- Opowiadanie: Drozd - Czarodziejskie Fasolki

Czarodziejskie Fasolki

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Czarodziejskie Fasolki

Czarodziejskie fasolki

 

Tego dnia targ był wyjątkowo zatłoczony. Przybyli na niego nie tylko miejscowi, ale również mieszkańcy wielu pobliskich wiosek. Każdy z nadzieją na dorobienie się fortuny. Niestety, nie było to dane wszystkim. Na takie powodzenie w interesach mogła liczyć zaledwie garstka.

Janek przyszedł tu jeszcze przed wschodem słońca, wtedy, gdy miejsce to było wielkim, kwadratowym polem żwirowego klepiska, otoczonym wysokimi wieżowcami, oraz wielkimi hałdami śmieci, których nikt nie kwapił się sprzątać. Wszystko to oświetlały dziesiątki neonowych reklam. Zaraz po wschodzie słońca, którego jedyną oznaką był brudno-siny odcień nieba, na teren targowiska wylęgła spomiędzy drapaczy chmur śmierdząca, drapiąca w gardle i szczypiąca w oczy mgła zmieszana ze smogiem i oparami gnijących dookoła śmieci.

Janek rozłożył na skraju targu swój mały kramik, kartonowe prostokątne pudło. Uważając by przypadkiem nie zająć czyjejś parceli, wykupionej u dogów – mafii trzęsącej całym miastem i zgarniającej niebotyczne profity ze sprzedawanych tutaj dóbr. Nie do końca było dla niego jasne jak były wyznaczane poszczególne miejsca, lecz handlarze, których z każdą chwilą przybywało, bez problemów znajdowali swoje parcele i rozkładali towar.

Janek wyciągnął to, co miał zamiar dzisiaj sprzedać – cztery porcelanowe talerzyki, które udało mu się wykraść z domu, gdy jego matka jeszcze spała, oraz znaleziony wczoraj, przestarzały, ale wciąż sprawny skaner siatkówki oka. Rozłożył wszystko starannie, a później usiadł na wilgotnej ziemi i czekał, aż na targ zejdą się tłum ludzi.

Z upływem czasu śmierdząca mgła rozwiała się i ustąpiła miejsca drobnej mżawce. Deszcz przesiąknięty smogiem pozostawiał szare, brudne smugi na wszystkim, czego dotknął. Handlarze zakrywali swoje towary przezroczystą folią. Janek nie był gorszy.

Około godziny siódmej targowisko tętniło już pełnią życia. Tysiące ludzi owiniętych w szare lub czarne płaszcze, przewijało się wśród kramów w sobie tylko znanym celu. Wyglądali niczym brudna rzeka omywająca kamienie stoisk, niepowstrzymanie prąca przed siebie.

Nad tą rzeką unosił się szum rozmów, piski sprzętu elektronicznego różnego rodzaju, ryk silników spalinowych oraz dużo krzyków. Każdy starał się przekrzyczeć pozostałe tak, by najlepiej rozreklamować swój towar.

Janek przyglądał się temu potokowi bezmyślnym wzrokiem. Nikt do tej pory nie zwrócił na niego uwagi. Ani klienci, ani drobne złodziejaszki, które szukały okazji na łatwy zarobek.

Kiedyś też próbował tego fachu, lecz był na to za duży i zbyt niezdarny. Szybko został przyłapany na próbie kradzieży kieszonkowej. Był za wolny, przez co nie zdołał uciec i został ciężko pobity. Od tamtego czasu kulał i nie próbował więcej kraść. Teraz starał się zarobić na handlu. Choć nie było to łatwe, gdyż w domu nie zostało już nic, co mógłby wynieść. Jego matka bardziej go pilnowała i zamykała swój pokój na klucz tak, by on nie mógł się tam dostać. Ten pokój był ostatnim, w którym pozostały jakieś cenne przedmioty.

– Halo!

Z zamyślenia wyrwał go chropowaty, starczy głos. Janek uniósł maślane oczy i ujrzał twarz starszego człowieka pokrytą szarymi zaciekami brudnego deszczu. Mężczyzna miał na głowie dziwny, wysoki i sztywny kapelusz o wąskim rondzie, spod którego wystawały pasma siwych włosów. Równie szare i krzaczaste brwi nadawały jego twarzy groźny wyraz. Brązowe oczy patrzyły na Janka pewnie i śmiało. Miał dokładnie ogoloną twarz z kilkoma śladami zacięć na pomarszczonej skórze podbródka. Był szczelnie owinięty czarnym płaszczem od szyi aż po ubłocone buty. Nie wyglądał na kogoś bogatego, ale też nie był łachmaniarzem. Janek zdziwiony wpatrywał się w oblicze tak niecodziennego osobnika.

– Słyszałeś? – zadał pytanie.

– Cooo?

– Chcę zobaczyć te porcelanowe talerzyki.

Janek dopiero po dłuższej chwili przetrawił słowa, które właśnie usłyszał.

– Już, już… – zaczął szamotać się z folią i po chwili podał talerzyk nieznajomemu – Proszę.

Mężczyzna wziął go do ręki i zaczął się mu dokładnie przyglądać, szepcząc przy tym niezrozumiale pod nosem. 

– Dobrze, biorę. Ile za nie chcesz?

Janek był trochę zdziwiony, nie rozumiał jak można chcieć kupić coś tak beznadziejnego. Skaner siatkówki był o wiele lepszy i bardziej wartościowy, a mimo to dziadek chciał kupić jakieś głupie talerzyki. Janek wystawił je tylko dlatego, żeby jego stragan nie wyglądał tak pusto, a tu takie szczęście. Postanowił wykorzystać to, że talerzyki spodobały się temu dziwnemu człowiekowi.

– Pięćdziesiąt jednostek.

– W życiu, mogę dać dwadzieścia.

– Trzydzieści i są twoje.

– Słuchaj młody, nie mam tyle, mogę dać dwadzieścia.

– To nic z tego dziadek, za mało. Musisz dorzucić coś jeszcze.

Mężczyzna przyglądał się chwilę Jankowi. Oceniał go. W końcu sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyciągnął małą przezroczystą torebeczkę z białymi pastylkami w środku.

– Słuchaj, mam coś lepszego. Tylko nie mów nikomu. – Dziadek konspiracyjnie nachylił się do Janka i ściszył głos – Jestem naukowcem. Niedawno opracowaliśmy formułę, dzięki której mózg wytwarza dodatkowe połączenia między neuronami. Słuchaj, dzięki tym tabletkom staniesz się mądrzejszy.

Janek starał się zrozumieć znaczenie słów, które właśnie zostały wypowiedziane. Po chwili jednak się poddał.

– Nie, nic z tego dziadek. Potrzebuję kasy, żeby kupić coś do żarcia.

Starszy mężczyzna postanowił zmienić taktykę.

– Słuchaj, te tabletki sprawią również, że nie będziesz musiał jeść. Jedna pastylka wystarczy ci na tydzień. A tutaj są aż trzy! – dziadek zamachał woreczkiem przed nosem Janka.

On zaś zrobił szybki rachunek: trzydzieści jednostek wystarczy mu zaledwie na trzy lub cztery dni, a tabletki są trzy, co daje mu razem trzy tygodnie nie martwienia się o to, co będzie jadł. Wszystko było jasne.

– Dobrze! – Janek zgodził się szybko – Zgoda, daj te tabletki i jesteśmy kwita, możesz brać te placenowe talerzyki.

– Porcelanowe. – poprawił go mężczyzna.

– Też mogą być.

Dziadek pokręcił głową z niedowierzaniem, ale wręczył Jankowi woreczek z tabletkami.

– Tylko pamiętaj – zastrzegł – nie zjadaj wszystkich trzech naraz, bo możesz się pochorować.

– Dobra, dobra, idź już, dziadek, bo zasłaniasz mój towar.

Janek przyglądał się przez chwilę pastylkom. był zadowolony, że zrobił interes życia. Dostrzegł, że na każdej z nich widnieje wytłoczony mały listek, a same pastylki były podłużne i przypominały trochę ziarenka fasoli. Wzruszył ramionami i schował woreczek do kieszeni. Nie mógł się doczekać, aż powie o tym matce.

Postanowił zostać na targu, mając nadzieję, że uda mu się sprzedać skaner, co byłoby jeszcze większym sukcesem. Tabletki plus pieniądze, jego matka na pewno byłaby zadowolona, mimo skradzionych talerzyków.

Dochodziło południe. Mżawka przestała siąpić, pozostawiając po sobie brudne zacieki na wszystkim i wszystkich dookoła. Niebo w dalszym ciągu przesłaniały niskie i szare chmury, zwiastujące dalszy ciąg opadów.

Teren targowiska zaczął pustoszeć. Ci, którzy zbili dzisiaj fortunę już się tutaj nie pojawią, pozostali powrócą jutro z samego rana, z nadzieją, że koło fortuny wskaże właśnie ich stragan.

Janek zaliczał się do tej drugiej grupy, choć wiedział, że nie wróci tutaj tak szybko, wszak miał tabletki, dzięki którym w najbliższym czasie nie będzie chodził głodny. Skaner siatkówki oka schował do kieszeni płaszcza, a swój stragan – kartonowe pudło i folię – rzucił na wielką i śmierdzącą kupę śmieci, która wyrosła niedaleko jego stoiska.

 

 

 

Szedł bocznymi uliczkami miasta, otoczony hałdami śmieci i czarnymi od sadzy i smogu ścianami budynków, ścigany hałasem samochodów oraz reklam ogłaszanych na głównej ulicy przez roboty. Pogwizdywał sobie cicho pod nosem. Miał do przejścia jeszcze kilka przecznic. Dom jego matki stał poza miastem, między przepełnionym wysypiskiem śmieci, a zanieczyszczonym i cuchnącym stawem, który niewiele różnił się od ścieku. Obok nich stały jeszcze dwa domy, gdzie mieszkali starzy ludzie. Reszta wioski już dawno przeniosła się do miasta.

Wyszedł spomiędzy zabudowań, wprost na duże pole, na którym od dawna nie chciało nic wyrosnąć. Ludzie już nawet przestali próbować, ziemia była tam tak skażona, że nie miało to sensu.

Nad centrum miasta unosiła się, rozmyta przez smog łuna od tysięcy kolorowych reklamowych neonów. Podświetlała brzuchy nabrzmiałych od zanieczyszczeń deszczowych chmur.

W połowie drogi Janek poczuł na plecach podmuchy wiatru. Gdy się odwrócił, zobaczył, że spomiędzy wieżowców wypełza szara, gryząca chmura smogu. Coraz mocniejsze podmuchy wiatru zaczęły podrywać z suchej i spękanej ziemi ziarenka paisku. Janek przeszukał kieszenie w poszukiwaniu maski, ale nie miał już żadnej przy sobie, musiał się spieszyć, by dotrzeć do domu nim chmura go dogoni. Założył gogle i ruszył przed siebie kulawym truchtem.

 

 

 

 

Chmura pyłu otoczyła jego dom, gdy tylko przekroczył próg. Dało się słyszeć jak drobne ziarenka piasku, poderwane silnymi podmuchami wiatru, uderzają o szyby w oknach, wygrywając na nich smętną melodię. Po chwili pierwsze grube krople brudnego deszczu uderzyły o parapet wtrącając nowe tony do melodii. Szyby pokryły się grubą warstwą sadzy, zasłaniając to, co działo się na zewnątrz. Pozostała tylko smętna melodia i mrugająca żarówka w salonie.

– Jestem! – krzyknął Janek w głąb domu, zdejmując płaszcz i gogle.

Z kuchni wyszła jego matka. Niemłoda, zniszczona przez lata ciężkiej pracy w polu i zamartwiania się, jak utrzymać i wychować syna po tym, jak jego ojciec zostawił ich, gdy chłopak był jeszcze niemowlakiem. Brązowe, poprzetykane pasmami szarości włosy miała związane w kok. Oczy, niegdyś wściekle zielone, teraz przypominały barwą wypaloną słońcem trawę. Poznaczona zmarszczkami twarz miała poważny wyraz. Jej ubrania, mimo że eleganckie, były już zniszczone przez lata noszenia.

– Gdzie byłeś? – zapytała.

– A, kręciłem się po mieście.

– Taak… A gdzie są moje porcelanowe talerzyki?

– No dobrze! – nigdy nie potrafił jej okłamać – Byłem na targu. Wziąłem te twoje talerzyki i sprzedałem je. Okej?

– Ehh… – nie miała już sił na niego krzyczeć. Kiedyś robiła to często, gdy z dnia na dzień z domu znikały kolejne sprzęty. Krzyczała, ale do Janka nic nie docierało, dalej kradł, a jej skończyły się argumenty i siła do nieustannych wrzasków. – Mam nadzieję, że przynajmniej przyniosłeś trochę pieniędzy. – powiedziała z rezygnacją w głosie.

– Mam coś lepszego! – sięgnął do kieszeni i wyciągnął woreczek z pastylkami – Za te twoje talerzyki od takiego dziadka dostałem tabletki, po których człowiek przestaje być głodny. Wyobraź sobie, że jedna starcza na tydzień. A ja mam trzy! Jak się podzielimy to i tak będzie długo. Ale miałem szczęście, nie?

Na początku patrzyła na Janka z niedowierzaniem i rozbawieniem. Myślała, że jej syn żartuje. Myliła się.

– Ty idioto! – wybuchnęła – Jak mogłeś dać się tak oszukać! Czy ty w ogóle słyszysz, co ty mówisz? Tabletka, po której przez tydzień nie chce się jeść?! Czy ty jesteś normalny?! Nic takiego nie istnieje! Te talerzyki były warte co najmniej sto jednostek, a ty wymieniłeś je na trzy pastylki, które nie wiadomo do czego są! Absurd! Czemu los pokarał mnie aż tak głupim synem!  –Wyrwała mu woreczek z ręki, zgniotła i rzuciła w ciemny kąt pokoju – Zejdź mi z oczu! A jeśli jeszcze cokolwiek zniknie z tego domu to możesz już nie wracać! Zrozumiałeś?!

Kobieta wyszła do kuchni, zostawiając oszołomionego Janka samego. Melodia zza okna przerodziła się w głośny, monotonny szum, co oznaczało, że zamieć przybrała na sile i nie skończy się tak szybko.

Janek podniósł tabletki i ruszył schodami do swojego pokoju. Nie wiedział o co chodziło jego matce, przecież te tabletki były więcej warte niż sto jednostek. Takie pieniądze wystarczyłyby im na tydzień, a tabletki to trzy tygodnie nie martwienia się o jedzenie. Nie potrafił tego rozgryźć.

W pokoju zapalił małą lampkę na biurku. Szum deszczu ogłuszał i przyprawiał o dreszcze. Czarne, pokryte grubą warstwą sadzy, okna nie ujawniały nic z tego, co działo się na zewnątrz. Ziały czarną pustką, niczym iluminator na statku kosmicznym.

Janek założył słuchawki na uszy i położył się na łóżku. Z głośników popłynęły pierwsze i ciche jeszcze dźwięki rocka. Chłopak przez chwilę przyglądał się tabletkom w plastikowym woreczku. Rozmyślał o tym, co mówiła jego matka. Wzruszył ramionami:

– Skoro ona nie chce… – wyciągnął pastylki z woreczka i połknął wszystkie naraz.

 

 

 

Obudziło go jasne, kolorowe światło. Na początku nie chciał jeszcze otwierać oczu, by sen całkowicie się nie ulotnił. Wszak nie musiał iść dzisiaj na targ. Wczoraj wieczorem zjadł trzy tabletki i teraz nie będzie czuł głodu przez długi czas. Chciał pospać trochę dłużej. Odwrócił się twarzą w stronę – jak mu się wydawało – ściany. Jasność rozbłysła ze zdwojoną siłą, co zmusiło go do otwarcia oczu. To, co zobaczył wprawiło go w osłupienie. Dobrze pamiętał, że zasypiał we własnym łóżku. A obudził się leżąc na trawie pośrodku leśnej polany. Nie była to jednak zwykła łąka. Wszystko co się na niej znajdowało emanowało światłem tak jasnym, że aż sprawiającym ból. Trawa jarzyła się jaskrawym odcieniem zieleni, pnie drzew brązowym, a owady z daleka wyglądały jak małe żaróweczki unoszące się w powietrzu i przysiadające na kolorowych kwiatach świecących jak reflektory. Nie było widać słońca, a mimo to było jasno. Niebo miało kolor jasnego, fosforyzującego błękitu, po którym przesuwały się stroboskopowe chmury posyłające we wszystkich kierunkach groźne błyski. Całości towarzyszył szum wiatru, przypominający bardziej buczenie transformatora.

Janek, oślepiony feerią jaskrawych barw i ogłuszony nieustającym szumem, zamknął oczy, skulił się na nibytrawie i trwał tak przez jakiś czas. Starał się obudzić z tego dziwnego i niepokojąco realnego snu. Z czasem przyzwyczaił się do buczenia, a gdy uznał, że jest gotowy, otworzył oczy. Ponownie ogarnął wzrokiem całą polanę. Nic się w niej nie zmieniło, ale wydała mu się już mniej straszna i obca niż wcześniej. Janek zerwał kilka źdźbeł trawy i przysunął je sobie przed oczy. Przypominały mu neony, ale nie takie reklamowe w mieście. Te nie były mieszaniną gazów zamkniętych w szklanych rurkach, były miękkie i giętkie, o chropowatej fakturze. Uginały się pod jego dotykiem i wyginały w rytm podmuchów wiatru. A każdy nawet najmniejszy ruch powodował u nich rozbłysk zieleni. Gdy Janek tak im się przyglądał, zobaczył, że wewnątrz łodyg, małymi kanalikami coś się porusza. Były to ciągi zielonych liczb. Zero, jeden, zero, jeden, jeden… i tak bez końca. Niekończący się ciąg zero-jedynkowy poruszał się wewnątrz roślin jak krew. W miejscu gdzie rośliny były uszkodzone liczby wyciekały i rozpadały się na jeszcze mniejsze elementy.

Janek wiedział, usłyszał to w głowie, że jest to coś na wzór chlorofilu. Wstał i ruszył w kierunku najbliższego drzewa. Każdy jego krok powodował rozbłysk kolorowego, jaskrawego światła rozchodzącego się koncentrycznie wokół jego nóg po wszystkich roślinach. Jak kręgi na wodzie po wrzuceniu doń kamienia.

 Pień drzewa był tak samo zbudowany jak źdźbła trawy, ale był twardszy i emanował innym kolorem światła, a liczby krążące w jego wnętrzu były większe i łatwiej było je dostrzec.

Janek przywykł do tych dziwactw bardzo szybko. Na początku był zdziwiony, lecz teraz przechadzał się wokół tych niecodziennych roślin jak po ulicach własnego miasta. Ruszył wąską, ledwo dostrzegalną ścieżką. Gdy zagłębił się w las neonowych drzew i krzewów, usłyszał odgłosy wydawane przez zwierzęta. Nie były jednak takie same jak te, które słyszał w telewizji w starych programach przyrodniczych. Te tutaj były zmienione, jakby zdeformowane. Brzmiały jak gdyby dobiegały z jakiegoś uszkodzonego megafonu, wcześniej przemielone przez equalizer. Janek wiedział, żeby się tego nie lękać, nic mu nie groziło. Był tego pewien. Szedł przed siebie pewnym krokiem podziwiając otaczające go nowości. Wiedział dokąd zmierza, a to było dla niego najważniejsze. Gdy boląca noga zaczęła dawać mu się we znaki, usiadł na kamieniu, który wyglądał jak pokryta sadzą żarówka o nieregularnym kształcie. Emanowała nawet taką samą barwą: przytłumioną żółcią i szarością. Odpoczywał, przyglądając się owadom wyglądającym jak lampki choinkowe krążące wokół drzew i krzaków. Po chwili, wstał i ruszył przed siebie nawet nie zastanawiając się, czy idzie w dobrym kierunku.

 

 

 

 W oddali zauważył ciemniejszy odcień brązu. Były to pochylone i opierające się o siebie pnie drzew. Nie świeciły już brązowym światłem, więc były dobrze widoczne na tle rozświetlonego lasu. Janek podszedł do nich i zatrzymał się na chwilę. Przyjrzał się pniom i dostrzegł, że w ich wnętrzu nie płyną liczby, co musiało oznaczać, że drzewa są już martwe. Poszedł dalej i po chwili doszedł do polanki, na której stał wielki dom zbudowany z takich samych obumarłych pni. Spojrzał na dach zrobiony z szarej wyschniętej trawy. Dom był naprawdę ogromny, górował nad otaczającymi go drzewami. A Janek wyglądał przy nim jak jamnik próbująca mierzyć się z niedźwiedziem.

Ruszył w stronę zbitych z desek drzwi wejściowych. Nim jednak do nich doszedł, zatrzymał go dziwnie brzmiący głos, przypominający trochę komputerowy syntezator mowy.

– Zaczekaj.

– Co? Ja? – Janek nie wiedział skąd dobiega głos.

– Zaczekaj. – usłyszał ponownie.

– Gdzie jesteś?

– Tutaj. – sztuczny głos dobiegał z szopy stojącej obok domu.

Janek przedarł się przez chaszcze zarastające ogródek i zajrzał do wnętrza przez uchylone drzwi. We wnętrzu panował półmrok, przez co z początku trudno było dostrzec, co się w nim znajduje. Po chwili, gdy jego wzrok przyzwyczaił się do ciemności, oczom Janka ukazał się nieprzyjemny widok. W środku na wielkim talerzu leżał ogromny, szary, pokryty ropiejącymi wypryskami mózg. Był wielki, rozmiarami przypominał duży rodzinny samochód. Janek widział jak z metalowego dysku wychodzą różnej grubości kable i łączą się z mózgiem. W szopie unosił się słodkawy odór zgnilizny.

– Halo, jest tu ktoś? – Janek zagadnął cicho.

– Tak. – rozległ się ten sam głos – To ja cię zatrzymałem.

Janek zauważył jak po bocznej powierzchni talerza przesuwają się paski wizualizacji dźwięku, jak w programach do odtwarzania muzyki.

– Ty? A kim ty jesteś?

– Jestem bioinżynieryjnym cudem techniki wyposażonym sztuczną inteligencję. – w głosie maszyny dało się wyczuć nutę dumy i pychy.

Janek nie zrozumiał ani słowa. Nie wiedział czym to coś jest. Ale wyczuł, że nie powinien tego czegoś denerwować.

– Aha… a jak się nazywasz?

– Jestem ABI00001HJQ-01 i tak się możesz do mnie zwracać.

Janek zgłupiał, a od nadmiaru liter, liczb i dziwnych nazw zaczęło mu się kręcić w głowie.

– Dobrze, ja nazywam się Janek. Czego ode mnie chcesz? A! Może wiesz czyja jest ta ogromna chata? – pokazał kciukiem za siebie.

– To nie jest w tej chwili istotne, chłopcze. Posłuchaj mnie… – nagłe spięcie przeszło przez obwody połączone z mózgiem. Wyświetlacz na metalowym talerzu zgasł, a mózg zaczął spazmatycznie pulsować. Pokrył się jeszcze większą ilością wrzodów, niektóre z nich popękały. Odór zgnilizny nasilił się. Po chwili jednak wszystko ustąpiło.

– Ej, koleś, słyszysz mnie? – zapytał cicho Janek, lecz nie doczekał się żadnej reakcji.

Podszedł bliżej i zastukał pięścią w wyświetlacz talerza. W pomieszczeniu rozbrzmiał cichy, przeciągły pisk, po czym wyświetlacz się uruchomił i istota ponownie przemówiła.

– Jak widzisz jestem uszkodzony i niestety potrzebuję twojej pomocy. Musisz mnie zrestartować, by podczas ponownego uruchamiania system automatycznie się naprawił. Nie jestem w stanie zrobić tego sam, gdyż jestem pierwszą jednostką tak zaawansowaną technologicznie i z założenia miałem funkcjonować wiecznie bez potrzeby ingerowania w mój system z zewnątrz. Ale jak to przeważnie bywa z pionierami, nie wszystko można przewidzieć i dopracować z pierwszym modelem. Komendę trzeba wprowadzić z zewnątrz. Zrozumiałeś?

Janek przez chwilę trwał skonsternowany, starając się zrozumieć, lecz po chwili się poddał. Głowa zaczynała go już boleć.

– Taaaak… – postanowił jednak być miłym dla tego czegoś – Oczywiście. A co dostanę w zamian, koleś?

– Możesz prosić o co chcesz. – maszyna powiedziała dumnie.

Janek zaczął myśleć. Intensywnie. I przypomniało mu się jak wczorajszego popołudnia jego matka krzyczała na niego za to, że nie przyniósł żadnych pieniędzy do domu. Skoro chce pieniędzy to jej przyniosę, pomyślał.

– To chcę dziesięć tysięcy jednostek. – oświadczył zadowolony.

– Mówisz o pieniądzach? – istota chciała się upewnić.

– Tak.

– Mogę nawet zapewnić ci nielimitowaną ilość środków płatniczych.

Janek skrzywił się słysząc kolejne długie i niezrozumiałe dla niego słowa.

– Nie, chcę dziesięć tysięcy jednostek. – powiedział pewny siebie.

– Jak sobie życzysz.

Maszyna przez chwilę myślała, po czym kazała Jankowi przysunąć nadgarstek, gdzie miał wczepiony chip, do wyświetlacza.

– Już, załatwione. Teraz twoja kolej. – upomniała go maszyna.

– Dobrze, koleś, mów co mam robić.

Z panelu obok wyświetlacza wysunęła się metalowa płytka, na której wyświetliła się klawiatura komputerowa. Janek ucieszył się na jej widok, gdyż już kiedyś widział taką i stwierdził, że łatwiej będzie mu się nią posługiwać.

– Już kiedyś takiej używałem. – pochwalił się.

– Wiem, właśnie dlatego taką wybrałem. Teraz uważaj, wpisz dokładnie to, co ci powiem. I nie pomyl się, bo jeśli błędnie wpiszesz polecenie to system zawiesi się i nie będę się w stanie uruchomić ponownie.

– Dobra.

Na wyświetlaczu pojawił się wiersz poleceń. Komenda była długa i skomplikowana. Gdy Janek zaczął ją wpisywać, wszystko mu się pomieszało. W momencie gdy nacisnął enter maszyna zapiszczała, po czym zgasła. Przewody łączące talerz z mózgiem rozłączyły się z sykiem i opadły bezwładnie, smętnie zwisając po jego bokach. Całość przypominała ogromną meduzę.

– Halo! – Janek zastukał w metalową obudowę, lecz nie doczekał się żadnej odpowiedzi.

Po przeciągającej się ciszy i braku reakcji ze strony maszyny, wzruszył ramionami i zadowolony, że ma czip pełen pieniędzy, wyszedł z szopy, pozostawiając tam istotę.

Gdy wyszedł przed drzwi, trawa oraz drzewa poraziły jego nawykłe do półmroku oczy. Po chwili jednak, znacznie szybciej niż za pierwszym razem, przyzwyczaił się do tej fosforyzującej jasności. Spostrzegł, że błękit nieba przysłoniło więcej stroboskopowych chmur. Nie zrobiło się jednak przez to ciemniej. Jankowi przywodziło to na myśl burzę z piorunami, oczywiście bez wiatru, deszczu i grzmotów. A rozbłyski miały znacznie większą częstotliwość niż zwykła burza, jaką oglądał przez okno swojego pokoju. Pomyślał, że pewnie zaraz zacznie padać.

Ruszył w stronę drzwi domu. Gdy stanął przed nimi, zauważył dużą lukę między deskami. Przecisnął się przez nią i stanął w ogromnym pokoju rozjaśnionym światłem roślin wpadającym przez okna. Pomieszczenie wydało mu się ponure i mroczne w porównaniu z neonowym lasem. W oddali zobaczył kominek, przed którym stał prostokątny stół z dwoma prostymi krzesłami. Po lewej wygodny, skórzany fotel z brązową narzutą. Obok niego stolik przykryty szarym obrusem, na którym stała lampka. Janek dostrzegł jak coś, co leży na blacie połyskuje co chwilę. Nie był w stanie dostrzec, co to jest.

Zaintrygowany połyskiwaniem ruszył w stronę stolika z lampką. Gdy stanął przed fotelem napluł w dłonie i zabrał się do wspinaczki. Z jego nadwagą i nie do końca sprawną nogą szło mu to bardzo opornie, ale po chwili postękiwań i posapywania pokonał połowę drogi. Spocony i zdyszany, lecz szczęśliwy padł na siedzisko fotela, postanowił chwilę tam poleżeć i złapać oddech. Przymknął oczy. Tylko na chwilę.

Obudziło go przeciągłe skrzypienie zawiasów. Niemiłe wspomnienia o tym jak został przyłapany na kradzieży sprawiły, że momentalnie wstał na nogi i był gotowy do działania. Zobaczył jak przez drzwi wchodzi olbrzym. Nie taki w rozumieniu człowieka, dwumetrowy, lecz taki prawdziwy. Janek nie był w stanie ocenić jego wzrostu. Ale wiedział, co może się stać, jeśli zostanie przyłapany. Niewiele myśląc wziął rozpęd i skoczył w stronę obrusa. Strach dodał mu sił i w mgnieniu oka wspiął się na blat stolika. Leżał tam opasły tom książki, za którym Janek znalazł prowizoryczną kryjówkę. Przykucnął za woluminem i tak schowany przyglądał się temu, co robił właściciel domu.

Olbrzym miał łysą głowę i był pozbawiony ust. W miejscu nosa ziały dwie małe, czarne dziury, nad którymi świeciły na czerwono dwa ślepia. Od brody w dół było widać metalowy szkielet robota, kilka organicznych ścięgien i masę przewodów. Reszta ciała była skryta pod koszulą. Jedną rękę miał pokrytą zieloną, chropowatą, jakby zdartą z ropuchy, skórą. Druga zaś w całości była mechaniczna, zakończona trzema palcami o szponiastych pazurach. Przez dziurawe portki przezierała szara, niezdrowa skóra, a miejscami metalowy szkielet. Stopy, obydwie metalowe, przypominały bardziej racice niż ludzkie kończyny.

Janek z otwartymi ustami i cieknącą po brodzie śliną przyglądał się temu monstrum. Widział jak olbrzym podchodzi do komody i podnosi długi kabel. Każdemu z jego kroków towarzyszył wstrząs. Nagle stwór odwrócił się i ruszył w stronę Janka. Chłopak przestraszony skulił się za książką i rozpoczął cichą modlitwę. Usłyszał jak coś ciężkiego upada na fotel w akompaniamencie metalicznego zgrzytu i głośnego sapnięcia. Słyszał jak olbrzym coś robi, ale nie miał odwagi by się wychylić i spojrzeć. Trwał w oczekiwaniu.

Dopiero, gdy zapadła cisza, zebrał się w sobie i zerknął. Olbrzym siedział na fotelu, jego ślepia przestały się jarzyć na czerwono. Janek pomyślał, że monstrum śpi, co ośmieliło go do wyjścia zza książki. To, co zobaczył i poczuł sprawiło, że jego żołądek wywrócił się do góry nogami.

Koszula stwora była rozpięta, a robotyczna klatka piersiowa rozchylona na boki jak drzwiczki chlewu. W jej środku, w krwi, żółci, wymiocinach i ropie, w niewyobrażalnym smrodzie, zdającym się przytłumiać blask roślin bijący z okien, leżała najbardziej obrzydliwa rzecz, jaką Janek kiedykolwiek widział. Chłopak starał się nie oddychać, ale sam widok spowodował u niego nieodpartą chęć zwymiotowania, w gardle czuł wielką gulę uniemożliwiającą przełknięcie śliny. Od zwrócenia swoich wspaniałych tabletek powstrzymywał go tylko strach iż odgłosy wydawane przy tej nieprzyjemnej czynności, obudzą potwora.

We wnętrznościach olbrzyma leżał pół człowiek, pół świnia. To coś miało jajowatą głowę, ludzko wyglądające oczy, pod tym zdeformowany świński ryj, a z ludzkich ust wystawały długie zakręcone kły. Krótkie pozbawione stawu łokciowego ręce były zakończone: w lewej ludzką dłonią o pozlepianych krwią palcach, w prawej – świńską racicą. Tułów był wydłużony z dwoma równoległymi rzędami wielu krwawiących sutków. Resztę skrywała cuchnąca maź.

Janek oderwał wzrok od tego paskudztwa i zauważył, że to, co wcześniej pobłyskiwało na stole to duży, przezroczysty sześcian z czarną opalizującą i monotonnie buczącą plamą wewnątrz. Wyglądało to tak, jak gdyby ktoś zamknął w tej kostce kawałek rozgwieżdżonego nieba. Do tego podłączony był długi kabel biegnący do wnętrza olbrzyma.

Janek nie potrafił się oprzeć. Odłączył kabel, wsadził sześcian pod pachę i zjechał po obrusie prawie na samą ziemię. Skoczył, przy lądowaniu uderzył sześcianem o ziemię. Szklana obudowa pękła, było słychać jak powietrze zostaje zassane do środka. Janek nawet tego nie dostrzegł. Bardziej przestraszył się sapania, które dobiegało od strony olbrzyma.

Ruszył biegiem przed siebie. Przez szparę w drzwiach, przez podwórko, gdy biegł przez las co chwilę był chłostany przez neonowe gałęzie krzewów. Dzikie porykiwanie, regularne wstrząsy i odgłos łamanych drzew działały jak lek przeciwbólowy. Janek nie czuł bólu w kontuzjowanej nodze. Zmierzał w stronę polany. Wiedział, że tylko stamtąd będzie mógł dostać się z powrotem do swojego pokoju.

W momencie, gdy stawiał pierwsze kroki na polanie jego noga zaplątała się w neonowej trawie, stracił równowagę i się przewrócił. Przygniótł sześcian i poczuł jak szkło pęka pod jego ciężarem. Gdy się podniósł odłamki szkła rozsypały się dookoła, a Janek zobaczył jak ciemna materia powoli opada i dotyka trawy.

Zapadła ciemność.

 

 

 

Obudziło go jasne migające światło. Pomyślał, że to stroboskopowe chmury znowu przysłoniły jaskrawe błękitne niebo. Uchylił oczy i zobaczył dwie migające jarzeniówki oraz biały sufit. Leżał na niewygodnym łóżku, był przykryty szarą kołdrą. Gdy spojrzał w lewo zobaczył stojak na kroplówki z dużą ilością worków z lekarstwami i pękiem przewodów ciągnących się w jego stronę i ginących pod kołdrą. Dalej stała duża maszyna, która robiła coś dziwnego z jego krwią.

Następnie spojrzał na okno. Nie wpadało przez nie kolorowe światło roślin. Ziało za to czernią i pustką. Dało się słyszeć krople smolistego deszczu uderzające o parapet. W pobliżu okna stał fotel, na którym półleżała drobna, starsza kobieta. Jego matka. Janek ucieszył się na ten widok. Kobieta spostrzegła, że się obudził.

– O! Dzięki Bogu, że się obudziłeś. Po coś ty łykał te tabletki! – wstała i podeszła do łóżka, zaczęła na niego krzyczeć. – Byłeś bliski śmierci! Cały tydzień leżałeś nieprzytomny. Już myślałam… – zaczęła płakać. – Nic nie mów! Nie ruszaj się! Już biegnę po lekarza.

Gdy wybiegła Janek poczuł, że jest strasznie głodny.

Dzięki tabletkom miał przez trzy tygodnie nie odczuwać głodu, a tu minął zaledwie tydzień, a on umiera z głodu…

Ten głupi staruch mnie oszukał!, pomyślał i zapadł w drzemkę. 

Koniec

Komentarze

Heh, właściwie to nie bardzo wiem co napisać.

Bo technicznie nieźle, co prawda całe mnóstwo akapitów zaczynasz od słowa "Janek" i nie brzmi to najlepiej, podobnie trafiają się powtorzenia, kilka literówek… Ale nic poważnego.

Rzecz w tym, iż nie rozumiem specjalnie, co właśnie przeczytałem. Bo na początku kreślisz całkiem interesujący świat, brudny i zniszczony, ale nie przez jakąś tajemniczą apokalipsę, a po prostu… zużyty. I to jest fajne. A później – dlaczego tajemniczy dziadek zainteresował się akurat Jankiem? Dlaczego dał mu tabletki? I co się właściwie wydarzyło? Ostatnia część, po obudzeniu się Janka, sugeruje, że nic. Po prostu gość miał odjechane (podziwiam wyobraźnię, autorze, obrazy całkiem sugestywne) narkotyczne wizje. Ciekawe, ale kompletnie nic nie znaczące. Czy to, co zobaczył Janek miało jakiś wpływ na niego i na rzeczywisty świat?

Rozumiem odniesienia do znanej baśni, ale jeśli stoi za Twoim opowiadaniem jakaś koncepcja, to ja jej nie widzę. Ot, koleś się naćpał i miał wizje. Scenografia tylko futurystyczna, i tyle.

Podsumowując – nienajgorzej napisane i całkiem obrazowe, ale nic więcej. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Hmmm. Połączyłeś bajkę z elementami współczesnych filmów. Tylko że w bajce jeśli bohater już jest głupi, to przynajmniej dobry, a tutaj mamy żulika. Trudno takiemu kibicować. Ogółem – części opowieści słabo do siebie pasują.

Wykonanie również nie rzuca na kolana. Dużo powtórzeń, w tym byłoza. Trochę literówek, czasami w gramatyce coś się rozjeżdża.

Babska logika rządzi!

Jakoś nie kupiła mnie ta wariacja na temat bajki i głupim Jasiu i zaczarowanej fasoli. Żeby w naprawdę ciekawy i mądry sposób przerobić znaną opowieść, trzeba czegoś więcej niż zaprezentowałeś. W sumie mogłabym się podpisać pod większością komentarza Thargone. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No cóż, mówię to z przykrością, bo Czarodziejskie fasolki, niestety, nie przypadły mi do gustu.

Zaprezentowałeś, Droździe, osobliwą historię, w której nie bardzo mogłam się dopatrzeć czegoś sensownego, a ponieważ moje wrażenia z lektury pokrywają się z tym, co napisał Thargone, podpisuję się po jego komentarzem.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

na teren tar­go­wi­ska wy­lę­gła spo­mię­dzy dra­pa­czy chmur śmier­dzą­ca, dra­pią­ca w gar­dle i szczy­pią­ca w oczy mgła… –> Literówka.

 

kar­to­no­we pro­sto­kąt­ne pudło. Uwa­ża­jąc by przy­pad­kiem… –> …kar­to­no­we pro­sto­kąt­ne pudło, uwa­ża­jąc by przy­pad­kiem

 

Nie do końca było dla niego jasne jak były wy­zna­cza­ne… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

usiadł na wil­got­nej ziemi i cze­kał, aż na targ zejdą się tłum ludzi. –> Literówka.

 

Każdy sta­rał się prze­krzy­czeć po­zo­sta­łe tak, by naj­le­piej roz­re­kla­mo­wać swój towar. –> Każdy sta­rał się prze­krzy­czeć po­zo­sta­łych tak, by naj­le­piej roz­re­kla­mo­wać swój towar.

 

– Słuchaj, te tabletki sprawią również, że nie będziesz musiał jeść. Jedna pastylka wystarczy ci na tydzień. A tutaj są aż trzy! – dziadek zamachał woreczkiem przed nosem Janka. –> […] A tutaj są aż trzy! – Dziadek zamachał woreczkiem przed nosem Janka.

Źle zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Ci, któ­rzy zbili dzi­siaj for­tu­nę już się tutaj nie po­ja­wią, po­zo­sta­li po­wró­cą jutro z sa­me­go rana, z na­dzie­ją, że koło for­tu­ny… –> Powtórzenie.

 

po­czuł na ple­cach po­dmu­chy wia­tru. Gdy się od­wró­cił, zo­ba­czył, że spo­mię­dzy wie­żow­ców wy­peł­za szara, gry­zą­ca chmu­ra smogu. Coraz moc­niej­sze po­dmu­chy wia­tru za­czę­ły… –> Powtórzenie.

 

za­czę­ły pod­ry­wać z su­chej i spę­ka­nej ziemi zia­ren­ka pa­isku. –> Literówka.

 

Brą­zo­we, po­prze­ty­ka­ne pa­sma­mi sza­ro­ści włosy miała zwią­za­ne w kok. –> Koka się nie związuje, kok się upina.

 

Jej ubra­nia, mimo że ele­ganc­kie, były już znisz­czo­ne przez lata no­sze­nia. –> Jej ubra­nie, mimo że ele­ganc­kie, było już znisz­czo­ne przez lata no­sze­nia.

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą ktoś ma na sobie, to ubranie.

 

Każdy jego krok po­wo­do­wał roz­błysk ko­lo­ro­we­go, ja­skra­we­go świa­tła roz­cho­dzą­ce­go się kon­cen­trycz­nie wokół jego nóg… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Jak kręgi na wo­dzie po wrzu­ce­niu doń ka­mie­nia. –> Piszesz o wodzie, a ta jest rodzaju żeńskiego, więc: Jak kręgi na wo­dzie po wrzu­ce­niu do niej ka­mie­nia.

Poznaj znaczenie słowa doń.

 

usiadł na ka­mie­niu, który wy­glą­dał jak po­kry­ta sadzą ża­rów­ka o nie­re­gu­lar­nym kształ­cie. Ema­no­wa­ła nawet taką samą barwą… –> Piszesz o kamieniu, więc: Ema­no­wa­ł nawet taką samą barwą

 

Od­po­czy­wał, przy­glą­da­jąc się owa­dom wy­glą­da­ją­cym jak lamp­ki… –> Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

Po­szedł dalej i po chwi­li do­szedł do po­lan­ki… –> Powtórzenie.

 

zaj­rzał do wnę­trza przez uchy­lo­ne drzwi. We wnę­trzu pa­no­wał pół­mrok… –> Powtórzenie.

 

cudem tech­ni­ki wy­po­sa­żo­nym sztucz­ną in­te­li­gen­cję. –> Pewnie miało być: …cudem tech­ni­ki, wy­po­sa­żo­nym w sztucz­ną in­te­li­gen­cję.

 

Z pa­ne­lu obok wy­świe­tla­cza wy­su­nę­ła się me­ta­lo­wa płyt­ka, na któ­rej wy­świe­tli­ła się… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Uchy­lił oczy i zo­ba­czył dwie mi­ga­ją­ce ja­rze­niów­ki… –> Uchy­lił powieki i zo­ba­czył dwie mi­ga­ją­ce ja­rze­niów­ki

Obawiam się, że oczu nie można uchylić.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mam bardzo podobnie, jak Thargone. Mi także spodobał się wykreowany świat, choć początkowo nie byłem zachwycony. Jest to spójna wizja i to się chwali. Jednak z samą fabułą jest już gorzej. Przede wszystkim nie widzę żadnego przesłania, puenty, czy wniosków z tej historii. Ot, jak zauważyli powyżsi, chłopak dostał od dziadka fasolki (tabletki), połknął i miał odjazd. Tylko co z tego? Po przeczytaniu ostatnich zdań wzruszyłem tylko ramionami.

Jeśli chodzi o warsztat to jest całkiem znośnie, Reg zawsze coś wyłapie. Literówki widziałem, ale da się z nimi żyć. Rzeczywiście dużo Janka w tekście.

 

Warto popracować w przyszłości nad powtórzeniami, szukać innych określeń, by tekst nie był monotonny. Podsumowując, tekst bez większego przesłania, ale świat całkiem obrazowy. Pozdrawiam.

Jest tu pomysł, a kombinacja bajki z elementami postapokalipsy i s-f wychodzi nawet-nawet. Problem jest taki, że po przeczytaniu wzruszyłem ramionami. Nie kupił mnie bohater – może i jest to “głupi Jasiu”, ale za łatwo dawał się nabierać i nie miał cechy, która mogłaby go odkupić (jak choćby “dobroć” u Forrest Gumpa). Same zaś wydarzenia kończą się nagle, bohater budzi się – i tyle. Zabrakło mi jakiegoś wyraźniejszego podsumowania, może nawet morału.

Podsumowując: nieskładny ten koncert fajerwerków, trochę polegający na dekoracji, trochę na skojarzeniach. Zabrakło jednak tej wizji polotu i celu, by wzbudzić zachwyt.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziekuję wszystkim za poświęcony czas i za uwagi. Będę o nich pamiętał przy pisaniu następnego opowiadania smiley

Nowa Fantastyka