- Opowiadanie: Remi-G - Kudłacz - polowanie na potwora

Kudłacz - polowanie na potwora

Fragment jedno z tekstów nad którym pracuje od jakiegoś czasu.

 

Całość jest fragmentem większego projektu, który był widoczny w niektórych zakątkach internetu.

Dzieje się w moim autorskim świecie, brudnym  i mrocznym jak Dragon Age, ale zamieszkałym przez nie standardowe rasy – jak w Guild Wars.

 

Dostrzec tu można utarte schematy, jednak bohaterowie przemierzają własne szlaki.

 

Miłej lektury i zapraszam.

 

 

PS.

Więcej tekstu jest tu

 

http://paludis.blogspot.com

 

PS.1

Poszukuję grafika / artysty do projektów grafik na stronę.

Oceny

Kudłacz - polowanie na potwora

================

Potwór z bagien

 

Grupa dzieci bawiła się jak co dzień na skraju wioski, w pobliżu białego dębu. Było to wielkie drzewo, o białej niczym kość korze i wiecznie czerwonych, jesiennych liściach. Mieszkańcy wierzyli, że drzewo to miało moc szczególną, powiązaną z magiczną mocą. Wyrosło długo po wojnie Złamanych Różyczek i nigdy nie gubiło listowia. Wierzono, że drzewo to jest tworem woli istoty wyższej, darem zesłanym im przez cztery bóstwa opiekuńcze mieszkające na mokradłach. Pojawiło się nagle pewnej nocy, której ciszę rozdarł ohydny ryk, tak głośny i przerażający, że wyrwał wszystkich mieszkańców ze snu. Bagniarze, zebrawszy się w kupę i chwyciwszy za broń, ruszyli sprawdzić, z jakiego potwornego gardła dobyły się tamte dźwięki. Gdy przybyli na miejsce, ujrzeli jesienne drzewo, którego wcześniej nie było, oraz umykającą w dzicz czarną kreaturę. Drzewo musiało tu zatem wyrosnąć z woli ich bogów i swoją błogosławioną mocą odgoniło potwora, zanim ten dokonał spustoszeń w wiosce. Uznali to za znak, że bogowie czuwają cały czas nad nimi – mimo że jak wszyscy znani ludziom bogowie już dawno zamilkli – a majestatyczne drzewo, dla którego trwała wieczna jesień, uznali za święte i przepełnione mocą.

Często przyprowadzali dzieci na skraj wioski, by pod okiem dorosłych, w cieniu magicznego drzewa, łaska i opatrzność bóstw spływały na nich. Ponieważ od tamtej pamiętnej nocy drzewo w żaden sposób nie zamanifestowało swojej mocy, a sami mieszkańcy zaczęli powątpiewać w jego cudotwórcze zdolności, to miejsce na skraju wioski z czasem zaczęło funkcjonować jako nieformalny plac zabaw dla dzieciaków. Trudno było na Upadłych Bagnach o drugie takie miejsce, gdzie dzieci mogły bawić się swobodnie, nie myśląc o tym, czy przetrwają na bagnach i bez ciągłego, nudnego słuchania o Rygorze i jego prawach związanych z Bóstwami Opiekuńczymi. Enklawa spokoju na skraju wioski, gdzie na chwilę mogli zapomnieć, gdzie przyszło im żyć i poczuć się dziećmi, a nie małymi dorosłymi.

Dzieciaki bawiły się beztrosko wokół wielkiego drzewa, krzycząc radośnie, ganiając się i skacząc po co niższych gałęziach. Dorośli stali na skraju polanki, aby mieć na wszystko oko. W większości były to kobiety, zebrane na drewnianych ławach przy jednej z chałup. Zajmowały się, bez względu na wiek, haftowaniem lub drugą ulubioną czynnością, plotkowaniem, co raz rzucając okiem na bawiące się urwisy, które doskonale radziły sobie same.

Jedna z kobiet oddaliła się jednak od reszty zgromadzenia, aby w samotności przyglądać się grupce dzieci. Verrana, niespełna czterdziestoletnia szatynka o lekko kręconych włosach, patrzyła na dzieci bawiące się na małej polance wokół dębu. Grały w bagienną piłkę, dziwną grę, która polegała na rzucaniu piłką zrobioną z powiązanych luźno szmat, tak by trafić któregoś ze współzawodników, a przy tym tak wymierzyć strzał i siłę rzutu, aby szmaciana kula nie rozpadła się na szmaty, z których była zrobiona. Dopuszczenie do takiej katastrofy oznaczało pracowite zwijanie szmat, co dawało innym dzieciakom czas na bieganie a jednocześnie narażało niezdarę na głupie i dokuczliwe przezwiska przez najbliższe kilka dni.

Dzieci bawiły się przy tym świetnie, śmiejąc się radośnie. Wszystkie bez wyjątku -poza jednym.

Verrana nie zwracała uwagi na zimny wiatr, który nadciągnął od bagien, majtając połami jej płaszcza i oblewając jej ciało chłodem. Ignorowała to tak samo jak wrzaski dzieci oraz plotkowanie starych bab za jej plecami. Jej myśli krążyły wokół Gessana – małego chłopca w podartej koszuli, który jako jedyny nie uczestniczył w zabawie. Był jej ukochanym synem i jedyną znaczącą osobą, której nie odebrały jej bagna.

Mały chłopiec kucał na uboczu polanki przy jednym z kamieni, trzymając się z dala od drzewa i blisko linii podmokłego lasu, odgrodzonego drutem kolczastym dla ochrony przed dzikimi zwierzętami. Verrana była pewna, że jej synek przypatruje się zapewne jakiemuś małemu robakowi, jak to często miał w zwyczaju. Zawsze fascynowały go tajemnice skrywane przez naturę i jak nikt inni umiał je dostrzegać w tym paskudnym miejscu i badać. Gdyby dorastał w wielkim mieście poza bagnami, które miało wielki kamienny mur oraz akademię, mógłby stać się wspaniałym badaczem albo odkrywcą. Tak by zapewne było, ale nie tu – dopowiedziała sobie w myślach.

Coraz częściej myślała różne rzeczy o Gessanie, zwłaszcza od czasu, gdy jej mąż pewnej nocy nie wrócił z polowania i została z synkiem sama. Cały ciężar wychowania dziecka spadła na jej wątłe barki. Mogła liczyć na wsparcie i pomoc mieszkańców przy pilnowaniu chłopca, zajmowaniu się nim, ale to było za mało. Czuła to całą sobą – tutejsi ludzie przeżarci są powietrzem bagiennym. Nie dostrzegała tego wcześniej, zanim jej maż nie zginął na bagnach, a Gessan nie zaczął zamykać się we własnym świecie myśli i wykazywać coraz większego zainteresowania badaniem przyrody i światem książek, których nie było zbyt wiele w miasteczku, mieszkańcy bowiem przywykli raczej do przekazywania sobie wiedzy z ust do ust. Szybko się okazało, że z chłopca będzie żaden myśliwy, ani rybak, ani nawet rzemieślnik, który mógłby pleść sieci albo robić garnki. Co najwyżej będzie się nadawać do zbierania chrustu, jak niedołężny starzec, albo do prania i gotowania jak baba. Gessan i ona – po tym co się stało – nie pasowali do tego miejsca. Zawsze będą na uboczu, stłamszeni i traktowani jak coś gorszego. Ona – samotna matka, pogrążona w wiecznej żałobie i rozpamiętywaniu o mężu, nie potrafiła znaleźć sobie innego mężczyzny, oraz Gessan – bezwartościowy nieudacznik. Verrana wiedziała, że Bermeld nie jest dobrym miejscem do wychowania dziecka.

Wrogość bagniarzy i ich niechęć do Gessana zaczęły objawiać się z początku niepozornie, poprzez pogardliwe spojrzenia i niewybredne komentarze o jego braku zaradności. Rówieśnicy zaczęli dokuczać mu, bijąc go i przezywając, co szybko stało się codziennością. Mieszkańcy wioski nie reagowali na to, tak samo jak nie reaguje się na gryzące się psy – wychodząc z założenia, że same to załatwią albo silniejszy zabije słabszego. 

Jednak najgorsze zaczęło się, gdy jeden z myśliwych, odpowiednio podchmielony, zobaczył jak Gessan bawi się małą, złotą śrubką, która w jakiś sposób znalazła się w jego posiadaniu. Myśliwy szybko skojarzył, że ten przedmiot musi pochodzić ze starego, zakazanego torfowiska.

Było to miejsce, gdzie ugrzęzły ogromne metalowe istoty – golemy, które przybyły do wioski razem z magami w czasie wojny. Siejące chaos i zniszczenie na polach bitew, teraz spoczywały pod torfem i tylko od czasu do czasu topiel wypluwała na powierzchnię kawałki metalowych rąk i hełmów. Zupełnie jakby siejące zniszczenie istoty nieudolnie próbowała wydostać się z wiecznej pułapki, w którą zwabili ją bagniarze.

Myśliwy, który przyłapał Gessana, nie omieszkał przypomnieć mu tej legendy, bijąc go przy tym do krwi i opowiadając wszystkim, jak to mały Verrany zapuszcza się pod nieobecność matki na obszar, gdzie nikt z Bermeld nie miał odwagi chodzić, bojąc się, żeby przez niewczesną ciekawość nie obudzić mechanicznych potworów, by te dokonały vendetty.

Verrana pamięta jak dziś zapłakaną twarz Gessana, przyprowadzonego do domu przez myśliwego i pretensje mężczyzny o to, że przez jej syna golemy wstaną ze szlamowatego grobu i ruszą na Bermeld, burząc je swoimi żelaznymi pięściami, zdolnymi kruszyć skały i wypalą miasto do gołej ziemi, a ludzi do białych kości swoimi zielonymi promieniami miotanymi z kryształowych oczu.

Od tego czasu minęły wyjątkowo długie trzy dni. Verrana odczuwała cały czas niepokój.

Wciąż jeszcze przyglądała się bawiącym się dzieciom i swojemu synkowi, gdy usłyszała za sobą kroki. Odwróciła lekko głowę i ujrzała Elkre. Przygarbiona staruszka dobrze trzymała się jak na swój wiek. Jej posiwiałe i przerzedzone włosy były zakryte szarą chustą, ale jej oczy w kolorze zieleni zdradzały, że umysł jej nie stracił nic ze swej przenikliwości i sprytu. Spojrzenie staruszki było świdrujące i nasączone przebiegłością.

Ludzie w mieście przychodzili do niej po rady jako do jednej ze starszych i mądrzejszych w wiosce osób. Była najstarszą osobą w miasteczku, znała wszystkie tajemnice i obrzędy związane z Czterema Bóstwami. Sama uważała się z słyszącą głosy zapomnianych Bogów, często wspomagała się przy tym narkotycznymi ziołami, mimo to wielu bagniarzy z miasteczka wierzyło jej wizjom. Elkra była nieformalną przywódczynią tych, którzy uznawali Rygor i kierowali się jego zasadami, co czyniło ją najważniejszą postacią w teju małej społeczności. Verrana nigdy nie darzyła jej zaufaniem.

Pokryte zmarszczkami usta staruszki wygięły się, upodobniając na chwilę jej usta do gęby bezzębnej pijawki.

– Choć do nas, Verrana. Pozwól, aby ogień ogrzał twoje przemarznięte ciało. Ogrzej się – wysapała staruszka. – Wiesz dobrze, że nie mogę tego zrobić – odwróciła się od niej – …muszę mieć dziecko na oku.

– Twoje dziecko jest przecież wśród swoich – odparła starowinka wyraźnie akcentując ostatnie słowo.

– I właśnie dlatego muszę go pilnować.

Przez chwilę między nimi zapadła cisza, którą w końcu Verrana sama zdecydowała się przerwać.

– Oni go tu nie akceptują. – Wiedziała, że to może nie być dobry krok, ale postanowiła powiedzieć, co jej leży na sercu. – Od czasu, gdy odszedł mój mąż, Gessan stał się inny. Czuje, że tu nie pasujemy.

– Samaś sobie winna – odburknęła Elkra – sporo czasu już minęło, do kiedy Twój mąż odszedł. Mogłaś ponownie stanąć na ślubnym kobiercu. Bogowie by Ci pobłogosławili. A mały miałby wtedy nowego ojca, który szybko by go ułożył. Wiem, że Ronid chciał się żenić z Tobą, czemuś go odrzuciła, co ?

– To pijak, moczymorda i awanturnik. – Na samo wspomnienie o tym odpychającym facecie przeszły ją dreszcze. – Nie wiem, czy znajdę tu kogoś, kto zastąpi mi Therna.

Staruszka przez chwilę wydawała się warzyć słowa, które miała wypowiedzieć.

– Jeśli nic nie zrobisz z tym maluchem, to wyrośnie z niego taki sam marzyciel i nieudacznik jak Thern – wypluła te słowa wyjątkowo gładko, bez zająknięcia się szkalując imię jej zmarłego ukochanego. – Też nie wróci z bagien z własnej winy i braku umiejętności, bym tam przeżyć. Mokradła to nie polanka pełna kwiatów. Znasz drugie prawo Rygoru – każdy mężczyzna z wioski musi się udać na bagna, pokazać, co jest wart dla Bermeld, albo zdechnąć w szlamie mokradeł lub paszczy bestii! Tego właśnie chcesz dla swojego dziecka ? – dodała na koniec.

Verrana przez chwilę milczała, spoglądając na Gessana, który cały czas oglądał coś na łące. Po chwili spojrzała staruszce prosto w oczy.

– Wiesz, czemu o tym wszystkim ci mówię ? – powiedziała to lekko drżącym głosem. – Ponieważ podjęłam już decyzję. Odchodzę.

Elkra zrobiła dwa kroki w tył, jakby odepchnięta jej słowami. Verrana kontynuowała.

– …nie lubię obecnego Wójta. Co więcej, uważam, że okupuje to miasteczko sprowadzając tu najemników w tych krwawych pancerzach i zmusza ludzi do niewolniczej pracy, aby móc sobie samemu napchać kabzę złotem, tak uważam, chociaż ty będziesz zaprzeczać i mówić co innego. Zawsze mówisz to, co ludzie chcą usłyszeć, by ich zwieść, mamroczesz coś w narkotycznym widzie o Czterech Bogach i Uśpionym Smoku, a nie prawdę, którą ludzie powinni usłyszeć! – Pokazała palcem pobliskie chałupy.

Nieopodal na ścieżce między budynkami, w pobliżu dużej rozpalonej pochodni wbitej w ziemię, stali trzej zbrojni mężczyźni. Wszyscy mieli rdzawoczerwone, jakby schlapane krwią pancerze, gdzie niegdzie przyozdobione kolcami albo czarnymi malowidłami. Ani ich zbroje, ani broń nie stanowiły jednolitego rynsztunku. Jeden z nich miał na plecach glewię  o długim drzewcu i charakterystycznym zakrzywionym ostrzu, połyskującym nad jego głową jak prywatny półksiężyc, uzbrojenie pozostałych dwóch stanowiły mniej egzotyczne  miecze i kusze, jednak i te, we wprawnych rękach mogły być równie zabójcze. Nie zareagowali na wskazanie ich palcem, nie ruszyli się, a spod ich hełmów nic nie było widać. Z tej odległości sprawiali wrażenie olbrzymich ciem skupionych wokół światła i ciepła. .

Byli tu na zaproszenie Wójta Derota, oficjalnie sprawując funkcję wartowników pilnujących pochodni i dbających o to, by czasem któraś nie zgasła. Wszyscy wiedzieli, że to pozory, czuli się przy nich jak owce w towarzystwie nie do końca oswojonych wilków. Mieszkańcy mawiali, że lepsza taka ochrona niż żadna, gdyż bagniska zamieszkiwały przeróżne stworzenia. Dziś było ich tylko trzech i w samym miasteczku zapewne niewiele więcej, bo większość z nich właśnie o tej porze, podobnie jak większość sprawnych i silnych baśniarzy, była na mokradłach, nadzorując budowę szlaków handlowych, które powstawały na rozkaz zarządcy miejskiego.

Mieszkańcy udawali jak mogli, że nie są zakładnikami we własnym mieście. Miejscowi plotkarze, niezadowoleni z obecnej sytuacji, mówili po cichu o ludziach, którzy zginęli już na bagnach podczas karkołomnej budowy szlaków. Szeptali też o Derocie i ewentualnych planach wygnania go z miasta. A sami najemnicy w krwawych pancerzach – nazywani przez miejscowych szeptem okupantami i ogarami – udawali, że ochraniają bagniarzy podczas ich pracy, w istocie ich nadzorując. Teraz w mieście udawali, że są tu przez przypadek, jednocześnie próbując wychwycić, o czym zebrani mogą rozmawiać.

– Nie mówimy o tym, bo w żaden sposób nie łamie to durnych zasad Rygoru, – kontynuowała Verrana – a poza tym wstyd się przyznać, że takiego człowieka jak Derot mianowali się burmistrzem, dając się uwieść jego pustym obietnicom o bogactwach, które spłyną na miasto, gdy wybuduje się te przeklęte szlaki.

Verrana była z siebie dumna, że dała radę to powiedzieć i złamać tabu. Kolejne słowa same ułożyły się jej w głowie i wyleciały przez usta.

– …jedyne, co jest prawdziwe w tych oparach bagiennego powietrza, absurdu i kłamstwa to szlaki. Budowa, do której ludzie są zmuszani. Dlatego udam się na jeden z nich i razem z Gessanem opuścimy Upadłe Mokradła.

Chociaż przerażała ją myśl o przedzieraniu się przez bagna razem z dzieckiem oraz samotna wędrówka po szlakach handlowych w poszukiwaniu miasta, do którego ich wpuszczą i w którym im się poszczęści, to nie zamierzała się wycofać z tego.

Elkra patrzyła na nią przez chwilę, jakby ta zrobiła coś bardzo złego. Pokręciła przecząco głową, a jej twarz nie wyrażała przy tym żadnego gniewu, żalu, ani rozczarowania, czym kompletnie zaskoczyła Verranę.

– Od chwili Twojego ślubu z Therrnem wiedziałam, że będą z wami same kłopoty – odparła na chłodno – szkoda, że nie podeszłaś do ogniska, tak jak ci to sugerowałam. Verrana patrzyła się na nią przez chwilę z niedowierzaniem, niepewna tego, co zaraz się stanie. Dopiero teraz zaczęła żałować słów, które wypowiedziała.

– Twój syn opuści miasteczko, to prawda, ale ty tu zostaniesz! – Elkra powiedziała to z głosem sędziego, nie kryjącego swojej antypatii do skazanego. – Wiesz dobrze jak Rygor reguluje takie przypadki jak ten, a dziwactwa twojego syna już zbyt długo były tolerowane. Swoim zachowaniem i lekkomyślnością sprowadzi na nas któregoś dnia wielkie zło z bagien. Rygor takich nakazuje pozbyć się od razu.

Verrana przez parę chwil stała osłupiała, nie mogąc uwierzyć w dopiero co usłyszane słowa. Znała prawa Rygoru i parę razy słyszała o przypadkach, gdy dziecko zostało zmuszone do opuszczenia Bermeld i udania się w samotną wędrówkę przez mokradła, albo zabrane przez ludzi w białych płaszczach, którzy przybywali na szklanych łodziach, których szlam zdawał się nawet nie dotykać. Sama nigdy nie uczestniczyła w takich zebraniach, gdzie podobno w nocy mieszkańcy zbierali się w skórzanych maskach, by wydawać wyroki. Jednak wiedziała, jak wszyscy w miasteczku, że takie praktyki miały miejsce.

Dopiero teraz, po latach, gdy sama została matką, dotarło do niej, na jak straszny los skazywane były dzieci, a teraz ten los mógł spotkać jej dziecko. Wszystko w imię Rygoru.

W tej chwili zrozumiała, że została sama, ani burmistrz, ani jego gwardia przyboczna złożona z Czerwonej Stali nie zrobią nic, aby jej pomóc, a sami mieszkańcy Bermeld, wypowiadający się ustami staruchy Elkry również będą przeciwko niej.

 

 

* * *

 

 

Gessan nie wiedział, co robi jego matka, ani też nie zwracał uwagi na bawiące się niedaleko dzieciaki. Teraz był bardzo skoncentrowany na swoim najnowszym znalezisku, które całkowicie go zabsorbowało. Żuczek o złoto-czerwonym pancerzu z czarnymi różkami dzielnie maszerował po kamieniu, chwiejąc się przy tym lekko na boki. Przypominał jesienny liść, tańczący pod wpływem delikatnych podmuchów wiatru. Gdy zrozumiał naturę swojego skojarzenia, zrozumiał też, czemu ten widok wywołał w nim dziwne uczucie chłodu. Ten cudaczny robaczek o żółtawym odcieniu przypomniał mu jego cudowną, złotą śrubkę. Jedno z jego cenniejszych znalezisko, które zdobył w niecodzienny sposób podczas samotnej eksploracji bagien.

To był głupi pomysł – samotna wyprawa na bagna pod nieobecność matki zakończyła się tym, że młody odkrywca szybko zabłądził w głuszy. Długo nie mógł znaleźć właściwej drogi, ani zorientować się, gdzie jest. Właśnie wtedy, po wielogodzinnej tułaczce, trafił do miejsca z opowieści. Tam, gdzie pod ziemią spały golemy. Ich metalowe, ogromne członki wyrastały z bagiennych dołów. Chociaż wiedział, że nie powinno go tam być, ten widok go fascynował i pobudzał jego wyobraźnię. Widział w swojej twórczej głowie, jak takie monstra musiały powstawać, odlewane z ogromnych kotłów, rzeźbione i napełniane magią i przedziwnymi mechanizmami, a także jak wielki strach musiał ogarnąć mieszkańców Bermeld, gdy zastępy tych kolosów przybyły do miasteczka. Zaczął jednak wędrować między ogromnymi hełmami i rękami wykonanymi z metalu, czując się, jakby przechadzał się po jakimś muzeum z niecodziennymi eksponatami.

Gdy po liczbie metalowych, wielkich jak kolumny rąk i równie wielkich hełmów naliczył jedenaście sztuk uśpionych gigantów, pojawił się on – mężczyzna o chłodnych rysach twarzy, nieprzyjaznym uśmiechu i lekkim zaroście na twarzy, który jednak nie skrywał blizny na jego brodzie. Sam siebie nazywał łowcą i władcą tej części bagniska. Wyłonił się nagle przed nim, bezszelestnie i szybko, zupełnie jak ogromna puma, która podążała w ślad za nim. Gessan był przerażony tajemniczym, noszącym się na czarno przybyszem i jego zwierzęcym towarzyszem. Szybko powiedział mu, kim jest i jak znalazł się w tym miejscu. Gessan bardzo denerwował się podczas tej rozmowy, łowca wpatrywał się w niego nieprzyjaźnie, cały czas trzymając dłoń na rękojeści jednego ze swoich ostrzy. Wielki kocur patrzył się na niego jak na potencjalny posiłek. To, co stało się potem, zaskoczyło chłopca jeszcze bardziej, bo mimo swej aparycji i szorstkiego tonu mężczyzna nie rzucił go na pożarcie pumie. Zamiast tego przestrzegł Gessana przed zapuszczaniem się w to miejsce i odprowadził go na skraj wioski, wcześniej wiążąc mu oczy, by chłopiec na pewno nie zapamiętał drogi powrotnej na cmentarzysko golemów. Na pożegnanie mężczyzna wręczył mu złota śrubkę. Jak sam powiedział, była to jedyna, ładna i cenna rzecz, jaką udało mu się znaleźć na cmentarzysku. Dając mu ją, przestrzegł Gessana, aby ten zapomniał o tym, co stało się tamtego dnia i nigdy więcej nie wracał w tamto miejsce, bo za drugim razem tajemniczy człowiek z bagien nie okaże tyle uprzejmości.

Gessan zamierzał zastosować się do tej rady.

Tajemnicza, złota śrubka przez długi czas była jego małym skarbem i najcenniejszą zabawką, jedną z niewielu, jakie posiadał. Stracił ją trzy dni temu, przez własną nieuwagę, gdy spostrzegł go pijany brodacz. Mimo, że wspomnienie utraconego przedmiotu cały czas budziło w nim poczucie utraty, to pamiętał, jakie problemy miała przez to jego matka. Nie wspominając o sińcach, których jego ciało jeszcze nie zaleczyło, a które chował pod lnianą koszulą.

Popatrzył na matkę. Widział, że rozmawia ze staruszką, a nawet on, choć był tylko dzieckiem, kojarzył tę osobę. Wiedział też, że wiele osób w miasteczku traktuje ją jako wyrocznię, posiadaczkę jakiejś tajemnej wiedzy. Ludzie z wioski często chodzili do niej po porady i uważali ją za mądrą kobietę. Mama, nawet przed odejściem taty, rzadko chodziła do niej z pytaniami.

Nie podobała mu się mina starszej pani, taka samo jak mina jego matki, ale mimo to wiedział, że nie powinien wtrącać się w rozmowy dorosłych. Nie tylko z uwagi na fakt, że to nie ładnie, ale głównie przez wzgląd na mamę, której nie chciała sprawiać więcej kłopotów.

Znów skupił swoją uwagę na kamieniu, ale fascynującego okazu owada już nigdzie nie było. Zniknął gdzieś pomiędzy innymi kamieniami. Chłopczyk wyprostował się i spojrzał w stronę majestatycznego, wiecznie czerwonego dębu. Popatrzył na bawiące się tam dzieci, biegające w kółko, krzyczące i przerzucające się piłką ze szmatek. Nie był tacy jak oni, wiedział o tym od bardzo dawna. Praktycznie od chwili, gdy jego zmarły ojciec pokazał mu swój klaser z owadami i zasuszonymi roślinami, to wtedy właśnie zrozumiał, że mokradła nie są niebezpieczną krainą, z którą zawsze trzeba walczyć i jej nienawidzić, jeśli spojrzy się na nie z odpowiedniej perspektywy, wiedziało się gdzie szukać i pod jak kamień zajrzeć – stawały się istnym skarbcem pełnym bogactw oferowanych przez matkę naturę.

Brakowało mu taty. On by wiedział, co robić i mama byłaby szczęśliwsza.

Czasami czuł się straszliwie samotny.

Gdy wiatr wiejący od strony mokradła starł mu lśniącą łezkę z policzka, coś przykuło jego uwagę. Na tle pola, usianego gdzieniegdzie czerwonymi kwiatami i omszałymi kamieniami zobaczył tańczącą na wietrzy nieporadnie żółtą plamkę – jego żuczek się znalazł. Widział jak przysiada na jednym z kamieni nieopodal drutu kolczastego rozwieszonego na solidnych drewnianych palach, które stanowiły prowizoryczną barykadę oddzielającą dzikie zwierzęta od domostw.

Nie wiele myśląc, zadowolony, że znów będzie mógł zaspokoić głód odkrywcy i badaczy przyrody, pomaszerował pewnym krokiem w tamtą stronę.

Nie miał pojęcia, że z gęstwiny coś bardzo uważnie śledzi każdy jego krok.

 

* * *

 

 

– Nie możecie tego zrobić – powiedziała z rozpaczą w głosie Verrana. Jednak Elkra pozostawała niewzruszona, nie skrywała się jednak za maską zobojętnienia. Swoją miną i spojrzeniem demonstrowała perwersyjne zadowolenie, jakie sprawiało jej ukaranie krnąbrnej wieśniaczki.

Przez chwilę zaległa między nimi cisza.

– Przykro mi dziecko, ale to już postanowione – odparła patrząc jej w oczy.

Verrana dopadła jej jednym susem i chwyciła za poły jej szaty. Stare, schorowane ciało kobiety nie było w stanie stawiać żadnego oporu. Pewnym ruchem przyciągnęła je do siebie. Miała jej twarz tak blisko swojej, że mogła dokładnie przypatrzeć się każdej bruździe i zmarszczce rzeźbiącej starcze rysy.

Verrana, przez zaciśnięte zęby wysyczała w furii słowa wymieszane ze śliną, tak że krople spadły na ubranie staruszki.

– Jeśli naprawdę myślisz, że pozwolę wam pozbyć się mojego syna jak worka odpadków, to się grubo mylisz wiedźmo. Prędzej sama zatargam ciebie na bajora albo wrzucę w ruchome piaski.

Pod maską z zniszczonej przez czas skóry i zmarszczek nie dostrzegła jednak ani odrobiny strachu czy spolegliwości. Ostrze słowa i brutalne szarpanie nie zrobiły wrażenia na starej kobiecie.

– Obawiam się, że to będzie wyglądać nieco inaczej. – Elkra uśmiechnęła się szyderczo pokazując przy tym swoje liczne ubytki w uzębieniu i poczerniałe dziąsła. Z tym uśmiechem ze swoimi czarnymi, nieczytelnymi oczami wyglądała niczym ogromna, upiorna lalka z koszmarnego snu.

Verrana cały czas trzymała ją w uścisku, gdy usłyszała za sobą męski, gruby głos. Doskonale jej znany.

– Puść w tej chwili wieszczkę! – ton był niemal rozkazujący. – Nie wiesz, że do starszych trzeba z szacunkiem?

Gdy odwróciła się powoli, przeszło ja przerażenie. To był Ronid, mężczyzna o nieprzyjemnej twarzy, krzywym nosie i kwadratowej szczęce. Jej niedoszły zalotnik, którym tak bardzo gardziła. Nie tylko ze względu na jego brzydotę, ale również fakt, że jeszcze nie zdążyła dobrze oswoić się z myślą o śmierci męża, a on już określił się, nie pozostawiając jej żadnych wątpliwości co do swoich zamiarów względem niej.

Stał tam jak zawsze w swoje szarej, znoszonej koszuli i nie był sam. Za nim stała cała gromada miejscowych. Mężczyźni w różnym wieku, którzy dziś nie pracowali przy karczowaniu lasów i układaniu dróg. Kobiety, które jeszcze parę chwil temu szyły i plotkowały oraz kilkoro staruszków, którym większa grupa ludzi wlała nieco animuszu w stare kości. Byli tu wszyscy ci, którzy do tej pory ogrzewali się przy ognisku. Twarze, które Verrana znała na co dzień z Bermeld. Wszyscy oni obrzucali ją spojrzeniem, jakie rodzic rzuca dziecku nakrywszy je nagle na złym uczynku.

Verrana odruchowo rozluźniła palce, puszczając Elkrę z uścisku, chociaż dobrze wiedziała, że oto nie o szarpanie starego babska tutaj chodziło.

 

 

* * *

 

Gessan przykucnął przy małym stosiku z kamieni, gdzie – jak był pewien – znajdował się obserwowany przez niego żuczek. Uparcie i powoli odrzucał kamienie swoim małym dłońmi, najpierw powoli wsuwając palce w wolną szczelinę, by móc je powoli zdjąć, nie wywołując przy tym zapadnięcia się kamiennego stosiku. Nie chciał zniszczyć swojego upragnionego okazu. Chciał jeszcze raz, choć jeden raz popatrzeć na to małe cudowne stworzonko. To, jak sprytnie zostało skonstruowane przez naturę. Jak przebiera swoimi małymi nóżkami niczym precyzyjny mechanizm w pozytywce.

Na początku udało mu się znaleźć pod kamieniami kilka stonóg, karaluchów i sporo ślimaków bez muszli, ale w końcu, po odrzuceniu kolejnego kamienia, spomiędzy szczeliny wysunął się powoli miedziany owad. Gessan był zachwycony tym widokiem i uradowany, że jego trud nie był daremny. Pochylił się uważnie, aby patrzeć na tę grację, majestatyczność i tajemniczość zamkniętą w ciele tego małego stworzonka.

Gassan znów mógł oddać się swojemu ulubionemu zajęciu, bacznej i fascynującej obserwacji przyrody. Złoty robaczek skutecznie odwrócił jego uwagę od ciężkich trosk.  Dzięki małemu owadowi na parę chwila zapomniał o wszystkich złych myślach, które od czasu feralnej wyprawy na torfowiska kotłowały się w jego głowie.

Patrzył, jak owad stając na kamieniu rozchyla swoje pancerne pokrywy skrzydeł, spod których niczym żagle okrętu rozłożyły się przezroczyste, błoniaste skrzydła.

Gessan doskonale wiedział, co to znaczy. Długo już badał przyrodę na mokradłach i potrafił odczytać pewne ruchy insektów, które choć były dla niego niczym małe samonakręcające się, wykonane z pietyzmem mechanizmy, to mimo wszystko były prymitywne i przewidywalne, a i ten maluch miło całej swej cudowności nie był wyjątkiem. Mały chrząszcz, który wykonał dla niego przedstawienie na kamiennej scenie, machając radośnie czułkami i przebierając czarnymi odnóżami, zbierał się powoli do opuszczenia jej. Chłopiec zawsze w takiej chwili odczuwał pokusę, aby złapać stworzenie i zanieść je do domu, a tam zamknąć do słoika, to powstrzymywał się przed tym. Pamiętał cały czas o naukach ojca, który do znudzenia powtarzał mu, że takie stworzenia są piękne tylko na wolności.

Chłopiec z zapartym tchem i podwiniętymi nogami patrzył, jak przezroczyste skrzydełka żuka zaczynają poruszać się w górę i w dół coraz szybciej, gdy głowa owada cały czas kiwała się z lekka na boki, jakby rozglądał się czy może bezpiecznie wzbić się w powietrze.

Jednak Gessanowi nie było dane stać się świadkiem tego majestatycznego widowiska, jakim miał być lotu błyszczącego owada. Upragniona przez niego chwila nie nastąpiła.

W następnym momencie owad przestał istnieć. Stopa, odziana w brązowy skórzany but, opadła na kamień dokładnie w miejscu, gdzie znajdował się owad.

Gessan podniósł głowę i zobaczył tego, który brutalnie zakończył żywot złotego żuczka. Nie był zdziwiony, że osobą tą okazał się Harsz, miejscowy hultaj i rozrabiaka, najbardziej krnąbrne dziecko w wiosce. Jego prześladowca i gnębiciel, który lubował się w dokuczaniu słabszym. Piegowata, pucołowata buzia Harsza wykrzywiła się w uśmiechu, co w połączeniu z jego kręconymi, rudymi jak marchew włosami upodobniło go do cyrkowego siłacza.

Jego nieodłączny towarzysz, Fell, o czarnych zaniedbanych włosach i wiecznie rozbieganych oczkach, stał za nim niczym giermek u boku rycerza, podobnie jak Harsz odziany w prostą, lnianą koszulę z trokami przeplatanymi na torsie.

Harsz tymczasem pokazywał swoim uśmiechem, jak wielką przyjemność sprawiło mu zabicie chrząszcza.

– O, zabaweczka spsuła się Gamoniowi? – powiedział dumnie sepleniąc i pokazując dwa ubytki w uzębieniu, jeden obok drugiego. Brak zęba był świadectwem po licznych stoczonych w niedawnej przeszłości bijatykach.

Patrzył z góry na chłopca w przykucniętej pozie, pewien tego, że lada chwila, jak to miał w zwyczaju, rozpłacze się, poleci na skargę do matki, albo zaszyje się za jakimś drzewem. Tym większe zdziwienie ogarnęło go, gdy Gessan nie poddał się rozpaczy, tylko szybko zrywając się na równe nogi uderzył w jego pulchne ciało.

Harsz, nie spodziewając się ataku, zachwiał się i runął na ziemię niczym ścięte drzewo. Gessan szybko usiadł na nim i swoimi chudymi rękami zaczął obkładać chłopca, który tak brutalnie i bezmyślnie zabił złotego żuczka.

Przez ten cały czas myślał o swojej złotej śrubce zabieranej przez śmierdzącego myśliwego, poczucie straty znów powróciło, jeszcze silniejsze niż wtedy. Niezdarnie obkładał rudego grubasa zaciśniętymi pięściami. Miał łzy w oczach. Nie miał pojęcia ile razy zdążył uderzyć Harsza i w co trafił, nim Fell złapał go za ręce i wykręcając je, ściągnął go z niego. Harsz powoli wstał, otrzepując się. Przez cały czas śmiał się i Gessan wiedział, że jego pełne gniewu ciosy okazały się nieporadne i jedynie rozjuszyły łobuza, który teraz zamierzał wszystkie te razy oddać mu ze sporą nawiązką.

– Dlaczego ? – spytał drżącym głosem. – Dlaczego to zrobiłeś?? Dlaczego ?!

 Harsz podszedł bliżej niego. Miał lekko różową twarz, kilka uderzeń musiało go jednak dosięgnąć.

– Co za głupie pytanie – powiedział i jego zaciśnięta ręka, twarda niczym kamień, uderzyła Gessana w brzuch. – …bo jesteś ofermą. A tacy zasługują na wszystko, co najgorsze.

Zaciśnięta pieść ugodziła go dwa razy w żebra.

Gessan był lekko zamroczony po tych ciosach. Jego głowa opadła bezwładnie, ale słyszał dokładnie każde słowo.

-… każdy w tej wiosce będzie miał cię za frajera, cholerny miłośniku robactwa. Zapuszczasz się tam, gdzie nie wolno chodzić i narażasz nasz wszystkich. Nawet moim rodzice mówili o tym ostatnio przy kolacji, że z dziwaka stałeś się prawdziwym utrapieniem dla wioski.

Nie patrzył na niego, ale ważył w swoim młodym umyśle każde z usłyszanych słów. Cały czas miał przez oczami, pomimo lekkiego zamroczenia, uśmiechniętą twarz swojego prześladowcy, a był to uśmiech dziecka, które bez powodu znęca się nad mrówką wyrywając jej kończyny. Wszystkie te przykre rzeczy, okrutne słowa, zniewagi i fizyczny ból, zlewały się w jego głowie niczym fale sztormu, które zalewały go. Nagle to wszystko uspokoiło się, gdy coś sobie uświadomił.

Szmery. Głośne, wyraźne szmery, ocierających się o siebie liści i gałęzi.

Słyszał wyraźny szelest listowia. Nie było wiatru, co zauważył już podczas obserwacji żuczka, a mimo to słyszał wyraźnie, jakby jakieś małe tornado poruszyło gałęziami i liśćmi za ogrodzeniem. Trzech łobuziaków, zaaferowanych znęcaniem się nad Gessanem, wydawało się być kompletnie głuchymi na ten dziwny dźwięk. Do momentu, gdy z gęstwiny za lichym, chałturniczym ogrodzeniem dobył się upiorny długi pomruk, który wydawał się przenikać człowieka głęboko aż do kości, by wzbudzić w nim najbardziej pierwotne lęki.

Po chwili ogromny czarny cień przesunął się nad całą czwórką, niczym wielka gradowa chmura. Słychać było ciężkie dudnienia, gdy coś bardzo ciężkiego spadło na ziemię. Dwaj chłopcy cały czas trzymali Gessana w klamrowym uścisku, gdy ich ciała zesztywniały ze strachu. Od jednego z oprawców chłopiec słyszał nieskładne mamrotanie, dziwny dźwięk jakby z zepsutego instrumentu, który powstał, gdy przez usta sztywne od paraliżu nie mógł wydobyć się krzyk przerażenia.

Gessan uniósł lekko głowę i zobaczył rudego, pulchnego chłopca powoli odwracającego się w stronę ogromnej czarnej sylwetki, która wyrosła za jego plecami, niczym ponura góra. Zdążył jeszcze zobaczyć jak Murad spogląda w górę na giganta stwora, prosto w lśniące ślepia, jarzące się z głębi jego potwornej, zniekształconej czaszki.

 Harsz nie zdążył wydać z siebie żadnego dźwięku. Potwór wykonał błyskawiczny ruch łapą uzbrojoną w długie, hakowate szpony. Chłopiec eksplodował niczym wielki balon wypełniony krwią i wnętrznościami.

Krew obficie chlusnęła Gessanowi prosto w twarz.

 

 

* * *

 

Verrana upadła w błoto, gdy powalił ją cios Ronida wymierzony w jej skroń. Mężczyzna nie żałował sił na uderzenie. Tłum mieszkańców cały czas stał za nim, a ich miny wyrażały jedynie obrzydzeniem, pogardę oraz zobojętnienie. Niczym ława przysięgłych, która postanowiła, co zrobić z oskarżonym, którego wina nie ulega wszelkim wątpliwościom.

Verrana podniosła się z błota, upaćkana w nim cała. Spojrzała na Elkrę, oddalającą się od tego miejsca, które powoli zmieniało się w miejsce linczu. Nie patrzyła w jej stronę. Stara kobieta odstawiała grę pozorów. Brudną robotę w postaci bicia pozostawiała innym, podczas gdy ona – patrząc w pochmurne niebo – mamrotała pod nosem jakieś modlitwy.

– Nie zgodzę się na to… – powiedział to sama do siebie , a w jej dłoni pojawił się mały nóż, którego używała do ścinania ziół i patroszenia ryb.

Z tłumu słychać było głosy oburzenia i gniewne pomruki. Pośród tych odgłosów słychać było ciągle powtarzające się zdania:

Rygor tego wymaga…

Rygor to wszystko, co mamy…

Rygor pozwoli nam przetrwać…

Rygor.., Rygor… Rygor..!!

– Chrzanić Rygor i Czterech Bogów – powiedział wściekle Verrana, podnosząc się z błota i mocno ściskając ostrze – został mi tylko Gessan. Nie zabierzecie mi go. Nie za mają zgodą!

Widząc ostrze w jej dłoni tłumek przestał się zbliżać. Ronid pozostał jednak tam, gdzie stał.

– Nie bądź głupia, kobieto – mruknął Ronid, cały czas zerkając się na nóż w jej ręku. – Nie umiałaś wychować syna, więc czas ponieść tego konsekwencje. Znasz zasady. Nie może pozostać, będzie ciężarem. Albo zdechnie na bagnach w paszczy smoka, albo znajdą go Wstęgi i zabiorą do Zakonu. Ty nie musisz przez to cierpieć. Łono długo jeszcze będziesz miała wilgotne, dużo jeszcze bardziej udanych dzieci możesz mieć.

W odpowiedzi Verrana rzuciła mu spojrzenie lwicy gotowej stanąć do morderczej walki w obronie swoich młodych.

Ronid zrobił krok do przodu, unosząc lekko ręce w pojednawczym geście. Kobieta czuła, że to miało tylko zmylić jej czujność. Chrapliwy śpiew Elkri, zawodzenie o czterech bogach z bagien rozbrzmiewał coraz głośniej nad zebranymi.

– Pozwólcie nam odejść – wyszeptała matka, gdy ludzie zaczęli podchodzić coraz bliżej. Jej oczy zaczęły się szklić, gdy uświadomiła sobie, że nie obroni dziecka.

Nagle wszystko zatrzymało się. Nieudolny śpiew Elkri ustał, a ona sam wskazała palcem na polankę. Wszyscy ludzie stali jak wryci, gdy od strony majestatycznego dębu rozległy się krzyki przerażonych dzieci.

– Bestia!! Bestia w wiosce !! Łapcie dzieciaki i chowajcie się ludzie!!

 

 

 

* * *

 

 

Dzieciaki bawiące się przy świętym drzewie zerwały się do panicznego biegu, niczym stado baranów spłoszone przez wilka. Wrzeszczeli, krzyczeli, tratowali się uciekając w kierunku drewnianych chałup.

Dorośli, zupełnie ignorując Verranę, rzucili się w kierunku nadbiegającego stadka bachorów, chcąc jak najszybciej złapać swoje pociechy i wyciągnąć je z tego zamętu.

Verrana, cały czas lekko oszołomiona nagłym obrotem sytuacji, patrzyła się na polanę. Próbowała w tym nadbiegającym tłumie, pośród wszechobecnego chaosu ujrzeć blond włosy Gessana. Jej wzrok skoncentrował się na włochatym olbrzymie, który wyrastał za morzem dzieci niczym podnoszący się z dna oceanu pradawny tytan.

Zobaczyła monstrum z legend, które opowiadano sobie przy ognisku. Potwora z lasu, którejś nocy wypędzonego z wioski przez moc jesiennego drzewa zesłanego przez Bogów. Potwór po latach powrócił. Samą swoją plugawą obecnością naigrawał się z wierzeń bagniarzy, wyglądem i posturą budząc w nich stare lęki. Teraz stał nieopodal prowizorycznego płotu.

Wielka kreatura, o długim, szarym futrze, gęsto porastającym jej cielsko i małpich, umięśnionych ramionach. Okropny pysk przypominający groteskowe połączenie głowy nietoperza ze szczęką wilka, był wypełniony tak dużą ilością kłów, że gęba stwora wyginała się zawsze w demonicznym uśmiechu.

Verrana biegła przez tłum dzieci i rodziców wypatrując swojego synka. Nie spuszczając oka z bestii, była świadkiem makabrycznego zdarzenia. Kudłata bestia trzymała za nogę szamoczącego się chłopca o czarnych włosach. Przez chwilę wydawało się, że potwór pożre nieszczęsne dziecko lub rozkoszuje się zapachem jego strachu, ale po chwili cisnął nim w stronę kolczastego drutu. Dziecko zawisło na kolczastym ogrodzeniu, stalowa lina oplatała się wokół jego ciała, a kolce zaczęły wnikać w jego miękką skórę. Krzyki cierpiącego dziecka rozmywały się przez wszechobecny jazgot, gdy szamotało się w drucie niczym mucha złapana w pajęczą sieć.

Kobieta stanęła jak wryta. Nie musiała już przeczesywać tłumu i nawoływać w poszukiwaniu. Gdy potwór uniósł swoją drugą dłoń, widać było, że trzyma w niej innego pochwyconego chłopca. Verrana poznała w nim swoje dziecko.

Gessan był uwięziony w ogromnych paluchach potwora, które mocno go ściskały. Kompletnie ignorował uderzenia wątłych rączek chłopca, który z krwią na buzi i koszuli wyglądał na ciężko rannego.

Verrana, widząc aż nazbyt dokładnie, jak przed chwilą potwór potraktował innego chłopca, ścisnęła mocniej swój nóż i była już gotowa popędzić w tamtą stronę, by stanąć do rozpaczliwej walki z potworem, gdy nagle czyjeś dłonie mocno zacisnęły się na jej ramieniu.

Obejrzała się i zobaczyła Ronida. Mężczyznę, który jeszcze parę chwil temu uderzył ją.

– Nie bądź głupia. Zginiesz tam, durna babo. – Jego dłonie zacisnęły się mocniej.

Verrana zaczęła się szarpać wściekle na wszystkie strony, ale silne ramiona Ronida utrzymały ją w pewnym chwycie. Spojrzała w kierunku stwora, który trzymał jej dziecko. Na chwilę uspokoiła się, gdy Ronid wskazał jej trzy uzbrojone postacie, kierujące się w stronę potwora. Najemnicy z Czerwonej Stali, którzy do tej pory byli tylko biernymi obserwatorami, w końcu postanowili zrobić to, do czego burmistrz ich wynajął. Ruszyli do walki.

Verrana zobaczyła, jak trzej uzbrojeni mężczyźni ruszyli z impetem w stronę bestii. Obserwowała w napięciu jak dwaj mężczyźni wyciągnęli czarne miecze, a trzeci zbliżał się celując w potwora ciężką kuszą nabitą bełtem.

– Ci idiocie mogą zranić Gessana! – Verrana zaczęła się szarpać, ale mężczyzna nie pozwolił jej się oswobodzić.

– Oni zdziałają tam więcej niż ty! – wrzasnął na nią.

Bełt pomknął z kuszy w stronę potwora i wbił mu się w grube ramię. Żółte ślepia bestii spojrzały na wystający pocisk, który z pewnością przebiłby solidną zbroję na wylot, a w muskularnym cielsku ledwo się zagłębił. W miejscu przebicia skóry zaczęła płynąć gęsta, fioletowa posoka. Potwor nawet go nie wyciągnął. Jedynie spojrzał się na strzelca ślepiami pełnymi nienawiści.

Ręce wojownika drżały, gdy pośpiesznie ładował ponownie kuszę.

Potwór rozwarł szeroko swoją paszczę i wydał z siebie dziki, pierwotny ryk, jakby wszystkie maszkarony zamieszkujące puszczę wrzasnęły jednocześnie w jednym, potwornym chórze. Verrana na parę chwil przestała się szarpać, stojąc jak wryta. Zupełnie tak, jakby demoniczny ryk obudził w niej jakiś pierwotny, zwierzęcy lęk. Gdy przerażający dźwięk rozniósł się echem po wiosce, bestia ponownie zwarła szczęki w przerażającym uśmiechu.

Potwór nachylił się, a jego gęste włosy na grzbiecie i ramionach w jednej chwili stwardniały i nastroszyły się na wszystkie strony. Wyglądało to tak, jakby cielsko stwora pokryło się czarnymi kolcami splecionymi z włosów, nadając potworowi jeszcze bardziej nieludzki wygląd. Z drgającej kępy kolców wystrzeliły czarne smugi, które pomknęły nad głowami nadbiegających wojowników z mieczami, by z błyskawiczną szybkością sięgnąć nieszczęsnego kusznika. Czarne smugi, które okazały się oszczepami ze stwardniałych włosów, przebiły na wylot zbroję wojownika, jeszcze przed chwilą strzelającego do kreatury. Pierwszy czarny oszczep przebił jego hełm na wylot, dwa pozostałe wystawały z korpusu nieszczęśnika, który upadł za ziemię obficie brocząc krwią…

Verrana zaczęła się coraz mocniej szarpać, widząc jak łatwo monstrum pozbawiło życia jednego z najemników i niechybnie uczyni to z kolejnym, gdyż ostrze drugiego z najemników pękało rozbite na kawałki przy konfrontacji z wielkimi szponami bestii.

Ronid nie zamierzał odpuszczać. Ścisnął mocniej jej rękę i zapierając się nogami zaczął ją odciągać, byle dalej od tego miejsca. Mieszkańcy wioski stali w bezpiecznej odległości, z widłami, kosami i inną prowizoryczną bronią, lub przez szpary w oknach patrzyli się na rozgrywający się dramat – zmaganie wojowników w czerwonych pancerzach z potworem z legend i szamotaninę myśliwego z wdową. Nikt z nich w obawie o własną skórę nie ruszył, aby pomóc najemnikom. W ostateczności cały czas byli intruzami, chociaż ginęli w obronie Bermeld. Los kobiety i jej dziecka też był im obojętny.

– Nie bądź głupia – wysyczał Ronid.

Kobieta z gracją wytrawnej tancerki obróciła się wzdłuż jego dłoni i przywarła całą sobą do jego ciała. Zrobiła to nagle, szybko, kompletnie zaskakując myśliwego. Z bliska mężczyzna czuł na swojej ogorzałej twarzy jej niespokojny, przyśpieszony oddech. W tej samej chwili poczuł także liżący go po skórze chłód stali. Nóż dzierżony w wolnej dłoni Verrany przywarł do jego gardła.

– Puść… – powiedział kobieta spokojnym głosem, który łowcy wydał się wyjątkowo nienaturalny na tle ryków potwora, krzyków rozrywanego najemnika i łkania przerażonego chłopca.

Widział już kiedyś ten wzrok, dawno temu podczas polowania. Takim spojrzeniem obrzuciła go wilczyca gotowa walczyć do końca w obronie swoich młodych. Wtedy zrezygnował z walki z wilczycą, teraz także ustąpił.

Zaciśnięte pięści mężczyzny rozwarły się. Nie znalazł żadnych odpowiednich słów, po prostu rzucił się w kierunku ludzi zebranych na skraju.

Kobieta zignorowała to zupełnie i z nożem w dłoni popędziła na potwora. Po drodze minęła rozciągnięte ciało w czerwonym pancerzu, z którego wciąż sterczały czarne szpikulce. Drugi z najemników też był już martwy, jego truchło, z rozoranym torsem i urwaną głową, leżało nieopodal.

Podczas walki z trójką uzbrojonych najemników kreatura ani na chwilę nie puściła chłopca z dłoni.

– Puszczaj mojego syna bydlaku – wydarła z gardła krzyk, biegnąc na potwora.

Zakrwawiona dłoń monstrum sięgała właśnie w kierunku ostatniego z żyjących najemników, stojącego przy dziecku oplecionym drutem kolczastym. Nie ruszało się, ale mężczyzna mimo to próbował je ratować. Za swój mały akt szlachetności przyszło mu jednak zapłacić najwyższą cenę. Ostrze mężczyzny leżało wyszczerbione na ziemi, a w jego klatkę piersiową wniknął głęboko wysunięty szpon, niczym dobrze naostrzony nóż w delikatne mięso perliczki.

Bohaterski najemnik właśnie dogorywał, czując jak opuszcza go życie i nie mogąc uwierzyć, jak żałosny koniec go spotkał. Potwór trzymał pysk blisko jego ciała, jakby rozkoszując się zapachem śmierci. Zaprzestał tego, gdy nóż Verrany zagłębił się w udzie bestii.

Ostrze nie weszło głęboko, twarda skóra stawiała opór, ale to wystarczyło, by i zwrócić jego uwagę. Potwór odwrócił się z zadziwiającą prędkością jak na takie gabaryty i machnął jakby odganiał namolnego insekta. Trafiona Verrana poleciała na kilka metrów, wypuszczając z ręki nóż. Poczuła jak z chlupnięciem wpada plecami w wielką kałużę błota wymieszanego z krwią najemnika.

Była zamroczona i czuła ogromny ból przy każdym ruchu, nawet gdy oddychała. Mimo to usiadła w błocie, podtrzymując się jedną ręką. Druga – dziwnie bezwładna zwisała wykrzywiona pod nienaturalnym kątem.

Mieszkańcy Bermeld, nie ruszyli jej z pomocą. Przez cały czas w milczeniu przypatrywali się spektaklowi mieszającej się makabry, dramatyzmu i ludzkiej bezsilności. Dopiero podnoszeniu się z błota poturbowanej Verrany towarzyszyły ciche westchnienia, szepty, szmery, które z każdą chwilą zmieniały się w coraz głośniejsze komentarze.

Rozszarpie ją.

Potwór pożre nieczystą.

Zabierze ją w las i zgwałci.

Kolos, stał bez ruchu ciężko dysząc i wpatrując się w nią, tak jakby zastanawiał się nad tym, co zrobił. Jego nastroszone, przypominające kolce włosy opadły. Przestał uznawać powaloną kobietę za zagrożenie.

Oczy Gessana były otwarte i spoglądały na nią.

– Mamo! – jęknął, wyciągając do niej ręce i wiercąc się niczym mała myszka pochwycona przez kota. – Mamo! Mamo!

– Proszę. Oddaj mi go, tylko on mi pozostał…  – spojrzała w oczy bestii załzawionymi oczami, brudna od błota, krwi, chwiejąc się jakby za chwilę miała upaść.

Potwór w jakiś dziwny, niezrozumiały sposób zdawał się rozumieć każde słowo, ale jego ślepia, ani na chwilę nie straciły nic ze swej drapieżności. Mruknął coś przeciągle i odwrócił się do kobiety plecami, nie puszczając chłopca. Stał przodem do ogrodzenia i rozciągającej się za nim połaci ogromnych, nieprzebytych bagnisk, pośród których łatwo mógł zniknąć.

– Nie, nie, nie! – krzyczała Verrana kuśtykając w jego kierunku, ale nie mogła już nic zrobić. W jednej chwili stwór wykonał długi sus ponad kolczastym ogrodzeniem i zniknął w gąszczu lasu razem z jej synem.

Verrana opadła bezwładnie na kolana płacząc i nasłuchując cichnących w oddali wrzasków jej ukochanego synka.

Stara Elkra stała na małym wzniesieniu, udawszy się tam po tym, jak oznajmiła ludziom, że musi samotnie pomedytować. Oddała się jednak innej czynności, która nie miała nic wspólnego z oczyszczaniem umysłu czy kierowaniem próśb o mądrość od wyższych bytów. Patrzyła na wszystko z góry, podpierając się laską i taksując wszystko wzrokiem. Miejsce zabaw dzieci i spotkań ludzi z wioski, gdzie zbierali się przy ognisku, by ucztować, śpiewać i słuchać strach legend, zostało zbrukane. Stało się miejscem straszliwej tragedii i właśnie teraz tak będzie się to kojarzyć mieszkańcom.

Ludzie na pewno przypomną sobie legendę o Świętym Drzewie. Zaczną wątpić w jego moc, po tym jak nie udało mu się odegnać potwora, którego lata temu przepędziło w środku nocy. Ludzie już nie uwierzą w jego magiczną moc, mogą też zacząć podważać opiekuńczą siłę Bogów z bagien.

Drugą sprawą była nieudolna szarża najemników. Nie byli w stanie uratować dzieci – jedno jak świniak rozpłatane nożem rzeźnickim, drugie zginęło na kolczastym metalowym drucie, rozwieszone na nim jak pranie. No i to trzecie, wiecznie problematyczny Gessan, nawet porwany sprawiał liczne kłopoty. Wszystko przez to, że dokonało się to na oczach wszystkich. Słynni zabijacy, o paskudnej reputacji i umiejętnościach walki, wyglądali przy kreaturze z bagien jak banda dzikusów szturmująca zamek z pochodniami i dzidami. Nie będą już samą swoją obecnością paraliżować mieszkańców.

Jak donieśli staruszce jej wierni akolici, ludzie już szeptają, po co tak naprawdę przybyli żołdacy – teraz te samotne głosy przybiorą na sile i liczbie, z czasem zmienią się w chór oburzenia i niezadowolenia.

Nie dobrze, nie dobrze – mówiła do siebie w myślach przywódczyni Rygoru, gdy z każdą chwilą rozważała konsekwencje tego, co zdarzyło się na polance na oczach prawie całej wioski i kilkunastu przyjezdnych.

Na polanie znajdowało się teraz więcej najemników z Brygady Czerwonej Stali. Było ich ponad tuzin, a wraz z nimi wójt Bermeld, którego z daleka można było rozpoznać po złotym diademie zdobiącym jego pucołowatą twarz i drogim płaszczu podszytym gronostajami. Przemawiał do ludzi, schowany bezpiecznie za swoimi najemnymi psami przed niezadowolonymi mieszkańcami osady.

Sama Verrana po brutalnym porwaniu jej synka straciła siłę i determinację, którą gotowa była przeciwstawić tłumowi. Dusza wydawała się opuszczać jej ciało, zabrana razem z jej jedynym dzieckiem. Dwóch najemników już dawno odciągnęło jej bezwładne ciało z dala od zebranego tłumu. Verrana szybko i dyskretnie znikła z widoku razem z dwójką najemników gdzieś między niskimi domami.

Teraz, gdy wydawało się, że stwór nie wróci, mieszkańcy wioski zebrali się licznie na placu. Z początku, zaalarmowani ruszyli, by pomóc ewentualnym rannym i przygotować się w większej liczbie do odparcia ataku potwora, gdy ten przybędzie po kolejne dzieci. Jednak, gdy dowiedzieli się, że chłopiec rzucony przez kreaturę na drut kolczasty nie przeżył, a winna masakrze bestia nie wróciła, ich gniew zwrócił się przeciw Verranie. Oskarżali ją o zwabienie do ich osady potwora przez domniemane złe uczynki i nieodpowiednie wychowanie syna, który pozwalał sobie na samowolne wyprawy do zakazanej części bagniska. Przed linczem powstrzymywała ich tylko ściana złożona z czarnych mieczy, włóczni i okrągłych tarcz dzierżonych przez wojowników z Czerwonej Stali.

Wójt, który mimo swojej paskudnej aparycji potrafił rzucać piękne słowa, już omotywał dziki tłum. Starucha mimo pewnej niechęci do tego człowieka, który uważał się za króla miasteczka, podziwiała jego talent dyplomatyczny – miał podwójny język jak żmija. Sprowadził tu najemników, którzy nie zawahaliby się dla niego zabić mieszkańców wioski, gdyby ten pomachał im sakiewką przed nosem i przekonać jeszcze wielu mieszkańców, że to dla ich dobra i bezpieczeństwa.

Teraz działo się coś podobnego, gdy zrozpaczona matka zeszła z oczu rozwścieczonemu tłumowi, ludzie uważnie słuchali słodkich słów tłustego i elokwentnego burmistrza. Mówił im o sprawiedliwości, polowaniu na bestie i również o tym, że tą sprawą należy zająć się należycie.

Starucha nie słyszała jego słów z racji odległości i tego, że była lekko przygłucha. Sposób, w jaki mówił ten człowiek, nerwowe gestykulacje rąk, spięta postawa ciała, maska sztucznej pewności siebie, którą zakładał przed tłumem, wszystko to ukazywało go jako człowieka bezradnego, na którego plecy niczym lawina spadał zbyt duży ciężarów wywołanych tą sytuację. Czuła, że nie tylko ona potrafi to dostrzec.

Staruszka czuła jak wszystko powoli zaczynało się rozpruwać jak nitki w starym prześcieradle szarpanym z każdej strony. Atak legendarnej bestii z mokradeł. Czerwona Stal sprowadzona do miasteczka. Ludzie zaczną też głośniej gadać o wypadku na budowie.

Wiedziała, że wraz z tym wszystkim szybko padną pytania o praktykowany Rygor i obyczaje mu towarzyszące.

Plotki, niczym pierze uwolnione z poduszki i porwane przez wiatr, szybko się rozlecą po świecie. Nie uda się tego już powstrzymać, ani jej, ani Wójtowi.

– Ciekawe tylko, jakie bestie teraz przybędą do miasteczka.… – stara kobieta mruknęła do siebie pod nosem.

 

 

* * *

 

 

Elkrze, tak jak wszystkim innym zebranym na polance, umknęła jedna rzecz. Byli zbyt skonsternowani zaistniałym zamieszaniem i nowymi problemami, by to dostrzec. Wiecznie czerwone liście Białego Dębu poruszały się lekko, cichutko przy tym szeleszcząc. Nie było żadnego wiatru, który mógł je poruszać. Wyglądało to tak, jakby drzewo próbowało wydać z siebie delikatny, melodyjny szept o niezrozumiałej treści.

 

 

==============

Samotna wyspa

 

Samotna łódka rybacka sunęła strumieniem wielkiej północnej rzeki z dwójką ludzi na pokładzie. Płynęła spokojnie, i niesiona powoli strumieniem wody. Łódka była prostej, lekko topornej konstrukcji, płaskodenna, tak by ułatwić utrzymanie równowagi i pomieścić dużo sprzętu potrzebnego do połowów. Zupełnie nie pasowała do tego miejsca, gdzie nie można było liczyć na dużą rybę.

Za burtą przesuwał się leniwie krajobraz gęstych borów przeplatanych dzikimi polami wysokich traw. Kraina miała w sobie dużo pierwotnego piękna, pełnego surowości. Nie nosiła na sobie widocznych blizn tych smutnych czasów w postaci wypalonych drzew, czy śladów po przemarszu wojsk. Szalejące wojny i liczne konflikty zbrojnie nie okaleczyły tych ziem. Również magia, która parę lat temu wyrwała się spod władzy człowieka, nie sprofanowała tego miejsca i nie uczyniła go groteskowym, naznaczonym piętnem niszczycielskiej magii oraz pełnym dziwacznych wypaczonych stworzeń i wszelakich aberracji.

Pierwsza osoba na łódce, starzec, który swoim prostym strojem i faktem, że pewnie dzierżył wiosło, zdradzał obeznanie z rybactwem – był skupiony na wiosłowaniu. Krajobraz malujący się na linii rzeki intrygował drugą osobę na łódce – tajemniczego pasażera, skrywającego się w połach luźnego płaszcza. Kraina wydała mu się czysta, niezmącona i niedotknięta przez żadne zło. Stworzona tak jak zaplanowali to bogowie.

Luźne płaszcz i kaptur szczelnie go zakrywały, ale po bliższym przyjrzeniu się dało się można było dostrzec, że ten człowiek o twarzy młodzieńca nosił pod tkaniną solidny pancerz. Również wielki miecz leżący na łodzi zdradzał, że jego właścicielowi nie obcy był fach rycerski. Był Strażnikiem, ostrzem w ręku Veltriuuma. Rycerzem wyszkolonym w walce wielkim mieczem i we władaniu mocą świętych pieczęci, która pozwalała mu napełnić jego duszę świętym ogniem.

Skończył kontemplować krajobraz. Coś mąciło jego myśli, nie mógł wypatrzeć w nim subtelnego planu Bogów. Spojrzał w spod kaptura w stronę rybaka.

Tored, stary człowiek o skołtunionej czarnej brodzie i poznaczonej zmarszczkami twarzy, nie wyróżniał się niczym szczególnym spośród innych rybaków, a w miejscu, z którego obaj przybyli, jego przeciętność kuła wręcz w oczy. Nawet chciwy uśmieszek i błysk w oku, który Strażnik dostrzegł u niego przy pierwszym spotkaniu, wydawały się tak pospolite.

Mimo to, było w tym człowieku coś zastanawiającego. Coś jak wstydliwy sekret, skrywany na samym dnie duszy, skryty za wypluwanymi co raz słowami. Strażnik nie umiał ubrać tego w słowa. Po prostu czuł. Było to raczej coś na kształt intuicji – dodatkowego zmysłu, który wyrobił w sobie podczas licznych misji i pielgrzymek. Już nie raz miał styczność z doskonale ukrytą wrogością wobec Zakonu Świętego Płomienia. A ten człowiek nieco zbyt łatwo i szybko zgodził się na tę niebezpieczną i bezsensowną wyprawę, nawet jak na mendę, która sprzedałaby swoją matkę za równowartość w złocie.

Strażnik myślami wrócił do zdarzeń wczorajszego dnia.

Przybył do portowego miasta w dniach dość niespokojnych i burzliwych, które nastały po szybkich zaślubinach władającej miastem hrabiny, z jednym z zacniejszych lordów Kestern. Politycznie była to decyzja dobra, ślub umożliwił skrzyżowanie rodów szlacheckich i dał możliwość włączenia państwa-miasta w struktury arcy-kapłaństwa Kestern, które było lepszym sojusznikiem i protektorem dla Athrit niż niesławny Azyl, rządzony przez wiecznie skłóconych i walczących ze sobą pirackich lordów, stanowiący w istocie zbitek kilku nadmorskich miast i wysp, pełnych bezprawia, w którym świetnie czuli się piraci i wszelkie inne bandziory. Arcy-księstwo, ze swoją doktryną wojskową i wszechobecnym ładem, ufundowanym na kodeksie wiary, było gwarantem stabilności dla Miasta Mostów. To zaś nie mogło odnaleźć się w nowych, niepewnych czasach. Najlepszym dowodem tego miał być widok, jaki Strażnik ujrzał przechodząc przez centrum miasta, tam, gdzie znajdowały się wielkie fontanny. Piękny ogród z roślinami z całego świata, rozłożyste deptaki oraz czarne, spalone zgliszcza, które były pozostałościami Wielkiego Uniwersytetu, tej szczypty cywilizacji, jaką magowie wprowadzili do Azylu, jedynego rezerwuaru wiedzy miasta. Nikt nie wiedział dokładnie, kto i dlaczego podłożył ogień pod katedrę nauki, ale popularna była teoria o tym, że zrobili to piraci, który niszcząc akademię, chcieli pozbyć się reliktu panowania Magów z Latających Miast. Lubili się obnosić z tym, że z pomocą swojej floty i armat byli w stanie postawić się czarodziejom, a następnie zmusić ich do wycofania się. Zniszczenie uniwersytetu, było dla nich po prostu kolejną formą triumfu, mało chwalebnym – zważywszy na czas i okoliczności. Nie wiadomo, czy była to prawda i jakie rzeczywiście były okoliczności tego zdarzenia, ale na pewno ten dzień, gdy ciemny dym dobywał się z płonącego gmachu uniwersytetu nad Miastem Mostów, był dniem, gdy wszyscy zaczęli się zastanawiać, czy Athrit, miasto typowo handlowe, faktycznie powinno wiązać swoje losy z bandytami i piratami.

Przejście na stronę Kestern pozwoliło uniknąć interwencji zbrojnej, do której na pewno by niebawem doszło. Azyl i Kester z uwagi na głębokie różnice nie przepadały za sobą. Te dwa kraje, po Wojnie Złamanych Różdżek były jak kochający trunek i wojaczkę wilk morski i bogobojny kapłan, którzy musieli mieszkać koło siebie. Athrit było też furtką, która dawała Arcy-kapłaństwu szeroki dostęp do morza, czego władca Kestern tak bardzo pożądał.

Było to dużo lepszą opcją dla miasta, które po upadku barier straciło swoją bezpieczną i wygodną pozycję, nie będąc od strony lądu odgrodzone magicznymi barierami i nie mogąc liczyć na dobrą wolę władców Azylu, którzy coraz bardziej pogrążali się w wewnętrznych sporach. Wystarczyło tylko, aby mieszańcy miasta, podobnie jak ich władczyni, otworzyli serca na Veltriuum, nauczyli się go kochać i stosować do jego surowych zasad. Tak uważał Strażnik, jednak – jak to często w historii bywało – ludzie bardzo powoli i niechętnie otwierali się na światło i dobroć jego Boga.

Lokalni możnowładcy i gildie kupieckie – ludzie, którzy najwięcej mogliby stracić na zmianie ośrodka władzy przeniesionego do Farhold – stolicy Kestern, oraz nałożeniu nowych podatków, byli pierwszymi, którzy podjudzali ludzi do buntu i anarchii. Posuwali się nawet do organizowania band szabrowników, siejących chaos w mieście, oraz organizując skrytobójcze ataki na ważnych ludzi, którzy popierali nowy ład.

Szybko wyszło na jaw, iż Athrit oprócz tego, że w istocie było bramą prowadzącą do szerokich wód morskich, okazało być także gniazdem pełnym wściekłych szerszeni.

Niedawna wizyta w Athrit rzeczywiście wstrząsnęła Strażnikiem..

Kilku władających magiczną mocą czarodziejów zostało przyjętych przez Athrit po Wojnie. Zorganizowani w Gildię znajdującą się w murach miasta, ofiarowali mu swoją lojalność i pomoc. W zamian pragnęli tylko tego, co było dla ludzi takich jak oni najcenniejsze – wysokiej wieży, z której mogli spoglądać z góry na miasto, możliwości używania magii bez prześladowań, a także… realnego wpływu na władzę w mieście. O takich rzeczach jak worki ze złotem i wszelkie wygody już nie wspominając.

Gdy Gildia Magów dowiedziała się o przybyciu Strażnika do miasta, kogoś ze znienawidzonego przez nich Zakonu Płonącej Wstęgi, stróża wiary, niosącego porządek, zagrozili wypowiedzeniem hrabinie lojalności, uznając to za otwartą spolegliwość wobec Arcy-kapłaństwa i obawiając się prześladowań. Magowie, ludzie kontrolujący moce poza wyobrażeniem przeciętnego śmiertelnika, byli niczym ostrze kata wzniesione nad miastem. Ostrzem, które na jedno skinienie hrabiny mogło spaść na wszystkich zagrażających miastu wrogów pod postacią niewyobrażalnych mocy: deszczu ognia, rozwierających się mrocznych otchłani, czy nawet podmuchów lodowego wiatru tak silnych, że mógł zamrażać krew w żyłach. Groźba straszliwego gniewu magów do tej pory skutecznie hamowała buntowników, wrogów Kestern i być może nawet samo Bandyckie Państwo Azyl przed atakiem na nielojalne miasto. Teraz, gdy ostrze nagle przestało być dzierżone przez hrabinę, nie było już pewne, jak długo uda się utrzymać miasto bezpieczne od widma zamieszek, a w konsekwencji uniknąć zbrojnych starć wewnątrz i na zewnątrz miasta.

Strażnik, jak przystało na przykładnego sługę Niosącego Słowo, pałał awersją do czarodziei. Doktryna jego Zakonu i przyjęta przez niego wiara nakazywały mu uznawać magów za heretyków i odstępców, władających mocą, której nie powinni mieć – nie pochodzącą od Bogów. Jego awersja miała podłoże nie tylko czysto ideologiczne. Znał dobrze historię, jak każdy członek Zakonu. Wojna Złamanych Różdżek, to ten właśnie konflikt udowodnił, że magii pozostawionej we władzy człowieka nie wolno ufać, bo korumpuje i plugawi ludzi. Sama zaś magia bez imperatywu woli boskiej okazała się nieokiełznanym żywiołem, która niszczącym na swojej drodze głupców, którzy próbowali stawiać tamy, aby ją okiełznać.

Mimo tego wszystkiego, przy całej swojej wrogości dla magów Strażnik musiał przyznać, że grupa czarodziejów, służąca miastu pod jego względną kontrolą, była mniej groźna, niż gdyby czarodzieje mieli rozejść się po świecie i dążąc do zaspokojenia swoich chorych ambicji, prowadząc eksperymenty w mrocznych laboratoriach lub szukając spełnienia jako hersztowie bandytów lub jeszcze gorzej – jako doradcy na służbie tyranów.

Strażnik nie chciał swoją osobą burzyć tego kruchego i osobliwego pokoju, jaki był w Athrit. Wolał, aby nie doszło do zamieszek lub buntu magów, na którym ucierpiałoby wielu ludzi. Miał też na uwadze to, że Kestern, któremu poprzysięgał lojalną służbę, poczyniło dużo dyplomatycznych wysiłków i przygotowań, aby przekonać mieszkańców małego państewka-miasteczka do swoich dobry intencji i chęci zjednoczenia, tak by w łagodny sposób włączyć je w swoje struktury. Nie chciał zniszczyć tej długo i staranie plecionej pajęczynki dyplomacji i dworskich intryg.

Mimo tych niezbyt przychylnych okoliczności, musiał udać się do Athrit, zwanego również Miastem Mostów. Przydomek ten miasto zawdzięczało pięciu kamiennym mostom, które znajdowały się w obrębie jego solidnych murów. Każdy z mostów był solidny i bogato zdobiony masywnymi figurami postaciami z legend i bohaterów, którzy zapisali się na kartach historii Athrit. Wśród posągów można było dopatrzyć się również mitologicznych stworzeń, nawet smoków, co dla Strażnika było wyjątkowo gorszące i świadczyło o zepsuciu miasta. Cztery wielkie mosty o nazwach pochodzących od czterech stron świata oraz piąty, zwany centralnym, były dumą i chlubą miasta, przejawem nowoczesnej myśli ludzkiej, arcydziełem sztuki i architektonicznego geniuszu. Jednak przede wszystkim były symbolem bogactwa i poziomu cywilizacyjnego rozwoju miasta, które dzięki swej przedsiębiorczości, długoletniej neutralności i wpływowym oraz często samowolnym gildiom kupieckim, stało się zamożnym miastem jeszcze w latach, gdy istniały bariery kontrolowane przez magów. Było wówczas znaczącym partnerem handlowym, z potężną flotą morską.

Wszystko to jednak okazało się kruche i wkrótce mogło przeminąć z prądem czasu, zwłaszcza teraz, gdy pękły magiczne bariery, które w głupim myśleniu mieszkańców Athrit wydawały się im wieczne i niezniszczalne. Teraz przestały ogradzać miasto od reszty kontynentu, odsłaniając tym samym jego wstydliwy sekret, jakim był brak silnej i zdyscyplinowanej armii.

To właśnie sprawiło, że Miasto Mostów, pomimo ciężkiego nastroju politycznego stało się dla młodego Strażnika koniecznym przystankiem w podróży. Tylko stąd wiodła bezpośrednia droga wodna do miejsca, ku któremu w istocie zmierzał – do Upadłych Mokradeł.

Przybył do miasta w przebraniu, nie zwracając na siebie uwagi, z fałszywymi dokumentami w kieszeni przepastnego płaszcza. Podając się za wędrownego kupca z odległych krain, dostał się bez problemu do miasta. Jednak jego przybycie zostało jakoś odnotowane. Niebawem na jednym z mostów Athrit została zaatakowany przez trzech świetnie wyszkolonych podrzynaczy gardeł. Niewątpliwe byli to obywatele z Azylu zza morza, jak można było wywnioskować z ich strojów oraz stylu walki opartym na sztyletach. Co prawda, udało mu się odeprzeć przeciwników i jednocześnie nie zdradzić swojej tożsamości, tak że wszyscy gapie mogli to uznać za porachunki gildii, ale Strażnik wiedział już, że tutaj nie mógł czuć się bezpiecznie. Cały czas miał wrażenie, że ktoś patrzy na niego z cienia. Wiedział, jak cenny dla wielu ważnych osobistości może być trup Strażnika zamordowanego w mieście.

Nie marnował czasu na zwiedzanie miasta i powolne szukanie transportu na bagna. Chciał jak najszybciej opuścić niebezpieczne miejsce i ruszyć w dalszą drogę. Jedyne, czego udało mu się dowiedzieć, to to, że na bagna nikt z miejscowych się nie zapuszcza od czasu Upadku. Nikt też dokładnie nie wie, co się dzieje w Bermeld. Jedyne plotki, jakie zasłyszał, dotyczyły budowy szlaków przez mieszkańców miasteczka i tajemniczego potwora z bagien. Nie było to dla niego nic nowego, wszystko to wiedział już z raportów, które czytał jeszcze w Farhold. Mimo to udało mu się zyskać cenną informację. Pewna osoba w mieście mogła mu pomóc w wyprawie. Właśnie wtedy na jego drodze stanął stary Tored.

Znalazł go nad kuflem piwa w karczmie o uroczej nazwie ‘Dziurawy Kielich’. Po krótkiej rozmowie z brodatym starcem stwierdził, że dobrze trafił. Tored wyznał mu, że wychował się w Bermeld, ale opuścił je już dawno temu, z powodów, których wolał nie wyjawiać, znał też bagna jak własną kieszeń.

Podczas rozmowy, gdy omawiali już szczegóły wyprawy, Strażnik zdjął kaptur i ukazał mu swoją twarz, tak, by stary rybak mógł ujrzeć pancerny kołnierz jego zbroi i symbol Płonącej Wstęgi na torsie. Tored przyjął to wyjątkowo lekko. Sakiewka, którą Strażnik celowo odsłonił, aby Tored mógł na nią spoglądać swoimi chciwymi oczkami, z pewnością również miała niebagatelny wpływ na jego decyzję.

Jak się dowiedział, stary człowiek nie przepadał za Kestern, jednak nieudolne rządy hrabiny też mu nie odpowiadały. Mimo to załatwienie spraw przed ołtarzem i oddalenie wojny uważał za najlepsze możliwe wyjście w tych dziwnych i niespokojnych czasach.

Teraz, bez Latających Miast i barier miasto nie mogło już liczyć na wygodne życie z handlu morskiego, prowadzonego pod kuratelą straszliwych magów.. Athrit musiało dostosować się do nowej sytuacji. Było oczywiste, że nie może sobie pozwolić na wygodną neutralność. Miasto Mostów, do tej pory żyjące z handlu, nie da rady obronić się samo w razie inwazji, będąc w dodatku kością niezgody między Bandyckim Państwem Azyl, a kierującym się Dogmatami i żelaznym kodeksem Arcy-księstwem.

Dlatego, jak sam twierdził, zgodził się na te wyprawę.

Właśnie w tym momencie wzbudził podejrzenia Strażnika. Ludzie tacy jak on, rybacy na małych łodziach, zwykli szarzy mieszkańcy, ucierpieli najwięcej przez sojusz i wrastanie w struktury Kestern. Nowe podatki, pełzająca atmosfera rebelii, ograniczenia połowów (hrabina za namową małżonka wołała skoncentrować się na flocie handlowej i nowych stoczniach), również musiały być uciążliwe dla niego. Ludzie tacy jak on nie interesowali się wielką polityką i dworskimi intrygami.

Ten stary człowiek powiedział mu dokładnie to, co Strażnik chciał usłyszeć. Coś mu tu jednak nie pasowało i czuł podstęp, ale nie miał wielkiego wyboru. Chciał jak najszybciej opuścić miasto i ruszyć dalej.

Jeszcze tego wieczoru Tored w towarzystwie swojego tajemniczego zleceniodawcy udali się do portu, aby cichaczem, pod osłoną nocy opuścić miasto. Teraz, gdy wpłynęli w kręte rzeczułki, niewielkie zbiorniczki i małe, porośnięte rzadką roślinnością wysepki, zdarzenia zeszłej nocy wydały mu się tak odległe. Musiał skoncentrować się na swojej misji.

– Nie boisz się? – odezwał się chłodnym głosem Strażnik.

– Nie, nie – odpowiedział stary, jakby wyrwany ze snu. – Niby czego mam się bać?

– O Upadłych Mokradłach krążą liczne opowieści, zwłaszcza po tym, jak zalała je magia z barier.

– Aaa, o to chodzi – uśmiechnął się, jakby Strażnik opowiedział kiepski kawał. – Opowieści o wielkich pijawkach, co wciągają ludzi pod wodę i przerośniętych żółwiach błotnych, co łodzie potrafią roztrzaskać, to legendy i bajdurzenia.

– Tagolt nie są bajdurzeniem.

Przez chwilę Tored milczał.

– Nie. Nie ma ich już tutaj, Panie.

– Jak to? Byli na mokradłach od zawsze, na długo przed ludźmi. Podobno mieli tu swoje wylęgarnie.

– Tak było, ale to się zmieniło. Sporo się na bagnach zmieniło – odparła lakonicznie.

Mężczyzna w płaszczu pochylił się lekko w jego stronę. Dał tym samym znać przewodnikowi, że słucha go dalej.

– Bo widzicie, Panie… Łuskoskórych już nie ma. Podsłuchałem kilka ciekawych plotek…

– Mianowicie?

– Do miasteczka na bagnach przybyła grupa najemników. Odzianych w solidne pancerze i dobrze wyekwipowanych. Podobno przepędzili z bagien Tagolt. Zmasakrowali ich i zniszczyli ich siedliska. Tak, by stwory więcej tu nie wracały. Nie wiem, czemu postanowili bawić się z nimi w wojnę.

– To zastanawiające, nie sądzisz? Przetransportowanie oddziału najemników przez mokradła nie jest łatwe, a walka z rdzennymi mieszkańcami bagien na ich własnym terenie na pewno też była trudna. Te łuskoskóre diabelstwa były ogromne, szybkie i wręcz ociekały jadem. A broniły swoich terenów zajadle jak zdziczałe psy. Po co ktoś miałby robić coś tak nieopłacalnego, kosztownego i trudnego do zorganizowania?

Przez chwilę mężczyzna z mieczem zdawał się nad czymś rozmyślać.

– Sporo wiesz – skwitował krótko. – Wiedziałaś o tym, że w drodze na mokradła unikniemy spotkania z Tagolt?

– Gdybym tego nie wiedział, nigdy nie zgodziłbym się na tę podróż.

Słowem, nie okłamał go. Tored wiedział, że w czasie tej idiotycznej wyprawy nie spotkają rdzennych mieszkańców bagien, co go cieszyło, bo spotkanie z tymi pokracznymi ni to płazami, ni to gadami udającymi ludzi, na pewno skończyłoby się źle. Jednak tak samo jak miał pewne informacje, że Tagolt nie ma już na mokradłach, tak samo wiedział, że tamtego wieczora w tawernie, zjawi się osoba, która będzie szukała transportu do Bermeld. Jednak tą informacją już nie zamierzał się dzielić, ani tym bardziej tym, kto i dlaczego wynajął go do dostarczenia Strażnika do Bermeld. Wiedział tylko, że jeśli wycofa się z powierzonego mu zdania albo powie Strażnikowi o wszystkim – czekają go straszliwe konsekwencje. Musiał cały czas grać swoją rolę, chociaż czuł, że Rycerz coś podejrzewa. Moment, w którym ujawnił mu, że jest Strażnikiem i pokazał swoją wypraną z wszelkich emocji twarz, był dla niego przerażającą chwilą. Całe jego ciało krzyczało do niego, że dał się władować w niezłą kabałę i jeśli popłynie z tym człowiekiem, to na pewno nic dobrego z tego nie wyniknie. Jednak wiedział też dobrze, że nie może się już wycofać.

Teraz, gdy już wpłynęli między wystające z wody czarne drzewa, szczelnie zakrywające słońce gęstym, zgniłozielonym listowiem i zaczęły do nich dochodzić dzikie odgłosy bagniska, w postaci plusków i dziwnych pohukiwań, starał się mieć nadzieję, że ta cała wyprawa nie okaże się wielkim błędem. Tajemniczy pasażer wyrwał go z zadumy, ponownie zwracając się do niego.

– Bardzo lubisz złoto, Starcze. – wyrzekł, wpatrując się w niego swoim chłodnym spojrzeniem. – Ciekawe jak dużo zrobiłbyś dla niego…

Właśnie wtedy Tored poczuł autentyczny, niczym nieokiełznany strach przed Strażnikiem.

 

 

 

* * *

 

Strażnik kazał obrać Toredowi drogę najgorszą z możliwych. Stary chciał za wszelką cenę uniknąć podróży przez tę część bagniska, w którą się zapuścili. Jego proste w założeniu zadanie, które miało polegać na przetransportowaniu wędrowca w płaszczu do Bermeld z każdą chwilą ulegało zagmatwaniu i kolejnym komplikacjom. Najgorsze było to, że Strażnik powiedział mu prawdę – dla złota zrobi wszystko. Dlatego, gdy tajemniczy blondwłosy zaoferował mu więcej monet, ten zgodził się obrać zasugerowaną mu ścieżkę wodną. Wiedział, że będzie tego żałować, ale uległ i tak. Nie ze strachu przed wyjściem z roli nic niewiedzącego rybaka, ale dlatego, że kochał blask złota i brzęk monet.

Cały czas wiosłując, zastanawiał się: czemu akurat to miejsce?

Jak dużo Strażnik wiedział o sytuacji w mieście?

Stary bał się odezwać, czując, że z jego napiętej postawy i drżącego jak struna głosu można było i tak dużo wywnioskować.

Płynęli więc w ciszy. A krajobraz wokół nich zmienił się.

Ogromne mokradła, z wielkiego zbiornika, pełnego mętnej wody i namorzynowych drzew wraz z zapuszczaniem się w nie coraz głębiej rozlewały się w poskręcane kanaliki, które niczym szerokie wstęgi ciągnęły się między kawałkami cienkiego lądu i wysepkami, przeplatając się wzajemnie, skręcając i tworząc wielki wodny labirynt. Mimo, że wszystkie z czarne drzewa, szuwary i całkiem spore wysepki po środku rzeczułki wyglądały identycznie, tajemniczy pasażer zdawał się wiedzieć dokładnie, w którym kierunku łódka ma zmierzać.

– Ja nadal uważam, że to zły pomysł – ośmielił się powiedzieć Tored.

Mężczyzna przez chwilę milczał przypatrując się jednej z wysepek na środku naturalnego kanału. Wszystkie wysepki przywodziły na myśl skorupy ogromnych żółwi, pokryte błotem i skąpą roślinnością.

– Zabawne jest to, że im bliżej Bermeld jesteśmy, tym jesteś bardziej nerwowy, Staruszku.

– Nie chodzi o to! – pokręcił energicznie głową. – To nie jest najkrótsza i nie najbezpieczniejsza droga do Bermeld.

– Wiem, ale już określiłem, jaką drogą będziemy podążać – odrzekł chłodno Strażnik.

– Ludzie gadają różne rzeczy o bagnisku.

Kaptur pochylił się w jego kierunku.

– Czy chodzi o to, że pod wodami bagna śpi smoka Ambarux? – Zacisnął pięść, tak że metalowa rękawica aż zgrzytnęła. – Potwór, który podobno nocami budzi się i podnosi swój wielki wężowaty łeb, aby przeczesywać bagniska w poszukiwaniu nieszczęśników, którzy byli na tyle głupi, by zapuścić się w pobliże jego grobowca z błota i drzew?

Przez chwilę Tored patrzył na niego wyraźnie zaskoczony tym, że Strażnik znał tę legendę i mówił o tym tak cynicznie.

– Te legendy nie wzięły się znikąd– odparł chłodno. – Wszyscy wiedzą, że smoki już dawno wyginęły. W dniu, w którym rzuciły wyzwanie Bogom i ruszyły na ich krainę. Skąd wiesz, czy któraś z tych bestii nie ocalała?

– I naprawdę wierzysz, że jeden z nich śpi tu pod bagiennym mułem i upadli bogowie pilnują go? – powiedział i znów zaczął spoglądać w stronę brzegu, gdzie ciągnęła się linia drzew. – Nigdy w to nie uwierzę. Ta kraina jest zła i okrutna z innego powodu niż wielka gadzina śpiąca pod ziemią.

Strażnik zamilkł, jakby nagle skuł go lód.

Stary zauważył, że coś zaczęło się kotłować w duszy jego towarzysza. Czuł, że nie ma sensu ciągnąć tego ponurego, mitologicznego wątku. Postanowił zagrać inaczej:

– Chodzi o to, co się dzieje w miasteczku.

– To znaczy…?

Tored wparł wiosło w mijaną przez nich wysepkę. Odepchnął łódź od miękkiego podłoża wyspy, które mlasnęło. Łódka skręciła w jedną z wodnych odnóg.

– Zaraz sam się przekonasz.

Gdy drewniana łódka wychynęła zza jednej z wysepek, oczom podróżnych ukazał się straszny widok.

Przed nimi znajdował się wykarczowany pas lasu i ogromna połać błotnistej ziemni. Pnie ściętych drzew sterczały niczym patyki wetknięte głęboko w błoto. Obok nich tkwiły powykrzywiane rusztowania i obrośnięte mchem i innym zielskiem narzędzia, pozostawione tu jako dowód tego, że ludzie ze swoją pracą nad szlakiem dotarli aż tutaj, by ulec przed siłą natury. Strażnik zrozumiał, jak straszliwa porażka to była, gdy ujrzał bladą dłoń z palcami oskubanymi do kości przez ptaki.

Po chwili zobaczył ponad dwa tuziny bladych kończyn, a oprócz nich umazane w błocie i krwi czaszki z wydziobanymi oczodołami, przez które wlewał się szlam. Widać też było wystające plecy, jakby kilku nieszczęśników sprawdzało, jak długo można wstrzymać oddech w mule. Wszystko to wyglądało jak ponury plon zasadzony w mule przez samą śmierć.

Co najmniej tuzin ciał, znajdował się w tym wspólnym błotnym grobie. Rozrzucone wokół nich nieskładnie deski świadczyły o tym, że miała tu miejsce jakaś pośpieszna akcja ratunkowa.

Strażnik przez chwilę przypatrywał się pobojowisku, temu pokazowi ludzkiej bezsilności i desperacji. Zastanawiał się, jakiego straszliwego zjawiska świadkiem było to miejsce.

– Czy historia o najemnikach i Tagolt ma ciąg dalszy? – spytał.

Stary skinął głową, ale nie spieszył się z odpowiedzią.

– Gdy najemnicy wyparli Łuskoskórych, wówczas szalony wójt Bermeld zaprzągł ludzi do budowy szlaków handlowych. Chciał otworzyć miasto na wielki świat. Mówił dużo o tym, jak to świat się zmienił po Wielkim Upadku, głównie mówił pięknymi sloganami, które rozpalały zapał bagniarzy do morderczej pracy. Nic jednak nie powiedział o tym, że najemnicy zostają w mieście, niczym zwycięska armia najeźdźców. Ludzie tego nie wiedzieli, nie chcieli wiedzieć. Obietnica bogactwa zagłuszała ich rozsądek za bardzo, żeby zrozumieli, że zamienili jednego wroga na drugiego.

Strażnik uważnie słuchał jego słów, cały czas lustrując miejsce tragedii.

– Wtedy postanowiłeś, że czas uciec z miasteczka, staruszku?

Stary pokiwał posępnie głową.

Strażnik kontynuował:

– Kiedy okazało się oczywiste, że bagniarze stali się zakładnikami zaprzęgniętymi do niewolniczej pracy?

Tored znów pokiwał głową.

– Któregoś dnia w karczmie w Athrit spotkałem pewnego miłośnika owadów z jakiejś akademii nauk. Podobno razem z trójką swoich asystentów przybył na tyle blisko miasteczka, by zobaczyć, co się tam dzieje. Wrócił sam z tej wyprawy, bo Czerwona Stal wypatrzyła go wśród zarośli, a ci ludzie cenią sobie dyskrecję. Pierwszego z towarzyszy rozszarpały psy puszczone w pogoń, a kolejni byli daniną, o którą upomniało się trzęsawisko. Jakieś wężowate monstrum ściągnęło ich do wody.

Strażnik patrzył na niego, a Tored w myślach modlił się, by Obrońca Wiary nie zaczął go podejrzewać, że gadka o trzech entomologach był kłamstwem. Dużo słyszał o okrucieństwie Wstęg, gdy ci chcieli pozyskać informacje, a sam Strażnik po swojej twarzy pokerzysty nie dawał nic poznać.

– Arcy-książe  albo któryś z wysokich duchownych ze świętego Kestern wie o tym, co dzieje się w mieście?

– Wątpię – powiedział stary i wziął wiosło w obie dłonie, uznawszy, że już dość napatrzyli się na to miejsce. – Miasteczko mało co mogło zaoferować jakiemukolwiek Wysokości – czy to z Arcy-kapłaństwa, z Marchii czy z Azylu. To miasteczko mało kogo obchodzi.

Przez chwilę stary i jego tajemniczy towarzysz patrzyli jeszcze na oddalający się obraz tragedii i beznadziei. Rybak w ciszy machał wiosłem, tak by łódka jak najprędzej oddaliła się od tego miejsca; twarz młodzieńca skryła się znów w kapturze. Tak samo jak ukryta była twarz Strażnika, tak samo jego myśli były nie do odgadnięcia.

Udali się w dalszą podróż wodnymi ścieżkami Upadłych Mokradeł. Łódka w ciszy sunęła między wysepkami w brudnej, bagnistej wodzie. Nie musieli płynąć długo, by dotrzeć do miejsca, które każdy wędrowiec przemierzający bagniska musiał minąć. To właśnie tu cieki wodne przecinały się, tworząc duże rozlewisko, pośrodku którego znajdowała się – owiana legendami – Smocza Latarnia. Już z daleka, ponad horyzontem drzew widać było jej charakterystyczny zarys. Wyspa była tak duża, że wyrósł na niej mały bór.

Ogromna wyspa przybliżała się z każdą chwilą do Strażnika i Toreda.

– Naprawdę tam płyniemy? – młody odwrócił się w stronę starca.

– Musisz mi wybaczyć, panie, ale chcę się tam na chwilę zatrzymać – mówiąc to zaczął szybciej wiosłować. – Mam tam coś do załatwienia. Coś bardzo istotnego.

– Dziwne… Jesteś przerażony – stwierdził Strażnika.

– Tak… Ludzie powiadają, że do tamtej tragedii na bagnach doszło, bo nie oddali czci Czterem Bogom i ci nie zapewnili im należytej ochrony.

Strażnik wzruszył ramionami.

– Ja wierzę, że było inaczej – zacisnął dłonie pewniej na wiośle z taką siłą, że pod jego starą pomarszczoną skórą widać było siatkę żył. – Ludzie z Bermeld mówią, że to przez smoka! Smoka, który spadł kiedyś z nieba, gdy smocze pomioty ośmieliły się rzucić wyzwanie Bogom. W czasach, gdy plugawe i pragnące nieśmiertelności smoki wtargnęły do krainy Bogów i rozgorzała straszliwej bitwa. Wtedy to jeden z wielkich latających behemotów Ambarux został pokonany przez czterech Bogów. Gadzina została dotkliwie ranna, ale Bogowie nie byli w stanie zabić kolosa. Teraz smok śpi głęboko pod mułem bagniska, a Bogowie czuwają, by się więcej nie przebudził i nie zaczął siać zniszczenia. Czterej Bogowie chronią ludzi z bagna przed nim i przed innymi niebezpieczeństwami, to dzięki nim i ich łaskom bagniarze przez tak długi czas przetrwali tutaj.

Tylko że bagniarze nie oddali należycie czci swoim Bogom. Zapomnieli o nich, po tym jak nie było już łuskaczy i zaczęli spędzać całe dnie na wyrębie drzew. A o bóstwach opiekuńczych nie wolno zapominać… Nie, nie, nie… Tamtego dnia, gdy doszło do tragedii, Bogowie odwrócili się od nich. Kiedy zbliżali się do tamtego miejsca, stukot młotków i huk powalanych drzew zbudziły smoka, a ten otworzył swoją paszczę głęboko pod mułem, a zawsze gdy smok Ambarux tak robi, błota bagien i muł zmieniają się w trzęsawiska, które wciąga nieszczęśników do swojej paszczy!

Tored skończył przemowę.

– Po prostu bagnisko upomniało się o swoją zapłatę za ludzką głupotę i zuchwałość. Trzeba być szalonym, aby w takim miejscu budować szlak – skwitował Strażnik.

– Mówisz tak, bo służysz innemu Bogu – pokręcił nosem stary.

– Nie… mówię tak, bo uważam, że takim gadaniem o prastarym uśpionym smoku i zrośniętych upadłych Bogach ludzie tłumaczą sobie to, co gołym okiem jest widoczne. Po prostu nie chcą przyjąć tego do wiadomości, bo musieliby przyznać, że do wypadku doszło z ich własnej głupoty i lekkomyślności i ich Bogowie wcale tak się o nich nie troszczą, jak im się wydawało..

Tored na chwilę zwolnił wiosłowanie.

– A czy Veltriuum też nie działa w taki sposób Strażniku? Nie daje znaku swej obecności, a ludzie i tak ślą do niego swoje modły. Przecież wiemy, że tak jest teraz ze wszystkimi Bogami. Czemu inaczej miało być z Bogami Opiekunami z Bagien?

– Masz trochę racji, staruszku… – odpowiedział – Ale ja ufam w to, że Veltriuum gdzieś tam jest, tak jak inne wyższe byty, które przetrwały walkę z Królem Demonów, ale z jakiś powodów nie mogą, albo nie chcą wrócić do nas. Veltriuum, w przeciwieństwie do innych Bogów, pozostawił nam zadanie. Chce, abyśmy upatrywali jego subtelnej woli w naszej drodze życia i z jego pomocą, będąc zakotwiczonym w jego wierze i czując jego opatrzność, stawiali czoła wyzwaniom, jakie niesie nam los. Tak możemy stać się lepsi. Takimi, jakimi Dający i Zabierający Cierpnie chce nas widzieć. Owszem, Veltriuum jest surowy, chłodny i wymaga poświęceń, ale nikomu nie kazałby siedzieć na śmierdzących bagnach, więdnąć niczym kwiat i wierzyć w durne zabobony.

Stary znów zaczął wiosłować szybciej.

– Piękne słowa młody idealisto o gorącym sercu. Jednak w imieniu Veltriuum ludzie też dokonywali strasznych rzeczy…

Strażnik milczał. Doskonale wiedział, o czym mówi stary rybak.

– Nie ma wiary idealnej, tak jak nie ma na wskroś doskonałego bóstwa, ani wiernego, który byłby wolny od wszelkich grzechów i przewinień. Proszę cię, zatrzymajmy się na chwilę. Pozwól mi złożyć skromną ofiarę i odprawić kilka modlitw. To bardzo ważne dla mnie. Mam nadzieję, że w ten sposób nie urażę Świętego Płomienia.

Młodzieniec nie odezwał się ani słowem. Jedynie pokiwał głową.

Cały czas spoglądał w kierunku zbliżającego się lądu. Strażnik patrzył na przybliżający się zarys wyspy. Już stąd widać było na jej szczycie wielką kamienną figurę, przedstawiającą jakąś pokraczną istotę.

– Wiesz co, staruszku… Twoja wiara w to, co mówiłeś, musi być naprawdę silna. Bo jeśli faktycznie jakaś bestia spoczywa pod Upadłymi Mokradłami, to z pewnością znajduje się w tym miejscu.

 

 

 

* * *

 

 

Gdy dotarli do Smoczej Latarni, stary mężczyzna zacumował swoją łódź, obwiązał sznur na jednym z wystających z wody czarnych pali, które zapewne stanowiły pamiątkę po tym, gdy był tu jeszcze jakiś mostek.

Strażnik stał na suchym, kamiennym brzegu wyspy, skąd miał doskonały widok na cały teren. Zielone drzewa, powyginane jakby przez olbrzymy, o złuszczającej się korze, nie różniły się prawie niczym od innych drzew na bagnach. Szuwary o zgniłozielonym kolorze. Wszystko to stanowiło stały element bagiennej flory. Nawet tak charakterystyczny dla Upadłych Mokradeł fetor zgniłych roślin i butwiejącego drewna był tu taki sam. A jednak czuło się w tej wyspie coś obcego, jakąś nieokreśloną inność tego miejsca. Powietrze wydawało się wyjątkowo ciężkie i nie słychać było żadnego owada, ani zawodzenia ptaków, tak jakby to miejsce było nawiedzone.

Strażnik spojrzał na szczyt wzniesienia na wyspie, właśnie tam, gdzie wzniesiony był kamienny posąg, któremu wyspa zawdzięczała swoją nazwę i złą reputację. Pokraczna rzeźba zdawała się górować nad całym tym kawałkiem lądu i w jakiś subtelny sposób zakrywać to miejsce cieniem. Tradycyjny posąg przedstawiający cztery zapomniane bożyszcza, czczone przez bagniarzy jako bóstwa opiekuńcze, z tą różnicą, że ten posąg różnił się od innych posągów tego typu. Cztery twarze, wyrastające z jednego drewnianego rdzenia, nie były zwrócone każde w inną stronę, ale wszystkie były skierowane w kierunku schodów, tak by swoimi wyłupiastymi oczami spoglądać na przybywających.

Rybak również wydawał się przytłoczony atmosferą tego miejsca. Gdy szedł po kamiennych schodkach, był przygrabiony i opatulony szczelnie w swój ciemny płaszcz, wyglądając jak jakiś cień, powoli wędrujący ku tajemniczej rzeźbie.

Ociągając się, ruszył za nim po kamiennych schodach.

Tored stał na szczycie góry i pochylał się przed ponurym posągiem. Na małym ołtarzyku znajdującym się u podstawy solidnej rzeźby umieścił dwa haki rybackie, nie były to cenne przedmioty, ale z pewnością dla rybaka żyjącego z połowu miały jakaś szczególną wartość, a takiej ofiary Bóstwo o Czterech Złowrogich Twarzach oczekiwało. Haczyki wpadły do niewielkiego wgłębienia w deseczce i zabrzęczały uderzając o znajdujące się tam przedmioty – drewniane figurki, kawałki połamanej porcelany, zardzewiały gwoździe, nóż do masła, kłębek włóczki, zasmarkaną chusteczkę. W tej małej graciarni można było znaleźć klika cennych przedmiotów, takich jak złote monety, broszki czy zdobiony sztylet, ale nikt nie ważył się ich zabrać.

Wyczuwszy za sobą obecność Strażnika, stary mężczyzna zaczął mówić, a jego głos był cichy i pełen skupienia jakby odmawiał modlitwę:

– Przedmioty są różnorodne, bo wedle zwyczaju każdy, kto chce bezpiecznie przekroczyć to przeklęte miejsce, musi pozostawić przedmiot dla niego cenny. Sam człowiek musi ocenić, ile jego bezpieczna podróż przed Upadłe Mokradła jest warta, a Zapomniani Bogowie sami ocenią, czy podana przez niego zapłata była stosowna.

– Jeśli ofiara nie będzie wystarczająca, – ścisnął mocno kamień – jeśli cenisz jakąś rzecz bardziej niż swoje życie i zdrowie… Jeśli próbowałeś oszukać starych bogów… Wówczas oni odwrócą się od ciebie podczas przemierzania bagien, a wtedy smok usłyszy twoje kroki i się przebudzi. Rozewrze swoje szczęki i bagniska wciągną cię głęboko pod ziemię, w sam środek jego paszczy.

Stary mamrotał coś jeszcze przez chwilę pod nosem, nie zwracając uwagi na małomównego towarzysza. Po paru chwilach wyprostował się i popatrzył na figurę Czterech Bogów. Jego wzrok zatrzymał się na wielkim drewnianym pniu, z którego wyrastały przeplatające się macki zakończone twarzami. Spojrzał we wgłębienie, gdzie znajdował się dawno zakrzepły wosk po spalonych tam świeczkach.

– Z tym posągiem wiąże się też inna opowieść, prawda? – spytał Strażnik beznamiętnym głosem.

– To tylko bajka, panie… Opowieść do straszenia niegrzecznych dzieci…

– Bagniarze to bardzo religijni ludzie, więc na pewno ta opowieść będzie ciekawa.

Stary przez chwilę milczał, jakby szukając odpowiednich słów.

– To także dotyczy smoka Amburaxa – powiedział to szeptem, tak jakby wypowiadanie smoczego imienia z legendy było grzechem. – Kiedy kreatura wciąga powietrze, bagniska zmieniają się w ogromne trzęsawisko, pochłaniają i wciągają ludzi, ale smocze trzewia są tak silne, że wciągną nie tylko człeka, niedźwiedzia czy trolla. Lata temu, podczas Wielkiej Wojny Magów ugrzęzło tu kilka wielkich, kroczących maszyn, kontrolowanych przez czarodziejów. Ludzie z Bermeld wierzą, że tak długo, jak oddają cześć starym bożyszczom, pozostałości po armii czarodziejów nie powstaną z mułu, aby mścić się za ośmieszenie ich twórców. Tak długo, gdy zasady Rygoru są przestrzegane, ludzie zyskują sobie przychylność Starych Bogów. Umacniają ich swoją wiarą i codziennym świadectwem życia. To dzięki tym zasadom przetrwali tu i to one chronią ich przed armią pogrzebaną w mule i śpiącym złym, w postaci smoka. Każdy, kto żyje na bagnach, musi żyć zgodnie z Rygorem i jego zasadami. Zasadami, które określają porządek życia tutaj. Mówią, jak świętować najdłuższe dni lata, jak polować, kiedy zapuszczać się w głuszę i jak oddawać cześć Starym Bogom, tak by zawsze otaczali to splugawione miejsce swoją opiekuńczą, boską mocą, żeby pogrzebana w mule armia nie przebudziła się.

Stary odwrócił się do posągu i spojrzał na jego cztery gniewne twarze wpatrzone w niego, po chwili jego wzrok powędrował niżej i znów zatrzymał się na szczelinie ze śladami wosku i osmoloną korą.

– Dorośli wszyscy wyznają zasady Rygoru, ale nie dzieci, te małe paskudztwa mają zbyt pstro w głowie, by zrozumieć, jak ważna jest wiara i praktyki z nią związane. Od najmłodszych lat wychowywane są w wierze w Czterogłowe Bóstwo, ale raz na jakiś czas, bardzo rzadko, zdarzy się dziecko, które złamie zasady dane przez Starych Bogów. Wtedy to takie dziecko, aby nie sprowadzić zguby na cała wioskę, jest poddawane próbie smoka Amburaxa. Strasznemu rytuałowi, w którym to zamaskowane postacie w ciemną noc dokonują niesprawiedliwego sądu na dziecku, ku przestrodze innych przed złamaniem Rygoru i wyganiają go z wioski tylko ze świeczką. W noc, którą jak wierzą ludzie z bagien, sam Ambarux ciesząc się ze złych uczynków małych dzieci i osłabienia mocy Starych Bogów, unosi wysoko swój łeb do mułu, tak, że jego wielkie nozdrza i bystre, chytre oczy są ponad mułem. Małe dziecko, samotne i przestraszone, ma za zadanie w tę ciemną noc, na przekór niebezpieczeństwom, dotrzeć na tę wyspę i zapalić świeczkę na niej, tak by uspokoić bestię i przywrócić łaskę Bóstw.

Zapadła cisza. Stary odetchnął ciężko, jakby wielki ciężar spadł z jego duszy.

– Chciałem, abyś to usłyszał, młodzieńcze. Bermeld to nie miejsce dla ciebie, jak sam widzisz, lepiej zawróćmy do miasta i….

Tored urwał swoją opowieść, bo właśnie teraz dotarło do niego, że słyszy lekki metaliczny szelest, tak charakterystyczny dla wyciąganej broni. Odwrócił się w stronę Strażnika, a to, co ujrzał, przeraziło go.

– Znałem tę opowieść, staruszku. – powiedział chwytając mocno swój wielki miecz. Jego twarz i oczy były jak maska, nie malowały się na niej żadne emocje. – Ale teraz nie podoba mi się jeszcze bardziej.

Tored przerażony tym, że obraziło Rycerza Veltriuum, padła na kolana, rozłożył ręce, ale nie był w stanie wykrzesać z siebie sensownego słowa. Patrzył ze strachem, jak wielkie ostrze, dzierżone w pewnym uścisku Strażnika, z oszałamiającą szybkością pędzi w jego kierunku.

Zamknął odruchowo oczy, by po chwili stwierdzić, że jego życie wciąż trwa nadal.

Usłyszał za sobą głuche uderzenie.

Otworzył oczy i zobaczył młodzieńca, stojącego z tą samą niewzruszoną miną, ale gdy spojrzał za siebie, zobaczył, że posągu za nim już nie ma. Leżał na ziemi, ścięty poniżej połowy, niczym drzewo powalone przez drwala.

Stary popatrzył na niego.

– Coś ty zrobił… – wykrztusił wstając z kolan. – Coś ty zrobił heretyku!

Milczał. Nic nie odpowiedział, ani nie obdarzył go nawet krótkim spojrzeniem. W skupieniu montował swój wilki miecz do uprzęży.

– Żałuję, że cię tu sprowadziłem. Chciałem przemówić ci do rozsądku, a ty sprowadzisz zgubę na nas… Głupcze! Odstępco! Heretyku! Teraz smok na pewno się przebudzi!

Starzec minął go i puścił się pędem w dół w kierunku łódki.

Strażnik powoli ruszył za nim po schodach.

– Już to kiedyś słyszałem. Lata temu – powiedział sam do siebie.

 

 

 

* * *

 

 

 

 

 

 

 

 

Tored pędząc na łeb na szyję zbiegł z kamiennych schodów. Nie oglądał się, czy Strażnik podąża za nim i nie nasłuchiwał, czy ciężki chód metalowych butów zbliża się. Biegł przed siebie, chcąc opuścić to miejsce jak najszybciej i jak najdalej.

Wpadł na kamienną plażę i wskoczył do płytkiej wody, w pobliże jednego ze zrujnowanych filarów, tam, gdzie była przymocowana łódź. Zaczął szybko i nerwowo walczyć z liną obwiązaną wokół kamiennego słupa.

– Przeklęty człowiek! Sprowadzi na to miejsce gniew Bogów! Przebudzi smoka… –Wyrzekał sam do siebie nerwowo walcząc z liną, która nasiąkłszy wilgocią ślizgała się w jego starych, niesprawnych rękach niczym wyciągnięty z wody węgorz.

Sięgnął do kieszeni po swój rybacki nóż, aby przeciąć wilgotną linę, ale wtedy nagle coś przykuło jego uwagę. Woda była płytka, sięgająca mu ledwie do kolan, jednak coś w niej było. Tuż przy łódce. Nie daleko Toreda. W mętnej, zielonkawej wodzie dało się z bliska dostrzec wielki czarny cień zanurzony w wodzie.

Żółte, wyłupiaste ślepia na szczycie potwornej głowy wynurzyły się z wody i wpatrywały się w rybaka.

Stary zrobił niepewny krok do tyłu w kierunku lądu.

Wtedy woda eksplodowała.

Łódka odskoczyła do tyłu, tańcząc na fali wywołanej przez nagły atak potwora, a stary człowiek pod wpływem jego natarcia poleciał do tyłu, uderzony przez jego wielki pysk, który na szczęście nie zdołał go pochwycić. Wylądował na ziemi kilka długości dalej, obcierając sobie do krwi dłonie i wypuszczając z rąk nóż, który znikł gdzieś pomiędzy kamieniami.

Żarłacz bagiennyto właśnie ta monstrualna kreatura, przypominająca żabę o masywnych kończynach i wielkiej, szerokiej paszczy, wyłoniła się z wody. Była większa od wołu, a jej groteskowe kończyny i wysoko ustawione, spiczaste barki sprawiały, że posturą przypominała wielką małpę o obwisłym, tłustym cielsku. Skóra stwora była obślizgła i gumowata, z wyjątkiem grzbietu i szczytu głowy, tam była bowiem pokryta kostnymi płytkami, pomiędzy którymi rosły bagienne glony i mech, upodobniając ją tym samym do pnia drzewa. Paszcza kreatury była tak szeroka, że zmieściłby się w niej cały człowiek. Rozwarła się w tej samej chwili, ukazując tępe, masywne zęby. Tuż za ohydnym łbem stwora, jakby prosto z jego trzewi wysunęły się blade, obleśne macki, prawdopodobnie jakieś skrzela, które teraz, gdy stwór otworzył paszczę, zaczęły się wić w rytm jego ciężkiego oddechu.

Tored znał tego bagiennego drapieżnika. Wiedział, że musiała to być jedna z licznych abominacji, jakie powstały po tym, jak magia uwolniła się z barier. Jednego natomiast mógł być pewien – stał się ofiarą, a ten stwór wielkim drapieżcą, który obrał go na cel. Stary zaczął się poruszać rękami i nogami, odruchowo i nieporadnie cofając się od istoty.

W tej samej chwili, gdy Tored zaczął nabierać dystansu do monstrum, ten otworzył szerzej swoją czarną paszczę, z której wystrzelił mięsisty jęzor. Atak był szybki, błyskawiczny, nie do uniknięcia dla przerażonego starca. Język w jednej chwili obwiązał się wokół nogi rybaka. Stary zaczął wrzeszczeć w niebogłosy, gdy małe kostne haki wieńczące koniec języka wbiły się głęboko w jego ciało.

Stary jęcząc z bólu i żałośnie próbował szarpać się na boki, gdy język potwora naprężył się i zaczął cofać – przyciągając Toreda bliżej paszczy. Pysk poczwary wykrzywił się jakby w uśmiechu, zdradzając tym samym wielką satysfakcję, jaką kreatura czerpała z zadawania ofierze bólu i z perspektywy posiłku.

Właśnie wtedy pomiędzy Toredem a potworem pojawił się Strażnik. Jednym, szybkim ruchem przeciął swoim wielkim mieczem język potworowi, który pękł niczym napięta lina.

Szamocząc się i bryzgając zieloną krwią ozór stwora schował się do paszczy. Potwór wydał z siebie gniewny syk, gdy zielona flegma toczyła się z jego pyska. Tored cały czas jeszcze będąc w szoku, wrzeszczał, ale już nie z przerażenia. Wszystko co wykrzyczał, skierowane było pod adresem Strażnika:

– Ty głupcze! To twoja wina! Obraziłeś Władców Bagien! Smok zaczyna się budzić! To jego pomiot! Przybędzie ich więcej! Wyczuwają, że ich Pan się budzi! Za nimi przybędzie sam smok! Dopadnie cię, a przez twoją bezmyślność i ja pewnie zginę! Mam nadzieję, że zginę szybko, podczas gdy ty będziesz przez długie dni trawiony w żołądku smoka!

Nie zareagował na te słowa. Jego płaszcz tańczył lekko na wietrze, gdy zrobił trzy kroki w tył, by nabrać dystansu do kreatury. Jego dłoń pewnie dzierżyła oręż, a spojrzenie utkwione było w żarłaczu. Zielona flegma wciąż sączyła się z ohydnego pyska, ale stwór już szykował się do ataku.

Napiął grube mięśnie swoich kończyn i w jednej chwili wybił się do góry, niczym wielka żaba. Pędził na rycerza niczym wystrzelony z katapulty głaz, z szeroko rozdziawioną paszczą. Strażnik, mimo ciężkiej zbroi wykonał z gracją unik, nie dając się powalić stworowi, który z hukiem opadł na ziemię tuż obok niego. Strażnik szybko doskoczył do potwora, nim ten zdążył się obrócić i ciął obłe cielsko po tylniej kończynie i grzbiecie. Poczwara zaryczała z bólu i odwróciła się pyskiem w stronę młodzieńca. Na ten moment czekał Strażnik. Szerokim cięciem znad głowy uderzył tak, że oręż spotkał się z gębą stwora, który odwracał się w jego stronę.

Miecz zagłębił się we łbie potwora.

Jednak nie wystarczająco głęboko.

Kostne płytki na łbie kreatury, imitujące zbutwiałe drzewo, stawiły większy opór, niż można było zakładać. Miecz ugrzązł się w czaszce, krew buchnęła obficie z rany, ale bestia wciąż żyła. Rozwścieczona, dotkliwie ranna, zaczęła ryczeć, szarpać się i machać kończynami na wszystkie strony. Zamachnąwszy się swoją krępą łapą, uderzył w tors Strażnika z taką siłą, że ten poleciał do tyłu, puszczając ostrze, które cały czas wystawało z głowy stwora niczym kostropaty róg.

– Dobra, przyznaję, należało mi się. Poczułem się zbyt pewnie – powiedział młodzieniec sam do siebie, zbierając się z ziemi. Wytarł krew z kącika ust. Nabrał powietrza w piekące płuca, by po chwili z ulgą stwierdzić, że jego pancerz nie został przebity, ale nie potrafił stwierdzić przy tym bólu, czy nie ma połamanych żeber.

Świat wokół niego cały czas wirował jeszcze, mimo to spróbował szybko ocenić sytuację.

Potwór, dotkliwie ranny, zdawał się ignorować rany i wystający mu z kostropatego łba wielki kawał stali. Nie chciał już walczyć ze Strażnikiem, wybrał pewniejszą zdobycz. Szybko pełzł w stronę rannego Toreda. Prawdopodobnie z zamiarem pochwycenia go i zabrania w mętne wody mokradeł.

– Zostawi mnie! Bierz łódkę durniu i wynoś się stąd! – krzyczał stary, widząc, że Strażnik został pozbawiony broni, a śmierć, w postaci wielkich szczęk kreatury nieuchronnie zbliża się do niego.

– Obrażasz mnie, myśląc, że tak zrobię – powiedział głośno Strażnik, stykając swoje dłonie i splatając palce– byłbym wtedy nic nie wart jako Strażnik Świętego Płomienia. Spuścił lekko głowę, przybierając pozę jak do modlitwy i zaczął recytować coś szeptem pod nosem.

Potwór był już nad starcem. Bestia uniosła łeb obnażając kły, a jego blade skrzela drżały niczym setki ogonów grzechotników. Rybak rozpaczliwe zasłonił się rękami.

 Nagle kolos znieruchomiał. Miecz, który był wbity w jego łeb niczym siekiera w pieniek, nagle zaczął pokrywać się złotymi, gorejącymi symbolami, które tańczyły po całej długości miecza jak żywy płomień. Bestia miotała się na boki, wydając z siebie żałosne syki i próbowała nieporadnie i bezskutecznie sięgnąć grubymi łapami po ostrze pokryte święte znakami.

– Każdy Strażnik jest ostrzem w rękach swego Boga. Tak samo ja i mój oręż stanowimy jedność – powiedział młodzieniec kończąc inkantację. Stary odsłonił lekko ręce, by z niedowierzaniem patrzeć na to, co przyniosło mu ocalenie. Zobaczył, jak Strażnik, kończąc modlitwę otwiera lekko oczy, lśniące tym samym blaskiem, co jego miecz. W tej samej chwili oręż wbity w łeb kreatury rozbłysnął jasnym, intensywnym światłem niczym latarnia na posępnej wyspie.

Słychać było głośny trzask, jak przy rozłupywaniu orzecha, a poprzez oślepiający blask dało się zobaczyć odlatujące na wszystkie strony wielkie fragmenty czaszki stwora.

Strażnik powoli ruszył po swój miecz, który cały czas jeszcze lekko świecił się od dogasających świętych runów. Gdy rycerz podniósł go z ziemi, był czysty jakby krew i kawałki mózgu złej istoty nie skalały błogosławionej stali. Spojrzał na truchło kreatury, która miała głowę rozłupaną tak, jakby ktoś przejechał po jego czaszce wielkim pługiem.

– Wracaj do mrocznej Otchłani, z której przywiodła cię magia – powiedział chłodno młodzieniec i wbił miecz w martwe cielsko. Święte symbole znów zalśniły złotymi płomieniami, które po chwili przeskoczyły na truchło, by zacząć szybko je pożerać w świętym, oczyszczającym ogniu.

– Imponująca robota, Strażniku – ocenił Tored siadając i opierając się o jedno z pobliskich drzew – ale co zrobisz, gdy przybędzie więcej tych stworów? Z tym jednym miałeś problem… Obraziłeś Władców Bagien! Nie ochronią cię przed smokiem i jego sługami.

Strażnik założył miecz na plecy i ruszył pewnym krokiem w stronę rybaka. Żwirowy grunt chrzęścił pod metalowymi butami, gdy szedł w jego stronę ze spojrzeniem, które Tored już potrafił rozpoznać, a które oznaczało kłopoty. Stary zasłonił się odruchowo ręką, jakby zaraz miał nadejść cios, ale nie porzucił swojej  śpiewki.

– Smok powstanie i dopadnie cię. Dopadnie cię, mały rycerzu – wyskamłał.

Strażnik ukląkł przy nim na jedno kolano. Jego silna dłoń, ubrana w metalową rękawicę, zacisnęła się na ranie Toreda. Chwyciła tak mocno, że z poszarpanej rany pociekła krew, jak ze świeżo wyciskanego owocu.

Tored zawył tak, że jego krzyk zdawał się rozbrzmiewać nad całą wyspą.

Stary człowiek skamlał, płakał, wił się i przeklinał, ale dłoń rycerza ani na chwilę nie puściła gorejącej rany.

– Wiesz kim ty jesteś, Tored? – zagadnął, patrząc swoimi błękitnymi oczami pełnymi potęgi wiary w zapłakane oczy rybaka. – człowiekiem, który uciekł z mokradeł, bo nie był w stanie tu żyć, walcząc codziennie o przetrwanie, ani nie wytrzymał presji, jaką nakłada na wszystkich Rygor i jego ohydni Czterej Bogowie. Którzy na każdym kroku twojego nędznego życia mówili ci, co masz robić, jak nędznym człowiekiem masz się stać, aby żyć jak robak w mule. Bo tego oczekują przecież Bogowie Bagniarzy, aby człowiek stał się marny i żałosny, bo tacy ludzie są potrzebni tej wierze. Tak samo pożałowania godni i bezmyślni jak ich wiara oparta na urojeniach i zabobonach. Ty nigdy nie zmierzyłeś się z tym, nie próbowałeś odnaleźć innej drogi, chociaż na pewno, tak jak każdy człowiek, czułeś w tym jakiś fałsz. Uciekłeś z bagna, ale nadal masz w sobie ten syf, który wlali ci w głowę. Boisz się ich nędznych, upadłych Bogów, w głębi duszy wiedząc, że od dawna nie istnieją. To miejsce cię przeraża. Boisz się, że jak złamiesz którąś ze starych zasad, to całe bagna obrócą się przeciw tobie. Popatrz na siebie, jesteś jak małe dziecko w skórze staruszka, które zostało zamknięte w szafie z potworami zrodzonymi w jego wyobraźni lata temu!

Gdy skończył mówić, moc zesłana mu przez jego Boga przeszła na jego dłoń i stamtąd niczym ożywcza woda spłynęła falą na poszarpaną nogę Toreda, oczyszczając ranę, splatając rozerwane mięśnie i odnawiając skórę. Strażnik puścił nogę rybaka. Cały czas patrzył w jego oczy, które pomimo uśmierzenia bólu cały czas ociekały łzami. Młodzieniec zobaczył w tych oczach, że jego słowa zraniły go mocno. Niczym rozgrzane, katowskie ostrze wniknęły głęboko w duszę staruszka i wyciągnęły na wierzch jego najgłębiej skrywane lęki i żale. Wszystkie te okropności, których tak bardzo się obawiał, wypełzły na wierzch, sprawiając, że Tored poczuł się małym i przestraszony.

Strażnik już to kiedyś widział. Lata temu. Ludzka dusza rozsadzana na strzępy strachem, bezsilnością i poczuciem winy. Wstrząśnięta w obliczu prawdy o sobie samym już nigdy nie będzie taka sama, jak była przed przybyciem na te wyspę – albo rozpadnie się zupełnie i znędznieje, albo odnajdzie w sobie dość siły, aby poskładać się na nowo, scalić i uszlachetnić – niczym roztrzaskane w boju ostrze, wrzucone w płomień i obkładane przez kowalski młot, aby zostało stworzone na nowo. Lepsze, bardziej niezawodne, ostrzejsze i wytrzymalsze.

Młotem Strażnika była wiara, dana mu niegdyś przez Veltriuuma. Nie wiedział, czy stary człowiek znajdzie w sobie tyle siły co on. Nie wiedział nawet, czy zrozumie głęboki sens tego, co się stało. To już nie było jego zadanie. On na tej wyspie wypełnił wolę swego Boga, odsyłając jedną złą duszę do Otchłani, a drugiej pokazując, że jest we własnym piekle i musi poszukać swego ocalenia.

Strażnik wstał z kolan i dopiął swój płaszcz. Pomógł wstać staremu.

– A teraz zabierz mnie do Bermeld.

 

 

* * *

 

Dalszą część podróży odbywali w spokoju, wbrew temu co mówił z takim przekonaniem Tored, gdyż żaden z domniemanych popleczników smoka nie zaatakował ich, ani też sama pradawna gadzina nie wysunęła z wody swego gigantycznego łba. Płynęli w ciszy. Strażnik siedział, czyszcząc swój wielki miecz i recytując pod nosem modlitwy, podczas gdy stary człowiek na powrót zajął się wiosłowaniem. Jego ruchy nie były już tak nerwowe i niepewne, jak bezpośrednio po opuszczeniu Smoczej Latarni. Słońce było stało wysoko na niebie, tak że przez gałęzie docierały do nich jego promienie.

W pewnym momencie na linii utworzonej przez bagienne drzewa wyłoniła się sylwetka wysokiej, kamiennej baszty. Wieża portowa, w której w nocy zapalano światło, aby wracający z połowów mieszkańcy nie zbłądzili w głuszy. W miarę jak się zbliżali, wieża rosła, a za nią pojawiał się duży, drewniany port, z którego wyrastała niczym i wielkie drzewo. W końcu dotarli do Bermeld. Nawet stąd można było dostrzec czarną, drewnianą palisadę, otaczającą miasto i wystające zza niej nierówne dachy budynków.

– Bermeld, mój panie, jedyny bastion ludzi na Upadłych Mokradłach i niejednokrotnie ostatnia przystań dla wielu wędrowców na tyle głupich, by zapuszczać się tutaj. – Tored powiedział to sarkastycznym tonem, który wyszedł mu wyjątkowo naturalnie.

Strażnik, wpatrując się w przybliżający się krajobraz miasteczka, niespodziewanie odrzekł:

 – Dobrze jest wrócić do domu.

 

 

* * *

 

Dotarli do pustego mola. Strażnik przeszedł pewnym krokiem na kładkę, gdy tylko łódka wystarczająco się do niej zbliżyła. Pomost była naprawdę dużą i długą konstrukcją, lecz na pewno swoje najlepsze lata miał za sobą. Wyglądał na zaniedbany, ale nie butwiało. Drewno lekko jęczało przy każdym kroku, jednak sama konstrukcja budowla była stabilna.

Nie kręcił się tu żaden człowiek, a zacumowane przy molo trzy rybackie łódki wyglądały na nieużywane od dawna. Znad rozlewisk zaczął się podnosić gęsty, mleczny opar. Cały ten pomost wyglądał teraz jakby prowadził do miasta duchów, wrażenie to potęgowały skrzypiące przy każdym kroku mężczyzny belki. Zrobił dwa kroki do przodu i wtedy gęste opary stały się bardziej przejrzyste, a oczom Strażnika dane było ujrzeć to, co skrywało się we mgle. Zobaczył wyraźnie palisadę, która – zbudowana z grubych belek z metalowymi wzmocnieniami – wyglądała solidniej niż w niejednym forcie czy grodzie, jaki widział. Z bliska zza solidnej zapory nie było widać żadnych domostw. Jednak nie to przykuło jego największą uwagę. We mgle coś się kryło. Jakieś niewyraźne cienie. Mroczne sylwetki szybko okazały się małymi postaciami.

Dzieci. Był tam ich cały tłumek. Coś niespełna tuzina. Wszyscy ubrani w podarte nędzne stroje, o brudnych twarzach, stali na końcu mola i przypatrywali się mu w milczeniu. Z ich dziecięcych ekspresyjnych twarzy dało się wyczytać wszystko – zaciekawienie, napięcie i wielki strach.

Było oczywiste, że spodziewano się jego przybycia. Właśnie wtedy Strażnik uświadomił sobie, że Tored nie kwapi się do wyjścia i przymocowywania łódki.

Strażnik odwrócił się do niego.

Stary stał w swojej łódce z opuszczoną głową, nie mając odwagi spojrzeć mu w oczy.

Zrozumiał, że oszukano go. Stary człowiek musiał wiedzieć o czymś, o czym rycerz zaraz zapewne się dowie.

– Przepraszam – powiedział cicho Tored. – Ja… Ja… Gdybym wiedział wcześniej…

Nie skończył, bo coś odwróciło uwagę rybaka i rycerza. W tłumie nastąpiło jakieś poruszenie.

Zgromadzenie rozprysło się, zanim Strażnik mógł coś powiedzieć do zebranych dzieciaków, albo przyjrzeć się dokładniej jakiejś konkretnej twarzy. Bachory szybko rozchodziły się na wszystkie strony, niczym stado wróbli spłoszone przez głodnego kota. Dzieciaki biegły szybko wzdłuż palisady, by niknąć w gęstej mgle niczym zjawy. Zza topniejącego szybko tłumu dało się dostrzec inne sylwetki powoli zmierzające w jego kierunku. Ich kroki był głośne i dudniące, typowe dla ciężkich okutych butów. Po chwili dało się ujrzeć kilka sylwetek wyraźnie odcinających się od reszty tłumu. Wszystko za sprawą ich charakterystycznej barwy zaschniętej krwi.

Odział wojskowy. Wszyscy w lekko wyblakłych czerwonych pancerzach. Siedmiu ludzi, uzbrojonych w miecze, tarcze, wielkie topory, a dwaj z nich ściskali w dłoniach muszkiety z długimi ostrzami wyrastającymi z luf. Strażnik nigdy nie przepadał za bronią palną, twierdząc, że jest niehonorowa, ale nie sposób było odmówić jej skuteczności.

Czerwona stal. Najemnicy, o których tyle słyszał.

Czekali na niego. Uzbrojeni i gotowi do walki.

Odwrócił się w stronę Toreda rzucając mu pełne pogardy spojrzenie.

Staruszek karnie spuścił głowę, nie próbował szybko odpłynąć, ani nie szukał słów na swoją obronę. Przygarbił się jakby poczucie winy przygniatało go. Nie zauważył, że spojrzenie Strażnika zmienia się.

– Wynoś się – powiedział ostro Strażnik.

Mężczyzna oparł nogę o łódkę i z całej siły odepchnął starą krypę tak, że stary musiał złapać się burty oburącz, żeby nie stracić równowagi.

– Po prostu wynoś się stąd, głupi staruszku. Zrobiłeś swoje.

Rybak odzyskał równowagę i spojrzał na rycerza, ten przez chwilę obrzucił go srogim spojrzeniem, nakazującym wykonanie jego plecenia. Jednak w tym spojrzeniu dało się ujrzeć coś jeszcze, co Tored potrafił dostrzec w Strażniku po pobycie na Smoczej Latarni – litość, zwykła ludzką, niczym nieskrępowaną litość i zrozumienie wobec drugiego człowieka. Rybak zrozumiał, że młodzieniec próbuje raz jeszcze uratować jego skórę, robiąc to na w sobie właściwy sposób. Strażnik doskonale wiedział, że ci ludzie nie będą go potrzebować, skoro zrobił swoje. Nic dla nich nie znaczył, a mógł być potencjalnie niewygodnym świadkiem, który wiedział za dużo o tym, co dzieje się w miasteczku.

Tored rozumiał doskonale, co powinien zrobić. Chwycił pewnie wiosło…

Strażnik słyszał plusk wody, gdy mała łódka szybko się oddalała. Jednak już nie patrzył w stronę Toreda. Zwrócił się w kierunku zbliżających się postaci. Wszyscy byli krępej budowy i szli ciężkim marszowym  krokiem, ich ogorzałe twarze – jeśli nie były akurat zasłonięte przez przyłbice hełmów – były niejednokrotnie przeorane ohydnymi bliznami. Gdyby nie czerwone, ćwiekowane pancerze tak charakterystyczne dla ich formacji, wyglądaliby jak typowe rzezimieszki, z których podobno Czerwona Stal i tak brała większość swoich rekrutów.

Jednak rycerz szybko zauważył, że ich chód był niepewny. Nie śpieszyli się i często oglądali się jeden na drugiego, zdradzając tym samym, że nie czują się aż tak pewnie, jak miały na to wskazywać pozory. Zachowywali się jak sfora wilków podchodząca do niedźwiedzia – opanowani, ale uważni, w każdej chwili gotowi do walki lub ucieczki. Ucieszyło to Strażnika: najpewniej uda się uniknąć rozlewu krwi. Miał ochotę wypróbować swoje umiejętności szermiercze w konfrontacji z najemnikami o tak podłej, ale zasłużonej reputacji, ale wolał, aby ten czas jeszcze nie nadszedł. Nie na oczach tylu gapiów, którzy wciąż kręcili się przy molo. Wolał nie afiszować się tak ze swoją przynależnością do Zakonu oraz nie ujawniać zbyt wcześnie celu, w jakim tu przybył. Im mniej oczu będzie spoglądać na niego i wiedzieć, kim jest, tym lepiej dla niego. A ci najemnicy najwidoczniej chcieli załatwić sprawę dyskretnie i bez świadków. Na pewno nie będą próbować go tu zabić. Inaczej nie zadawaliby sobie tyle trudu z dostarczeniem go na opuszczony pomost, praktycznie pod bramę miasta i nie bawiliby się w tę nędzną demonstrację siły.

Mimo całej tej sytuacji Strażnik czuł ponurą satysfakcję – oddział najemników wychodzący mu naprzeciw, zrzucenie go w odludną cześć miasta, wmanewrowanie w to starego rybaka Toreda, cała zawiła sieć informatorów i konspiratorów, która musiała stać za tym – traktowali go tak poważnie!

Grupa zatrzymała się, a jeden z nich – mężczyzna o piwnych oczach i haczykowatym nosie, bo tylko tyle dało się zobaczyć zza przyłbicy, która przysłaniała jego twarz, ostrzegł:

– Lepiej nie sięgaj po swój wielki miecz, tutaj nie przepadają za takimi jak ty – najemnik uśmiechnął się szyderczo.

– A dużo bardziej przepadają za bandą najemników? – spytał rycerz beznamiętnym tonem.

– Wiedzą, co i komu zawdzięczają… Wypędziliśmy jaszczury, już nie muszą walczyć z nimi o każdy skrawek mułu….

– ..ale na budowie pod waszą protekcją już nie wyszli tak dobrze. – Strażnik odpowiednio mocno zaakcentował słowo protekcja. – Droga do Bermeld jest długa i kręta i po drodze można podziwiać sporo trupów.

Najemnik pewnym ruchem ręki chwycił go za poły płaszcza i przyciągnął do siebie, tak że Strażnik mógł czuć smród jego cuchnącego wieprzowiną oddechu. Wściekłość aż go rozpierała, ale dał radę zdusić w sobie gniew i nie pokazywać nic po sobie. Czekał.

– Słuchaj, Wstęgo. Jesteśmy tu, bo wójt Deroth zaprosił nas tu i sowicie płaci za to, żebyśmy wykonywali jego dziwaczne pomysły. To, że tu dotarłeś i że nie zniknąłeś gdzieś na bagnach, jest tylko i wyłącznie jego życzeniem. Nie wiem czemu, ale z jakiś powodów chce się z tobą widzieć.

Zrozumiał, że mimo wszystko dotrze do źródła szybciej niż zakładał. Może uda mu się poznać jakąś odpowiedź, a przynajmniej uwolni się od tego irytującego psa wojny.

– Dobrze, a zatem zabierzcie mnie do niego – powiedział spokojnie Strażnik.

 

* * *

 

 

 

Tored w swojej małej rybackiej łódeczce obserwował z daleka, co działo się na molo. Kilku najemników, jego niedoszłych pracodawców, którzy sowicie opłacili go za zapewnienie transportu do Bermeld dla Wstęgi, na oczach wielu mieszkańców miasteczka odprowadzało gdzieś chłopaka. Żaden z zebranych przed pomostem nie zareagował, nie powiedział nic. Po prostu gapili się.

Niebawem Strażnik zniknie z jego oczu. Dziwny pasażer, którego znał tak krótko, ale był pewien, że zapamięta go do końca życia. Będzie miał teraz sporo czasu na przemyślenia w miejscu, do którego zamierza się teraz udać.

 

 

==========================

Powrót do domu

 

 

 

 

 Najemne psy trzymały się blisko, trochę dalej niż na wyciągnięcie miecza, otaczając go szczelnym kordonem – prowadzili go tak, jakby był niebezpiecznym skazańcem. Nie odzywał się do najemników, ani nawet nie spoglądał na nich. Po prostu dał im się prowadzić.

Cała ta sytuacja frustrowała go. Mógł tylko gdybać, jak duże wpływy musiała mieć osoba dowodząca najemnikami, skoro informacja o tajnej misji Strażnika dotarła dużo wcześniej przed nim do Bermeld i Athrit. Czuł, że dużo odpowiedzi na te pytania pozna dzięki spotkaniu z osobą, do której go teraz prowadzili.

Tymczasem przyglądał się miasteczku – było podobne do tego, jak je zapamiętał lata temu.

 Niskie, drewniane domki o prostej budowie były tu ustawione jeden obok drugiego. Chociaż wszystkie były wykonane z miejscowego, lichego drewna, ze słomianym lub drewnianym dachem, to wszystkie różniły się od siebie. Każda chałupa wyglądała trochę inaczej, z uwagi na to, że zapadając się w mule, każdy domek osiadał w trochę inną stronę albo też wyginające się od wilgoci belki sprawiały, że ściany zapadały się do wewnątrz, albo na zewnątrz, a dachy zapadały się w różnych miejscach – czyniąc z każdej budowli unikatową bryłę z drewna, lin i prowizorycznej zaprawy z mułu.

Pomiędzy chałupami wyłożono drewniane deski, tworzące prowizoryczne chodniki, które miały ułatwić mieszkańcom przechadzkę przez wszechobecne błoto.

Ta część Bermeld wydawała się opuszczona i zaniedbana. Mało było tutaj mieszkańców, a większość domostw wyglądała na porzucone. Jedyni ludzie, jakich widział w tej części miasteczka to rybacy, plotący swoje sieci, oraz mała grupka dzieci, siedząca w zbitej gromadce przy ognisku i ogrzewająca się przy nim. Wśród nich był jakiś staruszek o sędziwej twarzy. Opowiadał jakieś historie siedzącym tam dzieciom, przynajmniej tak dało się wnioskować po skupieniu wymalowanym na twarzy starca i tym, jak wszyscy zebrani wpatrywali się z zaciekawieniem w niego. Strażnik nie miał czasu przyjrzeć się żadnemu z siedzących tam podrostków, byli daleko i w większości odwróceni do niego plecami, ale był prawie pewien, że w niektórych mógłby rozpoznać twarze, które widział parę chwil temu na molo.

Jeden z najemników popędził go szturchnięciem, uznając, że wystarczy już tego przyglądania się.

Gdy dotarli do centralnej części miasteczka, Strażnik mógł dostrzec, że Bermeld faktycznie rozrosło się przez te lata, gdy był poza bagnem. Miejscami główne uliczki wyłożono oszlifowanymi kamieniami, udającymi bruk. Domostwa były tutaj wyższe, wzniesione z grubych, solidnych bali z niewątpliwie większym pietyzmem. Ta część miasteczka istotnie robiła wrażenie. Widać było, że bagniarze przez lata nie tylko bronili swojego osiedla przed łuskoskórymi, ale także nieustannie, z właściwą sobie nieugiętością pracowali nad jego rozbudową. Jednak to nie rozrost ludzkiego osiedla pośród bagniska robił najbardziej niesamowite wrażenie, ale to, co prezentowała sobą natura.

Strażnik nigdy nie przypuszczał, że to miejsce zmieni się tak bardzo. Mimo to trudno było nie zauważyć, że to miejsce było po prostu więzieniem.

Mieszkańcy Bermeld kręcili się tu i tam, ale wydawali się zupełnie nieobecni myślami, zajęci swoimi sprawami: handlem, ostrzeniem harpunów do polowań, suszeniem świeżych ziół, podążaniem w niewiadomym celu. Widział tutaj wielu mieszkańców, w różnym wieku i różnego fachu. Strażnik, tajemniczy przybysz w płaszczu z kapturem, i najemnicy weszli główną bramą. Nikt tego nawet nie zauważył, nie spojrzał w ich stronę. Wszyscy oni byli jak marni aktorzy, zmuszeni do odrywania roli, której nie chcieli i nie potrafili zagrać.

Jeden z najemników popędził go lekko szturchając łokciem.

Ruszyli dalej.

Dopiero gdy oddalili się, miejscowi zaczęli szeptać między sobą.

 

 

 

* * *

 

 

Był teraz w industrialnej części miasteczka, tu gdzie znajdował się nowy port, który z rozkazu Wójta jeszcze nie został otwarty. Właśnie tutaj znajdowały się wszelkie faktorie i magazyny, zbudowane z myślą o czasach, gdy szlaki przez bagniska będą już otwarte i handel w miasteczku zacznie kwitnąć. Na razie jednak wszystkie budynki stały puste. Wielkie piece nie pracowały, z kominów nie dobywał się żaden gęsty dym, tartaki spowijała cisza, a magazyny były zamknięte na cztery spusty. Wszystko tutaj zdawało się czekać na lepsze czasy. Strażnik mógł tylko zgadywać, od jak dawna trwa ten stan.

Znajdował się w wysokim dwupiętrowym budynku, o ceglanym parterze i wykonanym w całości z drewna drugim piętrze. Prawdopodobnie był toniegdyś budynek gospodarczy albo tartak, o czym świadczyły przestronne pomieszczenia i wysokie sufity. Teraz budynek był przystosowany do potrzeb nowego, lubującego się w wygodach i rozmachu właściciela.

Drogie mahoniowe meble, sprowadzane z dalekich krain jedwabne dywany, obrazy w złotych ramach – cały ten przepych poupychany był w małym pokoju i długich, brudnych korytarzach, które mijał idąc tu. Wszystko to wyglądało zupełnie tak, jakby ktoś próbował zakryć tym wszystkim budynek, który w istocie okazywał się większą wersją stodoły.

Wybrał sobie największy chlew i obwołał się tutejszym królem – Strażnik powiedział sam do siebie i dalej wpatrywał się w ogromne okno, przez które miał widok na dużą część miasteczka oraz na dzicz ciągnącą się za palisadą, aż po horyzont.

Wiedział, że gdzieś tam, w tym morzu błota i zieleni znajduje się cel jego wyprawyj.

W pokoju był wójt tego miasteczka, obleśnie tłusty mężczyzna w wieku, trudnym do określenia przez fałdy tłuszczu. Mężczyzna ten, który przedstawiał się jako Deroth, ubrany był w czarne, bogato zdobione szaty, typowe dla arystokracji – na pewno sprowadzane z daleka; nieodzownym elementem jego stroju był też zdobiony diadem, który nosił niczym koronę. Strażnik i wójt od samego początku rozmowy nie przypadli sobie do gustu. Od chłodnej i szorstkiej wstępnej wymiany uprzejmości, w której nie szczędzili sobie docinków związanych z doprowadzaniem Strażnika tutaj, trwali w milczeniu. Wójt był tutaj szeryfem, uznawał władzę Arcy-kapłaństwa, ale przez długie lata Derothem nikt się nie interesował. Miasteczko nie miało strategicznego położenia, było biedne i żaden z urzędników państwowych chyba nawet nie interesował się, czy płaciło podatki do skarbca, wychodząc z założenia, że ludzie z bagien nie mają nic oprócz wszy i chorób.

Ten człowiek mógł rządzić tu niepodzielnie jak chciał. Zwłaszcza teraz, gdy sprowadził tu grupę najemników, która z pewnością była w stanie ugruntować jego rządy wśród mieszkańców. A teraz ten człowiek miał w swoim pałacyku Strażnika, który jak każdy Wstęga stanowił manifestację woli Imperatora. Wójt jednak nie wydawał się zdenerwowany obecnością Strażnika, a jego pewność siebie była niezachwiana.

Deroth siedział za solidnym dębowym biurkiem, notując coś. Strażnik przestał wyglądać przez okno i spoglądał na jeden z obrazów wiszących na ścianie. Ten, który od samego początku przykuł jego uwagę. Przedstawiał śnieżny krajobraz, w którym grupa ludzi, ubrana w przeróżne zbroje, sugerujące, że byli wojownikami z różnych stron świata, toczyła zacięty bój z mrocznymi, wysokimi istotami o czarnej niczym smoła skórze i purpurowych płomieniach świecących w miejscu, w którym powinny być oczy i usta. Czarne potwory wydawały się niezliczone, a każdy różnił się od drugiego jakimiś istotnymi szczegółami: szponami, długością kończyn, rozłożystymi skrzydłami czy też samym kształtem demonicznego łba. Wojownicy, bez trwogi na twarzach, walczyli dzielnie z kreaturami. Na zbrojach niektórych wojowników dało się dostrzec symbole ich wiary. Symbol Płonącej Wstęgi również był widoczny.

Nad polem bitwy pośród chmur namalowana była zupełnie inna bitwa, rozgrywająca się nad głowami śmiertelników. Złote postacie, które wyglądały jakby były wykonane z płynnego złota, dzierżyły w rękach włócznie jakby utkane z promieni słonecznych. Świetlisty oręż wbity był w cielsko ogromnej bestii, która swoim gantycznym cielskiem zakrywała duży kawałek nieba. Wyglądem monstrum przypominało kłębowisko czarnej, burzowej chmury, z której na wszystkie strony wyrastały straszliwe, pijawko-podobne paszcze o ostrych kłach i czerwonych ślepiach.

Dawne lata mrocznych dni, gdy wszyscy mieszkańcy Cesarstwa rządzonego przez Opiekuna razem ruszyli do walki z legionami demonicznych istot, które wyrwawszy się z swego więzienia w otchłani, przybyły do tego świata, by go podbić i pożreć. Chwalebne i piękne chwile, gdy ludzkość była zjednoczona i zatriumfowała nad ciemnością.

Ten obraz wywołał w nim jednak niesmak i ogromny gniew. Znał historię tego, co stało się potem, gdy kurz nad polem bitwy opadł. Wtedy właśnie czarodzieje dopuścili się straszliwej i podłej zdrady, o której pamiętał każdy Strażnik Wiary, bez względu na to, do jakiego boga kierował swe modły.

Pamiętał o wysłaniu Świętej Krucjaty, największych herosów wojny, w samo serce Otchłani, z której nigdy nie powrócili. Pamiętał o podniesieniu Latających Miast stworzonych przez smoki i wzniesieniu barier, podzieleniu Cesarstwa i rządów magokracji przez wiele lat.

A najgorszym z grzechów magów była zdrada na Opiekunie, tym, który był symbolem chwały ludzkości, jej jedności, a w wyniku machinacji magów i ich kłamstw stał się więźniem czarodziejów. Strażnik cieszył się, że to jego Zakon był między innymi sprawcą tego, że Państwo magów z Latających Miast, które wyrosło na podłej zdradzie, przestało istnieć.

Wójt, pochwyciwszy zamyślone spojrzenie młodzieńca, odłożył pióro, którym coś notował na kartce papieru. Rozsiadł się wygodniej na swoim fotelu. Uśmiechnął się, a jego tłusta twarz podzieliła się na pół, gdy wygięte usta wydęły się, a paciorkowate oczka zalśniły – wydał się jeszcze bardziej odpychający, co Strażnikowi jeszcze przed chwilą wydawało się niewykonalne.

– Nie lubię tego obrazu… – odezwał się i wskazał na obraz przedstawiający bitwę. – Pewnie wiesz, co przedstawia…

– Oczywiście, każdy mieszkaniec tego świata by wiedział. Zaćmienie. Czas, gdy demoniczna horda sięgnęła po ten świat – powiedział Strażnik.

– Oczywiście, oczywiście… – odpowiedział Deroth rozsiadając się wygodniej w fotelu. – Szkoda, że tak, ale mało osób chce pamiętać o tym, że Strażnicy razem ze znienawidzonymi przez siebie magami stanęli tamtego dnia razem na jednym polu bitwy i Zamknęli Wrota Świata używając tej samej magii.

– Przymierze wywołane przez okoliczności i na prośbę Świętego Opiekuna – zauważył Strażnik.

– …ale też jednocześnie pokazujące, że magia jest niczym rzeka. Czy używana przez bogobojnych kapłanów, czy przez kontemplujących wiedzę tajemną magów – jest tym samym żywiołem. Strumieniem dwóch rzek, który można było zleć w jeden silny nurt, by zgasić pożar, nawet dobywający się z samej Otchłani.

Na ten argument Strażnik nie był w stanie znaleźć tak szybko dobrej odpowiedzi.

– Po co zadałeś sobie tyle trudu, aby mnie tu sprowadzić? – spytał po dłuższej chwili.

Strażnik palił się w środku ze złości, ale zapanował nad ogniem. Wiedział, że ten obraz wisiał tu nieprzypadkowo. Deroth chciał wywołać u niego niepokój i wytrącić z równowagi, doskonale wiedział, na jakiej strunie zagrać. Trochę mu się to udało, ale teraz Strażnik wiedział, że Wójt, mimo swojej odpychającej aparycji był człowiekiem, który nie przez przypadek został ziemiowładcą tego miejsca i sprawował w nim silne rządy z pomocą najemników. Można się było po nim spodziewać zagrywek znanych z salonów największych rodów Imperialnych. Oznaczało to, że Strażnik rozmawia z właściwą osobą.

– Nie było to łatwe – powiedział uśmiechając się, wyraźnie zadowolony z faktu, że rycerz nie kontynuował słownej przepychanki. – Zamierzam ułatwić ci twój pobyt w naszym małym, cichym miasteczku…

Strażnik słuchał go z wyraźnym zaciekawieniem. Właśnie wtedy rozległo się pukanie do drzwi. Wójt nakazał wejść.

Do pomieszczenia weszli dwaj mężczyźni w czerwonych, kolczastych kolczugach, wlokąc jakąś kobietę, chociaż ta osoba bardziej przypominała szmacianą lalkę o ludzkich rozmiarach niż człowieka. Skołtunione, wymieszane z pajęczyną i brudem włosy zwisały w dół zasłaniając jej twarz, a zniszczone, podarte ubranie wisiało na niej jak na strachu na wróble. Nie stawiała oporu, dwaj żołdacy trzymali ją mocno, w pewnym uścisku za ręce, żeby nie opadła na posadzkę.

Strażnikowi nie spodobało się to, jak się z nią obeszli. Czuł się jakby był to targ niewolników, a ona jednym z wielu ‘towarów’ na nim. Wyglądała nawet tak, jakby trzymano ją od dawna w lochu i głodzono.

Mężczyźni posadzili kobietę na solidnym krześle, a sami zrobili dwa kroki do tyłu. Zostali w jej zasięgu, jakby podejrzewali, że może w każdej chwili rzucić się niczym dzikie zwierzę na ich pracodawcę i rozszarpać mu gardziel, albo wydrapać oczy.

Ona jednak siedziała na krześle, nic nie robiąc poza podkuleniem nóg i mamrotaniem czegoś w taki sposób, że nie było to zrozumiałe dla nikogo.

Wójt spojrzał na nią tak, jak pozbawiony wszelkiej empatii gospodarz patrzy na starego, kulawego psa, gotowy w każdej chwili zakończyć jego nędzny żywot.

– Paskudny widok. – Jego głos zdradzał obrzydzenie. – Ofiara bestii. Kreatura capnęła jej dzieciaka, a po tym jak spojrzała w ślepia potwora, we łbie się jej pomieszało. Nie możemy dla biedaczki wiele zrobić.

Strażnik kompletnie zignorował pyszałka zza biurkiem i podszedł do kobiety na krześle. Wójt ciągnął swój wywód:

– …starzy ludzie w wiosce powiadają, że jej mąż, co nie wrócił za mokradeł, to też sprawa potwora była. Podobna bestia przybyła z mokradeł zwabiona grzechami jej synka. Zuchwały szczyl wybrał się na Cmentarzysko Golemów i przyniósł stamtąd coś, co powinno tam pozostać po kres czasu.

– Drobne duperele wyciągnięte z mułu nie rozgniewają nikogo. Jeśli nie są to skrzynie ze skarbami albo szkaplerzne jakiegoś boga – odparł Strażnik zdejmując zbrojną rękawicę.

Wójt zdawał się nie słyszeć tego i konturował swój wywód.

– Z daleka wyczuła odór jej plugawej duszy i ośmieliła się przybyć aż pod ludzkie domostwa. Byłem tam tego dnia, aby uspokoić ludzi, widziałem przerażone twarze tych, którzy widzieli potwora.

– To nie bestia sprawiła, że jest śmierdząca i wynędzniała. Traktujecie ją tu gorzej niż kulawego psa. – powiedział ostro Strażnik przypatrując się jej.

Dłoń młodzieńca wysunęła się do wynędzniałej kobiety, aby odsłonić włosy z jej twarzy. Nie pozwoliła mu na to, raptownie cofając głowę i machając gwałtownie chudymi jak patyki rękami.

– Oczekujesz, że będziemy wciskać w nią jedzenie na siłę i myć, jak z nią same problemy? Sama na siebie sprowadziła ten los. – Wójt kontynuował swój monolog. – Nie zgodziła się z wyrokiem Bogów, nie chciała oddać syna na podróż przez bagniska. Zbuntowała się przeciw Rygorowi, wiec Bogowie wysłali potwora.

– Żaden z waszych czterech Bogów nie jest tak okrutny, aby karać matkę widokiem zabieranego dziecka. Ani żadne stare prawa nie usprawiedliwiają takiego łajdactwa.

Uniosła nieco głowę, jakby próbowała przez plątaninę skołtunionych włosów lepiej dostrzec jego posągową twarz i spojrzeć mu głębiej w te oczy. Nie protestowała już, gdy młodzieniec odgarnął jej włosy z twarzy.

Ich spojrzenia spotkały się. Właśnie wtedy wynędzniała kobieta dostrzegła coś.

Tylko oczy go zdradzały, kim jest.

Były niebieskie niczym górski, krystaliczny potok, ale w jego wzroku było coś nieokreślonego.

Siła wiary. Ufność w to, że podoła każdemu zadaniu. Stanowczość. Zawziętość. Nieustępliwość. Gotowość do poświęceń. Wszystko to emanowało od niego.

On w jej oczach dostrzegł… pustkę, pozbawioną wszelkiego blasku. Jakby ktoś wyrwał jej kawałek duszy.

Kobieta otworzyła wysuszone i spękane usta i popłynęły słowa:

– Zabrał mi go… Zabrał go… – rozbrzmiały ciche jak powiew wiatru słowa – ..zabrał moje maleństwo.. mojego małego Gessana… a on był takim kochanym chłopcem… – jej głos dało się słyszeć w całym pomieszczeniu – …teraz widzę mojego Gessana, tylko w snach… ale i wtedy on przychodzi i zabiera mi go…

Łzy cienką stróżką spłynęły po jej policzkach, gdy to mówiła, jakby na nowo przeżywała to, co zdarzyło się wtedy pod świętym drzewem.

Misja jego zakonu i nakazy patrona wyraźnie nakazywały Strażnikowi skupić się na jego misji. Słowa wysokiego kapłana rozbrzmiewały w jego głowie. Wszystkie inne priorytety miały być dla niego nieistotne. Działał w imię wyższego dobra, jakim był Zakon i jego dobre imię. Wiedział to wszystko, tak właśnie go wyszkolono i według takich prawd nauczono go wypełniać ideę jego Boga głoszoną przez duchowieństwo. Mimo to jakaś cząstka jego duszy nie pozwoliła mu przejść obojętnie wobec cierpiącej, poniżonej kobiety, której brutalnie odebrano dziecko – jej cały świat. Wiedział, co powinien zrobić.

Strażnik odparł miękkim, ciepłym głosem:

– Musisz być dzielna jeszcze przez jakiś czas. Obiecuję, że sprowadzę go z powrotem do ciebie. – Położył rękę na jej ramieniu. – Chyba mały Gessan nie chciałby widzieć swojej mamy w takim stanie, brudnej i zapłakanej.

Kobieta jeszcze przez chwilę wpatrywała się w niego, ale wzrok miała już inny. Jakby Strażnik swoimi słowami tchnął w nią nowe życie. Uśmiechnęła się do niego i pokiwała głową.

– Zdjąłeś z niej piętno demona? To była ta wasza tajemnicza „magia wiary”? – Spytał w końcu mężczyzna w diademie, lubiący tak bardzo nazywać się Wójtem. –Dużo się o tym słyszy od czasu, gdy miasta magów pospadały z nieba i wszystko szlag trafił.

Wójt nie wiedział nic o zasadach działania świętych pieczęci, których używali Obrońcy Wiary, systemie tajemnych runów i inkantacji danych kapłanom przez Bogów, gdy objawili się śmiertelnikom, zwiastując tym samym nadejście demonicznej hordy do ich świata. Pieczęcie umożliwiały Strażnikom i Kapłanom stworzenie kanału między śmiertelnikami, a Boskimi Istotami, otwierały dusze na moc Bogów, tak, by moc płynąca od nich wypełniła zniszczalne ciała, i by mogli wykorzystać ją w walce i czynić cuda na świecie. Pieczęcie były trudne do pojęcia dla człowieka bez wiary i znajomości świętych zwojów.

A dla osób takich jak Strażnik i jemu podobni samo porównanie do magów, którzy w zupełnie inny sposób władających mocą, której nie powinni mieć, było obraźliwe. Młodzieniec skierował swój wzrok na mężczyznę za biurkiem. Błękitne oczy nie przestawały się w niego wpatrywać, był to wzrok, jakim dobrze wytresowany ogar bojowy patrzy się na królika uwięzionego w sidłach. Chce się rzucić, ale powstrzymuje się przed atakiem, bo tak go wyszkolono.

– Nie było żadnej magii, ani piętna demona – odparł Strażnik, poprawiając sobie zapięcie płaszcza. – Zwykłe współczucie dla potrzebującego. Ale rozumiem, że takie uczucia są dla szanownego Wójta równie obce i niezrozumiałe, co czary zsyłane przez bogów.

– Słuchaj młodzieńcze… – Deroth wyraźnie był już znudzony podchodami. – Zarządzam tą mieściną i nie mam czasu na tanie gadki o współczuciu, krzywdzącym świecie i bredniach o opatrzności. Każdy w tym mieście cierpi, a ja zamierzam pomóc rozwiązać tutejszym mieszkańcom ich najważniejsze troski. Głód i niedostatek.

– Rozwiązać ich troski czy najpierw napełnić swoje kieszenie złotem od kupców, którzy zaczną przybywać do miasteczka? – Strażnik zadał bardzo bezpośrednie pytanie.

– Jedno nie wyklucza drugiego. Ci mieszkańcy poprawę swego losu będą zawdzięczać przede wszystkim mnie. To z mojej inicjatywy powstaną kanały handlowe i otwarcie miasta na świat. Ja zaprzątnąłem to leniwe, zacofane bydło do roboty. Teraz harują i narzekają, ale za dwa, trzy lata wszyscy będą mieli lepiej.

– A co do tego czasu powiesz tym przestraszonym ludziom w miasteczku, tym którzy mają wymalowany strach na twarzy? Tym, którzy stracili bliskich na moczarach?

Wójt rozsiadł się na krześle. Splótł dłonie na swoim przepastnym brzuchu.

– Szanuję cię, Strażniku… Nie jako krzewiciela wiary, bo uważam, że Bogowie zostawili nas podczas Zaćmienia. Darzę cię szacunkiem jako emisariusza i wykonawcę woli ukochanego Imperatora.

Strażnik słuchał, nie wiedząc, co powiedzieć i czego się spodziewać.

– …miłościwie nam panujący wiedział, co robi, stawiając na was, nawet po tym, co się stało w Latających Miastach – Wójt kontynuował swój wywód. – Nowy Cesarz wiedział, co czyni, obierając za patrona waszego Boga, bo przy całej waszej zajadłości i fanatyzmie jedno trzeba wam oddać. – Skierował palce w jego stronę. – Wstęgi potrafią utrzymać porządek.

Strażnik wiedział, co ma na myśli Deroth mówiąc mu o „porządku” zaprowadzanym przez Zakon Świętego Płomienia. Mroczne lata Zaćmienia, gdy palenie żywcem ludzi posądzanych o konszachty z demonami lub opętanie było częstą praktyką. Podobnie jak inkwizycje na magach po Wielkim Upadku. Również samo powstanie Imperium i posadzenie na jego tron nowego Imperatora było okupione ogniem i krwią.

– Wiem, o co ci chodzi, ale nie dam się w to wciągnąć. – Strażnik zaciskał piąstki pięści tak, by nie słychać było chrzęstu zbroi. – Obaj dobrze wiemy, że Wstęgi robiły to, co słuszne, co trzeba było zrobić, aby ludzkość przetrwała.

Wójt machnął nonszalancko dłonią.

– Oj… ależ ja to doskonale rozumiem. Wybraliście to, co uznaliście za słuszne i zrobiliście bez chwili zawahania, uznając, że tak będzie lepiej dla wszystkich – zawiesił na chwilę głos, by dodać po chwili – i że poświęcenie mniejszości w imię wyższych celów będzie lepsze dla ogółu.

Strażnik uważnie chłonął każde jego słowo i mimo, że Wójt mówił logicznie, coś mu w tym nie pasowało. Jedna rzecz ciągle go zastanawiała, ten brakujący element. Same szlaki i porty nie wystarczą. Upadłe mokradła nie są strategicznie ważne, a same bagniska też nie mają zbyt wiele do zaoferowania przedsiębiorczym kupcom.

Rozwiązanie sprawy z bestią też zbyt wiele nie da, różne tałatajstwa i maszkarony prześladują Imperium, co raz wypełzając z podziemi, jaskiń i starych ruin. Strażnik cały czas nie wiedział, co takiego zamierza zrobić ten równie podły, co przedsiębiorczy człowiek, aby przyciągnąć tutaj kupców i ich złoto.

– …mam coś, czego potrzebujesz, Strażniku – wójt ciągnął dalej.

Popatrzył na kobietę na krześle, która cały czas była w szoku.

– Czas po Wielkim Upadku może okazać się owocny dla tutejszych ludzi. W końcu ludzie z optymizmem patrzą w przyszłość. Potwór sam w sobie jest tylko chwilową niedogodnością, z którą poradzą sobie odpowiednie osoby, do których zwróciłem się o pomoc….

Strażnik zmrużył oczy, jakby próbował rozszyfrować znaczenie słów „odpowiednie osoby”.

– Problematyczny dla tutejszych możesz być ty i twoja wiara, którą wszędzie krzewicie – znów zawiesił głos na parę chwil.

– Nie przybyłem nawracać, na to masz moje słowo, Wójcie.

 – Wiem… Wiem, wiem… ale dla mieszkańców miasta, dla tej hołoty nie mają znaczenia słowne zapewnienia, sama twoja obecność tutaj może być dla nich… drażniąca, ze względu na reputację twojego Zakonu. – Splótł palce i oparł na nich swój tłusty podbródek. – Wierzę, że nie jesteście tym samym Zakonem, co kiedyś. To ogólnie były ciężkie i trudne czasy dla wszystkich i wierzę, że dzięki waszemu… – mężczyzna przez chwilę szukał odpowiedniego słowa w myślach – pragmatyzmowi udało się nam przetrwać.

– Miło, że znasz trochę historii, albo raczej jej spopularyzowaną wersję. Ja jednak chciałbym wiedzieć, do czego zmierzasz mówiąc, że moja obecność w Bermeld jest drażliwa?

Młodzieniec z wielkim mieczem popatrzył się na dwóch najemników Czerwonej Stali, przygotowany w każdej chwili na to, że na polecenie Wójta rzucą się na niego. Nie martwił się o siebie, zastanawiał się raczej, czy mogą próbować wziąć obecną tu kobietę na zakładniczkę.

– Mam dla ciebie propozycję, na której wszyscy skorzystamy. – Odezwał się ponownie Wójt. – Zabierz tę kobietę stąd jak najdalej. Miejscowi najchętniej by ją ukamienowali albo spalili na stosie, tańcząc przy tym radośnie i wrzeszcząc o Rygorze. 

Kobieta patrzyła się na Strażnika.

– Pokaż ją swoim Mistrzom Zakonnym. – ciągnął Wójt. – Nie zrobią jej krzywdy, jesteście przecież ludźmi, o czym wszyscy wiemy, wbrew obiegowej opinii. Wasi kapłani pobredzą coś o demonicznym wzroku demona, albo żalu po utracie dziecka i pomodlą się za jej duszę lub odprawią jakieś egzorcyzmy. A gdy formalna część dobiegnie końca, to dadzą jej jakąś prostą pracę na terenie którejś z zakonnych twierdz albo świątyń. Wszystko po to, aby wywołać u kapłanów samozadowolenie i nie pokazywać jej zbyt często światu. Ona sama też będzie miała całkiem wygodne życie. – Wskazał na nią nosem. – Będzie czyścić pokoje albo szykować jedzenie. W każdym razie będzie to dla niej lepsze życie niż to, na co będzie mogła liczyć tutaj po tym, co zaszło. Zrobiłem dla niej naprawdę wiele trzymając pod swoją kuratelą z dala od wściekłego tłumu.

Kobieta patrzyła w błękitne oczy młodzieńca, a nadzieja, która jeszcze przed chwilą była widoczna w jej oczach dzięki obietnicy odzyskania syna – zaczęła przygasać.

 – A co do ciebie, Niosący Słowo Boże, – słuchać było, jak palce Wójta zaczęły uderzać o blat stołu – gdy zabierzesz Verrane do swoich kapłanów i opowiesz o tym, jak zagrzałeś miejscowych do walki ze złym z bagien swoim ognistym przymówieniem o Cierpiącym Bogu, o tym jak rozpaliłeś ogień wiary w ich sercach tak, że są już gotowi na kolejne nadejście potwora, bo Wasz Ukochany Bóg jest z nimi, a wtedy Mistrzowie Zakonni pogratulują ci świetnie wykonanego zadania, a my sami policzymy się z maszkaronem, jeśli zapragnie wrócić, lub uda się go wyśledzić na tych przeklętych bagnach.

Przerażało go to, co powiedział wójt, nawet nie to, jak wyrachowanym był człowiekiem i jak kalkulował sobie wszystko na chłodno, ale to, że ten problem rzeczywiście można by rozwiązać w taki sposób. Kapłani Ognia faktycznie zaakceptowaliby ten bieg wydarzeń. Zrozumieliby to, że nie mógł wytropić na wielkich, niebezpiecznych bagnach monstrum, a możliwość oczyszczenia i zapewnienia lepszego życia kobiecie dotkniętej nieszczęściem, sprawiłaby im nie małą satysfakcję. On sam też by dostał pochwały i zaszczyty, a mieszkańcy Bermeld zostaliby sami ze swoimi problemami, tak jak tego chcieli od zawsze.

– Wszyscy na tym zyskają – kusił Wójt.

Gessan na tym straci wiele. – odparła cichym głosem kobieta, prawie szeptem, chyba tylko żal wpleciony w jej słowa sprawił, że jej głos był słyszalny.

Strażnik odwrócił się w jej stronę, przelotnie spojrzał na matkę zaginionego chłopca i powoli ruszył w kierunku drzwi wyjściowych.

Wiedział już, co powinien zrobić.

– Za trzy dni przybędą do was dwa bataliony Ognistych Wstęg. Przypłyną tu na naszych legendarnych szklanych łodziach. – Przerwał na chwilę wywód, by popatrzeć jak z twarzy Wójta schodzi pewność siebie. – Wtedy zabiorą mnie i kobietę. Mam nadzieję, że do tego czasu uda mi się uporać z moim problemem. Opiekuj się tą niewiastą najlepiej jak potrafisz. Tak, by moi zwierzchnicy mogli spojrzeć w jej oczy i nie ujrzeć w nich większego żalu i obłędu niż gości w nich teraz.

Popatrzył się w brudną twarz Verrany i kiwnął powoli głową. Kobieta lekko się uśmiechnęła, z trudem zmuszając do tego mięśnie twarzy, ale mimo to widać było, że właściwie odczytała intencje młodzieńca.

Chwycił za klamkę. Czuł się źle z tym, że kłamał, ale wiedział, że to był jedyny sposób, aby zapewnić kobiecie bezpieczeństwo przez jakiś czas i dać także sobie nieco czasu, aby zabić potwora i uratować chłopca.

– Jesteś pewien, że sam sobie poradzisz, Strażniku? – wycharczał mężczyzna zza biurka, diadem lekko opadł mu na skroń. – Ten stwór zabił moich najemników. Jesteś pewien, że Obrońca Wiary jest wart więcej niż trzech najemników Czerwonej Stali?

Strażnik odwrócił się do niego, tak by mógł widzieć chłód jego oczu.

– Poradzę sobie z przerośniętą karykaturą z bagniska. I nie muszę udowadniać nic nikomu. Jeśli ja nie pomogę tej kobiecie i tamtemu chłopcu, nikt tego nie zrobi.

– Nim nas zostawisz, blondwłosy, powiedz mi jedno. Od paru chwil korci mnie, aby zapytać… – Wójt zaczął stukać palcami o blat biurka, a wygrywając tę melodię pokazywał, jak bardzo jest podniecony. – Bo wiesz, jest taka stara opowieść wśród miejscowych…

– Tutaj się pożegnamy. – uciął beznamiętnie Strażnik, ponownie kładąc dłoń obleczoną na powrót w stal na klamce.

Twarz Wójta zaczęła przypominać pysk żaby, która przez pomyłkę połknęła skorpiona. Mężczyzna nie mógł zrozumieć, jak ktoś taki jak Strażnik mógł wiedzieć, kim naprawdę był i jak wiele jego sekretów znał.

– Wrócę tu z twoim synkiem. – powiedział do kobiety, zamykając drzwi.

 

 

 

* * *

 

 

Strażnik, wychodząc z budynku, poprawił swój kaptur. Szedł powoli bocznymi uliczkami, ciągnącymi się między starymi domami i szopami, upewniając się co chwilę, że nikt go nie śledzi. Doskonale wiedział, że zabicie potwora z bagien nie jest jego priorytetowym zadaniem, miał tu do zrobienia jeszcze jedną ważną rzecz – ale o tym lepiej, aby na razie nikt nie odpowiedni nie wiedział, zwłaszcza taka podła gnida jak Deroth. Czuł, że Wójt i jego psy mogą chcieć pokrzyżować jego szyki. Po chwili wyszedł na mały placyk, gdzie odbywało się targowisko. Ludzie przyszli sprzedawać i wymieniać najróżniejsze towary wyrwane z bagniska: zioła, dziczyznę, i w dużej części świeżo złowione, cuchnące mułem bagienne ryby. Był środek dnia, a niebo nie było zbyt pochmurne. Kręciło się tu sporo osób. Tu właśnie zniknął wśród innych przechodniów. Teraz, gdy nie było przy nim najemników w tak bardzo zwracających na siebie uwagę pancerzach, był po prostu kolejnym, samotnym wędrowcem w kapturze, a za takimi nikt się tutaj specjalnie nie oglądał.

W myślach powtarzał modlitwy do swego Boga o niezbędne łaski, bo czuł, że jego wyprawa na bagna okaże się zadaniem bardziej skomplikowanym, niż na początku zakładał.

 

 

 

* * *

 

 

Wójt stał w swoim gabinecie przy dużym oknie ukazującym panoramę miasta. Patrzył za wędrowcem odzianym w ciemny płaszcz, który oddalał się pomiędzy budynkami. Wiele słyszał o praworządności i niezłomnym uporze świętych rycerzy, ale miał nadzieję, że okażą się one tylko plotkami. Strażnik bardzo go rozczarował. Żałował, że nie przystał na jego propozycję, co by rozwiązało wszystkie jego problemy. Deroth, z wymalowanym na twarzy ogromnym skupieniem, zastanawiał się nad dalszymi posunięciami. Czuł, że ten człowiek, który właśnie znikł mu z pola widzenia, może szybko stać się źródłem poważniejszych problemów: nadmierne zainteresowanie miasteczkiem, ośmieszenie najemników w oczach mieszkańców, nie mówiąc o otwartym ataku mieszkańców na Strażnika, którzy w ten sposób chcieliby zamanifestować swoją niechęć do Wstęgi i nowego zwierzchnictwa Kestern.

Zbyt dużo obaw i narastających wątpliwości pojawiło się wokół jego planu. Musi w porę coś na to zaradzić.

– Naprawdę chcesz, aby moi ludzie zajmowali się tą żałosną kobietą? – spytał głęboki, szorstki głos.

 Deroth obejrzał się przez ramię, by spojrzeć na osobę, która weszła do pomieszczenia, gdy zakończył rozmowę z rycerzem.. Przywódca najemników, ogromna postać wciśnięta w czerwony pancerz, siedział w drogim fotelu z nogami rozwalonymi na drogim biurku. Nie był człowiekiem, w przeciwieństwie do większości rekrutów w jego kompanii, lecz mieszanką krwi orkowej i ludzkiej – Oghai. Ohydna pozostałość orczej rasy, której pozwolono zostać pośród ludzkich społeczności, w nadziei, że się ucywilizują, a także dlatego, że dzięki sile i witalności ich przodków będą się doskonale nadawać do ciężkich prac. Z takim zamiarem ich hodowano, po wojnie ludzi z orkami, takich jak on zamykano w obozach i lochach, aby przez silny chód wsobny uwypuklać pożądane cechy. Każdy Oghai nosił znamię latach niewoli swych pokonanych przodków, ich skóra była trupioblada, nie zdrowo złuszczona, lub ozdobiona pajęczyną zielonych żył – wyglądali na chorych, obciążonych jakąś przypadłością nękającą ich nację. Nie inaczej było z Belitem, jego skóra była biała jak kość, a wokół oczy miał wyraźnie zarysowane czarne smugi, jakby nie spał od wielu lat. Jednak ten Oghai nie był kowalem, ani murarzem, ani tym bardziej rolnikiem. Odziany w wielki pancerz z kolcami, który opinał się na jego wielkim torsie i małpich ramionach, zdecydowanie przypominał swoich kochających wojnę przodków, aniżeli uległego i pokornego robotnika.  Wojownik był wyższy o ponad głowę od przeciętnego człowieka i budził grozę samą swoją muskularną posturą. Dziedzictwo jego dzikich pradziadów widać było w drapieżnych kłach, które pokazywał uśmiechając się i w czarnych, chłodnych oczach. Najbardziej charakterystyczne były wystające z głowy kościane kolce, typowe dla wszystkich jego ziomków. Z czaszki tego Oghai wyrastały cztery podobne do zębów narośle, tuż nad łukiem brwiowym, ukształtowane w taki sposób, który mimowolnie nasuwał skojarzenia z koroną jakiegoś władcy prymitywnych plemion.

– Tak, póki nie zdecyduję, co ostatecznie zrobić z naszym gościem, kobieta ma być dobrze traktowana. Chcę, aby wszelkie możliwe furtki pozostały na razie otwarte – powiedział to tak, by maksymalnie ukryć wściekłość, jaką budziła w nim bezczelność i brak manier pancernego. – Nie wiemy, czy Strażnik blefował w sprawie szklanych łodzi, które tu przybędą. Bardzo możliwe jest, że przybędzie tu więcej takich jak on, aby zabić potwora.

– Jak uważasz. Sam decydujesz, za co płacisz moim chłopcom – skinął ręką na dwóch najemników, którzy złapali kobietę pewnie za ramiona i wyprowadzili ją z pokoju.

Gdy zostali sami, olbrzym z rogami na głowie spytał:

– Zdradzisz mi, panie Deroth, dlaczego kumple Strażnika mieliby zajrzeć do takiej dziury jak Bermeld?

– Panie Belit, widać, że nic pan nie wiesz o tym, co się dzieje na tym świecie – zwrócił się do przywódcy najemników. – Płonące Wstęgi pomogły ustabilizować ten kraj. Zaraz po Wielkim Upadku Królestwo Mess ogarnął płomień. Nieodżałowany król Orester oszalał po stracie wszystkich trzech synów w kataklizmie. Kraj rozdzierany był przez wojny domowe i anarchie, rozpadał się na oddzielne prowincje. Właśnie wtedy na scenie pojawiły się Wstęgi. Już w latach rządów magów nie dawali się ciemiężyć czarodziejom – byli Strażnikami, wojownikami znającymi się na szermierce, doktrynie wojskowej i władali świętą mocą, gotowi do największych poświęceń w imieniu tego, który Daje i Zabiera Cierpienie.

O tak! Zakon jest nieodłącznie związany z historią tych ziem. To ci Obrońcy Wiary zaatakowali miasto magów, razem z sześcioma innymi Wielkimi Zakonami. A potem zagarnęli ten kraj dla siebie. Tak, dobrze słyszysz! Po tym jak obalono tyranię magów i Orester stracił jakąkolwiek kontrolę nad krajem, szybko ogłosili Inkwizycję, która, powołując się na doniosłe słowa kapłanów, miała na celu odsuniecie od władzy przeciwników nowo powstającego porządku, który w ogniu i krwi został wykuty przez Strażników Veltriuuma. Tortury, palenie na stosach, porywanie nieprzychylnej szlachty i pacyfikacja całych osad, ten aspekt historii Zakonu na pewno nie jest obcy naszemu blondwłosemu gościowi. W tamtym czasie byli najsilniejszą i największą formacją w tej części kraju. Zyskali, bo potrafili wykorzystać sytuację. Na tronie posadził swój szacowny zad nowy władca – kuzyn zmarłego króla Orestera, ten znów w zamian za pomoc ogłosił, że nowo powstały kraj będzie pod patronatem Veltriuuma. A same Wstęgi, w swojej wielkiej łaskawości obdarzył niebotycznymi przywilejami. Wielkie wpływy i majątki, a ze swych czynów dokonywanych w imię Boga nie muszą tłumaczyć się przed nikim. Inkwizycja istnieje nadal, pilnuje, aby każdy wierny przestrzegał zasad wiary oraz aby każdy wyznawał słusznego Boga.

 Tak powstało Arcy-Księstwo, państwo z Księciem i tronem, ale z kręgosłupem zbudowanym na sztywnym kośćcu zakonnych doktryn.

Czy mam im za złe? – na moment ściągnął swoje wielkie usta. – Nie…. Nie, ani trochę. Wolę, żeby ten kraj był w łapach fanatyków Veltriuuma. Przynajmniej trzymali go pewnie w swoim żelaznym uścisku i nie spotykały go takie nieszczęścia jak inne włości.

– Kościec doktryny, powiadasz… – Oghai prychnął jak zmęczony ogar. – To klatka z kości… Klatka, w której hoduje się więcej takich fanatyków….

Po Kataklizmie wielu mieszkańców tego świata zaczęło porzucać wszelką religię, albo oddawać się nowym sektom. Sam Deroth też uważał, że Bogowie przed eonami sprowadzili ludzi na ten świat w tylko sobie znanym celu, ale potem zapomnieli o nich, albo zwyczajnie rozczarowani nimi – znudzili się. Nie wierzył nawet w samo opiewane w legendach starcie Bogów z królem demonów. Mieszkańcy otchłani przybyli do tego świata, by go zniszczyć. Jednak sama idea ruszenia do walki z potężniejszym bytem i zostawienie śmiertelnych samych w walce – to wszystko brzmiało jak kłamstwo. Jeśli zginęli w tytanicznej bitwie z najpotężniejszym z otchłańców, to czemu demon nie zstąpił na ten świat? A jeśli wygrali, czemu nie wrócili? Za dużo pytań, na które można było znaleźć tylko pokrętne i dziwne odpowiedzi. Szczególnie, jeśli miało się tak cyniczny charakter jak Deroth. Jego niewiara wynikała w dużej mierze z pragmatyzmu kupca i przedsiębiorcy.

Belit natomiast był wrogiem wszystkiego co święte, jakby w jego żyłach nie płynęła krew orkowych przodków, tylko demoniczna.

– Urodzony z Ciebie ateista – patrząc na tę kolczastą głowę, zaczął pojmować, że jego otwarcie kryta nienawiść do zakonu musi wynikać z czegoś głębszego niż tylko jego pochodzenie. Chociaż Belit, mimo swego wyglądu, a także morderczej skuteczności, do głupich nie należał, to nie zamierzał wdawać się z nim w głębsze dysputy.

Wyraz tej ponurej twarzy zawsze go niepokoił. Prymitywna i na pozór odarta z wszelkich inteligencji gęba, była tylko maską z grubej, obwisłej jak guma skóry, kłów i narośli wystających z łba. Błysk w czarnych oczach wielkoluda sugerował, że słucha i analizuje każde słowo Wójta.

Deroth kontynuował.

– Czasy się zmieniły. Teraz Zakon sam już nie mówi jednym głosem, a przeżywa schizmę. Wszyscy wiedzą, co dzieje się u stóp Szklanej Góry. Bunt Wysokiego Mistrza Zakonnego. Herezje. Zbieranie Wiernych. Ruchy wojska za granicą i różne tajemne przepowiednie, w tym tyglu dojdzie pewnie do bratobójczej wojny w szeregach zakonu. Zakonni mordujący się w imię słów tego samego boga i możliwe, że nawet wywołają wojnę z sąsiadującymi góralami. Ludzie wyczuwają, że od północy zaczyna wiać mroźny wiatr zwiastujący zmiany, który niebawem przyniesie z sobą szczęk stali i jęki konających. Wszyscy zastanawiają się, czy władca tych ziem nie zrobił źle stawiając na ogary Veltriuuma i w przypływie łaskawości nie dał im zbyt dużych praw i przywilejów. Wychodzi na to, że na rozpadzie dawnego królestwa duchowieństwo zyskało najwięcej. A Kestern, mimo całej swej religijno– sakralnej otoczki jest państwem. Ma władcę, który wyznacza cel narodowi i na którego wszyscy plują w zaciszu chałup, ma armie, poborców podatkowych, skarbiec, z którego każdy chce by rzeka złota nieprzerwanie płynęła do niego.

– Najbardziej rozpasają złotem Wstęgi – mruknął Belit. – Inkwizycja to policja i sąd w jednym. Ten Strażnik może tutaj wiele namieszać…

 – To prawda – Wójt ciężko przełknął ślinę. – A tu trzeba pociągać delikatnie za każdy ze sznurków. Tutaj dochodzi główny problem… Państwo podzielone jest na liczne regiony rządzone przez baronów, a jeśli oni ze swym wsparciem i najlepszymi żołnierzami odwrócą się od władcy, to nawet Inkwizycja nie będzie w stanie powstrzymać rewolty. Kestern jest silne i udowodniło, że zna się na wojaczce, ale coraz bardziej brak solidnego spoiwa. Strach przed Inkwizycją czy obawa przed Azylem czy Marchiami to już za mało. Najgorszy wróg to ten, który wyrósł na twej własnej krwawicy. Wszyscy coraz śmielej krytykują Zakon, od prostego chłopa, pracującego w roli, po szambelana doradzającego Księciu. Podobno władca zaczął patrzeć mniej przychylnie na Strażników. Coraz częściej i chętniej mówi się o tym, co wyprawiały Wstęgi w czasie powstawania Kestern, oraz że Inkwizycja to nie forma walki ze złem panoszącym się w kraju, ale zwykłe narzędzie opresji.

– Twoje uszy sięgają daleko… – Belit wyszczerzył się, ale to tylko sprawiło, że jego paszcza przypominała teraz szczękę rekina.

– Strażnicy nie koncentrują się na tym, co powinni. Nie tępią nieumarłych, nie ścigają przemytników, nie tropią czarownic porywających dzieci. Nawet nie ścigali mrocznych kultów czy Chimerytów służących otwarcie demonom, i to nawet teraz, gdy coraz więcej tego robactwa lęgnie się na Cierniowych Polach! Nie! Przede wszystkim zajmują się inwigilowaniem i pilnowaniem, czy mieszkańcy Kestern wyznają Veltriuuma.

– He, he… ależ ja im się nie dziwię – Oghai zacharczał unosząc głowę. – Mało kto chce udać się na Cierniowe Pola za fruwającymi Chimerytami. Podobno Pola Cierniowe wiodą do samej Otchłani…. Zgnilizna tocząca ziemię i powietrze rozrasta się na kilometry… Podobno to właśnie tam kiedyś na świat przybyły demony. Podobno przybywają wciąż… Rodzą się najgorsze koszmary, a człowiek traci zmysły.

Święty pancerz, świecące się pieczęcie i wiara słabo przed tym chronią – raz jeszcze zarechotał.

– Widziałeś kiedyś Pola Cierniowe…? – spytał zaskoczony Deroth.

– Nie… – pokręcił lekko głową. – Stałem tylko na granicy… i czułem zapach…. – na chwilę przymknął oczy. – Nie zapomnę tego zapachu… Po prostu czułem, że to nie są zapachy, jakie znają moje nozdrza… Słodkie i pikantne zarazem, ciężkie jak zapach piasku na pustyni, chociaż to i tak nie są dobre słowa by to opisać… Po prostu czując ten zapach wiedziałem, że to nie jest mój świat.

Deroth musiał znieruchomieć na dłuższą chwilę, bo Oghai w końcu z uśmiechem dodał:

– Pewnie dlatego, że przeszkadzają mi aż tak te bagna, z tymi wszystkimi aberracjami i smrodem… Są gorsze miejsca….

Zignorował jego obelgę o jego mieście, kolejną z wielu. Postanowił wrócić do poprzedniego wątku:

– Teraz każdy święty rycerz czy też kapłan zrobi wszystko, aby zyskać w oczach mieszkańców Królestwa i pokazać jak potrzebny i szlachetny jest Zakon. Dlatego ten tutaj przybył do Bermeld….

– Możliwe, ale nie do końca mnie to przekonuje. –Belit bawił się żelaznym piórem, które wziął z biurka. W jego wielkich, grubych jak serdelki paluchach wyglądało jak wykałaczka. – Nie chce mi się wierzyć, że Strażnik pokonał taki kawał drogi, zapuszcza się w takie zapomniane przez wszystkich odludzie, by bawić się w pogromcę potwora zjadającego dzieci. Nie, nie, zbyt wiele już widziałem i z niejednym kapłanem, chętnie umierającym za swego Boga już zadarłem, by w to uwierzyć. Tu chodzi o coś innego niż pieśń śpiewaną przez trubadurów do kufla piwa w karczmach.

Belit rzucił na deskę biurka rupieć, jakim było wygięte przez niego pod niemal kątem prostym pióro.

Wójt zdusił w sobie reprymendę za zniszczenie cennego przedmiotu. Wolał nie rozjuszać na razie tej bestii.

– Myślisz, że on wie?– zapytał najemnik i podciągnął nogi.

– Trudno powiedzieć – odparł Wójt rozkładając dłonie.

– Jestem rozczarowany, Deroth. Tak bardzo wierzyłem w pańskie talenty manipulacyjne i dyplomatyczne, a te w tak kluczowym momencie mogą zawieść…

Najemnik powoli wstał, a fotel skrzypnął przy tym, jakby z ulga, że schodzi z niego ogromny ciężar.

-…a jeśli dalej będą zwodzić, to takich jak on może pojawić się tu znacznie więcej. A kiedy już się tu zlezą jak głodne psy do mięsa to zaczną węszyć, Mój Czcigodny Pracodawco. A to będzie prowadzić do tego, że twój niecny plan może nie wypalić. Wtedy z kolei możesz nie mieć nam jak zapłacić…

Góra mięśni stała, a jego czarne ślepia wpatrywały się w Derotha świdrująco. Z tej perspektywy kolce na głowie Belita wyglądały jak upiorna, pazurzasta dłoń demona wyrastająca prosto z jego głowy. Grubas nie cofnął się ani o krok, jego mina pozostawała niewzruszona, pomimo tego, że krople potu zaczęły się pojawiać na jego skroniach.

 – Nie muszę ci przypominać, że masz już spore długi wobec Czerwonej Stali i chyba nie chciałbyś się dowiedzieć, czemu nasza wesoła kompania zawdzięcza swoją nazwę, prawda?

 Deroth wiedział. Wszyscy mówili o tym, że podobno najbardziej okrutni i bezwzględni z żołdaków mieli odrażający zwyczaj smarowania swoich pancerzy krwią zabitych wrogów. Patrząc na stojącego przed nim potwora Deroth byłby w stanie uwierzyć w te pogłoski. Czując, że Oghai testuje jego opanowanie, utrzymał fasadę, mimo dreszczu przerażenia.

– To się nie zdarzy. Dobrze o tym wiesz. W razie czego, mamy przecież Łowcę. Doskonałego na kozła ofiarnego – powiedział pewnym tonem.

Głowa najemnika przekręciła się lekko. Wiedział doskonale, że Wójt mówi o samotniku z bagien żyjącym poza Bermeld. Łowca, który wytropił dla jego ludzi leża Tagolt i który pokazał im bezpieczne szlaki do podróży przez bagniska. W razie problemów wszystkie tropy skieruje się na Łowcę, to był jego plan awaryjny. Dzikusowi żyjącemu z dala od ludzi nikt nie uwierzy i mało kto skojarzy go z nim. Belit pokiwał głową, ale miał wrażenie, ż pomysł sprzedania człowieka zwanego Łowcą nie do końca mu odpowiadał. Ku wielkiej uldze Derotha, Belit nie powiedział już nic, tylko skierował się powoli do drzwi.

 – Dokąd się wybierasz ?– spytał Wójt.

– Skoro zjawił się tu Strażnik, to upewnię się, że nie złapie tropu, a ta starucha dotrzyma umowy – powiedział otwierając drzwi.

Deroth czuł mrowienie na zwałach tłuszczu swojej szyi, gdy olbrzymi wojownik wychodził do miasteczka, jakby miał wpuszczać tresowanego niedźwiedzia do zagrody pełnej owiec. Olbrzym był dziki, bezwzględny i wszelkie formy kontroli nad nim były iluzją – jednak był skuteczny. Morderczo skuteczny. Nie zamierzał go powstrzymywać, tym bardziej, że doskonale wiedział, gdzie ten ma zamiar się udać.

Miał tylko nadzieję, że nikogo nie zabije.

 

Koniec

Komentarze

Remi-G, jeśli to nie jest skończone opowiadanie, a tylko część większego dzieła, bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Już

OK. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Doczytałam do pierwszych gwiazdek i, niestety, nie dam rady brnąć dalej. Początek, choć zapowiada dramatyczne wydarzenia, nie okazał się na tyle zajmujący, by skłonić mnie do dalszej lektury tego strasznie długiego fragmentu nie najlepiej napisanej opowieści.

Przykro mi, Remi-G, ale nie mogę poświęcić Twojemu dziełu więcej czasu, niż poświęcam innym opowiadaniom.

 

z woli ich bogów i swoją bło­go­sła­wio­ną mocą od­go­ni­ło po­two­ra, zanim ten do­ko­nał spu­sto­szeń w wio­sce. Uzna­li to za znak, że bo­go­wie czu­wa­ją cały czas nad nimi – mimo że jak wszy­scy znani lu­dziom bo­go­wie już dawno za­mil­kli… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Czę­sto przy­pro­wa­dza­li dzie­ci na skraj wio­ski, by pod okiem do­ro­słych, w cie­niu ma­gicz­ne­go drze­wa, łaska i opatrz­ność bóstw spły­wa­ły na nich. –> Piszesz o dzieciach, a te są rodzaju nijakiego, więc: …spły­wa­ły na nie.

 

Po­nie­waż od tam­tej pa­mięt­nej nocy drze­wo w żaden spo­sób nie za­ma­ni­fe­sto­wa­ło swo­jej mocy… –> Rym, chyba przypadkowy.

 

to miej­sce na skra­ju wio­ski z cza­sem za­czę­ło funk­cjo­no­wać jako nie­for­mal­ny plac zabaw dla dzie­cia­ków. Trud­no było na Upa­dłych Ba­gnach o dru­gie takie miej­sce, gdzie dzie­ci mogły bawić się swo­bod­nie, nie my­śląc o tym, czy prze­trwa­ją na ba­gnach… –> Powtórzenia.

 

En­kla­wa spo­ko­ju na skra­ju wio­ski, gdzie na chwi­lę mogli za­po­mnieć… –> En­kla­wa spo­ko­ju na skra­ju wio­ski, gdzie na chwi­lę mogły za­po­mnieć

 

Grały w ba­gien­ną piłkę, dziw­ną grę, która po­le­ga­ła na rzu­ca­niu piłką zro­bio­ną z po­wią­za­nych luźno szmat, tak by tra­fić któ­re­goś ze współ­za­wod­ni­ków, a przy tym tak wy­mie­rzyć strzał i siłę rzutu, aby szma­cia­na kula nie roz­pa­dła się na szma­ty… –> Powtórzenia.

 

Wszyst­kie bez wy­jąt­ku -poza jed­nym. –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

maj­ta­jąc po­ła­mi jej płasz­cza i ob­le­wa­jąc jej ciało chło­dem. Igno­ro­wa­ła to tak samo jak wrza­ski dzie­ci oraz plot­ko­wa­nie sta­rych bab za jej ple­ca­mi. Jej myśli krą­ży­ły wokół Ges­sa­na – ma­łe­go chłop­ca w po­dar­tej ko­szu­li, który jako je­dy­ny nie uczest­ni­czył w za­ba­wie. Był jej uko­cha­nym synem i je­dy­ną zna­czą­cą osobą, któ­rej nie ode­bra­ły jej bagna. –> Zaimkoza. Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

Zu­peł­nie jakby sie­ją­ce znisz­cze­nie isto­ty nie­udol­nie pró­bo­wa­ła wy­do­stać się z wiecz­nej pu­łap­ki, w którą zwa­bi­li ba­gnia­rze. –> Piszesz o istotach w liczbie mnogiej, więc: Zu­peł­nie jakby sie­ją­ce znisz­cze­nie isto­ty nie­udol­nie pró­bo­wa­ły wy­do­stać się z wiecz­nej pu­łap­ki, w którą zwa­bi­li je ba­gnia­rze.

 

Lu­dzie w mie­ście przy­cho­dzi­li do niej po rady jako do jed­nej ze star­szych i mą­drzej­szych w wio­sce osób. Była naj­star­szą osobą w mia­stecz­ku… –> Nie brzmi to najlepiej.

Nie rozumiem – była jedną z mądrzejszych w wiosce, a przychodzili do niej ludzie w mieście? Jak to się działo, że będąc jedną z wioski, była najstarszą osobą w miasteczku?

 

Sama uwa­ża­ła się z sły­szą­cą głosy… –> Literówka.

 

co czy­ni­ło ją naj­waż­niej­szą po­sta­cią w teju małej spo­łecz­no­ści. –> Literówka.

 

Po­kry­te zmarszcz­ka­mi usta sta­rusz­ki wy­gię­ły się, upodob­nia­jąc na chwi­lę jej usta do gęby bez­zęb­nej pi­jaw­ki. –> Brzmi to nie najlepiej.

 

Choć do nas, Ver­ra­na. Po­zwól, aby ogień ogrzał twoje prze­mar­z­nię­te ciało. Ogrzej się – wy­sa­pa­ła sta­rusz­ka. – Wiesz do­brze, że nie mogę tego zro­bić – od­wró­ci­ła się od niej – …muszę mieć dziec­ko na oku. –> Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Powinno być:

Chodź do nas, Ver­ra­na. Po­zwól, aby ogień ogrzał twoje prze­mar­z­nię­te ciało. Ogrzej się – wy­sa­pa­ła sta­rusz­ka.

– Wiesz do­brze, że nie mogę tego zro­bićOd­wró­ci­ła się od niej. – …muszę mieć dziec­ko na oku.

Sprawdź znaczenie słów choćchodź.

 

Przez chwi­lę mię­dzy nimi za­pa­dła cisza… –> Przez chwi­lę panowała mię­dzy nimi cisza… Lub: Na chwi­lę zapadła mię­dzy nimi cisza…

 

sporo czasu już mi­nę­ło, do kiedy Twój mąż od­szedł. –> …sporo czasu już mi­nę­ło, od kiedy twój mąż od­szedł.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

cze­muś go od­rzu­ci­ła, co ? –> Zbędna spacja przed pytajnikiem. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

Sta­rusz­ka przez chwi­lę wy­da­wa­ła się wa­rzyć słowa… –> Sta­rusz­ka przez chwi­lę wy­da­wa­ła się wa­żyć słowa

Poznaj znaczenie słów warzyćważyć.

 

bez za­jąk­nię­cia się szka­lu­jąc imię jej zmar­łe­go uko­cha­ne­go. –> ?

 

bym tam prze­żyć. –> ?

 

Ver­ra­na przez chwi­lę mil­cza­ła, spo­glą­da­jąc na Ges­sa­na, który cały czas oglą­dał coś na łące. Po chwi­li spoj­rza­ła sta­rusz­ce pro­sto w oczy. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

– …nie lubię obec­ne­go Wójta. –> Dlaczego wielka litera?

 

schla­pa­ne krwią pan­ce­rze, gdzie nie­gdzie przy­ozdo­bio­ne kol­ca­mi… –> …schla­pa­ne krwią pan­ce­rze, gdzienie­gdzie przy­ozdo­bio­ne kol­ca­mi

 

Z tej od­le­gło­ści spra­wia­li wra­że­nie ol­brzy­mich ciem sku­pio­nych wokół świa­tła i cie­pła. . –> Z tej od­le­gło­ści spra­wia­li wra­że­nie ol­brzy­mich ciem, sku­pio­nych wokół świa­tła i cie­pła.

 

ta­kie­go czło­wie­ka jak Derot mia­no­wa­li się bur­mi­strzem… –> ?

 

od­par­ła na chłod­no – szko­da, że nie po­de­szłaś do ogni­ska, tak jak ci to su­ge­ro­wa­łam. Ver­ra­na pa­trzy­ła się na nią… –> ?

 

– Elkra po­wie­dzia­ła to z gło­sem sę­dzie­go… –> ?

 

Sama nigdy nie uczest­ni­czy­ła w ta­kich ze­bra­niach, gdzie po­dob­no w nocy miesz­kań­cy zbie­ra­li się… –> Powtórzenie. Zebranie nie jest miejscem, więc: Sama nigdy nie uczest­ni­czy­ła w ta­kich ze­bra­niach, podczas których mieszkańcy po­dob­no gromadzili się w nocy

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki Ci w każdym razie za twój czas i chęci.

A może, Remi-G, wrzuć coś krótszego i skończonego. Z pewnością będziesz miał więcej czytelników, a tym samym większy odzew.

Wiedz też, że dyżurni nie maja obowiązku czytać fragmentów i opowiadań powyżej 80 tys. znaków. Takie teksty nie trafiają też do Biblioteki i nie mogą być nominowane do piórek. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobnie jak regulatorzy lekturę solidnie „dociągnęłam” tylko do pierwszych gwiazdek. Resztę przeskanowałam – co prawda pobieżnie, ale jednak, bo mimo wszystko odniosłam wrażenie, że w twoim tekście „coś” jest – zdarzają się nieźle brzmiące frazy, przyzwoicie zindywidualizowani niektórzy bohaterowie, tajemnica rodziny Verrany obiecuje, że być może pozwoli się ciekawie wyjaśnić, pojawił się intrygujący Strażnik, a wójto-burmistrz jest taką świnią, że aż ma się ochotę doczekać chwili, gdy jakiś glan sprawiedliwości zasadzi mu kopa w tłusty tyłek. Niestety, trzeba się porządnie napocić, aby te pozytywy wyłowić, bo doszczętnie utopiłeś je w katastrofalnym wodolejstwie i totalnym bałaganie. Na przykład dzieci bawiące się w pobliżu tego niby świętego drzewa. Po przeczytaniu pierwszego zdania tekstu bez trudu przyswoiłam informację na temat działalności wspomnianych pacholąt, bo skomplikowana to ona przecież nie jest. Potem narrator przypomniał mi ją po raz wtóry, co mnie nieco zdziwiło, ale niech tam! Niestety, dwa zdania dalej znowu podrzucona mi została wiedza na temat bawiącej się dzieciarni + drzewa, zapewne na wypadek, gdyby jednak mój iloraz inteligencji był bliższy IQ rozwielitki niż piśmiennego człowieka. Kiedy jednak rozwydrzone potomstwo bajorowatych wieśniaków było uprzejme po raz czwarty, piąty, szósty oraz siódmy zażywać rozrywki pod owym wiecznie usychającym, przerośniętym badylem, ździebko mnie poniosło. A gdy dowiedziałam się po raz ósmy i dziewiąty, że te chrzanione, wsiowe bachory nic nie robią, tylko furt mordy drą pod dębem – który zapewne z tego właśnie powodu na korze pobladł, a w koronie pożółkł – z ogromną satysfakcją wyobraziłam sobie, jak znękane drzewo animizuje się, bierze potężny zamach lewym konarem, zmiata całą czeredę na kupę i wypluwa z siebie jedynie słuszną, złotą myśl: „Won stąd, gówniarstwo przebrzydłe, bo jak nie, to kornikami poszczuję i w bagnie potopię!”

Cytaty, by nie być posądzonym o gołosłowność:

 

1. Grupa dzieci bawiła się jak co dzień na skraju wioski, w pobliżu białego dębu.

2. (…) miejsce na skraju wioski z czasem zaczęło funkcjonować jako nieformalny plac zabaw dla dzieciaków.

3.(…) takie miejsce, gdzie dzieci mogły bawić się swobodnie (…)

4. Dzieciaki bawiły się beztrosko wokół wielkiego drzewa, krzycząc radośnie, ganiając się i skacząc po co niższych gałęziach

5. (…) co raz rzucając okiem na bawiące się urwisy

6. (…) dzieci bawiące się na małej polance wokół dębu.

7. Dzieci bawiły się przy tym świetnie, śmiejąc się radośnie.

8. Popatrzył na bawiące się tam dzieci, biegające w kółko, krzyczące i przerzucające się piłką ze szmatek.

9. Dzieciaki bawiące się przy świętym drzewie zerwały się do panicznego biegu(…)

 

 

Grały w bagienną piłkę, dziwną grę, która polegała na rzucaniu piłką zrobioną z powiązanych luźno szmat, tak by trafić któregoś ze współzawodników, a przy tym tak wymierzyć strzał i siłę rzutu, aby szmaciana kula nie rozpadła się na szmaty, z których była zrobiona. Dopuszczenie do takiej katastrofy oznaczało pracowite zwijanie szmat

Jak widać narrator zaparł się, że wyjaśni czytelnikowi –  niczym baca tępej owcy na hali – iż gra w piłkę jest grą wielce zaskakującą, bo polega na rzucaniu piłką, która, jako że zrobiona z luźno powiązanych szmat jest szmaciana, więc może rozpaść się na szmaty, a wtedy zonk – można se tylko w kółko albo krzyżyk pokopać.

 

 Dorośli stali na skraju polanki, aby mieć na wszystko oko. W większości były to kobiety, zebrane na drewnianych ławach przy jednej z chałup. Zajmowały się, bez względu na wiek, haftowaniem lub drugą ulubioną czynnością, plotkowaniem (…)

Najpierw dorośli zostali postawieni na własnych nogach, potem okazało się, że jednak siedzą na ławach. I słusznie, bo po cóż stać, gdy można wygodnie klapnąć. Przy okazji wyszło na jaw, że wśród facetów zamieszkujących wioskę są i tacy, którzy lubią dla relaksu pośmigać haftem krzyżykowym, aczkolwiek, gwoli sprawiedliwości należy przyznać, że miłośniczkami tego typu rękodzielnictwa „w większości były kobiety”. Nie zmienia to jednak faktu, że przychrzanianie się hafciarzy do Gessana, wielbiciela robalków, i zarzucanie mu, że nie rokuje nadziei na bycie prawdziwym mężczyzną, było co najmniej niestosowne, bo działało na zasadzie „przyganiał kocioł garnkowi”.

 

Podsumowując: nie panujesz nad szczegółami, które sam przecież do swojego tekstu wprowadzasz. Wielokrotnie powtarzasz te same informacje. Nie dostrzegasz także i tych zwykłych, wyrazowych powtórzeń, które przecież walą po uszach całymi seriami – przeczytaj na głos ze dwadzieścia początkowych linijek tekstu i spróbuj usłyszeć, ile razy powtarza się wyraz „drzewo”! Ponadto strasznie dużo wody lejesz. Człowiek usiłuje czytać, ale nie daje rady, bo mu w głowie brzęczy:

„I wciąż ta sama ballada – Deszcz pada, pada, pada – Rydel narrator gada, gada, gada…”

Żeby twój „Kudłacz” mógł zaprezentować swoje faktyczne walory, musisz go jeszcze bardzo długo i bardzo szczegółowo wyczesywać z rozmaitych mankamentów i insektów. To się da zrobić. Życzę powodzenia.

 

re­gu­la­to­rzy

 

Ja wiem o co Ci chodzi… doskonale to wiem…… Tylko problem jest taki, że ja na prawdę, nie potrafię pisać krótko. Nie umiem się powstrzymać od pisania tekstu.

 

Kiedyś napisałem opowiadanie w ‘Metro 2035’ – miało być krótkie, ale się nie dało nad tym zapanować.

 

W sumie jednak… po raz któryś podczas moich wędrówek przez internet słyszę, że muszę skupić się na krótkich, zamkniętych formach jako wprawkach….. 

Inaczej to sobie planowałem… ale chyba czas skupić się na pracy u podstaw…. Będę wdzięczny za poradę, sugestie….

 

 

 

w_baskerville

 

Powiem Ci w sekrecie, że cały ból polega na tym, że tekst jest po korekcie.

Zapłaciłem komuś za korektę… tekstu mam sporo, a pewne plany i marzenia co do niego….. 

Widzę jednak, że to chyba nie dość.

 

Bardzo mnie cieszy, że pomimo oporu w opowiadaniu znalazło się coś co przykuło twoją uwagę… może nie jest tak żle, jak parę dni temu myślałem :)

Przeczytałam całość.

Rzeczywiście niewiele się dzieje (jak na taką liczbę znaków).

Jest sporo powtórzeń (i informacji, i słów), literówki, miejscami jest problem z przecinkami, pisownią łączną i rozdzielną, zwroty grzecznościowe (cię) pisane dużą literą, pozostałości po poprawkach, takie jak tutaj:

Luźne płaszcz i kaptur szczelnie go zakrywały, ale po bliższym przyjrzeniu się dało się można było dostrzec, że ten człowiek o twarzy młodzieńca nosił pod tkaniną solidny pancerz

Ogólnie pomysł nie jest zły – odizolowane miejsce, w którym się dzieją dziwne rzeczy, wyruszający na ratunek bohater z dodatkową, nieznaną misją, tylko wszystko się rozmywa.

Nowa Fantastyka