- Opowiadanie: Wilk który jest - Pieśni bitewne

Pieśni bitewne

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Pieśni bitewne

Horda Włada Okrutnego stanęła na skraju zalesionego wzgórza. Przed nimi rozpościerała się rodna dolina. Na zamykającym ją wale ziemnym zgromadzili się wrogowie, których trzeba pokonać i zgładzić, by móc zagarnąć ich skarby, a osamotnione kobiety i dzieci powlec w głąb dzikiego kraju. Od wielu pokoleń nikt obcy stamtąd nie uszedł, o ile w ogóle zdołał tam wkroczyć. Krainę Włada odgradzają od świata bure ściany skalne, a jedyne drogi prowadzą przez wysokie przełęcze, na które żaden ciężki ogier bojowy się nie wespnie. Najeźdźcy nie spodziewali się więc odwetu.

Dziś jednak wojownicy o śniadych twarzach nie czuli się tak bezkarni, jak dotychczas. Spode łbów zerkali na przyszłe pole walki. Od wielu tygodni urządzali zasadzki. Rozbijali drobne oddziały, łupili kupców i czasem nacierali na straż tylną większych formacji. Gdy wróg ich przypierał, uciekali bezwstydnie, gromadząc się znów przy swym wodzu i atakując w innym miejscu. Tak, nie dając się pokonać i rozproszyć, dotarli daleko w głąb tej żyznej krainy. Teraz ponoć sam książę zagrodził im drogę. Nie zamknął się w grodzie, którego nie potrafiliby zdobyć, lecz z taką siłą, jaką zdołał zgromadzić, stanął naprzeciw najeźdźców. Walna bitwa nie leżała w naturze dzikich wojowników. Dlatego też popatrywali z niechęcią na to pole walki i przeklinali wstające powoli słońce, zwiastujące rychły początek starcia.

Za ich plecami ozwał się nagle basowy róg, a odpowiedziały mu inne. Wład wspiął się na barki swych wojowników i spojrzał w kierunku źródła dźwięku. Uśmiech zagościł na jego szkaradnym pysku. Oto, oświetlając sobie drogę płonącymi gałęziami, nadciągały nowe grupy wojowników. Szli w nieładzie, nie dbając specjalnie o ciszę. Ryknęli na ten widok potężnie ludzie Włada, wyrażając swymi ochrypłymi głosy radość z nadejścia pobratymców. On sam miał chwilami wrażenie, jakby cała ziemia aż po horyzont nabrała brunatnej barwy i falowała. Wiedział jednak, że to nie dzieło bogini traw, a wojownicy odziani w skóry, chroniący swe głowy pod potężnymi czaszkami ubitych zwierząt. Przybysze w większości uzbrojeni byli w dzidy. Tylko niektórzy dzierżyli obciągnięte skórami drewniane tarcze, pomalowane krwią w proste wzory. Mieli też długie noże. Mieczy dzikie plemię nie używało.

Młody wódz napawał się tym widokiem. Wiedział, że wróg po drugiej stronie pola nie jest liczny. Był przekonany, że choćby nawet i wielu z jego ludzi padło, reszta powali rycerzy i zwyczajnie zadepcze. Ilość dzikich wojów zdawała mu się bowiem tak przerażająca, że w jego mniemaniu wygraliby każdą bitwę, po prostu konsekwentnie i z uporem idąc naprzód, obalając przy tym na ziemię i tłamsząc wszystkich, którzy wpadliby między ich szeregi.

W nadciągającej ciżbie chaos panował tak okrutny, że niepodobna było rozróżnić poszczególne sotnie. Kosoocy woje leźli bezładną gromadą, a gdy dotarli na skraj lasu, wykłócali się ze sobą, a czasem i bili o najdogodniejsze miejsca. Warknął na nich gardłowym głosem raz i drugi. Stojący najbliżej przycichli, czując jego gniew i znając władzę nad ich życiem i śmiercią.

Gdy najbliższe otoczenie nieco się uspokoiło, Wład powrócił do obserwowania nadchodzących wojsk. Wreszcie dostrzegł to, czego widoku bardzo pożądał. Oto wśród tych przypominających robactwo mas ukazał się oddział jazdy. Konni odziani byli w skórzane kubraki, a głowy ich zdobiły miedziane hełmy. Klinem przebijali się przez tłumy. Między nimi jechał wóz, zaprzężony w dwie pary wołów. Tam, w poskładanej z grubych tarcic skrzyni, wymoszczonej skórami, siedział sam Dan Wstrętny zwany też Podłym. Najwyższy wódz wszystkich plemion. Był to starzec, który mimo wieku wciąż wzrostem i siłą górował nad pozostałymi ze swego ludu. Jemu to Wład chciał ofiarować dzisiejsze zwycięstwo. Liczył, że dzięki sukcesom bitewnym przypodoba się i zyska wpływy. Wyścignie też innych watażków, dążących do tego, by zostać następcą Dana, gdyż ten nie miał prawowitego potomka a jedynie mendel bękartów.

Dzicy woje obstąpili brzeg wzgórza. Bez żadnej dyscypliny zaczęli rozpalać ogniska i podgrzewać na nich przydźwigane kawałki mięsa. Ten i ów wydobył z zanadrza mączne placki. Wielu jednak jadło na surowo różne części upolowanych po drodze zwierząt, popijając je trunkiem o intensywnym zapachu.

Gdy jeźdźcy zbliżyli się do skraju lasu, Wład zeskoczył z barków swoich wojowników. Podszedł do wozu i padł na kolana. Dan wychylił się przez burtę i dotknął drewnianą pałką obu ramion klęczącego. Młodzian wstał, a wielki wódz wskazał ręką, że chce jechać na sam skraj przyszłego pola bitwy. Nie zamienili przy tym słowa. Dan Wstrętny lubił dowódców zdolnych do prowadzenia zuchwałych akcji i niezbyt gadatliwych. Ten młody wódz od wielu dni przysyłał mu łupy i zachęcał do przybycia w te odległe strony. Zebrał więc wielką armię, może i większą niż którykolwiek z jego przodków i wyruszył, prowadzony przez ludzi Włada. Co prawda wczoraj kazał ich stracić, by młodzian sobie nie pomyślał, że on, wielki Dan bez jego pomocy by tu nie trafił, ale życzliwe wobec tego watażki myśli wypełniały jego okrutne serce.

Nim wóz wtoczył się na wzgórze i zniknął w lesie, Dan popatrzył na swoje wojska. Szli od wielu dni. Nienawykli do tak odległych wypadów, nie mieli ze sobą prawie żadnego zaopatrzenia. Ledwie kilka wozów z prowiantem dla wodza i jego jeźdźców, które zostały gdzieś w tyle. Reszta żywiła się tym, co zdobyła po drodze: od korzeni roślin, po padlinę. Przynaglani jednak lękiem, którym napawał ich sam widok Dana Podłego, bez większego szemrania parli naprzód. Nie niosła ich tu obietnica bogactw. Te i tak w całości zagarnia wódz. Wiodła ich wrodzona dzikość plemienia, z którego się wywodzili i strach.

Dan ocenił, że jego oddziały są groźne i liczne. Uśmiechnął się i krzyknął, a wojownicy odpowiedzieli mu wrzaskiem. Tak wśród ryku podwładnych wjechał wielki wódz na szczyt wzgórza. Stąd spojrzał na wrogie wojska. Ocenił je zgoła inaczej niż Wład. Uważnie przyglądał się formacjom, które zagrodziły drogę jego wojom. Z każdą chwilą ten widok fascynował go coraz bardziej. Oto wzdłuż uszykowanych do bitwy oddziałów kursowali dowódcy na koniach przystrojonych w czarne i szkarłatne barwy. Lustrowali swoje wojska i dodawali otuchy. Po lewej stała chorągiew jazdy. Jeźdźcy dzierżyli długie kopie, a nad nimi powiewała chorągiew z gryfem przelatującym nad górą i liczne pomniejsze proporce. Na wprost Dana pozycję zajął dumnie wyprostowany oddział jednolicie odzianej piechoty. Przed sobą wbili w ziemię wysokie pawęże, nad ich szyszakami jak las wyrastały piki. Od prawej koniec pola zajęła lekka jazda i nieliczny oddział złożony z chłopów, uzbrojonych przeważnie w widły i oszczepy używane do polowań na grubego zwierza.

Dan rozważał w sobie szanse na powodzenie w boju. Miał więcej doświadczenia niż Wład, widział więc to, czego oczy młodzieńca nie dostrzegały. Jego wojownicy przywykli do zasadzek i obrony górskich przełęczy przed przybyszami – wrogimi, czy nie wrogimi, to już nie stanowiło różnicy: ot, obcy to obcy. Nie umieli jednak walczyć w zwartych formacjach i utrzymywać szyku. Nawykli też do chaotycznych ucieczek w przypadku, gdy nieprzyjaciel zyskiwał przewagę. Stojący po drugiej stronie bez wątpienia potrafili wojować w otwartym polu. Dan dobrze wiedział, jakiego spustoszenia potrafi dokonać w niezdyscyplinowanych szeregach szarża ciężkiej jazdy. Pojmował, jak trudno rozbić umocnioną piechotę i czuł determinację, która gorała w sercu każdego z jego wrogów. Nie był więc tak pewien sukcesu. Przewidywał raczej, że jego woje prędzej uciekną, niż zginą pod kopytami. Nie potrafił jednak ocenić, jak daleko uciekną. Może trafią się tacy, którzy, gnani strachem, dotrą aż do dzikiego kraju i rozpowiedzą, że bitwa przegrana, a Dan zabity? Wróciłby wtedy do ziemi ogarniętej zajadłą walką o spuściznę po nim.

Te ponure myśli przerwał jakiś ruch we wrogiej armii. Stanął więc Dan na wozie, by przyjrzeć się dokładnie temu, co się tam działo. Jego oczom ukazał się zajmujący obraz. Oto rycerze rozstąpili się, a środkiem wyszli marszowym krokiem, strojnie odziani muzykanci. Ich głowy zdobiły wysokie czapy, zakończone pojedynczymi, czerwonymi i czarnymi piórami jakichś potężnych ptaków. Większość grających miała ze sobą dudy. Pod pachami ściskali skórzane worki, a w dłoniach trzymali piszczałki. Za nimi szli bębniarze. Gdy ostatni z grajków przekroczył pierwszą linię jeźdźców, ci zajęli znów swoje dawne pozycje. Nieuzbrojeni muzykanci ustawili się bez lęku na przedpolu swej armii. Na początku ich formacja przyjęła kształt klina, skierowanego w stronę najeźdźców. Zapadła cisza. Po chwili do uszu Dana doleciał dźwięk pojedynczej dudy. Cicha melodia była jakby opowieścią o ojczyźnie grającego, powinnościach wobec niej i jej pięknie. Zdawało się, że każdy dźwięk opiewa łagodne wzgórza, wiekowe drzewa, żyzne pola, kwietne łąki i rybne rzeki. Wychwala swobodę wędrowania po szerokich drogach i leśnych ścieżkach, przyjemność wieczornych gawęd i grzania dłoni przy kominkach i ogniskach. Nagle pieśń ucichła niby w pół urwana. Znów zapadła cisza. Dan spostrzegł, że nawet jego dzicy wojownicy zasłuchali się i stali z rozdziawionymi gębami i przekrzywionymi łbami.

Po chwili dudziarz zaczął dźwiękami inną historię. Tym razem ton był ostrzejszy jakby rzucający wyzwanie słuchaczowi. Podjęły melodię pozostałe instrumenty i każdy z odbiorców zrozumiał, że to opowieść o przewagach bitewnych i walecznych czynach przodków, ich bohaterstwie i walce do końca. Dźwięki zdawały się prawić o poszanowaniu w świecie, zdobytym tak wysoką kulturą i ukochaniem swej krainy, jak i orężem. Rozsierdziło to agresorów. Przywlekli skądś dzicy woje kotły, obciągnięte skórą i zaczęli w nie walić bez opamiętania i rytmu, wrzeszcząc przy tym wniebogłosy. Dźwięku dud to jednak nie uciszyło. Górował swą wysokością nad tym ponurym grzmotem. Do tego dudziarze zaczęli maszerować. Najpierw w miejscu, by po chwili zademonstrować, jak zmieniają szyk w skomplikowanych układach musztry paradnej. Bywało, że część z nich stawała przy tym tyłem do wroga, wciąż grając melodię pełną potęgi i chwały.

Zapatrzył się Dan na to widowisko. Nagle dudziarze i bębniarze stanęli w szeregu, a konny poczet sztandarowy zaczął kursować wzdłuż armii z rozpostartą wielką chorągwią z gryfem. Dudy wspólnie podjęły nową melodię, a z gardeł rycerzy wydobyła się pieśń. Słów nie było słychać. Dan z wściekłością wrzasnął na bijących w kotły. A groza taka z jego głosu płynęła, że po chwili zamilkły wszystkie, a dzicy woje zerkali nań spłoszeni, nie mogąc pojąć, za co wódz ich łaje.

Słabo kosoocy najeźdźcy znali inne języki. Z pieśni bił jednak taki majestat, że zaczęli jej słuchać z czcią. Dźwięki to wzbijały się, to opadały. Patrzącym na poczet sztandarowy i łopoczącą chorągiew, zdawało się, że to opowieść o gryfie, który nieraz wspierał w boju przodków ich wrogów i dziś go przyzywają, by powrócił i wypełnił ich serca odwagą, by przybył zza gór i zdmuchnął wrogów wiatrem, który mogą wywołać jego potężne skrzydła.

Dostrzegł Dan, że ten i ów z dzikich wojów płochliwie spogląda za siebie, by sprawdzić, czy aby gryf nie nadlatuje od zachodu. Nikt już nie myślał o biciu w kotły, które porzucone walały się po ziemi, wraz z kijami, którymi jeszcze przed chwilą w nie walono. Wódz zamachał drewnianą pałką, aż zaświszczało. Jeźdźcy zaraz zgromadzili się przy nim. Wskazał maczugą kierunek powrotny i spokojnie usiadł na wozie. Zaskoczony Wład wydał rozkaz swoim wojom, by ustąpili ze skraju pola i ruszyli za wodzem. Tym, których komenda wprawiła w osłupienie, zaczął rozdawać solidne kopniaki. Po chwili cała ta bura masa wlokła się już do dzikiego kraju. Dan Wstrętny miał wielką władzę. Nikt z jego wojowników nie szemrał. W ciszy tratowali trawy i krzaczki, nie potrafiąc, czy też nie chcąc się zebrać w jedną kolumnę.

Wład cierpiał. Czuł się upokorzony. Dotarł aż tu ze swoim oddziałem. Zawezwał wodza, by mu się przypodobać i rzucić mu zwycięstwo do stóp, a ten darem owym wzgardził. Bezsilna a wielka wściekłość ogarnęła młodzieńca. Złość taka od niego biła, że wojownicy trzymali się odeń z daleka, by nie doznać jego straszliwego gniewu.

Szli tak aż do zmroku. Gdy nastały ciemności, poukładali się wprost na ziemi, tam, gdzie który stał. Wtedy od czoła pochodu przybył jeździec z pochodnią, wołając Włada po imieniu. Wstał młody wódz i odpowiedział krzykiem. Konny dał mu znak pochodnią, by podążał za nim i ruszył, nie oglądając się, z powrotem. Chociaż młodzian wyciągał krok, a chwilami nawet podbiegał, szybko stało się jasne, że z koniem równać się nie może. Gnał więc jak mógł najśpieszniej, kierując się odległym światłem pochodni. Dotarł w końcu do wozu Dana Podłego i stanął w kręgu straży przybocznej wodza. Właśnie wieczerzali. Starzec spojrzał na Włada i rzucił mu pod nogi kawał mięsa. Ten pokornie podniósł dar i zaczął chciwie jeść. Posilali się i pozostali, bekając przy tym i mlaszcząc. Gdy wielki wódz dzikich ludzi zaspokoił głód, otarł pysk dłonią i kiwnął na młodzieńca, by ten podszedł bliżej. Stanął tedy Wład u burty wozu. Dan nachylił się ku niemu i szepnął:

– Słyszałeś te pienia i widziałeś podrygi?

– No.

– Rozumiesz więc, dlaczego wracamy bez bitwy.

– Ja… Ja nie pojmuję…

Westchnął Dan i dopowiedział:

– Przegrałbyś, bo tamci mieli czego bronić. Nie tylko ojcowizny, ale i tych melodii i opowieści. Mają to dziedzictwo. Kulturę mają. A co masz ty? Tchórzliwych obdartusów, których tylko gniew twój pcha do przodu, a jedyne, co potrafią to wrzeszczeć i hałas czynić drągami. Dlatego musieliśmy wrócić. Dziękuj, bo nie dałem ci zginąć dla mojej rozrywki. A teraz idź do swoich i wróć, kiedy twoje plemię będzie miało co prócz skał burych bronić i co w świecie krzewić.

Odszedł Wład w milczeniu, rozważając, co mu Dan powiedział. Czuł się pokrzepiony, bo złego słowa o sobie samym nie usłyszał. A z wypowiedzi wywnioskował, że może wrócić i zaszczytu rozmowy dostąpić. Przemyśliwał po drodze do swoich, jakby tu grajków porwać i skłonić do służenia jego celom. Dzicy ludzie nie znali pieśni. Za całą muzykę starczał im śpiew ptaków i szmer górskich potoków, toczących w swym wnętrzu ostre kamienie.

Dan patrzył za nim, dopóki sylwetka nie zniknęła w mroku. O tym, że wiedział, co szarża rycerska z wojami Włada uczyniłaby w otwartym polu i, że wojny bratobójczej w swoim dzikim kraju się obawiał, nie wspomniał młodziankowi, bo i po co? Takie objaśnienie odwrotu, jakie dostał, powinno mu wystarczyć. Nie było to zresztą tylko nagie kłamstwo. Urzekła starego wodza ta pieśń o gryfie, który przelatuje dumnie nad najwyższymi szczytami. Ułożył się wygodnie na wozie, wyścielonym skórami turów i spojrzał w gwieździste niebo. W obozie było cicho. Większość dzikich wojowników spała, wycieńczona drogą. Ci, którzy nie drzemali jeszcze, bali się zaś przemówić, by wodza nie rozwścieczyć. Dan zasnął, słysząc w swej głowie opowieść o potężnym gryfie, graną na dudach. Śniło mu się, że to hymn o nim samym, że przyjął taką postać po śmierci i tak unieśmiertelniony wciąż pławi się w dostatku i każe ciągle nowe peany na swój temat tworzyć.

***

W tej samej chwili stwór wielkości wilka szybował bezszelestnie wysoko nad śpiącymi wojownikami. Przeżył już tyle lat, że niepodobna je było liczyć ludzką miarą. Silne dawniej skrzydła i lwie łapy, dzięki którym przemierzał ogromne przestrzenie na lądzie i w powietrzu, utraciły już wiele ze swej mocy. Bystry niegdyś wzrok osłabł. Na dole dostrzegał tylko jedno ognisko i nawet nie domyślał się, że poniżej zaległa cała armia, która przywędrowała tu aż z dzikich krajów. O sprawy ludzkie nie dbał wiele. Choć zdawało mu się, że dziś do jego uszu doleciały dźwięki prastarej pieśni, śpiewanej na jego cześć. Pokrzepiony tym wspomnieniem machnął mocniej skrzydłami i wydał donośny krzyk. Dwa pióra, czerwone i czarne, odpadły od jego skrzydeł. Jedno spadło obok śpiącego Dana, drugie tuż przy głowie Włada. O świcie dwóch barbarzyńskich wodzów uzna to za znak i powód do zawarcia przymierza.

Koniec

Komentarze

O, wrócił Wilk który jest :) Zabieram się do lektury. 

 

Edyta.

Teraz wracam ja, z komentarzem. 

 

Dlatego też popatrywali z niechęcią na to pole walki i przeklinali wstające powoli Słońce, zwiastujące rychły początek starcia. – dlaczego słońce wielką literą?

 

Tylko niektórzy dzierżyli, obciągnięte skórami drewniane tarcze – zbędny przecinek

 

wielki Dan bez jego pomocy by to nie trafił, ale życzliwe, wobec tego watażki myśli wypełniały jego okrutne serce. – przecinek po życzliwe sprawia, że nie łapię, o co w tym fragmencie chodzi; a może coś innego się tu posypało? 

 

Wiodła ich wrodzona dzikość ich plemienia i strach. – moim zdaniem drugie ich jest zbędne

 

Tym, których komenda wprawiła w osłupienie, zaczął rozdawać solidna kopniaki.

 

Konny dał mu znak pochodnią, by podążał za nim i ruszył, nie oglądając się(+,) z powrotem. 

 

Muszę przyznać, że tym razem się nieco rozczarowałam. Niby ta nieśpieszna opowieść, przywodząca na myśl legendę, jest bardzo w Twoim stylu, to jednak czegoś mi tu brakło. Nie mogę sama zrozumieć, dlaczego, ale czytało mi się wyjątkowo ciężko. 

Muszę to jeszcze przemyśleć. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jak zwykle ładnie, jakby zwykle obrazowo, jak zwykle średniowiecznie, jak zwykle ze znawstwem. Czy czegoś zabrakło? Bo ja wiem… Może jakiegoś mocniejszego akcentu na końcu, zamiast scenki z gryfem, według mnie zupełnie niepotrzebnej? Z drugiej strony, jakieś uderzenie mogłoby zepsuć nastrój i wymowę tekstu o bitwie, która się nie odbyła. Cóż, przeczytałem z zainteresowaniem, ale nie wiem, czy zapamiętam na długo. Choć nie umiem wskazać powodu, dla którego czuję niedosyt.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Fantasy, i to napisane przez rówieśnika? – przeczytam na pewno.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ciekawie napisane, klimat mnie urzekł, a że mocnego akcentu brak… Cóż, może nie wszędzie musi wystąpić.

Jak zacząłem,

tak w moment odczytało się samo.

Ni jednego zgrzytu nie uświadczyłem,

ni jednego omylenia nie dojrzałem.

Znać pióro iście kronikarza,

co to nie jedną legendę,

dane mu było spisać.

Zarzuty wszelakie, mi są niezrozumiałe,

bo jak tu z legndą dysputę podejmować,

zarzucać jej cokolwiek?

Ode mnie bracia, siostry,

po trzykroć, Wilkowi, który jest:

Chwała mu! Sława mu! Wina mu!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

“Przywlekli skądś dzicy woje kotły,” – jakoś mi ten fragment zdania słabo brzmi.

zaczął rozdawać solidna kopniaki.

Ogólnie bardzo, bardzo super.

"solidna kopniaki", to aby nie jest stylizacja?

 

“Przywlekli skądś dzicy woje kotły,” – Tu nie ma nic dziwnego :D

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

@Śniąca

Jak to – wrócił? Jak sama nazwa skazuje: Wilk jest! Co najwyżej nie publikuje. ;-)

Piękne dzięki za uwagi! Liczyłem, że wzmianka o tym, że gryf był wielkości wilka, Cię udobrucha. Przyznaję jednak, że rozmiar wilka i sam wilk, to dwie różne kwestie. Pewnie więc stąd niedosyt, o którym wspominasz.

Z pozdrowieniem, Wilk który (oczywiście) jest

 

@Thargone

Dziękuję za uwagi! Kwestia zapamiętania opowieści na dłużej bardzo interesująca. Mam nadzieje, że coś z tej historii będzie sobie powoli kiełkować. :-)

Pozdrawiam, Wilk

 

@Mr.Maras

Tak – mój wiek to główny argument, przemawiający za przeczytaniem tej historyjki. ;-) Życzę przyjemnej lektury i pozdrawiam, Wilk

 

@Suzari

Mocny akcent – to zależy, jakie się chce mieć rekolekcje. Jeśli z przytupem i akcentem, to najlepiej „Straszne rekolekcje” Szustaka OP. Ja wolę działać z nadzieją. :-)

Dzięki za dobre słowo. Pozdrawiam, Wilk

 

@Mytrix

Wzruszenie odebrało mi głos! Dziękuję! :-)

Pozdrawiam serdecznie, Wilk

 

@Dalekopatrzacy

Dzięki za super ocenę! :-)

Pozdrawiam, Wilk

 

 

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Klimat – Jest.

Styl i wykonanie pod względem technicznym – No, może czasami coś mi nie grało, ale poza tymi pojedynczymi rodzynkami, to jest naprawdę dobrze.

Element fantastyczny – Jest.

 

Ogólnie fajne opowiadanie. Co prawda nie lubię, gdy opisy stanowią dziewięćdziesiąt procent książki, a dialogi zaledwie jeden, bo przez to czytanie mi się dłuży, ale to już chyba kwestia indywidualna i do tego akurat się nie mogę przyczepić :)

Kiedyś dostanę Nobla.

:-) Wiesz, oni są tak barbarzyńscy, że głównie wrzeszczą. Nie znają pieśni, a ich wódz najwyższy – Das, lubi milczków. Na dialog w stylu Platona nie ma w tej ekipie co liczyć.

Dzięki za uwagi!

Pozdrawiam, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Hmmm. A mnie się tekst dłużył. I tematyka wybitnie nie moja, i dużo opisów, a mało akcji. Z jednej strony przez prawie cały tekst brakowało mi fantastyki. Z drugiej – trudno mi było uwierzyć, że dzicy wojownicy tak się przejęli muzyką. I tak dobrze ją zrozumieli. W końcu to nie Paganini ustrzelił naszego hejnalistę.

Babska logika rządzi!

Bitwa opisana w sposób wciągający. Czuć było klimat zbliżającego się starcia. Widać też pewne znawstwo, bo przygotowanie do batalii nie wygląda jak w typowej powieści “wysokiego fantasy” ;)

Dan i Wład zostali zaprezentowani wyraźnie, zaprezentowana relacja między obydwoma wodzami bardzo mi się spodobała.

I tylko motyw końcowy mi zgrzytnął – ten, że dzicy nie mają swoją kultury, by o nią się bić. Był taki trochę na siłę.

Podsumowując: dobre opowiadanie, z małym zgrzytem pod koniec. Klik się należy.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

@Finkla

Paganini kruszył porcelanowe talerze w trzech palcach lewej dłoni. O strzelaniu ze smyczka nic nie słyszałem. ;-) Barbarzyńcy są „dziwni”, bo są nieokrzesani. Można zdobyć Rzym a kazać się pochować w wannie, ze względu na jej ładne zdobienia. Ci, opisani przeze mnie, nie znali pieśni. Prymitywi potrafią nabrać nabożnej czci dla czegoś, czego nie pojmują. Pomyśl o tym. :-)

Dzięki za uwagi!

Z wilczym pozdrowieniem,

Autor

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@NoWhereMan

Bóg zapłać za dobre słowo. :-) Jak to ujęto w Pieśni nad pieśniami: „dzieweczka była piękna i groźna zarazem, jak uszykowane do bitwy wojsko”. Starałem się to oddać. Uzasadnienie Dana jest nieco „dęte”, o czym on sam wie. Ale nie jest to tylko owo „nagie kłamstwo”. Sam zapragnął, by śpiewano pieśni o nim, które zapewnią mu „nieśmiertelność”.

Dzięki raz jeszcze za fachowy komentarz i dobry znak! :-)

Pozdrawiam serdecznie,

Wilk który jest

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

No, być może mamy inne wyobrażenia prymitywów. Ci moi po prostu zabiliby grajka, nie wnikając w siłę palców albo głosu, kunszt melodii i tym podobne duperele. A o muzykach prędzej pomyśleliby, że to jakieś zniewieściałe popierdółki, które nie potrafią posługiwać się mieczem. No, chyba że wyglądaliby na szamanów, wtedy insza inszość. Ale pierwsza strzała rozwieje wątpliwości w tej kwestii. ;-)

Babska logika rządzi!

Wiesz, Wład też by podjął taką próbę. Bardziej doświadczony życiowo Dan jednak nie zaryzykował. ;-) Nawiązałem w tej historii do słynnej wypowiedzi Churchilla, który podczas II wojny dostrzegł w budżecie brak wydatków na kulturę. Miał powiedzieć zdumionym ministrom: „panowie, to czego my właściwie bronimy?”

Pieśń jest elementem wojny psychologicznej. Choć ta tutaj zadziałała przypadkowo. Ale ci goście robią wrażenie (link do występu z miasta Św. Idziego, czyli z Edynburga). :-) To taki mały przejaw mojego szacunku dla tego dziedzictwa.

Z pozdrowieniem, Wilk

 

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

OK, ładny filmik. Tylko ja w tej muzyce nie słyszę szelestu szkockiego deszczu ani widzę potwora z Loch Ness. Może jestem przygłucha, a może to sprawa hałasu. ;-)

Nie jestem historykiem, ale wydaje mi się, że często gęsto barbarzyńcy podbijali wysoce kulturalne narody. Fakt, to cywilizacja miała ostatnie słowo, bo potem barbarzyńcy przejmowali zwyczaje i udogodnienia podbitego ludu. Ot, zmienili Atenie imię na Minerwę i tyle. Dopóki kultury nie wesprze postęp techniczny, to orkiestra nie ma szans w starciu z oddziałkiem dzikusów z dzidami.

Babska logika rządzi!

Patrząc na rodaków, mogę stwierdzić, że mamy za sobą lata przekonania, że jakaś lepsza od nas cywilizacja istnieje na wschodzie, po których nastąpiło przeświadczenie, że jest jednak na zachodzie. ;-)

Cóż – moi barbarzyńcy są po prostu fajniejsi niż Twoi. :-P ;-)

Pipes and drums polecam na żywo. Działa taka formacja w Częstochowie, która udziela się na imprezach w całym kraju. Warto posłuchać i popatrzeć.

Wracając do samej opowieści. Orkiestra nie wygrywa. Odwrót wynika z trzeźwej oceny sytuacji, dokonanej przez Dana. Założył on, że w otwartym polu szarża ciężkiej jazdy zmiecie wojów Włada i przybyłe posiłki. Słusznie obawiał się też tego, co może stać się w kraju. Taka ucieczka z pola bitwy miała miejsce na przykład pod Grunwaldem. Byli tacy, którzy 15 lipca 1410 roku okazali się „szybkonodzy”, w zgoła innym znaczeniu tego pojęcia niż nam zostawił Homer. Gnani największym strachem dotarli na Litwę, gdzie obwieścili, że bitwa została przegrana, a król zabity…

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Sorki wielkie, że się wtrącę, ale odniosłem wrażenie, że Dan zrezygnował, bo widział armię i zorientował się, że nie ma szans. Muzycy byli tylko "na dokładkę", inteligentny i doświadczony władca zobaczył w nich coś więcej, niż Wład. Zrozumiał siłę tego "elementu wojny psychologicznej", ale nie on był najistotniejszy dla jego decyzji. Gdyby był przekonany o zwycięstwie, pewnie by się nawet nie zastanawiał.

Dlatego obydwie postaci tekstu wydały mi się bardzo dobrze nakreślone i prawdopodobne, tak na marginesie :-) 

Ha, po namyśle, biblioteka się zdecydowanie należy :-) 

Edit :

No i się spóźniłem, Wilk juz wyjaśnił :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

OK. Ja na opisach armii wczoraj przysnęłam, więc dopiero muzyków miałam w miarę na świeżo. No i ciągle czekałam na ten element fantastyczny…

Babska logika rządzi!

@Thargone

Pospieszyliśmy objaśniać Damie w tym samym czasie. To budujący obraz! :-)

raz jeszcze pięknie dziękuję za dobrą ocenę!

 

@Finkla

„Wszystko, co pochodzi od damy, to dobro i łaska” (Anatol France, Zbrodnia Sylwestra Bonnard). Mam nadzieje, że przynajmniej dyskusja nie była usypiająca. ;-)

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Jeszcze pytanie, jaka ze mnie dama. :-)

Ale dyskusja w porządku. A z tym zasypianiem nie bierz sobie za bardzo do serca – późno już było.

Babska logika rządzi!

„Pytania są tendencyjne”! ;-)

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Wilk jest! Co najwyżej nie publikuje. ;-)

No dobrze, wrócił z publikacją :)

 

Wspomnienie wilka zauważyłam, ucieszyłam się nawet, ale przemilczałam w komentarzu, żeby nie było, że tylko tego wypatruję w Twoich tekstach ;) 

A to czego mi brakło, to pewnej odrobiny lekkości, bo jak wspomniałam, czytało mi się ciężej niż inne Twoje opowieści. 

 

PS. Pozdrawiam z Kielc :D

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Niezwykle malownicze opowiadanie potwierdzające słowa Jerzego Waldorffa, że muzyka łagodzi obyczaje. Tu pozwoliła podjąć także bardzo racjonalną decyzję.

Trochę mało fantastyki, bo tylko wielkości wilka cień przemknął nad niedoszłym polem bitwy, ale czytało się, jak zwykle w przypadku Twoich dzieł, znakomicie. ;)

 

Mię­dzy ich szpa­le­rem je­chał wóz, za­przę­żo­ny w dwie pary wołów. –> Szpaler tworzą dwa szeregi ludzi/ drzew. Można jechać szpalerem, ale nie można jechać między szpalerem.

 

że on, wiel­ki Dan bez jego po­mo­cy by to nie tra­fił… –> Literówka.

 

Sto­ją­cy po dru­giej stro­nie pola bez wąt­pie­nia po­tra­fi­li wo­jo­wać w otwar­tym polu. –> Powtórzenie.

 

Dźwię­ki to wzbi­ja­ły się ku górze, to opa­da­ły. –> Masło maślane. Czy mogły wzbijać się ku dołowi?

 

Po chwi­li cała ta bura masa wlo­kła się już do dzi­kie­go kraju. Dan Wstręt­ny miał wiel­ką wła­dzę. Nikt z bu­rych wo­jow­ni­ków… –> Czy to celowe powtórzenie.

 

Uło­żył się wy­god­nie na wozie, wy­ście­lo­nym skó­ra­mi tu­ro­ni i spoj­rzał w gwieź­dzi­ste niebo. –> Czy wóz na pewno być wyścielony skórami turoni?

Za SJP PWN: turoń  1. «kolędnik przebrany za rogate zwierzę» 2. «rekwizyt takiego kolędnika w postaci wielkiego drewnianego łba z kłapiącą szczęką»

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Daję klika bo opowiadanie na pewno warte jest biblioteki.

Twoją opowieść Autorze, mimo formy pozbawionej niemal dialogów, czyta się z zainteresowaniem. Ze znawstwem przedstawiasz realia quasiśredniowieczne, wprawnie szkicujesz dwie armie szykujące się do bitwy ( z naciskiem na stronę barbarzyńców). Schemat owej historii nienowy, mocno osadzony w znanej nam historii. Ileż to razy dzicy z Północy, czy ze Wschodu stawali naprzeciw regularnym i szkolonym oddziałom z Południa lub Zachodu. Od czasów rzymskich, przez czasy najazdów mongolskich (na których wzorujesz swoich barbarzyńców) i kolejne wojny i starcia. 

Proza, której siłą i główną formą wyrazu jest opis, bądź to wydarzeń, bądź to tych wydarzeń uczestników, a w której niewiele jest akcji, a bohaterowie charakteryzowani są nie poprzez działanie, a wręcz poprzez tego działanie zaniechanie, to ciekawa forma jak na fantasy.

I powiedzmy sobie, jest to fantasy dosyć umowne. Gdyby nie motyw gryfa z “epilogu”​, równie dobrze osadzić można by opisane wydarzenia w dowolnej epoce i scenerii. Fantastyki tu naprawdę ze świecą szukać. 

Ale taki zabieg (fabuła w formie stylizowanej na opowieść/legendę, zapis w kronice/relację) pozwala wyraźnie przedstawić ciekawy koncept i pomysł. Oraz myśli przewodnie. Obie zasadzające się na kontrastach. Pierwsza na kontraście pomiędzy starym/doświadczonym/sytym władcy/strategu u kresu swej drogi, który ma zbyt wiele do stracenia, a młodym/porywczym/niezaspokojonym watażce na początki swojej drogi, który ma wiele do zyskania. I druga na kontraście pomiędzy dzikim/barbarzyńskim/chaotycznym i prostym ludem ze stepów, a cywilizowaną/zdyscyplinowaną i bogatą poprzez swoją tradycję i kulturę społeczność zachodu z miast (to skrót myślowy).

Oczywiście trudno uwierzyć, że wielka armia zawróciła i zrezygnowała z bitwy z powodu wrażenia jakie wywołały na niej (lub jej wodzu) występy artystyczne ;) ale rozumiem ideę. Dosyć romantyczną ideę, mówiącą że narodu, który broni swojej kultury, tradycji, dziedzictwa, nie pokonają nawet niezliczone hordy barbarzyńców pozbawionych tych atrybutów (to jednak spore uproszczenie, za barbarzyńców uchodzili często wszyscy “obcy”, którzy niewątpliwie posiadali i swoją historię i kulturę). I chociaż wiem, że w Twoim opowiadaniu wielki wódz tylko po części kierował się założeniami tej idei, ale jednak to ona właśnie jest głównym przesłaniem tekstu, prawda?

A poza tym wiemy doskonale, że takie właśnie zadanie i cel miały wszystkie te dostojne pieśni, wielkie proporce powiewające dumnie na wietrze, insygnia i herby, kroki marszowe i zsynchronizowane ruchy – ​zrobić wrażenie na przeciwniku, podkopać jego morale, ale z drugiej strony również podnieść na duchu własnych żołnierzy.

Od strony technicznej… Nie będę szukał dziury w całym. Napisane sprawnie, obrazowo, warsztat jak należy. Przecinków nie liczę, to nie moja domena.

Po przeczytaniu spalić monitor.

@Śniąca

Piękne dzięki za pozdrowienia! Zwłaszcza z Kielc. :-) Kolejne będzie lżejsze. ;-) To pisałem od lipca do lutego… Cud, że w ogóle je skończyłem. Kolejne, które sobie właśnie leżakuje, powstało w kilka godzin. Zamieszczę je w marcu.

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Regulatorzy

…i kiedy wydaje się, że opowiadanie osiągnęło stan „mutatis mutandis”, pojawia się Bogini Regulatorzy i rzuca na całość więcej światła, niż go żądał umierający Goethe… :-D

Tur – Turoń – masz rację. Trzeba przyjąć jakieś źródło rozstrzygające i Wielki Słownik Języka Polskiego może oczywiście tę rolę odegrać. Zwrócę jednak uwagę, że Julian Krzyżanowski w trzecim tomie pracy „Pięć centurii przysłów polskich i diabelskich tuzin” zrobił dla obu tych pojęć wspólne hasło: Tur i turoń. W tym drugim wypadku zwierza należałoby raczej utożsamiać z kozą niż z turem. Podobne wnioski można wysnuć z „Turonia” Stefana Żeromskiego, gdzie skóry zwierzęce są symbolem porzucenia prymitywizmu przez zrewoltowanego chłopa. Dla czytelności zamienię jednak „turoni” na „turów”.

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Mr.Maras

Dzięki! Tyle ciekawych spostrzeżeń i dobrych słów w jednej wypowiedzi. Jestem pod wrażeniem! :-)

Fantasy ma granice słabsze niż rzymski limes. Gdyby najazdu dokonali orkowie, którym przewodziłby zapomniany mag, a drogę zagrodził im książę elfów wysokiego rodu, bylibyśmy na pewno bliżej definicji. Postanowiłem jednak przesunąć się w stronę historical fiction. Przy czym historyjka też nie jest wzorcem tego ostatniego. Zbyt wiele tu umownych elementów i mało konkretów, chociażby pod względem lokalizacji. Oczywiście całość pasuje do wyobrażeń przedstawicieli cywilizacji śródziemnomorskiej. Imiona wywodzą się z wołoszczyzny. Nawiązałem też do niemieckiego „Gdzie ludzie śpiewają, możesz spać spokojnie. Źli ludzie stronią od pieśni”. Ładnie przywołał to Hasek w „Przygodach dobrego wojaka Szwejka”. Tam śpiewają to po niemiecku górale podczas I wojny światowej.

Raz jeszcze dziękuję za interesujące uwagi i pozdrawiam serdecznie,

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Fantastyczni mogą być też sami dzicy, nie do końca ludzcy :-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Dziękuję, Wilku, za tak dobre o mnie zdanie. Jestem naprawdę wzruszona. No i cieszę się niezmiernie, że uznałeś uwagi za przydatne. ;D

Mogę tylko żałować, że ostatnio nieczęsto pozwalasz nam obcować ze swoim talentem, ale z tym większym zadowoleniem przeczytałam Pieśni bitewne, pozostając z nadzieją, że może niebawem znowu coś opublikujesz.

Pozdrawiam, Wilku i życzę stałej obecności Pani Weny. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieszę się z Twojego powrotu, wilku :)

Tym razem tekst bardziej poetycki, kronikarski niż stricte fabularny. Podobała mi się dbałość o szczegóły, ten wczesnośredniowieczny klimat budowany małymi, acz licznymi detalami. 

Choć wolałbym coś zdecydowanie dłuższego i w bardziej sfabularyzowanej formie. Ogólnie jednak czytało mi się bardzo przyjemnie :)

Dziękuję, Belhaj, za dobre słowa! :-) W kolejnej opowieści będzie więcej marszu i więcej gryfów. ;-)

Pozdrawiam, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Gryfy są gryfne. ;-)

Babska logika rządzi!

Niezły kawał bitewnej fantastyki, świetne napisane.

Przede wszystkim masz hrabiowską pochwałę za immersję i dyskretną stylizację, która udanie przywołała Dana i jego zgraję. Z tekstu bije dzikość i nieokrzesanie. Scena z dudziarzami fajna, jednak całości brakło moim zdaniem solidniejszej fabuły.

Sporo miejsca poświęciłeś na zbudowanie scenerii, jednak akcja, którą umieściłeś, była po prostu statyczna. A to mi w tego typu tekstach niezbyt odpowiada.

Końcówka spokojna, ale całkiem niezła – nadaje opowiadaniu posmak legendy.

Warsztat bardzo dobry.

 

Tyle ode mnie, na koniec pewna drobnostka:

Wiodła ich wrodzona dzikość plemienia, z którego się wywodzili i strach.

Niby wszystko gra, ale w takich zdaniach chyba lepiej umieszczać tę krótką cechę (w tym przypadku “strach”) jako pierwszą, bo w powyższej konfiguracji czyta się to nieco gorzej…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

@Finkla

Do kolejne opowieści dodam zdjęcie. Sprawdzimy, czy gryfy się też gryfnie uśmiechają. ;-)

 

@Dinos

Bardzo dziękuję za dobre słowo!

 

@CountPrimagen

Dziękuję za hrabiowską pochwałę i lordowskie uwagi! :-)

 

Pozdrawiam Was serdecznie,

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Nowa Fantastyka