jego szyi.

Koniec

Komentarze

Nie wydaje mi się prawdopodobne, aby naukowiec udzielał ochroniarzowi jakichkolwiek informacji i wyjaśnień o prowadzonych badaniach. Równie mało prawdopodobne wydaje mi się, że ochroniarz mógł wchodzić do laboratorium kiedy chciał, ot tak, na pogaduszki.

Po tym, czego Pietrzak był świadkiem w laboratorium, dalsze wypadki były tylko kwestią czasu. Z powodu małej liczby uczestników tej historii, zakończenie było do przewidzenia.

Szkoda, Muymalo, że nie zadbałeś, aby w opowiadaniu nie było tylu usterek.

 

W gło­wie ziały otwar­te, po­zba­wio­ne tę­czó­wek oczy. –> Gdyby oczodoły były pozbawione gałek, mogłyby ziać, ale nie wydaje mi się, aby ziać mogły oczy. Chyba że ziały nienawiścią.

 

-Jest to efekt ubocz­ny… –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Teraz cała jego praca po­le­ga­ła na nad­zo­ro­wa­niu kilku, mak­sy­mal­nie ośmiu pod­wład­nych… –> Wśród podwładnych była Aneta, więc: Teraz cała jego praca po­le­ga­ła na nad­zo­ro­wa­niu kilkorga, mak­sy­mal­nie ośmiorga pod­wład­nych

 

Dok­tor i jeden z jego asy­sten­tów krzą­ta­ło się… –> Dok­tor i jeden z jego asy­sten­tów krzą­ta­li się

 

prze­ko­nał się, że jest to ka­wa­łek palca wska­zu­ją­ce­go. Wciąż była na nim srebr­na ob­rącz­ka. –> Po czym poznał, że to palec wskazujący? Obrączki raczej nie nosi się na palcu wskazującym.

 

Wyjął z ka­bu­ry swo­je­go Wal­the­ra P-99. –> Wyjął z ka­bu­ry swo­je­go wal­the­ra P-99.

Nazwę broni zapisujemy małą literą.

 

Par­dec­ki ukląkł przy nim i pró­bo­wał ob­ró­cić go na plecy, ale za­krwa­wio­ny kitel wy­śli­zgi­wał mu się z rąk. – Powinno być: Pietrzak/ Szymon ukląkł przy nim

 

"Śmierć. Ucie­kaj stąd, zanim bę­dzie za późno." Za­trzy­mał się. "Ten chło­pak nie uległ wy­pad­ko­wi. Nie oka­le­czył go czło­wiek. Ucie­kaj." –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

“Uspo­kój się, de­bi­lu,” –> Drugi przecinek zbędny.

 

Szy­mon nie mógł zgiąć trzech pal­ców, mu­tant mu­siał prze­ciąć mu ścię­gna. Szy­mon uległ pa­ni­ce. –> Powtórzenie.

 

Nie mo­żesz szw­dać się po bu­dyn­ku! –> Pewnie miało być: Nie mo­żesz szw­endać się po bu­dyn­ku!

 

Ale Szy­mon wstał już z ziemi i spo­glą­dał na drzwi… –> Ale Szy­mon wstał już z podłogi i spo­glą­dał na drzwi

Nie przypuszczam, aby w magazynie było klepisko.

 

Dok­tor Par­dec­ki wle­pił wzrok w zie­mię i nie od­po­wie­dział. –> Jak wyżej.

 

Kiedy po mi­nu­cie nadal pa­no­wał cisza… –> Literówka.

 

Beata wy­szła za nim. Szep­nę­ła "Po­wo­dze­nia" i skie­ro­wa­ła się w prawo. –>

Beata wy­szła za nim.  

– Po­wo­dze­nia – szepnęła i skie­ro­wa­ła się w prawo.

 

Jed­no­cze­śnie co chwi­lę sam coś sły­szał i oglą­dał się za sie­bie. –> Masło maślane. Czy mógł oglądać się przed siebie?

Jed­no­cze­śnie co chwi­lę sam coś sły­szał i oglą­dał się/ spoglądał za siebie.

 

Ta scena wy­da­ła się Pie­trza­ko­wi nie­rze­czy­wi­stąpięk­ną za­ra­zem. –> Ta scena wy­da­ła się Pie­trza­ko­wi nie­rze­czy­wi­stapięk­na za­ra­zem.

 

Osu­nął się na zie­mię. –> Osu­nął się na podłogę.

 

zła­pał za włosy i od­cią­gnął w głąb po­miesz­cze­nia. Prawą ręką znów chwy­cił za szyję. Kciu­kiem lewej dłoni się­gnął jej do oka i na­ci­snął. Sto­ją­cy za drzwia­mi Szy­mon nic nie sły­szał, ale wi­dział jej krzy­czą­ce… –> czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

mutat zu­peł­nie bez wy­sił­ku zdo­łał zła­pać go lewą ręką za gar­dło. Przy­cią­gnął go i ob­ró­cił ple­ca­mi do sie­bie. Prawą dło­nią chwy­cił pod jego brodę i po­cią­gnął. –> Literówka. Nadmiar zaimków.

 

Żół­ta­we palce opło­tły się wokół jej szyi. –> Literówka.

 

obok Par­dec­kie­go, sie­dzą­ce­go opie­ra­jąc się ple­ca­mi o ścia­nę. –> Raczej:  …obok Par­dec­kie­go, sie­dzą­ce­go z ple­ca­mi opartymi o ścia­nę.

 

Ko­ry­tarz był cichy i pusty. Szy­mon wes­tchnął cicho… –> Powtórzenie.

 

Śmierć bawi sie ze mną, po­my­ślał. –> Literówka.

 

We­zwie po­li­cję, woj­sko czy co­kol­wiek bę­dzie trze­ba tak szyb­ko jak to bę­dzie moż­li­we. –> Powtórzenie.

 

Na końcu ko­ry­ta­rza znaj­do­wa­ły się ko­lej­ne drzwi. Znaj­do­wa­ła się przy nich… –> Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Laboratorium “gone wrong” odsłona 237192037152. Widziałem już ich nazbyt wiele w różnych mediach, toteż treść ani nie wzbudziła zbytnio mojego entuzjazmu, ani nie zaskoczyła zakończeniem. Plusik za polskie realia, oraz trochę mniejszy za możliwość kamuflażu (choć i tą już gdzieś widziałem).

Czytałem w miarę okej, czasem jakaś gruda przeszkodziła, ale nic wielkiego.

Zwróć natomiast uwagę na stosowanie zasady “show, do not tell”:

Szymona ogarnęło przerażenie. Nie był w stanie uczynić najmniejszego ruchu. Oczy, które widywał w koszmarach, wypełniały teraz cały jego umysł. Dziwny człowiek zbliżył się.

Najpierw używasz “tell”: “Szymona ogarnęło przerażenie”. A potem opisujesz symptomy. Jedno z tych dwóch jest zbyteczne, bo czytelnik to nie ktoś, kto nie umie sobie wyobrazić strachu, ani też nie przyjmie, że, jak na widok potwora bohater bohater zastyga i serce wali mu jak młot, to autor opisuje mu zauroczenie. Dlatego pierwsze zdanie jest niepotrzebne. A w tekście wiele razy odwołujesz się do tego: najpierw określenie, a potem symptomy. O wiele cenniejsze jest zostawienie tylko tych drugich. To pierwsze niech czytelnik sam wywnioskuje ;)

Zaraz zawiadomimy policję.

– Heniu – powiedział komendant do posterunkowego – dzwoń po wojsko, bo to nie jest robota dla nas. Jak to zajęta linia? No to se chłopaki poczekają w tym laboratorium, mnie tyle nie płacą…

Podsumowując: przeciętnie i bez fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję Wam za uwagi. Błędy poprawiłem, resztę biorę do serca. :)

Pacierza i herbaty nie odmawiam.

Słusznie napisała Ci Reg w pierwszym akapicie – dziwne, że strażnika tak wpuszczano do laboratorium, gawędzono z nim, itd. To mi obniżało immersję, szczególnie że tego typu eksperymenty są przecież ściśle tajne.

Fabuła bardzo przeciętna, ale w sumie nieźle to wszystko przedstawiłeś. Taka klasyczna opowiastka o nieoczekiwanym skutku eksperymentów na zwłokach, przeczytałem bez bólu. Zaskoczenie na koniec nie było, ale też chyba nie zależało Ci na nim – już we wcześniejszych scenach (choćby w windzie), dawałeś znaki, że doktor też jest mutantem.

Co do uwag technicznych:

Nie przeginaj ze szczegółowością opisów. Już na początku pojawia się informacja, że laboratorium było duże, miało 12x12 metra; niepotrzebne te liczby. Podobnie później, większość opowiadania jest przeładowana zbyt szczegółowymi opisami.

Druga kwestia – research, chłopie złoty! Wspominasz w przedmowie, że pod względem medycznym tekst będzie miał słabostki, ale to jest do wyeliminowania. Albo starasz się o jak największy realizm, piszesz zgodnie z nauką i tworzysz sceny nasycone grozą, albo rezygnujesz z tego wszystkiego i przeginasz, robisz pastisz. I to wcale nie jest zła droga! Bo dobre pastisze też są w cenie, czytałem nawet opowiadanie Eriksona, w którym koleś odstrzelił jakiemuś potworkowi głowę strzałą z łuku. Taka literatura również ma swój urok.

Co do krwi – u odstałych zwłok ta raczej nie wypływa, jest skrzepła i wypełnia żyły. Ma konsystencję takiego bardzo gęstego budyniu, niemalże galarety (nawet coś o tym pisałeś ;) ).

Brak tęczówek – a to takie straszne niby? Podobnie wyglądają ludzie z czarnymi tęczówkami, a inna sprawa, że aniridia nie jest aż tak przerażająca…

 

Scena z mordowaniem Kamila i Anety – jak ten mutant dostał się do nich niepostrzeżenie, skoro nawet Szymon spoglądał bezradnie zza szyby? Szef straży nie miał przy sobie kluczy/karty/siatkówki, by móc im pomóc? A jeśli skostniał chłopina z przerażenia – mogłeś to zaznaczyć ;)

 

Szymon nie mógł zgiąć trzech palców, mutant musiał przeciąć mu ścięgna.

Raczej wyprostować. Skoro trzymał pistolet, mutant mógł mu przeciąć co najwyżej prostowniki.

Może P5 ich nie znajdzie. Nic im nie będzie. Zaraz zawiadomimy policję.

Dialog, więc wypadałoby to jednak przerobić na słowa. Wiem, że będzie wyglądało gorzej ;)

nie zrobi tego zwykłym kawałkiem stali, zwłaszcza[-,] że mógł teraz posługiwać się tylko jedną ręką.

Interpunkcja jest taka średnia. Przed “że” przecinek zwykle stawiasz, ale jeśli łączy się to ze słowem dodatkowym: “mimo że”, “zwłaszcza że”, inne – to przecinek przed całym zwrotem. Poza tym, zajrzyj TU.

Jeśli po jednym z tych słów masz czasownik, to zwykle (albo zawsze, cholera wie) stawiasz przed nim przecinek.

 

Tyle ode mnie. Powodzenia przy kolejnych tekstach :)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Co do researchu, to, szczerze mówiąc, wyszedłem z założenia, że nie będzie mieć znaczenia, czy przeprowadzane eksperymenty mają jakieś realne podłoże medyczne, czy nie, jeśli tylko całość opowiadania będzie ciekawa. Zwłaszcza, że to krótki tekst, który miał za zadane dostarczyć chwilę rozrywki, a nie rozbudowana powieść. Być może było to założenie błędne. :)

 

Brak tęczówek – a to takie straszne niby? Podobnie wyglądają ludzie z czarnymi tęczówkami, a inna sprawa, że aniridia nie jest aż tak przerażająca…

Samo w sobie niestraszne, ale bohater się bał, bo kojarzył ten widok z ciałem mutanta. Brak tęczówek przywoływał na myśl całą resztę tego, co zobaczył na samym początku.

 

Scena z mordowaniem Kamila i Anety – jak ten mutant dostał się do nich niepostrzeżenie, skoro nawet Szymon spoglądał bezradnie zza szyby? Szef straży nie miał przy sobie kluczy/karty/siatkówki, by móc im pomóc? A jeśli skostniał chłopina z przerażenia – mogłeś to zaznaczyć ;)

 

Drzwi można było otworzyć tylko od wewnątrz (względy bezpieczeństwa), dlatego bohater chciał nacisnąć przycisk powiadamiający.

dziwnego człowieka, który musiał ukrywać się tutaj od długiego czasu – Mutant wlazł tam już wcześniej i czekał na odpowiedni moment do ataku. A jak się tam znalazł, któż to wie. ;) A tak na poważnie, to tak o tych rzeczach myślałem pisząc, ale masz rację, że czegoś tu brakuje.

 

Reszty nie komentuję, bo po prostu się zgadzam i przyjmuję. Dziękuję za cenne uwagi!

 

 

 

Pacierza i herbaty nie odmawiam.

To nie jest mój ulubiony gatunek, ale przeczytałem bez większych zgrzytów. Zgadzam się z Reg. Mi także wydaje się, że naukowiec nie informowałby ochroniarza, czy nawet szefa ochrony o wynikach, czy też w ogóle o badaniach. Trzeba szukać bardziej realnych pomysłów. Na przykład wścibski ochroniarz kradnie gdzieś dokumenty, czy akta aby sobie przejrzeć z ciekawości, czy też kradnie hasło do komputera doktora, takie tam. Coś, co będzie bardziej realne niż spowiedź doktora.

Nie wiem, dlaczego wrzucasz tekst sprzed dziesięciu lat, ale jest on dobrze napisany. Podejrzewam, że zredagowany i wydrukowany miałby swoich czytelników. Z drugiej strony brak w nim czegoś oryginalnego. Sugerowałbym wtedy umieszczenie akcji w jakimś szczególnym miejscu, czy czasie. Bo przecież same mutanty i badania nad nimi pojawiały się w literaturze i filmie dziesiątki razy.

Pozdrawiam.

Dzięki za komentarz i dobre uwagi.

Wrzuciłem ten tekst, bo natknąłem się na niego przeglądając “archiwa” i odniosłem wrażenie, że jest lepszy niż moje obecne teksty. Pomyślałem więc, że go zamieszczę, a przy okazji przekonam się, czy inni podzielają moją opinię. Z pewnym zadowoleniem stwierdzam, że niekoniecznie i chyba jednak teraz wychodzi mi ciut lepiej.

 

Podejrzewam, że zredagowany i wydrukowany miałby swoich czytelników.

Bardzo mi miło. :)

 

Pacierza i herbaty nie odmawiam.

Nowa Fantastyka