- Opowiadanie: katia72 - Siedemdziesiąt dwie godziny

Siedemdziesiąt dwie godziny

Tekst nie należy do lekkich i przyjemnych, ale z pewnością nie jest tak ciężki jak poprzedni. Nie jest również wyrazem moich osobistych opinii odnośnie poruszanej w nim kwestii. Nie jest to też klasyczna fantastyka.

Pierwszy akapit w trochę zmienionej formie ukradłam z własnego opowiadania “Zaklęci w hiszpańskim płótnie”.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Siedemdziesiąt dwie godziny

Życie? Czym jest życie? Kiedy się zaczyna i kiedy kończy? Dla nas trwa wiecznie, umieramy jedynie w oczach innych. Nie pamiętamy własnych narodzin i nie zauważamy śmierci.

Czy Bóg stworzył nas na swoje podobieństwo? Swym niewidzialnym palcem namalował człowieka, obdarzył trójwymiarowością i tchnął w niego duszę? Czy jesteśmy efektem ewolucji chemicznej? Czy może żartem kosmity dowcipnisia, który z Ziemi urządził sobie szkolne laboratorium?

 

***

 

O aborcji Żaneta czasem rozmawiała ze swoim chłopakiem. On lubił takie trochę filozoficzne, trochę moralne, trochę polityczne tematy. Obydwoje byli zdania, że gdyby wpadli, to trudno, tak miało być i tyle. Żaneta jeszcze dodawała, że nigdy by sobie nie wybaczyła, że dla niej aborcja to morderstwo.

– A co, jeśli dziewczyna była zgwałcona? – zapytał Bartek, kopiąc plastikową butelkę po koli.

– To nie wiem. To już jej sprawa. Ja i tak bym nie usunęła.

– A co, jeśli ja bym tego dziecka nie chciał?

– To bym się z tobą rozstała. – Żaneta zrobiła się czerwona na twarzy. – Dlaczego zadajesz mi takie pytania? Chcesz mnie zdenerwować?

Chłopak rozgniótł adidasem butelkę.

– Nie, nie chcę, słoneczko. Jestem tylko ciekawy twojej opinii. Mamy czarne oliwki?

– Tak, wczoraj kupiłam słoik. Ale, to ja… Ja bym urodziła dziecko, niezależnie, kto byłby ojcem. A innych dziewczyn nie oceniam. To taka trochę beznadziejna sytuacja. Pułapka.

Bartek zmarszczył czoło, tak dziwnie się uśmiechnął i donośnym głosem oznajmił:

– Życie, życie to pułapka! – Podskoczył i klasnął.

Żaneta przygryzła dolną wargę, po czym cicho powiedziała:

– Mnie to nie śmieszy.

 

***

 

Jak tylko wrócili do mieszkania w starej kamienicy, Żaneta przygotowała kolację, otworzyli butelkę czerwonego wina i usiedli przed telewizorem.

– Co to? – Bartek położył dłoń na udzie dziewczyny.

– Chyba thriller.

Po ekranie biegał mężczyzna w masce kruka z kosą w ręku. Co jakiś czas dopadał ofiarę i rozcinał ją na pół. Krew tryskała po ścianach, drzewach, chodnikach i dywanach.

Bartek zatrzymał film.

– To nie thriller, tylko jakiś głupi horror. Posłuchajmy lepiej muzyki. W dzisiejszych czasach nie ma co oglądać. Albo mordobicie, albo głupota, albo efekty specjalne, bez żadnej dbałości o scenariusze.

Żaneta ugryzła kawałek sera pleśniowego. Włożyła do ust oliwkę i przytaknęła, po czym wypiła łyk wina.

W pokoju rozległy się dźwięki Lacrimosy. Bartek delikatnie pocałował dziewczynę w ucho, a ona odpowiedziała mu uśmiechem.

– O której masz jutro pierwsze zajęcia?

– Dopiero o jedenastej. Ćwiczenia z psychologii poznawczej. A ty?

– Ja o ósmej, wykłady z matmy, ale nie idę. A kolejne po dwunastej, też wykłady. Więc… Więc mamy trochę czasu dla siebie, słoneczko. – Chłopak włożył dłoń pod bluzkę Żanety i całkiem mocno ścisnął jej pierś.

Dziewczyna pisnęła. Dopiła wino, roześmiała się. Zaczęli się całować.

– Poczekaj. – Bartek poszedł do łazienki. Wrócił z prezerwatywą w ręce.

Jeszcze pół roku temu Żaneta zażywała tabletki antykoncepcyjne. Miała po nich ładną cerę, zapomniała, co to jest napięcie przedmiesiączkowe i bóle brzucha w trakcie okresu. Ale jak to zwykle w życiu bywa, coś za coś. Zupełnie straciła ochotę na seks i stała się taka jakaś bez wyrazu, jak smażone mięso, do którego nie dodano soli.

Bartek zdjął spodnie i powoli zaczął rozbierać partnerkę.

– Nie zimno ci, skarbie?

– Nie… – Żaneta przejechała czubkiem języka po szyi mężczyzny.

– Zaraz cię rozgrzeję.

Zbliżenie było szybkie i intensywne. Obydwoje z wypiekami na policzkach, ciężko dysząc opadli na łóżko. Przez chwilę leżeli, patrząc w sufit, po czym Bartek podniósł się i krzyknął:

– Cholera!

– Co się stało?

– Kondom pękł.

 

CZAS START

 

Żaneta zaniemówiła. Bartek zmarszczył czoło, wykrzywił usta, po czym grobowym tonem zapytał:

– W jakiej fazie miesiąca jesteś?

– Parę dni po miesiączce…

– Cholera, cholera, cholera. – Chłopak wstał, poszedł do łazienki i zaczął się myć, cały czas mamrocząc coś pod nosem.

Żaneta siedziała na łóżku i obgryzała paznokcie. W pewnym momencie poczuła w ustach krew. Chłopak wrócił, stanął przy ścianie i bardzo poważnie na nią spojrzał, po czym oznajmił:

– Musisz wziąć tę tabletkę „po”.

Żaneta spuściła wzrok. Nic nie odpowiedziała.

– No, co? Przecież nie chcemy mieć teraz dzieci, no nie? Ty jesteś dopiero na drugim roku, a ja na czwartym. Kto nas będzie utrzymywał? Nasi rodzice? Chyba nie chcesz sobie życia zmarnować?

– To, że pękła prezerwatywa, nie oznacza, że będę w ciąży.

– No, to? Tym bardziej nie powinno ci przeszkadzać zażycie pigułki. A ja będę spał spokojniej.

– Ale… Ale… – Żaneta zaczęła się jąkać. – Prze… Przecież… To to samo, co aborcja, a prze… Przecież zgodziliśmy się, że…

– To nie to samo. – Bartek odwrócił się i wolnym krokiem podszedł do okna. Westchnął i powtórzył, tym razem dużo głośniej: – To nie to samo, rozumiesz?

Żaneta zakryła dłońmi twarz. Przez chwilę milczała, po czym zrezygnowanym tonem oznajmiła:

– Dobrze, ale teraz już chyba za późno. – Spojrzała na zegar ścienny w kształcie uśmiechniętego słońca. – Już prawie dwunasta. Czy ten lek jest dostępny bez recepty?

– Nie wiem. Zaraz sprawdzę w necie. Na szczęście, z tego, co się orientuję, działa do siedemdziesięciu dwóch godzin, więc mamy jeszcze trochę czasu.

Bartek zalogował się, otworzył stronę informacyjną i powiedział:

– Nie… To znaczy, można niby dostać z Unii jakieś recepty… Ale, ale… Nie, chyba musisz iść od lekarza. Trochę tu namieszane, ale z tego czytam, bez problemu dostaniesz receptę. Skoczysz jutro rano do przychodni i po krzyku. Am… O, tu jest napisane, że najlepiej wziąć tabletkę w przeciągu dwudziestu czterech godzin. Ustawię budzik, żebyś zdążyła to załatwić. Im wcześniej, tym lepiej.

Podszedł do Żanety, pocałował w czoło, tak jak się całuje dzieci na dobranoc, przytulił i wyszeptał:

– Wszystko będzie dobrze.

 

***

 

Umyli zęby i położyli się spać. Zaledwie po kilku minutach rozległo się chrapanie Bartka. Żaneta sięgnęła po woskowe stopery. Włożyła je tak mocno, że poczuła nieprzyjemny ból w lewym uchu. Cisza. Cisza, ale tylko na zewnątrz, bo w jej głowie panowała burza. Pioruny uderzały o korę mózgową, próbując przedrzeć się przez czaszkę. Czy tabletka „po” to aborcja? Ona, pewnie, i tak nie byłaby w ciąży, więc to nie to samo. To co innego. Dziewczyna próbowała przekonać samą siebie. Jaka jest prawda? Przecież prawda nie istnieje. Nic nie jest czarne albo białe, w naszym świecie dominują szarości i beże. W oczach Żanety pojawiły się łzy. Płakała, płakała, bo nie była w stanie znaleźć Absolutu, którego mogłaby zapytać, co ma robić i co wybrać. Tej nocy nie zmrużyła oka.

Zanim jeszcze zaczął wrzeszczeć budzik, podreptała do łazienki wziąć letni prysznic. Woda spływała po jej ciele, po ramionach, piersiach i brzuchu, a ona zastanawiała się, czy tam w środku rozpoczęło się nowe życie.

Poszła do kuchni przygotowywać śniadanie, ale tylko dla Bartka, bo sama straciła apetyt. Chłopak przyszedł, przeciągnął się i zapytał:

– Iść z tobą?

– Nie, dam sobie radę.

Założyła płaszcz i z zaciśniętymi ustami podreptała do przychodni. Nie czekała długo. Przed nią były jedynie dwie osoby.

„Dobrze, że to piątek, a nie poniedziałek” – pomyślała.

Za biurkiem siedziała starsza kobieta w grubych okularach.

– Słucham. Co pani dolega? – zapytała ochrypniętym głosem, jak tylko Żaneta pojawiła się w gabinecie.

– Wczoraj, gdy uprawialiśmy seks z moim chłopakiem, to… – zaczęła dziewczyna, cała się trzęsąc.

– To? – Lekarka zmarszczyła brwi i tak się jakoś dziwnie na nią spojrzała, trochę ze złością, trochę z pogardą.

– Pękła nam prezerwatywa, a my nie chcemy mieć jeszcze dzieci. Więc… Więc przyszłam prosić o receptę na tabletkę „po”.

– Na tabletkę „po”?

– Mhm.

– Chcesz pozbyć się własnego dziecka? Jaką ty jesteś matką? – Kobieta nachyliła się do przodu i wbiła, tym razem pełen gniewu, wzrok w Żanetę.

– Ja… Ja… – W oczach dziewczyny pojawiły się łzy. Wydukała: – To bardziej… To bardziej decyzja mojego chłopaka.

– Dobrze. – Lekarka odwróciła się do szafki. – Jak chcesz. Dam ci tę receptę.

Kobieta zaczęła pisać. W pewnym momencie podniosła wzrok, a Żanecie wydało się, że przez sekundę jej oczy rozbłysnęły czerwonym światłem. Poczuła spływające po czole strużki potu. Wzięła receptę i bez słowa wyszła z gabinetu.

Gdy wróciła do mieszkania, Bartek pakował plecak.

– I? – zapytał.

– Kupiłam.

– No, to… – Chłopak znacząco spojrzał na zegarek.

– Już biorę.

Żaneta wyjęła z torebki małe pudełko, nalała wodę do szklanki i połknęła tabletkę. Jak tylko to zrobiła, w jej wnętrzu zaczęło rozkwitać poczucie winy. Potencjalnie właśnie w tym momencie pozbawiła jednostkę ludzką życia… Potencjalnie kogoś zabiła. Nie próbowała uczynić swej decyzji racjonalną, pogodzić się ze zdarzeniem, którego i tak nie mogła zmienić, tylko wbiła w serce rozgrzaną szpilę i nie wiedziała, jak się jej pozbyć. Ba, czuła, że szpila będzie wwiercać się dalej i dalej…

Bartek objął ją ramieniem.

– Mam nadzieję, że nie będziesz się źle czuła. Ja zaraz po wykładzie idę na pociąg. Zadzwonię do ciebie, gdy już będę u rodziców, ale wiesz, jakby się coś działo, mam przy sobie komórkę. – Uśmiechnął się, wyjął telefon i dodał: – Pełna bateria.

 

***

 

Bartek pojechał na weekend do rodziców, a Żaneta została sama ze swoimi myślami. Fruwające w białym pokoju motyle, bezskutecznie szukające wybitej szyby. Bezsilność. Zgniatane przez recyklingowe młyny zgniłe banany. Przeznaczenie. Nie była w stanie powstrzymać pojawiających się w głowie obrazów. Próbowała pozbawić je znaczenia, zastąpić kolorami. Pomarańczą, żółcią, zielenią, błękitem… Czerwienią. Czerwień wygrała.

Dziewczyna przetarła dłonią oczy, poszła do łazienki. Odkręciła kurek i patrzyła na zaparowane lustro. Powoli weszła do wanny. Woda była za gorąca, ale ona lubiła to uczucie drętwiejących kończyn i kurczących się mięśni. Zakręciło się jej w głowie. Miała wrażenie, że za chwilę zemdleje. Ostrożnie podniosła się i ociekająca wodą podeszła do muszli klozetowej. Zwymiotowała.

„Co się ze mną dzieje?” – zapytała w myślach samą siebie.

Wyjęła z kosza na śmieci opakowanie po tabletce i zaczęła czytać:

„Escapelle. Efekty uboczne: nudności i wymioty, bóle głowy, uczucie rozbicia…”

Ulotka trochę ją uspokoiła.

Wysłała wiadomość do Bartka, że u niej wszystko w porządku, tylko ma zamiar się wcześniej położyć, więc żeby już nie dzwonił. Poszła do łóżka, otuliła się kołdrą i mimo iż się tego nie spodziewała, zasnęła.

Obudziło ją jaskrawe słońce i okropny ból głowy. Przejrzała się w lustrze i przez chwilę odniosła wrażenie, że widzi własne mięśnie, organy wewnętrzne i żyły, jakby ktoś obdarł ją ze skóry. Mrugnęła dwa razy i obraz wrócił do normalności. Udała się do kuchni i drżącą ręką zaczęła kroić chleb. Świat wirował. Masło, szynka, żółty ser. Widziała wszystko jak przez mgłę. Komórka zaczęła dzwonić.

– Ha… Halo? – wydukała ostatkiem sił, jednocześnie siadając na zimnych płytkach.

– Cześć kochanie. Jak się czujesz? – usłyszała w telefonie przyjazny głos Bartka.

– Sła… Słabo. To… To znaczy, kręci mi się w głowie… I… I mam mdłości.

– Czy to… Czy to mogą być skutki uboczne?

– Mhm.

– Przykro mi. Czy chcesz, żebym szybciej wrócił od rodziców?

– Nie. Da… Dam sobie radę. Chy… Chyba położę się znowu do łóżka. Ja… Jak będziesz… Będziesz chciał zadzwonić, to… To wyślij najpierw SMS, bo… Bo mogę spać.

– Dobrze. Bardzo cię kocham. Tęsknię.

– Ja… Ja ciebie też – odpowiedziała bardzo cicho Żaneta, po czym przytrzymując się o meble, powoli dotarła do sypialni. Mimo iż nie starczyło jej sił, by zasłonić okna i w pokoju było wyjątkowo jasno, jak tylko schowała się pod kołdrą zapadła w głęboki sen.

 

***

 

Obudziła się w środku nocy zlana potem. Usiadła, przetarła czoło rękawem koszuli i nagle usłyszała głos:

– Żaneta, Żaneta, Żaneta. Chodź do mnie. Chodź do mnie. Chodź do mnie.

Podniosła wzrok i ujrzała kobietę w czarnej sukni ze świecą w ręce. Niewiasta wyglądała, jakby za chwilę miała uczestniczyć w czyimś pogrzebie. Żaneta była pewna, że gdzieś już wcześniej widziała tę bladą, trochę upiorną twarz. I wtedy oczy nieznajomej rozbłysnęły czerwienią. Lekarka, ta, która nie chciała wypisać recepty. Dziewczyna złapała się za serce i zaczęła sama do siebie powtarzać:

– Ja tylko śnię. Ja tylko śnię. To koszmar. Koszmar, który zaraz się skończy.

Kobieta upiór postawiła świecę na parapecie i wyciągnęła rękę w stronę Żanety, po czym powiedziała:

– Wstań, coś ci pokażę.

Żaneta, mimowolnie, jakby straciła kontrolę nad własnym ciałem, podała dłoń niewieście, po czym podniosła się i stanęła przed lustrem. Lekarka zniknęła, a Żaneta patrzyła jak zahipnotyzowana na swoje odbicie. Odbicie, w którym ona sama wyglądała jak duch, albo jakby się w ducha dopiero przekształcała. Tym razem nie tylko jej skóra była lekko przezroczysta, ale również środek. Zaczęła intensywnie mrugać, ale tym razem mruganie nie pomogło. Obraz nie chciał się zmienić. Chciała się odwrócić i uciec, ale nie mogła. Jej nogi ani drgnęły, jakby dotknął je nagły paraliż. To samo stało się z rękoma. Spróbowała ponownie mrugnąć, ale jej oczy również znieruchomiały.

Stała przed lustrem bez możliwości ruchu. Stała przed lustrem gapiąc się na siebie. Stała przed lustrem i powoli znikała.

Czasem podczas kłótni z Bartkiem, gdy na nią krzyczał, Żaneta pragnęła tak po prostu rozpuścić się w powietrzu, nie umrzeć, tylko rozpuścić, lecz teraz gdy się to działo, czuła strach. Przerażający strach.

„To się nie dzieje, to się nie dzieje…” – powtarzała w myślach.

Niebyt. Jak to jest, gdy przestajesz istnieć? Gdy nagle znikasz i nic już więcej nie czujesz? Ani bólu, ani rozpaczy, ani radości, ani smutku. Nic. Wielkie NIC. Trudno to sobie nawet wyobrazić. Nieistnienie.

Rozmyślania Żanety przerwał dzwonek telefonu, ale oczywiście nie była w stanie go odebrać. Jej ciało stało się już tak przezroczyste, że doskonale widziała stojącą za nią nocną lampkę. Lampkę w kształcie uśmiechniętej gwiazdy. Oprócz słońca w salonie mieli jeszcze w łazience uśmiechniętą kometę. Sztuczne uśmiechy, sztuczne niczym uśmiechy ludzi mijanych na ulicy… Niczym uśmiech Bartka, kiedy jedynie udawał, że się na coś zgadza… Bartek… Kto to jest Bartek? Bartek. Żaneta nie znała żadnego Bartka. Mieszkała z koleżanką w akademiku, w takim małym pokoju z piętowym łóżkiem i tylko jednym biurkiem. Nie, nie miała żadnej koleżanki. Chodziła do liceum i z nikim się nie przyjaźniła. Zamiast imprezować wolała się uczyć. Zwłaszcza biologii, anatomii człowieka. Tak, na dziesiąte urodziny dostała album z czaszką na okładce.

„Co się ze mną dzieje? Tracę pamięć”. – Ciało Żanety w lustrze było ledwo widoczne.

Nie, nie było już szkoły, tylko przedszkole. Jak ona nie znosiła ryżu z jabłkami. Pachniał jak naleśniki, a to był tylko wstrętny, sklejony ryż. Tak, ciągle na nią skarżyli, że jest niejadkiem. Tak, jak miała trzy lata nie chciała pić mleka. Miała niedowagę.

Jej odbicie to jedynie kontury.

„Nie, nie, nie”.

Komórka ponownie zaczęła dzwonić. Tym razem trzy razy pod rząd.

Leżała w kołysce, a matka opowiadała jej jakieś historie. Historie, których i tak przecież nie mogła zrozumieć. Wyleciała na zewnątrz. Zapanowała ciemność, słychać było taki przyjemny szum. Kołysanie. Co to? Wody płodowe. Znowu trafiła do brzucha mamy. Bezpiecznie, miło, spokojnie. Stopniowo się zmniejszała. Była jedynie zapłodnioną komórką. I…

Odbicie w lustrze zniknęło.

 

CZAS STOP

 

Zdyszany Bartek dopadł do drzwi. Rzucił plecak na podłogę i zaczął wrzeszczeć:

– Żaneta! Żaneta! Gdzie jesteś? Nic ci nie jest?

Jak opętany biegał od pokoju do pokoju, do łazienki i do kuchni, i z powrotem do sypialni i salonu.

– Gdzie jesteś?! Do jasnej cholery!

Usiadł w fotelu i cicho powiedział do siebie samego:

– Pewnie, gdzieś poszła. Może do koleżanki.

Wstał, wybrał numer do Ani. Zadzwonił:

– Halo, tu Bartek. Jest u ciebie Żaneta?

– Nie. – Usłyszał po drugiej stronie głos dziewczyny, z którą Żaneta mieszkała na pierwszym roku.

– A czy wiesz, gdzie może być? Rozmawiałaś z nią wczoraj?

– Nie. A czy coś się stało?

– Nie wiem. Mam nadzieję, że nie. Właśnie wróciłem z Zielonej Góry i jej nie ma.

– Hmm… Nie wiem, daj znać, jak ją znajdziesz, bo też zaczynam się martwić.

Bartek rozłączył się i dokładnie w tym momencie uświadomił sobie, że komórka Żanety leży na półce w sypialni, a w przedpokoju znajdują się jej płaszcz i buty. Poczuł okropny ucisk w klatce piersiowej. Założył kurtkę i szybkim krokiem udał się na najbliższy posterunek policji.

Policjant najpierw nie chciał w ogóle przyjąć zgłoszenia Bartka, argumentując, że od zniknięcia dziewczyny nie minęło jeszcze czterdzieści osiem godzin, a potem poirytowanym tonem powiedział:

– Proszę podać mi dane. Imię, nazwisko, adres.

– Żaneta Krążolewska. Ulica Mazowiecka sześćdziesiąt cztery, lokal numer trzy. Tylko… Tylko ona nie jest tam zameldowana.

– A gdzie jest? – Policjant rzucił chłopakowi podejrzliwe spojrzenie.

– U rodziców. W Lublinie. Am… To jest osiedle Słoneczne, ale nie pamiętam numeru.

– Proszę poczekać.

Policjant patrzył w monitor, klikając co jakiś czas myszką.

– Żaneta Krążolewska?

– Tak.

– Jesteś pewny?

– Tak.

– Nie mogę znaleźć takiej osoby. Może podała ci złe dane. Wiesz, dziewczyny czasem tak robią. Nie pokłóciliście się, przed tym jak zniknęła?

– Nie – odparł Bartek, marszcząc czoło.

Wyszedł z komendy, trzaskając drzwiami i niewiele się zastawiając, poszedł na dworzec autobusowy. Połączenie Karków – Lublin. Następny PKS za dwadzieścia minut. U rodziców Żanety był tylko raz, pół roku temu. Nie miał do nich numeru telefonu i nie znał dokładnego adresu, ale stwierdził, że powinien trafić, tak na wyczucie. Pięć godzin patrzył przez okno autobusu na lasy, pola, domy, znowu lasy, i znowu pola… Żaneta. Żaneta. Nagle uświadomił sobie, że nie pamięta, jakiego koloru miała włosy. A oczy? Chyba niebieskie, a może piwne? A usta? Wąskie, czy pełne? Jakiego kształtu były jej piersi? Nie pamiętał. Przetarł dłonią twarz, westchnął. Stwierdził, że musi się przespać, pewnie ze zmęczenia miesza mu się wszystko w głowie.

PKS przybył piętnaście minut przed czasem. Bartek wziął taksówkę, pojechał na osiedle Słoneczne, a tam, tak jak oczekiwał, bez trudu odnalazł dom, w którym mieszkali rodzice Żanety. Dwupiętrowy z dużym ogrodem, w którym rósł agrest. Żaneta chyba bardzo lubiła agrestowy kompot. Chyba.

Puk, Puk, Puk.

Drzwi otworzyła kobieta w długim szlafroku. Chrząknęła i spojrzała na niego pytająco.

– Jestem Bartek. Chłopak Żanety. Byłem tu z nią pół roku temu. Nie pamięta mnie pani?

– Kto to jest Żaneta?

– Pani córka.

Niewiasta zlustrowała go od stóp do głowy, po czym oznajmiła:

– Chyba się panu coś pomyliło. Ja nie mam dzieci i nigdy nie miałam.

– Ale…

Kobieta milczała, patrząc na Bartka jak na wariata.

Chłopak spuścił głowę i wolnym krokiem zaczął się oddalać. Żaneta, może ona nie miała na imię Żaneta. Może… Może on rzeczywiście jej nigdy nie poznał? Może zwariował. Drżącą ręką wyjął z portfela ich wspólne zdjęcie. Spojrzał na nie. Przetarł oczy. Spojrzał ponownie. Na fotografii poza nim były jedynie piękne góry.

Koniec

Komentarze

Tym razem zacznę na odwrót. Znaczy się, najpierw rysunek. Jest świetny, według mnie jeden z lepszych. Chociaż tak gapię się na tego strasznego sępa i nie wiem, jaki on ma związek z opowiadaniem. Szmaciana laleczka to płód, a sęp odzwierciedla złych ludzi, którzy nie mają oporów, żeby się go pozbyć?

Opowiadanie jak zwykle wzruszające, dobrze napisane, czytało się naprawdę szybko. Może było trochę mniej klimatu niż w innych twoich opowiadaniach, ale to pewnie przez dominację dialogów nad opisami. Niektóre zdania aż warto gdzieś zanotować, tak ładnie, poetycko napisane. Szczególnie początek.

Pomysł świetny, pozazdrościć wyobraźni ;) Nie jestem pewien, czy do końca zrozumiałem… Chociaż chyba tak to wszystko ustawiłaś, żeby nie było jednej interpretacji tylko wiele. Szczególnie końcówka podsuwa aż dwie dosyć niepokojące możliwości. Żaneta nigdy nie istniała, bo jej matka dokonała aborcji, albo to wszystko wina tajemniczej lekarki, która wzięła sprawy w swoje ręce. Tak czy siak było dobrze. Podoba mi się każda wersja, chyba ze względu na ten niemożliwy do uniknięcia tragizm (cholera, było na to odpowiednie słowo, chyba ze starożytnego dramatu, ale nie uważałem na polskim, “bo był nudny” :P).

I oprócz tych “zaproponowanych” interpretacji można by postawić jeszcze jedną. Żaneta po łyknięciu tabletki czuje tak ogromne wyrzuty sumienia, że po prostu “psychicznie znika”, a jej brak obecności/niewidoczność w rzeczywistości jest kwestią odizolowania się od świata. Dziewczyna nie chce widzieć Bartka, dlatego on nie może jej znaleźć. Nie odbiera telefonów od przyjaciół (właściwie to tylko od jednej przyjaciółki), bo nie mogłaby z nimi rozmawiać jako normalna osoba; ciągle musiała się czuć jak morderczyni. Kiedy Bartek przyjeżdża do domu Żanety, jej matka mówi, że nie ma córki, bo się wstydzi wnuczkozabójczyni; nienawidzi córki za to, że pozbyła się dziecka. Ale to tylko takie tam moje teorie. Chyba za bardzo lubię szukać rozwiązań :P, chociaż prawie podałaś je na talerzu w ostatnim akapicie.

Czyli tak ogólnie bardzo mi się podobało. Lecę powiedzieć tym z biblioteki, że dobre i żeby dali ci punkcika :)

 

Też mieszkam na Słonecznym :D Znaczy jako student wynajmuję.

 

O, i takie dwa znalazłem:

Ona, pewnie, i tak nie byłby w ciąży, więc to nie to samo. – była

Tym razem trzy razy podrząd. – Pod rząd chyba oddzielnie.

 

A co(+,) jeśli dziewczyna była zgwałcona?

 

To, nie wiem. (…) Ja i tak, bym nie usunęła. – oba przecinki zbędne

 

To taka, trochę beznadziejna sytuacja. – zbędny przecinek

 

W dzisiejszych czasach nie ma, co oglądać. – zbędny przecinek

 

Tak, ciągle na nią skarżyli, że jest niejadkiem(+.) Tak, jak miała trzy lata nie chciała pić mleka.

 

Ulica Mazowiecka 64, lokal numer 3. – ponieważ to wypowiedź postaci, to chyba jednak te numery słownie.

 

Szlag. 

Z jednej strony podziwiam i zazdroszczę, jak potrafisz poruszająco i sprawnie pisać o tak trudnych sprawach, z drugiej nie umiem pojąć, skąd takie tematy przychodzą Ci do głowy. I nie odpowiadaj – nie musisz, to nie pytanie. Pozwolisz, że nie będę się rozwodzić nad treścią. Jedno, co jeszcze dodam, że po raz kolejny pokazujesz, jak fantastycznie zamykasz pętle. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Karol – ​dziękuję bardzo za przeczytanie, obszerny komentarz i klika do biblioteki. A tym, że może być dużo interpretacji… Taki był mój, gdy pisałam ten tekst. Nie chciałam nikogo oceniać, ani promować żadnych idei… Twoja interpretacja z zanikającą psychicznie Żanetą bardzo mi się podoba… I dzięki za błędy.

 

Śniąca – bardzo dziękuję za komentarz i przecinki… Zaraz koryguję.

Nie pytasz, skąd takie tematy przychodzą mi do głowy… Nie wiem. Mogę się jedynie domyślać:

– masochizm psychiczny, gdy piszę takie teksty wczuwam się na tyle mocno w sytuację bez wyjścia, że wpływa to na moją psychikę i obniża mi nastrój.

– z mężem od wielu lat oglądamy dosyć ciężkie filmy, i może jest to jedynie wpływ zewnętrzny…

 

Tak czy owak za parę dni, może tydzień wrzucę bardzo, bardzo optymistyczne opowiadanie, aż się boję, że będzie nudne :)

Sztuka Beksińskiego jest ponura i mroczna, a trwa do dziś… Na długo po jego śmierci…

Stań się, kim jesteś.

To prawda… I jest to jeden z moich ulubionych malarzy…

też uwielbiam

Stań się, kim jesteś.

Czasem podczas kłótni z Bartkiem, gdy na nią krzyczał, Żaneta pragnęła tak po prostu rozpuścić w powietrzu, nie umrzeć, tylko rozpuść, lecz teraz gdy się to działo, czuła strach => albo ci tu coś zostało albo miało być rozpuścić. :)

Jak zwykle czytało się płynnie, tekst wciągał, no i poruszyłaś kolejny trudny problem. W końcówce zadałaś trudne pytanie i pozostawiłaś je bez odpowiedzi, bo rzeczywiście, taka odpowiedź nie istnieje. Chociaż ja skłaniałabym się ku temu, że to jednak były wyrzuty sumienia. Często jest tak, że wydaje nam się, iż mamy na jakiś temat wyrobione zdanie, wiemy jak byśmy postąpili w danej sytuacji, jednak w konfrontacji z rzeczywistością nasze decyzje są zupełnie inne, i później ciężko nam z tym żyć. Może Karol123 ma rację, sugerując, że było to “psychiczne zniknięcie”?

Tekst świetny, daje do myślenia, a Ty, jak widzę, nie ustajesz. Tak trzymać!

Pozdrawiam serdecznie. :)

AQQ – ​bardzo się cieszę, że tekst Ci spodobał. Tak, pytania przy takich tematach pozostają bez odpowiedzi… Niestety. Jak się wczuwam w takie sytuacje bez wyjścia, to czasem naprawdę myślę, że ktoś nam, ludziom, zrobił niemiły żart… Ale już dość marudzenia :)

Miło mi, że jesteś zadowolona z lektury i dziękuje za klik.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

 

Wydaje mi się, że to jest tylko i wyłącznie sprawa własnego sumienia i jakiekolwiek odgórne regulacje są… no właśnie. Miejmy prawo do decyzji, nawet jeżeli w konsekwencji tego znikniemy.

Pozdrawiam. :)

Dokładnie :)

Smutno mi się zrobiło po przeczytaniu. Ciekawy pomysł i zakończenie takie jakby w mordę strzelić. No i dałaś do myślenia, a nie podałaś żadnych dobrych rozwiązań. Ty czarownico, ty…

Trochę drażniły mnie celowe powtórzenia, ale taki mam gust.

Ślę pozdrowienia :)

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Skull – ​dziękuję za odwiedziny i komentarz, i uwagę o celowych powtórzeniach, chyba ostatnio rzeczywiście trochę z nimi przeginam…

A dobre rozwiązania… Mhm… Ciężko z nimi, ciężko…

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Na wstępie – fajny rysunek.

Motywu, czemu Żaneta zniknęła, domyśliłem się dosyć szybko, ale i tak muszę powiedzieć, że nieźle “zaklęłaś” pomysł w słowa. Ilość “złych” emocji tutaj nie przygniatała jak w “Jestem muchą”, nie wpadłem więc w apatię czytelniczą w stosunku do losów bohaterów.

Spodobało mi się też wyjaśnienie na końcu, które pokazuje co, gdzie i jak bez zbędnych tłumaczeń.

Klik się należy :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki NoWhereMan, cieszę się, że spodobało się i opowiadanie i rysunek :)

 

 Pozdrawiam serdecznie :)

Przeczytałem tekst i kilka komentarzy przed moim i wnioskuję z nich, że jest tu jakieś drugie dno. Fajnie się czytało, ciekawy tekst. Ale zakończenie, jeszcze przed lekturą komentarzy, nie przypadło mi do gustu – zadajesz, narratorko, wiele pytań i… sama dajesz odpowiedź. Jaki sens ma odpowiadanie na postawione samodzielnie pytanie?

Moim zdaniem lepiej by było, gdyby czytelnik poszukał odpowiedzi, ale pewnie tylko się czepiam.

I tak jest niezłe na tyle, że daję klik. Rozumiem, że zniknięcie miało być motywem fantastycznym – przenikanie równoległych rzeczywistości?

Bo jeśli nie, zarówno sny kobiety, jak i wizje głównego bohatera, uznać można za halucynacje i nie sugerują w ogóle motywów stricte zmyślonych, nierealnych.

Daję klik i pozdrawiam!

Stań się, kim jesteś.

Piotrze, też się zastawiałam się nad ostatnim zdaniem, czy je usuwać, czy zostawiać, ale nie chciałam, żeby tekst był odebrany jako sprzeciw w kwestii aborcji i tabletek “po”​. Oczywiście, bardzo dziękuję za klik.

Miłego wieczoru!

Hmmm… A ja nie jestem zachwycona.

To znaczy czytało mi się bardzo dobrze, wiadomo, ale dla mnie ten tekst jest zbyt… jednostronny. Zniknięcie Żanety odbieram jednoznacznie jako karę za wzięcie tabletki. Czyli już z założenia to jest złe. Jest jakoś tak… za prosto.

I nie podoba mi się ostatni akapit – w tym sensie, że dla mnie ładniej kończy opowiadanie poprzedni ;)

Bardzo dobrze mi się czytało. To taki rodzaj prozy, jaki lubię – z niedopowiedzeniem, z różnymi ścieżkami interpretacji. Trochę jak poezja.

Ale tez muszę dopisać się do uwagi Anet – ostatni akapit kompletnie mi, hmm, uciekł? Szczerze mówiąc, miałem wrażenie, że to nie fragment opowiadania, tylko jakiś finalny, dodatkowy komentarz autorki. Musiałem się cofnąć i końcówkę przeczytać jeszcze raz, żeby w ogóle połączyć go z treścią. Ale poza tą jedną rzeczą, bardzo fajna lektura.

Dzięki!

Niby temat wyświechtany, ale udało Ci się zbudować na nim ciekawy tekst. Niczego sobie pomysł. A może winna jest ideologia, która stawia znak równości między tabletką dzień po a aborcją i zmusza dziewczynę, żeby najpierw poszła do lekarki?

Podobało mi się, klikałabym, gdyby inni mnie nie wyprzedzili.

Księżyc w nowiu, chudy, tak chudy, jakby był niedożywiony.

Nie. Zaraz potem piszesz, że było koło północy, a księżyc w okolicy nowiu pojawia się tylko tuż przed świtem lub po zmierzchu. W nowiu w ogóle jest niewidoczny i włóczy się w okolicy słońca.

Babska logika rządzi!

Anet – ​tak tekst jest jednostronny, mimo że ja sama nie jestem… Ale tak jakoś mi ta jednostronność pasowała do pomysłu o znikaniu… A ostatni akapit zaraz wyrzucę. Dziękuję za klik :)

 

Caern – ​dziękuję za wizytę i komentarz, cieszę się, że się podobało :) A ostatni akapit za chwileczkę znika :)

 

Finkla – bardzo mi miło, że Tobie też tekst przypadł do gustu :) A z tym księżycem… Zaraz poprawiam. Niestety, chyba w ogóle nie mam pojęcia o astronomii… :(

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę miłego dnia :)

Zawsze możesz wziąć lampkę, jabłko, mandarynkę i pinezkę. Pinezkę wbijasz w jabłko i zastanawiasz się, jak ona postrzega mandarynkę krążącą niedaleko jabłka. ;-)

Babska logika rządzi!

:):):) Hmm… Może rzeczywiście poeksperymentuję, bo lubię motyw księżyca w swoich tekstach :)

Dobre. Testowania 10 Przykazań ciąg dalszy? Ale i tak dobre.Dwie uwagi– tuż po zakończeniu miesiączki są dni płodne? Naprawdę? Na pewno jesteś kobietą?;) Hmmm…I druga: współczesne prezerwatywy nie pękają. W 99,999 procenta przypadków. Co czyni pretekst do akcji mało wiarygodnym.

 

Przy, załóżmy, 26-cio dniowym cyklu i miesiączce trwającej 6 -7 dni jest to możliwe.

współczesne prezerwatywy nie pękają. W 99,999 procenta przypadków.

ale nie 100%.

Sto procent daje jedynie wstrzemięźliwość.

 

Edit: Cykle bywają nawet krótsze. Wiem, co mówię. Jestem kobietą. :)

Dni płodne zaczynają się niedługo od zakończenia miesiączki

Cóż jeszcze można dodać… 

Kolejny dobry tekst, smutny, emocjonalny, ze świetną warstwą obyczajową. Znów bardzo łatwo przyszło mi wczucie się, zrozumienie bohaterki, mimo iż temat raczej mi odległy.

Tak samo, jak w przypadku paru poprzednich Twoich tekstów. Dlatego, miast powtarzać to, co zostało już powiedziane, tak bardziej ogólnie:

Pod "Muchą" pojawił się apel, żebyś zwolniła, odetchnęła, dała swoim pomysłom odleżeć, dojrzeć, to może wtedy powstanie coś godnego nie tylko piórek tutaj, ale i puszczenia szerzej w świat, może i nawet papierowy. Rzeczywiście ma to sens, ostatnią rzeczą, jaką chcę widzieć to Katia wypalona, niema i bez pomysłów. I choć jesteś czasoprzestrzenną osobliwością (z lektury komentarzy wynika, że masz pracę, potomka, męża, któremu też pomagasz w pracy, cały ten inwentarz, do tego piszesz w zasadzie po kryjomu – jasny gwint!) to scenariusz "wypalenia" jest niestety prawdopodobny. Mimo to, myślę sobie – pisz. Póki możesz, póki chcesz, póki starczy sił, energii, motywacji i pomysłów, pisz i publikuj, nawet codziennie. Zapewne Tobie jest to potrzebne, a ja mogę dzięki temu liczyć na częsty kontakt z kawałkiem niezłej lektury. A gdy zabraknie Ci rozpędu… To się później okaże. Nie trzeba zastanawiać się na zapas :-) 

Wracając do tekstu – najfajniejsze jest to, że fantastyka służy tam (podobnie, jak w przypadku "Muchy") do pewnego rodzaju intensyfikacji, "urealnienia" przeżyć bohaterów, jakby to, co dzieje się w ich głowach, uzyskało nagle wpływ na realny świat, mogło zmieniać rzeczywistość. To fajny zabieg, bo pozwala na dwojakie podejście w rozumieniu tekstu – albo to wszystko dzieje się naprawdę, albo jest tylko projekcją pokręconego umysłu bohaterki… 

P. S. 

Dodatkowy plusik za Lacrimosę :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone, jak zwykle jest mi bardzo mi miło, że tekst Ci spodobał :) 

A odnośnie pisania, zgadzam się z Coboldem i Funem, że moje teksty powstają zbyt szybko, brakuje im przemyślenia i odleżenia i… Tworzę je w huku maszyn, bo w domu nie bardzo mam czasu nawet na komentarze odpowiadać…

Tylko ja nie bardzo potrafię inaczej. Może za jakiś czas będę pisać lepiej, a może przestanę i zajmę się, sama nie wiem czym :)

Ja na razie cieszę, że mogę publikować swoje opowiadania na tej stronie i wciąż znajdują się osoby, które je czytają :)

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia :)

Co do Lacrimosy – ponoć muzyka klasyczna nie pasuje do randek :) fakt faktem, ta randka była wyjątkowa ;) widzę Katio, że gnębi Cię tematyka okołoporodowa :P

Stań się, kim jesteś.

Piotrze, trochę gnębiła, bo zastanawialiśmy się z mężem nad kolejnym dzieckiem… A co do Lacrimosy, właśnie tego słuchaliśmy na początku naszej znajomości :)

Mam rozumieć, że przyszłą żonę poznam po słuchaniu razem muzyki klasycznej? Uwielbiam ten gatunek :)

Stań się, kim jesteś.

:):):) Nie wiem, Piotrze…

:D

Stań się, kim jesteś.

Mam rozumieć, że przyszłą żonę poznam po posłuchaniu razem muzyki klasycznej? 

Właściwie to Katia nie sprecyzowała, czy chodzi o Mozarta, czy szwajcarski zespół ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

No tak – a ja znowu dokonałem projekcji muzyczno-wyobrażeniowej…

Stań się, kim jesteś.

Chodziło o szwajcarski zespół, ale Mozart też może być :) W sumie lubię wszystko poza techno, rapem, disco, popem, hip-hopem, country… i… i… :)

 

Miłego wieczoru :)

Nawzajem.

Stań się, kim jesteś.

Ufff… 

Ależ emocji. Całkiem dobrze opisanych. 

Niestety zbyt dużo. 

Zbyt to naiwne. Zbyt epataologiczne. Brakowało jedynie ducha nienarodzonego dziecka, ukazującego się Żanecie. Czy przeoczyłem? ;) 

Źle się niestety czytało, choć do końca, bo miałem nadzieję na niespodziankę. 

 

Czy tabletka „po” to aborcja? Ona, pewnie, i tak nie byłaby w ciąży, więc to nie to samo. To co innego. Dziewczyna próbowała przekonać samą siebie. Jaka jest prawda? Przecież prawda nie istnieje. Nic nie jest czarne albo białe, w naszym świecie dominują szarości i beże. W oczach Żanety pojawiły się łzy.

Prawda jest taka, że tabletka "po", po prostu nie doprowadza do zapłodnienia. Nie powstaje nowy człowiek. To nie jest w żadnym wypadku aborcja, tak czy inaczej rozumiana. I to trochę przykre, że bohaterka tego nie rozumie. 

Rozumiem jednak ten emocjonalny tok myślenia. Ale w takim razie, najtańszym sposobem na "aborcję" dla Żanety, było nie wpuścić Bartka do swojej pochwy, że tak romantycznie ujmę. Obeszło by się bez tych całych hormonów ;) 

 

Zgadzam się, że trochę naiwne i jednostronne, i może nawet trochę głupie, ale miałam ochotę napisać o znikaniu i tak mi temat aborcji podpadł :(

Życie? Czym jest życie?

Widzisz, doceniam to, że kierujesz się emocjami. 

To bardzo widać :) I to nie zarzut. 

Mam dowód (kolejny), że moja pisania też nie jest zupełnie bez sensu :) 

 

 

:):):) Niestety, kieruję się emocjami za bardzo i to nie tylko w pisaniu, ale też w życiu, co często niesie za sobą nie do końca pożądane rezultaty… :)

Katiu,

Całkiem niezłe opowiadanko. Bardziej piszesz obyczaj niż fantastykę ;) 

No może pod fantastycznym płaszczem przemycasz obyczaj… z lekko filozoficzną nutą.

 

I jeszcze pytanie: 

Jak to jest możliwe, że co kilka dni publikujesz nowe opowiadanie, z nowym rysunkiem?? :)

Cichy0 – chyba rzeczywiście ciągnie mnie w stronę obyczajówki. A rysunki są stare, przynajmniej większość z nich, sprzed kliku lat. A opowiadania piszę głównie w pracy, bo w domu nie za bardzo mam czas… Ale z tempem pisania sama siebie zaskakuję. Wiem, że jakość ważniejsza od ilości, ale… cóż.

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia :)

Faktycznie rysunki też tu są. Matko jedyna, ależ one są chore! Dziewczyno, a nie masz ty aby galopującej deprechy? Czy cuś? :/

Katiu, opowiadania piszesz w pracy? Zazdroszczę :) Tutaj ilość idzie w parze z jakością jak najbardziej, więc tempo w sam raz. @Rybaku, przesadzasz.

Trochę się boję z tym pisaniem, ale jak na razie nie miałam żadnych problemów… :) A odnośnie uwagi Rybka, to mam swoje wzloty i upadki… :)

 

katia72 kolejne świetne opowiadanie. Co prawda, sięgasz po tematy, które same w sobie wzbudzają emocje, ale sposób, w jaki piszesz jest bardzo wciągający i wydaje mi się, że nawet bez poruszania tematyki aborcji, czy też pedofilii zdołałabyś przekonać czytelnika do swojego świata, nawet gdyby był o krasnoludkach i syrenkach :)

Kiedyś dostanę Nobla, zobaczycie.

Borowik – ​dziękuję bardzo za przeczytanie i pozytywną opinię. Bardzo się cieszę, że się podobało :) Miłego wieczoru :)

Najbardziej podoba mi się ilustracja, tekst jakby nieco mniej, choć czytało się naprawdę nieźle, a zakończenie zaskoczyło i zostawiło dobre wrażenie.

 

Nie pró­bo­wa­ła uczy­nić swej de­cy­zji ra­cjo­nal­nej… –> Nie pró­bo­wa­ła uczy­nić swej de­cy­zji ra­cjo­nal­ną

 

po czym pod­trzy­mu­jąc się o meble… –> …po czym przytrzymując się mebli

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg – ​dziękuję za przeczytanie i wyłapanie błędów. Mi samej rysunek podoba się dużo bardziej niż opowiadanie :):):) Pozdrawiam serdecznie.

Opowiadanie jest po prostu niezłe, ale nic poza tym. Czegoś tu brakuje, pomysł ze znikaniem jest dla mnie niewystarczający. Nie jest to zbyt oryginalne. Popieram stanowisko w sprawie aborcji, ale to tyle w temacie opowiadania.

Jak zwykle napisałaś to świetnie. Czyta się przyjemnie, ale to żadna nowość w Twoim przypadku, więc nie będę się rozwodził :)

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Pietrek – ​dziękuję bardzo za odwiedziny :) A opowiadanie… Ciągle przede wszystkim ćwiczę warsztat, więc staram się dużo pisać… :) I oczywiście różnie to wychodzi pod względem treści…

Pozdrawiam serdecznie :)

Dobrze się czytało.

Dziękuję :):):)

Zaliczam się do grona osób, którym tekst się spodobał. Mam wrażenie, że bardzo się rozwijasz i szybko. Postaci są coraz bardziej wielowymiarowe, a jednocześnie nie tracisz intrygująco mrocznych wątków fantastycznych. Spostrzegłam to już w opowiadaniu, które napisałaś na konkurs o morskim oku. Zauważyłam po drodze kilka literówek, ale nie chciało mi się robić łapanki, skoro tekst pod każdym innym względem świetnie się prezentuje zarówno warsztatowo jak i pod względem pomysłu. Do problematyki może się nie odniosę, oprócz tego, co Pan Lis już zauważył, że jednak tabletka “po” to zupełnie nie aborcja, ale biorąc pod uwagę, że w naszym kraju nazywa się ją “tabletką wczesnoporonną” i trzeba ją kupować na receptę, to wierzę, że są dziewczyny, które mogą mieć podobne dylematy. Zajmę się zatem tym, co napisałaś w jenym z komentarzy: bardzo fajny sposób na ujęcie tematu znikania i fajnie Ci to wyszło. Ładnie pozamykałaś wszystkie wątki. Ogólnie, bardzo dobry tekst. 

Rosebelle – ​bardzo dziękuję z wizytę i pozytywny komentarz i oczywiście bardzo się cieszę, że widzisz postęp w moim pisaniu. To chyba najważniejsze, a tematyka, staram się pisać o wszystkim, ale przekonania moich bohaterów nie zawsze pokrywają się z moimi :)

Pozdrawiam serdecznie, miłego dnia :)

Katiu, muszę się przyznać, że o mały włos, a nie przeczytałabym tego opowiadania.

Ale nie dlatego, że jest złe, oj nie :D

 

Otóż jestem poniedziałkową dyżurną, a że należę do osób leniwych i w dodatku ostatnio cierpię na chorobliwy brak czasu, to wybieram najkrótsze teksty z mojego dyżuru. Więc pootwierałam sobie w zakładkach kolejne opowiadania, najkrótsze skomentowałam i miałam resztę okien pozamykać, ale coś mnie tknęło i przeczytałam kilka pierwszych zdań z “Siedemdziesięciu dwóch godzin”. Potem przeczytałam kolejne. I nie mogłam się oderwać :D

Świetna robota!

Bardzo mi się podobało, przepłynęłam przez opowiadanie w ciągu paru miłych chwil i chociaż piszesz o trudnym temacie, to naprawdę ciekawie go ujęłaś i to bez popadania w jakieś moralizatorstwo, co jest sztuką.

Nie wiem, co jeszcze mogę dodać oprócz tego, że na pewno nie będę pomijać Twoich kolejnych opowiadań podczas moich dyżurów :)

 

angel

Iluzja, bardzo dziękuję za przeczytanie :) I oczywiście, bardzo się mi miło, że tekst Ci się spodobał. A od moralizatorstwa mi daleko ;) Mam nadzieje, że nie rozczaruję w przyszłości.

 

Pozdrawiam serdecznie.

Trudny temat, ale poradziłaś sobie bardzo dobrze. Naprawdę czuć emocje i rozdarcie bohaterki. Zakończenie zapadające w pamięć i ładnie zachęcające do interpretacji.

Zygfryd, dziękuję bardzo za odwiedziny i cieszę się, że opowiadanie ogólnie się spodobało :) Pozdrawiam serdecznie.

Nowa Fantastyka