- Opowiadanie: maciekzolnowski - Wszystko gra i buczy

Wszystko gra i buczy

Chyba pierwsza na tym forum, lekka, obyczajowa komedyjka, poświęcona ulicznym grajkom. Życzę przyjemnej lektury!   

Oceny

Wszystko gra i buczy

 

 

***

 

List do Adasia

 

Drogi Mój Adasiu,

 

Wiesz już, mówiłem Ci to wcześniej, że przebywałem ostatnio z niespełna tygodniową wizytą na Słowacji oraz w Czechach. Miała ona miejsce w okresie ubiegłorocznych wakacji, pięknych i słonecznych, tyle… że akurat podczas mojego urlopu potwornie (ale to potwornie) lało. No, słowo daję! W życiu nie sądziłem, że tyle wody może znajdować się w samych tylko chmurach.

Muszę Ci powiedzieć, że grało mi się ostatnio wspaniale! Najlepiej koncertuje się właśnie u naszych południowych sąsiadów, zwłaszcza, jeśli idzie o muzykowanie plenerowe. Ci ludzie kochają hudbę i znają się na sztuce wysokich lotów. Tak, wiem, i jestem tego świadom, Adasiu, że zawód grajka ulicznego nie należy do najłatwiejszych nigdzie pod słońcem (albo pod chmurką), ale – możesz mi wierzyć lub nie – u podnóża Fatry, na Południu rzępoliło mi się bez dwóch zdań fantastycznie: odczuwałem tam te wszystkie, hmm, płynące ze strony publiki, pozytywne wibracje. I nawet policja nie była skora do wlepiania mandatów za brak pozwolenia na zajęcie pasa ruchu drogowego i nie przeganiała nas: artisti di strada.

Napisałem „nas” – aaa… to z uwagi na fakt posiadania przeze mnie… akompaniatora, wyjątkowego „uwertoza”, w osobie nowego kamaráda Zbyška. Cóż to za wspaniały muzykant oraz człowiek jest, mówię Ci. Rżnie kozacko na harmoszce, jak młody bóg i jak stary Cygan jednocześnie! No, a oni tam mają całkiem sporo tych „Mam Talentów” i grajków w taborze, starych… i młodych zresztą też… Ale Ty to pewnie wiesz? Vieš to.

No dobrze, Panie Bobrze; opowiem Ci teraz, jak do tego doszło, że się ze Zbysiem zapoznałem i z miejsca zakumplowałem. Przedstawię Ci kulisy naszych zawodowych relacji, które składają się na niedługą historyjkę. Ona nie jest zbytnio długa, ta historyjka. I myślę, że mógłbym ją tutaj zmieścić w trzech zdaniach i przy trzech zaledwie Harnasiach, ale pozwól, Drogi Adamie, iż dla lepszego ukazania detali posłużę się dziennikiem, który od lat prowadzę. A więc ruszamy z koksem!

 

 

 

***

 

Fragmenty Dziennika

 

Niedziela

Właśnie rozpoczęły się wakacje. O godzinie dziesiątej rano pakuję się i ruszam do Ustronia. Godzinę później docieram do jednej z ważniejszych ulic tego kurortu, parkuję rower pod drzewkiem i wyjmuję sprzęt. Wrzucam piątaka do futerału, w myśl zasady, że pieniądz rodzi pieniądz, i rozkładam się na trawce, w pobliżu chodnika. Otwarty futerał opieram o krawężnik, a sam staję z mandolinką, zwarty i gotowy do pracy. Rozpoczynam standardowo od nastrojenia się (to znaczy – od nastrojenia instrumentu). I już po chwili lecę „Ojcem chrzestnym”, „Skrzypkiem na dachu” i „On objął ją w pół, a ona gruba jak wół, i drze się na cały głos”.

Turystów wszędzie full! Znudzeni, pałętają się to tu, to tam – tam i z powrotem, tam i z powrotem – tym deptakiem, jakby nie mogli ruszyć dupska i poleźć gdzieś w góry… i dopiero tam se połazić do woli. No, a ja się grzecznie pytam „to po cośta tu przyjechali”. W sumie dobrze, że przyjechali, i że się pałętają; mam dzięki temu dla kogo grać.

Już butelkę z zimnym piwkiem… Prr… wróć! Jeszcze raz! Już butelkę z wodą, nagrzaną od słońca, postawiłem na chodniczku. Będę się co rusz poił w przerwach, bo upał sakramencki.

Na przykład teraz skończyłem nawilżać swą paszczę od środka. I już mam zaintonować drugi, rzewny „secik”, gdy wtem słyszę gromkie i wesołe Ahoj, skierowane pod adresem skromnej mej persony. Na tak ciepłe przywitanie odpowiadam w jedynie słuszny i inteligentny sposób Ahoj! Okazuje się, że mam przyjemność poznać kolegę po fachu, cudzoziemca.

Jest to zwalisty, łysiejący facet, około pięćdziesiątki, który ciągle się jąka, a przy tym gada chaotycznie i niezwykle szybko. Ta szybkość może niektórych niepokoić, na przykład podczas rozmowy telefonicznej. (Kiedyś, jak mój ojciec odebrał komórę, to się potem zastanawiał, czy Słowakowi nie brakuje jakiejś piątej klepki, i czy aby na pewno wszystko z nim okej).

Ma swojską, interesującą aparycję. I zamiast normalnego brzusia posiada wielki bęben – i to, o tym najniższym, możliwym stroju. (No bo tak to już jest, a mało kto o tym wie, że instrumenty perkusyjne, takie jak bębny, wydające dźwięki o przybliżonej wysokości, również posiadają swój strój). Zbysio, bo tak na niego wołają, od razu proponuje mi wspólne muzykowanie.

No i zaczyna płynąć: bum, cyk, cyk, bum, cyk, cyk. O, Boże! Cóż to za kakofonia jest – ten nasz pierwszy, radosny performance. Zbiór różnych, różnistych temp, występujących w obrębie pojedynczego szlagieru, choć powinno istnieć jedno A Tempo; zbiór wielu, przeróżnych strojów i temperacji, choć instrumenty, na których chałturzymy, mamy zasadniczo tylko dwa.

Myślę tak w ogóle, że strojenie instrumentów przed rozpoczęciem gry jest dobrym pomysłem – gorzej, jeśli za nim nie idzie praktyka wykonawcza.

Kiedy w końcu wybrzmiewają ostatnie akordy, zaczynam szczerze wątpić w swoje, odziedziczone po matce, zdolności. I całkiem opadam z sił, podczas gdy na ustach mego nowego kolegi ze Słowacji pojawia się nieskazitelny uśmiech. I wtedy… on nagle zaczyna:

– Piknie mi si z tobhom hralo. Ale bysme razem zarobili! Ja to wim i ty to weśś, no? Hej!

Stwierdzam, że najbardziej podoba mi się właśnie to wydłużone „hej” na końcu. Z tym głębokim i niskim ha, brzmi po trosze jak przytaknięcie, a po trosze jak pytanie. A wtenczas… on dalej:

– Ty si musyisz do mne priechat… możem w priszlym tygodnio, wesz? Ty, kamarád, pojedem si do Popradu hrat. Hej!

Aż mnie normalnie zatkało. Nie wiem, co to za język jest: czy to polski, czy ruski, czy czeski może. I co mam mu odpowiedzieć. Jednakże z czystej ciekawości oraz woli przeżycia wakacyjnej przygody postanawiam potryndać się do tego Popradu, no bo w końcu why not?

 

 

Piątek

Z czeskiego Cieszyna udaję się pociągiem najpierw do Żyliny, a potem do Popradu. Aura jest taka, że szału nie ma.

Jadę naprzód sam, bez Zbysia, a od Żyliny – razem z nim. Co prawda, plan jest taki, ażeby porzępolić na dzień dobry w tym głównym ośrodku Doliny Wagu, ale z uwagi na pogodę pod zdechłym Azorkiem modyfikujemy go i kierujemy się od razu do słowackiego odpowiednika Zakopanego. Mamy nadzieję, że pogoda się wkrótce poprawi.

Po chwili docieramy do stolicy kraju żylińskiego. Monitujemy meteorologię. Nadzieja okazuje się być znowu matką głupich. Leje jak z cebra, teraz nawet jeszcze bardziej. Ale nie martwi mnie to wcale.

W pociągu wspominał coś Zbysio o podwyższeniu i o zadaszeniu, pod którym koncertują muzykanci. Zbysio zawsze mówi prawdę – koncertują tu głównie Romowie. Okazuje się, że rzeczone zadaszenie – to nic innego, jak sklepienie kolejowego dworca, zaś poszczególne perony wraz ze schodkami, prowadzącymi do kładki, przerzuconej ponad torowiskiem, stanowią proscenium. No to pekne! A ja naiwny myślałem, że będę sobie pykał gdzieś na ryneczku albo jakimś placyku – wszędzie, tylko nie na tym zatęchłym dworcu i z Cyganami.

Cyganów zresztą nie widać. Zjawiają się dopiero, kiedy zaczynamy hrat, i nawet wspomagają nas materialnie.

No i płynie muzyczka: bum, cyk, cyk, bym, cyk, cyk, bym! O, proszę! Ta kakofonia nie jest nawet taka zła, jak za pierwszym razem. Można śmiało rzec, że się rozwijamy.

Dziś nie gadam już „to po cośta tu przyjechali, turisti”. Turystów jest tyle, co kot napłakał. I w ogóle wszystko wkoło zdaje się beczeć i smętnieć… w rytm tych ludowych, lirycznych pesniček, z naszego prześwietnego, internacjonalnego repertuaru.

Tego dnia zarabiamy na bilety tam i z powrotem. I tylko tyle! Kupujemy sobie po dwa dwulitrowe Staroprameny na drogę. I znów tryndamy się vlakiem w kierunku Martina, gdzie w jego okolicy mamy przenocować i sobie pohovorit o życiu oraz dupie Maryni.

I teraz jesteśmy już prawie w domu – prawie, ale jeszcze nie do końca. I jesteśmy już po piwku – po, ale jeszcze przed. Gramy po drodze w tej gównianej knajpie w Suczanach – ot, tak sobie, dla relaksu. Niestety, tutejsza wiara niezbyt przychylnie zapatruje się na nasze oldschoolowe pitolenie. I jak sama twierdzi, „my im przeszkadzamy”. No paczcie ich: przeszkadzamy! Zresztą tego się można było spodziewać po takich „młodych, osiłkowatych, od bili i od Tequili”. Zwijamy więc majdan.

Idziemy na noc na kwaterę do pani Ewy – gospodyni, będącej w ogóle i szczególe sympatią Zbysia.

Pani Ewa jest miłą, starszą osobą, o blond włosach, która była kiedyś członkinią ludowego zespołu „Pieśni i Tańca”, i ma po dziś dzień sentyment do Czechosłowacji oraz tego wszystkiego, co dawne, znane i lubiane. Mogłaby całymi godzinami wspominać o tym muzyczno-tanecznym epizodzie. Maluje się z ostra, jak starsza (stara) pudernica. Ale to w końcu jej sprawa!

A teraz stoi w tym szlafroku, dosłownie wyciągnięta z łóżka. I z otwartymi rękoma, już od progu, się z nami wita. Czułości płyną także w stronę Zbysia:

– Piłeś? Si opitý? To vidím. Hej! Preboha!

Ten, stara się ją udobruchać:

– Vôbec ne! Miláčiku! Slnko! Moja Evičku!

I już po chwili siedzimy sobie w trójkę przy suto zastawionym stole oraz przy piwku. Przecież na Słowacji na bycie gościnnym nigdy nie jest za późno.

I w końcu też – w wiejskim, pokomunistycznym bloczku i w jednym pokoiku, przy nastrojowej lampeczce i przy tych kojących, sentymentalnych dźwiękach czeskiego rozhlasu – syci i szczęśliwi układamy się spolu do snu. Ja – gnieżdżę się na podłodze, bo lubię spać na twardym, zaś pani Ewa ze Zbysiem wędrują na starą, czechosłowacką wersalkę, która jeszcze przed rozłożeniem zajmowała prawie jedną czwartą tego zagraconego mieszkania sześć na dziewięć (nie mówiąc już o tym, ile zajęła po rozłożeniu). Słowem: jest swojsko, ale ciasno, ciasno jak diabli!

 

 

Sobota

Nie mogę powiedzieć, żebym się wyspał, no ale czego tu oczekiwać od podłogi w roli podłogi oraz od cieniutkiego kocyka w roli karimaty.

Chciałem jeszcze wyskoczyć na parę godzin na Faterkę, ale Zbysio stwierdził, że nie warto tego robić, gdyż niedźwiedzie nedávajú peniaze. No a skoro nie płacą, a na muzyczce można zarobić gdzie indziej, to po co w ogóle chodzić w góry? Oto przykład racjonalnego podejścia do życia (w wersji mego kamaráda).

Wyszedłem za to z rana po bułki, ale jak wróciłem, okazało się, że chyba coś z nimi nie tak:

– Máme bulki? – zapytała pani Ewa. – A čerstvé?

– Jak to czerstwe?! No przecież wybierałem same gorące i pachnące – zachodziłem w głowę.

Jednakże po chwili rozgryzłem tę subtelną różnicę językową – rozgryzłem, przełknąłem i popiłem czarną kawą.

Mandolinka była już nastrojona, a ja – zwarty i gotowy do pracy. Kupiliśmy sobie po litrze Staropramen'a na drogę. I znów potryndaliśmy się vlakiem – tym razem do Turčianskich Teplic. Teplice są wyjątkowo piękną mieściną, ale i dziurą zabitą dechami. A w dziurze, jak to w dziurze, wiadomo – psy dupami szczekają. Nie wiem dokładnie, co wyrażonko to oznacza, ale ten ktoś, kto je wymyślił musiał już widocznie znać tę niespełna siedmiotysięczną miejscowość (położoną nad rzeką Turiec u podnóża Fatry Wielkiej), w której ja osobiście turystów nie widziałem. I w tym kontekście, w mych oczach, tutaj, dzisiaj, Zbysio urósł do rangi specjalisty od namierzania najgorszych możliwych lokalizacji, nienadających się kompletnie do muzykowania ulicznego.

– Chłopie – mówię mu, biorąc łyk ciepłej wody mineralnej, pochodzącej wprost z trzewi Matki Ziemi. – Dla kogo chcesz grać? Tu nikogo nie ma!

Ale on upiera się, że to dobré miesto, że niedźwiedzie nie dają pieniędzy (ma rację, ale powtarza się), i że na pewno na chlebek dzisiaj zarobimy. Nie wiem, czy akurat na chlebek, bo dzień rozpoczęliśmy od piwka i na piwku zdaje się skończymy. I nawet teraz, siedząc pod tym velkim Albertem, doimy ciemnego Złotego Bażanta, rozgrzewamy się, schładzamy i jednocześnie nawilżamy swe paszcze i trzewia przed grą.

Poszukujemy dobrej lokalizacji – w miarę dobrą znajdujemy. I teraz nie dość, że nikt nas nie słyszy, to jeszcze na dodatek nikt nas nie widzi. Stoimy bowiem w idealnie zacienionym miejscu, co prawda na głównym deptaku, ale za to – zasłonięci z dwóch stron przez ogromne tablice z ogłoszeniami i jakieś szyldy reklamowe. Gdyby te szyldy znajdowały się jeszcze w jakimś studiu nagraniowym, z tymi wszystkimi wydmuszkami na ścianach, chłonącymi energię akustyczną, to by je można było uznać za monitory, które odbijają fale mechaniczne. I wszystko byłoby okej. Ale tutaj, na tej pustej, teplickiej ulicy nic nie jest tak, jak być powinno.

No ale to nic – zaczynamy! I zaczęliśmy – najpierw smętnie: bam, dana, dana, bam; potem zachałturzyliśmy nieco żwawiej: bum, cyk, cyk. Aż w końcu przeszliśmy na najwyższy bieg: du, du, ru, du, sru, du.

I właśnie wtedy, nie wiadomo skąd, wynurzył się starszy, dystyngowany pan w towarzystwie swego młodszego i grubszego kolegi z brodą – faceta z Koszyc. A ponieważ zanosiło się na tęgą z tymi dżentelmenami pogawędkę, toteż natychmiast przerwaliśmy koncert i wycofaliśmy się w ślepy róg uliczki Meliniarskiej. Okazało się bowiem, że panowie – Zbysio i „starszy, dystyngowany” – znają się od dawna i jak łyse konie. Rudo, bo tak miał na imię ów oldboy, był – podobnie jak Zbyś – akordeonistą, a na dodatek niezwykle utalentowanym i miłym: śpiewał, grał na czymś w rodzaju plektronu, wkładanego doustnie między zęby, i pięknie się uśmiechał. Nie można mu było odmówić uroku osobistego. I co ważniejsze – był na cyku, lekkim co prawda, ale jednak… Nie powiem, żeby mu to dodawało glorii, ale na pewno niczego nie ujmowało. „Pił zdaje się z rańca jakieś wińsko, pewno truskawkowe; może z tym gościem z Koszyc; zresztą kto go tam wie” – pomyślałem tak, jakbym był fanem stasiukowej prozy.

A dalej już… poszło samo. Myśmy grali, a oni się bawili. I tak, w koło Macieju, gadaliśmy ze sobą przez trzydzieści minut, a przez kolejnych trzydzieści graliśmy. I znów: naprzód dyskutowaliśmy, a potem rżnęliśmy. Zauważyłem, że Rudo oraz koszyczanin zaczynają pojawiać się na deptaku coraz rzadziej i czym raz to bardziej weseli. Skubani! Wpadają dosłownie na chwileczkę, na pogawędkę, a na czas muzykowania znikają. A to ci heca! Ale odkrycie!

 

 

C.d.n.

Koniec

Komentarze

Nie skomentujesz, Finkla? No wiesz? ;)

Zdrówka i szczęśliwego Nowego Roku tak w ogóle, 

MZ

maciekzolnowski

Przedstawię Ci kulisy naszych zawodowych relacji, które składają się na niedługą historyjkę. Ona nie jest zbytnio długa, ta historyjka.

Po co dwa razy mówisz to samo, zdanie po zdaniu?

Czułości płynął także w kierunku Zbysia:

Literówka.

Podobało mi się :)

Dzięki, Anet! Już poprawiam byczki. 

maciekzolnowski

Choć wiele treści w Twoim gawędzeniu nie ma – ot, trochę grania, sporo piwa i nieco miejscowego folkloru – to całkiem nieźle czytało się tę opowiastkę.

 

Rżnie ko­zac­ko na har­mosz­ce, jak młody Bóg… –> Rżnie ko­zac­ko na har­mosz­ce, jak młody bóg

 

I już po chwi­li lecę „Ojcem Chrzest­nym… –> I już po chwi­li lecę „Ojcem chrzest­nym

 

pytam „to po coś ta tu przy­je­cha­li”. –> …pytam „to po cośta tu przy­je­cha­li?.

 

(No bo tak to już jest, a mało kto o tym wiem, że… –> Literówka.

 

Leje jak z cebra, teraz nawet jesz­cze go­rzej. –> Leje jak z cebra, teraz nawet jesz­cze bardziej.

 

do pani Evy – go­spo­dy­ni, bę­dą­cej w ogóle i szcze­gó­le sym­pa­tią Zby­sia.

Pani Ewa jest miłą, star­szą osobą… –> …bę­dą­cej w ogóle i w szcze­gó­le sym­pa­tią Zby­sia.

Jak ma na imię gospodyni Zbysia – Eva czy Ewa?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieszę się, Reg. I dziękuję! Wydaje mi się, że jest to na tym forum jeden z nielicznych tekstów, traktujący o grajkach ulicznych. I – jako taki – sporo wnosi. 

Mam oto listę byczków, które popełniłem, a które byłaś łaskawa wskazać…

No a co z apostrofami? Coś mi się zdaje, że poprawić muszę niejedno, np: zamiast vlak’iem, lepiej napisać po prostu vlakiem.

maciekzolnowski

No a co z apostrofami? Coś mi się zdaje, że poprawić muszę jeszcze niejedno, np: zamiast vel'kim, lepiej napisać po prostu vlakiem.

Maćku, przykro mi, nie pomogę. Nie znam się ani na czeskim, ani na słowackim. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki. Właśnie to czytam. 

maciekzolnowski

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka