- Opowiadanie: master-of-orion - Drugie miasto

Drugie miasto

Opowiadanie pierwotnie ukazało się w piątym numerze Smokopolitan (2/2016). SF po względem settingu, z lekką nutką czegoś innego (może new weird?) pod względem klimatu i możliwych interpretacji.

 

Powstało z myślą o konkursie literackim “Miejska paralaksa” organizowanym przez miasto Poznań. Nie wygrało. Umieszczenie akcji w cieszącej się złą sprawą dzielnicy (Wildzie) pewnie nie pomogło :)

(Osobiście w życiu nie byłem w Poznaniu, ale Google Street View jest przyjacielem pisarza-amatora bez budżetu na wycieczki w ramach riserczu :))

 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

NoWhereMan

Oceny

Drugie miasto

Wszystko jest względne. Tak mówią fizycy, a ja im wierzę.

Patrzę tępo jak przez ocean mroku przepływają rozmazane smugi światła. Z punktu widzenia oblanych mdławą poświatą postaci za oknem, nasz nocny autobus porusza się ruchem przyspieszająco-zwalniająco-terkoczącym względem ulicy Hetmańskiej. Z punktu widzenia obserwatorów w środku – trójki nastolatków, pani po czterdziestce i zarośniętego mężczyzny z reklamówką, który pachnie tak, jak ja się czuję – to latarnie, przechodnie, bloki i kamienice przelewają się przez prostokąty okien jak przez wielkie, ciemne ekrany. Łazarz, zamiast zmartwychwstać, zmienia się w Wildę. Pani po czterdziestce robi minę, jakby zaczynała żałować, że nie wzięła taksówki.

Wracam wzrokiem ku szybie. Wnętrze autobusu jest jaśniejsze niż otoczenie, więc patrzę nie tyle na ulice co na bezcielesną, półprzejrzystą zjawę – własną twarz, wychudłą, nieogoloną, ze spękanymi wargami. Za tym ponurym hologramem przewija się Poznań. A w każdym razie, w większości jest to Poznań. W pewnym momencie w luce między klockowatymi gmaszyskami dostrzegam jaskrawe światła galerii handlowej. Mrużę oczy i dla pewności odczytuję logo, choć dobrze wiem, że w naszym pięknym mieście nie ma galerii tej sieci.

Mój przystanek. Brodacz z reklamówką zaczyna chrapać. Wysiadam.

 

*

 

Poznaliśmy się w zaułku przy zakładzie pogrzebowym.

Ja właśnie hodowałem sobie raka płuc, czekając na mojego kolegę Robala, którego wujek jest właścicielem zakładu. Ona też przyszła zapalić. Pracowała tam niecałe pół roku – odbierała telefony, pokazywała katalogi i udawała, że łączy się w bólu z klientem. Trudno powiedzieć, żebym zrobił dobre pierwsze wrażenie. Po paru minutach gadki-szmatki musiałem ją spławić, bo zjawił się Robal z moją działką delty-9, ale przy następnej wizycie w zakładzie zatarłem tę niefortunną impresję. W jakiś niewyjaśniony sposób kilka miesięcy później byliśmy razem.

Lubiła: spacery boso po piasku, kulturę celtycką, Pink Floydów, karpatkę, cunnilingus po haszyszu.

Nie lubiła: wytrawnego wina, gorzkiego piwa, radiowej papki i wybiegania myślami dalej niż trzy miesiące naprzód.

Gdyby nie ta ostatnia awersja, być może nadal by żyła.

 

*

 

Jest druga w nocy. Sterczę tu jak kretyn i dla zabicia czasu próbuję rozszyfrować plemienne malowidła wybazgrane białym sprayem na ścianie obdrapanej kamienicy. Czarny plastik wokół jednego z guzików domofonu jest zauważalnie mocniej wyświechtany niż pozostałe, choć nigdzie nie wisi żadna reklama krawcowej, biura rachunkowego ani niczego w tym rodzaju. Popularna melina czy miejsce pracy wyrabiającej dwie zmiany dziwki?

Po raz kolejny atakuję przycisk, jeden z tych rzadziej używanych. Z głośnika nie rozlega się zniekształcony głos Robala ani upragnione bzyczenie elektrozamka. Wduszam guzik i liczę sekundy. Rudy koniobijca nie odbiera też komórki, ale przecież widzę zapalone światło w oknie na drugim piętrze. Kto jak kto, ale Robal powinien liczyć się z tym, że o Bóg wie której godzinie może zabrzęczeć dzwonek domofonu, a na drugim końcu kabla jakiś zduszony głos zaskrzeczy, że chce prochów. A może Robal przywykł do nocnych „sytuacji kryzysowych” tak dalece, jak ryba przyzwyczaja się do wody, w której pływa – i przestaje ją zauważać.

Puszczam przycisk i patrzę na drugą stronę ulicy. Widzę jak ćmy krążą wokół klosza latarni po skomplikowanych orbitach. Możliwe, że naprawdę tam są. Nie byłoby w tym nic dziwnego – to nagminnie spotykany mezalians, ćma pałająca miłością do lampy sodowej. Mimo wszystko odwracam wzrok.

– Czego? – rozlega się wreszcie głos Robala.

 

*

 

Najbardziej brakowało mi drobnych rzeczy. Na przykład przebudzeń. Uwielbiałem, kiedy wybudzała mnie z leniwego półsnu w te dni, kiedy oboje mieliśmy z rana wolne – albo kiedy oboje byliśmy akurat bez dorywczej roboty. Najpierw czułem na policzku jej oddech, gorący, nierówny od powstrzymywanego chichotu, a zaraz potem łaskotanie delikatne jak muśnięcia motylich skrzydełek. Trzepotała rzęsami, aż wreszcie rozchylałem powieki i pierwszą rzeczą, jaką tego dnia widziałem były jej kasztanowe włosy.

Ludzka pamięć to dziwny mechanizm. Dlaczego akurat to wspomnienie prześladowało mnie najczęściej? Może przez skojarzenie z jej ostatnimi chwilami. Tamtej nocy, kiedy jeden nadmiarowy miligram przekreślił wszystko, ohydne drgawki ogarnęły całe jej ciało, nawet powieki. Już nie figlarnie, a spazmatycznie trzepotała rzęsami, błyskając białkami wywróconych ku górze oczu. Można by prawie uwierzyć, że – świadomie lub nie – chciała mi przekazać Morsem jakąś wiadomość.

Zresztą, jeśli wierzyć plotkom, delta-9 nie takie rzeczy wyczyniała z ludzkim układem nerwowym.

 

*

 

Cokolwiek lub ktokolwiek kryje się w pomieszczeniu pełniącym rolę salono-sypialni, Robal woli to ukryć przed moim wzrokiem. Eskortuje mnie przez ciemny, szarobury przedpokój, uważając, abym przypadkiem nie zajrzał przez niedomknięte drzwi. Niedbałym gestem wskazuje kierunek marszu – do kuchni.

Karaluchy, spłoszone eksplozją światła z żarówki, rozpierzchają się, drepcząc w popłochu po stole, blacie, desce do krojenia i brudnych naczyniach w zlewozmywaku, by zaraz zniknąć w ciemnych zakamarkach. Robal nie reaguje. Nawet przez moment, choćby odruchowo, nie śledzi wzrokiem ich ucieczki, co może oznaczać jedną z dwóch rzeczy: albo żyje z nimi w przyjaźni i symbiozie albo tylko ja je widzę. Wcale bym się nie zdziwił.

– Siadaj, gadaj, opowiadaj. – Nie czekając na mnie, sadowi się za stołem. – Czego ci trzeba?

– Delty-dziewięć. Dużo. Najlepiej dzisiaj.

– Dużo. Dzisiaj. Aha – droczy się ze mną, a może po prostu bardzo powoli przetrawia informacje. Siadam i po raz nie wiadomo który próbuję sobie wyobrazić, jak ten nieproporcjonalnie zbudowany drągal z szopą wściekle rudych włosów na głowie wbija się w gajer, zakłada bialutkie rękawiczki i wraz z trzema innymi facetami z godnością dźwiga trumnę. Jak zwykle, zadanie przerasta możliwości mojej wyobraźni. Jeszcze bardziej dziwiłbym się, jakim cudem podrzędny, wiecznie zamulony dilerczyna dostał taką fuchę – gdybym, rzecz jasna, nie znał jego koligacji z właścicielem zakładu pogrzebowego.

– Mordo, po co ci to? – mówi wreszcie. Przetwarzanie danych zakończone.

– A co, nie masz ani trochę?

– Nie mówię, że nie mam, tylko się pytam, czy to dla ciebie. Chuj mi do tego, jasna sprawa, ale chyba z tym skończyłeś?

– Tak samo jak ty. Z deltą, mefedronem, metą i co tam jeszcze zarzucałeś.

Robal ma już, o ile się orientuję, trzydziestkę. Pomimo eksperymentowania ze wszystkim, co mu się przewinęło przez ręce, zdołał nie zaćpać na śmierć, głównie dlatego, że non stop coś rzuca. A żeby coś rzucić, trzeba brać coś innego – dla równowagi i ukojenia nerwów. Takie narkotyczne ying-yang. Ziołem łagodzi symptomy odstawienia metamfetaminy, dropsami z czeskich dopalaczy tłumi post-mefedronowego weltszmerca i tak w kółko. Cały ten koktajl podlewa jeszcze solidną dawką alkoholu. Jakoś żyje.

– Nie wiem, czy będzie na dzisiaj. Sprawa wygląda tak. Mam tu skitranych parę działek – mówi konspiracyjnym tonem – ale nie wiem, czy mogę ci je oddać. Są mi potrzebne, bo rzucam.

– Co?

– Deltę.

Prycham ze złością.

– Rozwiń myśl, bo nie nadążam. Co ty jesteś, pies ogrodnika? Chyba lepiej, żebym uwolnił cię od tych działek. Nie będzie cię kusiło.

– Gówno tam kusiło. Jak nie mam, to zaczynam myśleć, skąd skombinować. A tak to przynajmniej wiem, że mam, że siedzi sobie schowane i mogę spokojnie nie brać.

No cóż, trudno sprzeczać się z człowiekiem, który z rzucania uczynił sztukę.

– Zresztą, chyba wyświadczam ci przysługę – kontynuuje z przebiegłym wyrazem twarzy. Przebiegłym jak na Robala. – Jak ci nie przejdzie do jutra, zadzwonię do kogo trzeba i zorganizuję ci trochę. Na razie masz, jak to się mówi, czas na refleksję.

– Ale ona na mnie czeka! – wypalam bezmyślnie, zanim uświadamiam sobie, jak bardzo opacznie to odbierze. Rzuca mi pełne wyrzutu spojrzenie, a potem przez chwilę gapi się za okno.

– Mnie do tego nie mieszaj – mamrocze pod nosem. – Załatw sprawę w prostszy sposób, jeśli naprawdę musisz. Mieszkasz na ósmym piętrze.

– Na siódmym. – Wzdycham. – I już tam nie mieszkam. Od paru dni sypiam w hotelach albo u znajomych. Ale słuchaj, to nie tak jak myślisz. Ja chcę żyć. Z nią.

 

*

 

Kiedy ludzie mieszkają jak mrówki w mrowisku, stłoczone tak, że łażą jedna po drugiej i nadeptują sobie nawzajem na czułki, kiedy ściany są cienkie, a schody i wentylacja wspólne, trudno jest zataić przed sąsiadami nawet zwykłe ludzkie tajemnice: romans, awantury domowe, popalanie trawki w kiblu. Trudno się więc dziwić, że nie minęła nawet doba, a już wszyscy wiedzieli o tragedii i jej przyczynach. Niewiele później wieści dotarły do uszu właściciela mieszkania. Nie przyjął tego najlepiej.

Przez dłuższą chwilę recytował litanię sposobów, na jakie uprzykrzy mi życie, jeśli jeszcze tego samego dnia nie zabiorę swoich gratów i „dobrowolnie” się nie wyniosę. Patrzyłem przez niego na wylot, w nicość. Byłem pustą skorupą, w której rezonował jego denerwujący głos. Nie miałem siły ogolić się i umyć zębów, a co dopiero zmagać się z właścicielem czterech ścian, które i tak były zbyt przesycone wspomnieniami, by stanowić dla mnie jakąkolwiek wartość. Zwrócił mi kaucję i zapłacony z góry czynsz, po czym najserdeczniej przepędził mnie w cholerę.

Tej nocy spałem w jednym z tych obskurnych hoteli kapsułowych, które w ostatnich latach obrosły centrum jak warstewka pleśni. Jako dzieciak nie wierzyłem, że te dziwadła z Japonii mogłyby przyjąć się u nas, ale oto proszę, byłem w jednym z nich i za jedyne osiem euro wynająłem trumnę o wymiarach dwa metry na półtora na metr. Powietrze było przesycone zapachem przetrawionego alkoholu i kwaśną wonią potu. Nie potrzebowałem czytać żadnych tabliczek, by odgadnąć, że prysznic jest płatny ekstra, pewnie na monety. Wpełzłem do swojej komórki w jednym z wielkich plastrów miodu, solidarnie się nie myjąc. Do snu ukołysał mnie ledwo słyszalny, niezrozumiały szwargot robotników z zagranicy. Zasypiałem owinięty we własny koc jak w kokon, marząc, że w nocy się przepoczwarzę, a z rana opuszczę komórkę jako nowy, lepszy osobnik. Pszczoła robotnica, przydatna i pracowita.

Obudziłem się jako stary ja, tylko trochę bardziej śmierdzący. Bezdomny. Pracy nie miałem od tygodnia – podobno z powodu braku szacunku i „niezdolności do wykonywania najprostszych poleceń”. Ciekawe jak mój szef skupiałby się na przyjmowaniu zamówienia, gdyby widział to, co ja widziałem – brązowe, karaluchowate świerszcze przypominające suszone daktyle, wielkie jak mój kciuk. Łaziły po obłej, wygolonej glacy klienta, badały czułkami wnętrze jego ucha jak wejście do jaskini i składały maleńkie, białawe jajeczka w obfitych fałdach jego porowatej skóry na karku. A on? Zero reakcji. Czysty obłęd.

 

*

 

– No dobra, może i widziałem owady – przyznaje niechętnie przyciśnięty do muru Robal. – Wielkie, kurwa, halo. Jakby nie było halunów i fazy, to po chuj ją brać?

Widząc, że moje wyjaśnienia meandrują, zahaczając o coraz odleglejsze i, w jego odczuciu, pozbawione związku dygresje – i że tak łatwo się mnie nie pozbędzie – wyjmuje z lodówki piwo i z trzaskiem otwiera puszkę. Kręcę głową, choć w zasadzie wcale mnie nie częstuje.

– Nie wydaje ci się to dziwne?

– Niby co? – Wzrusza ramionami i siorbie pilznera.

– Te halucynacje są podejrzanie konkretne.

– Czy ja wiem? Ludzie, którym mózg się całkiem zlasował od koksu czują czasem robaki pod skórą.

– Delta daje te efekty prawie od razu. Nawet potem, jak jesteś czysty. 

– Ja tam żadnych karaluchów nie widzę, a ty?

Pozwalam, by pytanie zawisło w powietrzu. Rudzielec przeciąga się, aż skrzypią stawy i oparcie krzesła.

– Człowieku, ale o co ci chodzi? – mówi. – Nie możesz dojść do sedna jak stuletni dziadek w burdelu.

– Chcesz prosto z mostu? Spoko. Bo widzisz, myślę, że delta wcale nie jest dragiem.

Robal ze śmiechu o mało nie krztusi się piwem.

– A niby czym jest? Witaminką C?

– Czymś więcej niż narkotykiem.

 

*

 

Snułem się bez celu po centrum. Szarówka powoli opadała na miasto, mieszając się z oparami znad Warty. Poznań sprawiał wrażenie zastygłego jak stężały bursztyn w dziwaczej niby-sepii zmierzchu, gdzieś pomiędzy dzienną paletą kolorów a nocną skalą szarości. Z promieniowania tła brutalnie wybijało się spektrum marketingu: rozżarzone neony, oświetlone jak choinki wystawy butików, holograficzny wodorowy hyundai za kilkuletnie średnie wynagrodzenie. Zmysł słuchu atakowały zaś rozwieszone gdzieniegdzie głośniki kierunkowe, które najpierw taksowały człowieka maleńką kamerką, by za pomocą zgrubnych algorytmów zaszufladkować go na podstawie płci i wieku do jednej z paru grup docelowych, a następnie z ruchomego przetwornika wystrzelić ku niemu stożek dźwięku zawierający spersonalizowaną reklamę.

Tak więc parłem naprzód przez strumień nachalnych dźwięków i świateł. Im mniej poświęcałem im uwagi, tym bardziej przypominały pozbawiony znaczenia szum, który szybko zacząłem ignorować. Dostrzegałem za to inne rzeczy. Smugi. Ludzie rekreacyjnie biorący rohypnol przez ileś dni pod rząd widzą czasem smugi ciągnące się za poruszającymi się przedmiotami, ale to nie to. Z początku tylko światła pozycyjne przejeżdżających samochodów zostawiały za sobą rozmazane ścieżki. Potem zauważyłem, że i mijający mnie przechodnie, zwłaszcza ci, którzy się gdzieś spieszyli, zostawiali nikły ślad znaczący trasę ich przemarszu. Mrużąc oczy, dało się nawet wypatrzeć smugi przed nimi. Poruszali się po torach jak kolejki jednoszynowe.

Tknięty nagłym impulsem, przystanąłem i zamarłem jak cypel otoczony ze wszystkich stron wzburzonym oceanem światła, ruchu i dźwięku. Obejrzałem się, powoli i nie bez lęku. Kropelka zimnego potu spłynęła mi wzdłuż kręgosłupa jak lodowata spadająca gwiazda. Ja również zostawiałem ślad – cieniutką niteczkę blasku o trudnym do nazwania kolorze. Spojrzałem przed siebie. Połyskliwa przędza wiodła prosto i w lewo, po trasie, którą podświadomie odtwarzałem z pamięci – utartym szlaku wydeptanym przez rok, kiedy pracowałem w pobliskim sklepie.

Zboczyłem z wydeptanej ścieżki i skręciłem w prawo.

Po paru minutach kluczenia przygnało mnie do mostu Chrobrego. Ciemniejące północno-wschodnie niebo rozjaśniał fałszywy brzask – łuna znad miasta. Bazylika przeglądała się w leniwie płynących wodach Warty. Obok wznosiły się ogromne kopuły, a za nimi celowały w nieboskłon nowoczesne wieżowce, ostre i asymetryczne.

Chwila.

Podniosłem wzrok znad powierzchni rzeki, potem znów spojrzałem na odbicie i jeszcze raz na miasto. Bliźniacze wieże bazyliki stały tam ewidentnie, gotyckie i zielonkawe od śniedzi, ale drapacze chmur i kopuły zwyczajnie nie istniały nigdzie poza falującym obrazem na tafli wody.

Czy raczej istniały, tyle że to już nie był Poznań.

Rozejrzałem się wokoło, prześlizgując się spojrzeniem po horyzoncie. Mrużąc oczy, dostrzegałem zarysy nie-Poznania wyraźniej niż kiedykolwiek. Im dalej próbowałem przeniknąć wzrokiem falujące powietrze znad miasta, tym więcej szczegółów dostrzegałem. Masywne wysokościowce, fantazyjne wieżowce i jaskrawe centra handlowe wytyczały nową granicę między miastem a niebem, granicę o nieznanych mi dotąd kształtach.

 

*

 

– I wtedy ją zobaczyłem. Wychwyciłem jej sylwetkę kątem oka, właśnie schodziła z mostu, idąc w kierunku Starego Miasta. Wiem, że to ona, bo odwróciła się na moment i chyba nawet się uśmiechnęła. Zawołałem ją, ale ona przyspieszyła kroku.

Robal z początku nie reaguje, przez moment mam nawet wrażenie, że przysnął, ale nie, czuwa. Obserwuje mnie spod przymrużonych oczu – podejrzliwie i czujnie.

– I co było dalej?

Wzruszam ramionami, zdziwiony, że musiał pytać.

– Pobiegłem za nią.

 

*

 

Dystans między nami nie malał – niczym w koszmarze o uciekaniu, tyle że to ja kogoś goniłem. Ścigałem ją wąskimi uliczkami, nieuchwytną jak mój własny cień. Momentami znikała mi z oczu, by potem, kawałek dalej, mignąć burzą kasztanowych włosów i znów zniknąć za rogiem. Kamieniczki, bliźniaczo podobne, zrośnięte ze sobą jak żywe tkanki Starówki, przesuwały się po bokach niczym niedbale namalowane teatralne dekoracje. Gdyby nie stukot podeszew o bruk, trudno byłoby mi uwierzyć, że w ogóle się poruszam.

Skręciła w kolejny zaułek, tak wąski, że mogłaby dotknąć obu ścian naraz. Czyżbym skrócił wreszcie dystans? Popędziłem co tchu. Jednak nie było mi pisane ją dogonić. Jeden niepokorny kamień brukowy sterczał ponad pozostałymi. Potknąłem się i na moment odwróciłem wzrok od zaułka. Gdy spojrzałem znowu, układ ulic był już inny. Uliczka, jak otwarta rana, zabliźniła się, zarastając miejską tkanką.

Zatrzymałem się. W miejscu, gdzie zniknęła, teraz była tylko nieduża wnęka zastawiona pękatym kontenerem na śmieci. Z jego metalowego brzuszyska kipiały plastikowe butelki, podarte worki na śmieci, puste paczki po fajkach i inne odpady metaboliczne miejskiego organizmu.

 

*

 

– Para-co? – pyta Robal.

– Paralaksa. Takie zjawisko. Jakby ci to wytłumaczyć? Zamknij jedno oko, unieś kciuk, o tak, i zasłoń nim żarówkę.

Robal przez chwilę patrzy na mnie jak na idiotę – bo może i na idiotę wyglądam, pokazując lodówce okejkę – ale w końcu naśladuje mój gest.

– A teraz otwórz drugie oko, a to zamknij. Jeszcze raz, lewe, prawe, lewe. Widzisz? Palec prawie nie zmienia pozycji, a żarówka…

– To ledówka – mruczy. – Energooszczędna, przedwczoraj kupiłem.

– Chuj z nią, słuchaj. Im dalej jest obiekt, na przykład ledówka, tym bardziej się przesuwa. Tym bardziej się zmienia.

Robal przez chwilę bawi się nową sztuczką, marszcząc przy tym śmiesznie brwi.

– I co to ma wspólnego z deltą? – pyta wreszcie.

– To tylko metafora, chociaż dobrze wyjaśnia dlaczego nie-Poznań lepiej widać w odbiciach. Można to też porównać do mgły. Z bliska jest niewidoczna, własne ręce widzisz normalnie, ale budynku pół kilometra dalej już wcale.

– Czekaj, wróć. Jaki nie-Poznań? Chodzi ci o te haluny?

– Tak, dokładnie o nie mi chodzi. Robal, słuchaj. Masz jaki-taki kontakt chyba z połową ćpunów z Wildy. – Krzywi się na słowo „ćpun”. – Przepraszam, miłośników umiarkowanie twardych narkotyków. Możesz z ręką na sercu powiedzieć, że to się nie zdarza non stop? Gubią się. Nie poznają znajomych ulic. Zauważają w oddali budynki, których nie ma. Czasem, szczególnie pod wieczór albo nad ranem, widzą całą panoramę miasta… ale to nie jest to miasto. Nie Poznań, który znamy. Hm?

Milczy, a potem kiwa głową. Rude kołtuny podrygują rytmicznie.

– Może i tak… No i te insekty… Ale zaraz. Dalej nie wiem, o co chodzi. Mówiłeś, że delta to coś gorszego niż narkotyk. Czyli co? I niby czemu ludzie widzą po nim jakieś drugie miasto?

– Kojarzysz pojęcie „wirus memetyczny”? – Nieskażony zrozumieniem wyraz twarzy Robala wytrąciłby mnie z równowagi, gdybym nie zdążył już przywyknąć do jego specyficznego pojmowania rzeczywistości i luk w pamięci. – Sklerozo chodząca, nie pamiętasz, co się działo w Japonii trzy lata temu?

– Jak Japońce srali po gaciach?

Wywracam oczami.

– Tak, chodzi mi o Japońską Histerię.

– To było co innego. – Jakiś trybik w ukrytym pod rudą czupryną mózgu wreszcie wskakuje na swoje miejsce. – Wirus…

– …nanowirus…

– …przestawiał im coś w głowach tak, że małe zagrożenie wydawało im się ogromne, co nie? „Zaburzona percepcja ryzyka” – dodaje, zadowolony z siebie. Zdaje się mówić: „ja też potrafię używać trudnych słów”. – Dostawali świra, jak wykresy giełdowe szły w dół.

– O to głównie chodziło. Najmniejszy dołek postrzegali jako załamanie rynku, a ich gwałtowne reakcje o mały włos nie wywołały prawdziwego kryzysu, który odbiłby nam się czkawką nawet tu w Polsce.

– I…?

– I skoro jacyś terroryści… albo Chińczycy, Iluminaci czy cholera-wie-kto… potrafili trzy lata temu stworzyć takie mieszające w mózgu gówno, to nie uważasz, że delta-dziewięć teoretycznie może być ulepszoną wersją tego albo podobnego wirusa? Zauważ jedną rzecz. Znasz ludzi, co hodują zioło, pichcą metę albo mefedron, przemycają we własnej dupie afgańską herę. A znasz kogoś, kto wie, skąd właściwie bierze się delta?

Robal wzrusza ramionami.

– Od ludzi się bierze, jak wszystko inne.

– Czyli nie.

 

*

 

Wpatrywałem się w pękaty kontener na śmieci ze skupieniem pielgrzyma, który przewędrował kilkaset kilometrów, by pomodlić się przy świętym płótnie. Ten obraz był jednak obrazem rozkładu i doskonale odzwierciedlał mój stan wewnętrzny. Puste skorupy pojemników i opakowań, cuchnące odpadki, wijące się larwy, zużyte prezerwatywy sflaczałe jak pęknięte rybie pęcherze. Patrzyłem nie na to miasto, co trzeba. Tędy biegła przecież inna ulica, urokliwy brukowany zaułek. Zmysły kłamały, bo kłamać musiały. Nie wierzyłem ich świadectwu nawet wtedy, gdy pod palcami poczułem szorstką rdzę kontenera, a w nozdrzach odór zgnilizny. Parłem naprzód. Obraz rozkładu rozmył się, ale to nie iluzja się rozwiewała, tylko moje oczy wypełniła gryząca wilgoć. Kontener zdawał się mnie zatrzymywać, a moje stopy pozornie ślizgały się w miejscu, w kałuży czegoś ohydnego.

Jednak umysł czynił tę iluzję prawdziwą.

A może winne były raczej miliony kłamliwych, mniejszych od bakterii bytów w mojej krwi. Zresztą, pewnie nie tylko mojej. Ludzie dotykali się, kichali, kaszleli, pieprzyli się, częstowali się jedzeniem i piciem. Każdy mieszkaniec Poznania był zakażony tym fałszem. Kłamstwem, które filtrowało, co możemy zobaczyć i dotknąć, a czego nie.

Istniało inne, ukryte miasto. A mój umysł nie chciał mnie tam wpuścić.

 

*

 

– Czegoś tu nie rozumiem. – Robal gasi papierosa w szklance, ale nie spuszcza ze mnie wzroku. – Najpierw wyłuskałeś mi tu całą teorię spiskową i nawijałeś o nanowirusach w delcie, a teraz i tak chcesz ją ode mnie kupić? Dlaczego? Zapytałem na początku i pytam znowu: po co ci ona? Tak naprawdę. Nie zamierzasz czasem zrobić… czegoś głupiego?

Wbija we mnie przenikliwe, całkiem nie-Robalowe spojrzenie. Dociera do mnie, że nie uwierzył w ani jedno moje słowo. Siedziałem w jego kuchni do trzeciej w nocy i wszystko na marne.

– Próbowałem ci wyjaśnić – mówię szczerze. – Nie potrafię. Więc nie pytaj. Po prostu sprzedaj mi tyle, ile masz. – Wysupłuję zawartość portfela i wykładam na blat pomięte banknoty. Ponad trzysta euro. Robal milczy. Gdzieś tam, za mętną, piwno-orzechową zasłoną jego oczu tłoczą się myśli w niespotykanych dotąd ilościach.

– Jak sobie chcesz – mówi w końcu. – Mam czternaście tabletek.

 

*

 

W ołowianej szarości przedświtu rzeka zdaje się prawie nie płynąć, ciemna, gęsta i lśniąca jak olej. Chłodny beton nabrzeża uwiera mnie w tyłek. Raz po raz zerkam na woreczek strunowy kryjący mój skarb – czternaście przezroczystych kapsułek wypełnionych szarym proszkiem. Proszek może pochodzić skądkolwiek i być czymkolwiek, tajnym projektem wykradzionym ze Strefy 51, starożytną szamańską mieszanką zmielonych bulw, kory i korzeni, a może tylko zwyczajnym popiołem, placebo. Straciłem pewność, jeśli kiedykolwiek ją miałem.

Nie żeby to miało dla mnie jakieś znaczenie. Jeszcze pół godziny temu owszem, ale teraz już nie.

Na przemian czuję w ustach plastikowy posmak kapsułek i chmielową goryczkę piwa. Powtarzam cykl czternaście razy. Dotąd brałem po dwie-trzy. Skoncentrowany kwas w moim pustym jak bęben żołądku chyba dość szybko rozpuszcza glicerynowe otoczki, bo nie mija kwadrans od wzięcia pierwszej, a już zaczynam coś widzieć. Zarysy budynków dublują się, rozmywają, wyginają, ewoluują, rozrastają się na mojej siatkówce we fraktalne kształty jak kwiaty, które mróz maluje zimą na szkle.

Mija jakaś nieokreślona ilość czasu. Co najmniej kilka stuleci albo nawet sekund. Świt chyba tuż-tuż. Robi się zimno. Drżę na całym ciele, zęby mi skaczą. Cholera, czy ja tracę wzrok czy przed świtem naprawdę jest najciemniej?

Słyszę za to coraz lepiej. Warkot samochodów, ćwierkanie ptaków, granie świerszczy, szum wody, bzyczenie much, plusk ryb. Wydaje mi się, że wiatr niesie również odległe odgłosy tego drugiego miasta. Nie mam pojęcia, czym dźwięki nie-Poznania miałyby się różnić, ale coś mi mówi, że to prawda.

Nagle otwierają mi się oczy – naprawdę się otwierają. Widzę je – widzę drugie miasto. I ją też. Jest piękna. Mówi coś do mnie. Widzę… widzę…

 

Koniec

Komentarze

Przeczytałam i zastanawiam się, czy może coś przeoczyłam, czy raczej czegoś nie zrozumiałam, ale w całym opowiadaniu nie dostrzegłam nic, co usprawiedliwiałoby opatrzenie go tagiem scence fiction. Nie dopatrzyłam się też w Drugim mieście fantastyki, bo osobliwe postrzeganie świata po zażyciu pewnej substancji zaliczyłabym raczej do omamów. Opowiadanie czytałam z umiarkowanym zaciekawieniem, jako że poruszone w nim sprawy wykraczają daleko poza krąg moich zainteresowań.  

Z zadowoleniem natomiast stwierdzam, że tekst jest napisany całkiem nieźle.

 

do­brze wiem, że w na­szym pięk­nym mie­ście ta­kiej nie ma ga­le­rii tej sieci. –> Chyba zbędny grzybek w barszczyku.

 

Pra­co­wa­ła tam przez nie­ca­łe pół roku… –> Raczej: Pra­co­wa­ła tam nie­ca­łe pół roku… Lub: Pra­co­wa­ła tam od niespełna pół roku

 

a scho­dy i wen­ty­la­cja wspól­ne, cięż­ko jest za­ta­ić przed są­sia­da­mi… –> …a scho­dy i wen­ty­la­cja wspól­ne, trudno jest za­ta­ić przed są­sia­da­mi

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Reg. Poprawki wprowadziłem. Co do fantastycznonaukowego charakteru tekstu… Oprócz drobnych futurystycznych wstawek (to tylko setting, wiem) , chodzi głównie o ten fragment i jego implikacje:

 

– Tak, chodzi mi o Japońską Histerię.

(…)

– Wirus…

– …nanowirus…

– …przestawiał im coś w głowach tak, że małe zagrożenie wydawało im się ogromne, co nie? „Zaburzona percepcja ryzyka” – dodaje, zadowolony z siebie. Zdaje się mówić: „ja też potrafię używać trudnych słów”. – Dostawali świra, jak wykresy giełdowe szły w dół.

– O to głównie chodziło. Najmniejszy dołek postrzegali jako załamanie rynku, a ich gwałtowne reakcje o mały włos nie wywołały prawdziwego kryzysu, który odbiłby nam się czkawką nawet tu w Polsce.

 

Sztucznie skonstruowany wirus, który zmienia ludziom funkcje kognitywne to zdecydowanie element SF. Czy jest on istotny fabularnie? Moim zdaniem tak. Chodziło mi głównie o to, że nasz pierwszoosobowy narrator jest mało wiarygodny, ale można mu uwierzyć, jeśli się chce. Delta-9 jest więc albo po prostu nowym, silnym narkotykiem, albo – jeśli czytelnik postanowi zaufać narratorowi – futurystycznym nanowirusem, który miesza w głowach zakażonym, “rozdzielając” miasto na Poznań i nie-Poznań.

 

A może winne były raczej miliony kłamliwych, mniejszych od bakterii bytów w mojej krwi. Zresztą, pewnie nie tylko mojej. Ludzie dotykali się, kichali, kaszleli, pieprzyli się, częstowali się jedzeniem i piciem. Każdy mieszkaniec Poznania był zakażony tym fałszem. Kłamstwem, które filtrowało, co możemy zobaczyć i dotknąć, a czego nie.

Istniało inne, ukryte miasto. A mój umysł nie chciał mnie tam wpuścić.

 

Obecnie kojarzy mi się to trochę z powieścią “Miasto i miasto” Mieville’a. Zabawne, że przeczytałem ją dopiero później :)

Hmmm. Mogę podpisać się pod komentarzem Reg.

Zasadniczo teksty o drugach i innych odmiennych stanach świadomości mnie nie kręcą. Ten również nie zdołał przebić się przez barierę.

Bohater dodatkowo mnie zniechęcał. Takie skoncentrowane na braniu nic.

Wydaje mi się, że związek z paralaksą raczej nikły.

Babska logika rządzi!

Początkowo wydawało mi się, że to opowiadanie zupełnie nie dla mnie, jednak dość szybko wkręciłam się w tekst. Nie mogę powiedzieć, że to “moje” klimaty, ale jednak zaciekawiłeś mnie, Autorze, na tyle, że nie przerwałam czytania. 

Podobał mi się pomysł i staranne wykonanie. Piszesz obrazowo a to wielki plus. Może rzeczywiście podpadłeś jurorom przez tematykę. ;) 

Podobało mi się :)

Jest tu fajny koncept. Opowieść o dragach i odlotach przechodzi do teorii spiskowej i urban fantasy. Całość wyszła więc ciekawie, choć czwarty i szósty fragment z lekka się dłużyły.

Na plus także zakończenie – z cyklu otwartych, ale zostawionych w bardzo interesującym punkcie.

Za ten koncert fajerwerków daję klika. Mi zapewnił dobrą rozrywkę.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Finkla, wiadomo, są gusta i guściki. Tekst mocno inspirowany “Nagim lunchem” (nie tylko narkotyki, ale i ta wszechogarniająca owadzia obecność). Paralaksa faktycznie była wciśnięta na siłę, bo akurat w trakcie klarowania się pomysłu pojawił się konkurs o miejskiej paralaksie :P

 

Rossa, dzięki za opinię. Miło zobaczyć, że mój styl może komuś podpasować :)

 

Anet, super, cieszę się :D

 

NoWhereMan, dzięki za komentarz i klika. Chciałem, żeby przy okazji zakończenia czytelnik sam się zastanowił, w co uwierzył, a w co nie… i co jego zdaniem zobaczył bohater, jeśli cokolwiek.

 

Nowa Fantastyka