- Opowiadanie: Yldreth - Ostatni seans

Ostatni seans

Każdy z nas słyszał, że “na końcu życie przelatuje nam przed oczami”.

Zapraszam na seans.

Ostatni.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy

Oceny

Ostatni seans

Zawsze bawiło go własne imię. Clark. Brzmiało jak coś, co dzieci mówią, gdy udają rozmaite efekty dźwiękowe w wyimaginowanych światach swoich gier i zabaw.

Inna rzecz, która wydała mu się zabawna, to to, że w chwili śmierci myślał właśnie o tym, jak głupie miał imię.

A tak się cieszył, tak bardzo się cieszył, że będzie mógł wpłacić swoje świeżo zarobione pieniądze na konto w banku, że w końcu coś zaoszczędzi. Stojąc w kolejce, zastanawiał się już, co zrobi z całą tą gotówką, co za nią kupi. Może, jeśli pozwoli jej procentować przez kilka lat, to, gdy już dorobi się żony, domu na przedmieściach, psa i dzieci, może za te właśnie pieniądze po raz pierwszy pojedzie za granicę? A może do tej pory wielokrotnie wyjedzie służbowo do Kanady, albo nawet do Europy? Zawsze przecież, od najmłodszych już lat, chciał zwiedzić Paryż…

Nagle ludzie w maskach wbiegli przez obrotowe drzwi, krzycząc i strzelając. Ochroniarze padli jako pierwsi, a wszyscy inni zaczęli w panice uciekać i szukać schronienia. W ciągu kilku chwil uporządkowany świat kolumnad, żyłkowanego złotem marmuru i imponującego, rozpościerającego się nad całym holem żyrandolu pokrył się krwią i wypełnił wrzaskiem.

Prawdopodobnie żaden z bandytów nawet nie chciał trafić biednego Clarka. Zbłąkany pocisk i zrządzenie losu wystarczyły, by leżał teraz, umierając wśród krzyków i wystrzałów, rozmyślając nad własnym imieniem.

Jego pieniądze leżały w torbie obok.

Jego Paryż leżał obok, powoli nasiąkając krwią.

Zamknął oczy.

Cisza.

 

– Przepraszam?

Clark czuł przenikliwe zimno. Otworzył oczy. Nadal leżał na marmurowej posadzce, ale coś było zdecydowanie nie tak, jak powinno.

Podniósł głowę. Stała nad nim młoda dziewczyna w czarnej marynarce, z broszką w kształcie nożyc wpiętą w klapę.  Miała bardzo serdeczną, ale dziwną twarz. Mężczyzna od razu skorygował się w myślach – jej twarz była całkowicie normalna, znajoma wręcz, jednak miała w sobie coś takiego, co sprawiało, że nawet gdyby znało się ją całe życie, nadal wydawałaby się obca.

– Pan Clark Terence?

Swoją drogą, nazwisko też miał zabawne.

– Tak… chyba… Tak? Co się…

Dziewczyna przerwała mu, wciąż z tym samym serdecznym uśmiechem.

– Proszę za mną.

Clark chwiejnie podniósł się na nogi. Najpierw jedna, potem druga… Poślizgnął się we własnej krwi. Przystawił palce do koszuli i z obrzydzeniem zauważył, że cała jest czerwona i lepka.

– Eemmm… Przepraszam, pani…

– Śmierć, ale przyjaciele mówią mi Atty. Chociaż, biorąc pod uwagę, że to dość przelotna znajomość, może jednak się nie spoufalajmy, panie Terence.

Clark stanął koślawo. Przedstawiał się żałośnie i blado.

– Och. Czyli…

– Tak.

– I ja…?

– Mhm.

Atty była przyzwyczajona do tego rodzaju pytań. Oczywiście, stanowiły część jej pracy, każdy zadawał takie lub podobne.

Clark znów zachwiał się na nogach, oparł się o kolana. Spojrzał na Atty zbolałym wzrokiem.

– Proszę się pospieszyć, panie Terence. – Dziewczyna odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie.

Śmierć zaprowadziła go do wielkiej kinowej sali. Może jednak słowo “zaprowadziła” nie było odpowiednim. Po prostu poszedł za nią i nagle, ot tak, siedzieli obok siebie na widowni.

Miała na nosie okulary 3D i wiadro popcornu w dłoniach. Doprawdy, swojska śmierć.

Nagle rozległo się charakterystyczne kinowe terkotanie starodawnego projektora, a następnie ogromny ekran przed siedzeniami rozświetlił się.

Clark nie znał tego filmu.

 

Pierwsza scena była standardowa: ekran “otworzył się” jak oczy nowonarodzonego dziecka. Krzyk. Dużo krwi. W miarę znośne efekty specjalne.

Wszystkie twarze wydawały się rozmazane, niewyraźne.

Kolejna scena, przejście było gwałtowne, mimo że Clark mógłby przysiąc, że pomiędzy ujęciami również było sporo treści.

 

Młody chłopiec złapał jaszczurkę za ogon. Długo mu uciekała, a on długo ją gonił. Czuł przez cały czas niezwykły dreszcz pościgu, najbardziej uzależniające z wrażeń. W końcu, gdy zrozumiał, że dziki bieg za zwierzęciem na nic się nie zda, przyczaił się przy pęknięciu w ścianie garażu, gdzie jaszczurka ostatnio zniknęła. Słońce paliło go w odsłonięte plecy i coraz bardziej chciało mu się pić, ale nie drgnął nawet o milimetr. Jedynie język nerwowo zbłądził między zębami – nieświadomy przejaw ekscytacji chłopca.

Szybciej niż można zmienić zdanie, ze szpary wybiegła zielonkawa smuga światła. Jaszczur poruszał się błyskawicznie, jednak chłopiec miał nad nim jedną, zasadniczą przewagę – był na to przygotowany.

Jakże się rozczarował, gdy od ogona odczepiła się reszta stworzenia i umknęła gdzieś w nieprzebyty busz trawnika…

 

Maisie była niska. Piegowata. Zawsze miała warkoczyki i śmieszną sukienkę, którą uszyła jej mama. Śmieszną, ale ładną, na swój sposób urokliwą.

Maisie nie żyła.

Jej pijany ojciec pobił ją na śmierć, za coś, czego nie zrobiła. Chociaż… nawet, gdyby zrobiła… czy to ważne?

Teraz morderca siedział w więzieniu, a ona była bezpieczna. Głęboko pod ziemią w małej trumnie z białego drewna.

Pogrzeb odbył się w dzień deszczowy, jak nakazała tradycja. Była to uroczystość skromna, mimo że stawili się wszyscy zaproszeni, może poza słońcem.

Przyszli znajomi Maisie, a nie miała ich wielu. Przyszła przedstawicielka szkoły, nauczycielka historii, która zawsze oceniała dziewczynę trochę surowiej niż pozostałych.

No i przyszedł ten chłopak.

Stał tam z boku, patrząc, jak na skromną trumnę sypie się skromna ziemia. Wszystko było takie skromne.

 

– Przepraszam bardzo… – zaczął Clark.

Atty kiwnęła głową, nie odrywając wzroku od ekranu.

– Czy to ma być…

 

Wyjazd na studia był niezwykłym wydarzeniem. Tyle wolności. Tylu nowych ludzi. Tyle perspektyw. Chłopak, który stał się już mężczyzną, ciągnął swoją niewielką walizeczkę. Miał tam kilka ubrań i trochę pieniędzy. Niczego więcej nie potrzebował. Ale gdzieś głęboko w środku, widoczne tylko dla wystarczająco uważnego obserwatora, tuż za śledzioną, kryło się małe dziecko, kierujące ruchami obcego w nowym świecie.

 

– …moje życie?

 

Lily była wysoka, miała gładką cerę i długie, czarne włosy. W niczym nie przypominała Maisie. Nosiła w sobie dziką, nieujarzmioną boginię, o oczach szalejącej pożogi i oddechu niczym księżycowy wiatr. Wymagała, tak, to prawda. Wymagała, ale ileż dawała…

Mężczyzna nie wiedział nawet kiedy ją poznał. W barze? W klubie? A może jednak na jakiejś prywatce?

Zakochał się.

Tej nocy była tylko jego, wśród kropli potu i napiętej pięciolinii ich jęków.

 

Atty odwróciła głowę, usta miała pełne prażonej kukurydzy. Wybąkała coś niezrozumiale.

– Eeee… Mogłaby pani…?

Śmierć przełknęła.

– Chyba nie chcesz mi zasugerować, Clarku Terence, że to nie jest twoje życie?! – nie krzyknęła, jednak jej ton przypominał odgłos trzaskającego lodu.

 

Mężczyzna siedział w barze.

Pił jednego za drugim, byleby utrzymać myśli na odległość kieliszka. Nie potrafił sobie tego wybaczyć… Lily, jego słodka, słodka Lily…

W barach i miejscach im podobnych, spotkać można nieraz nad wyraz drapieżne okazy rekruterów. Moda na ich żerowanie w tych okolicach wzięła się jeszcze z czasów napoleońskich, a nawet i dawniejszych, kiedy to poborowcy chodzili od zajazdu do zajazdu, by od jak największej liczby pijanych młodzieńców wymusić podpis na dokumencie.

Do mężczyzny podeszła wysoka postać w szarym płaszczu. “Witaj, druhu. Myślę, że mógłbym mieć coś, co by cię zainteresowało.”

 

– Traszka, wyłącz to w tej chwili! To nie jego życie!

Jednak coraz szybsze i szybsze słowa Atty rozmywały się na delikatnym wietrze, w przestrzeni między życiem i śmiercią.

Całą salę osnuła mgła. Nie było już kobiety. Nie było foteli. Nie było ekranu. Nie było filmu.

Był mężczyzna.

I mgła.

 

Cisza.

 

Clark mocniej zacisnął dłoń na uchwycie torby. Założył maskę. Powoli wszedł do banku, a wraz z nim pięciu innych mężczyzn. Wszyscy spokojni i opanowani, a przynajmniej tacy się wydawali.

Kim oni w ogóle byli?

Gdy podszedł do nich ochroniarz, dłoń Clarka odnalazła pod marynarką uchwyt broni. Jeden z jego towarzyszy wyciągnął automat i posłał w pracownika banku krótką serię. Tymczasem złodziej stojący tuż obok Clarka zaczął krzyczeć do ludzi w pomieszczeniu, sama sztampa, nic oryginalnego: ręce do góry, wszyscy na ziemię, dawać kasę i tak dalej.

Clark wyjął swoją broń i oddał kilka strzałów, bardziej na oślep niż do jakiegokolwiek konkretnego celu. Zauważył, że pod ogniem padł mężczyzna w jego wieku. Obok siebie upuścił torbę, podobną do tej, którą trzymał teraz Clark, jednak raczej nie miał w niej materiałów wybuchowych do wysadzenia drzwi sejfu.

Przez chwilę przemknęło mu przez myśl, że równie dobrze mógł być na miejscu tego faceta.

Równie dobrze mógł być kimkolwiek.

 

Cisza.

 

Koniec

Komentarze

Ciekawe. Początkowo wydało mi się, mimo sympatycznej Atty, nieco sztampowe, ale zapętlenie w interesujący sposób wywróciło zakończenie i odbiór całości. 

Sympatyczny tekścik, dobrze napisany. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Podobało mi się. Napisane bez zbędnych dłużyzn, poza tym bardzo dobrze wykorzystałeś znane już motywy, dodając do nich sporo oryginalności. 

Swoją drogą, bardzo ciekawa wizja śmierci. 

Pozdrawiam!

Chyba się pogubiłam i nie zrozumiałam.

Ilu było Clarków?

 

roz­po­ście­ra­ją­ce­go się nad całym holem ży­ran­do­lu… –> …roz­po­ście­ra­ją­ce­go się nad całym holem ży­ran­do­la

 

Przy­sta­wił palce do ko­szu­li i z obrzy­dze­niem za­uwa­żył… –> Jakoś mi nie brzmi przystawianie palców do koszuli.

Może: Dotknął ko­szu­li i z obrzy­dze­niem za­uwa­żył

 

a na­stęp­nie ogrom­ny ekran przed sie­dze­nia­mi roz­świe­tlił się. –> Czy to konieczne dopowiedzenie? Czy zdarza się, by ekran w kinie znajdował się w innym miejscu?

 

Młody chło­piec zła­pał jasz­czur­kę za ogon. –> Masło maślane. Chłopiec jest młody z definicji.

 

Myślę, że mógł­bym mieć coś, co by cię za­in­te­re­so­wa­ło.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Betowałam tekst, więc Autor zna moją opinię, ale napiszę jeszcze raz, żeby była widoczna dla pozostałych.

 

Opowiadanie, choć krótkie, jest jednak dobrze przemyślane. Każda scenka została umieszczona “po coś”, ma swoje miejsce i nadaje całości odpowiedniego znaczenia i klimatu. W dodatku poszczególne “przypominajki” są fajnie skonstruowane pod względem psychologicznym.

Chociaż może nie przywiązujemy się zbytnio do bohatera, to sama historia wciąga, a zakończenie pozostawia wrażenie zagmatwania, ale takiego przyjemnego zagmatwania.

 

Koncepcja jest bardzo interesująca i, krótko mówiąc, opowiadanie mi się podobało.

 

W dodatku widzę progres, bo betowałam również “Pasterzy” i tutaj było zdecydowanie mniej błędów, co dobrze rokuje, bo oznacza, że Autor się uczy :)

Dobra robota i ode mnie klik do Biblioteki.

Bardzo dziękuję pani Iluzji, zarówno za jej nieocenioną pomoc i cierpliwość, jak i za komplementy. 

Liczba Clarków pozostaje zagadką nawet dla autora ;)

O matko! To co ma powiedzieć czytelniczka…?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ojejku, zaraz tam “pani” :D Cieszę się, że mogłam pomóc.

 

reg, wydaje mi się, że… każdy jest Clarkiem :O A przynajmniej tak podejrzewam ;)

Iluzjo, ja też???

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No w końcu coś, co ma ręce i nogi!

Przeczytałem z satysfakcją.

Tylko kim, u licha, jest Traszka?

Z Traszką wiąże się inna historia, którą mam nadzieję kiedyś opowiedzieć. Na potrzeby chwili można uznać, że jest on pomocnikiem Śmierci.

reg – jasne :D

 

Oczywiście żartuję, tak sobie porównywałam Clarka do Józefa K. ;)

 

(spojler)

Ja to rozumiem tak, że Clark niby umarł, ale ponieważ to nie jego życie przeleciało mu przed oczami, to nie mogło też się zakończyć jego śmiercią, więc dokonał się jakby “transfer” osobowości do innego ciała, z jednoczesną podmianką pamięci. Ale interpretacji może być oczywiście więcej.

 

A co do Traszki, to zaskoczyłeś mnie, Yldreth, bo sądziłam, że w opowiadaniu pojawił się jeszcze ktoś i zwrócił się per “Traszko” do Atty. Ona potem coś odpowiedziała, ale Clark już nie potrafił rozróżnić słów. Sądziłam tak dlatego, że tak się upierała przy swej nieomylności, że nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłaby się do tego przyznać lub to w ogóle zauważyć ;)

Nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie, ale traszka jest niezmiernie podobna do jaszczurki, a na tę polował chłopiec na początku filmu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zgrabnie i rzeczowo, osobiście lubię takie przeszłościowo-teraźniejszowe plecionki, a w połączeniu z ponurą atmosferą śmierci – czyżby tym razem nieomylna śmierć się pomyliła? – wyszło bardzo zacnie. Mogę ponarzekać jedynie na niektóre przecinki. Podsumowując, lektura w zupełności mnie zadowoliła. Pozdrawiam!

Nawet nie wiesz jak bardzo jestem zadowolony tym, że udało mi się ciebie zaskoczyć, Iluzjo :D

Co do podobieństwa traszki i jaszczurki… nawet o tym nie pomyślałem, szczerze mówiąc.

:) Oj, mnie wcale nie jest trudno zaskoczyć, ale Tobie udało się to w miejscu nadzwyczaj niespodziewanym :D Aż dziwne, że wyszło mi betowanie, skoro na taką Traszkę się nadziałam (to znaczy nie załapałam o co chodzi) :D

Pozostaje mi kibicować “Ostatniemu seansowi” na drodze do Biblioteki.

 

(no właśnie, moi mili, podobało się, ale bez klika?… dziwne :P)

Hmmm. Pomysł ciekawy, ale pogubiłam się przy konsekwencjach wyświetlenia złego filmu. Skoro nagranie już było, to ten drugi też nie żyje?

Zatem głosowałabym za rozwinięciem tego wątku.

Babska logika rządzi!

No i…?

Taka właśnie myśli zaświtała mi po przeczytaniu szorcika. Jest ładnie napisany, nieprzegadany, o ciekawej treści, jednak trochę szwankuje mi meritum. Bo jeśli chciałeś pozostawić czytelnika z refleksją, że każdy mógł się urodzić każdym, że to, na jakiej ścieżce postawiły nas koleje losu jest przypadkiem… wybacz, ale to banał.

Jeśli chodziło o co innego, to zapewne nie zrozumiałem ;/

 

Aczkolwiek doceniam kreację Clarka – potrafiłeś naprawdę fajnie go zarysować, i to w kilku zaledwie zdaniach. Za to refleksja Clarka bandziora pod koniec tekstu trochę mi burzyła immersję. Wydaje mi się, że w takiej sytuacji gość nie dywagowałby nad przypadkowo postrzelonym klientem i jego torbą.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Choć elementy tekstu są już raczej ograne (oglądanie życia tuż po śmierci, personifikacja tejże, sala kinowa etc), to końcowy zwrot fabularny jest nad wyraz ciekawy. Choć niestety na swój sposób "tajemniczy", bo nie domyśliłem się przyczyny, czy to z powodu pomyłki filmu czy też początek był tylko złudzeniem. Przydałoby się rozjaśnić ten punkt koncertu fajerwerków. Sam szort czytało się też bezproblemowo, bez większych grud.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka