- Opowiadanie: Skull - Międzygalaktyczny Cyrk Papy Bogdo

Międzygalaktyczny Cyrk Papy Bogdo

Opowiadanie wysłane na konkurs “Fantazmaty”. Pisownia oryginalna, takie oceniała jury. Dla mojej ciekawości – jeżeli zechcecie napisać komentarz, napiszcie, ile punktów byście mi dali w skali od 1 do 10. Ku mojemu zaskoczeniu... a zresztą nie będę nic sugerować :)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Międzygalaktyczny Cyrk Papy Bogdo

– Papo! Papo!

Chłopak o przeźroczystej skórze i ruchach niczym fala zaklęta w ciało biegł po kolorowym pokładzie, mijając zastygłe w kosmicznej pustce gwiazdy, z obojętnością na ich piękno godną nastolatka. Skupiony na przekazaniu ponurych wieści, martwił się, jak dyrektor zareaguje na to, co wielu przeczuwało już od dawna.

– Papo! Papo!

Mijał innych cyrkowców, klnąc pod nosem, gdy któryś zbyt wolno reagował i nie usunął się na bok. Klauni, treserzy i gimnastycy wyzywali go lub krzyczeli, pragnąć dowiedzieć się, co tak gna iluzjonistę. Chłopiec w pewnej chwili zapragnął zmienić się w wodę i popłynąć kanałami przeznaczonymi na przewody, w ten sposób dotarłby szybciej do dyrektora, lecz w głowie pojawił się znajomy, ojcowski głos:

– Nigdy tego nie rób, gdy jesteśmy w przestrzeni międzygwiezdnej. Wystarczy mała dziurka i całego cię wyssie, albo zmieni w bryłę lodu. Posłuchaj Papy!

Z trudem łapał oddech, gdy wbiegł do rozległej komory, gdzie nawet najmniejszy skrawek metalu zniknął pod futrami, jedwabiami i materiałami, których chłopiec nawet nie potrafił nazwać. Dosłownie wszystko błyszczało i obiecywało cudowny odpoczynek. Znajoma senność ogarnęła młodego cyrkowca na widok łagodnych kolorów, otumaniających wzrok. Pośrodku niesamowitej sypialni stał stolik z olbrzymim lustrem, którego krawędzie nigdy nie przyjmowały tego samego kształtu. Powierzchnia, przypominająca płynne srebro, odbijała twarz zatroskanego dyrektora.

– Papo!

– Na miłość wszystkich galaktycznych bogów! Dlaczego tak się drzesz, młody Gilimisie?!

– Chodzi o Trixie, ona…

– Nie kończ.

Papa Bogdo odwrócił się w fotelu i spojrzał szafirowymi tęczówkami na młodego iluzjonistę. Chociaż młodziak był zdyszany, kulił się świadom powagi sytuacji. Starzec chciał go przytulić i uspokoić, ale wiedział, że czas nagli.

– Zwołaj wszystkich mistrzów.

– Tak jest!

Tak szybko, jak wbiegł, zniknął w odmętach statku kosmicznego, wrzeszcząc na całe gardło imiona mistrzów poszczególnych sztuk cyrkowych. Dyrektor ponownie spojrzał w pomarszczone, zielonkawe oblicze. Kiedyś jędrna i błyszcząca szmaragdowa skóra, teraz przybladła, przypominając zaledwie soczystą trawę. Oczy, w przeszłości uwodzące każdą istotę swym blaskiem, dzisiaj były smutne i przypominały wzburzoną powierzchnię jeziora. Poprawił złote włosy i westchnął:

– Biedna Trixie, niech kosmos cię przyjmie. Co my teraz zrobimy?

*

Panował nieprzyjemny gwar. Istoty niepodobne do siebie w niczym z wyjątkiem ponurego nastroju, siedziały przy okrągłym stole, prowadząc głośne dyskusje, okazując smutek lub oburzenie. Każdy miał wiele do powiedzenia, wszyscy chcieli jak najszybciej odesłać zmarłą towarzyszkę na łono mrocznej pustki, lecz jeśli coś stało wyżej niż osobiste pobudki i pragnienia, było nim dobro cyrku. A ten właśnie stracił jedną z gwiazd.

Gdy szczelne drzwi rozsunęły się ze skrzypieniem, wszyscy umilkli, obserwując bacznie papę Bogdo. Chociaż poruszał się sprężyście, z wysoko uniesioną głową, nikt nie wątpił, że to on najbardziej cierpi. Lekkimi, kocimi ruchami spoczął na wytartym fotelu, układając kilka komunikatorów w precyzyjnym szyku. Wszyscy patrzyli po sobie, dopiero teraz rozumiejąc, jaką tragedię przeżywa ta święta istota, przyjaciel i ojciec dla wszystkich, nawet najstarszych członków cyrku. Widzieć go z komputerem, to jak zobaczyć klauna kopiącego grób.

Przekładał sterty dysków i komunikatorów, by wreszcie wybuchnąć zniecierpliwieniem i strącić wszystko na podłogę. Załkał cicho, a Ryzmund, mistrz siłaczy, poklepał go delikatnie po ramieniu, pochylając się przy tym bardzo nisko. Jeśli ktoś nie lubił tego pomieszczenia, to właśnie on ze względu na trzy metry wzrostu. Bogdo cicho mu podziękował, przetarł oczy chusteczką i przemówił do zgromadzenia:

– Wszyscy już wiecie, co się stało. Zaraz po spotkaniu urządzimy ceremonię pożegnalną, dlatego proszę, by jak najszybciej znaleźć rozwiązanie tragicznej sytuacji.

Spojrzał w blat stołu, przyjmując sztywną postawę. Przylizane włosy, niegdyś mieniące się wypolerowanym złotem, lekko sterczały z tyłu, co wyglądało tak brzydko jak niespotykanie dla dyrektora. Musiał kończyć makijaż w niezwykłym uniesieniu. Gapiąc się w bezsensowną stertę biurowych przyborów, odezwał się głosem pozbawionym swego tradycyjnego blasku:

– Dzisiaj opuściła nas wspaniała Trixie. Wszyscy ją lubiliśmy i podziwialiśmy… – Jego głos niebezpiecznie się załamał. – Lecz należy wybrać jej następczynię. Nie wiem czy w ogóle jest to możliwe, ale musimy spróbować. Czy ktoś ma jakieś propozycje?

Wodził wzrokiem po twarzach zgromadzonych. Mistrzowie – siłaczy, klaunów, iluzjonistów, treserów, cudowności i wreszcie gimnastyków – patrzyli po sobie, szukając pomocy u sąsiada. Wszyscy z wyjątkiem mistrzyni cudowności. Miała zaciśnięte usteczka, co dla niewtajemniczonych wyglądałoby przesłodko, wywołując najszczersze „och!”, jednak cyrkowcy znali tę minę. Kobieta, wyglądająca jak lalka i niewiele od niej większa, miała coś do powiedzenia. Stanęła na marmurowych nóżkach, tak by wszyscy widzieli ją zza stołu i zaplotła ręce na piersi. Niegdyś wzbudzała zachwyt, lecz i na niej czas odbił piętno. Pajęczynka pęknięć pokrywała idealnie gładkie oblicze, którego żaden fragment nie poruszał się z wyjątkiem oczu. Ruchem samych powiek potrafiła sprezentować szeroki wachlarz emocji, a teraz miała je spuszczone do jednej trzeciej wysokości, co oznaczało gniew. Awinia, mistrzyni wszystkiego, co można nazwać słodkim, uroczym, cudownym czy przepięknym, była opiekunką Trixie. Zapanowała grobowa cisza.

– Nie rozumiem, po co zorganizowałeś całą tę szopkę, zamiast przyjść bezpośrednio do mnie. W końcu to moja uczennica nie żyje.

– W każdym innym przypadku tak bym postąpił, ale Trixie była gwiazdą. Potrzebujemy na gwałt czegoś lub kogoś, kto ją zastąpi!

– Myślisz, że nie dam rady?

Bogdo zaniemówił, co tylko wywołało szydercze spojrzenie Awinii.

– Spokojnie, tylko się drażnię. Jednak nie myśl sobie, że pomimo wszystkiego, co między nami zaszło, nie przejęłam się jej śmiercią. Moja najzdolniejsza uczennica nie żyje… – Zwaliła się na fotel, a powieki stanęły na wysokości sugerującej płacz.

– Wstrzymuję trasę do momentu znalezienia zastępstwa. Jeśli macie pomysły, teraz jest czas się nimi podzielić.

– Mgławica Lebecka? – Wtrącił się Iszkal, mistrz iluzjonistów, na chwilę przyjmując kształt humanoida.

– Zlecieliśmy ją wzdłuż i wszerz. Nie ma tam już nic ciekawego.

– Galaktyczne Bliźniaki. W ostatnim okresie rozwinęło się tam kilka cywilizacji z dużym potencjałem.

– Nie potrzebuję dzikusów. Dużo tresowania, a jesteśmy w środku trasy. Skupcie się!

– Droga Mleczna? W końcu i tak tam lecieliśmy.

– Szkoda zachodu. – Tym razem zamiast Papy odezwała się Awinia.

– A to dlaczego? – Bogdo pochylił się do przodu.

– Od początku byłam przeciwna, by tam lecieć. Zbyt mała widownia, a mielibyśmy tam znaleźć zastępstwo dla Trixie? Ten cyrk nie upadł jeszcze tak nisko!

– Pokażcie galaktykę – przerwał jej wywód Papa.

Hologram o wyrazistych, ale łagodnych kolorach pokazał wielką, aksamitną czerń, podziurawioną blaskami gwiazd. Powoli, jedna za drugą, pojawiały się ikony, wskazujące gwiazdy, gdzie rozwinęło się inteligentne życie. Pod mapą wyświetlały się portrety przedstawicieli.

– Nie. Nie. Hmm. Nie. Brońcie Bogowie! Nie. Och?

Papa Bogdo zatrzymał niedbałym gestem przesuwające się sylwetki akurat na parze nagich osobników.

– Oni? Przecież wyglądają jak zwierzęta, od których pewnie się wywodzą!

– Doprawdy, nie wiem jak możesz tak długo posiadać tytuł mistrzyni, Awinio. Nawet ja dostrzegam w nich coś niesamowitego. Naturalność? Dzikość? Nieprzewidywalność? Trudno nawet to określić.

– Rozpacz utrudnia ci trzeźwe myślenie.

– To poczucie triumfu cię odmóżdża! W końcu dopięłaś swego. Straciłem kobietę, którą kochałem ponad wszystko. Masz swoją zemstę.

– Jaka miłość?! Lgnąłeś do jej słodkości! Odurzałeś się nią, jak tymi swoimi prochami. Ty nie wiesz, co to miłość!

– Ty stara…

– Dość!

Ryzmund walnął w stół i uniósł się, zahaczając o sufit. Bogdo i Awinia zamilkli w pół zdania, z wyciągniętymi oskarżycielsko palcami.

– Tak chcecie upamiętniać Trixie? Kłócicie się o nią, jak o zbłąkanego szarszaka. Wszyscy wiemy, że lgnąłeś do jej aury, Bogdo. Nikt nie ma również wątpliwości, że byłaś chorobliwie zazdrosna i podkładałaś jej nogę na każdym kroku, Awinio. A może coś więcej…

– Jak śmiesz…

– Śmiem, bo najwyraźniej tylko ja tutaj naprawdę chce coś osiągnąć. Trixie umarła, koniec i kropka. Stało się. Wkrótce ją pożegnamy, ale teraz musimy ją uhonorować, a nie ma lepszego sposobu niż znalezienie godnej następczyni lub następcy. Albo się uspokoicie, albo wezmę sprawy we własne ręce.

Zapadła krępująca cisza, kiedy olbrzym usiadł. Papa Bogdo i mistrzyni Awinia mierzyli się wzrokiem, pełni frustracji, która szukała ujścia, ale niepokojące napięcie w końcu opadło. Dyrektor cyrku zapytał:

– Moja droga. – Uśmiech na twarzy nie pozostawiał wątpliwości, że mężczyzna ceni swoją rozmówczynię niżej niż brudną bieliznę. – Czy zaakceptujesz decyzję swojego skromnego przełożonego po raz ostatni?

– Cieszę się, że pomimo posuniętego wieku, wciąż zachowujesz kulturę. – Brak mrugnięcia był jak siarczysty policzek wymierzony przez Awinię. – Ziemia jest zacofana, nie dostrzegam tam ani krzty potencjału, ale nie na darmo ty jesteś dyrektorem, a nie ja.

Papa ponownie wykonał gest i zamiast planety zobaczyli dwuwymiarowe nagrania. Półsłówka i uśmiechy politowania dla zacofanej technologii szybko ustąpiły zachwytowi nad widokiem małych brzdąców. Patrzenie na ich nieporadność, próby naśladowania dorosłych urzekały. Zafascynowani widzowie pochłaniali kolejne nagrania przesłodkich dzieci, które niewiele odstawały od legendarnej Trixie.

– Nieoszlifowane diamenty. Wyobraźcie sobie, co osiągniemy, gdy podszkolimy mojego… znaczy naszego wybrańca.

Awinia spojrzała na Bogdo, pochłoniętego nagraniami. Jego zachwyt tuż po stracie Trixie nie wywołał w niej najmniejszych emocji.

– Żadnych uwag? W takim razie postanowione. Lecimy na Ziemię.

Błysk w oku Bogdo przyzwał w zgromadzonych wspomnienia jego wielkości, gdy porywał całe układy słoneczne.

*

Kapsuła opadała błyskawicznie, lekko drgając. W środku siedziały dwie osoby, wymownie obojętne na własną obecność. Zdawało się, że w ciasnym wnętrzu, pozbawionym wszelkich wygód i zbędnych elementów znajduje się mnóstwo niezwykle fascynujących rzeczy. Chudy mężczyzna średniego wzrostu z rozczapierzonymi włosami koloru pszenicy bez przerwy poprawiał to, co na Ziemi uchodziło za elegancki strój zwany garniturem. Poruszał niemo ustami, robił grymasy i wzdychał za każdym razem, gdy coś nie poddawało się jego woli.

– Uspokoisz się wreszcie? Jak będziesz się tak kręcił, zmienisz trajektorię lotu.

– Nic nie poradzę, że ten prymitywny kostium jest niewygodny. O stylu nie wspominając!

– Kiedyś byłeś mniej wybredny.

– Kiedyś spędzałem z tobą więcej czasu.

Pucołowata i niska blondynka o nienagannej cerze i anielskiej twarzy nabrała powietrza, ale w ostatniej chwili zrezygnowała.

– Pamiętasz, na czym polega zadanie czy pamięć ci wypłowiała wraz z urodą?

– Powiedziała popękana lalka. – Przez chwilę mielił coś w ustach i dodał. – Ale dla zabicia czasu, możesz wszystko przypomnieć.

Awinia uśmiechnęła się z satysfakcją, po czym obejrzała paznokcie rąk. Pochłonięta ich pielęgnacją, chociaż były już idealne, rzekła:

– W tej chwili na planecie istnieje jeden program rozrywkowy, który ocenia młode, ludzkie latorośle. Dostaniemy się do studia i zwerbujemy najsmakowitszy kąsek.

– Dlaczego w tym… jak oni go nazwali?

– „Mali giganci”.

– Właśnie. Dlaczego akurat w tym programie? Dlaczego w telewizji?

– A mamy czas latać po całej planecie i sprawdzać kilka miliardów bachorów?

– Na galaktycznych bogów! Ich jest aż tyle? Przecież to prawdziwa plaga, gorsza od snirkinów.

– Ale za to są inteligentniejsi i o wiele bardziej uroczy.

– Starczy nam środków? Ostatnio ponosimy bardzo duże wydatki.

– Jeśli przez wydatki masz na myśli luksusy, którymi się otaczasz, to zdecydowanie tak. Jednak Ziemianie nie mają takich potrzeb, jak my. To, co dla nich jest fortuną, dla nas jest słabym występem.

– O, dobrze wiedzieć. Chociaż nie powinienem być zdziwiony po obejrzeniu ziemskich cyrków. Dzielą ich lata świetlne od naszego poziomu!

– Tak, ale nie dzięki tobie.

– A co to ma znaczyć?

– Zapuściłeś się i to samo zrobiłeś z cyrkiem. Wszystkim zajmujemy się my, kiedy twoja rola ogranicza się do krótkich przemówień między występami.

– Ale za to jakich!

– Żałosnych, drętwych i pozbawionych energii. Jesteś własnym cieniem.

– Jak śmiesz! Wciąż mam to coś!

– To coś nazywa się uzależnieniem i tęsknotą za przeszłością.

Bogdo miał ochotę skoczyć do szyi Awinii, ale statek w ostatniej chwili zakomunikował lądowanie. Z obrzydzeniem opuścili kapsułę i powędrowali wydeptaną parkową ścieżką, wychodząc na ruchliwą ulicę. Stali przez chwilę w milczeniu, obserwując neolityczną kulturę z groteskowymi strojami, siermiężnymi budowlami i początkiem komunikacyjnej ewolucji. Nikt nie mógł zauważyć ich statku kosmicznego, a dyrektor i mistrzyni tak dobrze dobrali holograficzne obrazy do ich samych, że niczym się nie wyróżniali w tłumie. Złapali taksówkę i nie odzywając się do siebie, pojechali do studia telewizyjnego.

*

Tłum klaskał, sterowany przez światła i napisy, co chwilę powstając z miejsc, gdy kolejny przesłodki brzdąc kończył występ. Awinia z politowaniem obserwowała niski poziom manipulacji tłumem, nie dowierzając, że przy obecnym postępie cywilizacyjnym jest to w ogóle możliwe. Tymczasem Bogdo co chwilę przełykał ślinę oczarowany kolejnymi uczestnikami. Oczy mu błyszczały, wyglądał na odurzonego.

– To jest wspaniałe…

Wydukał wreszcie, przywołując tym samym Awinię do rzeczywistości i przypominając jej o misji. Popatrzyła w wysuszone, ludzkie oblicze, dostrzegając jednak prawdziwego Bogdo pod iluzją. Przez chwilę przypominał starego siebie, sprężystego młodzieńca o wybujałej fantazji i dzikiej energii, która wywoływała entuzjazm setek tysięcy widzów. Patrzenie, jak żar wypala się z wiekiem, sprawiał ból niemal tak duży jak świadomość, że przez ostatnie lata w dogasającym blasku kąpała się Trixie.

Awinia zacisnęła pięści, chcąc wylać całą frustrację na Bogdo, ale odpuściła.

– Wybrałeś już kogoś?

– Hmm, myślę o tej małej dziewuszce bez przednich zębów. Jej urok dorównuje niemalże mojemu!

„Dawno go prześcignął”, lecz kąśliwą myśl zachowała dla siebie. Musiała przyznać Papie rację. Z wszystkich uczestników, dziewczyna miała największy potencjał. Nie bała się kamer i tłumu, odpowiadała z dużą pewnością siebie i całkiem mądrze, jak na tak młodą osóbkę. Zresztą wiek potencjalnej kandydatki sprzyjał planom mistrzyni cudowności, która nie zamierzała popełnić tych samych błędów, co z Trixie. Nie wchodzi się dwa razy do tego samego strumienia czarnej materii.

– Popieram wybór. Ja będę mówić.

– Nie! – Papa uniósł wysoko rękę. – Zostaw to mnie.

Czekali aż program się skończy, wchłaniając kolejne minuty blichtru, sławy i wielkości, które jednak były zaledwie przedsmakiem tego, co miał do zaoferowania dyrektor międzygalaktycznego cyrku. Gdy radości osłabły między uczestnikami i ich opiekunami, oboje podeszli do ludzi, których uznali za rodziców małej cudowności. Włączyli translatory, idealnie naśladujące lokalny język.

– Państwo są rodzicami Asieńki?

– Tak, to my – odpowiedziała podniecona mama.

– Miło nam poznać. Jestem Pap… dyrektor Bogdo, a to moja asystentka… – towarzyszka wymierzyła dyskretny, ale skuteczny cios w udo – to znaczy moja prawa ręka, panna Awinia. Chcielibyśmy porozmawiać o państwa córce.

– To znaczy?

Bogdo rozpoznał charakterystyczny błysk w oczach ojca małej Asi. Papa dał dyskretny znak wszystkim, by udali się na ubocze. Idąc, mówił z przejęciem:

– Obserwowaliśmy Asię i jesteśmy pod gigantycznym wrażeniem. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem tyle wdzięku w tak małej osóbce. Potencjał, jak dostrzegam… Czeka ją sława i bogactwo, jakiego nie potrafię sobie wyobrazić. Oczywiście nic nie przychodzi za darmo. Ale potrafię stwierdzić, że dziewczynka już teraz dobrze znosi trudy branży rozrywkowej. Tym szybciej zdobędzie nieśmiertelną sławę, a ta zdecydowanie jej nie ominie…

– Ile? – Ojciec przyszłej gwiazdy przerwał monolog Bogdo.

Papa obrócił się w stronę Awinii i uśmiechnął się w sposób mówiący: „wciąż to mam”.

– Sprawa jest delikatna, nie chciałbym państwa obrazić zbyt małą sumą. Może coś zaproponujecie?

Z początku Bogdo zaciekle się targował, chociaż raczej z sentymentu do dawnych czasów. Kiedy Awinia podpowiedziała mu, ile faktycznie będzie ich kosztować pozyskanie dziewczynki, z trudem powstrzymał wybuch śmiechu. To mógł być najlepszy interes jego życia. Możliwe, że ostatni.

– Mamy umowę?

– Tak. – Ojciec uścisnął dłoń Papy.

Obaj wypięli dumnie klatki piersiowe. Bogdo zerkał na Awinię, nie omieszkując wbić jej szpilki swoim sukcesem. Mistrzyni nie reagowała, pozwoliła przerośniętemu dziecku cieszyć się z małego zwycięstwa. Kiedy mężczyźni klepali się po plecach, wyobrażając sobie przyszłe bogactwa i sławę, Awinia zbliżyła się do mamy Asi.

– Cieszę się, że udało nam się dobić interesu.

– Proszę mi powiedzieć… Asia będzie bezpieczna?

– Będzie. Pozna życie, o jakim wielu nawet nie marzy.

– Zobaczymy ją jeszcze?

Awinia spojrzała na mamę stężałym wzrokiem, niepozostawiającym miejsca na niedopowiedzenia.

– Na pewno. Kiedyś.

Przez chwilę pojawiła się panika. Matka zaczęła zadawać sobie niewygodne pytania o bezpieczeństwo, zdrowie i edukację latorośli, ale Awinia zbyt dobrze znała ten stan, więc przystąpiła do kontrataku.

– Może być pani dumna z córki. Osiągnęła już więcej, niż pozostali uczestnicy razem wzięci. Nieważne, kto zwycięży w programie. Prawdziwą sławą będzie Asia. Najjaśniejsza gwiazda w galaktyce!

Kobieta się uspokoiła, a wkrótce rozstali się, przy czym Bogdo musiał stanowczo odmówić propozycji zabrania starszej siostry Asi, krnąbrnej nastolatki, ale po wyjątkowo niskiej cenie.

– To było nadzwyczaj łatwe.

– Ziemianie nie znają jeszcze pełnego pojęcia własnej wartości, nie wykształcili też prawdziwych więzów społecznych. Są gotowi sprzedać potomstwo dla własnej wygody, dobrobytu czy sławy, której nawet nie doświadczą.

– Pomyśl, co by osiągnęli, gdyby byli trochę mądrzejsi.

– Strach pomyśleć. Zagłębiłeś się w ich historię?

– Nie – odrzekł zaniepokojony Bogdo.

– I dobrze. Po takiej lekturze nawet dwie Trixie by ci nie pomogły.

Papa wzdrygnął się na myśl, co też okropnego mogli zrobić ludzie, wydający na świat tak urocze potomstwo. Opuścili budynek i wrócili do kapsuły.

*

Awinia ze skrywaną satysfakcją obserwowała Papę, jak skacze wokół Asi, pokazując statek kosmiczny i wszystkie jego możliwości (a przynajmniej te, o których wiedział). Za jej namową wszyscy pochowali się w kajutach i na arenach, gdyż młoda osóbka mogłaby doznać zbyt wielkiego szoku na widok obcych ras. Nawet ich dwójka wciąż otaczała się holograficzną iluzją.

Dziewczynka była przerażona, jednak nie w sposób, który kazał jej uciekać i chować się w najbardziej niedostępnym miejscu. Przyszła gwiazda obawiała się, że może zabraknąć jej czasu, by zobaczyć wszystko. Ignorując większość paplaniny Bogdo, dotykała, naciskała, głaskała i szturchała niemal każdą powierzchnię. Awinia nie powiedziałaby tego głośno, ale czuła, że młoda adeptka cudowności zrobi oszałamiającą karierę. A jeśli wszystko pójdzie według planu, pomoże również karierze mistrzyni cudowności.

– Papo, nie widzisz, że nasza gwiazdeczka jest zmęczona? Musi odpocząć, oswoić się z nowym środowiskiem.

– Masz rację! Cudowna Asiuniu, pokażę ci moje kwatery…

– Nigdy w życiu! – Awinia zmitygowała się, kiedy zrozumiała, że wybuchnęła. – To znaczy, potrzebuje spokoju i stonowanej przestrzeni. Niech przejmie kwaterę Trixie.

Papa popatrzył na nią podejrzliwie, to znaczy chciał wywołać takie wrażenie, ale mistrzyni cudowności doskonale wiedziała, że stary dyrektor już dawno stracił szare komórki na rzecz różnych używek.

– No dobrze… Asiu, idź odpocznij. Kiedy odzyskasz energię, pomyślimy nad twoim szkoleniem. Dobranoc!

Gdyby Awinia nie wiedziała, kto ich opuszcza, pomyślałaby, że to młodzik po spędzeniu upojnej nocy z ukochaną. Zacisnęła pięści, składając sobie obietnicę, że nie dopuści do tego kolejny raz.

Cyrkowcy z trudem walczyli z ciekawością, co rusz uchylając drzwi, wyglądając zza załomów czy w niektórych przypadkach podglądając przez klatki wentylacyjne. Z nerwowych cieni, urwanych westchnień i zdławionych pisków, wiedziała, że Asia robiła na wszystkich wrażenie. Doprawdy, nieoszlifowany diament i tylko w jej rękach!

Wreszcie stanęły przed stalowymi wrotami, które z lekkim piskiem odsłoniły nowy pokój dziewczynki. Pomieszczenie zostało wysprzątane, ale nie na tyle, by wzruszenie nie dopadło Awinii. Ślady po butach, cień szminki na lustrze czy kawałek zmiętej chusteczki – wszystko przypominało jej poprzednią uczennicę.

– Trochę… biednie – przerwała ciszę nowa lokatorka z wyraźnym zawodem.

– Moja droga, cokolwiek sobie zażyczysz, zdobędziemy dla ciebie. Proszę, usiądź obok mnie.

Obie spoczęły na unoszącym się nad podłogą łóżku. Asia bezdźwięcznie westchnęła, gdy poczuła niezwykłą miękkość materaca. Awinia postanowiła przerwać jej zachwyt.

– Co myślisz o Papie Bogdo?

Mała zrobiła minę głębokiego zamyślenia, co w przeciwieństwie do dyrektora było autentyczną oznaką procesów analitycznych.

– Jest dziwny.

– Ha! Lepiej bym tego nie ujęła. Jak myślisz dlaczego?

– Coś stracił?

– Jesteś naprawdę bystrą, małą osóbką. Stracił kogoś bliskiego.

– To smutne. – Asia spuściła głowę.

– Rzeczywiście. Dlatego musimy być ostrożne.

– Dlaczego?

– Papa nie jest sobą, czasami papla trzy po trzy i zachowuje się, jak to ładnie ujęłaś, dziwnie. Potrzeba czasu i cierpliwości, żeby wrócił do siebie. Dlatego mam do ciebie prośbę.

– Jaką?

– Słuchaj go uważnie i o wszystkim mi mów. W ten sposób na czas zadbam o jego komfort i spokój. Ale przede wszystkim, kiedy wyda ci jakieś polecenie, najpierw poinformuj mnie, zanim coś zrobisz. Rozumiesz?

– Yhym.

– Wspaniale! Wiedziałam, że masz dobre serce.

Awinia roześmiała się na głos i prawie pogłaskała małą po głowie, kiedy przypomniała sobie o wciąż aktywnym hologramie.

– Jak wyglądasz? – zapytała niespodziewanie Asia.

– To znaczy?

– Jak wyglądasz naprawdę?

Mistrzyni cudowności zaniemówiła. Nie miała wątpliwości, że hologram jest najwyższej klasy, a mimo to, coś zdradziło jej kamuflaż. Czyżby ludzkie dziecko było bystrzejsze niż się wydawało?

– Pokażę ci, ale nie wystrasz się.

Wyłączyła urządzenie, opadając delikatnie na pościel. Obok dziewczynki siedziała żywa lalka niewiele większa od niej. Alabastrową skórę zdobiły delikatne pęknięcia. Okrągła główka o lśniących blond lokach patrzyła nieruchomo na Asię. Jedynie powieki mikroskopijnie drgały.

– Wow, jesteś taka piękna! Mogę cię dotknąć?

– Oczywiście. – Mała jeszcze nie wiedziała, że wysokość powiek i tembr głosu Awinii okazywały zachwyt komplementem.

– Jesteś taka gładka i ciepła!

– Już dobrze! – Mistrzyni roześmiała się. – Czas odpocząć. Mogę na ciebie liczyć?

Dziewczynka pokiwała głową i ułożyła się w pościeli, niemal w niej tonąc. Mistrzyni prychnęła jak matka na niesforne, ale jakże urocze dziecko. Plan nabierał kształtów.

*

Holograficzna kurtyna odcięła Asię od rozszalałej widowni. Tupanie, gwizdy, oklaski – każdy na swój sposób wyrażał zachwyt. Jednak nikt nie mógł się równać z podziwem mistrza Ryzmunda. Olbrzym, przypominający kanciasty posąg z kamienia, uderzał dłońmi wielkości Awinii, uśmiechając się przy tym jak głupi do riszki. „Przynajmniej przestał już tupać”, pomyślała mentorka Asi, wspominając drżenie, jakie wywoływał Ryzmund po pierwszych występach nowej gwiazdy cudowności. To było rok temu, od tego czasu wiele się zmieniło.

Papa nie ustępował. Za wszelką cenę chciał przekabacić dziewczynkę na swoją stronę, ozłacając ją, spełniając wszystkie zachcianki, obiecując jeszcze więcej. Wszystko w zamian za spędzanie wspólnie czasu wolnego od występów. Awinia doskonale pamiętała, jak to się skończyło z Trixie. Na szczęście Asia okazała się mądrzejsza od poprzedniczki i wypełniała wszystkie polecenia mistrzyni. Donosiła o kolejnych szalonych pomysłach i propozycjach dyrektora. Pozostali mistrzowie z coraz większą trwogą obserwowali wariactwa starzejącego się dyrektora. W końcu przyszedł czas, by zadać ostateczny cios.

– Co tym razem wymyślił?

Przysiadła obok lustra w garderobie Asi, dokąd udały się po występie. Ściany skutecznie tłumiły krzyki widzów szalejących na kolejnym występie. Dziewczynka nie umiała ukryć wątpliwości.

– Nic…

– Będziesz mnie okłamywać? Jaką miałyśmy umowę?

– Wiem, ale… ale on tego nie zrobi!

Dodała z taką pewnością i szerokim uśmiechem, że Awinia bezbłędnie rozpoznała desperację.

– Mów.

Młoda gwiazda spuściła głowę i przez dłuższą chwilę milczała, by wreszcie przemówić zmaltretowanym cichym głosikiem:

– Chce mi kupić planetę, na której będę mogła cały czas występować wraz z nim.

Awinia nie okazała najmniejszej reakcji, chociaż właśnie wybuchł w niej wulkan emocji. To było to! Z jednej strony z trudem powstrzymywała gniew na głupotę Papy, który chciał zainwestować cały majątek cyrku, a jednocześnie sprzeniewierzyć idee ich wielkiej rodziny, wędrującej od galaktyki do galaktyki, dając rozrywkę wszędzie, gdzie się zatrzymali. Z drugiej strony chciała wrzeszczeć z radości, bo właśnie dostała ostateczny oręż, by obalić znienawidzonego króla.

– Powiesz Papie, że tego chcesz.

– Ale…

– Posłuchaj mnie bardzo uważnie. Bogdo niestety nie podniósł się po stracie. To jest jedyny sposób, żeby w końcu zaznał ukojenia. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby mu pomóc.

– A inni mistrzowie się zgodzą?

– W tym już moja głowa. Asiu? Dziękuję ci za pomoc.

Dziewczynka tylko wzruszyła ramionami i zaczęła poprawiać makijaż. Awinia zaczęła machać nóżkami, czego nie robiła od bardzo dawna.

*

Na drugi dzień zwołano zebranie mistrzów. Awinia całą poprzednią dobę rozdzieliła pomiędzy przygotowanie stroju odpowiedniego do okazji oraz pracę nad głosem i powiekami, mającymi ukazać wszystkim głęboką troskę i ból, jaki czuje w związku z odwołaniem Papy Bogdo ze stanowiska. Wreszcie wybrała odpowiednią sukienkę, skromną, ale jednocześnie stylową, pokazującą, że jest gotowa, pomimo wielkiej niechęci, przejąć funkcję ustępującego dyrektora.

Zawahała się, kiedy wkroczyła do sali, uświadamiając sobie, że jest ostatnia. Wszyscy umilkli w oka mgnieniu, unikając patrzenia na nią. Ale dopiero kamienna mina Papy wywołała w niej panikę.

– Cieszę się, że do nas dołączyłaś. – Uprzejmość dyrektora spowodowała mocne drżenie prawej powieki Awinii. – Zwołałem zebranie, gdyż doszły mnie bardzo przykre wieści. Okazało się, że wśród nas jest spiskowiec i kanalia, pragnąca zguby cyrku.

Szepty powróciły i tym razem spojrzenia coraz śmielej zatrzymywały się na mistrzyni cudowności. Papa kontynuował:

– Ledwie podnieśliśmy się po śmierci Trixie. Chyba dzięki jakiemuś kosmicznemu bogu znaleźliśmy zastępstwo i to jeszcze jakie! Wszystko się układało, cyrk wychodził na prostą, kiedy niespodziewanie dotarły do mnie przerażające informacje.

Papa wchodził w swoją rolę prowadzącego, gestykulując przesadnie i modulując głos. Awinia zacisnęła pięści.

– Ktoś pozazdrościł mi sukcesów, nie mógł znieść, że pod moją wodzą cyrk odzyskał świetność…

– Zamknij się wreszcie, stary zboczeńcu!

Awinia stanęła na krześle, wyciągając oskarżycielski palec w stronę Bogdy.

– To dzięki mnie wciąż istniejemy! Znalazłam Trixie, którą potem zniszczyłeś. Wmanewrowałam cię w lot na Ziemię, gdzie odkryliśmy jeszcze większy talent. I ją też niszczysz! Myślisz, że nikt nie wie o twojej słabości do młodych gwiazdek? I skończ z tym udawanym zaskoczeniem!

Głos jej zawibrował, kiedy Bogdo przyjął pozę niewinnego zaskoczenia i niedowierzania. W tej chwili wszystko w nim doprowadzało mistrzynię do wrzenia, ale słabe aktorstwo było najgorsze.

– Doprawdy, spodziewałem się po tobie wiele, Awinio, ale nie zdrady. Chciałaś mnie usunąć ze stanowiska podstępem! – Teraz jego palec skierował się na zdrajczynię.

– Jak się tego dowiedziałeś?

– Wszystko zostało nagrane. Pokazać?

Awinia mogła się tylko domyślać, które rozmowy zostały uwiecznione i odtworzone przed jej przyjściem. Musiała zmienić taktykę.

– Zachowujesz się irracjonalnie, doprowadzając nas do upadku. To my, mistrzowie, utrzymujemy cyrk w kupie, dbamy o twoje zachcianki, a ty co? Wydajesz majątek, balujesz i różnisz nas chorymi żądzami.

Rozejrzała się po zgromadzonych. Doskonale wiedziała, że ją popierają, przynajmniej większość, ale mimo to, żaden z mistrzów nie przemówił w jej obronie. Nawet nie pokiwał głową czy obdarzył ciepłym spojrzeniem. Przegrała. Pomimo miesięcy starań, poświęceń, właśnie upadła. Pozostało odejść z uniesioną głową. Tylko jednego żałowała – nie ocaliła Asi przed tym, co na pewno ją wkrótce spotka.

Bez słowa zeszła ze stołka i opuściła pomieszczenie. Załkała dopiero, gdy znalazła się we własnym pokoju. Jakże trudno się spakować, gdy nigdy się tego nie robiło. Potem jednak lodowata myśl zmroziła ją do kości. Dlaczego Bogdo w ogóle szukał nagrań i w jaki sposób je tak szybko odnalazł? Jakby wiedział, czego ma szukać…

Olśnienie przyszło natychmiast. W pierwszej chwili chciała wybiec i wyjawić wszystko, ale powstrzymała się. Może tak miało być, a cyrk zasługiwał na to, co wkrótce go spotka.

*

Kolejny pokaz zakończony owacjami na stojąco. Asia jak zwykle opuściła scenę pobudzona i lekko zaczerwieniona. Mimo tylu występów wciąż radowała się reakcją widowni, a przecież nie robiła niczego innego niż w domu! Bawiła się zabawkami, mówiła do wyimaginowanych przyjaciół, czasem się potknęła, zaśmiała, rozpłakała i tyle. Albo aż tyle. To, co na Ziemi nie robiło na nikim wrażenia oprócz najbliższych, w pozostałych zakamarkach kosmosu wzbudzało niewyobrażalny zachwyt.

Papa nietypowo dla niego schował się w cieniu i podziwiał małą cudowność. Nieświadomie szczerzył się głupkowato, odsłaniając perłowe zęby. Gdyby ktoś go teraz zobaczył, powiedziałby, że stary dyrektor odzyskał błysk w oczach. Lecz niespodziewana myśl ukłuła dyrektora. Jeszcze niedawno wszystko mogło potoczyć się inaczej. Potrząsnął głową, wyrzucając natrętne rozważania o tym, co obecnie działo się z Awinią. Pękającą niewdzięcznicą, która dzięki niemu zdobyła sławę, a później prowadziła grupę cudowności. W nagrodę chciała go usunąć z funkcji! Głupia, wybrakowana lalka.

Papa warknął i uspokoił się. Spojrzał jeszcze raz na stojącą w przyciemnionym oświetleniu dziewczynkę. Promienie lamp opatulały drobną sylwetkę, powodując, że włosy lśniły iście magicznie. Wzruszył się. Bogowie wiedzą, ile szukał tej jedynej, jak dużo musiał poświęcić i nacierpieć się, by dotrzeć do tego momentu. Najpierw myślał, że wybranką jest Awinia. Dlatego, kiedy zdobył stanowisko mistrza cudowności, ją właśnie promował. Gdy został dyrektorem, uczynił następczynią. Potem pojawiła się Trixie i zrozumiał, że źle lokował uczucia. Wszystko się układało, kiedy nagle gwiazda cyrku umarła… Podejrzewał, że Awinia maczała w tym palce, ale nie potrafił tego udowodnić. Ale to wszystko nieważne! W dniu, w którym zobaczył Asię, poczuł dreszcz. Teraz już wiedział, że to wszystko było prologiem, przystawką przed daniem głównym.

– Jak zwykle byłaś fantastyczna!

Wyszedł z cienia, wystraszając dziewczynkę nie na żarty. Chwyciła się za pierś, upuściła bukiet kolorowych kwiatów i pisnęła cienko. Przez chwilę była zwykłym przerażonym dzieckiem, a nie wschodzącą gwiazdą cyrkowej estrady. Papa powstrzymał jęk podniecenia.

– Wystraszyłeś mnie, Papo!

Zrobiła urażoną minę, ale tak uroczo, że tylko roześmiał się jak nastolatek odbierający swojego pierwszego buziaka.

– Wybacz, najsłodsza! Czy mówiłem ci już kiedyś, jaka wspaniała jesteś?

– Codziennie.

– Za rzadko! Dzień, w którym cię zobaczyłem, był najszczęśliwszym w moim życiu, a jestem cyrkowcem i wiele przeżyłem. Przed nami świetlana przyszłość…

Podszedł nonszalanckim krokiem, uśmiechając się zalotnie. Pochylił się i objął ją w pasie.

– Moja cudowna Asieńko…

Chciał ją pocałować. Wszystko zaplanował, aż do tej chwili. Rozpieszczał dziewczynę, obrzucał podarunkami, obiecywał planety, a nawet całe galaktyki u jej stóp. Obserwował uważnie, studiując język ciała Ziemianki, więc nie miał wątpliwości, co teraz nastąpi. Wszystkie sygnały, które mu dawała, zachęty i obietnice. A jednak…

– Zostaw ją, zwyrodnialcu!

To, że działo się coś bardzo niepokojącego, pojął dopiero po brutalnym upadku kilka metrów dalej. Szok był zbyt wielki, by ból obitych mięśni i połamanych kości zdążył się przebić. Był w stanie tylko podnieść głowę i zobaczyć wielki, mroczny cień mistrza Ryzmunda.

– Nie chciałem wierzyć, ale teraz… Ty gnido! Pozbyłeś się Awinii, tylko po to żeby dobrać się do słodkiej i niewinnej Asi. Pożałujesz…

Podłoga zadrżała, gdy wielkolud zbliżył się do Papy. Ten nie był w stanie się zasłonić, chociaż i tak nie miałoby to żadnego znaczenia. Nie rozumiejąc, co się właściwie stało, mógł tylko zdziwiony gasnąć pod ciosami pięści wielkości głazów.

Zapadła cisza. Jedna z tych wwiercających się w mózg, kiedy kurz opada, a do wszystkich dociera powaga sytuacji. Ryzmund stał nad czymś, co kiedyś było Papą Bogdo, a teraz przypominało stertę kosztowności, oblaną płynnym srebrem. Wielkolud dyszał ciężko, nie ze zmęczenia, a z uchodzącego, słusznego gniewu. Przypomniał sobie, że nie jest sam. Odwrócił się do przerażonej dziewczyny i niemal podbiegł do niej.

– Przepraszam, że musiałaś na to patrzeć. Kiedy zobaczyłem, jak cię dotyka, coś we mnie pękło. Wybaczysz mi, że nie chciałem ci uwierzyć? Nie mieściło mi się w głowie, że dyrektor jest zdolny do… do… Ach!

– Już dobrze, Ryzmundzie.

Asia zbliżyła się do klęczącego siłacza. Nawet w tej pozycji przewyższał ją dwukrotnie. Przysiadł i pozwolił malutkim dłoniom muskać twardą jak stal skórę policzków.

– Dziękuję, że powstrzymałeś Papę, zanim… To ja przepraszam.

– Ale za co?! Jesteś ofiarą, niczym sobie na to nie zasłużyłaś.

Ryzmund powstał i oparł się o ścianę. Opuściły go wszelkie siły. Najpierw zdrada Awinii, potem zwyrodnialstwo Bogdy – przyszłość cyrku jak nigdy była zagrożona.

– Co teraz? – zapytał siebie. – Papa nie żyje i to ja go zabiłem. Będę musiał odejść.

– Nie! – Asia podbiegła do niego z zaciśniętymi dłońmi do modlitwy, co mu kiedyś wytłumaczyła jako ziemski gest. – Tylko ty możesz nam pomóc.

– Nie nadaję się.

– Jesteś taki wielki i wspaniały! Jestem bezpieczna przy tobie. Inni też. – Mała zaczerwieniła się od emocji, które nią targały. Widział to po niej. – Tylko ty możesz zrobić wszystko… normalnie!

Wzruszył się. Pierwszy raz od dawna. Patrzył na małą z takim samym zachwytem jak na początku, ale teraz widział większego giganta od niego. Tryskającego optymizmem i nadzieją. Taka młoda i tak krótko była w cyrku, a chyba wierzyła w niego najmocniej z nich wszystkich. I to jemu zaufała. Zwierzyła się ze spisku Awinii, z karygodnego zachowania Bogdy. Prosiła żeby nie interweniował, podsuwała pomysły i rozwiązania. Taka mała, a jaka inteligentna. Pragnął ja uściskać, wyznać swe uczucia, ale się powstrzymał. Bał się, że po tym, co stało się przed chwilą, może przytłoczyć i wystraszyć gwiazdę cudowności.

Może latający cyrk Papy Bogdo stanie w końcu na nogi. Z Asią na pokładzie wszystko było możliwe. Ale najwspanialsze było to, że mógł z nią zostać i cieszyć się towarzystwem najdelikatniejszej i najbardziej wyrozumiałej istoty w całej galaktyce!

Koniec

Komentarze

Hmmm. Ciekawa koncepcja gwiezdnego cyrku, ale jak dla mnie – za mało w tym tekście cyrku, a za dużo romansów i korporacyjnych intryg. I nie bardzo rozumiem, dlaczego zwykłe ziemskie zachowania we Wszechświecie uchodzą za słodkie i śliczne.

Masz kilka literówek.

Jednak ziemianie nie mają takich potrzeb,

W tym znaczeniu Ziemianie dużą literą.

Obaj stroili piersi jak dumne pawie.

Stroić piersi to mogą rosyjscy generałowie. Pawie raczej zadek mają udekorowany. I dlaczego stroili?

Lecz niespodziewana myśl ukuła dyrektora.

Sprawdź w słowniku, co znaczy ukuć. Możesz się zdziwić. ;-)

Babska logika rządzi!

Co mi w oko wpadło: 

 

Mijał innych cyrkowców, klnąc pod nosem, gdy któryś zbyt wolno reagował i nie zsunął się na bok. – a nie lepiej usunął?

 

Papa Bogdo odwrócił się w fotelu i spojrzał szafirowymi tęczówkami na młodego iluzjonistę. Chociaż młodziak był zdyszany, kulił się świadom powagi sytuacji. – młodego bym wycięła, bo razem z młodziakiem nie wygląda za dobrze, a już wiadomo, że jest młody. 

 

Tak szybko, jak wbiegł, zniknął w odmętach statku kosmicznego, wrzeszcząc na całe gardło imienia mistrzów poszczególnych sztuk cyrkowych. – a nie imiona

 

Dyrektor ponownie spojrzał w pomarszczone, zielonkawe oblicze. Kiedyś jędrna i błyszcząca szmaragdowa skóra, teraz przybladła, przypominając zaledwie soczystą trawę. – soczysta trawa jest raczej mocno zielona, a nie zielonkawa, więc jakoś mi to porównanie nie leży za bardzo.

 

Moja najzdolniejsza uczennica nie żyje… Zwaliła się na fotel, a powieki stanęły na wysokości sugerującej płacz. – zgubiłeś myślnik

 

Chudy mężczyzna średniego wzrostu z rozczapierzonymi włosami koloru pszenicy bez przerwy poprawiał to, co na ziemi uchodziło za elegancki strój zwany garniturem. – Ziemi

 

Obaj stroili piersi jak dumne pawie. – raczej chyba się puszyli jak pawie – tak przynajmniej się mówi

 

Papa otrzepał się na wyobrażenie, co też okropnego mogli zrobić ludzie, wydający na świat tak urocze potomstwo. – jesteś pewien, że tego słowa chciałeś użyć? Brzmi jakoś dziwnie. 

 

Ściany skutecznie tłumiły widzów szalejących na kolejnym występie. – jak ściany mogły tłumić widzów? 

 

Jaką mieliśmy umowę? – miałyśmy – rozmawiają dwie osobniczki płci żeńskiej 

 

Obserwował uważnie, studiując język ciała ziemianki, więc nie miał wątpliwości, co teraz nastąpi. – Ziemianki, no bo chyba nie chałupki ;) 

 

Za Finklą mogę powtórzyć: za mało cyrku w cyrku. Za dużo za to słodyczy (lubię, ale w ograniczonych ilościach) i wzdychania o cudownościach. Cudownościach, których ja jako czytelnik nie widzę. 

Nie umiem się zdecydować, jak ten tekst ocenić. Z jednej strony wiele rzeczy jest niewiarygodnie prostych, np. wykupienie dziewczynki od rodziców, brak jakiejś naturalniejszej reakcji Asi na statek i kosmitów (pokazałeś tylko pierwsze spotkanie a prawdziwą Awinią, ale mimo wszystko) – tylko jej zachwyt. To prawie bajkowe uproszczone podejście. Z drugiej intrygi i knucie, w tym nieco nie wprost pokazane ciągoty Papy. Absolutnie nie bajkowe. 

 

Bardzo nie lubię tego robić, ale jeśli koniecznie chcesz oceny cyfrą, to u mnie miałbyś za to coś między 3 a 4. Nie wiem jednak, czy to coś Ci da, bo z tego, co kojarzę, to ocena w Fantazmatach była bardziej złożona, ale ja już tej oceny rozbierać na składowe nie będę. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A prawda, jeszcze ocena miała być. Pewnie dałabym coś koło piątki. Wykonanie jako takie, ale na pewno nie idealne. Fabuła słaba. Fajna scenografia, nietypowa. Ale trudno abstrahować od reszty tekstów.

Babska logika rządzi!

Dzięki za uwagi, jak będę miał więcej czasu, naniosę je. Co do zarzutu, że mało cyrku w cyrku, to powiem, że nie mam nic na obronę. Pierwsza wersja powstała po obejrzeniu “Małych gigantów” i miała być krytyką wykorzystania dzieci, a z podobnym wykorzystaniem (nie dzieci, ale np. zwierząt) kojarzą mi się cyrki. Nie mogę też się obronić przed pomieszaniem słodkości z intrygami, ale to chyba wynika z mojego problemu z tworzeniem postaci i pisaniem tego opowiadania na przestrzeni dwóch lat, kiedy ja i moje poglądy zmieniały się na różne sprawy. Bo opowiadanie nie było pisane na konkurs, tylko postanowiłem je tam wysłać.

Jak na razie oceny mieszczą się w widełkach jury :)

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Czyli nadajemy się ze Śniącą na jurkowanie. ;-) Szkoda, że sama wolę startować w konkursach.

Babska logika rządzi!

Biorąc moje dotychczasowe “sukcesy” w konkursach, pewnie więcej osiągnąłbym jako członek jury :) Oh, wait, za cienki ze mnie pisarz, żeby móc oceniać innych…

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

za cienki ze mnie pisarz, żeby móc oceniać innych…

Myślę, że to nie o to chodzi. Ja to widzę raczej tak, że trzeba być dobrym czytelnikiem, by móc oceniać innych. Spójrz na Reg :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przeczytałem.

Pomysł tu jest. Zagrywki polityczne i romanse wewnątrz cyrku przemyślałeś ciekawie, zarys fabuły miał definitywnie szansę.

Tylko z wykonaniem gorzej. Jak na romans między bohaterami strasznie mało tutaj uczucia. Postacie mają tendencję do wyrażania się w sposób skostniały, wręcz telenowelowy. Zwłaszcza Awinia. Same spiski też są w miarę przewidywalne.

Zakończenie przyzwoite, ale po ogarnięciu gierek – raczej przewidywalne.

Mam też pytania o początek – co się stało Trixie? Czy to faktycznie zbrodnia Awinii? A może sprawka samego dyrektora? Przydałoby się to wyklarować, bo sprawa zaczyna całą hecę, ale nie doczekuje się należytego rozwiązania.

Podsumowując: przyzwoicie, z pewnymi ciekawymi koncepcjami na fajerwerki. Jeśli chcesz oceny, to dałbym jakieś 5/10. Natomiast spokojnie mógłbyś wyciągnąć więcej, odpowiednio oprawiając ten tekst: uwypuklając momenty uczuciowe czy pracując nad dialogami.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przyznam, Skullu, że dotrwałem gdzieś tak do jednej trzeciej opowiadania. I nie dlatego, że było słabe, ale ja nie jestem targetem takich utworów. Historia mnie nie wciągnęła. Może za mało cyrku w cyrku, jak mówią powyżej, a może bardziej forma, jaką wybrałeś dla tego opowiadania. Gdybym miał ocenić fragment, który przeczytałem, to dałbym właśnie 5. Czyli tak pół na pół, ani mnie zachwyciło, ani rozczarowało. Mam stosunek raczej obojętny. Pozdrawiam.

Mam wrażenie, że raczej zawyżacie oceny, pomimo swoich słów :)

Ale macie rację, że wiele temu tekstu brakuje. A co do ocen jury to znajdowały się w przedziale od 3,25 do 7. Łącznie 28 punktów czyli o jakieś 18 więcej niż przewidziałem :D

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Przykro mi, Skullu, ale opowiadanie nie przypadło mi do gustu. Tytuł zapowiada rzecz o cyrku, a okazuje się, że cyrku jest tutaj jak na lekarstwo. Owszem, cały czas o nim piszesz, ale gdzie podziały się występy? Gdzie popisy cyrkowców?

Dlaczego Trixie umarła? Kto stał za jej śmiercią? Dlaczego ziemska dziewczynka była taką atrakcją dla widzów w kosmosie? Opisałeś osobliwe układy między Bogdo i Awinią, ale takie podchody mogą dziać się wszędzie, w każdej instytucji, niekoniecznie w cyrku.

Sporo pytań, ale nie ma na nie odpowiedzi.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Młody chło­pak o prze­źro­czy­stej skó­rze… –> Chłopak jest młody z definicji.

 

były smut­ne i przy­po­mi­na­ły wzbu­rzo­ną taflę je­zio­ra. –> Tafla z definicji jest gładka, równa i lśniąca. Wzburzona może być powierzchnia jeziora.

 

Ga­piąc się w bez­sen­sow­ną ster­tę biu­ro­kra­tycz­nych przy­bo­rów… –> Do czego służą biurokratyczne przybory?

A może miało być: Ga­piąc się w bez­sen­sow­ną ster­tę biu­rowych przy­bo­rów

 

Cięż­ko nawet to okre­ślić. –> Trudno nawet to okre­ślić.

 

Kap­su­ła opa­da­ła bły­ska­wicz­nie, wpa­da­jąc w lek­kie drga­nia. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

W środ­ku sie­dzia­ły dwie osoby, wy­mow­nie obo­jęt­ne na obec­ność dru­giej. –> Kim jest druga, której obecność jest obojętna dwóm osobom?

 

twoja rola ogra­ni­cza się do krót­kich prze­mó­wień mię­dzy wy­stą­pie­nia­mi. –> Raczej: …twoja rola ogra­ni­cza się do krót­kich prze­mó­wień mię­dzy wy­stępa­mi.

 

która po­ry­wa­ła do en­tu­zja­zmu setki ty­się­cy wi­dzów. –> Raczej: …która wywoływała en­tu­zja­zm setek ty­się­cy wi­dzów.

 

Pa­trze­nie, jak żar wy­pa­la się z wie­kiem, spra­wiał ból… –> Literówka.

 

cie­szyć się z ma­łe­go zwy­icę­stwa. –> Literówka.

 

Przez chwi­lę po­ja­wi­ła się pa­ni­ka. W matce po­ja­wi­ły się… –> Powtórzenie.

 

Awi­nia zmi­ty­go­wa­ła się, kiedy zro­zu­mia­ła, że wy­bu­chła. –> Awi­nia zmi­ty­go­wa­ła się, kiedy zro­zu­mia­ła, że wy­bu­chnęła.

 

wy­so­kość po­wiek i tembr głosu Awi­nii oka­zy­wa­ły za­chwyt nad kom­ple­men­tem. –> Zachwycamy się czymś, nie nad czymś, więc: …wy­so­kość po­wiek i tembr głosu Awi­nii oka­zy­wa­ły za­chwyt kom­ple­men­tem.

 

Dziew­czyn­ka po­ki­wa­ła głową i wy­ło­ży­ła się w po­ście­li… –> Dziew­czyn­ka po­ki­wa­ła głową i u­ło­ży­ła/ położyła się w po­ście­li

 

uśmie­cha­jąc się przy tym jak głupi do risz­ki. –> Co to jest riszka?

 

Przy­sia­dła obok lu­stra w gar­de­ro­bie Asi, gdzie udały się po wy­stę­pie. –> Przy­sia­dła obok lu­stra w gar­de­ro­bie Asi, dokąd udały się po wy­stę­pie.

 

Jaką mie­li­śmy umowę? –> Umowę zawarły dwie panie, więc: Jaką miałyśmy umowę?

 

Na drugi dzień zwo­ła­no ze­bra­nie mi­strzów. Awi­nia cały po­przed­ni dzień… –> Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za komentarz.

Biorąc pod uwagę wszystkie, przynajmniej się domyślam, dlaczego skończyłem z tyloma punktami. W tym kontekście 7 musiało być przejawem albo ślepoty, albo wiary, że gdzieś w autorze ukryty jest talent. Szkoda, że ja sam nie jestem takim optymistą :)

 

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Nowa Fantastyka