- Opowiadanie: kubutek28 - Tres potentes contra plures

Tres potentes contra plures

Co tu dużo pisać... Jedno z opowiadań z mojego cyklu:) Zapraszam i życzę miłej lektury!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

NoWhereMan, Finkla

Oceny

Tres potentes contra plures

Tres potentes contra plures

Na targu w Podlełowicach jak zwykle tłoczno było od sprzedawców, spożywców i takich, którzy obie te role wypełniali równocześnie – nosząc oferowany przez siebie towar na ramieniu czy pod pachą lub też prowadząc zwierzęta, mogli przecisnąć się przez tłuszczę. W odróżnieniu od chcących wymienić kozę czy prosię, posiadacze drobniejszego inwentarza zmuszeni byli do sprzedaży stacjonarnej. Nie było bowiem sensu przynosić jednej kury albo królika, jeśli na targ szło się nieraz wiele stai.

Jeden z hodowców, handlujący królikami właśnie, nie wyglądał na niezadowolonego z faktu uziemienia. A już na pewno nie mógł narzekać na brak zainteresowania ze strony spożywców. Ludzie tłumnie przystawali przy jego kramie, wielu jednak kręciło nosem.

– Panie, co one takie dziwne?

– Sam pan jesteś dziwny! Nie chcesz pan, nie kupuj, daj innemu obejrzeć!

– A inny co, ślepy? Patrz pan, jakie one małe! Na pasztet chyba ze trzy trzeba!

– Jak tyle żrecie, to róbcie se ze trzech!

– Nie zagaduj pan, mów raczej, czemu łby mają takie duże.

– Roztropniejsze.

– A to zwierza się dla roztropności trzyma?

– Gada z nimi, jak nikt inny nie chce…

Rozległ się śmiech.

– Ot, głupie – podniósł głos jeszcze bardziej hodowca – o powinności swojej myślą lepiej. Patrzajta, ile młodych, jeden miot to. – Uniósł wtem wieko długiej na sążeń klatki, w środku której w panice biegały dwa tuziny królików.

– Ale mięsa mało mają! – Któryś z zainteresowanych przycisnął jednego ze zwierzaków do spodu klatki, jął dźgać go paluchem. – Co pan, chcesz, żebym móżdżek jego żarł? Czy gdzie…

Nie dokończył. Całą klatkę i otoczenie w promieniu kilku skoków spowił ognisty blask, który pojawił się z głośnym hukiem. Stojący dookoła, łącznie ze sprzedawcą, dosłownie zmienili się w popiół. Ocalały tłum zatrzymał się, patrząc na zdarzenie ze zdumieniem. Po chwili zaczął wrzeszczeć we wszystkich skalach głosu. Powstał zgiełk, jakże inny od tego panującego jeszcze parę chwil wcześniej. Ludzie wrzeszczeli i piszczeli, inwentarz gdakał, muczał, kwiczał, beczał, rżał. Wszystko ogłaszało koniec targu, a jego uczestnicy pierzchali we wszystkie możliwe strony.

 

***

Na pobliskich chłopów można było liczyć, jeśli chodziło o żywność. Nie żałowali chleba, jaj, ryb czy innych smakowitych różności. Dziczyznę jednak Tracjan Klemenson wolał pozyskiwać sam. Lubił polować, poza tym świetnym treningiem było przyczajanie się i atakowanie po kryjomu.

Łowca wracał właśnie przez las do domu. Na ramionach niósł dopiero co upolowanego, ciepłego jeszcze, jelonka. Będąc już nieopodal, poprzez szum drzew zaczął docierać doń inny dźwięk – pokrzykiwanie wielu osób. Tracjan uznał, że zgiełk dochodzić musiał gdzieś sprzed jego domu, zważywszy że z każdym krokiem stawał się coraz głośniejszy.

Wszedł do swojej posiadłości tylnym wejściem, od strony lasu. Zszedł niespiesznie do piwnicy, złożył truchło na ławie, ściągnął okrwawiony płaszcz i, wróciwszy na górę, udał się pod drzwi frontowe.

– Przecie nie ma go, co będziem stać? – dobiegł go głos, nim jeszcze wyszedł na zewnątrz.

– Stój, może się zaraz zjawi…

Tracjan usłyszał płacze oraz rozżalone i pełne złości pokrzykiwania. Otworzył drzwi i przyjrzał się wpatrującym się weń chłopom.

– Ludzie! – Łowca uniósł ręce, uciszając wszelki hałas. – Z czym przychodzicie?

To nie było dobre pytanie. A przynajmniej nie powinien zadawać go całemu ogółowi. Bo oto ogół naraz zaczął odpowiadać. Mnóstwem głosów, opisów i wersji zdarzeń, których nijak nie dało się oddzielić.

– Cisza! – krzyknął ponownie Tracjan. – Mów ty – wybrał stojącego najbliżej, wyglądającego na dość rozgarniętego.

– Bieda, panie – jęknął ów, machnąwszy ręką. – Z targu przychodzim pożalić się i ratunku szukać!

– Mór to! Zaraza! – wtrąciła jakaś tęga kobieta, nie bacząc na przykazanie, by mówił tylko jeden. – parę tuzinów ubiła!

– Ot, głupia! – odezwał się ktoś inny, chudy i o skrzywionej gębie. – Widziała ty zarazę? Przecie padli wszystkie naraz, jak na zawołanie! Prędzej wybuchło co, pożoga jaka…

– O, to, to! – potwierdził znów ten pierwszy. – Będzie coś z tego, bośmy po wszystkim popiołu bezmiar znaleźli!

– Co mówicie? – zdziwił się łowca. – Zginął ktoś?

– Abo jeden? Przecie mówim!

– Panie, żar się taki podniósł, że jak ich pochłonęło, to nie było rady, by wyszli żywo!

– Zebrała się wkoło kramiku ciekawych gromada, to i tę ciekawość srodze opłaciła. Musi to jaki kuglarz stragan ustawił, czy inszy guślarz…

– Nie guślarz to! – krzyknął ktoś głosem rozdygotanym i wysokim. – Stałem i ja przy tym kramiku, alem szczęśliwie zawczasu był się wycofał. Na własne oczy widziałem, że to nic innego, tylko króliki. Zaprawdę! – podkreślił, próbując przekrzyczeć pomruki narastające w tłumie. – Prawda, dziwne, wielkie łby miały, większe niźli reszta ich ciała razem, ale to były króliki!

W paru miejscach wywiązały się ożywione spory między tymi, którzy nie chcieli uwierzyć w opowiedzianą rzecz i tymi broniącymi tejże. Być może ci drudzy, jak i świadek, widzieli kram, lecz uszli, nim rozpętała się tragedia. Chłopi przybyli do łowcy po radę – aby ustalić, czym właściwie było zagrożenie – oraz po pomoc. Do tego pierwszego, zdawać by się mogło, już nikogo więcej nie potrzebowali. Sprzeczali się jedni z drugimi jeszcze czas jakiś, nie dali jednak Tracjanowi dojść do głosu, podzielić się swymi uwagami.

Jemu samemu było to zresztą na rękę, mógł zastanowić się, czy nie miał w przeszłości do czynienia z podobnym zjawiskiem i jak mu zaradzić. Uznał, że jakkolwiek dziwnie nie brzmiałaby opowieść o królikach, w dochodzeniu należało pójść tym tropem właśnie.

– Dość gadania – uciął dywagacje wiedząc, że nic pożytecznego, poza częściowym rozładowaniem wzburzenia tłumu, nie dadzą. – Niech ktoś prowadzi na targ, chcę przyjrzeć się bliżej wszystkiemu.

 

***

– Tam to, panie! Patrzajcie, jak czarno dokoła!

Rzeczywiście, w promieniu kilkunastu sążni wszystko było siwo-czarne, zupełnie jakby pomalowane popiołem i sadzą. Bliżej środka tego koła niewiele jednak pozostało – wybuch zapewne miał taką siłę, że wprost obrócił w proch to, co tam było.

– Mus się rozejrzeć… – stwierdził Tracjan, ruszając ku pogorzelisku. Przystanął zaraz; obróciwszy się spostrzegł, że idzie sam. Świadkowie stali, z nietęgimi minami patrzyli to na niego, tona czarną dziurę. – Nie obawiajcie się! Drugi raz nie wybuchnie, a ja potrzebuję waszych świadectw.

Trzej chłopi niechętnie ruszyli się z miejsca, burcząc coś pod nosami, że przecie oni już poświadczyli.

Tracjan tymczasem, czekając na nich, a później każąc im czekać, oglądał miejsce zdarzenia. Spod warstw popiołu wystawały różne rzeczy. Zaczął, wzniecając chmurę pyłu i babrając się, grzebać w burym prochu. Znalazł nie do końca ostygłe zgliszcza drewnianych konstrukcji – jak domyślił się, pozostałości straganów, do połowy ocalałe kości ludzkie, niektóre z wciąż tkwiącymi nań fragmentami mięśni, skóry i odzieży oraz skrawki futra. Te ostatnie zdawały się potwierdzać słowa świadka, jakoby kramarz miał tu króliki, z drugiej jednak strony, równie dobrze mogły to być kawałki czyjegoś ubrania – robiło się przecież coraz zimniej.

– To który z was był przy tym straganie?

– Ja, panie… – odrzekł jeden z chłopów. Nie był to ów wieśniak spod domu Tracjana, który dał świadectwo; tamten nazbyt bał się przychodzić na miejsce wybuchu po raz drugi. Chłop stojący teraz przed łowcą również, jak twierdził, odwiedzał nieszczęsny kramik, potwierdził też wersję z królikami.

– O czym ludzie gadali? Z handlarzem czy między sobą?

– O, panie, a kto by tam to wszystko spamiętał? Mówili, że mięsa mało z tych króli, inni chcieli na futro tylko kupywać, bo strach jeść… Wie pan, jak to na targu, a to za dużo chce za takie dziwności, a to inny, że on takie też ma i nawet nie pomyśli przedawać ich, cóż dopiero tak drogo…

– Co mówicie? Ktoś jeszcze takie ma?

– Ano…

– A kto?

– Panie, a co ja, każdego po imieniu znam? Nie gadalim, nie znam tedy kto on i skąd… Jednako – ożywił się wtem – wspomniał coś o szanownym panu! Gadał z kimśtam, opowiadał że to nawet wstyd panu Klemensowi oddać na użytek, a, mówi, był ów u niego ze dwa dni nazad i miast królika kuraka panu wolał dać.

A więc Tracjan powinien był przypomnieć sobie, który spośród odwiedzonych przezeń gospodarzy hodował króliki i kto podarował mu drób oraz odwiedzić owegoż. Zwłaszcza, że, jak uznał, poczerniałe zgliszcza i martwi nie powiedzą mu nic więcej.

 

***

Do sioła Podpazaczne Tracjan dotarł około godziny po południu. Sam, bo świadkowie nie byli mu już potrzebni. Wiedział przecież bez nich, gdzie mieszkał człowiek, którego odwiedzał dwa dni wstecz. Chłopi udali się do swoich domów, zwłaszcza że widocznie tego chcieli, stracili przez łowcę już dość czasu.

Domy we wsi, jak w wielu innych, położone były przy biegnącej prosto przez równinę drodze. Tuż za nimi, oraz za przylegającymi doń podwórkami z budynkami gospodarczymi, rozciągały się pola, na których niektórzy sielanie właśnie pracowali.

Chałupinę hodowcy, okoloną przez wiklinowy płot, Tracjan wypatrzył dość szybko. Podszedłszy trochę, spostrzegł siedzącą na ławce kobietę z kilkuletnim dzieckiem na kolanach. Z ich twarzy momentalnie dało się wyczytać jakieś strapienie. Łowca domyślał się, że być może mąż siedzącej pod płotem nie wrócił z targu, porażony tajemniczą mocą.

– Dzień dobry! – przywitał się. Kobieta odwróciła wzrok ku niemu. Ciekawskie, acz zaniepokojone oczy dziewczynki również wlepiły się weń. – Stało się co?

– A, stara bida, panie… – stęknęła tamta. – Samo życie.

– A co, mąż z targu nie powrócił?

– Stary? Gdzie! Czemuż miał nie wrócić…

Łowca, mówiąc szczerze, zdziwił się. Przyczyna frasunku kobiety zdawała mu się oczywista.

– To czemuż się trapicie?

– Przez starego właśnie! Zbiesił się, nie wiada czemu… – Skinięciem głowy wskazała dom za plecami. – Siedzi tera w chałupie, siekiery się jąwszy z domu wygnał, a sam się zamknął…

– Pijany?

Baba spuściła wzrok w zamyśleniu.

– Ja tam nie wiem, panie – rzekła. – Z targu trzeźwy wrócił, wyszedł gdzieś na podwórze, a jak zara do domu przyszedł, już taki był.

– Znaczy, mówicie, na niedługo na podwórze wyszedł?

– Ano.

– A nie mówił dokąd?

– Na obrządek. –Kobieta wzruszyła ramionami. Dziewczynka nieufnie, acz z zaciekawieniem, patrzyła tylko na obcego. – To nic mówić nie trza, przecie jak żarcie królikom i kurom bierze, wiadomo gdzie i na co idzie…

Rozmawiając z chłopką, Tracjan próbował nasłuchiwać jakichkolwiek dźwięków z chaty. Nic nie wskazywało na kłopotliwego mieszkańca w jej wnętrzu.

– Dziwności – stwierdził łowca. – Zostańcie tutaj, podejdę i zobaczę, co to się tam wyrabia.

Młoda chłopka skinęła tylko głową, wyraźnie będąc rada z możliwości pozostania na dotychczasowym miejscu.

Tracjan domyślał się, co jest przyczyną ostatnich dziwnych zdarzeń. Nigdy osobiście nie spotkał się z tym zjawiskiem i, jak pomyślał, wolałby, ażeby tak pozostało. Starczyło mu, że już nasłuchał się i naczytał o drobnych zwierzętach z powiększonymi głowami. Rozrost ów czasem sięgał takiego stopnia, iż rozciągnięte skóry i czaszki stawały się aż przezroczyste i widać było mózgi.

Podszedłszy do drzwi, zapukał weń. Ze środka nadal nic nie było słychać. Aż do momentu, gdy rozległy się ciężkie kroki. Ktoś podszedł pod samo wejście, przystanął. Tracjan czekał na odpowiedź.

– Czego? – usłyszał bez wątpienia głos gospodarza, jakże jednak inny od tego przyjaznego tonu sprzed dwóch dni.

– To ja, Klemenson – zapowiedział się łowca. – Słyszałem, że może być wam potrzebna pomoc.

– Niepotrzebna! Idzie niech!

– Czym wam uczynił co złego? Co się srożycie i chowacie przed przyjacielem, jakby to był zbójca raczej?

– Boście zbójca! Won mówię, w kibinimatry!

– Com wam zrobił? – uniósł głos łowca. On też był już nieco rozeźlony. – Jaśnijcie, zamiast rzucać tylko pochopnie potwarzami!

Drzwi uchyliły się gwałtownie. Na zewnątrz wyjrzał chłop trzymający siekierę gotową do ciosu. Włosy miał skołtunione, spojrzenie gniewne i dzikie. Odzienie, futrzaną kamizelkę na lnianej koszuli oraz płócienne portki, również miał w nieładzie i poplamione, zupełnie jakby bił się z kimś chwilę temu.

– Wyście wszyscy jednacy! – wysapał chłop. – Jako i na targu, wyrżnąć chcecie moje dzieci, zali nie? Nie po króliki toś przyszedł, a? Won, bo łeb rozłupię.

Tracjan cofnął się krok przed uniesionym narzędziem. Chłop tę reakcję przyjął za koniec rozmowy, zamknął się na powrót w środku. Słusznie zresztą, bo łowca nie zamierzał mówić nic więcej – nie było sensu, chłop bredził od rzeczy, jakby nie swoją wolą.

Klemenson wiedział, czyją.

– Dużo macie królików? – zapytał, wróciwszy do gospodyni.

– Parę nad dwa tuziny – westchnęła, słysząc rozmowę sprzed chwili. – Ale to miernoty, panie… Niby dorosłe, da się je nawet dopuszczać, a mięsa tyle co z młodziutkich…

– A głowy ich wielkie i móżdżki aż widać?

– Jakbyś pan je sam widział…

– To i lepiej, że mięsa mało… Mniejsza strata będzie jak wyrżnę. Bo trzeba.

Kobieta bez większego oporu zgodziła się, skinąwszy głową.

– Da to co?

– Powinno. Zobaczymy po wszystkim. Czekajcie tutaj, sam trafię.

Obszedł chałupę, próbując ukradkiem zajrzeć przez okna. Te były jednak zasłonięte od wewnątrz. Udał się wgłąb podwórza. Na razie nie zbliżał się do chlewka z królikami, zaczął grzebać w swej skórzanej torbie na ramię i uspokajać myśli. Stado liczące koło trzydziestu osobników to jeszcze nie tak dużo. Powinno być też na tyle zajęte dotychczasową hipnozą, że raczej nie wyczuje niebezpieczeństwa.

Wyciągnął blaszaną puszkę z wystającym sznurkiem. Nie umiał posługiwać się czarami, nosił więc przy sobie ekwiwalent kuli ognia, zakupiony u zaprzyjaźnionych krasnoludów-rzemieślników. Jedna petarda, jaką był właśnie ów pojemnik wielkości kułaka, powinna była załatwić całą sprawę. Tracjan zastanawiał się tylko, czy nie aż nadto – eksplozja granatu mogłaby wysadzić całą szopę. To jednak raczej zostanie łowcy wybaczone, jeśli tylko uda mu się uwolnić gospodarza spod złego zaklęcia.

Tracjan uznał, że on sam nie będzie już zaglądał do środka drewnianego budynku, zwłaszcza że niosło to ze sobą zagrożenie. Relacja gospodyni i dotychczasowa wiedza pozwalała ustalić, że są to jednak króliki z powiększonymi głowami i jako takie powinny zostać unicestwione. Wyjąwszy krzesiwo i hubkę, strząsnął iskrę na tę drugą, od suchego grzyba podpalił lont. Wrzucił puszkę do wnętrza otwartej, na szczęście, szopy i uciekł za dom.

Granat był mocniejszy, niż się zdawało. Gruchnęło, aż ziemia zadrżała. Koło kryjówki łowcy spadło kilka drzazg i źdźbeł słomy. Wyjrzawszy za róg chałupy, Tracjan ujrzał szopę, a właściwie jej brak. Zostało tylko parę desek pokrytych łajnem królików, skrawki skóry zwierzaków oraz płomień po eksplozji, który szczęśliwie nie przeniósł się na inne budynki.

Na efekty eksterminacji nie przyszło mu długo czekać. Po chwili łowca usłyszał łomot w chacie, ujrzał chłopa wybiegającego bez siekiery, ku kobiecie i dziecku.

– Ach, daruj Chazia – zakrzyknął zapłakany, klęknąwszy przed nimi. – Opętało mnie co niedobrego. Przecie ja bym nigdy… Ziajka, dziecinko…

Jął przytulać się do twarzy dziewczynki, której też zbierało się na płacz. Gospodyni od razu pojęła, że prawdę mówi jej mąż, że to nie z niego wyszło to szaleństwo. Nie w głowie jej było gniewanie się, zwłaszcza iż, na szczęście, gospodarz nie zdążył uczynić im krzywdy. Przytuliła do siebie chłopa, na koniec wszyscy popłakali się ze szczęścia, nie ważąc na Tracjana i rozwalone przezeń w drobny mak szopę i wszystkie króliki.

Sam łowca uśmiechał się widząc to szczęśliwe dla chłopów zakończenie. W głębi męczyły go jednak ponure przemyślenia. Ach, jakże chciałby, żeby to rzeczywiście był koniec! Miał przeczucie, słuszne zresztą, że cała heca osiągnęła dopiero punkt rozwinięcia…

 

***

– Audi procol – wypowiedział Ongus. – Skup się… Powtórz… I mów, co słyszysz. Od najbliższego otoczenia – polecił Tymonowi ciszej.

Uczeń czarodzieja wypowiedział formułę, do jego uszu zaczęły dochodzić różnorakie dźwięki. Tym więcej, im bardziej skupiał się na zaklęciu.

– Co słyszysz?

– Kapanie wody… Krowę… Ludzi… Gadają…

– Poznajesz, kto?

– Kobity jakieś… Oj, nie poznaję, za cicho…

– Co ty nie powiesz? – Ongus się zaśmiał. – Mnie aż w uszach dzwoni.

– Łopot skrzydeł… – wymieniał dalej Tymon, nie rozpraszając się uwagą czarodzieja. – Dużych… Jakby… Orła?

– E, coś większego – zainteresował się Ongus.

Zamilkli, wsłuchując się w niepoznany dźwięk. Naraz, z grymasem bólu, nakryli uszy dłońmi, usłyszawszy łoskot.

– Ucichło… – szepnął Tymon. – O, kroki jakieś…

– Idzie do nas, zgaś zaklęcie.

Tymonowi przyszło to łatwo. Czar był na tyle niestabilny, że krótka myśl na inny temat wystarczyła do rozproszenia.

Już bez magii dało się słyszeć, że ktoś wdrapuje się po schodach wieży. Po chwili zobaczyli mężczyznę wyłaniającego się z dziury w podłodze.

– Dzień dobry…

– O, Klemenson! – Ongus rozradował się. – Czołem!

Tymon, skinąwszy tylko głową na powitanie, spojrzał na przybysza. Znał go, ale jego widok wzbudził w chłopie poczucie zagrożenia. Nie bezpośredniego, ale zawsze.

Tracjan spojrzał na twarze mężczyzn, rozejrzał się po wieży z lekkim uśmiechem, wlazł do środka.

– Co znowu nabroiłeś? – Ongus wstał. – Bo przecież, jak zwykle, na samą zielankę nie wpadłeś?

– Ano. – Tamten spochmurniał. – Kłopot jest…

– Mów.

– Wielomyśl.

Czarodziej pobladł.

– Gdzie?

– Dokładnie nie wiem. Nie wiem też, ile…

– A co?

– Króliki. Ze trzydzieści rozwaliłem, koło dwóch tuzinów spaliło się samo – wyjaśnił łowca, chodząc po wieży. – Ale jest ich więcej, na pewno! Hodowcy pożyczali sobie samce. Zresztą… To króliki…

– Podatne mózgi i szybkie rozmnażanie, nie musisz mi mówić… – mruknął czarodziej.

Umilkli obaj. Tymon patrzył to na jednego, to na drugiego, nie rozumiejąc prawie nic. Wiedział tylko tyle: zmartwienie istniało i, chce czy nie, weźmie udział w jego zażegnywaniu.

– O czym gadacie? – zapytał. – Co z tymi królikami? I co to ta wielomyśl?

Ongus przetarł twarz dłonią, spojrzał nań.

– Pamiętasz, jak zmieniłeś się w królika? –

Głupie pytanie. Rozsądniejszym zdawało się: czy w ogóle da się takie zdarzenie zapomnieć. Skinął.

– W zmienionej postaci rzucałeś zaklęcia – wyjaśniał dalej czarodziej. – Później był problemy z przywróceniem ci człowieczej formy, a gdyśmy już to osiągnęli, królik, który pozostał, miał powiększoną głowę.

Tracjan z nieskrywanym podziwem spojrzał na Tymona. Trochę się zmieniło od ostatniej wizyty łowcy.

– Królika zabiłem – ciągnął wolszebnik – wiedząc, że z tej głowy właśnie może wyniknąć bezmiar kłopotów. No, to wielomyśl jest największym z nich.

– Widzisz, zaczyna się zawsze od takiego jednego, niewinnego niby, królika z powiększoną głową. Z tym, że zaczyna być jak kapka dziegciu w miodzie. Nie wiedząc, że grozi to czymkolwiek, gospodarze hodują młode, a z tych o większym mózgu rodzą się tylko takież. Poza tym, króliki tworzące wielomyśl samymi swymi myślami potrafią sprawić, że i zwykłym królikom zaczynają rosnąć głowy. Później takie stwory gromadzą się, tworząc jakby jedność, o jednej woli, w myśl zasady: "w kupie siła". Bo im ich więcej się zbierze, tym potężniejsza jest wielomyśl.

– Na początku – kontynuował czarodziej po chwili ciszy – zwierzęta wielomyśli stają się po prostu nieco mądrzejsze, najbardziej mając na względzie dalszy wzrost. Od kilkunastu sztuk w grupie, zależnie od różnych czynników czasem od dwóch tuzinów, zaczyna posługiwać się magią. Najpierw słabszą, później mocniejszą. W końcu może hipnotyzować duże grupy stworzeń, niekoniecznie króliki, i używać ich do swoich celów. Ponadto nie wiem, co wielomyśl może, nie znalazłem nigdzie w księgach historycznych poświadczenia. Najpewniej nikt nie był na tyle głupi, żeby sprawdzić. Albo nie pożył dość długo, by to widzieć i opisać…

Tymon zadumał się, zaczął przyswajać usłyszane wieści. W milczeniu popatrzył na towarzyszy, których spojrzenia wlepione były w niego.

– Jak mrówki – podsumował chłop.

– Dobrześ to ujął. – Ongus skinął głową. – Z tym, że w wielomyśli nie ma niczego na kształt królowej, wszystkie osobniki są równie ważne, choć pojedynczo nie różnią się prawie niczym od zwykłego zwierzaka.

– Czemu akurat króliki? – zapytał Tymon.

– Dużo ich w okolicy… Ktoś słusznie pomyślał, że szybciej się zbiorą w wielkie zgromadzenie. Zwłaszcza, że w porównaniu na przykład do szczurów, królicze umysły są słabsze i łatwiej ulegają przemianie.

– Ale skąd się to wzięło? Z tego jednego, com go zrobił? Nie zabiłeś go, czy zdążył inne zaczarować przed zdechnięciem?

Ongus, jakkolwiek zamyślony, dumny był z przytomności umysłu ucznia i jego trafnych pytań.

– Nie, to niemożliwe… – mruknął czarodziej. – Za krótko żył, żeby… Ktoś inny musiał stworzyć tę abominację gdzie indziej. Miejmy nadzieję, że nie dużo wcześniej… Ale kto…

Zamyślony zamilkł. Ale tylko na chwilę.

– To on! – Wyprężył się. – To musiał być on! Wszystko pasuje! Ładnie to wymyślił, spryciula… Ogłupił wszystkich, łącznie ze mną…

– Kto taki? – zapytał Tracjan.

– A, nie znasz… – Ongus machnął ręką, odwrócił głowę ku Tymonowi. – To musiał być ten czarownik, co ożywił trupy i króliki. Pamiętasz?

Znowuż, trzeba było chyba być nieprzytomnym albo martwym, żeby nie pamiętać, chciał powiedzieć Tymon. Ponownie kiwnął jednak tylko głową.

Tracjan jeszcze bardziej zdumiony spojrzał po pozostałych. Zachodził w głowę: co tu się działo?

– Z wielomyślą powinno nam pójść nieco łatwiej – Ongus krążył zaaferowany po pomieszczeniu – skoro jej twórca jest unieszkodliwiony… Ale – przystanął na chwilę, uniósł palec – to bardzo niewielkie "nieco". Jak już mówiłem, należy mieć nadzieję, że pierwszy stwór nie został stworzony zbyt dawno temu. O wiele łatwiej zabić małe grupki wielomyśli, takie co jeszcze nie zdążyły się połączyć.

Tymon zastanawiał się, czy jego nauczyciel dzieli się z nimi swymi spostrzeżeniami, czy po prostu głośno myśli. Ów chodził, gapiąc się w podłogę, jakby podążał tropem pozostawionym przez jakiegoś włamywacza. Bardzo długim tropem.

– Skoroś mówił, że już zniszczone są dwie oddzielne grupy – tu, jak domyślił się Tymon, Ongus zwracał się do łowcy – to jeszcze jest szansa. Nie możemy mitrężyć czasu, musimy wyruszyć jak najszybciej, jeszcze dziś, zaraz!

– Idź powiedz dziadziowi, że cię nie będzie – rzekł Ongus do chłopa, który już i tak podejrzewał, że przygoda go nie ominie. – Weź najpotrzebniejsze rzeczy. Prowiantu nie bierz, będziemy coś mieli albo zdobędziemy na bieżąco, kraina urodzajna.

Tymon zawahał się tylko na chwilę, po której puścił się pędem po schodach.

– A więc leci z nami? – ni to zapytał, ni to stwierdził, Tracjan.

– Czemu nie? Bocian ma trzy miejsca, każda para nóg do napędzania się przyda. – Ongus miał na myśli trzyosobowy ornitopter, maszynę, którą łowca zwykł podróżować. Czarodziej słusznie uznał, że towarzysz przyleciał nią również teraz. – Zresztą, możesz to nazwać praktycznymi dlań zajęciami. Nauczą go więcej, niż rok ślęczenia w wieży i praca na miejscu.

Klemenson wzruszył tylko ramionami. Nie miał nic przeciwko, a wręcz cieszył się z obecności dodatkowego wolszebnika w starciu z wielomyślą.

 

***

Jako pierwszą odwiedzili Zakisną Wolę. Zgodnie z relacjami chłopów, w tej wsi również mieszkał ktoś, kto hodował króliki z dziwnie wielkimi głowami. Plotki, jak powiedział Ongus, mogą być jak ziele. Czasem zagłuszają prawdę, rosnąc stokroć szybciej pośród cenniejszych plonów. Umiejętnie zebrane mogą jednak przynieść szereg korzyści, w tym przypadku konkretne informacje.

Przed sadybą, która ich interesowała, zebrało się kilkanaście osób. Członkowie tłumku rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami, spoglądali wgłąb podwórka, to znów patrzyli wokół. Nie dziwi więc, że zaraz dostrzegli trzech przybyłych.

– Oho, czyżby kolejny zahipnotyzowany? – mruknął Tracjan pod nosem. – Co tak radzicie, stało się co? – zwrócił się do sielan. – Panie Namyśle, to pana dom. Mówcie.

– E, szkoda trochu – odezwał się jeden z chłopów. Widać, znali się już z łowcą od dawna. – Może to i dobrze, żeś pan przybył, zdaje się pomoc pańska potrzebna.

Chłop Namysł przerwał na chwilę, być może czekał na słowa wyrażające zainteresowanie. Musiały mu jednak wystarczyć uważne spojrzenia trzech przybyłych.

– Przyszło co w nocy – ciągnął – podusiło króle. Widzi mi się jednako, stado jakieś to wielkie być musiało, będzie trzeba wespół wyruszyć i na szkodniki zapolować. Bo to niby normalne, zdarza się czasem, przyjdzie co, szkodę uczyni. Ale wszystkie klatki, wszystkie króliki, co do sztuki?

– U, niedobrze – przyznał łowca.

– Ano.

– Jakieś ścierwa królicze zostały?

– Właśnie nie, zabrały bestie wszystko.

– Komuś jeszcze się tak przydarzyło? – wtrącił Ongus.

– Toż przecież – odparła kobieta stojąca z tyłu grupki. – Inaczej by tu wszyscy nie stali i nie radzili.

– I to w jedną noc?

– Ano tak. – Chłopka zmarszczyła brwi, jakby sama zaczęła zastanawiać się nad własną odpowiedzią. – Dużo musiało być tych bestii…

Nikt jej nie odpowiedział. Zdawało się jednak, że wszyscy nagle zrozumieli, że sytuacja jest dziwniejsza, niż się dotychczas zdawała.

– Możemy obejrzeć te klatki?

– Proszę. – Namysł wskazał ręką podwórko.

Już chwilę po tym, jak weszli na podwórze, trzej przybysze mogli dostrzec ślady zajścia z ubiegłej nocy. Drzwi chlewka były u dołu częściowo zniszczone, razem z podkopem w miękkim podłożu tworzyły dziurę, przez którą mogło bez przeszkód przejść zwierzę wielkości lisa. Odciśnięte w błocie na zewnątrz łapy niezawodnie wskazywały drogę, którą czmychnęli uciekinierzy, czymkolwiek by nie byli.

Bez słowa weszli do środka. Stojące tam klatki również nosiły ślady zadrapań, w wielu miejscach ziały dziury, niektóre skrzynki nie wytrzymały, leżały po prostu zgruchotane.

– Małe ślady łap na dworze – zauważył Tracjan. – Wydrapane dziury, ani śladu krwi…

– Spójrzcie – polecił Ongus. – Klatki były drapane od środka. To króliki, chciały uciec.

– I uciekły – dopowiedział Tymon.

Czarodziej pokiwał głową.

– Spóźniliśmy się – rzekł cicho. – Wielomyśl już się zebrała.

 

***

Tracjan rozstawił na stole drewniane kubki dla siebie i towarzyszy. Nasypał do nich po porcji ziołowego suszu, przykrył blaszanymi sitkami i zalał gorącą wodą. Metalowe płytki spełniały swoje zadanie, prawie w pełni oddzielając fusy od reszty wywaru, jednocześnie pozwalając mu się zaparzyć.

– Nie miód to pewnie, co? –Tymon zmarszczył nos.

– Miodu napijemy się po wszystkim. –Ongus uśmiechnął się ponuro. – Jak przeżyjemy, będzie, zaiste, co świętować.

– Zielanka. –Łowca wskazał napar. – Orzeźwi, pobudzi ciało i umysł.

– Łe. – Powąchawszy, Tymon skrzywił się jeszcze bardziej. – Z czego to?

– Tu akurat jest szałwia, pokrzywa, liście brzozy, morwa…

– Pyszności – podsumował czarodziej. Chwilę później spróbował wysiorbać trochę płynu, ale oparzył sobie tylko język.

– Może samego wrzątku ci dam? – mruknął Tracjan. – Poczekaj, niechże dojdzie…

Ongus odstawił napar, spojrzał nań zamyślony.

Siedzieli we trzech przy stole w domu łowcy, radząc, co dalej. Nie widzieli sensu biegać po kolejnych wioskach i badać, w jakim stopniu rozwija się zagrożenie. Zwłaszcza, że czasu mieli mało, z każdą chwilą ich szanse malały odwrotnie proporcjonalnie do ilości królików, które masowo uciekały ze swoich klatek.

– Będzie stokroć trudniej – rzekł, czarodziej, przechodząc do sedna sprawy – teraz, gdy prawdopodobnie wszelki możliwy zwierz wokół złączył się z wielomyślą…

– Jeszcze raz, jakie czary mogą rzucać takie dziwadła? – zapytał Tymon.

– Właściwie wszelakie, jak jest ich dużo.

– Ciekawym, czy dużo ich było u tego hodowcy… Może nie na tyle, żeby mogły ulecieć prosto do tego swojego zbiorowiska, a? Trzeba było je gonić, jakeśmy byli na miejscu, mogły być niedaleko.

Ongus przetarł twarz dłońmi.

– Trzeba było podpowiedzieć to wcześniej. – Westchnął, mrugając parę razy.

– Nie pytał nikt…

– Tedy następnym razem mów bez pytania. Zresztą… – Czarodziej machnął ręką. – U samego Namysła królików było mało, ale nie zapominajmy, że uciekły wszystkie z całego sioła. Zebrawszy się razem, mogły już zapewne sobie dopomóc…

– Nie zapominajmy też tego – wtrącił Tracjan – że to tylko jedno sioło, a zebrawszy się z całego opola, wielomyśl może poczynić jeszcze większe szkody.

– Nie możemy więc dać jej na to czasu. Zastanawiam się tylko, jak by tu…

– Co?

– …Wyrównać szanse… Żeby nie okazało się, że moja i Tymona moc nie stoi…

– Jaka moc? – ożywił się Tymon. – Skąd u mnie moc?

– Zaklęcia rzucać umiesz?

– No umiem… Niby…

– Więc jakąś tam masz.

– Ale udaru żadnego zaklęciem uczynić nie zdołam…

– Nie musisz, to już zostaw mnie. Będziesz tylko myślał o pewnych rzeczach, ale o tym… później… – Znów chwycił wywar, spróbował upić łyk. Udało się. – Panie łowco!

– Hm?

– Jest tu gdzieś wiedźma? Mówili ci o jakiejś opolanie?

– Ha! Być, na pewno jest – żachnął się Tracjan. – Ale aż tak nikt nie ufa, ażeby wyjawiać takie rzeczy funkcjonariuszowi straży…

– A szkoda – cmoknął Ongus. – Przydałby się nawet i nierejestrowany czarotwórca. Bo rzadko która wiedźma tylko zbiera i warzy zioła. A tak trzeba będzie inaczej…

Ongus zamilkł, siorbnął zielanki. Za jego przykładem poszedł łowca. Tymon też postanowił spróbować wywaru. Upił łyk, skrzywił się i odstawił napój. Nie skomentował.

– Potrzeba nam tedy – ciągnął czarodziej – niemagicznej siły… Tracjan, zdaje się, mówiłeś, żeś uprzednio rozwalił małą grupkę petardami, tak?

– Zapytany pokiwał głową.

– Dużo tego masz?

– Ile trzeba, tyle będę miał.

– Trzeba dużo… A nie dałoby się przesypać prochu do jednego większego zbiornika?

– To puszki. Lutowane, zdaje się. –Tracjan westchnął. – Owszem, dałoby się, ale zeszłoby mi się do jutra, skoro bomba ma być duża.

– E, dobra, to nie. –Ongus machnął ręką. – Prosto weźmie się ich więcej, też powinno… wypalić…

Uśmiechnął się pod nosem.

– Jak wygląda ta… wielomyśl? – wtrącił Tymon. – Znaczy, jak już się zbierze? Jeden na drugiego włazi, czy się jakim powrozem wespół uwiązują?

Słuchający go zaśmiali się serdecznie.

– Może i lepiej by to było – westchnął wolszebnik.

– Łatwiej byłoby rozbić taki… konstrukt – zadumał się Tracjan.

– Ale niestety, mogą się poruszać jako oddzielne organizmy. Do rzucania czarów wystarczy im, że są dość blisko siebie. Przy tym komunikują się w ten sposób, że osobniki na brzegach jednej wielomyśli mogą oddziaływać na siebie, jakby stały jeden przy drugim.

– Czyli chyba najgorzej możliwie… Trzeba tedy próbować robić wyłom gdzieś pośrodku? – bystro zauważył Tymon.

– Zgadza się. W ten sposób najszybciej osłabi się komunikację i moc wielomyśli. Być może uda się na parę chwil podzielić ją na dwie, o wiele słabsze, grupy.

– Dobre w całym jest to – skomentował Tracjan – że mniej, niż się zdaje, będzie kłopotu z ganianiem rozpierzchniętej wielomyśli. Bo króliki, widząc w tym swoją szansę, będą ciągle chciały zebrać się do kupy, w jedno miejsce. Nie powinien zatem żaden zostać na uboczu, wszystkie wpadną, jak do kotła.

– Ot, powiedział, co wiedział – żachnął się Tymon. – A weź tu wpierw i rozpierzchnij to to…

– Pożyjemy, może zaradzimy –Ongus kiwnął głową. – Ale, jakeś to rzekł, po kolei…

 

***

Trzej towarzysze bardzo szybko obrali właściwy kierunek marszu. Nie mieliby z tym kłopotu, nawet gdyby Ongus nie wyczuwał magicznych zakłóceń, które, jak określił, były subtelne niczym wrzask prosto w ucho. Drogę wskazywały im zwierzęta – nie tylko króliki – spotykane przez nich co jakiś czas, idące pod wpływem hipnozy w tę samą stronę. Tymon czuł się dziwnie widząc sarny, czy wiewiórki, wbiegające im co i rusz pod nogi, nie baczące na jakiekolwiek zagrożenie ze strony ludzi.

– Tak mi się przypomniało – odezwał się Ongus, przeszedłszy spokojnie nad czmychającym lisem – przecież miałeś w swoim rejonie smoka. Co z nim?

– Dawno nikt go nie widział – odparł Tracjan. – Albo poleciał gdzie daleko, albo bardzo twardo śpi.

– Oby rzeczywiście bardzo twardo… Skoro nie możemy go wykorzystać, lepiej wielomyśli też niech nie uda się go omamić.

Tymon zbladł momentalnie. Uspokoiło go nieco parsknięcie łowcy.

– Żartujesz chyba – mruknął ów. – Smoka? Przeceniasz umiejętności hodowli tutejszych sielan. Aż tyle królików nie mają. Ani wielomyśl nie miała aż tyle czasu, ażeby zawezwać króliki z całego Karhum…

– Ja tam nie wiem, ile to zebrało osobników, ani co może zrobić w jakim czasie. Wolę być ostrożny.

– No proszę cię – prychnął znów Tracjan. Obrócił się do Tymona. – Nie słuchaj go, bredzi.

– Tedy – kontynuował temat chłop – ile musiałoby ich się zgromadzić, ażeby otumanić takiego smoka?

– Zielonego smoka, według naszych danych liczącego sobie ponad pół tysiąca lat? Jakieś… – łowca przymknął oko w zadumie – tysiące tysięcy, jak podejrzewam.

– Skoro tak – odetchnął Tymon – chyba nie ma się, co tym martwić.

– Ano, są inne zmartwienia – zauważył Ongus. – Mówicie tak, jakbyście nie brali pod uwagę wielomyśli samej w sobie…

Zamilkli. Zadumę przerwał sapiący im za plecami dzik. Nie zaatakował, po prostu biegł w tym samym kierunku. Zeszli mu z drogi.

– A te żywotne? – podjął znów Tymon. – Na co one tej wielomyśli? Przyłączą się do niej, czy co?

– Pośrednio – wyjaśnił Ongus. – Będą tylko wypełniać częściowo jej wolę. Na przykład, może im kazać udać się gdzieś lub zaatakować. Na razie jednak chyba nic nam nie grozi…

– Czemu?

Wolszebnik zmarszczył brwi.

– Bo na razie wielomyśl gromadzi je tylko bez konkretnego celu. Właściwie to pewnie jeszcze nie wie, że jesteśmy dlań zagrożeniem. Znaczy… – przerwał znów. – Jakiegoś tam zagrożenia jest świadoma, to był impuls do jej zebrania się. Ale nie wie o niczym konkretnym, nawet ta akcja Klemensona w niczym jej nie uświadomiła.

– Tedy… – Tymon miał już kolejne pytanie, a jednocześnie przyswajał usłyszane dotąd informacje. – Jak długo możemy pozostać w takim ukryciu? Przecie oczy mają, w końcu nas zobaczą…

– Owszem – zgodził się Ongus. – Do tego czasu starczy, że żaden z nas nie będzie rzucał żadnych zaklęć. Czary to najszybszy sposób na poznanie, czy ktoś ma własną wolę, czy jest opętany. Przed samym wzrokiem wielomyśli nie bardzo da się ukryć. Ale gdy nas już zoczy, powinniśmy być zdolni zrobić to, co do nas należy.

– Czyli co? – Tymon zmartwił się. – Znaczy, konkretnie ja; co mam robić?

– Jak już ustaliliśmy, gdy przyjdzie odpowiednia pora, Klemenson podprowadzi ładunek – tu Ongus wskazał na wór konopny wypełniony po brzegi petardami, ciągnięty na wózku przez łowcę – jak najbliżej gromady tych stworów. W tym czasie ty masz myśleć o ogniu, dużo i mocno, o pożodze wręcz. Ja spróbuję najpierw zagadać wielomyśl, później rzucę zaklęcie wzmocnione twoimi myślami. Czar powinien spowodować wybuch ładunku, a razem z nim posłać conajmniej z pół wielomyśli w diabły.

– Zaraz – przerwał mu Tymon. – To ona umie gadać?

– Mówiłem, że mądrzeje z każdym kolejnym królikiem. – Ongus wzruszył ramionami. – A co, myślałeś, że umie rzucać zaklęcia, a nie umie gadać?

Tymon nie odpowiedział nic więcej. Bał się tego, co nastąpi. Jedyne, co go trochę pocieszało, to fakt, że właściwie nie musiał robić nic. Myślenie o ogniu to mało w porównaniu z zadaniami pozostałych.

Między nogami trzech wędrowców przebiegło kilka lisów. Tymon zdał sobie sprawę, że nigdy jeszcze nie widział tych zwierząt zgromadzonych w stado. Nie dało się nie zauważyć coraz większego poruszenia wśród stworzeń leśnych i coraz większej ich ilości.

– Gdzie ona się gromadzi? – znów zapytał chłop. – W jakiej jaskini, czy ruinach? Czy w ogóle samo pod chmurami?

Ongus nie odpowiedział, przystanął patrząc przed siebie. Reszta poszła za jego przykładem. Kilkanaście stai naprzód widać było konstrukcję z drzew. Bynajmniej nie zwyczajną budowlę z desek czy bali. Ta wyglądała raczej, jakby żywe rośliny uformowały się w ogromną rotundę z kopułą i ścianami uplecionymi z konarów i liści. Przed obiektem gromadziły się setki zwierząt; część wchodziła do środka przez kilkanaście szerokich wejść.

– Zdaje się, że tutaj…

Tracjan westchnął z uznaniem.

– Duże… – ocenił Tymon.

– Tak… Duże… – rzekł cicho czarodziej.

– To niemożliwe! – obruszył się łowca. – Przemówiła do drzew! Nie każdy tak potrafi! Chyba tylko rusali!

– Ano właśnie…

Tymon spojrzał na wolszebnika. Chyba jeszcze nigdy nie widział go w takim nastroju, przygaszonego i dziwnie uspokojonego.

– Co ci? – zapytał chłop. – Zdrowyś?

Ongus westchnął.

– Tak… Zastanawiam się tylko, czy zdołamy cokolwiek uczynić. Panowie… Nie będę was okłamywał, prawdopodobnie zginiemy, próbując powstrzymać wielomyśl.

Towarzysze zamilkli. Nie dyskutowali z czarodziejem, bo po tonie głosu i wyrazie twarzy od razu widać było, że bynajmniej nie stroi sobie żartów. Stali przez chwilę, przypatrując się gromadzącym się zwierzętom.

– Nie, źle mówię, wybaczcie. – Ongus ożywił się. – Szanse może małe, ale są. Nie ma co zasypywać gruszek w popiele! Nie trwożcie się, bo to nas tylko osłabia! Do roboty, chłopcy – warknął. – Mamy wielomyśl do rozwalenia.

Tymon i Tracjan stali dalej, nie wiedząc, co sądzić o tym kalejdoskopie nastrojów towarzysza.

– No, żywo! –Wolszebnik uśmiechnął się. Naprawdę odzyskał pewność siebie. – Ruszajcie się, bo nam poczwara ucieknie!

Ruszyli szybkim marszem w stronę rotundy. Nie czując strachu, raczej dziwną obojętność na to, co może się stać.

Przy samym wejściu do konstrukcji musieli przestępować i przeciskać się przez małe i duże stworzenia, które tylko popiskiwały i powarkiwały nań. Wewnątrz również nie było za dużo pola do manewru. W głębi budowli stały trybuny w kształcie półksiężyca, na których siedziała niezliczona ilość królików. Na swoistej arenie utworzonej z pozostałego miejsca kłębiły się zebrane zwierzęta leśne. Tam również stali trzej przybyli.

– Tymon, zaczynaj myśleć o ogniu – polecił cicho Ongus. – Trochę trudno będzie ci podejść pod samą wielomyśl – zwrócił się do łowcy.

– Dobrze, że nie są zbite w kupę, a rozciągnięte po tych trybunach – zauważył Tracjan. – Może i nie tak wiele ich padnie od wybuchu, ale wtedy ilość powinna mieć mniejsze znaczenie.

– Bo będą dwie, o wiele słabsze, wielomyśli – dopowiedział czarodziej.

Chłop rozejrzał się. Dużo futrzaków i sierściuchów. Ale będzie się paliło. Wyobraził sobie swąd opalanej świni. Smród, dym, wisk niezliczonej liczby żywotnych. Jak się rozbiegną, będzie jeszcze większy pożar. Z drugiej strony, pomyślał z obawą,  na pewno spali się i las. Ale tak trzeba, musimy rozwalić tego stwora.

– Mamy gości – usłyszeli. Dźwięk dochodził zewsząd, jakby wypowiadany z niezliczonej ilości gardeł, jednocześnie tak doskonale zsynchronizowany, że nie było żadnych problemów ze zrozumieniem słów. – Prosim.

– Zacznij iść w ich stronę – szeptem polecił Ongus łowcy. – Będę się starał zwracać na siebie ich uwagę, póki nie wrócisz.

Trzeba dać czas Klemensonowi, jak najdłużej rozmawiać z wielomyślą, pomyślał Tymon. A raczej usłyszał w głowie wątek, który nie należał do niego. Dopiero po chwili zrozumiał, że czarodziej utworzył tę więź, o której wcześniej mówił.

– Ktoście wy? – Trzej ludzie usłyszeli spotęgowany głos wielomyśli. – Chcecie, jak inni, na nas uderzyć?

– Jak inni? – zapytał Ongus rad, że stwór sam zaczął rozmowę. Niby kto na was wcześniej uderzył?

– Było tak. Wiemy o szczątkach naszych braci, spopielonych i rozrzuconych. Nie z innego to powodu się tu zebraliśmy, jak w obronie przed oprawcami, których mniejsze, bezbronne grupy pokonać nie zdołały.

– Co najwyżej głupie, a nie bezbronne. Z tego, co zasłyszałem, jedno z waszych zgromadzeń zniszczyło się samoistnie.

– Mówisz jak każdy agresor – oznajmiła wielomyśl. – Oby tylko wyrzec się winy, zrzucić ją na niewinnych.

Ongus głośno prychnął.

– Niewinnych? – warknął. – To wyście zaczęli agresję na ludziach, którzy żadnej krzywdy nie zdążyli uczynić, ani nawet nie wiedzieli zapewne, czym jesteście. A jesteście abominacją, stworzoną na widzimisię jakiegoś obłąkańca i przeciw prawom natury. Nie dziwcie się tedy, że prędzej czy później natura będzie się chciała was pozbyć.

– Nie nasza to wola, że istniejemy – przerwała Ongusowi wielomyśl. – Jakoś rzekł, kogo innego to dzieło. Jednak istniejemy, więc odejdź w pokoju, człowiecze, pozwól nam żyć.

Czarodziej spojrzał na łowcę, który zdołał już podłożyć ładunek pod drewnianą burtę trybun.

– Gdybyście tylko uczynili to samo – odparł. – A wiemy doskonale, że tak nie będzie. Zaatakujecie, nim zdążę wrócić do domu.

– Tylko w obronie własnej…

– Która w waszym mniemaniu jest zahipnotyzowaniem lub zniszczeniem wszelkiego życia niezgodnego z waszą wolą – przerwał rozsierdzony Ongus. – Czymże innym jest ta zgraja zwierząt, co? Czyżby one też na was uderzyły?

– I one były nieraz przez was, ludzi, nękane – wyjaśniła wielomyśl. Zdawało się, że tak bardzo pochłonęła ją rozmowa, że nie dostrzegała oddalającego się odeń Tracjana. – Będąc same takoż nie potrafiły się bronić.

– Potrafiły wedle swych zdolności i natury. A kto zaburza naturę w tak uciążliwy sposób, musi, jak dla mnie, zginąć! Łowco, wiej stamtąd!

Tymon, starając się myśleć o wybuchu, patrzył na nadbiegającego towarzysza. Nie miał na to zbyt dużo czasu.

Zabić! ZABIĆ WSZYSTKICH! usłyszał w głowie wrzask tak potężny, że aż poczuł fizyczny ból. Z przerażeniem uświadomił sobie, że nie jest to głos czarodzieja. Uwaga, włamuje się nam do głów! Tym razem była to myśl Ongusa. Nie możemy dłużej…

To stwórca! odezwała się znów wielomyśl. Zostawić jego umysł. Nie zabijać pana! NIE ZABIJAĆ! Zniszczyć pozostałych!

Trzeba nawiązać połączenie z Tracjanem… Tymon znów usłyszał myśl czarodzieja. Być może wtedy wszyscy przeżyjemy.

Co tu się, na pomór, dzieje?! Chłop usłyszał, tak sądził, myśli Klemensona, który aż przystanął z wrażenia.

– Też chciałbym wiedzieć… – mruknął młodzieniec nadzwyczaj spokojnym, wręcz niestosownym do sytuacji, głosem.

Budowlą wstrząsnął potężny huk, gdy Ongus spowodował wybuch, podsycany ładunkiem petard na wózku. Płomienie w mig ogarnęły dużą część wielomyśli i innych zgromadzonych zwierząt. Eksplozja nie dosięgnęła trzech ludzi, ale było kwestią czasu, nim burza ognia przeniosłaby się również na nich.

– Chodu! – wrzasnął Ongus. – Bo albo spłoniemy, albo nas stratują!

Miał rację. Wszystkie zwierzęta biegały, przepychały się, miażdżyły nawzajem. Te mniejsze małe miały szanse na przeżycie. Część wszystkich stworzeń, również pozostałej wielomyśli, biegała, zająwszy się ogniem, podpalając inne. Trzej wędrowcy słyszeli niewyobrażalny zgiełk, rozmaite odgłosy agonii zwierząt, które widocznie nie były już zahipnotyzowane, wszystkie naraz próbowały uratować się, umknąć z chaosu.

– Ułóżmy się w gromadę! – krzyczała wielomyśl coraz bardziej niezrozumiale. – Tylko tak będzie… szansa… Razem! Ubiegać w bezpieczne miejsce! Zagrożenie! Ubiegać! Ubiegać…

Tymon poczuł ostry ból głowy. Skulił się, zamknąwszy oczy i ucisnąwszy skronie dłońmi. Nie był w stanie uciekać. Wtem poczuł, jak towarzysze chwytają go za ramiona i wyciągają na zewnątrz. Mimo mocno zawartych powiek poznał, że promienie słoneczne padają na jego twarz. Ucichły wrzaski i piski, ale tylko odrobinę. Otworzył oczy i ujrzał Ongusa oraz Tracjana, którzy nie przestali go odciągać. Wciąż znajdowali się w strefie zagrożenia, która rozciągała się daleko poza rotundę z drzew.

Przystanęli dopiero kilkanaście stai dalej. Tymon spojrzał po towarzyszach. Ongus wpatrywał się w rozbiegające się we wszystkie strony zwierzęta. Tracjan, jak zauważył chłop, stał jakoś krzywo. Trzymał się za podudzie, przez palce sączyła się krew.

– Co ci? – zaniepokoił się Tymon.

– Dziabnęło mnie któreś – stęknął łowca. – Bez obaw, tylko po powierzchni…

– Dasz radę chodzić? – zapytał Ongus.

– Pewnie…

Łowca wolną ręką wyciągnął zza pazuchy zwinięty bandaż, zaczął uciskać nogę.

– Co tam się właściwie stało? – zapytał.

Ongus patrzył w stronę rotundy coraz bardziej zajmującej się ogniem. Nie od razu odpowiedział.

– Na nasze szczęście, wielomyśl próbowała najpierw mnie zahipnotyzować – zaczął wyjaśniać. – Podłączywszy się pod naszą więź, poznała… swojego… stwórcę… – Zawiesił głos, spojrzał na stojącego obok Tymona. Chłop nie był aż tak głupi. Pochwycił spojrzenie; wiedział, że o nim mowa. Niemal zaczął czuć się winny, choć przecież nie rozumiał do końca, co zaszło.

– Widząc w tym szansę, szybko podłączyłem również i ciebie – wytłumaczył czarodziej łowcy. – Włamałem ci się do mózgu i, widać, słusznie, bo wielomyśl nie mogła uczynić wobec nas nic więcej. Nim się otrząsnęła, zrobiłem, co należało.

– Tedy… – zawahał się Tymon – za długoś zwlekał z zabiciem tego… mojego królika?

Ongus cmoknął, pokręcił głową. Również i tym razem czas jakiś zastanawiał się nad odpowiedzią. Do tej pory był pewien, że nie, ale wobec zaistniałej sytuacji nie potrafił wyzbyć się wątpliwości.

– Nie sądzę… – rzekł cicho. – Nie wiem do końca, trzeba mi to przemyśleć, może się z kimś skonsultować…

Zadumał się.

–Musimy szybko zwołać chłopów – zmienił temat, wpatrując się w ogień. – Trzeba spróbować ocalić las. Pomogą?

– Co mają nie pomóc? Nie będą siedzieć i się gapić, jak im cały las szlag trafia.

– Jest dość wilgotno, dobrze – ocenił czarodziej. – Choć z drugiej strony idzie jesień, drzewa są już mniej soczyste…

– Niedaleko płynie rzeka. Możemy czerpać zeń wodę, a może i część co roztropniejszych zwierząt wpadnie na to, żeby się ugasić?

– Nie sądzę. – Wolszebnik pokręcił głową. – Nie widziałem jeszcze płonących, roztropnych zwierząt.

A te biegały jak opętane. Część z nich paliła się, inne po prostu biegały w panice, niejednokroć również zajmując się ogniem. Szczęśliwie, nie wybiegały daleko, kłębiły się raczej w tym samym obszarze, niedaleko konstrukcji utworzonej przez wielomyśl.

– Nie ma tedy co gadać – oznajmił Ongus, obrócił się ku łowcy. – Wiąż nogę i ruszamy do pobliskich siół.

 

***

– Znowu to? – skrzywił się Tymon.

– Nie marudź, przyzwyczaisz się – mruknął Ongus. – Są różne rzeczy do picia, nie tylko miód i gorzałka. A to najlepsze, co natura daje… Z roślin.

– Piję z roślin… Kompot…

Tracjan rozstawił przed nimi kubki z zielanką.

Wrócili z akcji ratowania opola przed pożarem. Zebrawszy pospiesznie sielan z okolicznych wsi udali się z nimi do lasu, gdzie przeprowadzili wcześniej zaplanowane działania. Tłum chłopów zajął się wycinką pierścienia drzew, który osłonił resztę lasu przed ogniem. W tym samym czasie trzej wędrowcy wkroczyli do środka strefy zagrożonej pożarem. Pilnowali, by jak najmniej płonących zwierząt uciekło oraz rozglądali się za niedobitkami wielomyśli, by nie mogła zebrać się na nowo. Ich zadanie, choć nieco niebezpieczne ze względu na płomienie, nie było zbyt trudne – większość zwierząt ani myślała uciekać, próbowała raczej ugasić się. Duża ich część po prostu padła na miejscu w wyniku odniesionych obrażeń. Największe zagrożenie ogniowe stwarzały same drzewa, choć, jako się rzekło, chłopi skutecznie je ograniczyli tylko do pewnego obszaru. Wiatr był słaby i, jak się później okazało, nawet w obrębie pierścienia sporo drzew zachowało się od pożogi.

– Tedy co teraz? – rozpoczął burzę mózgów Tymon.

– Mamy czas, żeby pomyśleć. – Tracjan machnął ręką. – Wrócił względny spokój.

– Trzeba będzie… z daleka przywieźć królików, żeby pobliscy chłopi mogli odnowić swe hodowle – rzekł Ongus, zaskakując trywialnością zaproponowanego rozwiązania. Nie o tę kwestię chodziło Tymonowi.

– No tak, ale co z wielomyślą?

– Przestała istnieć. Na razie omówmy to, co pozwoli wrócić do normalności, dopiero później zobaczy się, co z wielomyślą. Pożoga zażegnana, tak?

– Tak – potwierdził Tracjan. – Chłopi mówią, że to, co zostało, tli się zaledwie, jeszcze trochę i zgaśnie całkiem.

– Czyli roślinność będzie się miała dobrze… Martwię się o zwierzęcą część lasu.

Pozostali pokiwali głowami.

– Dzikich zwierząt już nie sprowadzisz z daleka – zauważył łowca. – Minie ładnych parę lat, nim tutejsza fauna wróci do swego stanu sprzed całego zajścia.

– O ironio, wielomyśl chciała je wszystkie ocalić… Osobiście podziękowałbym za takie ocalanie.

– Chyba muszę zapomnieć na razie o polowaniu – westchnął Tracjan. – I o dziczyźnie też…

Ongus uśmiechnął się.

– Schudniesz. Zresztą, dostaniesz czasem wieprzka od sielan, mięsa ci nie zbraknie.

– Tak, ale…

– Tak, wiem, dziczyzna – przerwał znów tamten kąśliwie. – Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

Zamilkli. W ciszy co chwila słychać było cmokanie i szuranie stołka, na którym siedział Tymon. Aż gotowało się w nim z niecierpliwości. Chciał jak najszybciej dowiedzieć się, czy jest przyczyną zaistniałego bałaganu.

– Ta cała wielomyśl – zaczął Ongus, pochylony nad kubkiem zielanki – jest dla mnie nie lada zagadką… Nie mamy pewności, skąd się wzięła, nie możemy też stwierdzić na pewno, czy wytłukliśmy ją całą… Musisz – zwrócił się do łowcy – przykazać chłopom, by wstrzymali się ze sprowadzaniem królików. A gdyby znaleźli jakiego, z dużym łbem zwłaszcza, niech zabiją, o czym później mają ci donieść.

Tracjan skinął głową.

– Księżyc bez królików wytrzymają, po tym czasie możesz im pozwolić na hodowlę. Nie zaszkodzi, jeśli wręcz sam im pomożesz ściągnąć kilkanaście sztuk…

Znów zamilkł. W zadumie popatrzył na chłopa. Ów wytrzymał spojrzenie, tę siłę dała mu chęć otrzymania jakiejkolwiek wieści. Czarodziej siorbnął powoli naparu.

– Powiedz ty mi jedną rzecz – rzekł w końcu do chłopa, wsparłszy głowę na ramieniu. – Działo się co dziwnego z waszymi królikami? Wspominał coś dziadzio?

Tymon pogrzebał w pamięci, patrząc w kubek przed sobą.

– Jakośmy wyjeżdżali, były normalne. – Wzruszył ramionami. – Strachliwe, jak to króliki, głowy normalne…

Ongus zaśmiał się.

– Tedy zabij mnie, a nie wiem…

Chłop naprawdę miał przez chwilę ochotę, by to uczynić.

– Wiem tyle, co i ty – wyjaśnił czarodziej. – Podejrzewamy zapewne podobne wyjaśnienia. Nikt jednako nie powiedział, że to ja muszę wymyślić wszystko, a ty tylko przytakniesz. Jeśli masz więc jakieś błyskotliwe koncepcje, rad byłbym je usłyszeć.

Tymon nie miał.

Pospuszczali głowy, w milczeniu wpatrując się w kubki przed sobą. Chłop, poszedłszy za przykładem towarzyszy, postanowił upić łyk zielanki. Skrzywił się. Dalej było niedobre. Był sfrustrowany, że, mając tyle pytań, nie mógł otrzymać nań żadnych odpowiedzi. Nawet od najmądrzejszej znanej przezeń osoby.

– Trzeba nam – rzekł w końcu Ongus, przerywając długą ciszę. Widać, wiedział, że ciąży na nim obowiązek ustalenia, co powinni robić dalej – wrócić do Wolszebnik, później wyruszyć tam, gdzie być może podsuną nam więcej pomysłów co do wielomyśli. Wszak, myśląc wzorem tej ostatniej, co kilka głów, to nie jedna…

Koniec

Komentarze

Ciekawy tekst. Nie wybił mi się szczególnie, ale przeczytałem bez większych trudności. Raczej więc kwestia jedynie w mym guście, bo do języka czy generalnie fabuły uwag zasadniczo nie mam. W paru miejscach mi się przeciągało (choćby początek z targiem).

Bohater sympatyczny, fajna ta jego chęć jedzenia dziczyzny.

Poprawny koncert fajerwerków, choć jakoś mocno mi nie podszedł ani nie zapadł, ale pewnie to kwestia gustu, więc tym się nie przejmuj. Chwytaj klika.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Straszliwych królików ciąg dalszy. Sympatyczne. Fajne jest samo zestawienie królików z zagrożeniem. Spodobała mi się koncepcja wielomyśli. Szkoda, że nie zdradzasz, skąd właściwie się wzięła. Trochę jednak słabo radzi sobie z myśleniem, pomimo takich talentów hipnotyzerskich.

Z wykonaniem nie jest źle, ale na kolana też nie rzuca. Gdzieś mi mignął błąd w zapisie dialogów.

Będąc już nieopodal, poprzez szum drzew zaczął docierać doń inny dźwięk – pokrzykiwanie wielu osób.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że dźwięk był nieopodal.

– Niedaleko płynie rzeka. Możemy czerpać zeń wodę

Zeń = z niego.

Babska logika rządzi!

Szalone króliki pojawiły się znowu i czytało mi się o nich nawet nieźle, mimo niewielkiego przegadania, bo pomysł z wielomyślą i opowieścią wokół niej skupioną okazał się całkiem fajny, ale nie spodobała mi się masakra zwierząt. Wiem, że to bajka, ale nic nie poradzę, że zrobiło mi się smutno.

Mam wrażenie, że Tymon, powoli bo powoli, ale chyba coraz lepiej radzi sobie w dziedzinie czarodziejstwa.

Szkoda, że dziadunio został ledwie wspomniany.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

jeśli na targ szło się nie­raz wiele stai. –> …jeśli na targ szło się nie­raz wiele staj.

 

– Mów ty – wy­brał sto­ją­ce­go naj­bli­żej… –> – Mów ty.Wy­brał sto­ją­ce­go naj­bli­żej

 

pa­trzy­li to na niego, tona czar­ną dziu­rę. –> …pa­trzy­li to na niego, to na czar­ną dziu­rę.

 

kości ludz­kie, nie­któ­re z wciąż tkwią­cy­mi nań frag­men­ta­mi mię­śni… –> …kości ludz­kie, nie­któ­re z wciąż tkwią­cy­mi na nich frag­men­ta­mi mię­śni

Nań znaczy na niego.

 

Gadał z kimś­tam, opo­wia­dał… –> Gadał z kimś­ tam, opo­wia­dał

 

był ów u niego ze dwa dni nazad… –> …był ów u niego ze dwa dni temu nazad

 

–Ko­bie­ta wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. –> Brak spacji po półpauzie.

 

Pod­szedł­szy do drzwi, za­pu­kał weń. –> Pod­szedł­szy do drzwi, za­pu­kał w nie.

 

Udał się wgłąb po­dwó­rza. –> Udał się w głąb po­dwó­rza.

 

Re­la­cja go­spo­dy­ni i do­tych­cza­so­wa wie­dza po­zwa­la­ła usta­lić… –> Piszesz o dwóch czynnikach, więc: Re­la­cja go­spo­dy­ni i do­tych­cza­so­wa wie­dza po­zwa­la­ły usta­lić

 

Zo­sta­ło tylko parę desek po­kry­tych łaj­nem kró­li­ków, skraw­ki skóry zwie­rza­ków… –> Raczej: Zo­sta­ło tylko parę desek po­kry­tych króliczymi bobkami, strzępy skóry zwie­rza­ków

O ile jakieś bobki ocalały. ;-)

Skrawek to nieduży kawałek czegoś, odcięty od całości, a w tym przypadku nikt nie ciął skór.

 

– Póź­niej był pro­ble­my z przy­wró­ce­niem ci czło­wie­czej formy… –> Literówka.

 

spo­glą­da­li wgłąb po­dwór­ka… –> …spo­glą­da­li w głąb po­dwór­ka

 

roz­sta­wił na stole drew­nia­ne kubki dla sie­bie i to­wa­rzy­szy. Na­sy­pał do nich po por­cji zio­ło­we­go suszu, przy­krył bla­sza­ny­mi sit­ka­mi i zalał go­rą­cą wodą. Me­ta­lo­we płyt­ki speł­nia­ły swoje za­da­nie, pra­wie w pełni od­dzie­la­jąc fusy od resz­ty wy­wa­ru, jed­no­cze­śnie po­zwa­la­jąc mu się za­pa­rzyć. –> Czy ziołowy susz był na pewno wsypany do kubków, czy może raczej nasypany do sitek, te umieszczone na kubkach i dopiero nalano wrzątku?

 

–Ongus uśmiech­nął się po­nu­ro. –> Brak spacji po półpauzie.

 

–Łowca wska­zał napar. –> Jak wyżej.

 

Za­sta­na­wiam się tylko, jak by tu…

– Co?

– …Wy­rów­nać szan­se… –> – wy­rów­nać szan­se

To jest kontynuacja wypowiedzi, nie nowe zdanie.

 

–Ongus kiw­nął głową. –> Brak spacji po półpauzie.

 

po­słać co­najm­niej z pół wie­lo­my­śli w dia­bły. –> …po­słać co­ najm­niej z pół wie­lo­my­śli w dia­bły.

 

Kil­ka­na­ście stai na­przód widać było kon­struk­cję z drzew. –> Kil­ka­na­ście staj na­przód widać było kon­struk­cję z drzew.

 

Nie trwoż­cie się… –> Nie trwóż­cie się

 

–Wol­szeb­nik uśmiech­nął się. –> Brak spacji po półpauzie.

 

Te mniej­sze małe miały szan­se na prze­ży­cie. –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: Te mniej­sze niewielkie miały szan­se na prze­ży­cie.

 

Przy­sta­nę­li do­pie­ro kil­ka­na­ście stai dalej. –> Przy­sta­nę­li do­pie­ro kil­ka­na­ście staj dalej.

 

–Mu­si­my szyb­ko zwo­łać chło­pów… –> Brak spacji po półpauzie.

 

Nie­da­le­ko pły­nie rzeka. Mo­że­my czer­pać zeń wodę… –> Mo­że­my czer­pać z niej wodę

 

– Trze­ba bę­dzie… z da­le­ka przy­wieźć kró­li­ków… –> – Trze­ba bę­dzie… z da­le­ka przy­wieźć kró­li­ki

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tag fantasy mnie nie kusił, za to poprawna łacina w tytule – i owszem. I w sumie nie żałuję, bo to całkiem ciekawy pomysł, zwłaszcza na fantasy – wprowadzenie motywu wielomyśli i ogólnie nietypowej motywacji świata i bohaterów bardzo odświeża gatunek. Doskonały przykład tego, że w zasadzie dość klasyczna opowiastka fantasy może się obejść bez jej najbardziej sztampowych gadżetów i rekwizytów.

 

Drobiazg:

“Podszedłszy do drzwi, zapukał weń.“

Weń = w niego, wyłącznie w liczbie pojedynczej rodz. męskiego

 

Momentami lekko raziła mnie archaizacja, ale przejdzie. Chłopi fajnie napisani.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mnie, niestety, opowiadanie znudziło. Postacie wydały mi się mało interesujące, samo śledztwo rozwija się bardzo powoli. Na plus niezły pomysł ze zbiorową świadomością.

Nowa Fantastyka