- Opowiadanie: Finkla - Zaginiona jedynka

Zaginiona jedynka

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Zaginiona jedynka

Zajmowałem się wtedy sprawą jakiegoś spadku. Nic ciekawego, mnóstwo przeglądania pożółkłych papierzysk – rzeczywistych oraz zdigitalizowanych zbiorów rozmaitych muzeów i bibliotek. Jedne i drugie dokumenty śmiertelnie nudne i męczące swoim dziwacznym językiem, niekiedy także pokracznymi literami. Te wirtualne przynajmniej nie były pokryte pyłem i nie kichałem od przewracania starych kartek.

Siedziałem więc przed komputerem i przedzierałem się przez pamiętnikarsko-prawniczy bełkot zachowanych do naszych czasów szpargałów. Z dzbanka kawy uczyniłem tarczę przeciwko usypiającej formie oraz treści i walczyłem.

Nagle wszystkie sprzęty dookoła mnie rozpłynęły się w szeregi i całe tablice cyfr. Jak w jakimś cholernym matriksie, tylko mniej komputerowo, a bardziej… Baśniowo? To chyba nie jest odpowiednie słowo. W bajkach liczby sprowadzały się do trzech świnek, siedmiu gór i rzek, tysiąca i jednej nocy i tym podobnych, mniej lub bardziej imponujących wyszczególnień. Jak można opisać numerki, które oglądałem? Stanowczo nie były bezosobowe, jak na kwicie ze sklepu, nie przypominały również tych kolorowych, pieczołowicie nabazgranych przez dzieciaki na asfalcie. Sprawiały wrażenie żywych, mieniących się wszystkimi barwami dostępnymi bańkom mydlanym, pulsowały i przemieszczały się. Oniryczne? To chyba adekwatne określenie.

Czyli miałem pierwszą hipotezę: po prostu przegrałem batalię i kimnąłem. Hmmm… No, nie powiedziałbym. Po pierwsze, wcale nie obudziłem się po pomyśleniu, że śnię. Po drugie, rozumowało mi się całkiem inaczej niż w marzeniach sennych – szybko, precyzyjnie i racjonalnie. Tak, jasne, do luftu taki argument. Miałem jeszcze jeden: żadne szczypanie nie pomagało – czułem ból, a fantasmagoryjne liczby nadal migotały dookoła mnie. I pachniały – różnorodne, raczej przyjemne, aromaty unosiły się w powietrzu.

– Wejdź do naszego świata! Zapraszamy! Dalej, dalej! – mówiły.

Mówiły? Nie, nie słyszałem żadnego dźwięku, ale jakimś cudem rozumiałem, co chcą mi powiedzieć tłumnie zgromadzone cyfry. Jak? Nigdy nie znałem kodu ASCII ani nic podobnego. No, ale odczytywałem komunikaty. Czy mogłem je również nadawać?

– Jak mam wejść?

– Zapragnij, wpuść nas do twojego umysłu, zaproś.

Świat liczb naprawdę mógł być ciekawy. Zapragnąłem.

I zadziałało. Już nie znajdowałem się w biurze, chociaż w pierwszej chwili nie potrafiłem określić, co się zmieniło. Wciąż obok mnie tłoczyły się pulsujące różnokolorowym światłem numery. Może rewolucja polegała na tym, że już nie przypominały kształtem mebli? Nie, raczej to coś z przestrzenią. Nie tkwiłem we wnętrzu ciasnej klitki, poczułem, że przebywam w czymś… nieograniczonym, a właściwie ograniczonym wyłącznie moją wyobraźnią. Dookoła mnie wciąż kłębiły się takie same liczby, jak przed chwilą, ale w oddaleniu dostrzegałem inne byty. Pod nogami… Ups, nie należało patrzeć w dół. Nie stałem, tylko unosiłem się w powietrzu. A może spadałem wraz z otoczeniem? Trudno poznać bez punktu odniesienia. Strach ścisnął mi serce, a mdłości żołądek. Czym prędzej skoncentrowałem się na obiektach na poziomie oczu.

– Sprowadziłyśmy cię tu, ściągnęłyśmy, zaprosiłyśmy, bo cię potrzebujemy. Twojej pomocy, detektywa, twojego umysłu.

Zaskoczyły mnie. Po kiego grzyba liczbom detektyw? Ktoś ukradł zero dziesiątce? Jakiś psychopata zastrzelił trzynastkę? Tuzinowa jedynka zdradza dwójkę?

– Postaram się pomóc. O ile zdołam, bo tak się składa, że nigdy nie byłem świetny z matematyki.

– Nie, nie, nie potrzebujemy rachmistrza, liczydła, kalkulatora. Mamy tu zbrodnię, zagadkę, niewiadomą. Musisz rozwiązać, znaleźć, odkryć. Potrafimy okazać wdzięczność, nie pożałujesz, wynagrodzimy cię.

Ciekawe, jak. „Okazywanie wdzięczności” w ustach kogoś niebędącego facetem kojarzyło mi się jednoznacznie. Ale z liczbami? To dopiero chore fantazje – ten zadziorny haczyk jedynki, przyjemne krągłości ósemki. Ale, jeśli spojrzeć z innej perspektywy, sześćdziesiąt dziewięć ma swoje dobre strony. Co najmniej dwie… Dosyć tych mrzonek!

– Dobrze, zrobię, co będę mógł. Czy czas nas goni? Bo, przyznaję, od niezwykłości waszego świata kręci mi się w głowie. Możemy najpierw wyjaśnić pewne sprawy?

– Czas nie ma znaczenia, nie istnieje, nie płynie. Pytaj, odpowiemy, wytłumaczymy, pokażemy.

– Dlaczego w ogóle możemy się porozumiewać? Przecież nie wypowiadacie słów?

– Skojarzenia, nawiązania. Twój umysł, podświadomość łączy liczby z symbolami, literami, pojęciami, piktogramami. – To moja podświadomość ma takie odjechane pomysły? A gdzie się podział Zygmuś Freud ze starym dobrym pragnieniem zabicia ojca i poślubienia matki? – Zrozumiałeś, pojąłeś?

– Nie bardzo – przyznałem, lekko zażenowany.

– Przykład, pokaz, model.

Większość liczb odsunęła się nieco, przy mnie została tylko siedemnastka.

– Jak wyglądam, co widzisz, jakie asocjacje?

Speszyłem się. No jak tu powiedzieć komuś (najprawdopodobniej istocie rodzaju żeńskiego), że kojarzy mi się ze skrzydlatym karaluchem?

– Mów śmiało, bez strachu. Nie obrażę się, nie pogniewam, nie poczuję bólu.

– W takim razie… Przypominasz chrząszcza.

– Tak, dobrze, prawidłowo. Chrząszcz, cykada, litera „C”.

– No ale dlaczego siedemnaście to cykada?!

– Cykada chowa się, siedzi, żyje pod ziemią przez siedemnaście jednostek czasu. Chce zmylić, oszukać, przeczekać drapieżniki. A potem wychodzi, by śpiewać, mnożyć się, składać jaja.

Faktycznie! Kiedyś nawet oglądałem filmik na ten temat!

Zaraz, ta trójka, gdyby ją zapisać tak, jak w zegarku elektronicznym, wyglądałaby prawie jak litera „E”. Cztery to będzie „A”, pięć „S”… Czyli tak działa metoda skojarzeń? Do tego kolorki zamiast mimiki, zapachy zamiast gestów i można się spokojnie porozumiewać. Fascynujące.

– Gdzie ja właściwie jestem?

– To nasz świat, twój konstrukt, idea, abstrakcja.

No to wyjaśniły… Dobra, nie ma co dopytywać o szczegóły, wszystko się później okaże. Przejdźmy do rzeczy.

– Co się stało? Dlaczego mnie tu sprowadziłyście? – Uch, powtarzanie po kilka razy tego samego najwyraźniej jest zaraźliwe.

– Zginęło jeden. Porwano je, uprowadzono, uwięziono… Zniknęło.

– Kiedy zauważyłyście zniknięcie?

Moje rozmówczynie zapłonęły fioletem, wionęło od nich octem.

– Nie wiemy, nie potrafimy sprecyzować, tu czas nie płynie.

– No tak… Czy takie zaginięcia zdarzały się już wcześniej?

– Nie, nigdy, to niezwykłe zjawisko, niemożliwe, nieprawdopodobne.

– Czy jedynka miała jakichś wrogów, o których byście wiedziały?

Dookoła mnie pojawiły się czerwone błyski, wśród różnych zapachów wyczułem delikatną nutkę krwi i spalenizny.

– Nie, nie tak, nieprawidłowo, mylisz pojęcia. Nie jedynka, tylko jeden.

– A jaka jest między nimi różnica?

Czerwone plamki urosły. Miałem wrażenie, że liczby się wkurzyły.

– Jeden to idea, abstrakcja. Jedynka to jednostka, przykład, przedstawiciel.

– Rozumiem. – Chyba naprawdę skumałem. – Przepraszam. I twierdzicie, że idea jeden zginęła? To rzeczywiście niewiarygodne!

No bo i jak można zlikwidować liczbę? I to jeszcze taką podstawową? Przecież każde dziecko wie, że dwa to dwa razy po jeden; cukierek i cukierek, jabłuszko plus jabłuszko. Żeby usunąć taką abstrakcję, trzeba wyciąć w pień całą ludzkość. I może jeszcze kilka inteligentnych ras. A kiedy ostatnio sprawdzałem, gatunek Homo sapiens miał się całkiem nieźle, nie wyglądał na zagrożonego wyginięciem, a nawet uskarżał się na pewien nadmiar osobników.

– Wróćmy do wrogów jeden. Czy ktokolwiek przychodzi wam do… eee… na myśl?

– Nie, gdzieżby, to bardzo ważna, podstawowa, kluczowa liczba, najczęściej używana cyfra…

– Zbyt ważna, pełni wiele funkcji, zawsze jest naj. Dwa chciałoby ją wypchnąć, zająć jej miejsce w systemie dwójkowym!

– I w częstotliwości występowania, w popularności!

Oho, kopnąłem gniazdo szerszeni. Dopiero teraz zobaczyłem, jak wygląda prawdziwie gniewna czerwień cuchnąca krwią, prochem i ozonem.

– Zdaję sobie sprawę, że to głupie pytanie, ale muszę je zadać: czy bierzecie pod uwagę, że doszło do zabójstwa?

– Nie, to niemożliwe, wykluczone, sprzeczne. Można usunąć, wymazać, anulować, skasować jedynkę, ale nie zabić, zamordować jeden.

– Hmmm. Sądzę, że powinienem lepiej poznać wasz świat, dowiedzieć się, jakie niebezpieczeństwa czają się tutaj na liczby. Może wówczas zdołam znaleźć waszą zaginioną przyjaciółkę.

– Oprowadzimy cię, wyjaśnimy, pokażemy.

Trudno mi opisać, co nastąpiło później. Nie ruszyliśmy się nawet o krok, ale nagle zmieniło się otoczenie – już nie miałem dookoła siebie zwyczajnych liczb, jak dotychczas, a przynajmniej nie tylko one się tam znajdowały. Zacząłem dostrzegać różne dziwolągi.

Najpierw wpadły mi w oko liczby siedzące na innych, w dwóch warstwach. Zdarzało się, ale bardzo rzadko, że konstrukcje miały więcej pięter. Jeśli dolny numer był największy, całość wyglądała bardzo apetycznie – jak tort weselny. W przeciwnych wypadkach osobnik sprawiał wrażenie, że za moment się przewróci. Po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że to ułamki. Zwykłe. Jak już to zrozumiałem, zauważyłem i dziesiętne. Te przypominały pociągi z lokomotywą całości ciągnącą, niekiedy bardzo długi, ogon. Rozśmieszył mnie widok ułamków okresowych – ostatnie „wagoniki” tworzyły kółeczko, którym zabawnie zarzucało na zakrętach.

Następna zagadka okazała się znacznie trudniejsza. W pierwszej chwili w ogóle nie zahaczyłem na nich oka, dopiero później dziwnie załamujące się światło przykuło moje spojrzenie. Liczby podobne do pozostałych, tylko tak bledziutkie, że wyglądały na wyrzeźbione z lodu. Całkiem przezroczyste, lub jaśniutkie, jakby kropla tuszu wpadła do wanny wody. Gdyby nie odblaski, nigdy bym ich nie dostrzegł. Główkowałem i główkowałem, ale z niczym nie mogłem skojarzyć szklanych numerów. Dopiero moje przewodniczki wyjaśniły, że to liczby urojone. Czymkolwiek by one nie były. Po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że niektóre z obiektów, które brałem za normalne (jak się wkrótce dowiedziałem – rzeczywiste) liczby, naprawdę spacerowały w towarzystwie urojonych sióstr syjamskich.

Nagle „znajome” cyferki oblały się nerwowym pomarańczem, zwarły szeregi i otoczyły mnie ochronnym murem. Powietrze przesycała woń zielonej herbaty. Wkrótce zorientowałem się, że powodem paniki jest spory cyklon, który niespiesznie przemieszczał się w pobliżu. Zbliżył się do nas. Udzieliło mi się poczucie zagrożenia, gardło błyskawicznie wyschło. Odległość do ewidentnego niebezpieczeństwa ciągle malała. Wtem jedna z większych liczb rzuciła się na spotkanie złowrogiego wiru. Trwało to okamgnienie – oślepiający błysk i bohaterski numer zniknął, a trąba powietrzna zauważalnie się skurczyła. Po chwili zmieniła kolor z ciemnoszarego na siny i oddaliła się od nas.

– Co to było? – wykrztusiłem.

– Minus, liczba ujemna, zagrożenie dla plusów.

Zrobiło mi się gorąco i duszno.

– Czy ta liczba, która skoczyła na ujemną… Ona zginęła?

– Tysiąc czterysta dwudziestka dziewiątka? Tak, zniknęła, anihilowała, zmniejszając minus, broniąc ciebie.

– Oddała życie, aby mnie chronić? To okropne!

– Nie, przepadła tysiąc czterysta dwudziestka dziewiątka, tysiąc czterysta dwadzieścia dziewięć trwa nadal, idea istnieje, jednostka zginęła, ale wróci, pojawią się inne.

Ulżyło mi. Nie chciałbym mieć na sumieniu niewinnej liczby. Nawet jeśli świat w ogóle nie zauważyłby tej straty. Chociaż, historycy pewnie by się zorientowali, gdyby im cały rok zniknął. I tak dobrze, że to nie tysiąc czterysta dziesięć. To by dopiero była awantura!

– Rozumiem. Czyli, nawet jeżeli jakaś jedynka anihilowałaby w spotkaniu z liczbą ujemną, to na jeden by to w żaden sposób nie wpłynęło, tak?

– Tak, dobrze pojmujesz, prawidłowo. – Najbliższe cyfry rozjarzyły się ciepłym, przyjemnym, żółtym blaskiem, zapachniało czekoladą. – Wiele jedynek znika, przepada, ginie w ten sposób, ale to nic nie zmienia.

– A co by się stało ze mną? – Bardzo intrygował mnie ten problem.

– Nie wiemy. Jesteś jednostką, unikatem, pewnie byś zginął nieodwracalnie. Nie bój się, będziemy cię bronić, nie pozwolimy, by coś złego ci się stało.

Czyli jednak świat matematyki nie był taki jasny, prosty i bezpieczny… Ha! Już w szkole to podejrzewałem.

Postanowiłem pod żadnym pozorem nie oddalać się od opiekunek i uważać na paskudne wiry. Zwłaszcza te duże, w malutkie mogłem rzucić butem i poobserwować, co się stanie.

Zwiedzanie niezwykłego świata, w którym się znalazłem, trwało. Uświadomiłem sobie, że niektóre liczby, na pozór nie różniące się od innych, wzbudzają we mnie dziwny niepokój. Naturalnie, zacząłem przypatrywać im się uważniej. Przypominały ułamki dziesiętne, ale ogon nie ciągnął się za całościami, tylko zapadał w ich głąb. Przypadkowe spojrzenie w tę studnię wywoływało zawrót głowy i łaskotanie w brzuchu, zupełnie jak stanie na krawędzi bezdennej przepaści. Dziwaczne byty drażniły i fascynowały jednocześnie; mózg buntował się przeciwko obrazom, ale nie mogłem przestać się wpatrywać. Korytarz prowadzący do wewnątrz tych niezwykłych numerów wydawał się ciągnąć w nieskończoność, jakbym zerkał w dwa lustra wiszące naprzeciwko siebie. Zapewne wrażenie to wynikało z długaśnego szeregu cyferek zmniejszających się niby kolejne iteracje fraktala.

Już miałem pytać moich towarzyszek, co to za zjawisko, kiedy zrozumiałem. Nie, nie spłynęło na mnie żadne oświecenie – rozpoznałem znajomą liczbę: trójkę, która kryła w sobie 14159…

I wtedy to dostrzegłem.

– Spójrzcie tam! Jest! Znalazło się!

W pobliżu przechadzała się jedynka. Nie żaden ułamek, nie liczba niewymierna z ukrytym hakiem. Najzwyczajniejsze w świecie jeden.

Numerki dookoła mnie wyraźnie pozieleniały, zapachniały grejpfrutami.

– Nie zrozumiałeś, źle wyjaśniłyśmy, nie o to chodziło.

– A o co? – spytałem, zbaraniały.

– Jedynki istnieją, obserwujemy je, pojawiają się w różnych zbiorach, kręgach towarzyskich. Ale nigdy wśród was. Z naszego klubu zniknęły, przepadły.

– A kim wy właściwie jesteście?

– Jesteśmy pierwsze, niezłożone, elementarne.

Rzeczywiście! Dotychczas tego nie zauważyłem, ale otaczały mnie wyłącznie liczby pierwsze. Na pewno zorientowałbym się wcześniej, gdyby zebrały się tu niższe przedstawicielki, powiedzmy do stu. Ale kto rozpozna, czy trzycyfrowa liczba należy do pierwszych?! Coś mi się jednak nie zgadzało:

– Chwileczkę! Mówiłyście, że porozumiewacie się ze mną, wykorzystując skojarzenia. A co, jeśli potrzebowałybyście liczby złożonej?

– Potrafimy stworzyć, zaprezentować każdą liczbę naturalną. Oprócz zera… I jeden, odkąd zniknęło.

– O! – Po raz kolejny udało im się mnie zaskoczyć. – A jak to robicie?

– Pokaz, demonstracja. Podaj dowolną liczbę złożoną.

– No, niech będzie… sześćdziesiąt.

Natychmiast znalazły się przede mną dwie dwójki, trójka i piątka. Ustawiły się pod kątem prostym do siebie i ta dam! Miałem przed oczami sześćdziesiąt, jednocześnie widząc wszystkie czynniki pierwsze.

Nie pytajcie, w jaki sposób cztery liczby mogły ułożyć się prostopadle do siebie. Nalegacie? Błąd. Cóż, sam go popełniłem. Poprosiłem moje towarzyszki o wyjaśnienie, jak to możliwe. Z długiego wykładu zrozumiałem tylko, że znajdujemy się w przestrzeni n-wymiarowej, a n przyjmuje taką wartość, jaka akurat jest wymagana. Dzięki temu mogę postrzegać siedemnastkę jako numer, cykadę i literę „C”. Tyle z matematyki, potem nastąpił bardziej filozoficzny ciąg dalszy. Otóż, to wredne n zależy nie tylko od złożoności analizowanego obiektu. Także od patrzącego. Na przykład, gdybym nigdy w życiu nie słyszał o cykadach, widząc siedemnastkę, wykorzystywałbym o jeden wymiar mniej. Co gorsza, podobne zjawisko można zaobserwować w naszym świecie. Czuliście kiedykolwiek, że z waszego bogatego wnętrza, z całego wachlarza zalet, rozmówca dostrzega tylko jedną jedyną cechę? Grubość portfela, powiedzmy? Paskudne wrażenie, prawda? Ostrzegałem…

Ale wróćmy do sprawy, dla której mnie tu ściągnięto. Coś sobie uświadomiłem:

– W takim razie, wasz problem nie polega na tym, że jeden zniknęło, tylko na tym, że przestało należeć do waszego grona? Dobrze myślę?

– Tak, dobrze, prawidłowo. – Od liczb wionęło kwiatowym aromatem akceptacji.

To zmieniało postać rzeczy!

– Wobec tego rozwiązania nie znajdę w waszym świecie, tylko w moim. Nie spodziewam się, że poszukiwania zajmą wiele czasu. Odeślijcie mnie z powrotem, a jutro powinienem już wszystko wiedzieć.

Uśmiechnąłem się uprzejmie, tym wygięciem warg, które mówiło do klienta: „zaufaj ekspertowi”. W odpowiedzi numerki pofioletowały. Poczułem wiercący w nosie zapach kwasu z nutą chemikaliów.

– Nie możemy wypuścić, odstawić, odesłać cię do twojej przestrzeni.

Zrobiło się bardzo nieprzyjemnie.

– Mam rozumieć, że jestem więźniem?

– Nie, możesz wrócić, ale wtedy nie skończysz pracy, nie znajdziesz rozwiązania, zrezygnujesz. Nie zdołamy zaprosić cię drugi raz, bardzo niskie prawdopodobieństwo powodzenia, trzeba spełnić wiele warunków koniecznych, dużo unikalnych, niepowtarzalnych czynników.

Aha. Czyli mogłem wycofać się do dobrze znanego biura, w którym jedyne liczby ujemne to niezapłacone rachunki, ale nigdy nie wróciłbym tutaj. „Niepowtarzalna okazja” zawsze brzmi lepiej niż „mały szantażyk”.

– A czy możecie bez odstawiania mnie do świata ludzi zorganizować dostęp do Internetu?

– Tak, bez problemu, Internet to liczby, sygnały cyfrowe. Możemy zasymulować, udać, stworzyć model. Ty tylko sygnalizuj, tłumacz, czego potrzebujesz.

Cholera, jednak dobrze mieć liczby po swojej stronie… Pal licho cudowny interfejs, który reagował niemalże na myśli – niewiele poleceń musiałem wyartykułować jasno i do końca, moje niezwykłe klientki zgadywały w połowie zdania, o co chodzi. Algorytm wyszukiwania… Hmmm, gdybym pisnął o nim choćby słówko właścicielom Google, torturowaliby mnie do końca krótkiego życia, aby wydobyć wszelkie informacje na temat działania tego cudeńka. Żadnego namawiania do kupna twierdzenia Iksińskiego czy dowodu Igrekowskiego. Wyniki uszeregowane od budzących największe nadzieje, ani razu nie zdarzyło się, że znalazłem poszukiwaną stronę poza pierwszą trójką propozycji. Czas oczekiwania na rezultaty – zaniedbywalnie krótki, wszystko dostawałem natychmiast, zanim zdążyłbym pomyśleć „czekam”. Ale najwspanialszy był poziom dostępu. Do każdego komputera wchodziłem, jakbym wślizgiwał się w bosko wygodne, stare adidasy. Na fajkę Sherlocka! Jeśli zapragnąłbym porównać zawartość twardych dysków w Pentagonie i Kremlu, dostałbym zestawienie absolutnie wszystkiego: od rozmieszczenia rakiet międzykontynentalnych do kolorystyki tapet na pulpitach. Ale koncentrowałem się głównie na historii matematyki. Jeżeli jakakolwiek biblioteka; narodowa, uniwersytecka, gminna czy prywatna miała zdygitalizowane zbiory, mogłem je sobie wszystkie obejrzeć. Niezależnie od formatu plików – pdf, epub, zdjęcia sumeryjskich traktatów trygonometrycznych pracowicie odciśniętych w glinie, z dołączonym tłumaczeniem na współczesną polszczyznę. Wszystko.

Tak to można pracować! Po jakiejś godzinie (ocenianej subiektywnie, bo mój zegarek pokazywał ciągle tę samą porę) już wiedziałem.

– Wszystko jasne, możecie przerwać tę, doskonałą zresztą, symulację.

– I? Co się stało z jeden?

– Pod koniec dziewiętnastego wieku matematycy doszli do wniosku, że jeden nie jest liczbą pierwszą. Po prostu zmienili konwencję i tyle.

Interlokutorki rozbłysnęły barwami tak różnorodnymi, że nie mogłem określić, co właściwie czują. Pewnie była to mieszanka emocji. Zapach również nic ciekawego nie mówił, ale bukiet uznałem za raczej apetyczny.

– Ale dlaczego, z jakiego powodu, po co?

Uch, w tej dziedzinie to one były profesjonalistkami, nie ja. Ledwo pamiętałem argumenty z przeglądanych plików.

– No, traktowanie jeden jak liczby pierwszej bardzo przeszkadzało w jakimś twierdzeniu arytmetycznym. I z sitem Eratostenesa byłby problem. – Sam nie wiedziałem, o czym mówię, ale liczby zaświeciły żółcią na znak akceptacji. – Matematycy uznali więc, że każda liczba pierwsza ma dwa dzielniki: jeden i siebie samą. A wasza zaginiona koleżanka ma tylko jeden dzielnik, więc nie spełnia warunków.

Ten ostatni argument chyba przekonał klientki.

– Dziękujemy, cieszymy się, rozwiązałeś zagadkę zniknięcia, wytłumaczyłeś, już wiemy. Teraz odeślemy cię, wrócisz do własnego świata, ale nigdy o tobie nie zapomnimy, będziemy okazywać wdzięczność aż po kres matematyki.

A potem ocknąłem się przed komputerem. Tuż obok stał dzbanek z ledwie letnią kawą, po ekranie krążył zabawny wygaszacz ustawiony lata temu.

Tak, oczywiście – można twierdzić, że to tylko sen. Sam jestem sceptykiem. Tylko… od rozwiązania tej dziwacznej zagadki wygrywam w kasynie przy każdej wizycie. To znaczy, rozbijam bank przy ruletce, nieźle mi idzie w kartach, ale już do jednorękich bandytów nie mam szczęścia. Przypadek?

Koniec

Komentarze

Heh, właściwie to nie bardzo wiem, co napisać. Ale przeczytałem, więc coś napisać wypada… Czytałem z przyjemnością, dobrze napisane, ba, tekst ma niewątpliwe walory edukacyjne. Nawet dla młodszych, gdyby bohaterowi cyferki się mniej kojarzyły. Generalnie fajne, ale chyba nie mogę powiedzieć nic więcej. 

Ale jeśli liczby wiedziały, co to internet i jak się poruszać wśród ludzkiego systemu pojęciowego, to po co był im jakiś pośrednik? Same sobie sprawdzić nie mogły? 

Aha, powinienem jeszcze pochwalić pewną konsekwencję i "trzymanie się zasad" w kreowaniu świata liczb (to, że jeden i jedynka to nie to samo itd). 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dziękuję, Thargone. :-)

Dobrze, że czytało się z przyjemnością.

Dlaczego same liczby nie wiedziały? Hmmm. To pytanie mocno filozoficzne. ;-) Trudno mi to dobrze wytłumaczyć – komputer sam z siebie jest idiotą (póki co). Nawet jeśli potrafi ograć arcymistrza w szachy. On wykonuje mnóstwo obliczeń, ale nie myśli. Można mu kazać przeczytać tekst, ale go nie zrozumie. Moje liczby miały podobnie.

Babska logika rządzi!

Oj, karkołomny to był pomysł Finklo. Ciekawostka z historii matematyki, ubrana w synestetyczny kostium. Nachodzą mnie takie pomysły czasem z rana, po przebudzeniu, wydają się zrazu świetne, ale po krótkim czasie dochodzi do mnie, że robiły dobre wrażenie, tylko dzięki temu, że jeszcze półśniłem. Muszę jednak przyznać, że czasem rozsądek nie wystarcza i pakuję się w takie opowiadanie, bo pomysł dręczy i nie chce wyjść z głowy. No więc zakładam, że cyferki nie odpuściły i domagały się powstania tego tekstu.

Jak dla mnie, wyszło mocno tak sobie. Pomysł ze snem, nie-snem – wiesz sama. Zapachy, kolory – o, to fajne. Różne rodzaje liczb – takie sobie, dobre do ściennej gazetki w sali matematycznej.

Najsłabiej wypadły dialogi. I, co ciekawe, cyferki są tutaj górą, mają swój denerwujący, ale oryginalny i w jakiś sposób uzasadniony sposób mówienia. Natomiast teksty bohatera i w ogóle sposób prowadzenia dialogu są po prostu drętwe (”Jak to możliwe, że was w ogóle rozumiem”).

Ale jedno (!) muszę przyznać. Zawsze miałem problem ze spamiętaniem, jak to jest z tą jedynką wśród liczb pierwszych. Teraz już chyba zapamiętam.

Dziękuję, Coboldzie. :-)

Że karkołomny, pewnie masz rację. Ale za to nieoklepany. To już powstało tak dawno, że nie pamiętam, gdzie się pomysł narodził. Ale coś mi się kojarzy z parkiem, więc chyba nie na granicy snu i jawy.

Różne rodzaje liczb – pewnie nie mogłam się oprzeć pokazaniu mojego świata. ;-)

No to przynajmniej korzyść edukacyjna jest.

Babska logika rządzi!

pewnie nie mogłam się oprzeć pokazaniu mojego świata

Czyżby?…

Zawsze się Ciebie bałem, Finklo!

Ależ co Ty?! Mojego w sensie “stworzonego przeze mnie”. A nie “tego, w którym sama żyję”. W moim realu chyba nie ma aż tylu zapachów i wyrazistych kolorów. ;-)

Babska logika rządzi!

Uff, już myślałem, że jesteś nauczycielką matematyki…

Nie. Aż tak dydaktycznie wyszło?

Babska logika rządzi!

Czy to opowiadanie o wybijaniu zębów? ;)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Nie. :-)

Babska logika rządzi!

Aha. Zatem większa szansa, że przeczytam :)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Powodzenia. ;-)

Babska logika rządzi!

Przyznam, że nienawidzę matematyki, cyferek, ułamków, itd. Jestem matematycznym tumanem. Może dlatego nie mogłam odnaleźć się w tym tekście. (Na szczęście wiem, co to są liczby pierwsze. :)) Niemniej jednak napisane tak, że może zaciekawić. I zaciekawiło.

Chyba najbardziej podobało mi się wyrażanie emocji poprzez zmianę koloru i zapachu. Dialogi miejscami jakoś mało naturalne. Końcówka niezła; chyba nawet ja, przy moim braku sympatii do cyferek, mogłabym przeżyć taki sen, o ile zaowocowałoby to wygranymi w kasynie. ;)

Dziękuję, AQQ. :-)

Cieszę się, że udało Ci się przejść przez tekst mimo niechęci do tematyki.

Kto by nie chciał wygrywać w kasynie? ;-)

A możesz napisać, w których miejscach te dialogi gorzej wypadają?

Babska logika rządzi!

– Postaram się wam pomóc. O ile zdołam, bo, wiecie, nigdy nie byłem świetny z matematyki. –  tu na przykład. Zabrzmiało mi to, jak jakiś tekst z bajki dla dzieci. Nie potrafię dokładnie sprecyzować, o co mi chodzi, ale myślę, że bohater powinien zwracać się do nich bardziej bezosobowo. To są po prostu moje odczucia, co nie znaczy, że musisz je brać pod uwagę.

Dzięki. :-)

Sygnał od Czytelnika jest sygnał. Tym bardziej, że już Cobold wspominał o drętwych dialogach.

Babska logika rządzi!

Ja rozumiem, że trudno jest napisać dialog pomiędzy facetem a cyferkami. Przy moim braku sympatii do matematyki, nawet sobie tego nie wyobrażam. Dla mnie są one tak bezosobowe, że pewnie dlatego, to mi nieco zgrzytało. Ale w końcu, to przecież bajka; Twoja bajka. :D

Bezosobowe to są cyferki na rachunku. Te w kasynie już mają swoje fanaberie i zwyczaje. ;-)

Babska logika rządzi!

To kiedy jakiś tekst o literkach? Toż to portal literacki :-)

Napisałaś opko edukacyjne Finklo, ale fabularnie średnio. Zabrakło jakichś zwariowanych akcji (np. z tymi 8, 69 itd.).

Zgodzę się z coboldem, że dialoi literek dużo lepsze – klimatyczne. Reszta to światotwórstwo i wykłady matematyczne, tyle że podane ciekawiej niż w standardowym podręczniku :) – takie mam odczucia. Napisane jak to po Finklowemu – przystępnie i porządnie, tylko kurczę, nie porwało, czegoś brakło do satysfakcji :-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Dzięki, Mytriksie. :-)

Literki nie mają takiego problemu. Znaczy, o tych zaginionych jerach to już wszyscy zapomnieli.

Akcie z 8 i 69 musisz sobie sam dośpiewać. ;-)

Ech, kolejny raz ludzie w tekście wypadają mi słabiej niż wymyślone stworki. Może kiedyś się nauczę robić interesujących ludzi. ;-/

Trudno, najwyżej to opko będzie musiało poprzestać na walorze edukacyjnym.

Babska logika rządzi!

Ciężko o dobry profil psuchologiczny, a stworkami – osobliwymi z natury – łatwiej zaciekawić :-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Chyba mnie samą bardziej ciekawią te stworki i więcej uwagi im poświęcam. Ludź, jaki jest, każdy widzi. ;-)

Babska logika rządzi!

No cóż, przeczytałam i z przykrością wyznaję, że opowiadanie zupełnie do mnie nie trafiło, a lektura zostawiła jedynie wrażenie znużenia. :(

 

Nic cie­ka­we­go, mnó­stwo grze­ba­nia po pa­pie­rach… –> Grzebie się chyba w czymś, nie po czymś.

 

ale nagle zmie­ni­ło się oto­cze­nie – już nie ota­cza­ły mnie zwy­czaj­ne licz­by… –> Czy to celowe powtórzenie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Reg. :-)

Przepraszam, że znużyłam. :-/

Hmmm. Z tymi papierami nie jestem pewna. On tak powierzchownie grzebał – tu zajrzał, tam coś przeczytał. W samych papierach nic nie zmieniał.

A z otoczeniem coś pokombinuję.

Babska logika rządzi!

To w takim razie nie grzebał w papierach, a tylko je przeglądał.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No dobra, zmienię na przeglądanie. Dzięki. :-)

Babska logika rządzi!

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wertował, przepatrywal, ślizgał się wzrokiem, dokonywał pobieżnych oględzin, skanował papiery/wzrokiem po papierach; doświadczał ich empirycznie, z wykorzystaniem zmysłu wzroku, w stopniu znikomym – niedogłębnie… ;)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Dzięki, Mytriksie. Zwłaszcza to doświadczanie empirycznie mi się podoba. ;-)

Babska logika rządzi!

O, Kurczaki Kentucky, wiedziałem, że to będzie HIT!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Prorok, czy jak? ;-)

Babska logika rządzi!

Te inne propozycje były tylko dywersją.

Coś mi się strona zacięła bo w tekście teraz wisi jakieś "przeglądania" zamiast tego co być powinno!

Ciekawe, że zawsze odpisujesz na komentarze, to taka zabawa by być tym/tą, co napisał/a ostatni/a? ÷)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Ale wyłowiłam perełkę. ;-)

Ze stroną nie pomogę.

Nie zawsze. Możesz przejrzeć wszystkie moje teksty… No dobra – pod tym nie odpisałam Reg na emotkę. Nie tyle zabawa, co przekonanie, że jak już ktoś tu zajrzał, przeczytał opko i chce pogadać (niekoniecznie o tekście), to nie wypada człowieka ignorować, bo się obrazi i więcej nie przyjdzie.

Babska logika rządzi!

Takie buty, wazystko jasne :-) już Cię nie męczę, nie kłopocz się odpisywaniem, przyjdę jeszcze :)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Ależ to żaden kłopot. Zapraszam, zawsze jesteś mile widziany. :-)

Babska logika rządzi!

Ciekawy świat tu wykreowałaś, nawet pokusiłbym się o opis, że… Bajkowy ;) Zgodzę się z Mytrixem, że to bardziej opowiadanie edukacyjne, pomagające w opanowaniu cyferek. Sama fabuła ma jakiś potencjał, ale jak ktoś zna matmę (jak ja) to połapie się w rozwiązaniu od momenty wspomnienia, że to liczby pierwsze. Pewnie dlatego odkładałaś wspomnienie tego faktu tak długo w opowiadaniu (choć dałoby się tego domyślić).

Sam bohater raczej wielkiej charakterystyki nie ma, więc i trudno mi mieć co do niego jakiekolwiek uczucia – ot, ni ziębi, ni grzeje.

Podsumowując: ciekawy pomysł na tło i motyw główny, ale całość wychodzi mocno bajkowo i edukacyjnie. W konsekwencji pod koniec tego koncertu fajerwerków czułem się lekko znudzony.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję, NoWhereManie. :-)

Trudno się z Tobą nie zgodzić. Jest trochę bajkowo, trochę edukacyjnie. Tak, starałam się nie wspominać zbyt wcześnie, że to liczby pierwsze. Chociaż miałam nadzieję, że nie wszyscy wiedzą, jak to jest z liczbą jeden. ;-)

Nie chciałam znudzić, przepraszam.

Babska logika rządzi!

Nic ciekawego, mnóstwo przeglądania pożółkłych papierzysk – rzeczywistych oraz zdigitalizowanych zbiorów rozmaitych muzeów i bibliotek. Jedne i drugie dokumenty śmiertelnie nudne i męczące swoim dziwacznym językiem, niekiedy także pokracznymi literami.

 

Początek ustawił opowiadanie, i to nie wina czytelnika, że tak, nie inaczej się poczuł nawet przebrnąłwszy z jakichś powodów początek ;)

 

Siedziałem więc przed komputerem i przedzierałem się przez pamiętnikarsko-prawniczy bełkot zachowanych do naszych czasów szpargałów.

Siedziałem raczej, skoro były też te rzeczywiste, przed “pożółkłymi, zakurzonymi księgami i oczywiście komputerem ;)

 

Jak w jakimś cholernym matriksie, tylko mniej komputerowo, a bardziej… Baśniowo?

Tym mniej komputerowym, a baśniowym? :)

 

Jak można opisać numerki, które oglądałem?

Różnie ;)

Lepiej chyba napisać: które właśnie zobaczyłem? 

 

Stanowczo nie były bezosobowe, jak na kwicie ze sklepu, nie przypominały również tych kolorowych, pieczołowicie nabazgranych przez dzieciaki na asfalcie.

Stanowczo nie :) Pieczołowitość jest “żeczywiście” dość “immamentną” cechą rysunków na asfalcie… 

 

No cóż, chyba na razie tyle… Początek ustawił opko, ale może zdecyduję się na coś dalej, może będzie nieco lepiej….

 

Nic ciekawego, mnóstwo przeglądania pożółkłych papierzysk – rzeczywistych oraz zdigitalizowanych zbiorów rozmaitych muzeów i bibliotek. Jedne i drugie dokumenty śmiertelnie nudne i męczące swoim dziwacznym językiem, niekiedy także pokracznymi literami. Te wirtualne przynajmniej nie były pokryte pyłem i nie kichałem od przewracania starych kartek.

 

Ja trochę kichałem, ale lubię czasem przejrzeć pożółkłe kartki. Nawet bardzo ;)

 

 

 

Dziękuję, Fantastyczny Panie Lisie. :-)

Oczywiście, że to nie wina Czytelnika. Jakoś musiałam wyjaśnić, że bohater ni to kimnął, ni to gdzieś się przeniósł. Przynajmniej początek nie ciągnie się zbyt długo.

Siedziałem raczej, skoro były też te rzeczywiste, przed “pożółkłymi, zakurzonymi księgami i oczywiście komputerem ;)

W tej chwili siedział przed komputerem. We własnym biurze, nie w bibliotece.

Tym mniej komputerowym, a baśniowym? :)

To są różne matriksy? ;-) Niezupełnie. Przysłówki odnoszą się do wrażeń, a nie do matriksa.

Lepiej chyba napisać: które właśnie zobaczyłem? 

Nie, nie lepiej. Zobaczenie to moment, a bohater dość długo (chociaż czas nie płynął, ale subiektywnie) patrzył i oglądał.

Pieczołowitość jest “żeczywiście” dość “immamentną” cechą rysunków na asfalcie… 

To zależy. Nie pisałam o wszystkich rysunkach, tylko o liczbach. Albo nabazgranych, żeby się pochwalić na jak największej powierzchni, że człowiek już umie, albo potrzebnych do gry w klasy lub czegoś podobnego. W jednym i drugim przypadku dzieciaki się starają, więc uważam “pieczołowicie” za uzasadnione. Chodziło mi o dwa krańce spektrum – od obojętnie drukowanych do wychuchanych i ważnych dla twórcy.

Żółte kartki to już kwestia gustu. Protagonista nie przepadał, innym ręce mogą się trząść z pożądania na sam widok. :-)

Babska logika rządzi!

Mam mieszane uczucia. Może zacznę od pozytywów. Fajna wizja, postrzeganie tych cyferek przez różne zmysły. Pomysł na pewne ożywienie liczb na plus. To teraz zmieniamy znak i pora na minusy. Lubię wątki matematyczne w opkach (sam czasami je wplatam ;)), ale tutaj wyszło trochę za bardzo szkolnie, edukacyjnie. Miałem wrażenie, że opis mechanizmów rządzących tą cyfrolandią przytłoczył akcję i droga do rozwiązania zagadki zaczęła się dłużyć. Zwłaszcza, gdy ktoś już o rozwiązaniu słyszał. Nie za bardzo rozumiem, dlaczego cyferki ściągnęły detektywa akurat teraz, po co czekały sto lat od zniknięcia jedynki?

Także wizja i plastyczność bardzo spoko, a reszta raczej nie przekonała. A, no i kwaternionów mi brakowało. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Czyli jedziemy dalej, Finklo, poza w miarę pierwszy akapit, tak?

;D

Dziękuję, Szyszkowy. ;-)

Fajnie, że chociaż wizja Ci się spodobała.

Za szkolnie, powiadasz? Możesz mieć rację, ale nic już z tą edykacyjnością nie zrobię.

Hmm. Matematyka jest ponadczasowa, liczby właściwie nie czekały. Zorientowały się, poszukały odpowiedniego człowieka, wyczaiły dobry moment…

Kwaterniony! Masz fanaberie! Nie znam ustrojstwa. Wytłumacz, co to jest, to zastanowię się, jak wygląda w moim świecie. ;-)

 

Panie Lisie, czytasz, ile masz ochotę. Ale na własne ryzyko, a nikt dotychczas nie chwalił. ;-)

Babska logika rządzi!

Cholera, nie chciałam, żebyś tak się poczuł. :-/

Babska logika rządzi!

Hmm. Matematyka jest ponadczasowa, liczby właściwie nie czekały.

Ale matematyka w tekście nie jest ponadczasowa, skoro zmiana konwencji w dziewiętnastym wieku wpłynęła na świat cyferek. No i, że pamiętały, że kiedyś jedynka była ich ziomem, a później zniknęła.

 

Kwaterniony! Masz fanaberie! Nie znam ustrojstwa. Wytłumacz, co to jest, to zastanowię się, jak wygląda w moim świecie. ;-)

Ok, no to jedziemy. Już dzieciaczki w przedszkolu wiedzą, że liczby rzeczywiste leżą na osi, a zespolone na płaszczyźnie. No i pojawia się naturalne pytanie, a co dalej? Czy można wprowadzić sensowne mnożenie i dzielenie dla punktów przestrzeni? No i był sobie William Hamilton, który w dziewiętnastym wieku to rozkminiał. Jak tu mnożyć punkty przestrzeni, żeby to miało sens? No i tak sobie kminił i kminił bez przerwy ku utrapieniu domowników, aż w końcu dostał olśnienia na moście. Odkrył, że można to zrobić, ale nie dla trójek, tylko czwórek liczb! Zasady działań (odpowiedniki i^2=-1 dla zespolonych) spisał właśnie tam. Jest nawet tabliczka upamiętniająca.

Zabawa jest podobna jak w zespolonych, tylko potrzeba aż trzech wyimaginowanych przyjaciół (i, j, k) zamiast jednej jednostki urojonej. No i tych równań z mostu. i^2=j^2=k^2=ijk=-1.

Na co to komu? Oczywiście poza samą frajdą uprawiania matematyki. Ano tak opisuje się obroty w trzech wymiarach i z tego powodu kwaterniony stosuje się na przykład w grafice komputerowej.

Aha, no i mnożenie już nie jest przemienne…

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ale matematyka w tekście nie jest ponadczasowa, skoro zmiana konwencji w dziewiętnastym wieku wpłynęła na świat cyferek. No i, że pamiętały, że kiedyś jedynka była ich ziomem, a później zniknęła.

Tu mnie masz. :-)

Kwaterniony. Dzięki za wyjaśnienia. Uuuu, to chyba jest chore. Nie podoba mi się to równanie. Babska logika się na nie strasznie krzywi. Ona nie lubi, kiedy mnożenie nie jest przemienne. Z tego powodu nigdy nie zaakceptowała rachunku macierzowego.

Ale skoro ktoś takie paskudztwo wymyślił, to i po moim świecie muszą łazić. Kwaterniony wyglądają bardzo podobnie do liczb zespolonych. Właściwie laik by ich nie odróżnił. Tylko te przezroczyste elementy znajdują się w różnych wymiarach.

Babska logika rządzi!

Babska logika się na nie strasznie krzywi. Ona nie lubi, kiedy mnożenie nie jest przemienne. Z tego powodu nigdy nie zaakceptowała rachunku macierzowego.

Bo tu już wkracza kobieca intuicja. ;) Ale nieprzemienne mnożenie nie jest aż tak chore. Tylko troszkę. Można nawet eksperymentalnie się przekonać, że kolejność obrotów w swojskich 3 wymiarach ma znaczenie. A to to samo, co mnożenie macierzy/kwaternionów.

Mój przebiegły plan polegał na tym, że gdybyś wprowadziła do tekstu kwaterniony, zaraz bym dopytał o to, gdzie się podziały oktawy Cayleya… 

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

OK, argument z obrotami do mnie przemówił. Teraz jeszcze tylko muszę wytłumaczyć babskiej logice, że obroty to to samo, co mnożenie. Bywa, że chłop babę wyobraca, skutkiem tego się rozmnożą, ale mimo wszystko analogia nie wydaje mi się pełna… ;-)

No masz ci los! Długo tak możesz ciągnąć? To jest przestrzeń n-wymiarowa, wszystkie dziwactwa znajdują się w jakimś odpowiednim wymiarku. Zajrzyj i poszukaj. ;-)

Babska logika rządzi!

Hmm … opowiadanie matematyczne. Uczciwie się przyznam, że z matmy mocny nigdy nie byłem i ma to wpływ na mój odbiór tekstu. Mimo wszystko pomysł ciekawy, swoisty klimacik też jest, więc narzekać nie będę.

Dziękuję, Straferze. :-)

Czyżby jakaś umiarkowanie pozytywna opinia? Widać każda potwora znajdzie swego amatora. ;-) Fajnie, że pomysł się spodobał, a klimat nie był zły.

Babska logika rządzi!

Ciekawa analogia, nie pomyślałem o tym. ;) To może tak: jeśli babska logika się zgadza, że “mnożenie” liczb zespolonych to mnożenie, to zauważmy, że obroty płaszczyzny można opisać jako właśnie mnożenie liczb zespolonych. Na przykład mnożenie przez “i” to obrót o kąt prosty w lewo. Przemnożenie “1” przez “i” obraca o kąt prosty i lądujemy na osi urojonej. Kolejne przemnożenie przez “i” to kolejny obrót i łatwo się przekonać, ze wylądujemy w “-1”, czyli faktycznie i^2=-1. No i teraz tak, skoro kolejne obroty płaszczyzny to mnożenie, to tak samo powinno być z obrotami w zwykłej przestrzeni 3-wymiarowej.

Długo tak możesz ciągnąć?

Tak. :) Przestrzeń skończeniewymiarowa? Nuda.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Hmmm. Może coś w tym jest, a może to tylko dorabianie ideologii do istniejących teorii. Chyba wolę nie zadawać następnych pytań.

Uff! Co za szczęście, że wspomniałam o przestrzeni n-wymiarowej i możesz sobie podstawiać za n, co Ci się tylko podoba. ;-)

Babska logika rządzi!

Albo jeszcze inaczej, mnożenie macierzy/kolejne obroty spełniają takie cudo A*(B+C)=A*B+A*C, więc można by oczywiście nazwać tę operację “sepulkowaniem”, ale aż się prosi, żeby jednak użyć słowa “mnożenie”. Choć kosztem utraty AB=BA (czy wzorów skróconego mnożenia…), ale nie można mieć wszystkiego. ;)

Alefy sobie za n popodstawiam. Powinno starczyć. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

OMG, obroty w nawiasach. Moja wyobraźnia przestrzenna uciekła, wyjąc wniebogłosy. ;-)

No, gdyby alefy Ci nie wystarczyły, Ty nienasycony matpotworze, to już nie wiem, co bym mogła zaproponować. ;-)

Babska logika rządzi!

Ech, wyobraźnia jest przereklamowana. W sumie ciekawe wyzwanie, tak tłumaczyć abstrakcje na bardziej zdroworozsądkowy język. Przydatny dydaktyczny skill, który staram się opanować, ale bardzo wiąże ręce. ;) Niedawno omawiałem nawet studentom ciąg Fibonacciego (i mnożenie macierzy) na przykładzie drzewa genealogicznego pszczół.

Sprawdziłem te alefy, ale zamiast matematyki, odnalazłem prawdy judaizmu. W sumie spoko. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Toś w niezłą kabałę wpadł. ;-)

Myślałam, że ciąg Fibonacciego to się na króliczkach przerabia. Ale odkąd króliczki występują w reklamach, pewnie spadło na pracowite pszczółki… ;-)

Babska logika rządzi!

Przy królikach muszę zakładać jakieś straszne założenia jak nieśmiertelność i stałą liczbę królicząt w miocie. A z liczbą przodków trutnia w kolejnych pokoleniach wstecz wystarczy “tylko” wykluczyć kazirodztwo. Dlatego wolę drugi przykład. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Coś w tym jest. Ale im dalej od “teraz”, tym bardziej oba modele zgrzytają…

Babska logika rządzi!

Dla mnie osobiście opowiadanie miało walor edukacyjny. Nie wiedziałem, że 1 nie jest już liczbą pierwszą. Ciężko mówić tutaj o jakiejś rozbudowanej fabule bo jest to raczej opis wizji, śnienia, przeżycia. Core całej sprawy stanowi zatem idea, pomysł, myśl. Z tego punktu widzenia jestem usatysfakcjonowany ponieważ czegoś nowego się dowiedziałem. PS I to nie tylko o liczbach, ale I o autorce. Drugie opowiadanie, ktore czytam i w drugim filuterne akcenty :) Me gusta!

Dziękuję, Cichy. :-)

Waloru edukacyjnego nie ma co się wypierać. Ale fajnie, że reszta też usatysfakcjonowała.

Babska logika rządzi!

Całkiem, całkiem  tekst o pożytecznym śnie (albo nie), po którym bohater mógł żyć w dobrobycie. Zakończenie uśmiechnęło.

Dziękuję, Blackburnie. :-)

Fajnie, że uśmiechnęło. Z matematyką warto być w dobrych stosunkach. ;-)

Babska logika rządzi!

Dosyć już  dawno temu podali w tv, że jeden pan wygrał w totka dwa razy… pod rząd! Może on też miał konszachty z liczbami pierwszymi. ;)

Dwa razy pod rząd? Ładny wynik. Jakieś liczby musiały być w to zamieszane, ale czy pierwsze, to nie wiem.

Babska logika rządzi!

Nic nie poradzę, że uśmiech nie schodził mi z ust do końca tekstu. Jak ja lubię ten Twój lekki humor, taki rozsiewany mimochodem. Aż ciężko się do czegoś przyczepić. No i będąc tu tak późno, nic nowego do dodania nie mam…

Szalenie podobały mi się kwestie liczb. Ich sposób mówienia przyćmił kompletnie wypowiedzi detektywa. Plus kolory i zapachy – piękny świat. Bardzo bajkowy i chyba z ciekawości podrzucę chrześniakowi. O fraktalach czy liczbach urojonych chyba jeszcze nie słyszał, ale jestem ciekawa, co powie generalnie na tekst (matematykę lubi, bierze udział w konkursach).

Co mi nie do końca przypasowało, to czas. Niby nie płynie, a jednak jest tam jakaś przeszłość i teraźniejszość – było jeden kiedyś, a teraz nie ma. Najpierw też mnie zdziwił fakt, że przez ponad sto lat liczby albo się nie zorientowały, że towarzyszka im się zgubiła, albo tak długo nie szukały. Jednak komentarze wymieniane z SzyszkowymDziadkiem wszystko w tej kwestii wyjaśniły.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki, Śniąca. :-)

Miło, że jednak komuś się tekst spodobał, nawet polecać chce… Tylko ten… Może ocenzuruj z 69, jeśli nie chcesz zbyt wielu rzeczy tłumaczyć chrześniakowi. ;-)

No dobrze, kwestii czasu porządnie nie przemyślałam…

Babska logika rządzi!

Dobrze, że podpowiadasz i zezwalasz, bo mogłoby być niekoniecznie dla mnie później ciekawie, gdyby bratowa zobaczyła, bo młody to nie wiem, czy by zwrócił uwagę ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nigdy nie wiadomo, na co dzieciak zwróci uwagę. Ale można spokojnie założyć, że zapamięta i powtórzy, komu nie trzeba, najgorsze możliwe zwroty. ;-)

Babska logika rządzi!

Albo będzie sam najpierw w sieci sprawdzał, albo… o nie, zapyta rodziców i już po mnie…

Koniecznie to wytnę.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Może to jeszcze zrobić z większym hukiem – powtórzy pani w szkole, podczas lekcji, a koledzy przekablują rodzicom i narobią rodzinie wstydu. ;-)

Babska logika rządzi!

Straszysz coraz bardziej ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ostrzegam, Droga Koleżanko, tylko ostrzegam. ;-)

Babska logika rządzi!

laugh

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Pomysł na pewno nieszablonowy, spodobał mi się świat liter i przygoda detektywa.

Od pierwszych akapitów wprowadzasz czytelnika w akcję, co z jednej strony jest dobre (bo budzi zainteresowanie), ale z drugiej zabija budowę więzi z bohaterem. Staje się on tylko kotwicą fabularną, co, wydaje mi się, bardzo szkodzi emocjonalności tekstu. Jest “po prostu” interesująco, ale nie czuć wagi tego wszystkiego, a wstawki (jak ta o 1410r) wyglądają bardziej na ciekawostki. Reakcje detektywa też mało naturalnie – no, typowa kotwica.

Sama intryga i zakończenie fajne, podobało mi się i było czymś nietuzinkowym w otaczającej nas na co dzień zwyczajności. Szkoda, że nie przedstawiłaś problemu z większym rozmachem, nie odniosłaś go bardziej do naszego świata. Dochodzenie też mogłoby obfitować w jakieś zwroty akcji, coby nie było tak prosto.

No ale rozumiem zamysł. Chciałaś pewnie pokrótce przedstawić ideę, na którą wpadłaś i za nią właśnie należy się primagrodzki stempel jakości.

 

Trzym się ciepło, Finklo. Na koniec jeszcze jedna wątpliwość:

Czyli miałem pierwszą hipotezę: to po prostu przegrałem batalię i kimnąłem.

Dobrze myślę, że tego “to” nie powinno tam być? Jeśli nie, to chyba nie jarzę zdania ;/

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki, Luki. :-)

Powiadasz, że budowę więzi szlag trafił? Hmmm. Cenna uwaga. Wydaje mi się jednak, że w tym przypadku tak czy siak trudno skłonić odbiorcę do kibicowania bohaterowi. Kto się przejmuje zbiorem liczb pierwszych? Świat by się nie zawalił, gdyby detektywowi się nie udało.

Żadnego zwrotu akcji podczas dochodzenia nie zdołałam wykombinować. Liczby nie kłamią, nie mają alibi, a te pierwsze jeszcze są wyjątkowo mało złożone…

Wpadłam na pomysł i wyciągnęłam z niego tyle, ile potrafiłam.

“To” faktycznie zbędne. Zaraz wywalę.

Babska logika rządzi!

Podobało. A z wyjaśnieniem co i dlaczego wpadnę za jakiś czas.

Po przeczytaniu spalić monitor.

To miło. :-)

No to czekam na co i dlaczego.

Babska logika rządzi!

Co mi się podobało? Najpierw pomysł. Prosty, oparty na twierdzeniu matematycznym ale przedstawiony w bardzo przystępnej formie. Potem idą styl i język. Napisane z biglem i pomysłowo (chociażby to, że wypowiedzi liczb brzmią jak Adaś Miauczyński z “Nic śmiesznego”). Opisane jest to wszystko bardzo kolorowo i bardzo żywo. A przy tym żadnych zgrzytów. Na warsztacie naprawdę nic nie zgrzyta, wszystko dobrze naoliwione. 

Na koniec humor. Rzucone tu i ówdzie smaczki. O 69 nie wspominam ze względu na porę, ale podam dwa inne przykłady, które mi się:

 

Zaskoczyły mnie. Po kiego grzyba liczbom detektyw? Ktoś ukradł zero dziesiątce? Jakiś psychopata zastrzelił trzynastkę? Tuzinowa jedynka zdradza dwójkę?

 

Aha. Czyli mogłem wycofać się do dobrze znanego biura, w którym jedyne liczby ujemne to niezapłacone rachunki, ale nigdy nie wróciłbym tutaj.

​To chyba taki Twój stempel charakterystyczny. Finklowski humor.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuję, Marasie. :-)

Lubię przystępną formę. To nie sztuka przepisać wzór albo definicję, z której połowy się nie rozumie. Sztuką jest wytłumaczyć dwulatkowi, dlaczego wszystko spada na ziemię.

Nie bardzo znam Adasia Miauczyńskiego, więc trudno mi się porządnie odnieść. Wymyśliłam sobie, że liczby pierwsze będą niejako “składać” pojęcia z podobnych znaczeniowo wyrazów.

Kto smaruje, ten jedzie. ;-)

Humor. Fajnie, że się spodobał. Ale czasami mam wrażenie, że nie potrafiłabym się go pozbyć. Bestia wychodzi, nawet jeśli wcale jej do tekstu nie zapraszam. ;-)

Babska logika rządzi!

Po co się pozbywać atutów. Lepiej karm i pielęgnuj tę bestię. Nie godzi sie do lasu wywozić i porzucać. Ten apel kieruję do wszystkich zwłaszcza teraz, w okresie świątecznym. Nie pozbywajcie się swoich ukrytych bestii w tak okrutny sposób! Po świętach lasy są pełne niechcianych bestii.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nie no, o wywożeniu do lasu nawet nie myślałam. Tylko chciałabym, żeby czasem grzecznie została w domu i poczekała, aż ja wrócę. ;-)

Babska logika rządzi!

Przyjemne opowiadanko z fajnym humorem :) Podobały mi się żarciki liczbowe, a było ich sporo, rozrzucone po całym tekście, dlatego lektura nie nudziła i cały czas miałem małego banana na twarzy.

Pomysł na opowiadanie też bardzo fajny :)

 

Komentarzy nie czytałem, dlatego nie wiem, czy wcześniej były pytania o dziwne opóźnienie liczb w sprawie, czy też nie. Od XIX wieku do epoki komputerów minęło trochę czasu. Liczby nie zorientowały się wcześniej, że jedynka (wybacz, jeden :D) od nich odeszło?

Dziękuję, Karolu. :-)

Miło, że było przyjemnie, a żarty się spodobały.

Tak, były już takie pytania. Ściemniałam, że u liczb czas nie płynie, a po zorientowaniu się, że coś się zmieniło, musiały jeszcze wyczaić odpowiedni moment i znaleźć detektywa.

Babska logika rządzi!

Fajne :)

Dzięki, Anet. :-)

Babska logika rządzi!

Dosyć karkołomne to było, ale się udało :)

Zauważyłem, że brakowało jedynki do biblioteki.

Dzięki, Unfallu. :-)

Za wizytę, komcia i tego jednego klika. :-) Fajnie, że piątemu sprawiedliwemu się spodobało.

Karkołomne… Poszukiwanie synonimów w toku. Proszę czekać… [przepływające kropki, kręcące się kółka] Mam! Oryginalne! ;-)

Babska logika rządzi!

Sprawna ta wyszukiwarka :)

Się wie! Unikanie brzydkich powtórzeń itp. ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka