- Opowiadanie: Agroeling - Sen pierwszy - Krokodyle [fragment]

Sen pierwszy - Krokodyle [fragment]

Oceny

Sen pierwszy - Krokodyle [fragment]

Skrajem rozlewiska, powstałego po niezwykle ulewnych deszczach, a będącego uprzednio doliną niewielkiej rzeczułki, przechadzało się kilkadziesiąt osób.Przygnała ich tu wieść, że w zalewie pojawić się miały krokodyle. I faktycznie, tu i ówdzie dało się ujrzeć leniwie płynące pod powierzchnią mętnej wody podłużne kształty.

Stwierdziłem, że gady były zaskakująco wielkie. Spacerowicze zapewne zauważyli to również, gdyż zaczęli podchodzić bliżej brzegu i przyglądać się im ciekawie. Nagle z mrocznej toni wyskoczył gigantyczny krokodyl i chwycił w paszczę stojącego tuż nad wodą młodego mężczyznę w sportowej kurtce. Nieszczęśnik nawet nie zdążył krzyknąć. Widziałem, jak jego tułów znika powoli w gardzieli potwora, a nogi jeszcze przez chwilę majtały w powietrzu, aż w końcu i one zostały wchłonięte.

Tłumek gapiów na moment osłupiał w niemym przerażeniu, po czym rozpierzchł się po okolicy. Słyszałem przeraźliwe wrzaski ludzi, ale tylko jedna myśl kołatała mi w głowie – by ratować własne życie, musiałem również uciekać. Ale zanim wykonałem najmniejszy ruch, zobaczyłem coś, co jeszcze bardziej zmroziło mi krew w żyłach. Z sinych odmętów wylewiska zaczęły wyłaniać się następne, ociekające wodą i szlamem gady. Wszystkie kierowały się ku brzegowi. Rzuciwszy na nie ostatnie spojrzenie, stwierdziłem, że rozmiarami dorównywały miejskiemu autobusowi. Ruszyłem biegiem jak najdalej od przeklętego zbiornika, nie zwracając już uwagi na potrzebujących pomocy ziomków. W pędzie nieomal wpadłem na młodą dziewczynę o ciemnych włosach. Bez zastanowienia chwyciłem ją za rękę i już razem pognaliśmy w stronę zapuszczonych ogródków działkowych. Z oddali dobiegały nas przeszywające serce, stopniowo zamierające wycia i agonalne jęki. Ale musiałem być na nie obojętny, gdyż postawiłem sobie za cel uratowanie siebie i nieznajomej dziewczyny. Nie wypuszczając jej dłoni, zboczyliśmy z udeptanej ścieżki, i ciężko oddychając, zalegliśmy w wysokich chaszczach. Po chwili ujrzeliśmy kroczącego nieopodal nas olbrzymiego krokodyla. Przemknęło mi przez głowę, że gdyby tylko lekko wykręcił w naszą stronę, znaleźlibyśmy się w potrzasku. Na szczęście szedł prosto przed siebie, aż zniknął nam z oczu. Nieco dalej zobaczyliśmy następne gadzie kolosy, które lekko kolebiąc się na boki, dostojnie szły w kierunku pierwszych domów, okalających teren parku.

Nastała złowróżbna, dzwoniąca w uszach cisza. Nadal mocno ściskając dziewczynę za rękę, podniosłem się i pomogłem jej wstać. Rozejrzeliśmy się wokół. Nieco dalej z niedowierzaniem i trwogą spostrzegliśmy kolejne sunące przed siebie podłużne, sinobure kolosy o paszczękach wielkości lokomotywy. Nie było czasu do stracenia. Choć monstrualne potwory wydawały się powolne, to jednak nie mogliśmy oszacować, z jaką prędkością mogły się poruszać. I na pewno nie czuliśmy potrzeby tego sprawdzania. Musieliśmy znaleźć bezpieczną kryjówkę. Przedzierając się przez wyschnięte kępy traw i łopiany, zauważyliśmy jednopiętrowy, szary, nigdy nie ukończony budynek z ziejącymi posępnie otworami okiennymi. Bez problemu dostaliśmy się do środka. Wspięlismy się od razu na pierwsze piętro i rozejrzeliśmy się po gołych ścianach umazanych niezliczonymi graffiti. Przycupnęliśmy w kącie, od czasu do czasu wyzierając poprzez kwadratowy otwór okienny. Wszystko wskazywało na to, że chwilowo jesteśmy tu bezpieczni, aczkolwiek krokodyle rozmiarami niewiele ustepowały temu budynkowi, i wolałbym, aby żaden z nich nas nie przyuważył.

Zastanawiałem się, czy ktoś jeszcze oprócz mnie i dziewczyny zdołał przeżyć masakrę nad brzegiem rozlewiska. I jakie my z kolei mieliśmy perspektywy. Z pewnością nie wyglądały one obiecująco. Krokodyle kierowały się w stronę najbliższego osiedla, więc mieliśmy odciętą drogę. Musieliśmy zostać w budynku. Ale chociaż dał nam schronienie, jak długo mogliśmy w nim przebywać? Wtuleni w zimne, nagie mury, próbowaliśmy wykroić dla siebie jakiś cień marzenia.

I na tym sen się kończy.

Koniec

Komentarze

Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni zastanowiło mnie okrąglutkie “0” przy liczbie komentarzy. (Rozumiem, że teksty oznaczone jako “fragment” nie pojawiają się w grafiku dyżurnych, no ale sklecenie kilku zdań, albo i słów, jeśli już się zajrzało – 11 odwiedzin! – nie powinno dla nikogo stanowić specjalnej trudności. Ot, i jedno słowo: “słabe” – ale wiadomo przynajmniej, że ktoś dostrzegł). Toteż i zajrzałem.

Po pierwsze – nie rozumiem, dlaczego miałby to być fragment? Fragment czego? Opis snu wydaje się kompletny.

Po drugie – nie dociera do mnie przyczyna, dla której napisałeś ten tekst, drogi autorze. Każdemu śnią się sny, bardziej lub mniej dziwaczne, a ten nie wydaje się szczególnie ciekawy.

Po trzecie – od strony warsztatowej nie jest najgorzej, wyłapałem kilka drobnych błędów, ale tekst jest raczej za krótki, by coś poważnego w nim zepsuć :)

No i po czwarte – bardzo chętnie się dowiem, bo jestem zwyczajnie, po ludzku ciekawy, dlaczego przy Twoim nicku, autorze, widnieje piórko? (Zakładam, że jest ku temu jakaś dobra przyczyna i chciałbym ją poznać).

Pozdrawiam!

Precz z sygnaturkami.

O ile sen jest napisany w całości [dlatego go wstawiłem], o tyle jest jednak fragmentem nie ukończonego opowiadania o tematyce onirycznej. Którego pewnie tu już nie umieszczę.

A piórko dostałem za opowiadanie “De profundis clamavi” w roku – kiedy to było? chyba w 1912 roku. Jest teraz na portalu Herbatka u Heleny z większością moich pozostałych tekstów.

Dzięki za odwiedziny.

Skrajem rozlewiska, powstałego po niezwykle ulewnych deszczach, a będącego uprzednio doliną niewielkiej rzeczułki, przechadzało się kilkadziesiąt osób.Przygnała ich tu wieść, że w zalewie pojawić się miały krokodyle.

Brak spacji po kropce.

No, nie urzekło mnie. Sen jak sen, wybacz, nie zainteresował mnie.

Nowa Fantastyka