- Opowiadanie: Skull - Samotne drzewo Hadruna

Samotne drzewo Hadruna

Kolejne opowiadanie ze świata Surtoan. Życzę przyjemnej lektury.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Samotne drzewo Hadruna

– Szkoda Likuna.

– Ano szkoda.

Kilku wojowników zawtórowało pomarszczonemu starcowi, którego łysą głowę szpeciły liczne blizny. Nawet przygnębiony emanował stanowczością, trzymającą innych w ryzach.

– Nasz najlepszy wojownik poległ. Niech Seffon będzie dla niego łaskawy. – Wódz pogładził się po długiej, siwej brodzie.

– Co teraz?

Młody i wysoki mężczyzna powstał zza stołu. Miał bujną, rudą czuprynę, pasującą do jego charakteru.

– Oddamy cześć Likunowi i odprawimy mu pogrzeb.

– Bez ciała? Mam dość pogrzebów, w których nie palimy ciała! – Młodzieniec szybko uległ temperamentowi.

– Siadaj, Wichrunie, napij się i uspokój swój gniew.

– Żeby inni widzieli we mnie bezradnego starca?

– Zawrzyj mordę, gnojku! – W obronie zaatakowanego stanął inny rudzielec, starszy i masywniejszy, ale przypominający Wichruna. – Jak zwracasz się do wodza?!

– Co to za wódz, który skazuje wioskę na śmierć głodową?! Co, ojcze?

– Gmerałeś palcem w dupie, kiedy Bajrun przepoławiał wrogów jednym cięciem!

– Obaj się uspokójcie!

Bajrun walnął masywnymi łapskami o blat, wprawiając kubki i talerze w drżenie. Wszyscy obrócili się w jego stronę, a skłóceni ojciec i syn usiedli na swoich miejscach.

– Nikt tak jak ja nie cierpi z powodu straty i kolejnej porażki. Niewielu spośród was ma te same wspomnienia, co ja. Wioska pełna życia i dumnych wojowników, którzy zaczynali i kończyli dzień zadowoleni z siebie. Wzbudzaliśmy respekt! – Kilka nie mniej siwych głów pokiwało na zgodę. – A teraz? Nie chcę wychodzić na zewnątrz, żeby nie oglądać wychudzonych dzieci, niepotrafiących machać kijem, a co dopiero mieczem. Ty, Wichrunie, nie poznałeś dobrobytu, więc nie wiesz, co utraciliśmy i co za wszelką cenę chcę odzyskać.

– Dlatego właśnie należy działać! Od początku mówiłem, że Likun nie da rady. Wioski Wetrajna, Bilchoja, a nawet Margildy – wystarczy jeden wypad i nasze problemy będą rozwiązane!

– Młody jeszcze jesteś i głupi. Powiedzmy, że napadniemy sąsiadów i zwyciężymy. To będzie krótka radość, bo zbiorą wojów, dogadają się z pozostałymi i wezmą na nas odwet. Myślisz, że jak długo przetrwamy? Chcesz przez jeden dzień chodzić najedzony, by na drugi umrzeć?

– Jesteśmy wojownikami, a nie ziemiolubcami! Kto widział, żebyśmy babrali się w kamieniach za marnymi korzonkami. Chcę mięsa!

– Nie dostaniesz go! – wódz ryknął, uderzając kolejny raz o stół. – Nikt go nie dostanie, bo nie ma zwierzyny. Pouciekała albo wyzdychała. Odkąd nieczyste siły przeklęły wzgórze, nie mamy czym się żywić.

– Może powinniśmy zwrócić się do kogoś po pomoc?

Do przestronnej sali wszedł młodzieniec, którego kasztanowej barwy zarost dopiero się formował. Zaplecione w krótki warkocz włosy nadawały mu chłopięcej, żeby nie powiedzieć dziewczęcej urody. Szedł pewnie pomiędzy dwoma rzędami, w większości pustych ław. Tumany kurzu wirowały za nim w mroźnym powietrzu, wpadającym przez rozwarte wrota.

– Kogo słyszę? Młody Lejfrun?

– Tak, wodzu, to ja.

– Przykro mi z powodu Likuna. Pokładałem w nim wszystkie nadzieje.

– On… – Lejfrun zacisnął pieści, próbując nie rzucić się na prychającego Wichruna. – Ilu jeszcze najlepszych wojowników musi umrzeć? Od miesięcy sytuacja się powtarza, a nasz problem wciąż nie jest rozwiązany. Może czas poprosić o pomoc?

– Mamy się kajać przed sąsiadami? Rozpacz pomieszała ci zmysły, Lejfrunie.

– Co się z tobą dzieje, wodzu?! Nie chcesz pomocy z zewnątrz, nie łupisz innych wiosek, nie pozwalasz wejść na wzgórze więcej niż jednej osobie naraz. To tak jakbyś chciał wykończyć naszą wioskę!

– Coś ty powiedział…

Lecz młody mężczyzna nie został, aby wysłuchać reprymendy wodza. Opuścił salę w przygnębiającej atmosferze kłócących się ze sobą wojaków. Szedł przez cichą wieś, nie zwracając uwagi na nielicznych mieszkańców. Mijał kamienne domki wtopione w górę, na której przyszło mu się urodzić. Pochmurne niebo stapiało się z łagodnymi szczytami na wschodzie. Słońce z trudem przebijało się przez szal zimnych obłoków, przypominających powoli opadający całun.

Lejfrun zaciskał zęby, tłumiąc napływające łzy. Próbował wyciszyć rozszalałe emocje, ale za każdym razem, gdy był bliski sukcesu, przed oczami pojawiała się uśmiechnięta twarz Likuna.

– Aaa!

Wrzasnął w końcu, akurat gdy zatrzymał się nad rozpadliną. Leniwy, brudny strumyk był jedyną granicą między pożółkłą, przerzedzoną trawą i skarłowaciałymi krzewami, a wypaloną ziemią po drugiej stronie. Bura gleba, z której wystawały liczne skały, ciągnęła się aż do przesmyku, przypominającego ropiejącą ranę na grzbiecie sąsiedniego wzniesienia.

Trzy dni temu, w tym samym miejscu stała cała wieś, żegnając Likuna, najlepszego wojownika pośród nich. Najszybszy, najwytrzymalszy, najodważniejszy – tym razem misja miała zakończyć się sukcesem. Wojownik skończył jak wielu przed nim. Lejfrun stał z boku, nie potrafił podejść i życzyć mu powodzenia jak inni. Wiedział, że zamiast nadziei, pokazałby bezbrzeżną rozpacz, a ich spotkanie byłoby pożegnaniem, którego nie chciał. Mógł jeszcze przez trzy noce wierzyć, że przyjaciel wróci.

Wąska, drewniana kładka łączyła dwa światy. Ten umierający, pełen strachu i niepewności o przyszłość oraz ten martwy, ostateczny, pełen łez. Wszedł na most niepewnie, jakby rozkład dopadł również lichych desek, zamieniając je w pułapkę na pierwszego nieuważnego. Lejfrun pamiętał, że kiedyś stał tu kamienny most, muskany wartkim strumieniem pełnym srebrnych ryb. W przeszłości po drugiej stronie mieszkańcy próbowali ratować małe poletka ziół i warzyw, z każdym miesiącem ponosząc jednak kolejne porażki. Zaś dzika zwierzyna już dawno zniknęła.

Stanął na ziemi niczyjej, czekając na uderzenie mrozu, gorąca, śmierci lub przerażenia – czegokolwiek, co potwierdziłoby ponurą reputację. Nic jednak nie nastąpiło. „Czyżby wszyscy byli w błędzie?”, pomyślał, a nadzieja powróciła. Skoro nic się mu nie stało, Likun również powinien być bezpieczny. Spóźnia się albo utknął w jakieś rozpadlinie przez zwykły pech.

Nie było czasu na poinformowanie innych czy na przygotowanie się do podróży. Tak jak stał, pognał jak opętany w stronę Samotnego drzewa Hadruna. Omijał spróchniałe kłody, przeskakiwał nad kamieniami i wspinał się coraz wyżej. Nie łapał zadyszki, takie biegi zaliczał regularnie, odkąd nauczył się chodzić. Siły dawała mu nadzieja, roztapiająca lód, który zasklepił się nad sercem. Nie odwrócił się w stronę wioski, nawet gdy wbiegł w szczelinę rozcinającą wzgórze na pół.

Pierwszy raz zwątpił, gdy się potknął. Dopiero wtedy otrzeźwiał, uświadamiając sobie, że w kotlince zapadł zmrok. Walczył ze sobą dłuższą chwilę – przecież za najbliższą skałą mógł trafić na przyjaciela. Lecz słowa starców powtarzane od lat rozbrzmiały z tą samą siłą jak za pierwszym razem. „Kiedy jesteś przekonany, że dasz radę, właśnie wtedy Góra zwycięża”. Opatulił się i wcisnął w szczelinę między skałami.

Gdy otworzył oczy, najpierw poczuł ulgę. Pasmo koszmarów skończyło się, a on dożył poranka. Lecz zaraz powróciła ostra, lodowata świadomość, gdzie spędził noc i że to może nie być ostatnia. Z niemałym wysiłkiem podjął walkę z pustym żołądkiem i zesztywniałymi mięśniami. Wygrał ją, ale obawiał się, że następnej nie przeżyje. Dotarło do niego, gdzie trafił i dlaczego ziemię nazywano przeklętą.

Koło południa wyszedł na otwartą przestrzeń, przywitany zimowym wichrem. Wdzierał się pod poły futra, wiał prosto w twarz jak ostrzeżenie, by w tej chwili zawrócił. W oddali, na szczycie majaczyło drzewo. Zagryzł zęby i ruszył wyżej, chociaż każdy krok był coraz trudniejszy. Wzrok zaczął płatać figle, odsuwając drzewo o dwa kroki za każdy jeden zrobiony. Raz było po prawej, raz po lewej. Czasami odwracało się i leciało ku niebu.

Nie wiedział, kiedy twarde podłoże zaczęło pękać pod jego ciężarem. Drażniło go to, pozbawiając równowagi i kalecząc stopy. Wreszcie zniecierpliwiony spojrzał w dół i wstrzymał oddech. Stąpał po żółto-beżowych, rozłupanych czaszkach. Wszędzie leżały kości wplątane w kawałki poszarpanych skór i pordzewiałych fragmentów zbroi. Topory, miecze i tarcze nie nadawały się już do niczego, stercząc z ziemi jak martwe drzewka, które nigdy nie wyrosną i nie dadzą owoców.

Im bliżej, tym leżało mniej szkieletów, a więcej zmumifikowanych zwłok. Jęknął przerażony, ale najgorsze było przed nim. O masywne, martwe drzewo z powykręcanymi gałęziami opierał się siedzący wojownik. Rozpoznał ubiór i sylwetkę. Nie rozpoznał za to okropnej, nieruchomej pozy najważniejszej osoby w jego życiu. Młody góral spał – tak sobie wmawiał Lejfrun. Lecz Likun nie obudził się, gdy przyjaciel zaczął go zaczepiać. Nie zaklął szarpnięty za ramię, nie poprosił, by dać mu jeszcze chwilę, gdy Lejfrun spoliczkował jego wysuszoną, zimną twarz.

– Błagam, obudź się.

Coś złego zaczęło się dziać z ciałem Lejfruna. Słabło z każdą chwilą, a oddech stał się płytki, zbyt słaby, żeby napełnić płuca.

– Proszę…

– Obawiam się, że już za późno.

Lejfrun, nauczony latami ciężkiego życia i treningu, odskoczył, chociaż wyjątkowo ślamazarnie. Sięgnął po sztylet przypięty do pasa. Wycelował szpicem w niewyraźną postać, wychylającą się zza pnia.

– Wybaczcie, nie chcę zrobić wam krzywdy.

– Kim jesteś?!

– Samuel z Werves. Możecie odłożyć nóż?

– Skąd się tu wziąłeś?

– Przyszedłem. Mniej więcej stamtąd. – Wskazał przeciwległy stok góry.

– Kłamiesz! Nikt nie potrafi tu przeżyć. Likun nie dał rady…

Pojawiła się zdradliwa myśl, odbierając resztki skupienia i ostrożności. Sztylet ciążył niemiłosiernie, chociaż był niewiele dłuższy od dłoni, która go dzierżyła.

– Niezmiernie mi przykro z powodu śmierci przyjaciela. Był dobrym człowiekiem.

– Skąd możesz to wiedzieć?

– Rozmawiałem z nim. Wy jesteście Lejfrun, tak?

– Co to za diabelna sztuczka?!

Wojownik postąpił krok do przodu, nie opuszczając broni, chociaż nawet oddychanie kosztowało go wiele energii.

– Jakieś diabelstwo rzeczywiście tutaj majstrowało, ale przysięgam, że to nie ja jestem źródłem.

– Mów, kim… jesteś… albo…

Postać zlała się z drzewem, a ono z całym światem, zapadającym się w mrok. Gdy się ocknął, zobaczył nad sobą zatroskanego nieznajomego. Poderwał się, bezcelowo szukając sztyletu.

– Nic się nie bójcie. Nie zrobię wam krzywdy. Nawet gdybym chciał… – dodał ostatnie już ciszej.

Niski, szczupły mężczyzna o włosach w kolorze starego złota wyciągnął dłonie w geście pokoju. Lejfrun, kierowany instynktem górala, wciąż miał napięte mięśnie, ale dotarło do niego, że zachowuje się irracjonalnie.

– Co się stało?

– Z tą ziemią jest coś nie tak. Na razie potrafię osłonić się przed jej wpływem, ale powinienem jak najszybciej odejść.

– Nie możemy!

– Możemy i powinniśmy. Nie wiem, co to za paskudztwo i jak je powstrzymać.

– Ale to jest Samotne drzewo Hadruna! Źródło naszej niedoli. Musimy je zniszczyć.

– Gdyby się odpowiednio przygotować, pewnie by się udało. Tylko, że to nic nie da.

– Jak to?

– Drzewo jest centrum magicznej zarazy trującej okolicę, tego jestem pewien, ale nie jest źródłem.

– To co jest?

– Nie wiem, ale obawiam się, że tu go nie znajdziecie.

– Kim ty jesteś? – zapytał ponownie.

– Już mówiłem, Samuel z Werves.

– Skąd to wszystko wiesz? Jesteś magiem?

– Niech mnie Opiekunowie bronią, nie! Jestem… kapłanem.

Lejfrun zobaczył wahanie towarzysza.

– Czyim kapłanem?

– Seffona.

– Nigdy nie słyszałem o kapłanach Sędziego.

– Bo ostatni chodził po Surtoan ponad czterysta lat temu. Jestem nowy – dodał zmieszany.

– Skąd się tu wziąłeś?

– Zbłądziłem. Szukałem klanu Jaskółek, kiedy zawędrowałem w te strony. Poczułem dziwną energię, która skaziła ziemię i postanowiłem to sprawdzić.

– Zanim zemdlałem, powiedziałeś… Czy dobrze zrozumiałem, że rozmawiałeś z Likunem?

– Tak.

– Dlaczego nie pomogłeś mu tak jak mi?

Lejfrun poczuł narastający gniew i niechęć do Samuela.

– Źle mnie zrozumieliście. Nie rozmawiałem z żywym Likunem, ale z jego duszą. To umiejętność kapłanów – wyjaśnił.

– Czy mówił ci coś jeszcze?

Samuel spojrzał na niego z ciekawością, jakby oczekując, że młody wojownik odkryje przed nim jakiś sekret. Przybysz widocznie nie znał ludzi gór.

– Powiedział, że tęskni za wami i żałuje, że was zostawił.

Lejfrun opuścił głowę i zamilkł. Ponad wszystko pragnął powiedzieć zmarłemu dokładnie to samo. Lecz nie dopuszczał myśli o posłańcach.

– Udał się na Sąd?

– Nie. Pozostanie tutaj, dopóki zagrożenie nie zniknie.

– Co?

– Ktoś idzie.

Młodzieniec zdziwiony odprowadził wzrokiem dziwnego kapłana, który schował się za drzewem. Chciał już za nim wołać, domagając się wyjaśnień, ale wtedy usłyszał inny głos.

– Liczyłem, że cię tu znajdę.

Lejfrun odwrócił się gwałtownie w stronę pomarszczonego starca. Wódz stał wyprostowany kilka metrów dalej, zachowując się, jakby starość w ogóle go nie dotyczyła. Nie widać było po nim żadnego zmęczenia, co więcej uśmiechał się z satysfakcją. Lecz nie to było najgorsze, a nieprzyjemna poświata wokół jego postaci. Jakby wbrew logice emanował światłem. Młodemu góralowi wydało się również, że oczy Bajruna jarzą się czerwienią.

– Wodzu, poszedłeś mnie szukać?

– Ha! Wy ludzie jesteście tak słodko naiwni.

– Nie rozumiem.

– Oczywiście, że nie. Ale zrozumiesz.

Młody wojownik podniósł się i wyprostował, obejmując dyskretnie sztylet. Obserwował starca i miał przeczucie, że swobodna poza jest tylko udawana. Wódz bawił się przednio reakcją Lejfruna.

– Ale mam szczęście. Przyszedłem po jedną duszę, a wrócę z dwoma!

Tylko zimna krew i przytomność ocaliła młodzieńca przed schwytaniem. W ostatniej chwili zdążył uskoczyć w bok przed łapskami Bejruna. Może przeciwnik nie sięgnął po miecz, ale był dostatecznie wielki i zaskakująco szybki, by Lejfrun wiedział, że machanie sztylecikiem nie wyrządzi mu większej krzywdy. Dlatego odbiegł kawałek dalej, zachowując czujność, ale nie wyciągnął broni. Wciąż też nie dopuszczał oczywistych wniosków.

– Jestem zaskoczony. Myślałem, że wysłałem najsilniejszego spośród was, ale okazuje się, że ty nim byłeś.

– Dlaczego mówisz wy? Przecież to tak samo twoja wioska.

– Wciąż tego nie widzisz? Nie jestem waszym słabym wodzem!

Kolejna szarża. Lejfrun nie mógł uwierzyć w sprawność człowieka trzy razy starszego od niego. Kolejny cios już nie był prymitywnym zamachem, ale finezyjną próbą złapania go, której z ledwością uniknął. Jednak kilka uderzeń serca później wódz wyprowadził kolejny błyskawiczny cios. Tym razem musiał dosięgnąć celu.

To był koniec. Nawet gdyby młody wojownik był wypoczęty, nie potrafiłby wyśliznąć się z nadludzko silnych rąk starca. Może tak miało być. Wkrótce dołączy do Liruna i razem udadzą się do raju. Przymknął oczy, by zamiast wściekłej miny mordercy, zobaczyć uśmiechniętą twarz druha. W tej samej chwili usłyszał sapnięcie pełne zaskoczenia.

Otwarł oczy i z niedowierzaniem większym niż u Bajruna gapił się na nieruchomego wodza. Starzec napinał się, a jego twarz oblała się szkarłatem, a mimo to zastygł tuż przed ciosem. Lejfrun kątem oka dostrzegł Samuela, klęczącego za drzewem i robiącego coś z rękami.

Młodzieniec podniósł najpierw jedną nogę, potem drugą. Nie kosztowało go to żadnego wysiłku jak wcześniej.

– Jak to możliwe? Jesteś niczym więcej jak robakiem! – wydarł się Bajrun.

– Skazałeś naszych ludzi na śmierć. Dlaczego?

– Nawet jakbym miał ochotę ci wyjaśnić, nic byś nie zrozumiał.

– Zabiłeś mojego przyjaciela!

– Daruj sobie. Myślisz, że nie wiedziałem o was? Ha!

– Nic… o nas… nie wiesz!!!

Takiej mocy nigdy wcześniej nie poczuł. Niepohamowana siła wypełniła każdy zakamarek jeszcze niedawno osłabionego ciała. Nagle Bajrun wydał mu się chucherkiem. Odepchnął go, aż ten się zatoczył i przysiadł. Tyle wystarczyło. Lejfrun wyskoczył w górę, z dziecinną łatwością przebijając się przez uniesione do obrony ręce starca, kończąc skok z sztyletem wbitym w oko przeciwnika. Wylądował miękko, bez wysiłku, a za plecami usłyszał kroki.

– Ciekawe – Samuel powiedział do siebie.

– Co się stało?

– W momencie, gdy zabiliście Bajruna, poczułem, że przedziwna energia opuszcza wzgórze. Minie pewnie trochę czasu, ale życie tu jeszcze powróci.

– Jak to możliwe?

– Jeśli pytacie, dlaczego ziemia była przeklęta, niestety pewnie nigdy się nie dowiemy. Zabiliście jedynego, który wiedział. Mogę was jednak pocieszyć, że kimkolwiek ten Bajrun był, na pewno nie kimś takim, jak wy czy ja. Miał tylko powłokę wodza i nic więcej.

– Jakim cudem udało mi się pokonać wodza z taką łatwością?

– Drobna pomoc. – Samuel uśmiechnął się nieśmiało.

Lejfrun przyjrzał się ciału. Klęczący wódz ze spuszczoną głową wyglądał, jakby otrzymał grobowe wieści, które go załamały. Do tego skurczył się w sobie, przypominając wyschnięty ogryzek, a nie dumnego, potężnego wojownika. Nie wyglądał na kogoś, kto umarł przed chwilą, tylko dokonał żywota już dawno temu.

Widok napawał go wstrętem, dlatego oblicze zwrócił ku kapłanowi. Zobaczył ciemnoszmaragdowe oczy: wesołe, ciekawe, ale zarazem skrywające jakąś tajemnicę. Samuel miał przystojną twarz i brak śladów chorób. Tylko jedna, długa blizna szpeciła jego prawy policzek. Jakże jego twarz była odmienna od tych w wiosce, a jednocześnie na swój sposób podobna do Liruna.

– Dzięki.

Góral odrzucił niechciane myśli. Rozluźnił się i oddychał pełną piersią. Wyczuł zmianę, gdy żaden oddech czy ruch nie kosztowały go ogromnego wysiłku jak wcześniej.

– Chcecie, bym pochował ciała?

– Nie. – Lejfrun, widząc pytające spojrzenie Samuela, dodał. – Palimy naszych braci. Tylko wrogów grzebiemy w ziemi, żeby robaki się nimi zajęły. Ale pożegnam Liruna.

Chwiejnym krokiem zbliżył się do smutnego, samotnego drzewa, przy którym wciąż spoczywał przyjaciel. Spojrzał na niego i pozwolił sobie zapłakać. Dziwny wiatr przetoczył się po wzgórzu, wywołując dreszcze. Lejfrun podniósł się gwałtownie, tylko po to, żeby zobaczyć uśmiechniętą twarz przyjaciela, rozmywającego się od podmuchu.

– Wracajmy.

– Mogę was o coś zapytać? – kapłan zwrócił się do niego życzliwie.

– Dlaczego mówisz cały czas oficjalnie? Po tym, co zaszło, możemy być po imieniu.

– W porządku. Samuel z Werves. Kapłan Seffona.

– Lejfrun, syn Karuna z klanu Kozic.

Wojownik przycisnął pięść do serca. Przybysz popatrzył chwilę zdumiony, ale na końcu wykonał ten sam gest.

– To jak, mogę o coś zapytać?

– Pytaj.

– Dlaczego nazywasz to miejsce Samotnym drzewem Hadruna?

– Wiele wieków temu, gdy bafstowie zalali Waer, ludzie z nizin przyszli do nas z prośbą o pomoc. Nie mamy w zwyczaju bratać się z innymi, szczególnie z rolnikami, ale wtedy było to konieczne. Król zażądał, by każdy klan przyłączył się do sojuszu. Nasi przodkowie chcieli pomóc, ale wódz Hadrun odmówił. Sytuacja się pogarszała z tygodnia na tydzień, szybko więc klany zrozumiały, że muszą się zjednoczyć, inaczej zaleje nas potop kłów. Ale Hadrun był nieustępliwy. Dokładnie w miejscu, gdzie stoi drzewo, mieszkańcy dopadli go i zabili. Pochowali w ziemi. Mówi się, że od tego czasu ziemia powoli umierała, ale to akurat nieprawda. Problem zaczął się dopiero kilka lat temu. Bajrun czy cokolwiek to było, wysyłał co kilka tygodni jednego z nas, by zniszczyć drzewo, gdyż nie mogliśmy sadzić żadnych upraw, a zwierzyna już dawno pozdychała lub uciekła w bezpieczniejsze miejsca.

– Niedobrze – zachmurzony Samuel rzekł coś pod nosem.

– Co?

– Nie podoba mi się to. Mówisz, że wódz wysyłał wojowników na pewną śmierć.

– Tak. Do czego zmierzasz?

– Gdy tu dotarłem, zastałem jedynie duszę Liruna.

Lejfrun nie odpowiedział. W głowie kotłowały się różne myśli, niektóre krzyczały, że to wszystko jest iluzją. Tak naprawdę śni i wkrótce obudzi się. Jeszcze wczoraj pędził na własną zgubę, by odnaleźć druha, teraz schodził z góry, usunąwszy klątwę, mordując przy tym wodza. Tylko że to nie był ich wódz, a zmora wysyłająca jego braci na śmierć. Co by było, gdyby skończyli się mężczyźni? Posyłałby kobiety i dzieci? A co potem?

Młodzieniec spojrzał ukradkiem na kapłana. Kim on był? Pojawił się znikąd i pomógł rozwiązać problem wioski, z którym nikt inny nie dawał sobie rady. Twierdził, że jest kapłanem boga śmierci, ale nigdy żadnego z nich nie spotkał. Samuel był obcym, nie znającym ich zwyczajów, a jednak od razu pośpieszył z pomocą. Może ludzie z nizin nie są tak źli, jak opisują ich starsi?

Mimo wszystko całe zdarzenie odbiło się na nim. Wzrok nie odzyskał ostrości, do tego widział okolicę jak przez delikatną mgłę. Również ciało pozostawało odrętwiałe, nieczułe na zmęczenie od długiego marszu. Cokolwiek było w drzewie, pod nim, czy w ciele wodza, miało straszliwy wpływ na żywych. Kiedy wreszcie stanęli nad smętną nitką potoku, znieruchomiał.

Już z daleka widział wynędzniałe sylwetki mieszkańców. Wtedy jeszcze przyjemne ciepło wypełniało serce. Chociaż stracił Liruna i zabił wodza, tak naprawdę najgorsze mieli za sobą. Może na wiosnę zaorzą ziemię i odzyskają dawny blask. Znów będą respektowani przez sąsiadów, a za kilka lat, kto wie, powrócą do wypadów na niziny. Jeszcze raz będą wielcy. Tak myślał, dopóki nie zobaczył swoich ludzi z bliska.

Połowa z nich pulsowała brudnym, czerwonym blaskiem. Właśnie ci nie patrzyli z ciekawością czy nadzieją na jego widok, tylko z wściekłością pomieszaną z szaleństwem.

– Coś ty za jeden?!

Lejfrun spojrzał zaskoczony na Wichruna, którego wzrok był lekko skierowany w bok. Rudzielec znajdował się wśród części mieszkańców pozbawionych dziwnego blasku.

– Jestem Samuel z Werves. Kapłan Seffona.

– Jak się tutaj dostałeś?

– Przez wzgórze Hadruna.

– Skąd znasz tę nazwę?

Wichrun napiął się i położył rękę na mieczu. Podobnie uczyniło kilku innych wojowników.

– Ja mu powiedziałem, Wichrunie. – Lejfrun wyciągnął ręce, by uspokoić towarzystwo. – To przyjaciel. Pomógł zlikwidować klątwę.

– Wasz wojownik mi ją zdradził. Lejfrun – Samuel odpowiedział, nie zważając na słowa towarzyszącego mu wojownika.

– Co się z nim stało?

– Jak to co?! Stoję przed tobą, idioto!

– Obawiam się, Lefrunie, że cię nie słyszy – Samuel tym razem zwrócił się do niego.

Młody wojownik już zamierzał coś powiedzieć, ale Samuel przerwał mu gestem i kontynuował.

– Widzisz tę dziwną poświatę, prawda? Nie wiem, co to jest, nie słyszałem o takiej magii. Widzę niestety dusze zarażonych…

– Co chcesz powiedzieć? – Lejfrun zapytał, chociaż wiedział, że cokolwiek usłyszy, będzie to potwierdzeniem narastających obaw.

– Z ciałami nic się nie dzieje, poza tym, że słabną z dnia na dzień. Widząc, jak wszyscy są wychudzeni, pewnie nikt się tym specjalnie nie przejął. Ale te ciała nie słabną z powodu niedożywienia, a z powodu trawionej duszy. Większości z zarażonych dusz prawie już nie ma.

– Z kim rozmawiasz?!

Wichrun postąpił krok do przodu, ale zatrzymał się przed lichą kładką.

– Potrafisz ich uleczyć? – zapytał Lejfrun.

– Przykro mi, ale lekarstwo jest tylko jedno. Śmierć.

– Nie pozwolę ci zabić moich ludzi! – Młody góral wydarł się wściekle na kapłana.

– Nie mam wyboru. Cokolwiek to jest, jeśli pochłonie ich dusze kompletnie, uniemożliwi pójście na sąd ostateczny. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, co się z nimi dzieje, kiedy znikają.

– Nie… musi być jakieś wyjście…

– Schowaj się we mnie.

– Co?

Lejfrun nie dostał żadnej odpowiedzi, a gdy spojrzał na Samuela świat pociemniał. Rozglądał się wokół, ale panowała bezbrzeżna pustka, bez dźwięków, światła i zapachów.

– A kogóż to gościmy dzisiaj?

Odwrócił się gwałtownie, tylko po to żeby zobaczyć… Samuela, ale trochę innego. Ten przed nim poruszał się nerwowo, wszystkie mięśnie miał napięte i patrzył na Lejfruna jak drapieżnik na ofiarę.

– Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy. Samuel nie pozwala.

– Przecież to ty jesteś…

– Nigdy w życiu! Jestem Ezra, prawowity właściciel zagrabionego ciała.

– Nic nie rozumiem.

Lejfrun chciał się oprzeć, usiąść, ale nie było niczego namacalnego oprócz ich dwóch. Nagle ten, który nazwał się Ezrą, wyparował, a w jego miejsce stanął zupełnie ktoś inny. Masywna postać o ciemnobrązowych, krótko ściętych włosach i niechlujnie przystrzyżonym zaroście. Miał okrągłą twarz i ciepły uśmiech. Nosił czarne, proste szaty z kapturem, ręce zaś schował w rękawach.

– Wreszcie możemy się oficjalnie poznać. Jestem Samuel.

– Jakim cudem?!

– To jest bardzo długa historia, którą opowiem ci w drodze do klanu Jaskółek. Teraz skoncentrujmy się na twojej wiosce.

– Co zamierzasz zrobić?

Samuel spochmurniał i opuścił głowę. Dopiero po kilku chwilach odezwał się.

– Nie jest mi łatwo o tym mówić, a co dopiero robić, ale muszę oczyścić twój klan.

Lejfrun poczuł, że narastający sprzeciw jest daremny. Wydarzyło się zbyt wiele rzeczy, z których prawie nic nie pojmował.

– Proszę, nie zabijaj wszystkich.

– Nie bój się. Tylko tych skażonych.

– Chcę… chcę to zobaczyć.

– To nie jest dobry pomysł. To twoi bracia, sąsiedzi. Rodzina.

– Dlatego właśnie muszę to widzieć.

Samuel już nic nie odrzekł. Po prostu zniknął, a za nim rozwiała się ciemność.

Znów wszystko widział, ale inaczej niż niedawno. Kształty i kolory były wyraźniejsze niż kiedykolwiek. Nie miał jednak wpływu, na co patrzy; pozostawał biernym obserwatorem zmieniających się obrazów. A te były krwawe i koszmarne.

Wojownicy przeklęci dziwnym blaskiem, z łatwością padali z rąk mordercy, którym musiał być Ezra. Wydawali się zatopieni w smole, kiedy ostrza krótkich mieczy dotychczas skrytych pod habitem, rozcinały ich gardła, znikały w klatce piersiowej czy rozłupywały czaszkę. Byli też inni, nieskażeni, ale ci kończyli odpychani, ogłuszeni lub ranieni na tyle mocno, by zaprzestać walki, ale nie umrzeć. Chociaż kilkukrotnie było blisko, by skonali. Bardzo blisko.

W końcu padł ostatni. Obraz skoncentrował się na zbitych w kupę przestraszonych starcach, kobietach i dzieciach, otoczonych przez nielicznych i w większości rannych wojowników. Obraz zniknął, a jego miejsce wypełniła wcześniejsza pustka.

– Jak bosko!

Ezra, którego poznał po szalonym wyrazie twarzy, wyciągał się i mruczał.

– Nie masz wyrzutów?

– Ha! Przecież zrobiłem dobry uczynek!

Lejfrun nie zdążył już odpowiedzieć, bo nagle wszystko się rozmyło, a on znalazł się pomiędzy domostwami. Widok był okropny, kiedy spoglądał na pusty wzrok zarżniętych wokół ludzi. Nigdy nie widział takiej rzezi.

– Mieszkańcy! Wiem, że się boicie i słusznie! Ale to nie ja jestem zagrożeniem, tylko skaza, która trawiła waszych wojowników. Ich dusze znikały i tylko w ten sposób mogłem ocalić poległych przed uniknięciem sądu Seffona.

– Ja powinienem do nich przemówić.

Lejfrun wtrącił się w przemowę Samuela, lekko go tym irytując.

– Raczej nie jest to możliwe.

– Dlaczego?

– Jeszcze tego nie zrozumiałeś? Jesteś duszą. Twoje ciało wciąż leży pod drzewem Hadruna.

– Nie…

Nagle wszystko stało się oczywiste i brutalne w swej przejrzystości. Własna śmierć, którą pomylił z omdleniem. Dziwny atak wodza nie sięgającego po oręż. Brak zmęczenia, zamglony wzrok, Wichrun niewidzący go i niesłyszący. Poczuł zimny dreszcz, a po nim odrętwienie.

– Jeśli chcesz pomóc wiosce, powiedz mi, kto jest godny nią kierować?

Lejfrun spojrzał po twarzach przerażonych członków klanu. Niegdyś dumnego, pełnego ambicji i sławionego w opowieściach o chwale, a teraz roztrzęsionego skupiska słabeuszy, którzy mogą nie przetrwać do wiosny.

– On. – Wskazał ręką Lejfrun. – Wichrun nadaje się na wodza.

– Wichrunie, podejdź bliżej.

– Żebyś mnie zabił? Tak jak innych?!

– Rozmawiam właśnie z Lejfrunem. Mówi, że ty powinieneś kierować klanem.

– Mamy wodza. – W jego głosie czaiły się wątpliwości.

– Nie macie i to już od dawna. Czymkolwiek była istota, podszywająca się pod Bajruna, już nie żyje. Chciała was osłabić i zniszczyć, chociaż nie wiem dlaczego i w jaki sposób była w stanie to zrobić. Najważniejsze, że już nie żyje, a klątwa zniknęła.

Wichrun chciał coś powiedzieć. Oddać się swojej porywczej naturze, którą Lejfrun tak dobrze poznał przez wszystkie lata, ale zamiast tego wypuścił powietrze i usiadł na pobliskim kamieniu. Lejfrun nie wiedział, czy rudzielec podoła, ale tylko on miał jeszcze chęci i siły walczyć, a to w obecnej sytuacji musiało wystarczyć. Martwemu góralowi zrobiło się żal Liruna, poległych i żywych mieszkańców, a nawet Wichruna. Czuł też, że więcej nie może zrobić, że czas już na niego…

– Czy teraz mogę odejść na sąd ostateczny?

– Jeszcze nie. Potrzebuję twojej pomocy.

– W czym niby?

– Znasz okolicę. Doprowadzisz mnie do klanu Jaskółek.

– Ale których Jaskółek? Zimowych, Północnych, z Gór Trzpieni, Starych Jaskółek, Nowych Jaskółek?

Samuel zamrugał z niedowierzaniem.

– To tyle ich jest?

– Oczywiście!

– To mnie teraz zmartwiłeś. Muszę… muszę…

– Wiesz coś więcej o tym klanie, którego szukasz?

– Tak.

Lejfrun popatrzył w zmartwione oczy Samuela. Nie mógł uwierzyć, że jeszcze przed chwilą z niebywałą precyzją i skutecznością zarzynał jego pobratymców. Z jednej strony powinien go nienawidzić, ale zielone oczy i mina zagubionego dziecka, sprawiały, że nie potrafił się gniewać. Za bardzo przypominał mu Liruna i jego wielkie serce.

Dusza wojownika skinęła głową, dając znak do wymarszu. Lejfrun obejrzał się ostatni raz na klan Wschodnich Kozic, czy to, co z nich zostało, ale nic nie poczuł. Smutku po ogromnej stracie ani szczęścia, że mimo wszystko część z nich ocalała. To już go nie dotyczyło, był martwy i tylko doprowadzenie Samuela do celu, dzieliło go od spotkania z Wielkim Sędzią. Odwrócił się i już nie myślał o żywych. Zostali za nim, zmieniając się z każdą chwilą w blaknące wspomnienia.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Chaotyczna historia. Strasznie mylili mi się ci wszyscy faceci. Są wyłącznie imionami, nie mają żadnych cech. Jeden jest wodzem, ale to wszystko. IMO, powinieneś zainwestować w didaskalia i opisy.

Babska logika rządzi!

Podoba mi się świat, Skullu. Pomysł też jest dobry. Mnie bohaterowie się nie mylili, bardziej rozczarowało samo poprowadzenie historii. Dialogi trochę naiwne, ta wiara i nie wiara samych wojowników i już później Lejfruna w rozmowie z Samuelem. Kłótnia też mi zgrzyta, oczywiście nie zawsze musi być tak, że przy starszyźnie młodziki nie mają prawa się odzywać, ale tutaj prawie każdy “pyskuje” wodzowi, przez co cała hierarchia w plemieniu jest mało wiarygodna. Moim zdaniem “wy” w stosunku do osoby kojarzy mi się bardziej z “mocium panie” i pańszczyzną, niż Twoim światem. Ale to czysto subiektywna ocena.

Trochę szkoda ciekawego świata i pomysłu, przytłoczonych zbyt słabym wykonaniem.

Zgadzam się z Finklą. Z postaci zapadł mi tylko wódz, bo był stary (i opętany), Wichrun oraz bohater z Samuelem. I to tylko przez jeden charakterystyczny element (odpowiednio: demon, rudy, bohater i kapłan-mag). Przydałoby się, by byli czymś więcej, niż tylko postaciami z jedną cechą.

Sama opowieść nie rzuca na kolana (kilka podobnych przeżyłem w świecie Warhammera), trochę zawiódł mnie fakt, że poza ujawnieniem, że to sprawka “wodza” nic więcej nie dowiedzieliśmy się o powodzie. Fabuła też od połowy wydawała mi się chaotyczna – a to ciało Samuela należało do jakiegoś Ezry, a to masakruje mieszkańców wioski i obiera im władcę (a ci, jak te barany, to akceptują). Trochę za bardzo skrótowo jak dla mnie.

Podsumowując: przyzwoicie, ale bez większych fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję za uwagi, tym bardziej, że tekstu nie przepuściłem przez betę. Tylko żebyście mnie źle nie zrozumieli – pracowałem długo nad opowiadaniem i swoje odleżał, ale najwyraźniej nie potrafię wyjść poza jakąś wizję i tak chłodnym okiem ocenić poszczególnych elementów.

Martwi mnie zarzut o słabo zarysowane postaci, tym bardziej, że to nie jest pierwsze opowiadanie, gdzie to się pojawia. Najgorsze, że za bardzo nie wiem, jak naprawić ten mankament. Muszę chyba poczytać jakieś poradniki.

Co do Ezry, pojawił się celowo, a nie był takim wtrąceniem na siłę, żeby zamieszać. Postać Samuela jest mi bliska, gdyż jest on głównym bohaterem, wokół którego skupiają się nie tylko opowiadania, ale przede wszystkim cała grubsza historia.

Co się zaś tyczy kłótni młodzików ze starszyzną, wynikała ona z pewnego rozprężenia zwyczajów, wynikających z tragicznej sytuacji klanu. Kiedy wszyscy głodują i umierają, ludzie zaczynają się buntować. Co do zarzutów odnośnie innych dialogów, mogę jedynie przyjąć krytykę i przemyśleć sobie wszystko.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Odnoszę wrażenie Skullu, że masz dokładnie obmyśloną historię i doskonale wiesz o czym piszesz, ale zapominasz, że poskąpiwszy szczegółów i dokładniejszych opisów, a przy tym zapomniawszy, że czytelnik nie wie tego, co Ty, pozbawiłeś mnie szansy na porządne rozumienie kto, dlaczego, jak i kogo. Innymi słowy – mocno się pogubiłam w opisanych wydarzeniach.

 

Młody i wy­so­ki męż­czy­zna po­wstał zza ławy. –> Raczej: Młody i wy­so­ki męż­czy­zna po­wstał z ławy/ zza stołu.

 

– Od­da­my cześć za Li­ku­na od­pra­wi­my mu po­grzeb. –> – Od­da­my cześć Li­ku­nowiwy­pra­wi­my mu po­grzeb.

Gdyby oddali cześć za Likuna, byliby czci pozbawieni.

 

Nie chcesz po­mo­cy z ze­wnątrz, nie łu­piesz in­nych wio­sek… –> Nie chcesz po­mo­cy z ze­wnątrz, nie łu­pisz in­nych wio­sek

łupaćłupić to nie to samo.

 

miał prze­czu­cie, że zre­lak­so­wa­na poza jest tylko uda­wa­na. –> To słowo chyba nie powinno znaleźć się w tym opowiadaniu.

 

Wódz bawił się przed­nie z re­ak­cji Lej­fru­na. –> Raczej: Wodza bawiła przednio reakcji Lejfruna.

Bawimy się czymś, nie z czegoś.

 

Zo­ba­czył ciem­no-szma­rag­do­we oczy… –> Zo­ba­czył ciem­noszma­rag­do­we oczy

 

Sa­mu­el miał przy­stoj­ną twarz, smu­kłe rysy… –> Można mieć smukłą sylwetkę, ale nie można mieś smukłych rysów.

 

– Lej­frun, syn Ka­ru­na z klanu kozic. –> – Lej­frun, syn Ka­ru­na z klanu Kozic.

 

ale to aku­rat nie praw­da. –> …ale to aku­rat niepraw­da.

 

Mimo wszyst­ko całe zda­rze­nie od­bi­ło się na nim. Wzrok nie od­zy­skał ostro­ści, do tego wszyst­ko wi­dział… –> Powtórzenie.

 

Obraz sku­pił się na star­cach, ko­bie­tach i dzie­ciach, zbi­tych w prze­stra­szo­ną kupę, oto­czo­ną przez nie­licz­nych i w więk­szo­ści ran­nych wo­jow­ni­ków. –> Nie brzmi to najlepiej, a poza tym wydaje nie mi się, aby to kupa była przestraszona, więc proponuję: Obraz skoncentrował się na zbi­tych w kupę, przestraszonych star­cach, ko­bie­tach i dzie­ciach, oto­czo­nych przez nie­licz­nych i w więk­szo­ści ran­nych wo­jow­ni­ków.

 

Wi­chrun nie wi­dzą­cy go i nie­sły­szą­cy. –> …Wi­chrun, niewi­dzą­cy go i nie­sły­szą­cy.

 

Nie­gdyś dum­ne­go, peł­ne­go am­bi­cji i opo­wie­ści o chwa­le… –> Raczej: Nie­gdyś dum­ne­go, peł­ne­go am­bi­cji i sławionego w opo­wie­ściach o chwa­le

 

Lej­frun po­pa­trzył w zmar­twio­ne spoj­rze­nie Sa­mu­ela. – W jaki sposób można patrzeć na czyjeś spojrzenie?

Może: Lej­frun po­pa­trzył w zmar­twio­ne oczy Sa­mu­ela.

 

do­pro­wa­dze­nie Sa­mu­ela do celu, dzie­li­ło go przed spo­tka­niem z Wiel­kim Sę­dzią. –> Coś może dzielić kogoś od czegoś, ale nie przed czymś.

Proponuję: …do­pro­wa­dze­nie Sa­mu­ela do celu, dzie­li­ło go od spo­tka­nia z Wiel­kim Sę­dzią.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za uwagi, Regulatorzy. Myślę, że twój komentarz jest bardzo trafny. Wszystko mam w głowie, ale bojąc się, żeby nie zrobić infodumpu, zbyt poskąpiłem informacji. Plus płaskie postaci i wyszło, to co wyszło.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

No to jesteś na dobre drodze, Skullu. Bo skoro sam wiesz na czy polega problem, postarasz się pewnie wyeliminować go przy pisaniu kolejnych opowiadań. Powodzenia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawy świat i szybka akcja to lubię. Gdyby dodać trochę więcej opisów i szczegółów, byłoby o niebo lepiej. 

„Ph'nglui mglw'nafh Cthulhu R'lyeh wgah'nagl fhtagn”. H.P. Lovecraft

Nowa Fantastyka