- Opowiadanie: homar - W górach jest fajnie

W górach jest fajnie

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

W górach jest fajnie

Noc złowrogo osnuwała zasypane śniegiem górskie szlaki. Z gęstych krzaków rosnących przy drodze dochodził głos bardziej przypominający charczenie niż mowę:

– Patrz, te głąby idą prosto w oko szefowi.

– Chyba w paszczę?

– Zaczaimy się koło Wodogrzmotów i dalej w tan.

– Jak ja to lubię.

Przerażające cienie przemknęły pomiędzy drzewami. Grupa zlęknionych osób, trwożliwie oglądając się za siebie, powoli krok za krokiem, schodziła w dół. Zmarznięte twarze i czerwone nosy dobitnie świadczyły o ciężkich przejściach mijającego dnia. Na domiar złego nikt nie chciał im pomóc. Ani GOPR, ani policja, straż pożarna też nie. Zero litości, a przecież wiadomo, że tatrzańskie zombi tylko czekają na takie okazje. Zombi to mało, są przecież jeszcze niedźwiedzie i te… najgorsze… świstaki ludojady.

Zeszłej zimy doszło, do mrożących krew w żyłach napadów. Wygłodniałe świstaki zżarły wszystkie kabanosy „Tarczyński” z plecaków warszawskiej grupy studentów AWS. Oprócz kabanosów raczyły się również zapasem żelu do włosów i niestety, trudno w to uwierzyć, ale bezczelnie wychlały całą wódę. Nie dość, że zepsuły wyjazd biednym studentom, pozbawiając ich zarówno zagrychy jak i samej głębokiej treści oraz sensu wyjazdu, to jeszcze po pijaku zaatakowały przerażoną młodzież i zasmakowały w jej krwi, przegryzając ekskluzywny pantofelek najpiękniejszej studentki. Od tej pory strach zapanował na całym szlaku do Morskiego Oka.

Dzisiaj znowu mogło dojść do ekscesów. Niewielka grupa turystów – jakieś sto dwadzieścia osób – została zaskoczona przez słońce, znikające nagle za Mięguszowickimi Szczytami. Na domiar złego ktoś wyłączył oświetlenie na drodze z Morskiego Oka, bo chyba jakieś wcześniej było?

Pierwsze uciekły konie ciągnąc za sobą sanie wypełnione po brzegi szczęśliwcami, którym udało się dostać do środka ewakuacji. Za nimi popędzili górale udając beztroskę, ale uważny obserwator mógł zobaczyć strach w ich oczach.

Potem nastała ciemność.

Co prawda ta ciemność była w pewnej mierze niwelowana przez biel świeżego śniegu i dość jasno świecący księżyc. No, ale przecież wiadomo, jak jest noc to w lesie jest ciemno.

Grupa, po omacku jak armia ślepców, powoli zbliżała się do Wodogrzmotów. Większość nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństwa wiszącego nad nimi. Właściwie to nie wiszącego, ale czającego się w zaroślach.

Nagle dał się słyszeć przeraźliwy świst, jeden, drugi, trzeci… Świsty – gwizdy dobiegały z każdej strony. Turyści przerażeni zaczęli krzyczeć. Parę osób wylądowało w śnieżnych zaspach. Ktoś poleciał prosto do strumienia. Zatrzymał się na oblodzonej części, ale nic to nie dało, bo zaatakowały go pstrągi gryząc w vibramową podeszwę, która na szczęście wytrzymała atak. Tak, tak jak w góry to tylko buty na vibramie.

Tymczasem turyści rzucili się do panicznej ucieczki. Ciemność i śnieg przestały przeszkadzać. Każdy biegł, co sił. Silniejsi próbowali słabych przewracać i rzucać do tyłu na pastwę wściekłych bestii. Ktoś w biegu wyjął z plecaka resztki kabanosów i rzucił za siebie, trafiając innego prosto w oko. Ten myśląc, że to świstak rzucił się na jego głowę wrzeszczał jak opętany.

Sympatyczna, aczkolwiek przerażona blondynka wyciągnęła z torebki firmy Miu Miu, żel do włosów, odwróciła się i z całej siły rzuciła w kierunku napastników. Pojemnik poleciał w ciemność, z której po chwili doszło głośne mlaśnięcie i czknięcie, na dźwięk, którego resztki odwagi opuściły uciekających.

Krzyk przerażenia niósł się po górach, wywołując dwie lawiny po słowackiej stronie. Turyści jak banda dzikich Mongołów, wrzeszcząc i opędzając się wyłamywanymi naprędce kijami i gałęziami, zbliżała się do Polany Białczańskiej.

Pierwszy, który dopadł samochodu zawołał przerażonym głosem do przyjaciół:

– Kluczyki! Kurwa, kto ma kluczyki!

– Mariolka! – wydarł się ktoś – Dawaj Kluczyki!

Niestety, Mariola, po oddanym rzucie pojemnikiem z żelem, bo to właśnie ona była tą odważną dziewczyną, przewróciła się i została na polu walki. Na szczęście zobaczył to barczysty olbrzym. Wziął ją pod pachę i kontynuował ucieczkę. Nieszczęśliwie pośliznął się na wieczku od żelowego pojemnika i upadł, boleśnie uderzając głową w torebkę Mariolki. Zanim zdążył się podnieść, dopadły go rozszalałe gryzonie. Młoda kobieta szybko odwróciła głowę od widoku wściekłych świstaków rozprawiających się z najnowszym modelem Nike, które miał na nogach młodzian. Błyskawicznie wstała i pędem dołączyła do uciekających.

Coraz większa liczba turystów docierała do parkingu. Pierwsze samochody szybko ruszały do wyjazdu. Tłukąc zderzak w zderzak, trąc bok o bok, łamiąc lusterka, każdy jak najszybciej chciał się wydostać i ruszyć nawet nie na kwaterę, ale do domu.

Mariola jako jedna z ostatnich wbiegła na polanę. Dotarła do wypasionego Audi, wysypała wszystko z torebki i szlochając zaczęła grzebać w stercie różnych różności. Janusz tylko patrzył na to zrezygnowany i z wyciągniętą ręką czekał na kluczyki. Po chwili samochód z rykiem przeciął krwawą ścieżkę zrobioną przez bosego barczystego olbrzyma i pomknął do domu.

– Jak ja to lubię. – Można było usłyszeć głos dochodzący z krzaków.

Ale nie było już nikogo, kto by chciał słuchać. Świszczący śmiech rozszedł się echem zagłuszając Wodogrzmoty Mickiewicza.

 

Koniec

Komentarze

Zabawne, ale…

Ale nr 1 – limit konkursowy to 3 tysiące znaków – masz prawie dwa razy tyle…

Ale nr 2 – kilka razy masz w tekście dzikie entery, które najwyraźniej uciekły spod kontroli w środku zdania.

Ale nr 3 – interpunkcja też zdziczała i przecinki pouciekały, bo nie ma ich tam, gdzie być powinny.

Ale nr 4 – w pierwszym i ostatni zapisie dialogów brakło spacji po myślnikach. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Obawiam się, homarze, że przekraczasz konkursowy limit znaków.

 

W niektórych miejscach rozbijasz zdania, przerzucając ich kawałki do kolejnych akapitów. Masz też problem z przecinkami, choćby tutaj:

 

“Sympatyczna, aczkolwiek przerażona, blondynka(…)” – Przecinek przed ‘blondynka’ jest zbędny.

 

“Zanim zdążył się podnieść dopadły go rozszalałe gryzonie.” – Za to tu wypadałoby go postawić.

 

“Wygłodniałe świstaki zżarły wszystkie kabanosy „Tarczyński”(…)”/ “Ktoś w biegu wyjął z plecaka resztki kabanosów i rzucił za siebie(…)” – No to wszystkie, czy jednak nie wszystkie?

 

Mordercze świstaki skutecznie zabijają grozę tego szorta. Ani mnie nie ubawiło, ani nie przeraziło. Może byłoby ciekawiej, jeśli rozwinąłbyś wątek “Szefa”, który wydaje się tutaj zdecydowanie najciekawszy.

Dzięki zaraz poprawnie co trzeba. @żongler kabanosy były zjedzone rok wczesniej. Co jasno wynika z tekstu :)

Żongler, moim zdaniem to nie miała być groza, za dużo tu groteski (mimo tagu). Mordercze świstaki są właśnie tym elementem, który bardzo mi tu pasuje i który bawi.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ups. Już wiem czemu zaginął mi czas akcji. W tym zdaniu: “Zeszłej zimy doszło, do mrożących krew w żyłach napadów” skupiłam się na tym paskudnym przecinku, zupełnie nie przyswajając sensu. Już się odczepiam.

 

Mnie świstaki się nie podobały, ale początkowe charczenie i końcowy śmiech owszem. Sądząc po klimatycznych opisach, Autor mógłby zrobić z tego niezły thriller, ale cóż, to tylko moje zdanie. Pomysły są, aby je przelewać na papier, nawet te o świstakach :)

 

Swoją drogą, czy na drodze do Morskiego Oka rzeczywiście jest oświetlenie? Bo choć byłam, to nigdy nie zwróciłam na to uwagi.

No oczywiście, że oświetlenia nie ma, ale jak widać nie dla wszystkich jest to oczywiste.

Czy na pewno w tytule miało być “fanie”?

Coś się rozjechało tutaj:

Ani GOPR, ani policja, straż pożarna też nie. Zero litości,

a przecież wiadomo, że tatrzańskie zombi tylko czekają na takie okazje.

tutaj:

Co prawda ta ciemność była w pewnej mierze niwelowana przez biel świeżego śniegu

i dość jasno świecący księżyc.

 i tu:

Po chwili samochód

z rykiem przeciął krwawą ścieżkę zrobioną przez bosego barczystego olbrzyma i pomknął do domu.

Zombi to mało, są przecież jeszcze niedźwiedzie i te… najgorsze… świstaki ludojady.

Zeszłej zimy doszło[-,] do mrożących krew w żyłach napadów. Wygłodniałe świstaki zżarły wszystkie kabanosy „Tarczyński” z plecaków warszawskiej grupy studentów AWS. Oprócz kabanosów raczyły się również zapasem żelu do włosów i niestety, trudno w to uwierzyć, ale bezczelnie wychlały całą wódę.

W ogóle jest problem z przecinkami.

I limit :(

 

Przykro mi to pisać, Homarze, ale wykonanie zabiło tę opowiastkę, a to nie jest śmieszne. :(

 

-Patrz, te głąby idą pro­sto w oko sze­fo­wi. –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu kilkakrotnie.

 

Zero li­to­ści,

a prze­cież wia­do­mo, że ta­trzań­skie zombi tylko cze­ka­ją na takie oka­zje. Zombi to mało… –> Zbędny enter. Ten błąd pojawia się także w dalszej części tekstu.

Zero li­to­ści, a prze­cież wia­do­mo, że ta­trzań­skie zombie tylko cze­ka­ją na takie oka­zje. Zombie to mało

 

zni­ka­ją­ce nagle za Mie­gu­szo­wic­ki­mi Szczy­ta­mi. –> …zni­ka­ją­ce nagle za Mięgu­szo­wiec­ki­mi Szczy­ta­mi.

 

– Ma­riol­ka! – Wy­darł się ktoś – Dawaj Klu­czy­ki! –> – Ma­riol­ka! – wy­darł się ktoś – Dawaj klu­czy­ki!

 

Nie­szczę­śli­we po­śli­znął się na wiecz­ku… –> Literówka.

 

Coraz więk­sza ilość tu­ry­stów do­cie­ra­ła do par­kin­gu. –> Coraz więk­sza liczba tu­ry­stów do­cie­ra­ła do par­kin­gu. Lub: Coraz więcej tu­ry­stów do­cie­ra­ło do par­kin­gu.

 

do par­kin­gu. Pierw­sze sa­mo­cho­dy szyb­ko ru­sza­ły do wy­jaz­du. Tłu­kąc zde­rzak w zde­rzak, trąc bok o bok, ła­miąc lu­ster­ka, każdy jak naj­szyb­ciej chciał się wy­do­stać z par­kin­gu i ru­szyć nawet nie na kwa­te­rę, ale do domu. Ma­rio­la jako jedna z ostat­nich wbie­gła na par­king. Podbiegła do samochodu… –> Powtórzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Widzę, że oszczędzałeś na spacjach, a i tak przekroczyłeś limit.

Groteska? Może być. Mordercze świstaki… Na pewno te ciągłe pomówienia o kradzież sreberek tak je wkurzyły.

Babska logika rządzi!

Eee… może i coś by uśmiechnęło, ale wykonem, drogi homarze-autorze, zarżnąłeś to opowiadanie. Po cóż ten pośpiech, skoro termin jeszcze odległy, a dopieścić można by nieco…

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Wielkie dzięki za uwagi, które oczywiście uwzględniłem i wstawiłem poprawki. No cóż pośpiech jest złym doradcą nie zapamiętałem limitu znaków i nie sprawdziłem formatowania po wklejeni. Ale co tam, będą następne konkursy :)

Wygłodniałe świstaki zżarły wszystkie kabanosy „Tarczyński” z plecaków warszawskiej grupy studentów AWS. – Studentów stać na kabanosy? O.o

Mordercze świstaki… Już widzę te szerokie kadry w ekranizacji TVP. Jest potencjał.

:)

 

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Opowiadanie… Przyzwoite pod względem treści. Po prostu przeczytałem, raz może się uśmiechnąłem na mordercze świstaki. I to właściwie tyle.

Jednak wykonanie nadal trochę kulejące. Zwłaszcza powtórzenia się zdarzają. 

Aha – limit nadal za duży na konkurs ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Szpoko szort, ale mam wrażenie, że bawiąc się nożyczki dałbyś radę dociąć tekst i zmieścić się w limicie. Mówię tu o pierwszych akapitach – wyglądają jakbyś wziął młotek i rozklepał wstęp jak nit spajający blachy Twojej wizji. A dałoby się to skondensować, zaufać domyślności czytelników i ładnie ten wstęp wyrzeźbic. ;) a i brakowało mi tylko (jak już mowa o studentach) tanich fajek i smalcu (pasztetu że świni) jako smarowidła pod kabanosy. ;)

Drogi homarze, czytając Twój tekst czułem się jak w trakcie seansu filmu pokroju “Poznajcie moich Spartan”: zażenowany. Humor, który stosujesz zupełnie do mnie nie trafia. Brak mi też puenty. Mamy “śmieszną”, całkiem barwnie opisaną (to akurat spory plus!) historyjkę o turystach uciekających w popłochu przed krwiożerczymi świstakami. Ale skąd te świstaki, o co im chodzi? Nie wiemy. Wiadomo, forma ograniczona, toteż na rozbudowaną historię miejsca nie ma, ale też na tym właśnie sztuka polega, by mimo limitów był ten (cytując pewnego sympatycznego Francuza) “punch!” :) I tego mi tutaj brakło.

Potencjał w pomyśle był, zdecydowanie, tak jak czas na przemyślenie i przeróbki. Myślę, że warto by było ogarnąć, zwłaszcza, że trochę ciekawych kadrów się pojawiło i klimat ucieczki dobrze wyszedł, fajna panika i reakcje, działanie przerażonych bohaterów.

Dzięki za lekturę.

Pozdrawiam!

Hej. Tekst wygląda na pospiesznie poskładany. Na przykład przy fragmencie, gdzie uciekający rzucają czym popadnie w atakujących, wyciągnąłeś kabanosy do tablicy, a potem żel do kompletu, jakby na siłę, albo dla równowagi, no bo skoro wspominałem wcześniej o studenckich kabanosach, to żel też musi być;)

Oczywiście widać od razu jaki charakter ma tekst – humorek i to ten prześmiewczy. Nie powiem, charakterystyka studenckich wycieczek bezbłędna :)

 

Niemniej jednak szykowałem się na porządny tweest, a tutaj świstak wziął górę ;) No i cały czas zastanawiam się, czy Mariola mogła widzieć, co dzieje się z jej niedoszłym wybawcą, skoro było tak ciemno?

 

Czwartkowy Dyżurny

Nie ma jasności w temacie Marioli. ;-)

Babska logika rządzi!

Dzięki Finkla za iluminację. Teraz mam jasność, że to musi mieć związek z ciemną stroną mocy. Tą pisarską rzecz jasna ;)

Trochę przekroczyłeś konkursowy limit. Poza tym tekst jest momentami zabawny. Świstaki ludojady to wdzięczny temat, choć wykonanie i sama fabuła jakoś mnie nie porwały.

Nowa Fantastyka